Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2020

Nóż w piździe, a Radio Tirana wciąż nadaje


       Dotarło do mnie, że w białostockiej Galerii Arsenał prezentowana jest wystawa zatytułowana „Strach”, a jednym z jej artystycznych elementów jest performance pod tytułem „Nóż w piździe”. Jak można oczekiwać, ów projekt sprowadza się do tego, że widz może podziwiać ów nóż zanurzony w intymnych częściach kobiecego ciała, jej twarz wysmarowaną ekskrementami, oraz przeróżne najbardziej egzotyczne gesty niszczące jej wizerunek, a wszystko to pod pretekstem protestu przeciwko rzekomo powszechnej w dzisiejszym świecie przemocy wobec kobiet.
       Ktoś powie, że to nic takiego. W końcu dzisiejsza sztuka, z braku prostych artystycznych inspiracji, sprowadza się wyłącznie do cytowania najbardziej wulgarnych medialnych doniesień, a następnie przerabiania ich na tak zwaną sztukę. Tym razem jednak chodzi o coś więcej. Otóż, jak się dowiaduję, ów niezwykły projekt zatytułowany „Nóż w piździe” został odpowiednio zasponsorowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowe Centrum Kultury oraz przez, jak najbardziej finansowany przez polskie państwo, Białostocki Ośrodek Kultury.
        Wspomniana wystawa wywołała oczywiście falę protestów, oraz zrozumiałe jak najbardziej pretensje do ministra Glińskiego o to, że on stracił panowanie nad wydawanymi przez siebie pieniędzmi, ja natomiast kiedy już doszedłem do siebie po pierwszym szoku, zadałem sobie pytanie, jaki tak naprawdę zarówno Gliński, jak i tak naprawdę dowolny minister kultury, mają wybór w sytuacji gdy polska kultura prezentuje poziom, który można opisać wyłącznie przy pomocy słów „Nóż w piździe”? Jeśli bowiem zastanowimy się nad stanem dzisiejszej polskiej sztuki plastycznej, literatury, filmu, czy muzyki, w ostateczności okaże się, że nie mamy nic poza owym „Nożem w piździe”. A co gorsza, nie ma sposobu, by z tej pętli się wygrzebać.
      I na tym tle mamy tak zwane Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z jego budżetem i ambicjami, by z naszej kochanej Polski uczynić Dolinę Krzemową światowej kultury. Przepraszam bardzo, ale nawet przy swoim wyssanym z mlekiem matki optymizmie, nie jestem w stanie dojrzeć śladu nadziei. Kierunek wydaje się ostatecznie wyznaczony i nie ma nikogo na horyzoncie, kto miałby szanse – i ochotę – go zmienić.
       Mieliśmy ostatnio dwie imprezy, które zwróciły uwagę ogólnopolskiej publiczności. Pierwsza z nich to festiwal w Opolu, a druga to  tak zwana Liga Narodów i Biało-Czerwoni. Ponieważ piosenka to od lat nasze życie, festiwal w Opolu obserwujemy wszyscy i wszyscy widzimy, co się nam oferuje, i to niezależnie od tego, czy słuchamy piosenek zespołu Budka Suflera, czy tych, którzy dopiero będą podbijać świat. Chwilę przed tym jak zabrałem się do pisania tego felietonu, obejrzałem fragment piłkarskiego meczu między Polską a Bośnią i Hercegowiną. Przepraszam raz jeszcze za złe słowo, ale moja córka, która zna się na rzeczy mówi mi, że obecnie na światowym rynku muzycznym z wielkim powodzeniem funkcjonują dwie albańskie piosenkarki. To tyle gdy chodzi o eksport. Nam pozostaje nóż w piździe oraz Ministerstwo Dziedzictwa Narodowego. 





poniedziałek, 15 czerwca 2020

Jak powiedzieć po angielsku "tęskno mi Panie"?

Zainspirowany wydarzeniami związanym z zabójstwem George’a Floyda, oraz nawiązując do występków Brytyjczyków popełnionych przez nich przez wszystkie lata ich istnienia, postanowiłem przypomnieć tekst sprzed lat, zamieszczony w mojej książce o Brytyjskim Imperium i zupełnie niespodziewanie owa notka sprawiła, że zgłosiło się do mnie kilka osób pragnących ową książkę kupić, a ja im ją z prawdziwą przyjemnością wysłałem. W tej sytuacji nie potrafię się powstrzymać przed opublikowaniem tu kolejnego fragmentu, z nadzieją, że w ten sposób uda mi się jeszcze kogoś zachęcić do zakupu. A to powinno każdemu dać autentyczną satysfakcję. Inna sprawa, że chyba jednak bardziej tym, co się interesują językiem.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki Syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem Syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją Syrenką, kiedy przy drodze zauważył innego księdza czekającego na okazję. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  ucieszył się jeszcze bardziej i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
      I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieeeci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał soobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i któryś z miejscowych, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą, udając że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustąpić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”.
      A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaże się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku, włącznie przede wszystkim z tym jakimś tam Jezusem.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym.
      Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie, nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, to wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.

Tych rozdziałów jest całe mnóstwo, a ten jest wyłącznie na zachętę. Polecam serdecznie i namawiam do kupowania tej książki bezpośrednio u mnie. Egzemplarze, którymi dziś handluje Klinika Języka już od dawna nie są w żadnej mierze moją sprawą. Kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 12 listopada 2018

Czy Polskę północno-zachodnią czeka cywilizacyjny kataklizm


      Poznańskie refleksje obiecuję na jutro, natomiast dziś potrzebuję zalatwić jedną zaległą sprawę. Otóż kilka dni temu opublikowałem tu tekst, w którym zwróciłem uwagę na socjologiczny problem, jaki mamy z Opolszczyzną, natomiast w którymś z komentarzy poproszono mnie o uściślenie pewnej już bardzo szczegółowej kwestii związanej z niedostatkami edukacyjnymi na tym, i nie tylko na tym, terenie. Oto więc ów tekst, zamieszczony w miniony piątek w „Warszawskiej Gazecie”, a dziś tu u nas. Swoją drogą, serdecznie polecam.


      Pamiętam jak przed wielu już laty, podczas jednej z typowych telewizyjnych dyskusji, gdzie po obu stronach sceny sadza się możliwie najbardziej skonfliktowane ze sobą ideologicznie strony i każe się im naparzać tak by leciały iskry, doszło do awantury między kobietami, a feministkami. Kiedy wyglądało na to, że wszystko skończy się tak jak zawsze, czyli na tym, że obie strony pozostana przy swoich zdaniach i rozejdą się do domów poczuciu moralnego zwycięstwa, głos zabrała - do dziś pamiętam to bardzo dokładnie - jak to się przyjęło ostatnio mówić, socjolożka Barbara Fedyszak-Radziejowska i powiedziała mniej więcej coś takiego: „W naszym Instytucie przeprowadziliśmy wielomiesięczne, a przy tym bardzo głębokie i wnikliwe badania dotyczące wpływu środowiska wychowawczego na zachowania młodzieży i wyszło nam niezbicie, że statystycznie największe patologie generowane w rodzinach religijnie obojętnych, z jednym dzieckiem, z pracującą matką, oraz bez ojca. Wypowiedziała owa kobieta ta słowa i zanim reszta zdążyła zaczerpnąć tchu, program się skończył i z tą informacją wszyscy już do następnego dnia pozostaliśmy. A ja byłem tu być może szczególnie wstrząśnięty, gdyż te dane dokładnie pokrywały się z moimi obserwacjami, jakie poczyniłem podczas wielu lat pracy w szkole.
      Nie dam dziś za to głowy, ale mam bardzo silne przekonanie, że program, w którym doszło do owej prezentacji to było tak zwane „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a przypomniała mi się ona o ironio dokładnie w trakcie tego samego programu, tyle że parę dni temu, kiedy to zaproszeni goście mieli za zadanie komentować wyniki minionych wyborów. Po długich minutach kompletnie jałowej dyskusji, z której nic dokładnie nie wynikało, głos zabrał redaktor prowadzący i zaczął prezentować serię mapek Polski, ilustrujących owe wyborcze wyniki w odniesieniu do wybranych danych socjologicznych, a mianowicie religijności społeczeństwa, liczby rozwodów, liczby dzieci rodzących się ze związków pozamałżeńskich, by wreszcie zakończyć tę prezentację informacją odnośnie… wyników tegorocznych matur. I oto co się okazało: tam mianowicie gdzie wygrała Koalicja Obywatelska odnotowuje się statystycznie znaczniejszą liczbę rozwodów, rodzi się więcej dzieci ze związków partnerskich, znacznie mniej ludzi chodzi do kościoła, no i wreszcie to, co nas dziś interesuje najbardziej wyniki tegorocznych matur są wyraźnie niższe od tych, jakie zaobserwowano na terenach Polski południowo-wschodniej, czyli tam gdzie niezmiennie wygrywa Polska konserwatywna i prawciowa. Kto chce, oczywiście, może sobie te dane interpretować wedle własnej woli, dla mnie jednak sprawa jest oczywista: tam gdzie są pełne rodziny, gdzie istnieje silna wiara, gdzie wyznaje się wartości tradycyjne, panuje też generalnie zdrowsza atmosfera i to ona właśnie się przekłada między innymi na wyższy poziom intelektualny i psychiczny obywateli, w tym oczywiście i młodzieży.
      A wniosek z tego nasuwa się równie oczywisty: znaczna część Polski północno-zachodniej, jeśli się w krótkiej bardzo perspektywie nie opamięta, skazana jest na kulturowe, intelektualne i cywilizacyjne wymarcie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie do warszawskiego sklepu Foto-Mag przy stacji metra Stokłosy, gdzie są do kupienia książki najlepsze, w tym i moje.  

sobota, 23 września 2017

O różnicach między sztuką poważną a niepoważną

     Myślę, że niewielu z nas zna to nazwisko. Tu na Śląsku jednak, szczególnie w środowiskach akademicko-intelektualnych, Tadeusz Sławek jest gwiazdą pierwszej wielkości, i nie przesadzę, jeśli powiem, że akurat gdy chodzi o wspomniane kręgi, jego popularność przekracza granicę tego naszego grajdołka, sięgając i Krakowa, Poznania, a kto wie, czy nie i Warszawy. Ponieważ jednak większość czytelników tego bloga to ludzie prostoduszni, podchodzący do wszelkich kulturowych rewolucji z dużą ostrożnością, z myślą o nich właśnie wyjaśnię, kim jest Tadeusz Sławek. Otóż przede wszystkim – i jestem pewien, że on sam nie miałby nic przeciwko temu – przedstawiając go, należy zwrócić uwagę na jego wygląd, którego on chroni jak relikwi, a który upodabnia go do Jezusa, jakiego znamy ze świętych obrazów. No ale te włosy, broda i wąsy to zaledwie obraz, a Tadeusz Sławek to w każdym wypadku coś znacznie więcej niż obraz. Tadeusz Sławek to były rektor Uniwersytetu Śląskiego, poeta, artysta-performer, tłumacz, badacz literatury, nauczyciel akademicki, znawca kultury popularnej, komentator polityczny, autor wielu książek oraz płyt CD, naukowych opracowań, artykułów publikowanych w tak szanowanych mediach jak „Tygodnik Powszechny”, czy „Gazeta Wyborcza”, uczestnik wielu paneli dotyczących wszystkich możliwych zagadnień, krótko mówiąc, nie ma dziedziny, poza budową dróg i mostów, gdzie Tadusz Sławek nie zaznaczyłby swojej obecności.
      Osobiście poznałem Tadeusza Sławka lata temu, jeszcze podczas moich studiów na  Uniwersytecie Śląskim, gdzie on, będąc jeszcze skromnym magistrem, już się piął po drabinie również towarzyskiej kariery. Muszę tu zrobić pewną dygresję. Otóż z powodu tego, że ja sam, przez swoje – przyznaję, że wynikające z wrodzonej tępoty –  wieloletnie zaangażowanie w studia uniwersyteckie, byłem tam swego rodzaju ciekawostką, z Tadeuszem Sławkiem miałem kontakt na tyle specjalny, że kiedyś mi nawet pożyczył płytę Johnna Lennona „Mind Games”.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu stałem sobie na przystanku tuż obok, czekając na tramwaj, który mnie zawiezie na cotygodniowe lekcje, patrzę, a obok na tramwaj czeka nie kto inny jak sam Tadeusz Sławek, dokładnie taki sam jak przed laty. Podszedłem do niego po tych dziś już ponad 30 latach, powiedziałem grzecznie: „Dzień dobry, panie profesorze, miło pana spotkać”, on, niespodziewanie zupełnie, powiedział: „Dzień dobry, panie Krzysztofie”, no i naturalnie weszliśmy w krótką pogawędkę. Najpierw ja go zapytałem, co u niego, on mi odpowiedział, że za rok idzie na emeryturę, no i zapytał, co porabiam, no a ja uderzyłem z najwyższej oktawy i powiedziałem, że żyję między innymi z pisania książek. No i się zaczęło. Profesor zwyczajny, doktor habilitowany, Tadeusz Sławek zapytał, na jakie tematy te książki, ja mu odpowiedziałem, że na różne, on zapytał ile, ja mu odpowiedziałem, że osiem, on zapytał, jak się sprzedają, ja mu odpowiedziałem, że szału nie ma – dokładnie w ten sposób: „Szału nie ma” – niemniej dzięki dość dużej grupie stałych czytelników, żyć się da i te kilka stów miesięcznie wpadnie, co, biorąc pod uwagę fakt, że od ostatniego tytułu minął już ponad rok, nie jest źle. On, co było widać, trochę się zaniepokoił, jednak dzielnie ciągnął dalej i spytał, czy ja to wydaję „własnym sumptem”, na co ja mu odpowiedziałem, że wszystko jest wydawane przez wydawnictwo „Klinika Języka”, że sprzedajemy bezpośrednio przez Internet, no i że jakoś ciągniemy.
      No i w tym momencie padło pytanie, moim zdaniem, absolutnie kluczowe: „A tak przy okazji, proszę mi powiedzieć, ile w tej chwili kosztuje wydanie książki?” Powiem szczerze, że trochę mnie zdziwiło, że ktoś taki jak Tadeusz Sławek, który wydał książek dziesiątki, nie wie, ile trzeba zapłacić za wydanie książki, niemniej odpowiedziałem mu, że różnie, ale na ogół gdzieś pomiędzy 5, a 10 tysiącami, zależnie od objętości, jednak przez pierwsze kilka tygodni wszystko się pokrywa przez wpływy ze sprzedaży, no a potem, to już zyskami dzielę się uczciwie z wydawnictwem i szafa gra.
     No i w tym momencie doszło do zdarzenia, które jest pierwszym powodem, dla którego piszę dziś ten tekst. Oto Tadeusz Sławek, który dotychczas czekał wraz ze mną na tramwaj, powiedział: „Przepraszam, panie Krzysztofie, ale muszę już lecieć” i odleciał w tak zwaną siną dal, a ja zostałem ze swoimi myślami. Co to za myśli, jestem pewien, że, jak już wspomniałem, prostoduszni z reguły, czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, a więc nie widzę powodu, by ciągnąć te refleksje dalej, może tylko poza apelem do samego Tadeusza Sławka, by się aż tak nie martwił. On i jego znajomi sobie zawsze jakoś poradzą. A ta cała mierzwa? Zawsze można sobie wytłumaczyć, że mierzwa nie ma znaczenia, choćby z tego powodu, że nad owym interesem czuwa ktoś, kto bardzo dba, by nie doszło do jakichś niespodziewanych zwrotów akcji.

A propos książek, ja wiem, że dopóki miedzy innymi Tadeusz Sławek nie powie, że warto, niektórym z nas jest bardzo ciężko się przełamać, niemniej jednak daje słowo honoru, że warto. Nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.  
    

        

czwartek, 7 września 2017

O podstarzałych raperach i kulturze brzydkich słów

Informował już o tym Gabriel, a ja muszę tę smutną informację potwierdzić, że faktycznie pewien ogólny kryzys na rynku spowodował też dość poważny problem ze sprzedażą naszych książek. Tak się niestety złożyło, że wspomniane załamanie, w połączeniu z różnymi nieoczekiwanymi, a często bardzo finansowo wyczerpującymi zawirowaniami tu na miejscu, spowodowało, że zmuszony jestem prosić stałych czytelników tego bloga o jednorazowe wsparcie dla tego bloga. Chodzi o coś bardzo doraźnego, przeznaczonego na pokrycie naszych sierpniowych płatności. Mój numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591. Myślę, że jeszcze tylko dziś i jutro, i damy radę. Bardzo dziękuję wszystkim co już zareagowali, no i oczywiście tym co znajdą dla nas czas jutro i pojutrze. Tymczasem, jak zawsze:

Wspominałem już o tym swego czasu, ale przypomnę. Otóż pewnego dnia, udzielając jednego z licznych wywiadów, popularny aktor komediowy Cezary Pazura wyraził pretensje pod adresem polskiej obyczajowości, że on w swoich występach kabaretowych, w odróżnieniu od brytyjskich, czy amerykańskich komików, nie może używac takich słów jak „kurwa”, „jebać”, „chuj”, czy „pizda”. Zdaniem Pazury, gdyby jego teksty uwolnić od owej krępującej cenzury, każdy kolejny prezentowany przez niego stand up byłby znacznie zabawniejszy od poprzedniego, a przez to lepszy.
Wbrew temu, co można by pomyśleć, ja się z jego stanowiskiem zgadzam. Wprawdzie nie sądzę, żeby to co on pokazuje swojej publicznosci, stałoby się dzięki owym „kurwom” lepsze, bo nawet w amerykańskich kabaretach chodzi jednak o coś więcej, niż o ów słynny „fuck”, natomiast, przyznaje, że byłoby zdecydowanie śmieszniej. Ale to jednak też nie dlatego, że dzięki użyciu brzydkich wyrazów opowiadane przez Pazurę historie stałyby się zabawniejsze. Nie. Onebyłyby nadal tak samo nieśmieszne jak wcześniej, tyle że po każdej „kurwie”, publiczność z pewnością głośniej i żywiej by się śmiała. Tak jak po każdym „fucku” głośniej i żywiej śmieją się widzowie za oceanem.
Czemu tak? Powiem szczerze że tego nie do końca rozumiem, moim bowiem zdaniem, wszystkie te fragmenty, gdzie taki na przykład C.K. Louis zaczyna opowiadać o kopulowaniu, są zdecydowanie słabsze. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co jest moim zdaniem warte refleksji. Może zacznę od bardzo świeżego przykładu. Otóż oglądałem wczoraj pojedynek tenisowy Amerykanki CoCo Vandeweghe z Czeszką Pliskovą, w pewnym momencie CoCo zmarnowała piłkę i wyrzuciła z siebie ów słynny „fuck”. Relacjonująca spotkanie komentatorka natychmiast ów ruch warg odczytała i strasznie ją to rozbawiło. Dlaczego? No bo CoCo rzuciła „kurwą”. Tymczasem sprawa polega na tym, że ona wcale nie rzuciła „kurwą”, ale amerykańskim „fuckiem”, który w tamtej kulturze i języku nie jest niczym bulwersującym. Tak na marginesie, proszę sobie wyobrazić, co byśmy sobie o niej pomyśleli, gdyby nasza Radwańska podczas meczu krzyknęła "kurwa mać!" Nie "fuck", ale nasze stare, polskie "kurwa mać". Oczywiście, podobnie jak u nas, tam też są ludzie, którzy brzydkich słów nie używają, jednak tamtejsza przestrzeń publiczna toleruje je jak najbardziej, i to z bez porównania większym zrozumieniem, niż ma to miejsce u nas. Czemu tak jest, również nie wiem, ale fakt jest faktem i kropka. Jeśli w którymś z amerykańskich filmów ktoś krzyknie „What the fuck?”, ów okrzyk zniknie w całym szeregu innych kwestii, jeśli jednak w którymś z polskich filmów pojawi się analogiczne „Co jest, kurwa?”, publiczność będzie miała naprawdę zabawę. Dlatego też prawdopodobnie, tak często do tego typu zagrań ucieka się najbardziej ostatnio rozchwytywany reżyser Patryk Vega. On świetnie wie, co można najszybciej sprzedać „ciemnemu ludowi”. I tego prawdopodobnie tak bardzo zazdrości Vedze aktor Pazura – że tamtemu wolno, a jemu, póki co, nie.
Czemu dziś o tym piszę? Otóż, jak się okazuje, podczas ostatniego Przystanku Woodstock, jego pierwszy animator Jerzy Owsiak wszedł na scenę i wykrzyczał w stronę publiczności swój tradycyjny protest przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości, tyle że swój występ ubarwił słowami, który są w Polsce powszechnie uważane za wulgarne. Ponieważ, jak wiemy, publiczność festiwalu to głównie dzieci, w dodatku podczas urządzonej przez Owsiaka demonstracji na scenie również znajdowały się dzieci, miejscowa policja postanowiła Owsiaka zgłosić do prokuratury i wygląda na to, że przyjdzie mu za ów brak opanowania zapłacić.
Oczywiście niemal wszystkie media sprawę potraktowały jako atak na wolność ekspresji, a sam Owsiak powiedział co następuje:
To mój rap, moja improwizacja, w której padają słowa niecenzuralne. Ale one w tym zakresie są absolutnie, od początku do końca, wytworem artystycznym, są podkreśleniem pewnym moich emocji, z czym się zwracamy do publiczności. W moim wykonaniu słowa te mają moc przekazu, mają swoją poezję oraz element rapu, w którym mówimy o wielu sprawach i oceniamy je bardzo emocjonalnie, ale w sposób artystyczny”.
Zanim zacząłem pisać ten tekst trafiłem w sieci na ów owsiakowy „rap”, jednak od razu musze powiedzieć, że to jest coś tak żałosnego, że ja nie mam sumienia tego tu wkleić choćby w postaci linku. Oto mamy starszego, dziś już 64 letniego pana z brzuszkiem, oraz w różowej bejsbolówce, który się trzymając na nogach, wymachuje bez sensu rękami i z cieżką chrypką wyrzuca z siebie jakieś żałosne, przetykane bez sensu owymi „kurwami” polityczne frazesy… i my teraz nagle mamy to potraktować jako rap? Przepraszam bardzo, ale on powinien iść siedzieć już za samą tego typu sugestię.
No ale, jak wiemy, nie w tym rzecz. Chodzi o te „kurwy”. Otóż ja biorę pod uwagę taką ewentualność, że piosenkarka Chylińska – swoją drogą, ciekawe, czy ona wciąż jeszcze śpiewa – podczas któregoś ze swoich występów rzuci nagle coś w rodzaju: „Jesteście, kurwa, zajebiści”. Poza Chylińska jednak, tego rodzaju ekscesów oczekiwać tu na tej scenie chyba nie można. Czy to weźmiemy jakieś Lady Pank, Perfect, Kazik, czy też któryś z owych całkiem nowych hip-hopowych projektów typu Taco Hemingway, tam na ogół idzie wszystko na czysto. Dlaczego? Raz że nie wypada, a dwa, że nawet polscy muzycy rockowi wiedzą, że gdyby oni nagle zaczęli się uciekać do czegoś tak niskiego, by nagle zacząć spiewać: „Hej, kurwa, jak tam, się, kurwa, czujecie?” zostaliby przez publiczność wyśmiani. Owsiak tymczasem posłuchał paru murzyńskich raperów i uznał, że to jest kultura, na której on powinien się wzorować. A nie zapominajmy najważniejszego. Owsiak akurat nie jest rockowym artystą. On jest bardzo mocno zaangażowanym przeciwko obecnej władzy politykiem. Powinien wiedzieć, że to co być może wypada wspomnianej wcześniej Chylińskiej, komuś takiemu jak on, czy poseł Budka, już nie. Tak naprawdę, poza Chylińską, tego typu zachowanie nie jest tolerowane nigdzie. Gdybym ja na przykład założył czerwone spodnie, zieloną bluzę, wyszedł na ulicę i zaczął krzyczec, że „niech mi tu, kurwa, jakiś Timmermans nie mówi, jak mam, kurwa, żyć, bo jak mu, kurwa, przyjebię, to się zesra”, nawet Wiadomości TVP by mi nie pomogły. Nawet gdybym się zaczął tłumaczyć, że to przez to, że ja jestem hip i cool.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Książki najlepsze.


h9

piątek, 25 sierpnia 2017

Czy Jerzy Andrzej Marek mógłby pisać piosenki dla Roda Stewarta?

      Jestem pewien, że wielu z nas nie jeden raz zdarzyło się coś takiego, że budzimy się rano i w głowie mamy piosenkę, której nie dość, że od wielu, wielu lat nie słyszeliśmy, nie dość, że o jej istnieniu dawno zapomnielismy, to jeszcze zawsze uważalismy ja za wyjątkowy syf. Czemu tak się dzieje, co za niezwykły wybryk ludzkiego mózgu za tym czymś stoi, Bóg jedyny raczy wiedzieć, proszę jednak sobie wyobrazić, że wczoraj od samego rana, budząc oczywisty popłoch w całym domu, żona moja nuciła stale i niezmiennie piosenkę pod tytułem „Po ten kwiat czerwony”.
      W pierwszej chwili, kiedy już nam minął pierwszy szok, próbowaliśmy ustalić, kto to coś w ogóle oryginalnie śpiewał. Żona moja utrzymywała, że to była piosenka Czerwonych Gitar, ja natomiast obstawiałem Piotra Janczerskiego z zespołem No to co, no i ostatecznie, po sprawdzeniu zasobów youtube’a, okazało się, że „Po ten kwiat czerwony” to nie były Czerwone Gitary, lecz w rzeczy samej stnowiło słynny przebój zespołu No to co.
    Następnym krokiem była próba zbadania, kto był autorem następujących słów:
Idę. Wrócę.
O nic nie pytaj dziś.
Przyjdę - nie zasmucę.
Powiem, po com musiał iść.

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie
”.
       I tu pierwsza niespodzianka. Otóż, jak się okazało, słowa te ułożył, zapisał i dał do zaspiewania Piotrowi Janczerskiemu niejaki Bronisław Brok…
      Kiedy piszę „niejaki”, nie chodzi mi w żadnym wypadku o lekceważącą sugestię, że mamy do czynienia z byle kim, lecz wyłącznie o fakt, że ja na to nazwisko wcześniej nie wpadłem, a nawet, widząc je, uznałem, że normalny człowiek nie może się tak nazywać, więc to musi być czyjś artystyczny pseudonim. I proszę sobie zresztą wyobrazić, że to faktycznie okazał się być pseudonim człowieka nie byle jakiego bo Bronisława Kaufmana, „polskiego literata, reżysera, scenarzysty, operatora, fotografa, autor tekstów piosenek dla wokalistów, zespołów, a także na potrzeby teatru i filmu, jednego z założycieli ZAKR-u”, co warto też podkreslić, autora tekstów piosenek takich wybitnych artystów polskiej estrady jak Chór CzejandaAdolf Dymsza, Anna GermanJerzy PołomskiSława Przybylska, Irena SantorUrszula SipińskaTeresa TutinasVioletta Villas, ale również wykonawców całkowicie zapomnianych, że pozwolę sobie wymienić takie nazwiska jak Wiera Gran, Hanna Rek, Anita Traversi, czy Jadwiga Wajcman.
      Co równie, a może dla nas jeszcze ciekawsze, to fakt, że ów Brok, stale i przez wiele długich lat, współpracował z, niemal kultowym dziś już w pewnych środowiskach Jerzym Wasowskim, tak na marginesie, autorem muzyki do piosenki „Po ten kwiat czerwony”.
      A więc, jak widzimy, robi się powoli ostro.
      Przejrzałem nazwiska owych słynnych niegdyś artystów estrady, trafiłem na zapomnianą dziś już kompletnie Teresę Tutinas i pomyślałem sobie, że sprawdzę przede wszystkim, co ona takiego spiewała, no i przy okazji, co u niej dziś słychać. Otóż, jak się dowiadujemy, Teresa Tutinas – swoją drogą, też ciekawie, prawda? – ma dziś zaledwie 73 lata, mieszka w Szwecji, a jej największym przebojem była piosenka, którą wielu z nas z całą pewnością – głównie niestety, jako cover – pamięta, „Jak cię miły zatrzymać”, w tworzeniu której akurat swoich, utalentowanych niewątpliwie, palców nie maczali ani Wasowski, ani Brok, a do której jeszcze zresztą wrócimy.
     Szukałem jeszcze innych piosenek Tutinas, które bym pamiętał, jednak bezskutecznie, natomiast, owszem, trafiłem nagle na dwie swego czasu bardzo dobrze znane piosenki, śpiewane, jak się okazuje, przez dziś już równie, jak Tutinas, zapomnianą, Ludmiłę Jakubczak: „Gdy mi ciebie zabraknie”, oraz „Szeptem”. Poczytałem więc sobie o Jakubczak i pomijając to, że tu też stałym kompozytorem nie był Wasowski, lecz mąż Jakubczak, Jerzy Abratowski, dowiedziałem się rzeczy prawdziwie fascynujących. Otóż urodziła się ona w 1939 roku w Tokio, dzieciństwo spędziła na sowieckiej Ukrainie, wyjechała do Polski, wyszła za mąż za Abratowskiego, a w wieku 22 lat zginęła w wypadku samochodowym. Abratowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a w roku 1989 zginął przypadkowo w strzelninie podczas napadu na bank.
     Ktoś się mnie zapyta, po co ja w ogóle o tym piszę. Odpowiedź jest prosta. Przede wszystkim uważam, że to wszystko jest bardzo ciekawe, zaczynając na współpracy tego całego Broka z samym Jerzym Wasowskim, przez to, że dziś Tutinas mieszka w Szwajcarii i wszyscy ją mają głeboko w nosie, że Ludmiła Jakubczak zmarła w wieku zaledwie 22 lat, a autor piosenki „Szeptem” zginął w Los Angeles podczas jakiegoś napadu na bank. Po prostu, uważam, że to są informacje ciekawe. Te, ale też wiele innych, na które tu nie starczyło miejsca, w tym choćby i taka, że muzykę do jednej z najpiękniejszych polskich piosenek napisała jakaś Hanna Skalska, a tekst do niej również „jakiś” Kazimierz Szemioth, Skalskiej mąż.
      Niedawno, podczas targów w Bytomiu, zapytany przez kogoś Leszek Żebrowski, czy było coś w PRL-u co on uważa za dobre, po pewnym namyśle odpowiedział, że jednak nic. Otóż wygląda na to, że on się tu fatalnie pomylił. Może lepiej było go zapytać, czy jest coś, co on uważa za dobre w Polsce dzisiejszej, a ja mam tylko nadzieję, że on by nie odpowiedział na to, że to jest, że każdy z nas może swobodnie podróżowac po świecie.
      I pomyśleć tylko, że nigdy bym sobie tego wszystkiego nie poukładał i tu nie opowiedział, gdyby nie przedziwne wędrówki myśli mojej żony. Rozstańmy się więc na tej refleksji i posłuchajmy piosenki Teresy Tutinas, z muzyką znów „jakiegoś” Jerzego Andrzeja Marka – swoja drogą, to jest pomysł na miarę Wojciecha Zbigniewa Leszka, lub Macieja Antoniego Wojciecha – i zastanówmy się, co byśmy powiedzieli, gdyby to dziś zaśpiewał, powiedzmy, Rod Stewart. No co?





       



Moje książki, naturalnie, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

czwartek, 13 lipca 2017

Dobra zmiana, czyli fajny, kurwa, film wczoraj widziałem

     Do kina chodzę niemal tak samo rzadko, jak oddaję się czytaniu książek, choć przyznaję, że parę dni temu poszedłem z moim dzieckiem na film „Baby Driver” i wróciłem zadowolony. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że, z tego co słyszę od żony i od dzieci, na świecie produkuje się ostatnio bardzo dużo naprawdę bardzo dobrych filmów, wciąż czuję, że każdego dnia coś tracę. No ale jest jak jest, a więc wolny czas spędzam głownie słuchając muzyki z przerwą na Wimbledon, i jakoś sobie radzę.
      I oto mój serdeczny kumpel Coryllus wrzucił wczoraj tekst o tym między innymi, że filmowy reżyser używający pseudonimu Patryk Vega nakręcił nowy film, zatytułowany „Botoks”, a ów tekst był tak wstrząsający, że postanowiłem obejrzeć tak zwany „zwiastun”. Jednak zanim przejdę do rzeczy, podzielę się pewną informacją, którą dopiero co uzyskałem ze źródeł najlepiej poinformowanych. Otóż, jak się okazuje, ktokolwiek u nas w kraju chce nakręcić film, zwraca się do tak zwanego Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej o dotacje, najczęściej je dostaje, z takim tylko jednak zastrzeżeniem, że każdy grosz, który dany film zarobi, ma wrócić do Instytutu. W związku z tym, jak my tu wszyscy doskonale rozumiemy, w zeszłym roku na przykład, zaledwie jeden polski film – a miejmy na uwadze to, że w sumie nie było ich dwa, trzy, siedem, czy nawet dwadzieścia – przyniósł zysk. Wiemy, jak to się dzieje, prawda? Przychodzi do Instytutu człowiek i przedstawia super projekt, dostaje na ów super projekt budżet, pierwsze co robi, to rozdziela wszystkie bieżące i przewidywane honoraria, a za resztę kręci film, w taki sposób, by broń Boże nie wyjśc poza to, co z tych milionów zostało, bo trzeba by było coś tam komus przekazywać, a z tym, jak wiemy, same kłopoty. Tak to, wedle relacji, jaką uzyskałem, wygląda, a ja nie mam powodu, by jej nie wierzyć.
     Przechodżmy więc już do Patryka Vegi i jego najnowszego filmu pod tytułem „Botoks”. O czym dokładnie jest ów „Botoks” jeszcze nie wiemy, bo ma on dopiero wejść na ekrany kin pod koniec września, ale dzięki czujności Coryllusa, mogliśmy obejrzeć oficjalny zwiastun, a zatem jakieś tam pojęcie mamy. Otóż film „Botoks” mówi nam o tym, jak to my wszyscy, ludzie chodzący do pracy i płacący podatki, jesteśmy systematycznie zabijani przez służbę zdrowia i organizujący nam ją światowy przemysł farmaceutyczny. Temat ten zresztą zostaje zapowiedziany już na samym początku prezentacji w postaci złowieszczo podanej informacji: „W zeszłym roku w Polsce 17 procent pacjentów nie przeżyło operacji”, a my już wiemy, że w polskim kinie nie ma miejsca na tanie wzruszenia. „Sex and violence” na zimno.  I choć sam Coryllus proponował, by może lepiej byłoby nakręcić coś na temat ministra Szyszki i wycinki drzew w Puszczy Białowiejskiej, a ja z kolei  bym chętnie obejrzał coś na temat Polaków za 500+ obsrywających greckie plaże, przyznać trzeba, że lekarze i wystawiane przez nich recepty też potrafią robić wrażenie.
      No i robią. Zwiastun filmu „Botoks” trwa ponad cztery minuty, a tam już jest wszystko co trzeba. Proszę posłuchać:
      Scena pierwsza: „ - Wezwanie do męzczyzny bez kontaktu. Leży na ulicy. Powtarzam, mężczyzna bez kontaktu.
   - Jaki on jest, kurwa, bez kontaktu?
   - Kurwa, dostał wpierdol, zajebali mu komórkę, nie ma z nim kontaktu”.
      Scena druga: „ - Proszę pani, słyszałem, że można tego palca przyszyć.
   - Nie będę tego palca szukać. W chuj masz cztery. Ci wystarczy”.
      Scena trzecia: - „Boję się, że za karę urodzi mi się chore dziecko”
   - Nie podoba ci się, to wypierdalaj”.
      Scena czwarta: - „Ja nie wiem, co mam pisać?
   - To co się pisze, jak jest zjebany poród”.
      Scena piąta: „ - Nie zwolnisz mnie, jestem najlepszym chirurgiem w tym szpitalu.
   - Dla mnie najlepszy chirurg sika do umywalki”.
      Scena szósta: „ - A z czego będą te leki?
   - A chuj wie. Z cukru pudru”.
      Scena siódma: „ - Kurwa, co tu się dzieje, kurwa? Chirurg jak baba zapierdala po tym oddziale”.
      Scena ósma: „ - Kurwa, co za zajebiste buty. Mój rozmiar. Biorę”.
     Scena dziewiąta: „ - Synuś, matka, kurwa, nam jebnęła.
   - Tatuś, kurwa, wypijemy dzisiaj”.
    Scena jedenasta: „ - Ty nie boisz się, że on po tym zejdzie?
   - Przestań, kurwa, ty wiesz, ile ja tu ludzi zabiłam?
    Scena dwunasta: „ - Kurwa, ciężko się tu pracuje w tym szpitalu”.
     Oto dwanaście scen zapowiadających najnowszy film Patryka Vegi i jego czterominutowy zwiastun. Pod owym filmikiem znajduję serię komentarzy, co dziwne, wszystkie, jak na internetowe standardy, bardzo grzeczne i rzeczowe, no i wszystkie wręcz dla Vegi wręcz  dewastujące,  jednak jeden z nich wydaje mi się szczególnie interesujący: „Widziałeś zwiastun – widziałeś film”.  I to jest dla mnie sedno całego problemu. Przychodzi do Instytutu któryś z nich i mówi: „Mam, kurwa, pomysł na kolejny film. Temat mocno na czasie. Tu masz, kurwa, ogólny zarys”. Na to tamci: „A masz wszystko co trzeba? Scenariusz, kurwa, aktorów, plan?” „Wszystko, kurwa, jest. Scenariusz zresztą sam piszę”. „A nie ma tam przypadkiem nic antypolskiego? No bo, kurwa, wiesz.” „No, gdzie tam! Nawet mam parę antyaborcyjnych, kurwa, aluzji, no i w ogóle to jest przeciwko międzynarodowym koncernom farmaceutycznym”. „Nooo, to bardzo ładnie. Okay, to 10 baniek wystarczy?” „A można prosić o 15?” „No, nie wiem, zadzwoń, kurwa, jutro, zobaczymy co się da zrobić, bo Pawlickiemu musimy, kurwa, dać 20”.
     No a my dostajemy owe cztery minuty , a tam prawdziwy hit: „Synuś, kurwa, matka nam jebnęła”, ten ryk publiczności, no i oczywiście towarzyszącą temu wszystkiemu zapowiedź z ust samego Reżysera: „To będzie mój najmocniejszy film”.
     Jasne, kurwa. Na tyle mocny, by, kurwa, Gliński, się dołożył do następnego. Jeszcze mocniejszego, kurwa. W końcu mamy, kurwa, tę dobrą, kurwa, zmianę, czy nie? Kurwa!
     
Gdyby ktoś miał potrzebę przeżyć coś bardziej  prawdziwego, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki.


piątek, 7 kwietnia 2017

O talentach jak diament i czarnym coachingu

     
      Zanim przejdę do właściwej części dzisiejszego tekstu, muszę opowiedzieć historię jeszcze z minionej niedzieli. Otóż kiedy się już skończyły targi, wsiadłem do pociągu do Katowic i kiedy wszedłem do przedziału, okazało się że na moim miejscu siedzi dziewczyna w wieku studenckim. Siadłem na wolnym miejscu naprzeciwko niej, a ona grzecznie zapytała, czy mnie przypadkiem nie podsiadła. Odpowiedziałem, że owszem, podsiadła mnie jak najbardziej, jednak póki nikt mnie z mojego miejsca nie wyrzuci, nie mam nic przeciwko temu, byśmy sobie siedzieli tak jak siedzimy. Już chwilę później okazało się, że ona też jedzie do Katowic, tyle jednak że nie dość, że nie ma biletu, to jeszcze pędząc na pociąg zgubiła gdzieś portfel z pieniędzmi, dokumentami, kartami i w ogóle wszystkim, co człowiek trzyma w portfelu. W tej sytuacji zdeklarowałem, że kiedy przyjdzie konduktor, ja jej ten bilet kupię, a my się jakoś w Katowicach spotkamy i ona mi te pieniądze jakoś odda. Dziewczyna się ucieszyła i obiecała, że mi forsę odda jeszcze na dworcu, bo tam będzie na nią czekał narzeczony z kasą. No a potem już sobie tylko rozmawialiśmy. Rozmowa stała się tym ciekawsza, kiedy okazało się, że dziewczyna ma na imię Patrycja, mieszka w Warszawie, natomiast w Katowicach studiuje wokalistykę jazzową na Akademii Muzycznej, a we mnie się natychmiast obudziła ambicja, by ją zacząć odpowiednio muzycznie edukować. Ponieważ tak się złożyło, że w przedziale z nami jechali jeszcze nieco tylko ode mnie młodsi państwo ze Szczekocin, którzy mieli kompletnego fioła na punkcie tak zwanego classic rocka, to dziecko już do końca podróży nie miało z nami najmniejszych szans.
     Te niemal trzy godziny minęły jak z przysłowiowego bicza trzasnął, narzeczony po Patrycję jak należy przyszedł, kasę mi również jak należy oddał, a na odchodnym owa Patrycja zaprosiła mnie jeszcze bym przyszedł na jej występ w najbliższy czwartek w Akademii. No a ponieważ to było bardzo miłe dziecko, ja się tam wczoraj wybrałem i o tym właśnie chciałem dziś napisać. Otóż jest tak, że ponieważ ja mam tu w Katowicach dość dużo znajomych muzyków, w pięknej sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach byłem wielokrotnie, natomiast dotychczas nie widziałem najmniejszego powodu, by się tam pokazywać przy okazji popisów studentów miejscowego wydziału wokalistyki jazzowej. No a wczoraj jak najbardziej tam poszedłem i od razu muszę powiedzieć, że to co tam przeżyłem, do dziś mnie nie opuszcza. Otóż proszę sobie wyobrazić, że poza „moją” Patrycją, występowała tam cała kupa innych muzyków i wokalistów, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję uczestniczyć w koncercie, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. Oni wszyscy byli tak nieprawdopodobnie znakomici, że ja nie jestem w stanie wskazać na współczesnej polskiej muzycznej scenie nikogo o choćby zbliżonej klasie. To co miałem tam okazję wysłuchać, to był poziom europejski bez jakiejkolwiek dyskusji. Te dziewczyny – bo to były głównie dziewczyny – były tak dobre, że przy nich nikną nie tylko współczesne gwiazdki polskiego popu, ale też tacy klasycy jak Krystyna Prońko, Ewa Bem, Hanna Banaszak… można wymieniać. Był też chłopak, który wykonał całkowicie autorską, elektroniczną wersję przeboju Beatlesów „Norwegian Wood” na takim poziomie, że gdyby mi to puściło moje dziecko i powiedziało że to jest jakiś Belg, czy Duńczyk, to ja bym oszalał z wrażenia. Była też dziewczyna z Białorusi z piosenką Młynarskiego „Polska miłość”, a ja tam siedziałem wciśnięty w fotel i nie wiedziałem, co się dzieje. A działo się mianowicie to, że najprawdopodobniej to, co ja zobaczyłem tam, na tym w gruncie rzeczy prowincjonalnym koncercie studentów Wydziału Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach, stanowi znakomity symbol ogólnej sytuacji na rynku tak zwanej kultury w Polsce. Ja jestem pewien, że ogromna większość tych muzyków i tych piosenkarzy, jeśli zachowają swoje dotychczasowe ambicje i w pewnym momencie zorientują się, że wszystkie drogi do kariery są zamknięte, to albo się zgodzą pójść na jakieś nędzne kompromisy z cwaniakami z branży, albo zwyczajnie wyjadą za granicę i tam będą się realizować w jakiś klubach. A my tu zostaniemy z Patrycją Markowską, Justyną Steczkowską, no i oczywiście Agnieszką Chylińską. Z mężczyzn będzie nam śpiewał Dawid Podsiadło.
      No ale przecież nie chodzi tylko o muzykę. Wszyscy tu znamy mój stosunek do wszystkiego co powstaje w Polsce, gdy chodzi już nie tylko o ową muzykę, ale również o teatr, film, czy literaturę, a ja dziś mam wrażenie, że jest bardzo prawdopodobne, że to czego doświadczyłem wczoraj w sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach to tylko część tego, co się wyprawia w całej tej przestrzeni nadzorowanej przez ministra Glińskiego i wszystkich tych co pod nim. Dziewczyna którą poznałem w pociągu z Warszawy do Katowic w ubiegłą niedzielę, nie jest może kimś, kogo płyty bym chciał kupować, ale z całą pewnością prezentuje bardzo wysoki europejski poziom sztuki estradowej. Muzycy, którzy towarzyszyli piosenkarkom, nie są pewnie jakoś szczególnie wybitni, niemniej jednak jestem pewien, że oni by się mieścili w każdej poważnej ofercie, czy to w Amsterdamie, w Paryżu, czy w Wiedniu. W odróżnieniu od tego, czego się nam tu każe słuchać na co dzień. Niedawno ktoś mnie spytał, dlaczego ja nie próbuję się ze swoimi książkami przebić do czegoś, co nazywamy głównym nurtem. A ja odpowiadam zawsze tak samo, czyli że aby liczyć na tak zwany komercyjny sukces, musiałbym się w pierwszej kolejności ukorzyć przed gorszymi od siebie, a tego robić nie chcę. I tak się sprawy mają na każdym etapie i w każdym miejscu owego rynku.
      Biedna Patrycja. Wystąpiła swego czasu w telewizyjnym programie Voice of Poland i niemal go wygrała. Oceniały ją Patrycja Markowska i Justyna Steczkowska. Obie słuchały tego występu i bardzo uprzejmie pokazały, jak bardzo im się podobało. Oglądam ów występ na youtubie i dostaje autentycznej cholery. Ja na jej miejscu bym przede wszystkim się tam nie pokazywał, no ale skoro już coś mnie tam poniosło, to bym powiedział tym dwóm, że gdybym miał śpiewać tak jak one, to bym się zatrudnił na kasie w Biedronce, odwróciłbym się na pięcie i wyszedł. Co od lat regularnie czynię. Odwracam się na pięcie i wychodzę. I wszystkich do takiego właśnie podejścia zachęcam.



Już jutro w Warszawie rozpoczyna się dwudniowy kongres prawdziwej prawicy, czy jakoś tak, organizowany przez środowisko związane z „Najwyższym Czasem”. Z tej okazji w Bibliotece Rolniczej obok kościoła św. Anny będziemy sprzedawać nasze książki. Wszystkich serdecznie zapraszam. W sobotę od 10 do 18, w niedzielę od 10 do 16. Może być wesoło.

środa, 25 listopada 2015

Gdy polskie kino dostało raka

Nie umiem dziś powiedzieć, czy zdarzyło mi się tu już o tym wspominać, ale tak się złożyło, że moje najmłodsze dziecko, jeśli tylko nie spędza czasu na uniwersytecie, pracuje w lokalnym kinie. No i jest tak, że kiedy ona – bo mówimy o mojej córce – wraca z pracy do domu, niezmiennie relacjonuje nam kolejny polski film, który ona zmuszona była obejrzeć. I z tego, co opowiada, wynika, że dziś jedyny temat, którym się pasjonuje polska kinematografia to rak. Gdy chodzi o polskie kino, tam mamy widocznie jakąś parkę, która albo się na zmianę pieprzy, albo umiera na raka, a w tle jest ksiądz pijak i pedofil, dramat i łzy. Doszło wręcz do tego, że nawet sequel słynnej polskiej komedii zatytułowanej „Listy do M.” nie jest już komedią, a dramatem z nowotworem w tle. Tak zatem wygląda dziś polskie kino.
Jak wiemy, żeby obejrzeć sobie film – tak naprawdę film jakikolwiek – dziś już nie trzeba włączać telewizora, ani też tym bardziej wydawać 25 złotych, by pójść sobie na seans. Technika, jaką dziś dysponujemy, umożliwia nam korzystanie z dóbr kultury – każdej kultury – w stopniu niczym nieograniczonym, za przysłowiowe friko. Dziś, aby obejrzeć film, który nie trafił jeszcze za wspomniane 25 złotych do naszych kin, czy nie został jeszcze zakupiony przez którąkolwiek telewizji, wystarczy ściągnąć go sobie z Internetu, a jeśli ktoś nie zna języka, wraz z polskimi napisami, napisami w dodatku tworzonymi przez prawdziwych pasjonatów, a więc na poziomie najwyższym. Może to akurat podkreślę: te napisy są na poziomie najwyższym.
W tych dniach przebojem wspomnianego Internetu jest drugi sezon serialu zatytułowanego „Fargo”. Zaledwie wczoraj obejrzeliśmy tu sobie siódmy odcinek drugiego sezonu owego filmu. I przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że świat nam uciekł znacznie bardziej, niż można nam było choćby w najbardziej koszmarnych myślach podejrzewać. To jest już koniec.
Na ekrany polskich kin weszła kolejna część słynnej komedii „Listy do M.”, tym razem już nie jako komedia, lecz dramat, no a we Wrocławiu wystawiana jest sztuka oparta na twórczości słynnej austriackiej autorki-noblistki o nazwisku Jelinek. Podobno znakomita. I niech się nikomu nie wydaje, że tu chodzi o to, że my się zajmujemy jakimiś głupstwami; że tu chodzi wyłącznie o jakieś głupie filmy, głupie piosenki, głupie obrazki. Otóż nic z tego. To jest sens tego wszystkiego. Nie jakaś głupia polityka, nie historia, nie jakieś dyskusje o idei. Pop. Pop i nic więcej. A skoro znaleźliśmy się w tym miejscu, to powiedzmy sobie szczerze: stąd nie ma ucieczki.
Obejrzeliśmy właśnie kolejny odcinek „Fargo” i powtarzam: wygląda na to, że nie ma ratunku. Jak by tego było mało, Jarosław Kaczyński gdzieś przepadł.

Dziś mamy środę, jutro czwartek, potem piątek, a w sobotę widzimy się w Warszawie w Arkadach Kubickiego na targach. Zapraszam serdecznie. Jeśli ktoś ma zbyt daleko, zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest wszystko co trzeba.

niedziela, 22 lutego 2015

Nasza małpka, nasza klątwa, nasz los

Jak pewnie część z nas wie, dziś w nocy przyznawane są Oscary, co dla ludzi kochających kino stanowi oczywistą okazję do świętowania, i to jest fakt, którego nie zmienimy, nawet jeśli z tak zwanego „hollywoodu” będziemy szydzić dziesięć razy dłużej i sto razy mocniej, niż dotychczas. Cokolwiek byśmy bowiem nie powiedzieli i jakiejkolwiek kinematografii byśmy nie zechcieli przeciwstawić tę, która jest symbolizowana przez ów „hollywood”, na końcu i tak się okaże, że, jak co roku, wszystkie drogi prowadzą do Dolby Theater w Los Angeles. A jakby tego było mało, po nich w równym stopniu drepczą szczerzy miłośnicy kinematografii amerykańskiej, co ci, dla których bojkotowanie owych filmów, reżyserów i aktorów to kwestia podstawowego smaku. Stąd też, jeśli dziś my tu w Polsce przeżywamy szczyty histerii z tego powodu, że po raz kolejny i nasi twórcy rywalizują o największe współczesne wyróżnienie w branży filmowej, to nie dlatego, że akurat rozpoczyna się jakiś festiwal filmowy w Berlinie, Rzymie, Moskwie, Gdyni, czy Cannes, ale dlatego że amerykańska Akademia Filmowa daje nagrody. I kropka. Tu nie ma nic więcej do dodania.
Gdy chodzi o mnie, ja nigdy nie miałem cienia wątpliwości, co do faktycznej hierarchii, jaka obowiązuje w tej branży, ale też nigdy nie miałem najmniejszych problemów z uznaniem, że dziś jedyne kino warte uwagi, to kino amerykańskie i brytyjskie. Podobnie, nigdy nawet nie śmiałem protestować, kiedy po raz kolejny okazywało się, że, jeśli nagle gdzieś na świecie pojawi się coś wartościowego to o tym z pewnością poinformują nas Amerykanie, a nie Francuzi, Włosi, Niemcy, czy Belgowie.
I oto nagle jeszcze wczoraj w nocy moje dzieci zaprezentowały mi fragment nominowanego do tegorocznego Oscara polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, a ja od razu muszę wyjaśnić, że, jeśli tylko fragment, to nie dlatego, że całość jest ściśle chroniona prawem autorskim, ale dlatego, że człowiek o tradycyjnie rozumianej wrażliwości, wiedząc, że nie ma do czynienia z parodią Monty Pythona, nie jest w stanie tego czegoś oglądać dłużej niż przez chwilę. Obejrzałem więc pół minuty, może minutę, tego filmu i powiem uczciwie, że czegoś tak skandalicznego złego nie widziałem chyba nigdy, a daje słowo, że wiem, o czym mówię. Czytelnicy tego bloga znają moje zdanie na temat polskiego filmu, to jednak co zobaczyłem wczoraj wieczorem bije na głowę wszystko inne, włącznie z „Drogówką”, „Lejdis” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Rzecz w tym, że tamto wszystko, choćby nie wiadomo jak złe, jest tylko złe; w przypadku tego czegoś, trudno nawet powiedzieć, że mamy do czynienia z żartem.
Nie mam zamiaru pisać tu recenzji tego filmu, nie mam nawet ochoty pisać, o czym ten film jest, ja nawet nie planuje na temat tego filmu napisać tu kolejnego zdania; jak ktoś chce, niech się obsłuży korzystając z tego, co jest szeroko dostępne w Internecie. Ja chcę się dziś tylko zastanowić się, jak to się stało, że ten film został w ogóle nominowany, bo mam głębokie przekonanie, że tu mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, niż jakaś marna sztuka i związany z nią prosty przekręt. Jeśli coś takiego odbywa się na takim poziomie, to znaczy, że mamy do czynienia z sytuacją o skali dotychczas nieznanej.
Aby pokazać, co mam na myśli, może wrócę do sprawy, o której już tu wcześniej pisał mój kolega Coryllus, a co się wiąże z pewnym szczególnym literackim debiutem. Może parę słów wyjaśnienia dla czytelników bloga prowadzonego pod adresem toyah.pl, którzy to co się dzieje w Salonie maja najczęściej w nosie. Otóż w moim mieście od niedawna pojawiła się lokalna sieć spożywcza pod nazwą „Małpka”, gdzie niekiedy kupują. I oto dziewczyna, która tam sprzedaje, pochwaliła mi się jakiś czas temu, że napisała powieść, którą rozesłała do kilku pierwszoligowych wydawnictw w kraju, no i proszę sobie wyobrazić, że jedno z nich postanowiło jej tę powieść wydać. Mało tego, wydać. Umieścić książkę we wszystkich głównych sieciach księgarskich w kraju, zorganizować promocję we wszystkich ogólnopolskich mediach, a samej autorce zorganizować serię spotkań z czytelnikami. Najpierw pogratulowałem dziewczynie sukcesu, wyraziłem nadzieję, że otrzymam od niej egzemplarz autorski, no i oczywiście zapytałem, o czym jest ta książka. Okazało się, że jest to coś, co ona określiła jako „takie trochę psychologiczne fantasy”.
Książka jeszcze się nie ukazała, natomiast znajoma sprzedawczyni otrzymała swój pierwszy autorski owej powieści egzemplarz. Pokazała mi go naturalnie, a ja naprawdę pełen naiwnej nadziei, że, kto wie, ale może tym razem stał się cud, rzuciłem okiem na początek, i nie uwierzycie: „Urodziłam się inna. Mój ojciec był człowiekiem, a matka wampirem”. Jakoś tak. W tej sytuacji pomyślałem, że sprawdzę, jak ta niezwykła historia się kończy i okazuje się, że równie imponująco: „Nie poddam się. Będę walczyć”.
Rzecz teraz w tym, że wedle zapewnień mojej znajomej sprzedawczyni z „Małpki”, ona już się przymierza do kolejnych części powieści, ale na razie przede wszystkim myśli o przetłumaczeniu jej na język angielski i wydaniu jej w Stanach. Kiedy jej powiedziałem, że jestem anglistą, ucieszyła się bardzo, bo w ten sposób „nie będzie musiała szukać tłumacza”, no a kiedy jej wyjaśniłem, że do tej roboty będzie musiała znaleźć kogoś znacznie bardziej ode mnie językowo sprawnego, powiedziała, że poprosi swoją ciocię, która mieszka od wielu lat w Stanach, czyli na miejscu. Oczywiście, wobec tych wszystkich doświadczeń zadumałem się bardzo i w efekcie popadłem w nastrój naprawdę ciężkiego przygnębienia, i oto wczoraj właśnie, obejrzawszy fragment nowego polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, pojąłem, że tu się ani nie ma z czego śmiać, ani czemu dziwić, ani nawet komu współczuć, bo jest bardzo prawdopodobne, że już za rok moja znajoma sprzedawczyni z „Małpki” będzie nominowana do nagrody „Nike”, i wtedy dopiero zrozumiemy, co się dzieje. Przepraszam bowiem wszystkich bardzo, ale jeśli stało się tak, że jakiś dwoje siadło na kanapie, włączyło kamerę, zaczęło wedle napisanego przez siebie scenariusza do tej kamery na zmianę stękać „No, nie wiem, kurwa… naprawdę nie wiem”, a dziś w nocy cały świat będzie to ich stękanie podziwiał w tłumaczeniu na język angielski, to o czym my tu rozmawiamy? Co my tak naprawdę z tego świata rozumiemy i co na jego temat wiemy?
Od pewnego już czasu Coryllus na swoim blogu próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rynek książki w Polsce wygląda jak wygląda, ową odpowiedź z grubsza już chyba znamy i to co z niej wynika, obejmuje również problem, jaki przed nami przedstawiła moja znajoma z „Małpki”. I to, przyznaję, z mojego punktu widzenia stanowi autentyczny horror. Co by jednak o tym nie mówić, wciąż jeszcze jesteśmy w stanie sobie z tym jakoś poradzić, nawet jeśli na końcu tego szaleństwa ujrzymy wspomnianą wcześniej „Nikę”. Znacznie jednak się nam wszystko skomplikuje, kiedy ta powieść o pół-człowieku i pół-wampirze, zgodnie z kalkulacjami tego dziecka, zostaniewydana w Stanach przez powiedzmy Random House, a następnie uzyska nominację do National Book Award. Po wczorajszym doświadczeniu stoję gotowy na wszystko.

Wszystkich czytelników tego bloga szczerze zachęcam do korzystania z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Jest tam choćby moja książka „Marki, dolary, banany…”. A przecież nie tylko.

środa, 8 października 2014

Dlaczego Robert Brylewski nie ma na fajki?

Wstyd mi jak jasna cholera, ale muszę się przyznać do pewnej słabości. Otóż jest tak, że dziś już pewnie od ponad czterdziestu lat, nie widziałem jednego polskiego filmu, który mógłbym z czystym sumieniem uznać za robotę wartą wyłożonych na nią pieniędzy, a mimo to, za każdym razem, kiedy czytam, że oto powstało coś, co w polskiej kinematografii stanowi osiągnięcie niespotykane od lat, natychmiast myślę sobie, że tak, tym razem wreszcie się udało. Tym razem mamy do czynienia z autentycznym zjawiskiem.
No i za każdym razem zostaję z przysłowiową klamką w dłoni. Za każdym razem, wystarczy że obejrzę dokręcony do tego filmu tak zwany zwiastun, a więc coś, co z reguły i z samej zasady, stanowi esencję tego co w filmie najbardziej wartościowe, widzę, że i tym razem dostaliśmy zwykłe gówno, dokładnie takie samo, jak w zeszłym roku, pięć lat temu, lat temu dziesięć i dwadzieścia, i każdego roku rok w rok.
Oto parę dni temu zostaliśmy poinformowani, że główną nagrodę filmową dla najlepszej polskiej produkcji minionego roku otrzymał film o dziś już zmarłym prof. Relidze, zatytułowany „Bogowie”, a wraz z nim po wszelkie należne honory sięgnął aktor o nazwisku Kot, który zagrał Religę tak, że na widok jego kunsztu klękają niebiosa. No i tym razem oczywiście uległem swojej starej słabości i uznałem, że może faktycznie coś jest na rzeczy. Skoro wszyscy, z idealnie podniesionym czołem, ogłaszają autentyczne wydarzenie, to nie ma sposobu, by to była kolejna zmowa. No i może przynajmniej ten Kot jest faktycznie dobry.
Skoro doszło już do tego typu podejrzeń, syn mój oczywiście zdecydował się na rzecz najbardziej oczywistą i wyświetlił nam na ekranie komputera zwiastun owej rewelacji. I proszę sobie wyobrazić, że to co zobaczyliśmy, stanowiło najbardziej typową demonstrację stanu, w jakim już od szeregu lat znajduje się polskie kino. To jest coś tak, nawet już nie powiem, że nędznego, ale pospolitego, że gdyby ktoś nam powiedział, że to jest produkcja z końca lat 70-tych i to w wykonaniu któregoś z mniej szanowanych reżyserów, przyjęlibyśmy to wyjaśnienie bez mrugnięcia okiem. A zatem, ktoś zapyta, może ten Kot faktycznie gra tak, że serce bije mocniej? I tu też – przynajmniej tyle można zrozumieć z tego zwiastunu – jedyne co mamy, to charakteryzacja i robienie min. Ja wiem, że zaraz pojawią się jeden po drugim miłośnicy polskiego kina i zaczną mi tłumaczyć, że to jest dla mnie typowe – nie widzieć, a się mądrzyć, ale w końcu po coś te zwiastuny są, prawda? I przynajmniej w części one mają zachęcać do obejrzenia całości. A jeśli one zamiast zachęcać, zniechęcają, to, przepraszam bardzo, ale o czym my rozmawiamy?
Obejrzeliśmy fragmenty tego rzekomego arcydzieła i w sposób absolutnie naturalny pojawił się temat pod tytułem: „Dlaczego?” Dlaczego polski film jest tak beznadziejnie do niczego? Jak to się dzieje, że ludzie z pozoru wykształceni, znający swój fach, mający zapewne określone ambicje, nie są w stanie choćby zbliżyć się do tego, czym dziś jest film na świecie. I wcale nie mam na myśli kina amerykańskiego, brytyjskiego, czy rosyjskiego, ale wręcz każdego. Bo prawda się dziś przedstawia tak, że najprawdopodobniej nigdzie na świecie, nie wyłączając z tego krajów takich jak Iran, Turcja, Rumunia, Austria, czy Belgia, nie produkuje się czegoś tak do niczego, jak to, co nam proponują nasi filmowcy.
Powiem zupełnie uczciwie, że to jest ten rodzaj zagadki, której rozwiązać nie jestem w stanie. Ja autentycznie – i stwierdzam to bez cienia kokieterii – nie wiem, co jest w niej takiego, że dokładnie wszystko, co wyszło spod rąk któregoś z polskich producentów, stanowi eksplozję takiego nieudacznictwa, takiej bylejakości, takiego artystycznego bezwładu, że na opisanie tego zwyczajnie brakuje słów. Ale tak się właśnie rzeczy mają. I tu nie ma znaczenia, czy mamy do czynienia z filmem ujawniającym pedofilię księży, potworność komunistycznego reżimu, czy bohaterstwo ludzi świętych – za każdym razem otrzymujemy coś, co budzi wyłącznie wstyd i zażenowanie. Że nie u wszystkich? To prawda. Dokładnie tak samo, jak prawdą jest to, że znaczna część publiczności rezygnuje z niedzielnej Mszy Świętej na rzecz wycieczki do galerii handlowej, a jeśli wracają do domu, to po to, by obejrzeć jakiś ładny serial.
Zastanawiałem się nad tym z mojego punktu widzenia zjawiskiem wręcz zadziwiającym i przypomniała mi się historia, która w ostatnich dniach na pewien czas zwróciła uwagę opinii publicznej, a dostarczona nam przez samego Roberta Brylewskiego, kiedyś jednego z najwybitniejszych polskich muzyków rockowych, dla części z nas wręcz legendy, a dziś człowieka, który, jak sam nam opowiada, nie ma ani na jedzenie, ani nawet na papierosy, bo polski pop swoje zainteresowanie skierował w stronę, gdzie taki Brylewski nigdy nawet nie zaglądał. Dlaczego Brylewski nie ma z czego żyć? Otóż dlatego mianowicie, że poważne wytwórnie płytowe, oraz dystrybutorzy, są zainteresowani innym rodzajem sztuki, organizatorzy koncertów wolą kusić potencjalną publiczność innym rodzajem rozrywki, a radio i telewizja – no wiadomo, to już towar najgorszy. A ponieważ Marla Rodowicz go na swojego gitarzystę nie weźmie, to co mu pozostaje? Wykłócać się oczywiście z jakimiś cwaniakami o stare tantiemy i marudzić na Facebooku, że dziś czasy takie, że nawet nie Brygada Kryzys, ale sam Pan Jezus nie zrobiłby na ludziach większego wrażenia. I jak żyć, Polsko? Jak żyć?
A ja sobie pomyślałem, że gdybym ja się nazywał Robert Brylewski, tak jak prawdziwy Brylewski umiał grać na gitarze i miał jakiś tam talent do pisania piosenek, w dodatku, tak jak prawdziwy Brylewski miał za sobą ten rodzaj historii, w dodatku z tego rodzaju kultem, siadłbym na parę dni w spokoju, napisał z dziesięć piosenek, wziął gitarę, znalazłbym sobie jakieś dobre miejsce na którejś z warszawskich ulic i od rana do wieczora bym grał i śpiewał. I nawet gdyby jakimś cudem wiadomość, że słynny Robert Brylewski za przysłowiowe pięć złotych gra na jednej z warszawskich – ale też jakichkolwiek – ulic swoje najnowsze piosenki nie przedostała się do ogólnopolskich mediów – co jest w sposób jak najbardziej oczywisty nieprawdopodobne – na papierosy i obiad by z całą pewnością starczyło.
Czemu więc Robert Brylewski, zamiast wybrać jedyne rozsądne rozwiązanie, uznaje za stosowne jęczeć na Facebooku, że nikt mu nie chce załatwić koncertu? Oczywiście bezpośrednim powodem tego, że on nie pójdzie na ulicę i nie zwróci się do ludzi słowami: „Słuchajcie! Nie mam pieniędzy na życie, ale za to mogę wam zagrać parę fajnych piosenek. Tu jest kapelusz”, jest to, że on takie zachowanie zapewne uważa za wstyd i dyshonor. On by nie zniósł tego, by tak stać i się narażać na kpiące spojrzenia swoich kumpli artystów. Natomiast moim zdaniem, założycielski, że tak to ujmę, powód tego jest dokładnie ten sam, jak w przypadku dramatycznego braku szans na choćby w miarę interesujący polski film, w miarę interesującą książkę, dobre polskie przedstawienie teatralne, polski program telewizyjny, a ów powód ma na imię gnuśność. Tragiczna, beznadziejna, upiorna wręcz gnuśność. Zdecydowana większość tak zwanych ludzi kultury to banda leniwych, pozbawionych serca i duszy durniów, którzy na propozycję, by się wziąć w garść i coś zrobić, pierwsze co robią, to zaczynają albo ziewać, albo cwaniaczyć, wychodząc z założenia, że tak jak jest, jest dobrze, tylko trzeba by było poszukać jeszcze lepszych dojść do miejsc, gdzie się roztaje różnego rodzaju wejściówki. Jednym się udaje, innym nie. Ci, co wciąż się kręcą w nadziei trafienia ślepego losu, jakoś ciągną, znajdując od czasu do czasu gdzieś parę groszy, no a ci, którym się jakoś udało, by wspomnieć takiego Ireneusza Dudka, są już tak zadowoleni z siebie, że ostatnia rzecz, o jakiej myślą, to jakość. No ale to nie o nich dziś chciałem rozmawiać. Nie o tych wszystkich Stasiukach, tych Smarzowskich, tych piosenkarzach z bożej łaski, jak jakiś Panasewicz, czy wspomniany Dudek, z których i tak już nic nie będzie. Ja mam w głowie tych, co być może byliby w stanie dać nam coś wielkiego, ale nie dadzą, bo zostali już tak wyćwiczeni, że choćby myśl o tym, że to oni są najlepsi, a więc nie ma takiego upokorzenia, które by ich mogło dotknąć, ich zwyczajnie paraliżuje.
Jakiś czas temu wspominaliśmy tu wybitnego amerykańskiego skrzypka Joshuę Bella, który pewnego dnia stanął ze swoimi skrzypkami na stacji metra w Nowym Jorku i zaczął grać za przysłowiowe dziesięć centów. Ponieważ ludzie tacy jak my ani nie widzą szczególnej różnicy między skrzypkiem dobrym, a wybitnym, ani też na tego typu muzycy specjalnie się nie znają, przez tę godzinę grania Bell zebrał zaledwie jakieś 50 dolarów, po czym z uśmiechem na ustach powiedział, że ta robota, lekka, łatwa i przyjemna, bardzo mu się podobała, a za zarobione pieniądze, sobie kupi coś fajnego.
A zatem, jak widzimy, mamy tu kwestię czegoś, co w języku angielskim opisuje się słowem „attitude”, a co w tym wypadku sprowadza się do zdania: „Jestem najlepszy i ta jakość jest moim pancerzem”. No ale żeby dojść do tego miejsca, trzeba było zacząć znacznie, znacznie wcześniej. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Joshua Bell miał to coś, kiedy się dopiero uczył grać na tych skrzypcach. A naszym problemem nie jest już nawet to, że my tego nie mamy, ale to, że daliśmy sobie wmówić, że to wszystko przez to, że urodziliśmy się tu, a nie tam. No ale to już jest temat na inną rozmowę.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki, a już niedługo pojawi się kolejna z nich, a więc coś, co, mam wrażenie, zasłuży na miano książki roku. No ale to za parę tygodni. Mówię jak jest, no i szczerze polecam. I oczywiście, jak zawsze, proszę wszystkich przechodzących o wrzucenie mi do tego kapelusza parę złotych.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...