Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Św. Anny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Św. Anny. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2011

Don Paddington: odtruwanie podwójne

Jak już wspomniałem przy którejś z okazji, moje dzieci minioną niedzielę spędziły w Warszawie, kręcąc się po kluczowych dla naszej sprawy miejscach i szerząc nienawiść. Jest mi z tego powodu oczywiście bardzo przykro, szczególnie w sytuacji, gdy mam świadomość, że ta nienawiść ogarnęła ich już po raz drugi w ciągu roku. Pierwszy raz, niemal dokładnie rok temu, kiedy to przez całe nocne godziny stały przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, by dostarczać paliwa Ewie Stankiewicz i Janowi Pospieszalskiemu, a dziś, by złośliwie pokazać światu, że, jeśli mu się wydaje, że gorzej już być nie może, to oto właśnie jest gorzej. I że to i tak wciąż nie jest jeszcze wersja ostateczna.
Myślę, że tę demonstrację gniewu – demonstrację jak najbardziej aktywną i w stanie systematycznego rozwoju – świat dostrzegł, i, jak się zdaje, zadrżał. Świadczyć o tym mogłoby chociaż to, że nagle – pomyśleć tylko, że trzeba było na to czekać zaledwie kilka miesięcy – owa nienawiść sprzed roku stała się niczym więcej jak wzruszającym gestem żalu i łagodnej pamięci. Oglądam dziś telewizję, wsłuchuję się w refleksje ludzi, którzy jeszcze wiosną zeszłego roku cenzurowali telewizyjne zapowiedzi filmu Stankiewicz i Pospieszalskiego, a ich samych skazywali na wieczną towarzyską i zawodową pogardę, a dziś, z tym samym, prostym i nieruchomym spojrzeniem, mówią mi jak to wtedy było godnie i pięknie, i myślę, że oto nadchodzi czas, byśmy tamten film obejrzeli w telewizji TVN24, w cyklu Ewa Ewart poleca, z entuzjastycznym komentarzem Autorki.
Bo oto moje dzieci pojechały do Warszawy obchodzić rocznicę tamtej tragedii i pokazały komu trzeba, że jeśli ktoś liczył na to, że to już koniec, to się grubo pomylił. Bo ten koniec coraz bardziej się oddala, a każdy kolejny dzień tej gonitwy dowodzi jedynie tego, że ten gniew i ta nienawiść, nawet dziś nie są niczym szczególnie interesującym, jeśli na nie spojrzeć z tej strasznej perspektywy, która wciąż jest przed nami.
Co się zmieniło od tamtej wiosny? Oczywiście, jak można sądzić choćby po histerycznej reakcji Systemu, nie tak mało. Ale myślę, że o pewnym interesującym elemencie tej zmiany – a więc o tym, że część nas gwałtownie spoważniała – może świadczyć też to, co się przydarzyło mojej najmłodszej córce w minioną niedzielę podczas Mszy Św. Ponieważ do archikatedry, ze względu na zbyt liczne tłumy, wejść nie było sposobu, udała się ona ze swoim bratem i siostrą do Kościoła Św. Anny. I dziś mi opowiada, że dotychczas – mimo naprawdę wielu podobnych okazji – nie zdarzyło się jej uczestniczył w czymś tak najgorszym. Że ksiądz wygłaszający kazanie, tymi swoimi „siarami”, „pikusiami”, „kolesiami” i całym wachlarzem wszelkich możliwych figur, mających przekonać zebraną młodzież, że Kościół jest „fajny”, „gostek” o imieniu Jezus jeszcze „fajniejszy”, a on sam już zupełnie „najfajniejszy”, sprawił, że ona nie wytrzymała i wyszła. Zwyczajnie wyszła z kościoła przed końcem mszy. Wyszła nie dlatego, że ona nie wie, co to „siara” i nie rozumie, dlaczego na dźwięk tego słowa zebrana młodzież uważa za stosowne wznosić ręce ku niebu. Ona wie to bardzo dobrze. I wiedząc to, wie na przykład też to, że skoro tam się dzieją takie rzeczy, to może się okazać, że akurat Kościół Św. Anny ma swój własny sposób na końcowe błogosławieństwo. Kto wie, czy nie w postaci uniesionego w górę kciuka i zawołania „Siema, ziomy!”. Ale wie też coś jeszcze – że między tym księdzem, tą rozmodloną młodzieżą, i choćby owym szczególnym planem sprzed miesięcy, by krzyż sprzed Pałacu przenieść właśnie tam, do tego przybytku równie szczególnej jak tamten plan religijności, do Kościoła Św. Anny, pod czuła opiekę ziomów naszego Kościoła, biegnie linia prosta.
Myślę o tym wydarzeniu sprzed paru dni i tak bardzo bym chciał sprawić, by moja córka mogła jak najszybciej na swojej drodze spotkać księdza, który ma więcej wiary, ale i rozumu od niej samej i jej kolegów. Może jej się uda, a może trzeba będzie jeszcze jakiś czas cierpliwie poczekać. Pewnie dlatego wpadło mi dziś do głowy, żeby odwołać się do naszego Don Paddingtona i któregoś z jego wcześniejszych komentarzy. Jakiegokolwiek. Jako odtrutki. Lub lepiej może - przeciwjadu. Na wszelki wypadek w dawce od razu podwójnej.

DAWKA NR 1:
Pewien mój kolega remontował zabytkowy kościół. Renowacja zabytku nie jest co prawda tak trudna i dołująca jak tłumaczenie dowcipów, ale jak wiem z własnego doświadczenia, też może doprowadzić do męczącej chryi. Konserwator Zabytków pyta bowiem: „Dlaczego robicie tak tanio i dlaczego tak mało?” Kuria biskupia zanim zapytasz już odpowiada: „Niestety, wsparcie finansowe jest w tej chwili niemożliwe”. Parafianie natomiast, ciepło obgadując proboszcza mówią za jego plecami: „Za drogo to wszystko i w ogóle niepotrzebnie”.
Wspomniany na wstępie kolega, tocząc boje z Konserwatorem, Kurią i Parafianami, remont kościoła doprowadził do szczęśliwego końca. I w związku z owym końcem opowiedział mi następującą – tęczy dotyczącą – historię:
W rzeczonym kościele (kościół niewielki, ale rzeczywiście bardzo zabytkowy) łuk tęczowy (to takie miejsce między prezbiterium a nawą główną) ozdobiony był gzymsem. Gzyms ów był w pewnym miejscu w widoczny i rażący sposób krzywy, stąd też mój kolega chciał przy okazji remontu, jak to wdzięcznie określił: „krzywiznę jego mać wyprostować”. Wojewódzki Konserwator, przed którym kolega nieopatrznie ze swym zamiarem się zdradził, do onego pomysłu zgłosił stanowcze veto argumentując, że owa krzywizna jest świadectwem, w jaki sposób nasi XV-wieczni przodkowie budowali i jak radzili sobie z oporem materii.
Zgodnie więc z zaleceniem Pana Konserwatora, gzyms pozostał takim jakim był, czyli w widoczny i rażący sposób krzywym.
Gdy renowacja się zakończyła, wszyscy odnowionym kościołem byli uradowani. Wszyscy za wyjątkiem Pana Miecia, dobiegającego osiemdziesiątki emerytowanego murarza, który będąc fachowcem i krytycznie przyglądając się robocie, przyszedł w końcu do proboszcza z pretensjami. Pretensje dotyczyły oczywiście tęczowego gzymsu, jego krzywizny i straconej okazji by to brzydactwo poprawić. Mój kolega tłumaczył Panu Mieciowi, że Konserwator, i że świadectwo budowania, i że XV-wieczni przodkowie z oporem materii.
Pan Mieciu na te tłumaczenia jeszcze bardziej się zdenerwował i wykrzyczał co następuje (cytuję w wersji przekazanej przez kolegę): „Księże Proboszczu! Jaki kurwa XV wiek? To ja, razem ze szwagrem, 40 lat temu, po robocie, ten gzymsik wymurowałem. Ale ja wtedy ostro brałem, no i szwagier też. Narąbani byliśmy tak, że o mało co, a z rusztowania byśmy spadli. No i po pijaku ten gzymsik nam taki wyszedł. A ś.p. ks. Kanonik, co nas najął do tej roboty, niedowidział i tej fuszery nie zauważył. Ludzie powiedzieli mu o tym, gdy już rusztowanie było zdemontowane. Opierdolił mnie jak św. Michał diabła i powiedział, że będę patrzył na ten gzyms do końca życia i do końca życia będę się wstydził. No i wyprorokował…”
Tak naprawdę nie wiem, czy ta historia – o nieporozumieniu, niewiedzy, ludzkiej małości, konsekwencjach swoich czynów i wstydzie - do czegokolwiek w notce i pod notką Szanownego Gospodarza pasuje. Mam także wątpliwości, czy jest dowcipna. Ale wątek tęczowy jest zachowany. Bo tęcza – łącząca niebo z ziemią – jest tutaj najważniejsza…

DAWKA NR 2:
W minioną niedzielę, dzieci z mojej parafii przystąpiły do 1 Komunii Świętej. No a teraz trwa tzw. Biały Tydzień. Dzieci codziennie, w białych strojach, przychodzą do kościoła, uczestniczą we Mszy Świętej i pobożnie jednoczą się z Panem Jezusem.
Piszę o tym, ponieważ wczoraj, gdy przed Eucharystią siedziałem – bezrobotny – w konfesjonale i przypatrywałem się dzieciom, zajmującym miejsca w kościelnych ławach, zdałem sobie nagle sprawę, że te dzieci (skądinąd dobre i pobożne), są takie jakieś inne, w porównaniu z dziećmi sprzed np. 20 lat. Różnica polega na tym, że gdy 20 lat temu, w czasie Białego Tygodnia siedziałem w konfesjonale, to nie byłem bezrobotny. Właściwie codziennie przychodziło wtedy choć kilkoro dzieci (z tych pierwszokomunijnych), by wyznać swoje grzechy. Byłem wtedy młodym księdzem i trochę się na to zżymałem, bo przecież tak naprawdę, żadne z tych dzieci nie miało z czego się spowiadać. Każde było w łasce uświęcającej. Ale chciały skorzystać z Sakramentu Pokuty, bo się obawiały, że jakieś wypowiedziane w ciągu dnia słowo, jakiś uczynek, czy zrodzona w głowie myśl, o których sądziły, że były bardzo złe spowodują, że jeśli się nie wyspowiadają, to przystąpią do Komunii Świętej świętokradzko. Te dzieci, zupełnie niepotrzebnie ustawiające się w kolejce do konfesjonału na 10 minut przed Mszą Świętą, były w oczywisty sposób irytujące („Nadepłam mrówkę. Więcej grzechów nie pamiętam.”), ale też w jeszcze bardziej oczywisty sposób piękne.
To, że mówię o irytacji wcale nie oznacza, że księża z tym zjawiskiem walczyli. Wcale nie. W zjawisku tym istotne bowiem były nie tyle skrupuły sumienia, co raczej wielka cześć dla Najświętszego Sakramentu i równie wielka dbałość, by przyjąć Go jak najgodniej.
Księża więc cierpliwie owe dzieci spowiadali, mając świadomość, że ta nadzwyczajna wrażliwość moralna po jakimś czasie minie i jeśli dziecko regularnie przystępować będzie do Spowiedzi Świętej (najlepiej raz w miesiącu), to nie będzie miało kłopotu z właściwą oceną swego postępowania. A cześć wobec tego co święte pozostanie. A mówiąc o owej czci, nie mam na myśli tylko i wyłącznie szacunku wobec tego, co święte w wymiarze religijnym. Bo przecież – zwłaszcza dla wierzących – cześć dla Boga, jest fundamentem miłości do Ojczyzny i szacunku wobec bliźniego.
Nie wiem, kiedy zniknęło owo zjawisko nadmiernie skrupulatnego sumienia u dzieci pierwszokomunijnych. A że zniknęło, zdałem sobie sprawę dopiero wczoraj, gdy przypatrywałem się moim dzieciom. I złapałem się na tym, że od wielu już lat idąc w Białym Tygodniu do konfesjonału, jestem właściwie pewny, że żadne pierwszokomunijne dziecko do Spowiedzi nie podejdzie. I zatęskniłem za tą swoją niegdysiejszą irytacją i za wrażliwymi, dziecięcymi sumieniami.
Czy każde z tych dzieci, które kiedyś odczuwały tak wielki lęk przed sprofanowaniem tego co święte, wyrosło na dobrego człowieka? Oczywiście, że nie. Niektórzy z nich zapewne pogubili się w życiu. Ale nawet jeśli zostali pijaczkami, albo wulgarnymi kibolami owo doświadczenie pierwszokomunijnej wrażliwości mogło na nich wpłynąć w ten sposób, że jeśli się tego ktoś od nich domaga, to potrafią zachować się przyzwoicie (przyzwoicie wobec Boga, przyzwoicie wobec Ojczyzny, przyzwoicie wobec bliźniego). Piszę „mogło”, bo oczywiście nie daję żadnej gwarancji, że owo doświadczenie miało wpływ na cokolwiek. Wiem jednak, że już od bardzo, bardzo wielu lat, owo doświadczenie jest dzieciom obce i jeśli dzisiaj jest jeszcze coś, co choć hipotetycznie „mogłoby” skłonić niektórych ludzi do przyzwoitych zachowań, to na pewno nie jest tym czymś wrażliwe sumienie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...