Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RAŚ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RAŚ. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 października 2017

Czy Ślązacy będą wysyłać do Barcelony paczki z niemiecką czekoladą?

Mamy sobotę, a więc całkiem odpowiedni dzień na mój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. O autonomiach.       


      W hiszpańskiej Katalonii najpierw odbyło się o dawna szykowane  niepodległościowe referendum, przez państwo natychmiast uznane za nielegalne, i dziś mamy sytuację, którą niektórzy gotowi są określać mianem wojny domowej, a reszta wie, że nawet jeśli uznamy ten nastrój za grubo przesadzony i nawet jeśli Hiszpania ostatecznie jakoś sobie z tą sytuacją poradzi, to kraj już nigdy nie będzie taki jak był przez wieki. Dlaczego? Dlatego, że owa dotychczas tylko gdzie niegdzie szeptana teoria, że nie ma czegoś takiego jak państwo, czy, co wiecej, naród, nagle się urzeczywistniła jako święta i niepokonana. I pomyśleć tylko, że wszystko się zaczęło od czegoś tak wydawałoby się niepoważnego, jak autonomia.
     Wydarzenia w Hiszpanii – i nie trzeba tu być szczególnie wrażliwym obserwatorem, by to zauważyć – wręcz automatycznie kojarzą się z tym, co się dzieje w innych rejonach świata, a więc również z naszego punktu widzenia miejscu najważniejszym, czyli na Śląsku, gdzie nawet jeśli na szczęście jeszcze nie politycznie, ale, owszem, jak najbardziej kulturowo, coraz bardziej rosnące wpływy zyskuje tak zwany Ruch Autonomii Śląska, którego lider, Jerzy Gorzelik, by wspomnieć o tym tak tylko na marginesie, zdążył już przesłać Katalończykom swoje wyrazy solidarności, i trzeba tu mieszkać, by widzieć wyraźnie, w jakim kierunku ów kulturowy blitzkrieg zmierza.
     To prawda, polityczne wpływy Gorzelika i prowadzonego przez niego Ruchu uległy ostatnio dramatycznemu zmniejszeniu i gdyby nie desperackie próby utrzymania się przy władzy Platformy Obywatelskiej, ich, jako organizacji, prawdopodobnie by już dawno nie było, natomiast, jak mówię, wystarczy tu mieszkać, by widzeć jak oni są skuteczni, gdy chodzi o to, co u zwierząt się określa nazwą „zaznaczania terenu”, a tu sprowadza się do pozostawiania gdzie się tylko da i to w każdej możliwej formie śladów tego, że tu nie jest Polska, lecz Śląsk, a więc byt calkowicie autonomiczny, by nie powiedzieć, osobny.
      No właśnie – osobny. Zarówno sam Gorzelik, jak i ludzie, którzy zasadniczo popierają jego wysiłki na rzecz przyznania Śląskowi autonomii, może nie na co dzień, ale w sytuacjach, gdzie trzeba się deklarować jednoznacznie, zarzekają się, że im ani w głowie odłączanie się od Polski i tworzenie osobnego bytu państwowego. Chodzi tylko o to by Polska uszanowała śląską tożsamość i skoro nie da się póki co uzyskac nic wiecej, to by przynajmniej pozwoliła Ślązakom cieszyć się publicznie własną „ślunkom godkom”. No i stąd nagle pojawiają się w mieście lokale o nazwie „Cafe Kattowitz”, sklepy sprzedające pamiątki, gdzie wszystko jest opisane gotykiem, a w wiadomościach sportowych nadawnych przez najpopularniejszą lokalnie stację radiową, zamiast słowa „mecz” występuje niemiecki „spiel”.
      A zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, miejmy na nich oko i przede wszystkim pamiętajmy, Polska jest jedna i o żadnych autonomiach mowy być nie może. Jak chcą, niech się uczą pisać gotykiem, ale to wszystko.

Przypominam, że moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Jak już sprzedamy te, będziemy wydawać kolejne, a zatem zachęcam gorąco.

       

piątek, 16 września 2016

Czy Niemcy będą odśnieżać katowicki rynek?

Nie umiem powiedzieć, na ile to, o czym dziś chciałbym napisać, stanowi dla czytelników tego bloga temat bliski, a na ile pozostaje czymś kompletnie egzotycznym, a tym bardziej trudno mi przewidzieć, czy to co dla mnie stanowi naprawdę poważne zmartwienie, takim zmartwieniem może się stać dla innych. Problem jednak jest, a ja uważam, że i tak zbyt długo się z nim kryłem i najwyższy czas, by w tym temacie powiedzieć tu przynajmniej parę słów. Otóż jest tak, że Katowice, a więc miasto, w którym mieszkam, od pewnego czasu przeżywa dość intensywny, i co gorsza bardzo konsekwentnie realizowany, atak jednoznacznie proniemieckiej propagandy. Ja wiem, że niektórzy już się na te słowa oburzyli i krzyczą, że Niemcy nie mają tu nic do rzeczy, a jeśli cokolwiek się dzieje, to wyłącznie na poziomie lokalnego, śląskiego patriotyzmu. A poza tym, o jakiej propagandzie my mówimy? Sączonej przez parafialne gazetki w Czerwionce i Rudzie-Chebzie? Przecież to jest jakiś absurd!
Ja jednak znam te argumenty i reaguję na nie wzruszeniem ramion z tego prostego powodu, że mam oczy i uszy otwarte, widzę, co się wokół mnie dzieje i potrafię z tego wyciągać wnioski. Kiedyś tu już opowiadałem o tym, jak to w Chorzowie, na ulicy Wolności, czekałem na tramwaj, a obok był sklep muzyczny, z którego dobiegały dźwięki niemieckiej piosenki biesiadnej. Dziś jednak wszystko się zmienia bardzo szybko i dzieje się już na przykład to, że nie w Chorzowie, ale tuż obok, otwarto sklep z najróżniejszego rodzaju rzekomo śląskimi gadżetami, z których zdecydowana większość jest opisana niemieckim gotykiem. Dzieje się to, że przez kilka kolejnych tygodni całe miasto było obklejone plakatami i billboardami z wyeksponowaną wielką czarną swastyką, reklamującymi jakieś przedstawienie Teatru Śląskiego. Dzieje się też choćby to, że wspomniany wcześniej gotyk pojawił się niedawno nawet na plakatach zachęcających śląską młodzież szkolną do udziału w kursach Aikido. Dzieje się wreszcie i to, że jedna z najbardziej popularnych knajp w mieście nosi wdzięczną nazwę „Kattowitz”, a menu, jakie się tam dostaje jest dla normalnego człowieka niezrozumiałe. A zatem, proszę wybaczyć, ale ja akurat nie potrzebuję się tu odwoływać do rocznicowego wydania dziennika o równie wdzięcznej nazwie „Ślunski Cajtung”, gdzie redaktorzy ledwo co pokazali nam, z jaką radością my tu na Śląsku w 1939 roku witaliśmy Niemców. Jak mówię, ja mam oczy, uszy i swój rozum, więc aby wiedzieć, co się dzieje, nie muszę kupować gazety „Ślunski Cajtung”. Wystarczy mi choćby internetowe wydania lokalnej edycji „Gazety Wyborczej”.
Do Gazowni wrócę za chwilę, ale proszę mi pozwolić na konieczne wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, na Śląsku działa tak zwany Ruch Autonomii Śląska, który chociaż na poziomie politycznym jest dziś niemal ponurym wspomnieniem, gdy chodzi o faktyczną pozycję, dzięki swojej niebywałej wręcz zawziętości i sieci powiązań, po której z ową zawziętością się całkiem sprawnie porusza, obecny jest niemal na każdym poziomie publicznej domeny. I nie chodzi mi w tej chwili ani o te sklepy, te przedstawienia, ten wszędzie obecny gotyk wreszcie, ale o obecność demonstrowaną znacznie bardziej dyskretnie, a mam tu na myśli tak zwane zaznaczanie terytorium. Mając, co już wspomniałem, oczy i uszy otwarte, raz za razem widzę, jak, gdziekolwiek nie zajdę, okazuje się, że oni tam już byli wcześniej, a więc choćby w tramwaju, gdzie kolejne przystanki są nagle zapowiadane w ciężkiej gwarze śląskiej.
Przejdźmy więc wreszcie do „Gazety Wyborczej”. Otóż ja w żaden sposób nie sugeruję, że oficjalna polityka „Agory” zorientowana jest na oderwanie Śląska od Polski, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że ludzie, którzy tu na miejscu redagują ów dziennik to bardzo radykalni zwolennicy takiej właśnie polityki, która ma ostatecznie do owego oderwania doprowadzić. I wcale też nie chcę przez to powiedzieć, że katowicka „Wyborcza” nie zajmuje się niczym innym, jak tylko relacjonowaniem kolejnych wystąpień Jerzego Gorzelika. Nic podobnego. Z tego co wiem, tam Gorzelik niemal w ogóle się nie pojawia, a przynajmniej nie pojawia się pod własnym nazwiskiem. Natomiast to co oni robią, gdy chodzi o poziom ściśle lokalny, to udowadnianie, że to co dziś się dzieje w Katowicach, to upadek, jakiego miasto nie przeżyło od czasu jak ów ruski agent Jerzy Zientek przestał być śląskim wojewodą, a kto wie, czy nawet nie od zakończenia II Wojny Światowej. Wedle „Wyborczej”, a ja tę tendencję obserwuję od kilku już lat, od czasu gdy na scenie pojawił się Ruch Autonomii Śląska, a mieszkańcy Katowic – bo o Katowice głównie tu chodzi – go nie przyjęli i zdecydowali, że nie ma jak Donald Tusk i to co ów mąż stanu im zostawił, miasto konsekwentnie tonie. Najpierw zniszczono wybudowany przez wspomnianego wielkiego śląskiego patriotę, Jerzego Ziętka, dworzec, następnie pozbawiono jedynego w świecie uroku ulicę Mariacką, po Mariackiej zrujnowano słynny katowicki rynek, po rynku pozbawiono dawnego czaru ulicę Kościuszki, a dziś Polacy już się tylko czają na zwykłych mieszkańców, by im zakazać używania „ślunskiej godki”.
Napisałem na samym początku tej notki, że nie wiem, do jakiego stopnia sprawa nam jest znana, ani tym bardziej, na ile ona nas obchodzi. I to oczywiście jest mój problem. Postaram się jednak pokazać coś, co, przynajmniej gdy idzie o zaangażowanie „Gazety Wyborczej” w ów proceder odrywania Śląska od Polski, powinno nasz problem rozjaśnić. Otóż faktem jest, że przez minione kilka lat Katowice wypiękniały w sposób bezdyskusyjny. Owe dwa przekleństwa, jakie wisiały nad moim miastem, a więc przede wszystkim dworzec i tak zwany „rynek”, ale też i tych parę miejsc, gdzie można wieczorem spędzić czas, przyznaję, że wbrew nawet moim obawom, zostały rozwiązane w sposób doskonały. Dziś katowicki dworzec to miejsce, przy którym ani dworzec w Warszawie, ani w Krakowie, ani w Poznaniu, ani we Wrocławiu, ani w Poznaniu, ani w Gdańsku nie istnieje. Dziś katowicki rynek, z oczyszczoną po raz pierwszy od dziesięcioleci rzeką Rawą, z tymi fontannami, drzewami, sadzawkami, to miejsce, gdzie można spędzić cały dzień, jak ktoś ma ochotę, nawet z rodziną. Oto też jednak coś, o czym dziś donosi miejscowa „Gazeta Wyborcza”:
„Rynek w Katowicach, chociaż jeszcze nieskończony, okazał się hitem tego roku. Nad płynącą sztuczną Rawą ustawiono leżaki. Te z kolei ocieniają cztery wielkie palmy. Nieważne, o której godzinie zajrzy się nad fontannę, zawsze jest tu ruchliwie i gwarno. Mieszkańcom pomysł przypadł do gustu, no i o to chodzi.
Tuż obok, na placu zabaw bawią się dzieci. I chociaż atrakcje dla maluchów szału raczej nie robią, to i tak lepszy taki plac niż żaden. W centrum Katowic atrakcji dla najmłodszych mieszkańców po prostu nie ma. I to jest dopiero fenomen.
Powoli na rynku materializuje się też pawilon toaletowo-kawiarniany. Można na jego wygląd narzekać albo nie. Spełnia tu jednak bardzo ważną funkcję: zagospodarowuje przestrzeń albo - jak kto woli - zabiera miejsce na gigantycznym betonowym pustym placu między Teatrem a Skarbkiem. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, czy toalety są OK czy nie. W okolicy rynku wojewódzkiego miasta po prostu być muszą, a że będą akurat na środku... w Krakowie też są. I to w Sukiennicach.
Zaraz obok pawilonu posadzono dorodne już drzewa. I nawet plac Kwiatowy, który moim zdaniem bardziej przypomina ryneczek w Pcimiu Mniejszym niż porządną wielkomiejską architekturę, zazieleniony wygląda przyzwoicie.
Boję się jednak, że cały letni czar nowości uleci z pierwszymi zimnymi dniami. Oczami wyobraźni już widzę tę samą szarzyznę i nieoswojoną przestrzeń, które królowały tu przed szumną przebudową. Palmy odjadą w nieznane ciepłe miejsce, z fontann zniknie woda, a może nawet ktoś zakryje je urokliwą dyktą. Z drzew spadną liście, kwiaty w donicach przekwitną, a leżaki opanują rezydenci z ul. Stawowej. I tak będzie przez kolejne siedem miesięcy.
W ten sposób znów okaże się, że Katowice wcale nie mają rynku z prawdziwego zdarzenia, a zajezdnię tramwajową wzdłuż i wszerz poprzecinaną szynami. Rynek bez sezonowego zieleńca przestanie być miejscem, na którym warto się zatrzymać. Trochę z przymusu będzie można co najwyżej tędy przejść, skrzętnie owijając się szalikiem, żeby nie przeziębić się od hulającego po tym pustkowiu wiatru”.
A zatem rozumiemy, w czym problem, prawda? Przyjdzie zima i całe to polskie gówno zostanie najpierw przysypane śniegiem, a następnie na „siedem miesięcy” skute mrozem. A wszystko przez to, że prezydentem Katowic nie wybrano Jerzego Gorzelika, człowieka, który wie, jak to się robi w Niemczech i który nie tylko z zimą by sobie poradził.
Ja wiem, że powinienem kończyć, ale chciałbym bardzo pokazać jeszcze jeden przykład, jak oni działają. Oto miasto uznało, że, zanim faktycznie przyjdzie owa zima, ludzie będą może chcieli trochę poużywać, więc dobrze by było oczyścić wspomniane fontanny i wymienić wodę. Oto, w jaki sposób „Gazeta Wyborcza” poinformowała o zdarzeniu: „To już koniec? We wtorek wypompowano wodę i osuszono dno. Sztuczna Rawa na rynku w Katowicach bez wody. Montują barierki”.
Ktoś – rozumiem, że chwytając się ostatniej deski ratunku – zasugeruje, że w Katowicach w ostatnich wyborach wygrał PiS, PiS w Katowicach rządzi, a „Wyborcza” jak to „Wyborcza”, PiS-owi nie przepuszcza i stąd to wszystko. Niemcom nic do tego. Otóż nie. Tu PiS nie istnieje. W Katowicach akurat PiS nie ma i nigdy nie miał nic do gadania. Problem z Katowicami polega na tym, że tu jest za mało Niemców i przez to, kiedy przyjdzie zima, cały ten polski syf wyjdzie na wierzch.
Powtórzę raz jeszcze. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Katowice to tak naprawdę peryferie tego co się dzieje w Polsce. Ja bym jednak zachęcał, by z Katowic nie spuszczać oka. Bo jeśli jest tak – a jest – że Katowicami zainteresowała się spółka „Agora”, to znaczy, że coś się kroi i lepiej by nam było nie obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku. Póki co, do zimy jeszcze parę miesięcy:


Pod koniec września w Katowicach odbędą się kolejne targi książki, na których będziemy sprzedawać moją nową książkę. Nieco wcześniej być może, ona się pokaże w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Póki co jednak i dziś proszę owej księgarni nie lekceważyć, bo tam jest wszystko, czego nam potrzeba.

wtorek, 4 grudnia 2012

Przybijam piątkę ze Ślązakami

W minioną sobotę byliśmy przy okazji tak zwanych Andrzejek na wizycie u mojego teścia, no i przy tej z kolei okazji w moje ręce wpadło piątkowe wydanie „Gazety Wyborczej”. Biorąc pod uwagę, że na wieść, że oni piszą już nawet i o mnie, ledwo co sam osobiście, bez jakiegokolwiek przymusu kupiłem sobie „Gazetę Wyborczą” – tym razem w wydaniu sobotnim – mogę uczciwie stwierdzić, że jak idzie o ten szczególny kierunek reżimowej propagandy, jestem już pewnego rodzaju ekspertem.
Co zatem zauważyłem? Otóż nie ulega wątpliwości, że „Gazeta Wyborcza”, z intensywnością – jeśli porównać ich z takim choćby TVN-em – wręcz niewyobrażalną, zajmuje się przede wszystkim niszczeniem pisofaszyzmu. Oczywiście ze względu na charakter mojej wizyty i osobę gospodarza, nie wypadało mi siedzieć cały wieczór i czytać „Wyborczej”, a zatem sytuację znam dość pobieżnie, ale takie właśnie odniosłem wrażenie. Oni już dawno przekroczyli granice obsesji, i dziś się zachowują jak, nie przymierzając niektórzy blogerzy Salonu24 – z obu zresztą stron.
A więc wojna z PiS-em trwa i to trwa w wymiarze dla zwykłego człowieka niepojętym. To jednak co mnie uderzyło znacznie bardziej niż wspomniane antypisowskie obłąkanie, to charakter jaki uzyskał lokalny dodatek do „Wyborczej”, a więc coś co u nas akurat nosi nazwę „Gazeta Katowice”. Otóż – i to akurat zostało zdecydowanie potwierdzone przez mojego teścia – wygląda na to, że ta część projektu „Agory” została przekazana w ręce Ruchu Autonomii Śląska, i o ile w głównym wydaniu bez opamiętania wali się w jakiekolwiek ruchy po stronie Prawa i Sprawiedliwości, tu głównym wrogiem są władze Katowic z prezydentem Uszokiem na czele, oraz katowicki arcybiskup Wiktor Skworc. Pierwszy bohater natomiast jest już tylko jeden, czyli tak zwana „ślunska godka”.
I nie jest wcale tak, że ja tu sugeruję, iż katowickie wydanie „Gazety Wyborczej” jest napisane w śląskim narzeczu. Tak akurat to jeszcze nie jest, natomiast niemal cały obecny tam propagandowy przekaz – bo to w istocie rzeczy jest wyłącznie, od początku do końca, czysta propaganda – jest tak jednoznacznie zdefiniowany, że niezależnie od tego, czy oni będą te swoje teksty pisać po śląsku, czy po polsku z tym śmiesznym akcentem – sprawa pozostanie jak najbardziej oczywista: „Gazeta Katowice” to organ najbardziej zdesperowanej frakcji w Ruchu Autonomii Śląska.
Jeśli się odpowiednio długo spróbuje poobserwować to co tam się wyprawia, w pewnym momencie można mieć nadzieję, że nienawiść tych ludzi do Katowic jest tak wielka, że kiedy oni już zdobędą władzę, to z tego miasta uczynią jakąś przeklętą autonomię dla „goroli”, natomiast prawdziwe życie będzie się toczylo na obrzeżach, a więc w jakimś Nowym Bytomiu, czy Czerwionce, oczywiście uprzednio oczyszczonych z elementu wrogiego, a więc pewnie głównie Ślązaków, którzy nie nauczyli się mówić płynnie po niemiecku.
Jeśli ktoś sądzi, że ja z braku lepszych tematów postanowiłem znów podrażnić się ze Ślązakami, to jest w głębokim błędzie. Dziś akurat nie chodzi mi o nich, lecz wyłącznie o „Gazetę Wyborczą” i to wszystko co za nią stoi, a czego ja nawet nie chcę znać. Otóż ja uważam, że obecny charakter jej katowickiego wydania nie jest ani sprawą przypadku, ani wynikiem politycznych afiliacji jego redaktorów. Wiadomo powszechnie, że wojna jaką Ruch Autonomii Śląska i stowarzyszona z nim Platforma Obywatelska wywołali tu na Śląsku osiąga niekiedy natężenie, którego nie powstydziliby się potykający się politycy obozów zwaśnionych w skali kraju. W związku z tym awantury z jakimi mamy tu do czynienia i nienawiść jakie one rodzą też potrafią osiągnąć nie byle jaką skalę. Jednak nie ma takiej możliwości, by projekt tak jednak doświadczony i tak starannie kontrolowany jak „Gazeta Wyborcza” pozwolił sobie gdziekolwiek na choćby minimalna dowolność. Jeśli katowicka ”Gazeta Wyborcza” stała się faktycznym organem RAŚ-u, to znaczy, że coś się szykuje. Jeśli „Gazeta Katowice” piórem swoich dwóch czołowych felietonistów, a więc Kazimierz Kutza PS „Kuc” i Michała Smolorza ps. „Kanar”, na zmianę niszczą albo Jarosława Kaczyńskiego albo abp. Skworca, to znaczy że to nie jest ani trochę zabawa, w jaką się zaangażowało paru śląskich folksdojczów, ale poważny plan. Jeśli wreszcie katowicka „Gazeta Wyborcza” stała się niemal biuletynem w gruncie rzeczy zarządzanego przez RAŚ Muzeum Miasta Katowic, to nadszedł czas, bym ja może zmienił swoje dotychczasowe, bardzo nieprzyjazne czemuś co nazywam „ślązactwem”, podejście do tego regionu i tych ludzi, i zaczął bronić porządnych Ślązaków przed Ślązakami zdecydowanie mniej porządnymi. Przed Ślązakami o których zaczynam myśleć, że są zwyczajnymi uzurpatorami. Zrzucanymi tu nam na jakichś ruskich spadochronach zaimportowanych przez ludzi z Warszawy.
Napisałem te słowa i od razu zrobiło mi się lepiej. Niedawno moja córka podała mi link do pewnego kabaretu i kazała mi go oglądać. Całe, panie, 20 minut! Kabaret jest jak najbardziej stąd, nosi nazwę „Kabaret Młodych Panów”, i rozśmiesza nas wyłącznie w narzeczu śląskim. Opierałem się jak mogłem, ale w końcu uległem. I muszę powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy się tak śmiałem. Ja się, proszę Państwa śmiałem tak, że się zwyczajnie ze śmiechu popłakałem. To było coś najbardziej zabawnego od czasu Mumio. Proszę sobie popatrzeć i posłuchać. A ja już tylko się zastanawiam, co się z nimi stanie, kiedy nie daj Boże, Agora S.A. zaprowadzi tu swoje porządki. Zwłaszcza za ten żart ze skutkami braku wody w zbiorniku w Goczałkowicach. Akurat w sobotę, jasna cholera!
Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać. Zwłaszcza gdy wsparcie nadeszło z tak bardzo nieoczekiwanej strony.



Przy okazji, tradycyjnie już, wszystkich którzy uważają, że to moje pisanie na coś się przydaje, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i przesyłanie tego co tam komu może zbywa na podany obok numer konta. Bez tego jest już po nas. Dziękuję.

środa, 4 kwietnia 2012

O jednej Marzannie, o pewnym Bazanie i o porządnych Niemcach spod Opola

Jak tu już kiedyś pisałem, z polskich zespołów rockowych, które wraz z wprowadzeniem stanu wojennego wypełniły naszą publiczna przestrzeń, i pozostały w niej przez całe lata 80-te, jakiś tam sentyment czułem tylko do jednego, a mianowicie do Republiki. I to mimo tego, że ich muzyka nie była szczególnie oryginalna, i często krążyła tak gdzieś między The Stranglers, a Pet Shop Boys, i mimo tego że sam, dziś już nieżyjący, Grzegorz Ciechowski, w pewnym momencie dał z siebie zrobić coś na kształt dzisiejszego celebryty, a więc kogoś kogo ja najczęściej nie lubię. Wystarczyło mi tylko to, że oni mieli – chyba jako jedyni – swój bardzo starannie zbudowany i konsekwentnie utrzymywany wizerunek i po prostu dobre piosenki. Całej reszty, a więc Maanamu, Perfectu, Lady Pank, Lombardu, jakichś Kobranocek, Kasi Nosowskiej, i Bóg wie czego jeszcze, serdecznie nie znosiłem i zwyczajnie nie słuchałem.
Tym bardziej więc oczywiście nie słuchałem wszystkich tak zwanych zespołów metalowych, które na czele z czymś co się nazywało TSA, nie miały nawet tego co wymienione wyżej, a więc jakiegoś choćby śladu profesjonalizmu. A zatem, kiedy dowiedziałem się, że zespół TSA się reaktywował, wzruszyłem tylko ramionami, a informacji, że Andrzej Nowak, jego lider i gitarzysta, założył nowy projekt o nazwie Złe Psy, czy jakoś tak, nawet nie zanotowałem. Dziś się dowiaduję, że te Złe Psy to projekt o profilu wyraźnie patriotycznym, i oczywiście mój bogo-ojczyźniany – ja, wbrew pozorom, tego epitetu nie traktuje pejoratywnie – kompleks reaguje na tę wiadomość z pewnym napięciem, ale i to nie sprawi, bym nagle miał sobie kupić nową Andrzeja Nowaka i jego kolegów płytę. W końcu, skoro nie kupuję Armii i Tymoteusza, nie będę się też naturalnie przejmował Nowakiem.
Ktoś powie, że skąd wiem, co to za muzyka? A może to jest coś wyjątkowo dobrego? Otóż nie. Ja wysłuchałem na youtubie jednej z tych piosenek i to jest poziom zbliżony do Armii, a więc… no, jakby tu powiedziec? Mizeria. Natomiast muszę się wytłumaczyć, skąd mi w ogóle przyszło do głowy, żeby Złych Psów posłuchać. Otóż doniesiono mi, że właśnie Nowak i ci jego koledzy muzycy przygotowali tę swoją nową płytę i postanowili ją sobie popromować. Między innymi wysłali jedną z piosenek do Radia Opole i poprosili o to, by tam ją parę razy puszczono. No i nagle się okazało, że ludzie z tego radia emisji piosenki Nowaka odmówili. Z jakiego powodu? Oficjalnie, wedle wyjaśnień kierownika muzycznego Radia Opole, jakiegoś Bazana, „jej poziom artystyczny nie przystaje do naszych standardów”.
Warto przytoczyć całość tej wypowiedzi: „Uznaliśmy, że piosenka nie nadaje się na naszą playlistę, ponieważ jej poziom artystyczny nie przystaje do naszych standardów. Kompozycja ta ma charakter niszowy i jako taka była obecna w audycji dla fanów muzyki hardrockowej. Na granie w ciągu dnia jednak się nie nadaje. Musimy mieć na uwadze, że w tym czasie trzeba grać utwory wyważone i strawne dla szerokiego grona odbiorców. W mojej opinii ten utwór do nich nie należy”. Komentując dalej pretensje, jakie rozgłośnia odbiera od fanów zespołu, mówi dalej: „Czuję przy tym dyskomfort, bo naciski tego typu nie są niczym dobrym ani przyjemnym. Szczególnie że nie zmienią one mojego zdania. Natomiast twierdzenia, że utwór nie znalazł się na antenie, bo jest niemedialny i szowinistyczny, są wyssane z palca. Nie będziemy go grać, bo jest zwyczajnie za słaby. Co nie zmienia faktu, że jesteśmy otwarci na współpracę z zespołem. Bo nie jest tak, że nie gramy lokalnych wykonawców. Ich utwory muszą jednak prezentować wystarczająco wysoki poziom, aby zaistnieć na playliście”.
I to jest oczywiście argument jaki ja jestem skłonny przyjąć z otwartym sercem. Piosenka Złych Psów faktycznie jest słaba. Jest tylko jeden problem. Wprawdzie nigdy w życiu nie zdarzyło mi się słuchać Radia Opole, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli oni w ogóle puszczają tam współczesną polską muzykę pop – a Bazan sam przyznaje, że grają, i to w dodatku w wydaniu lokalnym – to wyjaśnienia Bazana są stekiem najbardziej bezczelnych kłamstw. Kłamstw, bo tu nie może wcale chodzić o poziom, a bezczelnych, bo to że poziom nie ma nic do rzeczy jest tak oczywiste, że odwoływanie się do niego zakrawa na skandal. A zatem musi chodzić o coś zupełnie innego i jedyny problem jaki dziś mamy, to to jak wysoko nad Bazanem zapadła decyzja, by Złych Psów nie puszczać. No i dlaczego.
Od czasu kiedy się dowiedziałem o całym zdarzeniu, a więc od wczoraj, sprawa tej cenzury nabrała pewnego rozpędu, i dziś, kiedy wyguglować Nowaka i Radio Opole, otwiera się stosunkowo dużo przeróżnych informacji. I z tego co czytam, wychodzi diagnoza taka, że piosenka ta została przez Radio Opole odrzucona, bo jest patriotyczna, a patriotyzm jest ostatnio w złym tonie. Czy tak jest naprawdę – nie sądzę. Oczywiście wszyscy świetnie zdajemy sprawę z tego, co się w Polsce od kilku lat wyprawia jak idzie o ten aspekt naszej tożsamości, i nawet nie musimy się zbyt uważnie temu wszystkiemu przyglądać, by widzieć każdy ruch czyniony przez kolejnych przedstawicieli obecnej władzy i słyszeć każdy syk wydobywający się z ich ust. Natomiast nie jest jeszcze tak, by nie wolno było oficjalnie powiedzieć, że jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Polakami, a to jest to, o czym śpiewa Nowak. Mam wrażenie, że są wręcz sytuacje, że nawet ministrowi Sikorskiemu, by nie wspomnieć już o samym Premierze, w pewnych wizerunkowo sprzyjających sytuacjach – choćby nie wiadomo jak wbrew ich sumieniu – tego typu deklaracja może się wymsknąć. A więc nie sądzę, by tu chodziło o Polskę tylko. Poza tym, znaczna część tej afery została opisana przez „Gazetę Wyborczą” i akurat nie udało mi się tam znaleźć jakichś bardziej jednoznacznych słów wsparcia dla decyzji Radia Opole. A więc, to chyba jednak nie to. Uważam, że jeśli chcemy dojść do sedna rzeczy, musimy szukać trochę dalej. A więc spróbować się choćby zanurzyć w mieście Opolu, a dokładnie w samym regionie.
Jest bowiem faktem, że Opole i okolice stanowią prawdziwy bastion czegoś, co z charakterystyczną dla pewnych środowisk bezczelnością, próbuje się od pewnego czasu określać to tu to tam, jako śląskość. Ja tam wprawdzie w ogole nie bywam, ale z opowiadań ludzi, którzy mieli okazję na Opolszczynę się zapuścić, wynika, że to są zwyczajne Niemcy, ze znaczną liczbą zamieszkałych tam Polaków. Jeśli ktoś spróbuje nie tylko przejechać przez te różne Krapkowice, czy Gogoliny, ale się tam na jakiś czas zatrzyma, musi zauważyć, że to są dokładnie te rejony, które miał na myśli ten Niemiec Gorzelik, kiedy coś tam opowiadał o tej swojej autonomii. Z tego co wiem, wszystko to co w bardziej lub mniej bezpośredni sposób otacza Opole, to tereny, gdzie na dźwięk słowa „Polska” ludność tubylcza dostaje odruchu wymiotnego. To tereny, gdzie jeśli ktoś mówi po niemiecku, jest traktowany jak swój. I ja podejrzewam, że ów wspomniany wyżej Bazan jest nie mniej ni więcej tylko przedstawicielem tego towarzystwa. Gdyby do niego przyszła jakaś lokalna kapela i zaproponowała, by on w Radiu Opole trochę pograł ich najnowszy szlagier zatytułowany „Deutschland, Deustschland Uber Alles” w wersji hardrockowej, on by nie miał nic przeciwko. Kiedy jednak przychodzi Andrzej Nowak i mu przed nosem rozkłada flagę biało-czerwoną, Bazan nie może nie reagować, prawda?
Radio Opole. To dopiero musi być menażeria! Biorę jednak pod uwagę, że obok tej hołoty kręci się jeszcze coś innego. Mianowicie, wyposażona w podobne resentymenty, grupa już bardzo typowych antypatriotycznie nastrojonych osób, wprawdzie bez jakiejkolwiek narodowej przynależności, ale za to ze zwykłą mentalnością parobka. Kiedy przeglądałem informacje związane z tym opolskim szaleństwem, trafiłem na komentarz kobiety o nazwisku Marzanna Pogorzelska. Przede wszystkim jednak, zanim się nią zajmę na dobre, chciałbym przyznać się do pewnego kłopotu jaki ja mam z niektórymi imionami. Nie wiem jak to się dzieje, ale jest grupa imion na które ja reaguję alergicznie. Nie wiem, z czego to się bierze, wstyd mi z tego powodu, ale jest jak jest i nie mogę tego ukrywać. Wśród tych imion jest też imię „Marzanna”. Gdyby więc na przykład któremuś z moich dzieci zdarzyło się chodzić do szkoły, gdzie ich wychowawczynią byłaby jakaś Marzanna, ja bym je albo objął szczególną opieką, albo – gdyby to było z jakiegoś powodu niemożliwe do utrzymania – przepisałbym do innej szkoły. A tu akurat mamy sytuację bardzo adekwatną. Otóż ta akurat Marzanna jest nauczycielką w Kędzierzynie-Koźlu (to jest właśnie ów niemiecki kierunek), a poza tym, jak informuje „Wyborcza”, „laureatką wielu nagród za szerzenie tolerancji”. I ta właśnie kobieta w następujący sposób komentuje sprawę piosenki Nowaka: „Piosenka ta jak dla mnie jest bardzo ksenofobiczna i pseudopatriotyczna. Bycie dumnym z rzeczy, na które nie mamy wpływu, jak miejsce urodzenia, jest dla mnie niezrozumiałe, podobnie jak odgrażanie się, że ‘ale jeszcze my żyjemy, wszystkim wkoło pokażemy’. Ten model polskości i patriotyzmu – bezrefleksyjny i poszukujący wrogów rzekomo zagrożonej polskości – jest mi zupełnie obcy”.
Wypowiedź ta jest tak kuriozalna, że doprawdy brak mi słów, a i nawet samych myśli, dzięki którym mógłbym coś w tym temacie ciekawego powiedzieć. Oczywiście najprościej by było sformułować postulat, by tę kobietę natychmiast, i to może jeszcze dziś, pozbawić prawa wykonywania zawodu, a przy okazji zabronić jej zbliżania się do młodzieży. No ale wiadomo jak jest. Gdyby ona prowadziła blog taki jak ten, to ja rozumiem. Dostałaby pewnie w łeb jeszcze dziś. I nawet ten powyższy bełkot by jej nie pomógł. A więc mam inne rozwiązanie. Ja sobie myślę – oczywiście dowodów żadnych na to nie mam – że ona jest lesbijką. Jeśli tak, to ja bym proponował, by któryś z jej uczniów spytał ją najpierw, czy ona na swoje lesbijstwo miała jakiś wpływ, czy to w jej wypadku jest przypadłość naturalna, a jeśli tak, to czy ona z tego że jest lesbijką jest dumna, czy się może tego wstydzi. To zatem – jeśli ja mam rację, i ona lesbijką faktycznie jest. A jeśli nie? Jeśli ona jest zwykłą panną z tytułem magistra i ambicjami na doktorat na Uniwersytecie w Opolu, to proponuję, by dzieci, którymi ona się w szkole zajmuje zwyczajnie urządziły jej klasyczny uczniowski mobbing. One wiedzą jak to się robi i są w tym naprawdę dobre. Jeśli dzięki temu uda im się skutecznie ją uciszyć, z całą pewnością wyjdzie im to na zdrowie.
A Andrzej Nowak i jego Złe Psy? To bardzo dobrze że on się czuje Polakiem. To dobrze że śpiewa o tym, że jest z tego dumny. To o nim bardzo dobrze świadczy jako o człowieku. Kibicuję mu w jego walce z tą bandą niemieckich pachołków. Ale płyty sobie nie kupię. Wolę Led Zeppelin.

Proszę serdecznie o wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam o książce. Naprawdę warto. Dziękuję.

niedziela, 3 kwietnia 2011

ChWDP zdekodowane

I znów, dzięki aktywnej bardzo współpracy naszych przyjaciół, otrzymałem najpierw odpowiednią informację, a następnie też wszystkie niezbędne materiały na temat najnowszego wydania magazynu Press. Nie mam pewności, czy już tu kiedyś przypadkiem nie pisałem czegoś na temat tego pisma, jednak czuję jakby mi coś w tym temacie chodziło po głowie. A więc niewykluczone, że będę się powtarzał. No ale służba nie drużba. Press robi swoje, więc mnie również nie pozostaje nic innego jak robić swoje.
Już sama okładka magazynu przykuwa uwagę. A zatem widzimy tam Zbigniewa Hołdysa, w charakterystycznym dla niego, może nie tyle ruskim, co wschodnio ruskim stylu, z tą różnicą, że zamiast jednego kapelusza, ma ich na łbie cztery. Jeden na drugim. A więc mamy ten łeb, tę twarz ruskiego prowincjonalnego weselnego muzyka Szurika, z filmu ‘Dworzec dla dwojga’, a na tym wszystkim posadzone cztery kolorowe kapelusze. A pod spodem napis: „Mam dość”. W środku numeru są inne, ale wciąż z tego samego kulturowego i cywilizacyjnego kierunku zdjęcia i wywiad z artystą. Oczywiście, jak przystało na wywiad dla magazynu Press, na tematy polityki i dziennikarstwa.
Ja nie czytam magazynu Press. Nie wiem nawet, czy to coś jest tygodnikiem, czy miesięcznikiem, a może kwartalnikiem, natomiast kolega, który zwrócił moją uwagę na bieżące jego wydanie, twierdzi, że: „Press to jest pismo b. ważne w świecie dziennikarzy, reklamy, PR. To ono przyznaje tytuł ‘Dziennikarz roku’. Czyli to jest autentyczny trendsetter. Ten numer jest juz w każdej redakcji w Polsce, i jest w
niej czytany”. A więc skoro tak, to wydaje się, że dobrze by było opowiedzieć sobie, w jaki sposób ów ‘trendsetter’ włączył się w kreowanie bieżących trendów. Dla dobra wspólnego, jak rozumiem.
Otóż stało się tak, że w swoim najnowszym wydaniu, magazyn Press poinformował środowisko dziennikarskie, a przy okazji wszystkich pozostałych chętnych do korzystania z tej oferty, że Jarosław Kaczyński jest „chujem”. Co ciekawe, wiadomość tę przekazał nie raz, półgębkiem, nie w jakiejś dyskretnej, wykropkowanej formie, ale kilka razy, otwartym i jednoznacznym tekstem. Że Jarosław Kaczyński to „chuj”. Ktoś mi od razu zwróci uwagę, że to nie Press, tylko Hołdys. Że wydawca i dziennikarze magazynu Press mają tu czyste sumienia, że oni by sobie nigdy nie pozwolili na tego typu zachowania, że oni wyłącznie, w ramach zwykłej, standardowej dziennikarskiej aktywności, zrelacjonowali tylko to, co Zbigniew Hołdys – artysta, dziennikarz i gwiazda kultury popularnej – sądzi na temat Jarosława Kaczyńskiego. A zatem, gwarantując społeczeństwu konstytucyjne prawo do bycia informowanym, jedynie ową informację społeczeństwu dostarczyli.
Niech więc tak będzie. Jednak jest coś, czego ja tu nie do końca rozumiem. Otóż sam Zbigniew Hołdys skarży się w powyższej rozmowie na to, że redakcja tygodnika Wprost, w którym Hołdys jeszcze do niedawna pracował, nie zgodziła się na publikację trzech jego tekstów. Pierwszy z nich odrzuciła, ponieważ Hołdys zestawił w nim obok siebie nazwiska Stefana Niesiołowskiego i Beaty Kempy, a to towarzystwo mogło podobno stanowić dyshonor dla pana marszałka. Drugi tekst nie został przez Tomasz Lisa dopuszczony do druku, z takiego oto powodu, że Hołdys porównał to co robią media z Holokaustem, a zdaniem Lisa, dziennikarze nie są tak źli jak Holokaust. Trzeci tekst, jak twierdzi Hołdys, skasowała mu wicenaczelna Wprostu, ponieważ jej z kolei nie podobało się coś, co Hołdys napisał o Egipcie. W tej sytuacji, jak się domyślam, należy zakładać, że skoro Wprost odrzucił Hołdysowi jego teksty, to niekoniecznie z dbałości o reputację Hołdysa, lecz bardziej przez wzgląd na reputację samego pisma. Przyznaje to zresztą sam Hołdys, mówiąc, że on doskonale rozumie postawę „Tomka”, który ma „prawo do zrezygnowania z publikacji dowolnych treści. To on wyznacza linię pisma, on mu zagwarantuje sukces, albo doprowadzi je do ruiny”. A ten sposób kalkulacji ja też znam z własnego doświadczenia. Niedawno wysłałem do Warszawskiej Gazety tekst i otrzymałem prośbę od Redakcji, by zmienić jeden jego fragment, i to właśnie nie w moim interesie, lecz w interesie firmy. A nie był to żaden epitet, czy jakiś wulgaryzm, lecz niezbyt zręcznie sformułowana sugestia.
To zresztą wydaje mi się czymś wyjątkowo oczywistym. Załóżmy, że ja bym chciał opublikować poza swoim blogiem, ale tam gdzie mnie chcą, powiedzmy więc na Solidarnych 2010, lub we wspomnianej już Warszawskiej Gazecie, informację, że w moim mniemaniu Zbigniew Hołdys jest chujem. Nie wiem, jak jest z ‘idiotą’, natomiast z tego co czytam w ostatnim wydaniu magazynu Press, rozumiem, że sam Hołdys ‘chuja’ spokojnie by przełknął. On być może co najwyżej mógłby nie znieść sugestii, że jest ruskim zdrajcą i że to jest hańba. ‘Zdrajca’ i ‘hańba’ – te dwa słowa są dla Hołdysa czymś, co jemu akurat nie przeszło by przez gardło. Natomiast ‘chuj’, z jego punktu widzenia, wygląda na to, że jest okay.
No ale, jak może większość czytających ten tekst zauważyła, ponieważ nie bardzo widzę sens aż takiego grzebania się w umysłowej perwersji, nie o Hołdysie chce dziś rozmawiać. W końcu, cóż ja tam mogę odnaleźć? Cały czas natomiast mam w głowie magazyn Press, i to magazyn Press nie sam w sobie, lecz na tle ogółu polskich mediów. A więc myślę sobie, że i Warszawska Gazeta i Solidarni 2010, ale także Wprost, Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita, mojej wypowiedzi na temat Hołdysa jako ‘chuja’ za żadną cenę by nie opublikowali. Jak idzie o Warszawską Gazetę i Solidarnych nie dlatego akurat, że mają tu inną od mojej opinię, ale ze względu na pewne obowiązujące standardy. Pozostałe pisma z kolei odrzuciłyby tę moją wypowiedź z obu powodów – raz, przez konflikt opinii, a dwa, też chyba jednak ze względu na standardy. Dotychczas bowiem jakoś się nie zdarzało, żeby wystąpił ktoś w ogólnopolskich mediach i powiedział o kimś, że ten ktoś jest ‘chujem’. O ile dobrze sobie przypominam, nie zdarzyło się to ani onetowym komentatorom i moderatorom, ani Januszowi Palikotowi, ani Stefanowi Niesiołowskiemu, ani wyrzuconemu właśnie z Platformy Obywatelskiej Robertowi Węgrzynowi, ani nawet – najgorszemu oczywiście z nich wszystkich – Joachimowi Brudzińskiemu.
I na tym tle, redakcja magazynu Press postanowiła przekroczyć tę granicę. Po raz pierwszy w publicznej domenie dopuszczono do nazwania kogoś ‘chujem’, i to co jest tu wcale nie najmniej istotne, ten wyjątek postanowiono zrobić specjalnie dla Jarosława Kaczyńskiego. Właśnie dziś, w najnowszej historii polskich mediów po raz pierwszy chyba, dzięki nienawiści zbudowanej prze System wobec Jarosława Kaczyńskiego dokonano tej rewolucji. Magazyn Press – pismo będące oficjalnym przedstawicielem polskich mediów i współczesnego polskiego dziennikarstwa – uznało za konieczne dopuszczenie do publikacji tej własnie opinii. Że Jarosław Kaczyński jest „chujem”. „Wyznaczając linię pisma”, starając się „zagwarantować mu sukces”, starając się tworzyć najnowsze trendy w polskim życiu publicznym, redakcja magazynu Press ogłosiła publicznie, że Jarosław Kaczyński to „chuj”. I mam nadzieję, że nikt nie będzie próbował tu mieszać w czymś co jest doskonale pomieszane. Nie ma takiej możliwości, żeby KTOKOLWIEK powiedział na temat KOGOKOLWIEK, że jest ‘chujem’ i żeby redakcja magazynu Press, te słowa przytoczyła w bezpośrednim brzmieniu. Ja wiem, że taka opcja nie istnieje. Jestem stuprocentowo przekonany, że ów epitet by wycięła, albo – gdyby się tego zrobić nie dało – wywiad by się nie ukazał. I to zarówno gdyby bohaterem tego wyzwiska był ksiądz Boniecki, premier Tusk, premier Buzek, czy tylko Zbigniew Hołdys. Jedyną osobą, co do której System wyraził zgodę, by go w ten sposób publicznie i oficjalnie tytułować, został mianowany Jarosław Kaczyński.
O czym to może świadczyć? Myślę, że dokładnie o tym samym, o czym świadczyło nazywanie go wcześniej w Newsweeku przez Tomasza Jastruna „człowiekiem psychicznie chorym”. A mianowicie o tym, że System przestał Jarosława Kaczyńskiego – tak jak wcześniej jego świętej pamięci brata – traktować jak człowieka. I jeden i drugi, w opinii Systemu, nie zasługują na to, by ich nazywać i myśleć o nich jak o ludziach. Lech Kaczyński akurat został już skutecznie wyeliminowany z tej wspólnoty. Teraz już tylko pozostaje jego wciąż żyjący brat. Cel został więc wyznaczony. Przez psy Systemu. Przez media. W oficjalnym organie owych mediów, głośno i jednoznacznie. Przez polskich dziennikarzy. Dokładnie tych samych, którzy dziś znaleźli kolejny pretekst, by rzucić mu się do gardła za jego słowa skierowane pod adresem Ruchu Autonomii Śląska, regionalnej ekspozytury Systemu na Śląsku. Jeśli go zabiją, nastąpi koniec. Jeśli jednak nie – niech Bóg ma ich w Swojej opiece.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...