Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2020

Jeszcze raz o tym czego nigdy nie będzie nam wolno wiedzieć


      Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczorajszy tekst o kontrolowaniu przepływu informacji, byłem niemal pewien, że to nie jest koniec tematu i że będę musiał do tej kwestii już za chwilę wrócić. Z dwóch powodów. Przede wszystkim, byłem przekonany, że wielu z nas nie zrozumie powagi sytuacji i ów tekst zwyczajnie zlekceważy, a ponadto mocno się obawiałem – jak się okazuje, bardzo słusznie – że sprawa owej niemieckiej państwowej pedofilii sprzed lat będzie przez kolejne dni wałkowana przez wszystkie media, z każdą chwilą z coraz większym przekonaniem, że oto właśnie ujawniana jest wielka, dotychczas całkowicie nieznana tajemnica. O co chodzi? Otóż, o czym od lat informuje choćby głupia Wikipedia, przez całe lata 70. pewien słynny niemiecki psycholog nazwiskiem Helmut Kentler prowadził pod państwowym patronatem swój autorski eksperyment, w ramach którego zgarnięte z ulic Berlina patologiczne dzieci przekazywał pod opiekę notorycznym pedofilom, chcąc udowodnić doświadczalnie, czy stosunki seksualne między dziećmi a dorosłymi mogą wpływać pozytywnie nie tylko na dorosłych, ale również na owe dzieci. I oto nagle dziś, kiedy ów Kentler szczęśliwie zdechł, a jego wyczyny w międzyczasie zdążyły już się stać historią, nasze – ale przecież nie tylko nasze – media ni stąd ni zowąd ogłaszają owe zdarzenia sprzed lat, jako rzekomo właśnie odkrytą sensację. Słuchałem wczoraj informacji nadchodzących z różnych mediów i tam nikt – dosłownie nikt – nie zająknął się, że sprawa tego Kentlera i jego eksperymentu to pieśń ponurej bardzo przeszłości, a jeśli ktoś się zapyta, dlaczego, to ja mam na to odpowiedź jedną: żeby broń Boże nikt nie zapytał, dlaczego, skoro to było coś aż tak dużego, myśmy o tym nie mieli okazji się w odpowiednim czasie dowiedzieć? No i jakie interesy nagle stoją za tym, by właśnie dziś zapadła decyzja, że należy nas o tym zboczeńcu poinformować? I to z takim hukiem.
        Otóż, nie po raz pierwszy zresztą w ogóle, ale i również na tym blogu, dochodzę do wniosku, że system reglamentacji informacji jest tak skonstruowany, że są rzeczy o których powinniśmy się dowiadywać albo natychmiast, ewentualnie z odpowiednim opóźnieniem, albo wreszcie nigdy, i że przypadek owego Niemca i jego zboczonych obsesji nie jest wcale pierwszym, ale też niestety nie ostatnim. Jestem pewien, że przed nami jest jeszcze cała kupa podobnych rewelacji, które staną się rewelacjami wyłącznie dlatego, że w odpowiednim czasie komuś bardzo zależało, żeby jeszcze przez jakiś czas one pozostały w możliwie starannym ukryciu.
      Ja bym jednak chciał wspomnieć o dwóch kwestiach, które w pewnym momencie zaistniały wyłącznie na tym blogu, a ich faktyczny czas pewnie dopiero nadejdzie. Oto stali czytelnicy wciąż pamiętają, jak opublikowałem tu tekst o tym, że w Bangladeszu zawalił się gmach w którym współcześni niewolnicy produkowali towar dla wielkich globalnych sieci odzieżowych, skutkiem czego zginęło blisko 2 tysiące osób. O owym zdarzeniu, wbrew pozorom, wcale nie dowiedziałem się z popularnych mediów, które akurat w tej sprawie solidarnie milczały, ale informację na ten temat wytropiłem dzięki nadzwyczajnemu przypadkowi. Zamieściłem więc na ten temat tekst i trzeba było jeszcze kolejnego tygodnia, by wiadomość o tej tragedii zaczęła się pojawiać w mediach głównego nurtu  inna sprawa, że maksymalnie ostrożnie  zarówno tu, jak i na szerokim świecie. Czemu tak to się stało, właściwie rozumiem. W tanią produkcję odzieży w rejonach reprezentowanych w tym wypadku przez ów nieszczęsny Bangladesz zaangażowane są tak wielkie pieniądze i tak wielkie kariery, że ci idioci prawdopodobnie faktycznie uwierzyli, że te 2 tys. ofiar skutecznie uda się przykryć medialnym wrzaskiem, a kiedy okazało się, że chyba nie do końca, to coś tam na ten temat wspomnieli, a dziś i tak świat nie ma bladego pojęcia o być może najbardziej tragicznej katastrofie budowlanej w historii współczesnego świata.
        Jest jednak jeszcze coś, o skali moim zdaniem znacznie przekraczającej nie tylko ów Bangladesz, ale praktycznie wszystko, co dziś pozostaje praktycznie zapomniane, a mianowicie tak zwany „indyjski żywopłot”. Niektórzy – znów niestety głównie stali czytelnicy tego bloga – wiedzą, że w w XIX wieku stacjonujący w Indiach Brytyjczycy, w celu zablokowania nielegalnego przemytu soli ze wschodu kraju na zachód, posadzili złożony z najbardziej trujących krzewów autentyczny żywopłot o długości niemal 3 tys. kilometrów, wysoki i szeroki na cztery metry, przedzielający Indie z północy na południe. Ówczesne kroniki wskazują, że ów żywopłot, na którym poniosło okrutną śmierć tysiące Hindusów, funkcjonował przez kilkadziesiąt lat i tworzył konstrukcję, którą swoją wielkością można porównać wyłącznie z Wielkim Murem Chińskim.
       Dziś po nim nie ma śladu, każdy najdrobniejszy kolec został z indyjskiej ziemi starannie usunięty, ale to co najbardziej nas dziś interesujące to fakt, że dziś ów jak najbardziej historyczny fakt jest opisany wyłącznie w trzech miejscach: w książce Roya Moxhama, człowieka, który ową niezwykłą prawdę prawdę odkrył i opisał, w Wikipedii oczywiście, no i w mojej książce o Brytyjskim Imperium, o której tu od pewnego czasu wspominam i zachęcam do jej kupowania.
        Czemu zatem jest tak, że coś tak autentycznie dużego pozostaje całkowicie zapomniane, i to zapomniane jak najbardziej celowo? Co sprawia, że Brytyjczycy, znani z tego, że się nie wstydzą niczego, nawet swoich największych występków, w szczerym przekonaniu, że wszystko co pomagało budować Imperium zasługuje nie tylko na pełne wybaczenie, ale też na wszelkie zaszczyty, o tym żywopłocie rozmawiać nie pozwalają? Powody mogą być różne, ale, szczerze powiedziawszy, one mnie aż tak bardzo nie interesują. O wiele bardziej ciekawi mnie to, że pewnie któregoś dnia – kto wie, czy nie dopiero po mojej śmierci –  światowe media podadzą informację, że oto właśnie brytyjscy historycy znaleźli dowody na to, że w połowie XIX wieku na terenie Indii został posadzony żywopłot, którego potęga – gdyby ówczesna technika na to pozwalała – byłby widoczny z Kosmosu, a którego jedynym celem było wymordowanie tak wielu jak to tylko możliwe tubylców, którzy odważyli się wystąpić przeciwko brytyjskim interesom w tej części świata. I nikomu nie przyjdzie do głowy się zastanawiać nad tym, że wiele lat temu, pewien brytyjski bibliotekarz, a za nim pewien polski bloger postanowili o tym w swoim własnym skromnym gronie opowiedzieć.

Zachęcam więc wszystkich do kupowania książki, w której to wszystko jest odpowiednio przedstawione. „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, moja ostatnia książka, do nabycia tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. 




piątek, 12 kwietnia 2019

Czy prawicowa cenzura to cenzura dobra


Jak już wspominałem, „Warszawska Gazeta” została wycofana z kiosków „Ruchu” ze względu na zadłużenie, jakie owa przez lata gnuśności wypracowała w stosunku do biznesu red. Bachurskiego. W tej sytuacji, jak się domyślam, znaczna część Polski została odcięta od owego tygodnika, a przy okazji moich felietonów, w związku z tym postaram się swoje kolejne teksty publikować tu już w piątek. Dziś sprawa dość nietypowa, bo odpowiedź na pretensje Czytelnika, a przy okazji dość poonura refleksja ogólna. Zapraszam.       


       W styczniu tego roku minęło 6 lat, jak regularnie co tydzień zamieszczam w „Warszawskiej Gazecie” swój felieton. Od roku 2013 wiele się zmieniło, gdy chodzi o mnie jednak, jedna rzecz pozostała bez zmian. Otóż ja niezmiennie wyznaję ową zasadę, wyrażona kiedyś przez Wojciecha Młynarskiego: „Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza”. Mało tego. Ja ani przez moment nie pomyślałem, że ponieważ to co piszę może się komuś nie spodobać, to ja tym razem może spuszczę z tonu.
       Jak ta moja postawa jest odbierana? Doświadczenie mi podpowiada, że źle nie jest. Owszem, od czasu do czasu słyszę, że część Czytelników poczuła się rozczarowana tym, czy owym, jednak generalnie większych pretensji nie słyszę, a z różnych kontaktów osobistychdomniemuję, że są też osoby, które na kolejny mój felieton czekają z życzliwością.
        Jest przy tym wszystkim coś, co uważam za rzecz absloutnie unikalną w polskiej przestrzeni medialnej. Otóż pan Piotr Bachurski nigdy, ani jednym słowem, nie zasugerował, bym którykolwiek z moich tekstów wycofał, lub bym w nim zmienił choćby jedno słowo... przepraszam... RAZ się zdarzyło, że zostałem ZAPYTANY, czy ze względów procesowych ZECHCIAŁBYM zmienić jedno słowo. A przecież nie mam wątpliwości, że punktów, w których red. Bachurski z chęcią by się ze mną pospierał, jest bardzo dużo. A mimo to, jak mówię, on nigdy nie zażądał ode mnie, bym się zamknął. O czym to świadczy? O tym mianowicie, że „Warszawska Gazeta” jest wydawnictwem prawdziwie wolnym i niezależnym.
         Bywa też odwrotnie. Aż nazbyt często czytam w „Warszawskiej Gazecie” teksty, których z przeróżnych względów nie lubię. Raz tylko byłem tak oburzony, że napisałem polemikę, którą naturalnie Bachurski mi opublikował. Poza tym, nigdy nawet nie pisnąłem, zakładając, że mnie nic do tego. A już nawet do głowy mi nie przyszło, by zaapelować do Piotra Bachurskiego: „Czy autorzy takich określeń powinni zaszczycać grono komentatorów Państwa Tygodnika, którego jestem sympatykiem?
        A z taką właśnie kwestią zwrócił się do Redakcji czytelnik, któremu  nie spodobał się mój felieton o dwóch post-peerelowskich redaktorach sportowych, Włodzimierzu Szaranowiczu oraz Dariuszu Szpakowskim. O co poszło? Oczywiście wspomniany Czytelnik zastrzega, że „bez wątpienia każdy ma niezbywalne prawo do wyrażania sympatii lub antypatii wobec osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, w tym i dziennikarzy”, jednak już dalej pokazuje wyraźnie, że owo „każdy” dotyczy tylko tych, którzy mają poglądy, które mu nie przeszkadzają.
         Osobiście tego rodzaju postawę uważam za najgorszą; znacznie gorszą niż to, gdybym ja nagle oszalał i napisał felieton sugerujący, że Lech Wałęsa to wielki polski bohater. W takiej bowiem sytuacji, to byłby tylko głupi pogląd, który każdy mógłby bezlitośnie wyszydzić. Owo zdanie jednak o „zaszczycaniu grona komentatorów”, to powód do niepokoju. Jeśli bowiem część z nas zaczyna tęsknić za porządną prawicowo-konserwatywną cenzurą, to chyba czas szeroko otworzyć oczy i uszy.


Moja nowa książka schodzi nad podziw dobrze. W ciągu paru tygodni sprzedaliśmy niemal 100 egzemplarzy i nic nie wskazuje na to, by się to miało zatrzymać. Przypominam przy tym, że mam u siebie kilkanaście egzemplarzy i tej, ale też paru innych tytułów, a zatem gdyby ktoś był zainteresowany zakupem wraz z osobistą dedykacją, zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.


niedziela, 24 marca 2019

Piotr Semka, czyli dawnych wspomnień czar


O Piotrze Semce pisałem na swoim blogu niespodziewanie wiele razy i przyznaję, że nigdy z nudów i braku innych lepszych tematów. O ile dobrze pamiętam, za pierwszym razem on się tu pojawił, po tym, jak pewnego dnia czekałem z moimi dziećmi na pociąg i na peronie pojawił się wspomniany Semka, moje dzieci, od zawsze nadzwyczaj świadome tego, co się wokół nich dzieje, Semkę rozpoznały i rzuciły się w jego kierunku, by się z nim przywitać, a on je zwyczajnie spuścił. Drugi raz, po tym jak sprawę opisałem, Semka nas przeprosił i zapewnił, że musiał być zamyślony. Trzeci raz, kiedy spotkałem Semkę na urodzinach Salonu24, przywitałem się z nim i powiedziałem, że nie mam pretensji, no i wtedy on spuścił mnie.
W kolejnych latach było jeszcze parę okazji, by się nad Redaktorem poznęcać, no ale w końcu temat się wyczerpał i od kilku dobrych lat on już tu nie gości. I oto wczoraj, w komentarzach pod moją notką, dzięki Joli Plucińskiej Piotr Semkia triumfalnie powrócił, a ja sobie pomyślałem, że z tej okazji przypomnę pewne zdarzenie sprzed lat, kiedy to redakcja Salonu24, na życzenie właśnie Semki usunęła dwa moje kolejne felietony. Oto tekst oryginalny:

       Dzisiejsza notka będzie wyjątkowo krótka, nastawiona przede wszystkim na to, że sprawę za mnie załatwią komentatorzy. Czy plan się powiedzie, oczywiście odgadnąć nie potrafię, z drugiej strony jednak nie mam pomysłu na dłuższy wpis. A ponieważ uważam, że sprawa nie jest w żaden sposób błaha, proszę o uwagę.
       Otóż szedłem sobie wczoraj z moim synem przez miasto i nagle, na jednym z największych budynków w mieście, tak zwanym „Separatorze”, w którym kiedyś mieściły się biura regionalnej „Solidarności”, a dziś nie wiem, co się w nim dzieje i do czego on służy, poza tym, że od czasu do czasu wywieszane są na nim ogromne reklamy, i tak wiszą całymi tygodniami, pojawił się portret byłego dziennikarza telewizji TVN24, Kamila Durczoka, plus adres: silesion.pl.
        Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga przynajmniej czują, skąd ten dzisiejszy tekst. Idę sobie mianowicie przez jesienne i zadeszczone miasto i nagle widzę, jak niczym ilustracja do orwellowskiego „Roku 1984”, wyrasta nade mną Kamil Durczok, były dziennikarz telewizji TVN24. I ten adres: silesion.pl.
       Nie planowałem ani przez moment oczywiście korzystać z owej czarnej wskazówki, natomiast również wczoraj znalazłem na Twitterze, czy na Facebooku – nie pamiętam już – informację, że oto świeżo założonemu portalowi Kamila Durczoka silesion.pl udzielił wywiadu nie kto inny jak sam Piotr Semka.
      A ja rozumiem, że to się odbyło tak. Czy to sam Durczok, czy może bardziej jego asystent, zadzwonił do Semki i zapytał: „Panie Piotrze, czy zechciałby pan udzielić krótkiego wywiadu dla nowego portalu internetowego Kamila Durczoka ‘silesion.pl’?”, na co Semka oczywiście wyszedł z pytaniem kluczowym: „Za ile to by było?”. Na to padła odpowiedź: „Tu nie musi się pan martwić, finansowanie mamy mocne”. No a dalej już wszystko poszło z górki. A ja już wiem, że kiedy oni wieszali ten ogromny baner, by red. Durczok na nas patrzył jak ów Big Brother, mieli wszystko dokładnie zaplanowane i wyliczone.
      I nie mam nic więcej do powiedzenia. Wklejam odpowiednie zdjęcie, no i już tylko proszę o komentarze, jak zawsze zapraszając do księgarni Coryllusa, gdzie można kupować moje książki.



Jak mówię, ów tekst został przez Igora Janke usunięty, a ja w tej sytuacji napisałem kolejny, zatytułowany „Szanownemu Panu Redaktorowi Piotrowi Semce z przeprosinami i życzeniami zdrowia który Janke również usunął. Bardzo proszę:

      Rocznicowego tekstu z okazji dziesiątego jubileuszu Salonu24 nie planowałem pisać ani dziś, ani w ogóle, z tego prostego względu, że nie bardzo wiedziałem, o czym miałbym pisać, poza tym, że faktycznie, gdyby nie Salon24, być może nie byłbym dziś tym, kim jestem, a więc stosunkowo popularnym blogerem, oraz przede wszystkim utrzymującym się z ich sprzedaży autorem książek. No ale to jest, jak widzimy, zaledwie jedno zdanie, a poza tym – nie oszukujmy się – to, że udało mi się dotrzeć aż tutaj, w żadnej mierze nie jest zasługą ani Igora Janke, ani Bogny Janke, ani kolejnych administratorów. Powiedzmy to sobie uczciwie: nawet wtedy, gdy na samym początku tej drogi zgłosiłem się do konkursu Onetu na blog roku i zdobyłem tam, w pewnym sensie również dla Salonu, pierwszą nagrodę w kategorii „polityka”, Igor Janke zareagował na to jedynie zdawkowymi gratulacjami, a administratorzy niemal natychmiast zaczęli moje teksty lekceważyć. Czemu tak? Nie wiem i przyznam szczerze, mało mnie to obchodzi.
        Mógłbym też napisać, że już po tym wydarzeniu, zaczęło dochodzić do sytuacji, kiedy moje notki były przez Administrację usuwane, czego najbardziej drastycznym przykładem był najpierw wpis o manipulacji z szalikiem Lecha Kaczyńskiego, a potem moje refleksje na temat Alicji Tysiąc i jej cudem ocalałej córeczki. Pierwszy z nich w związku z groźbami ze strony Agory, drugi na żądanie środowisk proaborcyjnych. To jednak wciąż są tylko maksymalnie dwa zdania. Za mało jak na notkę na blogu. W dodatku uroczystą.
       A zatem, jak mówię, tego wpisu miało nie być i by go oczywiście nie było, gdyby nie dzisiejsze zdarzenie, w sposób jednoznaczny symboliczne, a mianowicie usunięcie przez państwa Janke mojego dzisiejszego tekstu na temat nowego portalu Kamila Durczoka, silesion.pl, oraz zaangażowania się Piotra Semki w jego promocję. Jak informuje mnie w nadesłanym mailu Administracja, tekst został usunięty na żądanie Piotra Semki, który oświadczył, że zawarta w notce sugestia, jakoby on za udzielenie wywiadu Durczokowi wziął pieniądze, narusza jego dobra osobiste. Z tego co przekazała mi Administracja, Piotr Semka zgodził się na wywiad dla Kamila Durczoka za darmo, a w związku z tym ja, jako ktoś kto na Semkę ma oko od dobrych paru lat, z prawdziwą satysfakcją oświadczam, że bardzo mnie ten fakt cieszy, a Semkę za swoje naiwne i głupie podejrzenia z całego serca przepraszam. To że Semka rozmawiał z Durczokiem za darmo, jest dla mnie najprzyjemniejszym zdarzeniem dzisiejszego poniedziałku. Przyznaję, że ja sam, gdyby jakimś cudem Durczok mnie poprosił o wywiad, zażądałbym od niego co najmniej pięć patoli, a gdyby się zaczął targować, powiedziałbym mu, żeby się walił. I powiem coś jeszcze: jeśli w tym momencie naruszyłem swoje dobra osobiste, czuję z tego powodu wyłącznie frajdę.
      Na sam już koniec tego tekstu, państwu Janke życzę kolejnych 10 lat sukcesów w każdej dziedzinie ich życia osobistego i zawodowego, a Salonowi24, by z równą skutecznością, jak dotychczas, pozwalał odnosić sukcesy również mnie, mojemu kumplowi Coryllusowi i wszystkim tym, którzy się tu z naszego powodu wciąż kręcą.

I to tyle na dziś. Mam nadzieję, że to wspomnienie zostanie przyjęte przez Czytelników z sympatią, a niewykluczone, że będą wśród nich i tacy, którym ówe incydent wtedy zwyczajnie umknął.


piątek, 26 maja 2017

O tym jak Wikipedia napompowała mi ego

No i znów miałem inne plany, niestety stało się coś, co zmusza mnie do pozostania przy kwestiach doraźnych. Część z nas sprawę zna, ja jednak pozwolę sobie na wszelki wypadek przypomnieć. Otóż przy okazji dyskusji pod wczorajszą notką na portalu szkolanawigatorow.pl paru komentatorów zaproponowało mi, bym – i dla wyjaśnienia pewnych nieporozumień, ale też spopularyzowania pewnych zupełnie niezwykłych myśli – zajrzał do Wikipedii i hasło „Zyta Gilowska” uzupełnił o informację na temat książki, którą po jej śmierci wydała Klinika Języka, a zawierająca korespondencję, jaką ona przez ostatnie lata swojego życia prowadziła z pewnym blogerem, którego teksty czytała, ceniła i lubiła komentować. Skorzystałem więc z dobrej rady i już na samym końcu notki, po informacji o śmierci Zyty, dopisałem co następuje: „We wrześniu 2016 roku, nakładem wydawnictwa Klinika Języka i za zgodą rodziny Zmarłej, ukazała się książka Krzysztofa Osiejuka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca prywatną korespondencję, jaką w latach 2011-2013 Zyta Gilowska prowadziła z Autorem”.
Zmiany zostały wprowadzone oraz zapisane, no i proszę sobie wyobrazić, że nie minęło pięć minut, jak administracja Wikipedii ową informację usunęła, przywracając wersję poprzednią. No i tu należy się Czytelnikom wyjaśnienie. Otóż jest tak, że wprawdzie Wikipedia stanowi wolne forum – wolne do tego stopnia, że całkiem niedawno przez kilka dobrych tygodni karierę robiło tam hasło „San Escobar” – gdzie jedyną praktycznie granicę owej wolności, teoretycznie przynajmniej, stanowią ewidentne kłamstwa i codzienne eksplozje szaleństwa, których jak wiemy jest pod dostatkiem, jednak właśnie ze względu na owe obostrzenia, pod nazwą „Wikipedyści”, funkcjonuje tam zespół anonimowych woluntariuszy, którzy mają dbać o to, by owa Wikipedia nie skończyła gdzieś na śmietniku Internetu. I oto, jak się okazuje, zaledwie parę minut po tym, jak dokonałem wspomnianej edycji, jeden ze wspomnianych Wikipedystów uznał ją za niezgodną z zasadami i ją usunął. Przy okazji, w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu, ukazała się sygnowana przez wikipedystę Jacka, informacja następującej treści: „Przywrócenie poprzedniej wersji. Książka nie jest poświęcona prof. Gilowskiej. Autor nie ma hasła na Wikipedii”. Co jeszcze ciekawsze, z informacji, jakie uzyskałem od czujnych czytelników, wynika jednak, że owo wyjaśnienie zaledwie zastąpiło wcześniejsze, w następującym brzmieniu: „Nie wydaje się, by informacja o prywatnie wydanej książce po śmierci profesor była informacją encyklopedyczną do zamieszczenia w haśle o profesor Gilowskiej. Wymienia się raczej publikacje książkowe autorstwa danej osoby, a nie jakoś z nią powiązane. Książkę tę być może warto natomiast wykorzystać jako źródło do uzupełnienia hasła”.
A zatem, czego się od naszego wikipedysty dowiadujemy? Po pierwsze tego, że w Wikipedii, a więc projekcie ściśle encyklopedycznym, nie zamieszcza się informacji o książkach wydanych „prywatnie”, po drugie, że skoro już się jakieś publikacje wymienia, to „raczej autorstwa danej osoby” i wreszcie po trzecie, że nawet jeśli tu i tam bywa inaczej, to dyskutowana książka „nie jest poświęcona prof. Gilowskiej”. Ups!
Skąd to moje zaskoczenie? Otóż, jak mówię, od opublikowania przeze mnie owych zmian, do ich usunięcia, nie minęło nawet pięć minut, a wikipedysta Jacek już wiedział, że książka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu” nie została „poświęcona prof. Zycie Gilowskiej”. Przepraszam bardzo ale skąd on to wiedział? Znów przepraszam, ale jedynym wyjaśnieniem owej zagadki jest to, że on tę książkę zna, ewentualnie zna kogoś, kto ją czytał. A skoro tak, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że, czy to on, czy ów znajomy, doskonale wiedzą, że książka z listami od Zyty, to jak najbardziej książka poświęcona Zycie i tylko niej. A zatem, czemu kłamią? Odpowiedź na to jest prosta i ja już ją w ten czy inny sposób na tym blogu formułowałem parokrotnie wcześniej. Rzecz w tym, że oni wiedzą coś jeszcze. To mianowicie, kto był adresatem owych listów, kto był ich wydawcą, i dziś, tym razem już z powodów czysto osobistych, zrobią wszystko, by ich nazwiska nie ujrzały światła dziennego. A skoro nie da się nic zrobić by oni zwyczajnie zdechli, niech przynajmniej świat o nich milczy
.
Właściwie od pierwszego dnia, jak prowadzę ten blog, spotykam się z zarzutem, że moje ego jest przerośnięte jeszcze bardziej niż moja prostata, by już nie wspomnieć o brzuchu. Przepraszam bardzo, ale jakie ja mam wyjście, skoro, jak się okazuje, wzięła się za mnie sama Wikipedia? Z pretensjami proszę się więc zwracać do nich.

A książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

sobota, 4 lutego 2017

Gdy nasi biorą się za nas

       Dziś proponuję, byśmy jak co tydzień zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”, gdzie się troszkę rozliczam z tym i owym.

       Nie wiem, na ile czytelnicy „Warszawskiej Gazety” się orientują, ale może przypomnę, że obok tego felietonu i większych artykułów dla takich pism, jak „Polska bez Cenzury”, „Polska Niepodległa”, czy „Tajna Historia”, każdego dnia pod adresem toyah.pl zamieszczam bieżące komentarze na tematy polityczne, społeczne i kulturalne. Komentarze te są publikowane jednocześnie w Salonie24, oraz na nowopowstałym portalu NSZZ Solidarność tysol.pl.
      Parę dni temu, w odpowiedzi na dość szeroko dyskutowany popis – przepraszam za brzydkie słowo, ale innego na opisanie tego nie znam – liżydupstwa, do jakiego doszło podczas zorganizowanej przez tygodnik „W Sieci” uroczystej gali z okazji wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu „Człowieka Roku 2016”, opublikowałem tekst, w którym przedstawiłem tezę, że dziś w obliczu niczym nieograniczonej władzy Prawa i Sprawiedliwości, władza jest w stanie wprowadzić coś, co – jakże głupio i nieroztropnie – dla części politycznych komentatorów wydawało się być wymarzoną perspektywą dla Polski, a co Paweł Śpiewak swego określił jako „miękki reżim”, a co sprowadza się do tego, że opozycja nie ma praktycznych możliwości reagowania, natomiast społeczeństwo, jako całość, nie widzi w tym najmniejszego problemu.
      Aby opisać ową sytuację jak najbardziej obrazowo, odwołałem się do dwóch przykładów. Pierwszy z nich, to następujący komentarz wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego: „Wreszcie główny nurt, mainstream, przeniósł się na właściwą stronę”, drugi to lista instytucji, które zasponsorowały ową galę, na której znalazły się tacy potentaci, jak Tauron, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Totalizator Sportowy, PGNiG, PGE, PKO, PZU, T-Mobile, Poczta Polska, czy wreszcie TVP2.
     Sens mojego tekstu był taki, że w obliczu szerokiego poparcia dla uhonorowania Jarosława Kaczyńskiego  nagrodą tygodnika „W Sieci” przez największe polskie spółki, diagnoza Ryszarda Terleckiego, że dziś „mainstream przeniósł się na właściwą stronę”, jest wybitnie celna i że jedno i drugie wyłącznie potwierdza fakt, że władza Prawa i Sprawiedliwości ma przed sobą przyszłość, której końca nie widać.
     I oto, proszę sobie wyobrazić, że chwilę po tym, jak wysłałem swój tekst do portalu tysol.pl, otrzymałem od administratora prośbę, by ze swojego tekstu usunąć listę wspomnianych spółek. Dlaczego? Dlatego, że część z nich, obok wspierania braci Karnowskich, wspiera również portal tysol.pl i umieszczenie ich w tym kontekście może negatywnie wpłynąć na interesy jednej i drugiej strony. Moja reakcja była oczywista: nie ma takiej możliwości, by ów akapit został z notki usunięty, natomiast ja sam oczywiście nie mam ani prawa, ani możliwości, by przeciwstawić się temu, co tysol.pl uważa za swój interes. W efekcie, wspomniany tekst został z portalu tysol.pl usunięty.
      W tej sytuacji, mam jeszcze tylko jedną uwagę. Ponieważ znalazłem się w miejscu, gdzie moje teksty zaczęła cenzurować władza, dla doprowadzenia której do ostatecznego sukcesu poświęciłem kawał życia, od dziś deklaruję swoją neutralność. Jestem pewien, że realizacja tej obietnicy przyjdzie mi tym łatwiej, że jestem głęboko przekonany, że ostatecznie to my wygraliśmy.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są stale dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

      

czwartek, 17 marca 2016

Uwaga: fotografują!

29 kwietnia 2010 roku, jedną z notek, które zamieściłem na blogu, wówczas jeszcze tylko w Salonie24, a które wówczas były w całości poświęcone Katastrofie Smoleńskiej i śmierci Prezydenta, wypełniłem serią zdjęć, które miały pokazać, z jednej strony, jak wspaniałym człowiekiem był Lech Kaczyński, a z drugiej, jak bardzo niesprawiedliwie był on traktowany przez System. Niemal w jednej chwili, mimo że na zdjęciach, które wrzuciłem na blog nie było śladu zastrzegającego je znaku, za pośrednictwem czegoś, co do dziś nosi nazwę Agencja Gazeta, zainterweniował ten sam System i zagroził administracji Salonu24 konsekwencjami karnymi, jeśli oni natychmiast nie usuną zdjęć, które, jak się okazało, są własnością wspomnianej Agencji Gazeta. Administracja się szantażowi bez dyskusji podporządkowała i moją notkę w całości usunęła.
Kiedy już powstał blog toyah.pl, wszystko co dotychczas napisałem, przeniosłem w nowe miejsce i oczywiście tamten tekst odtworzyłem, razem ze zdjęciami. Tym razem ci gangsterzy nie zareagowali, prawdopodobnie zakładając, że nie ma nic gorszego, niż przysporzyć nowemu projektowi reklamy.
Przypomniałem sobie tamte czasy zupełnie niedawno, kiedy w Sieci znalazłem zdjęcie pewnego starszego pana, który idzie w tłumie protestującego KOD-u i w drżących dłoniach niesie wyrwaną z zeszytu kartkę z nabazgranym napisem „Chcę żyć w państwie prawa”. Zdjęcie to zainteresowało mnie z dwóch powodów. Przede wszystkim wrażenie robił jego najwyższy profesjonalizm i skromny napis w lewym dolnym rogu „Agencja Gazeta”, z drugiej natomiast strony fakt, że ów „biedny staruszek” to wybitny profesor, który zaledwie parę tygodni wcześniej osobiście przyjmował od prezydenta Dudy nagrodę za wybitne zasługi dla języka polskiego. Sądząc, że ten rodzaj bezczelnej ustawki musi zrobić wrażenie nie tylko na mnie, w pierwszej chwili pomyślałem, że zamieszczę to zdjęcie na blogu i ozdobię odpowiednim komentarzem. W tej samej jednak chwili doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu z tego prostego powodu, że Agencja Gazeta nie pozwoli mi na tego typu ekstrawagancję i jeszcze nie daj Boże administracja Salonu24 znów mi ukryje blog. Zwłaszcza że tem razem, znaczek zastrzegający prawa do zdjęcia, rzeczywiście stoi jak byk
Ostatecznie zdecydowałem, że po prostu przypomnę tekst z roku 2010 wraz ze zdjęciami, tak by młodsi czytelnicy, wiedzieli, jak hartowała się stal, a przy okazji sprawdzę, czy sprawa zabójstwa prezydenta Kaczyńskiego jest wciąż, z punktu widzenia Systemu, trefna. Bardzo jestem ciekawy.


Każdy nowy dzień sprawia, że ten smutek staje się coraz większy. I ciekawe jest to, że już nawet w tym wszystkim nie chodzi o politykę. Że w tej chwili polityka tak naprawdę ma znaczenie już wyłącznie drugorzędne. Oczywiście, żyję nadzieją, i – jak to wiele razy podkreślałem na tym blogu – trudno mi sobie wyobrazić, by ta ofiara i ta cena miały pójść na marne. A więc nadzieja żyje i ma się dobrze. Ale ten smutek jest dojmujący naprawdę. Każdy nowy dzień pokazuje, jak to co się stało 10 kwietnia, zamiast słabnąć rośnie i staje się coraz bardziej bolesne. A do tego dochodzą z jednej strony te obrazy, a drugiej te głosy i robi się jeszcze smutniej. A więc polityka nie ma tu nic do rzeczy. W końcu to Lech Kaczyński był naszym prezydentem i to on miał nim być przez kolejne 5 lat. I wiadomo że już nim nie będzie, bo to udało się skutecznie załatwić. A zatem – cóż z tego. On już nie będzie. Bo to załatwiono za nas. On już i tak zostanie tym, kto nie przegrał. I tyle polityki.
Ale słychać te głosy i wracają te obrazy. W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem o tamtej kampanii, która miała wiele twarzy, ale jedną z nich – bardzo mocno zapamiętaną – była fotografia spopularyzowana w Internecie, a następnie wyniesiona do rangi symbolu niemal w takim samym stopniu, jak ów Borubar, którego czarna moc umożliwiła i dziś jeszcze Michałowi Figurskiemu i Kubie Wojewódzkiemu dopisać kolejny rozdział do tej przedziwnej opowieści. Mam tu na mysli zdjęcie Lecha Kaczyńskiego rozkładającego szalik z napisem ‘Polska’ na pewnym meczu. Ktoś mnie dziś poprosił o przypomnienie tamtej historii, bo – jak się okazuje – wciąż są ludzie, którym wiecznie mało. A więc myślę sobie, że ten moment jest równie dobry, jak każdy inny, żeby popatrzeć na parę zdjęć. Nowych i starych. Proszę – oto szalik, który Prezydent rozkładał podczas tamtego meczu i który tak haniebnie został wykorzystany przeciwko niemu. Oto ta sekunda:

A oto trzy kolejne zdjęcia, które już nikogo nie zainteresowały. Trzy chwile, jedna po drugiej, gdzie wszystko się wyjaśnia:

A teraz zdjęcie kolejne, którego już naprawdę nikt nie znał. Bo po co?

I jeszcze jedno. Ostatnie. Proszę spojrzeć i zapamiętać ten obraz:
 

A teraz niech ktoś mi jeszcze powie, że mu tu sobie tylko tak żartujemy. I że to tylko polityka…

Wszystkich czytelników zapraszam do księgarni pod adreesem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

czwartek, 19 listopada 2015

Jeśli nie chcesz widzieć tej treści, przejdź na stronę salon24.pl

Od czasu gdy zarówno mój blog, jak i blog Coryllusa, zostały przez administrację Salonu24 ukryte w taki sposób, że ktokolwiek będzie miał ochotę sobie poczytać nasze codzienne refleksje – zgodnie z radą, jakiej któryś z administratorów udzielił jednemu z czytelników – niech wypieprza i korzysta z naszych prywatnych blogów, albo najpierw zdejmie specjalną blokadę, przez właścicieli portalu założoną przeciwko treściom pornograficznym, a i potem, zapoznając się z tym, co mamy do powiedzenia, mieć na naczelnym miejscu wywieszone ostrzeżenie: „Widzisz ten tekst, ponieważ odblokowałeś filtr na stronie głównej Salon24.pl. Jeśli nie chcesz widzieć takich treści, zmień ustawienia filtra”, do głowy przychodzą najróżniejsze wspomnienia, a wraz z nimi odpowiednie myśli.
Otóż ja pamiętam, jak we wspomnianym Salonie24 przez parę dobrych lat, dzień w dzień, udzielał się internauta o imieniu Pantryjota, dla którego jedynym sensem blogowania, poza zwykłym szydzeniem z Kościoła i wartości, było nieustanne i najbardziej brutalne obrażanie mnie i Coryllusa właśnie. Pantryjota to był człowiek, którego niechęć do Coryllusa i do mnie była tak obsesyjna i tak wielka, że on w pewnym momencie założył nawet specjalną stronę, która w samym swoim tytule – Golonka i Goryllus – zawierała oczywiste szyderstwo. Kiedy zarówno blog, jak i owa dodatkowa strona Pantryjocie nie wystarczyły, zaczął on po kolei otwierać kolejne konta a wraz z nimi nowe blogi, również z jednym i wyłącznym zamiarem – obrażania Goryllusa i Golonki. W pewnym momencie doszło do tego, że on obsługiwał 5 (słownie pięć) kont, z jednym przeznaczeniem – dręczenia mnie i Coryllusa oraz naszych rodzin.
Owa agresja któregoś dnia osiągnęła taki poziom, że zgłosiłem zachowanie Pantryjoty do Administracji, jednak bez jakiegokolwiek odzewu. Ponawiałem swoją skargę raz zarazem i wreszcie otrzymałem odpowiedź, że Administracja nie widzi powodu do interwencji. Miesiące i lata mijały, Pantryjota działał dalej, wciąż w kolejnych odsłonach i wciąż z jednym jedynym zamiarem obrażania Coryllusa, mnie i naszych rodzin, ja wciąż składałem skargi do Administracji – bez efektu. Ponieważ pomyślałem sobie, że może Coryllus i ja dla administracji Salonu24 nie stanowimy wartości godnej uwagi, przestałem słać skargi, z jednym wyjątkiem. Któregoś dnia ów Pantryjota zamieścił na swoim blogu tekst, w którym opisał zmarłego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego, jak próbuje skorzystać z dworcowego pisuaru, ale ponieważ ze względu na swoje fizyczne ograniczenia, nie potrafi tego zrobić, budzi wyłącznie śmiech i szyderstwo. Administracja na moja skargę nie zareagowała, a tekst Pantryjoty o sikającym ś.p. Przemysławie Gosiewskim pozostał nienaruszony. Wreszcie któryś z administratorów zareagował, udało się ukryć jedno z tych kont, po pewnym czasie kolejne, no i w końcu – tu już nie wiem, do jakiego stopnia było to zasługą Administracji, a do jakiego wynikiem gestu samego zainteresowanego – wszystkie kolejne blogi Pantryjoty zostały zamknięte.
A więc sukces po latach, tak? Przepraszam bardzo, ale w obliczu tego, do czego doszło w tych dniach, a więc skutecznego, bez jednego słowa ostrzeżenia, bez choćby próby wyjaśnienia, ukrycia blogów mojego i Coryllusa, mam bardzo mocne podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś, co zasługuje na słowa najwyższej pogardy. Szkoda tylko, że ten rodzaj wstydu musimy przeżywać wraz z powrotem do władzy Prawa i Sprawiedliwości.

Przypominam, że wszystkie moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gorąco polecam.

środa, 18 listopada 2015

Czy Salon24 S.A. płaci podatki na Białorusi?

Jestem niemal w stu procentach pewien, że był już taki czas, gdy administracja Salonu24 poczuła się z tak mocno, że zaczęła jeszcze bardziej arbitralnie niż zwykle korzystać z czegoś, co nosi nazwę „Regulaminu”. Czy to miało miejsce prze okazji zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w wyborach roku 2011, czy może stanowiło reakcję na jakiś inny polityczny kryzys, dziś już nie pamiętam, ale wiem, że problem nie jest nowy i że ma on za każdym razem tę samą twarz – a mianowicie twarz cenzora, który może wszystko i zawsze, a odpowiada wyłącznie przed swoim dobrym lub złym samopoczuciem.
Pamiętam też, że zawsze, ile razu dochodziło do owego przesilenia, zarówno właściciele Salonu24, jak i część piszących, używali na swoją obronę argumentu odwołującego się do faktu, że Salon24 to interes prywatny, a więc ci co nim zarządzają mogą robić co chcą, o ile tylko to co robią podoba się ich sponsorom. No i na to ja od zawsze mam do nich jedno tylko słowo, które już tu parę razy wypowiedziałem, ale dziś, gdy Prawo i Sprawiedliwość przejmuje w Polsce władzę, a Igor Janke z żoną i kumplami czują się mocno jak nigdy. Będzie krótko i bardzo proszę się skupić.
Wyobraźmy sobie mianowicie, że ja u siebie w Katowicach zarejestruję i otworzę jakikolwiek punkt usługowy i pierwsze co zrobię, to w głównym miejscu lokalu zawieszę pięknie oprawioną w ramkę tabliczkę z napisem „Regulamin”, a niżej choćby tylko dwa punkty:
Salon Dobrych Usług S.A. ma prawo, według własnego uznania odmówić całkowicie lub czasowo obsługiwania osób, które:
- łamią zasady obowiązujące na terenie Salonu, a ustalone przez jego właściciela, lub zachowują się niezgodnie z zasadami współżycia społecznego.
- działają na szkodę Salonu Dobrych Usług, lub Salonu Dobrych Usług S.A., w szczególności poprzez narażanie na szwank dobrego imienia Salonu Dobrych Usług
”.
Otóż ja jestem absolutnie pewien, że w momencie gdy organ wydający zezwolenia na różnego rodzaju działalność usługową dowie się, że ja tam powiesiłem coś takiego, w jednej chwili każe mi ową aktywność zawiesić i pozwoli mi ją wznowić dopiero po tym, jak ściągnę ze ściany ten idiotyczny tekst. A jeśli ja jakimś cudem będę dalej działał wedle oryginalnego planu i zacznę z mojego lokalu wyrzucać osoby, które moim zdaniem „łamią zasady i działają na szkodę”, bo moim zdaniem wyglądają i zachowują się głupio, a choć jedna z tych osób się na ową dyskryminację poskarży, to przyjdzie policja i mnie z mojego prywatnego jak najbardziej interesu wyprowadzi. Dlaczego? Dlatego, że ja grubych, głupich, ateistów, komunistów, lemingów, ludzi zarówno brzydkich i przystojniejszych od siebie mogę wyrzucać wyłącznie ze swojego domu, albo z mojego bloga, natomiast nie z miejsca, które funkcjonuje na zasadzie oferty publicznej.
Ileś lat temu Igor Janke zebrał odpowiednie pieniądze, uruchomił internetowy biznes pod nazwą Salon24 i zaprosił nas, byśmy tu prowadzili swoje blogi. Wyszło jak wyszło, ale przyznać trzeba, że mamy ten Salon i on wcale nie najgorzej funkcjonuje. Ludzie tu przychodzą, czytają, piszą, komentują, a Igor Janke jakoś z tego żyje. Krótko mówiąc, on świadczy publicznie usługi, a my z tych usług korzystamy, siłą rzeczy pomagając mu ów interes rozwijać. I oto nagle, któregoś dnia on ogłasza: „Goryllus i Golonka obsługiwani będą wyłącznie na stojąco i w kącie”. Bardzo to szczególne zachowanie. Zwłaszcza w tak zwanej Europie.
Ja wiem, że to, iż którykolwiek z nich coś z tego zrozumie są marne. W tej sytuacji zatem trzeba będzie chyba im konsekwencje tego typu zachowań wyjaśnić w sposób bardziej praktyczny.

Książki jak zawsze są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl . Zapraszam gorąco. Również osoby łamiące regulamin Salonu24 S.A.

piątek, 3 kwietnia 2015

Pink Panther, czyli odszczurzanie i deratyzacja

Byłem wczoraj w spowiedzi i wśród tych paru grzechów, które mnie dręczą wymieniłem i ten, że tak sobie zorganizowałem życie, że nie mam czasu dosłownie na nic, co by nie było związane z codziennymi obowiązkami, no i niestety przy tym też tak zwane codzienne praktyki religijne. Ksiądz niestety okazał się być jednym z tych inteligentniejszych i w związku z tym, że zauważył u mnie zwykłą gnuśność, za pokutę zadał mi, bym przez najbliższe dni, po zakończeniu kolejnych uroczystości Triduum Paschalnego, zamiast od razu ruszać do domu i siadać do komputera, został w ławce przez pół godziny i się zrelaksował. Jestem pod wrażeniem.
Mam nadzieję, że nie tylko ja tu jestem grzesznikiem i również, przynajmniej niektórzy, czytelnicy tego bloga wiedzą, w czym rzecz. Sprawa bowiem polega na tym, że czasu na ogół nie ma, a nawet jeśli on jakimś cudem jest, to my jesteśmy tak zajęci sobą, że o tym nawet nie wiemy. W mojej sytuacji, owa prawda manifestuje się na wiele różnych sposobów, ale gdy chodzi o sprawy nas tu dotyczące, może najbardziej ciekawą jest fakt, że poza swoimi tekstami i tekstami mojego kolegi Coryllusa, ja z zasady nie czytam nic więcej, bo zwyczajnie nie mam do tego głowy. Kiedyś jeszcze czytałem to, co napisał Kamiuszek, no ale wszyscy wiemy, jak się sprawy potoczyły, więc mamy to co mamy.
A zatem, poza, siłą rzeczy, tekstami, które sam piszę i tym, co napisał Coryllus, nie czytam nic, z tego prostego powodu, że na nic już więcej nie umiem znaleźć czasu. Oczywiście, niekiedy rzucę okiem na jakiś wybryk, jaki Administracja wrzuci na główną stronę, czy na coś, co się pokaże na prawym marginesie i zrobi na mnie jakieś tam wrażenie, ale na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj późnym już wieczorem, trafiłem na coś, co powinienem był zauważyć już parę dni temu i co waliło w oczy, jak ruska wojskowa latarka, to mianowicie, że mój stały i niezwykle przez mnie ceniony komentator, ale też i w ogóle jeden z najlepszych blogerów i komentatorów w Salonie24, Pink Panther został przez administratora Salonu24 zwinięty po tak zwanej „całości”. I to jest dla mnie wiadomość porażająca. Próbowałem dojść do tego, jak to się mogło stać, śledząc kluczowe notki Różowej Pantery i jego kluczowe komentarze i nie przychodzi mi nic do głowy, gdy chodzi o przyczyny tego zagrania. Oczywiście ja wiem, że jakiś powód tam być musiał, ale, jak się domyślam, nie związany ze szczególną czujnością Administratora, lecz tak zwaną interwencją. Mogę się oczywiście mylić, ale na to mi wygląda. To nie mogło być nic po stronie Różowej Pantery; za tym musiał stać telefon, lub mail, lub wręcz wizyta z zewnątrz.
I oczywiście ja zdaje sobie sprawę z tego, że zwykła uczciwość i poczucie solidarności nakazywałyby mi w tym momencie zareagować ostatecznym wyjściem z tej dziury, która i tak już od pewnego czasu robi wrażenie miejsca wyjątkowo przykrego, jednak z powodów czysto strategicznych tego nie zrobię. Rzecz bowiem w tym, że od pewnego czasu nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właściciele tego projektu nie marzą o niczym innym, jak o tym, by paru z nas, którzy ich uwieramy jak kolec w bucie, się stąd wyniosło i żeby tu wreszcie zapanowała atmosfera prawdziwie kulturalna. Dziś, nie potrafiąc się doczekać, postanowili wziąć sprawy we własne ręce i dać solidnie w łeb – bo, powiedzmy, że tylko z liścia – Różowej Panterze. Jestem pewien, że nadchodzi dzień, kiedy oni się wezmą i za mnie. Zapraszam serdecznie. Jak mówię, sam tego nie zrobię, bo mam pewne plany, do których ta banda cwaniaków nie dorosła i nie dorośnie nigdy, jednak powiem szczerze, że kiedy ten dzień nadejdzie, poczuję ulgę. Jak człowiek, który przystąpił do spowiedzi i poczuł powiew prawdziwej wolności.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki, w tym ostatnie egzemplarze pierwszego zbioru felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i tak zwanego „Elementarza”. Cena już do wyczerpania nakładu na poziomie 15 złotych. Polecam.

środa, 1 maja 2013

Nie wszyscy jesteśmy Bengalczykami

Do dwóch najświeższych tekstów, jakie opublikowałem i tu i w Salonie24, mam stosunek szczególny, w tym sensie, że nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej potrafił za jednym zamachem powiedzieć tyle naprawdę istotnych rzeczy. Oczywiście, od samego początku bardzo się staram, by te teksty – tu znów muszę się odwołać do młodego Wojciecha Młynarskiego – to była „taka piosenka, taka ballada, co byle czego nie opowiada”, niemniej zawsze jest coś, co wydaje mi się można było powiedzieć lepiej, dobitniej, czy uzupełnić tym jednym słowem, które by pozwoliło sprawę zamknąć. Tym razem, a więc w przypadku tego naszego tekstu o kolczyku w języku i niezapłaconych rachunkach, oraz tamtego, o owym strasznym, zaledwie sprzed tygodnia, tak okrutnie przemilczanym przez System, nieszczęściu w Bangladeszu, miałem pewność, że wszystko zostało powiedziane, i to tak, że lepiej bym już nie potrafił.
No i stało się tak, jak to się dzieje o wiele zbyt często, a mianowicie okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Z punktu widzenia wielu z tych, do których te moje słowa były skierowane, nie stało się nic szczególnego. A już z całą pewnością nic choćby w przybliżeniu tak szczególnego, jak… ja wiem? Powiedzmy, kolejna wypowiedź któregoś z „palikotowców” na temat religii w szkołach i poza nią…
Akurat jak idzie o ten blog, to zawsze zakładam, że nawet jeśli czasem odnoszę wrażenie, że trafiłem przysłowiową kulą w płot, to tak naprawdę jest to tylko błędne wrażenie, i wszystko, co zamierzałem powiedzieć, trafiło tam gdzie trafić miało, i w taki dokładnie sposób, jak to sobie zamierzyłem. A więc ta kobieta idąca ze swoim synkiem zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku, może z wyjątkiem komentatora podpisującego się Steve Steven, zrobiła na wszystkich odpowiednio silne wrażenie i wzbudziła odpowiednio ponure refleksje. Gorzej – zdecydowanie gorzej – jeśli idzie o tekst o Bangladeszu. Tam rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że z anonsowanych w tytule tekstu Bangladeszu i pisarza Rudnickiego, niemal cały show przypadł w udziale Rudnickiemu. A ja już tylko się zastanawiam, co by się działo, gdybym ja tam wspomniał jeszcze o Tusku.
Przepraszam bardzo za ten ton, ale od chwili, gdy się dowiedziałem, że w zeszłym tygodniu w Bangladeszu zginęło ponad 400 biednych kobiet i dzieci, a to przez politykę kilku wielkich, międzynarodowych koncernów odzieżowych, wynajętych do tego, by za jakieś grosze szyć ciuchy, i to nieszczęście spłynęło po tak zwanej opinii publicznej, jak woda po kaczce, jestem w takim nastroju, że nie bardzo widzę możliwość, bym miał pisać, przynajmniej na razie, o czymkolwiek innym.
A zatem, zanim się być może wreszcie uspokoję, przez wzgląd na naszą starą znajomość, proszę, darujmy sobie kolejny tekst, i skupmy się na następującej wiadomości:
24 kwietnia, w jednej z dzielnic stolicy Bangladeszu Dhaki, Savarze, zawalił się ośmiopiętrowy budynek o nazwie Rana Plaza, w którym, oprócz banku i eleganckich sklepów, mieściła się fabryka odzieżowa, produkująca na zamówienie międzynarodowych sieci handlowych, takich jak Primark, Benetton, czy Walmart. Do katastrofy doszło po tym, jak lokalny nadzór budowlany wykrył pęknięcia w konstrukcji i zarządził ewakuację budynku. Ewakuowano jednak wyłącznie obsługę sklepu i banków, natomiast, ponieważ właściciel fabryki nakazał pracownicom kontynuować pracę, w wyniku zwalenia się konstrukcji, zginęło ponad czterysta osób, a ponad tysiąc zostało rannych. Polskie media o katastrofie praktycznie nie poinformowały, a przynajmniej nie na tyle, by wiadomość o niej dotarła do osób w miarę systematycznie śledzących codzienne wiadomości.
Wśród niewielu merytorycznych komentarzy, jakie zdarzyło mi się znaleźć pod notką w Salonie24, pojawiły się sugestie, że Bangladesz to dzicz, i to wszystko przez to.
Próbowałem dowiedzieć się czegoś na ten temat i oto znalazłem taka informację:
„Przemysł odzieżowy Bangladeszu wart jest 20 mld dolarów rocznie i zaopatruje sklepy na całym świecie. Eksport ubrań to ponad trzy czwarte całego krajowego eksportu. W Bangladeszu znajduje się około 4,5 tys. zakładów odzieżowych. Według Światowej Organizacji Handlu, Bangladesz jest obecnie czwartym największym eksporterem odzieży na świecie, a przemysł związany z produkcją ubrań zatrudnia ponad 3 mln robotników”.
Próbowałem też znaleźć jakieś zdjęcia z Bangladeszu, ale większość to relacje z katastrofy. Najwyraźniej, zapis na temat obowiązuje tylko u nas. U nas natomiast można obejrzeć coś, czego świat dziś akurat pokazywać się już wstydzi, choćby coś takiego. Proszę powiedzieć, czyż to nie piękne miejsce? A może by tak na wakacje do Dhaki?


sobota, 26 stycznia 2013

O dorzynaniu legendy

Możliwe, że zdarzenie, które chcę dziś opisać stanowi sensację tylko dla mnie, natomiast u czytelników tego bloga wywoła najwyżej wzruszenie ramion. Możliwe. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Ponieważ jednak ją stanowi, nie widzę powodu, dla którego nie miałbym parę słów na ten temat powiedzieć i tu, na blogu. A nuż ktoś uzna, że coś się jednak stało.
Proszę sobie wyobrazić, że dziś, podczas lekcji, którą miałem z pewnym miłym dzieckiem, przyszło mi do głowy, by puścić mu fragment zamieszczonego na youtubie filmu „Man from the South”, siadłem przed komputerem, włączyłem owego youtuba… i oczom moim pokazała się informacja, że TVN żąda ode mnie usunięcia z mojego konta trzech filmów, a do tego jednoznacznie brzmiąca informacja, że jeśli będę się opierał, oni zablokują mi dostęp do mojego komputera. Okay. Zrozumiałem.
Na dole wspomnianej informacji umieszczono guziczek z napisem „zgadzam się”, w który bardzo chętnie kliknąłem, na ekranie ukazał się animowany filmik, w sposób oczywisty skonstruowany tak, by zrozumiał go największy choćby dureń, i seria pytań, na które należało odpowiedzieć „tak”, lub „nie”. Kiedy już rozwiązałem ów test, pojawił się następny film i kolejna seria pytań, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden zestaw pytań, i w końcu informacja, że youtube mi gratuluje ukończenia kursu, i od teraz mogę dalej korzystać z wszelkich przyjemności, jakie oferuje mi Internet i świat, który go stworzył.
Być może ktoś zapyta, w sprawie jakiego to materiału ITI się tak napięło. Otóż moim zdaniem poszło o materiał nie byle jaki. Tych dobrych ludzi do białej gorączki doprowadziło to, że ja, już niemal trzy lata temu, zechciałem na youtubie zamieścić wywiad, jakiego tuż po smoleńskiej katastrofie Jan Maria Rokita udzielił Bohdanowi Rymanowskiemu; wywiad, w którym Jan Maria Rokita zasugerował, że to co się stało stanowi początek wielkiej polskiej romantycznej legendy i nie ma takiej siły, która to jest w stanie zmienić. Mówię o wywiadzie, w którym Rokita ni stąd ni z owąd przyszedł i powiedział, że od tego sobotniego poranka, dnia 10 kwietnia 2010 roku, w polskiej historii nic nigdy już nie będzie takie samo. Mówię wreszcie o wywiadzie, który wtedy jeszcze, w kwietniu, został wyemitowany na żywo w TVN24, a następnie usunięty ze wszystkich dostępnych miejsc w Internecie, który następnie jakimś cudem został przez mnie gdzieś wypatrzony, przez jednego z moich zdolnych bardzo uczniów tak przygotowany, by mógł zostać umieszczony na youtubie, i któremu poświęciłem swój tekst na blogu i do którego zamieściłem tam odpowiedni link.
I oto dziś, owe trzy filmiki, które sobie spokojnie tam wisiały przez niemal trzy lata, zostały usunięte na żądanie właściciela, czyli ITI. I w tym momencie ta rozmowa już nie istnieje. Jest jakby jej nigdy nie było. Może tylko jeszcze sam Rokita ma je gdzieś zarejestrowane i zachowane w jego prywatnym archiwum, choć nie sądzę. Ja bym się tak naprawdę nawet nie zdziwił, gdyby się okazało, że on tej swojej niezwykłej wypowiedzi nawet już nie pamięta.
Pozostaje więc tylko ten blog i tamten tekst, któremu kiedyś towarzyszył link do tego filmu – kiedyś jeszcze jak najbardziej aktywny, a dziś pusty i nikomu niepotrzebny, jeśli oczywiście nie liczyć tego znaku, jaki on już zawsze będzie wysyłał do każdego, który go znajdzie: http://www.youtube.com/watch?v=uXZSMEkE6Aw. Zostaje więc ten nasz blog i oczywiście chyba jednak kluczowe pytanie – co się takiego stało, że po tych trzech już prawie latach, do świadomości właścicieli ITI dotarło, że owa stara rozmowa, którą oni niemal natychmiast tak starannie ukryli, jednak żyła. Bardzo chciałbym wiedzieć, jak oni nagle na ów ślad wpadli, czy ktoś im na niego zwrócił uwagę, a jeśli tak, to kto? Chciałbym go zobaczyć i spojrzeć mu w oczy. Choćby tylko po to, by zobaczyć ich kolor.
Na razie jednak mamy tamten tekst. Przypomnijmy go więc sobie.

Nie mam najmniejszego pojęcia, jak będzie wyglądała Polska za parę miesięcy. W jaki sposób to co się stało 10 kwietnia wpłynie na nasz los i los naszego kraju? Czy ten dzień stał się dla nas ostateczną klęską, czy może, dzięki bożej łasce, otworzył nam drzwi do czegoś nowego i lepszego? Towarzyszy mi oczywiście nadzieja, którą – od czasu, gdy zła ręka dokonała owego aktu zniszczenia – wyrażałem tu wielokrotnie, że ta cena wprawdzie była wielka, ale w paradoksalny sposób to myśmy sami ją dla siebie ustalili i że właśnie dlatego nie mogła być ona niższa. To myśmy prosili o taką ofiarę. Ale właśnie dlatego, ta ofiara musi przynieść coś naprawdę dobrego. Więc mam dziś nadzieję na większe dobro.
Nie wiem, co stanie się teraz. Nie wiem ani tego, kto w nadchodzących wyborach zostanie kandydatem, jak to ktoś ładnie określił, wszystkich zwykłych Polaków, ani tym bardziej tego, czy ta kandydatura zdoła pokonać to zło, które się mobilizuje w sposób bezprecedensowy, wygra dla nas i dla Polski dobrą przyszłość. Nie wiem, czy to Jarosław Kaczyński poprowadzi nas do tego nowego etapu, czy może już ktoś inny, bardziej w tym momencie skuteczny. Nie wiem dziś prawie nic. Ale widziałem niedawno Jarosława Kaczyńskiego i wierzę – co też już miałem okazję podkreślić – że on wie. I że to nie on teraz się boi, ale że źli ludzie boją się jego. I boją się jak nigdy pewnie dotąd. I wiem, że tak jest dobrze.
Wiem tez jeszcze coś, o czym miałem okazję rozmawiać wczoraj z pewnym bliskim moim przyjacielem, a dziś z moim synem i o czym cały czas myślę. Że mianowicie to co się stało, to wielkie nieszczęście, pozostanie już zawsze w naszej polskiej świadomości, w naszej historii i w naszej pamięci, legendą i mitem. A właścicielem tej legendy i tego mitu będą ci, dla których Polska nie była nigdy sposobem na robienie brudnych interesów, lecz ci którzy ją kochali i jej służyli. Przez najbliższe lata, a może i dziesiątki lat, a może już i zawsze, naszą najbardziej patriotyczną tradycję, będzie symbolizowało to nieszczęście 10 kwietnia, to wszędzie już obecne hasło „Katyń 2010”, i wreszcie postać człowieka, którego miłość do Polski, odwaga i determinacja stały się pierwszą i jedyną pewnie przyczyną tego co się musiało stać. Pierwszą i pewnie jedyną przyczyną tej ofiary. Ta legenda będzie już zawsze miała postać Lecha Kaczyńskiego. Bo, wbrew temu, co powiedział niedawno pewien obłąkany staruszek, samoloty nie spadają co chwilę, a jak już spadną, świat nie kiwa głową i nie wraca do codziennych zajęć.
Bardzo pięknie o tym opowiadał jeszcze przed pogrzebem na Wawelu Jan Maria Rokita, w telewizyjnym wywiadzie, najpierw okrutnie ocenzurowanym, a potem skazanym na zapomnienie. Przez ostatnie dni, starałem się bardzo zdobyć to nagranie i je tu udostępnić w całości. Bo wierzę, że – co by o nim nie myśleć i czego mu z przeszłości nie pamiętać – w tej bardzo starannie przemyślanej i przygotowanej wypowiedzi, powiedział on coś, co daje nadzieję właśnie na to, że ta pamięć będzie już zawsze z nami i nie ma takiej siły, która by była w stanie ją zniszczyć. Że ona będzie funkcjonowała w naszej historii i patriotycznej świadomości co najmniej tak mocno, jak w świadomości Amerykanów do dziś funkcjonuje choćby śmierć prezydenta Kennedy’ego, czy zamach na WTC z 11 września. I że ten mit i ta legenda – jeszcze raz to podkreślmy – będzie naturalnie własnością całej Polski, ale zwłaszcza jednak Polski wiernej i patriotycznej. I to będzie własność bezcenna.
Proszę sobie posłuchać tego, co powiedział Jan Maria Rokita. Wierzę, że w dobrym odruchu dania dobrego świadectwa. Nie ze względu na niego, ale właśnie ze względu na to świadectwo, którego akurat nikt inny – tak się jakoś złożyło – nie potrafił tak dobrze przekazać.

Przypominam, że w najbliższy poniedziałek w Klubie Ronina odbędzie się spotkanie z autorem zarówno tego bloga, jak i książki o dolarach, markach, bananach i pewnym biustonoszu. Z tego co słyszę, wstęp do tego klubu jest tylko dla członków, ale może uda się coś z organizatorami wytargować. Poza tym, przed faktycznym spotkaniem, trzech niepokornych komediantów będzie tradycyjnie dostarczało rozrywki na tematy bieżące, a ja będę pewnie stał na zewnątrz i spędzał czas na bardziej towarzysko budujących zajęciach. A zatem – mimo wszystko zapraszam. Przy okazji, proszę tradycyjnie o wspieranie tego bloga w każdy możliwy sposób, również przez bezpośrednie wsparcia na podany obok numer konta. Dziękuję.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Twarze

Zupełnie niespodziewanie, niemal jak grom z jasnego nieba, pojawiło się coś, co z jednej strony bardzo dramatycznie wbiło się między nasze refleksje na temat chujów z magazynu Press, a chujów na magazynie Press wychowanych, a więc między moje dwie niedawne refleksje zamieszczone na tym blogu, a z drugiej strony, choć bardzo przewrotnie, to jednak w sposób niezwykle czytelny, obie te refleksje uzupełniło. Mam tu na myśli fakt, że chyba wczoraj, na obrazku jaki umieściłem też tutaj, a linkującym czytelnika do zamieszczonego na youtubie występu Piotra Wolwowicza w telewizji Polsat, i egzekucji, jakiej dokonało na nim przez Polsat wynajęte i opłacone jury, pojawiła się informacja, że ponieważ Polsat jest bardzo niezadowolony z tego, że ten występ i ta egzekucja – a jednocześnie dowód żywego zaprzaństwa ze strony zarówno Polsatu jak i zatrudnionych przez Polsat osób – są roztrząsane publicznie, film został usunięty.
Widok czarnego ekranu z owym cenzorskim komunikatem właściwie mnie uradował. Uradował do tego stopnia, że w pierwszej chwili myślałem, że właściwie idealnie by było zostawić to okienko jako znak czasów. Mniej więcej tak samo, jak przed niemal już rokiem, kiedy to Agora zażądała ode mnie usunięcia z mojego blogu zdjęcia zmarłego w Smoleńsku Lecha Kaczyńskiego z wnuczką, twierdząc, że to jest ich zdjęcie i mi nic do niego, a ja w odpowiedzi na to żądanie zostawiłem zamiast po tej fotografii puste miejsce i opowiedziałem, co tam kiedyś było. Pomyślałem sobie, że tak będzie dobrze. Że każdy kto jeszcze kiedyś zajrzy do tej notki i na dole zobaczy to czarne okno, z jeszcze czarniejszym komunikatem, będzie wiedział to co miał wiedzieć plus jeszcze więcej, może nawet dużo więcej. A jednak przyszedł mi do głowy pomysł lepszy. Lepszy, bo mówiący jeszcze więcej. Ale o tym za chwilę.
Ktoś mi powie, że przecież nic takiego się nie stało. Zresztą zarówno dziś, jak i wtedy. Bo tu chodzi wyłącznie o święte prawo własności. Nie po to przecież Agora wydaje ciężkie pieniądze, skupując od ich autorów wszelkie możliwe fotografie, żeby je później ktoś bez pytania i za darmo publikował. Nie po to też Polsat organizuje swoje imprezy – które też przecież cos tam kosztują – by ktoś inny sobie je oglądał na jakichś youtubach. Otóż owszem, tyle że nie calkiem i nie do końca. Jak zajrzeć na youtube, to tam się aż roi od wszelkiego typu telewizyjnych programów, zaczynając od jakichś idoli, a kończąc na tym polsatowskim idiotyzmie. I nikomu nigdy to nie przeszkadzało. Podobnie, 90 procent blogów, czy prywatnych stron internetowych, od czasu do czasu zbierają z Sieci jakieś to czy tamto zdjęcie, powielają je w innym, nowym miejscu, i w rezultacie ich są tam już tysiące. I też nigdy to nikomu w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało.
Jeśli wtedy Agora, a dziś Polsat, tak nagle się zdenerwowali, to wyłącznie z powodów poza-merytorycznych. Agora dostała cholery, że ktoś ich chce angażować – choćby i pośrednio – w żałobę, której oni ani nie czują, ani nie podzielają, natomiast Polsat – a może nie Polsat, tylko ci idioci – najpierw się posrał ze wstydu, a później postanowił, że nikomu nie wolno na ten ich wstyd patrzeć. I oto cała filozofia. I nie ma o czym gadać. Tu nie ma dyskusji. Sprawa jest czysta i jasna jak słońce. W programie Polsatu wystąpił bardzo zdolny, świetnie przygotowany chłopiec, który samodzielnie zagrał i zaśpiewał piosenkę poświęconą Polsce i jej urodzie. Banda jurorów, prawdopodobnie w najbardziej prostacko spontanicznym geście, w naturalnym odruchu obrzydzenia na dźwięk słowa ‘Ojczyzna’, chłopca zdyskwalifikowała, po czym w najbardziej brutalny i okrutny sposób publicznie, na oczach telewidzów, wyszydziła. Ponieważ w ten sposób, skompromitowali się oni, ani ich ofiara i świat się o tym szczególnym wydarzeniu zaczął słyszeć, stało się to co stało. Podniósł się wściekły wrzask.
Domyślam się jednak, że jest jeszcze coś, poza samym aktem pogardy dla człowieka, który odsłonił ich czarne serca, co im nie pozwalało przez te minione tygodnie spać. Mianowicie to, że oko kamery zarejestrowało ich twarze, tak okrutnie zaatakowane przez to słowo ‘Ojczyzna’. Twarze ludzi kompletnie nierozumiejących, co się dzieje. Twarze zniszczone nawet nie obrzydzeniem, lecz właśnie tym chaosem. Patrzymy na te twarze i widzimy te rozdziawione, skatowane skalpelem plastycznego chirurga, wargi Kory Ostrowskiej, patrzymy na zakleszczoną w bezmyślnym bezruchu twarz tej jakiejś Zapendowskiej, na tego jakiegoś Sztabę, oblizującego spierzchnięte ze zdenerwowania wargi i wiemy, że to porażenie ich dotknęło wyłącznie z tego powodu, że ktoś im nagle wykrzyczał prosto w te ich rozdziawione gęby tę prostą prawdę, ze Polska to jego Ojczyzna. I to jest coś, co naprawdę warto przeżywać w kolko. Nie tego chłopca, nie piosenkę Rosiewicza – w końcu, nie ukrywajmy, taką sobie – ale te twarze. I myślę, że tu poszło głownie o te zarejestrowane na zawsze twarze.
I to był też ważny powód, dla którego postanowiłem tego czarnego okna jednak nie zostawiać, i skorzystałem z usług youtuba ruskiego, o nazwie ru-tube. Tam ten film, jak i szeregi innych, jak się okazuje, w Polsce zakazanych, jest jak najbardziej dostępny. I to w o wiele wyższej jakości dźwięku i obrazu. I uważam, że to jest gest cudownie symboliczny. Sytuacja, kiedy polscy internauci zaczynają przenosić się na ruskie portale, w obawie przed cenzurą Systemu, jest tak wiele mówiąca i wiele znacząca, ze nie mogłyby jej zastąpić nawet najzgrabniej ułożone słowa. I niech mi nie usiłuje wmawiać, że ja porównuję dzisiejszą Polskę ze starym PRL-em. Jestem od tego jak najdalszy. Z wielu naprawdę powodów, ale również i z tego, że jeśli dziś dojdzie do sytuacji, że trzeba będzie kiedyś stąd wiać, to najpewniej nie do Antwerpii, ale do jakiejś ruskiej wsi. Cokolwiek by bowiem o nich mówić, tam z całą pewnością nikt by nie zapłacił jednej kopiejki za ukradzione ze świętego pierścienia brylanty. Bo by się bał, że spłonie w piekle. Normalnie.
A oto bonus dla wszystkich zainteresowanych:

sobota, 22 maja 2010

System się sfajdał



Przyznam zupełnie uczciwie, że nigdy, ani w jednym wypadku, mimo całej mojej podejrzliwości w stosunku do Systemu i ludzi z nim związanych, nie przyszło mi do głowy, żeby poważnie traktować wszelkie głosy, mówiące, że oto jesteśmy drugą Białorusią, że oto odbierają nam wolność, że Polska tonie. Od razu też, przyznając się do tej naiwności, proszę wszystkich mądrali, żeby mi nie dostarczali przemówień o tym, jaki to jestem głupi, że dopiero dziś widzę to, co oni już widzieli od dawna. Po pierwsze, wiem, że byłem głupi, a po drugie, nie do końca wierzę, że to co się własnie dzieje, oni widzieli od dawna. Bo to się dzieje dopiero dziś.
Cóż więc to się takiego dzieje? Otóż dotarła do mnie informacja, że Rzeczpospolita, ukazujący się legalnie, a więc zgodnie z prawem dziennik, postanowił do swojego wtorkowego – mam na myśli najbliższy wtorek – wydania dołączyć film pani Ewy Stankiewicz Solidarni 2010. Żeby to wydarzenie – wszyscy, którzy ten film widzieli wiedzą, że jest to wydarzenie – rozreklamować, Rzeczpospolita postanowiła nakręcić odpowiednią reklamę, zapłacić różnym telewizjom odpowiednie koszta i wyemitować ją tak jak to się zwykle robi. Właśnie się dowiaduję, że wszystkie zainteresowane kanały telewizyjne, włącznie z telewizją publiczną, postanowiły emisję reklamy zablokować, pod pretekstem, że dziennikarzom nie wolno występować w reklamach, a tu akurat swoją twarz udostępnił Jan Pospieszalski.
Absurdalność tego argumentu jest tak porażająca, że nie chcę się tu nad nią nawet zatrzymywać. Ja oczywiście pamiętam, jeszcze sprzed wielu lat, dyskusje, czy dziennikarz danej stacji może występować w reklamach emitowanych w tej właśnie stacji, ale to akurat jest już tak zwana melodia przeszłości. Wystarczy obejrzeć TVN24 choćby przez moment, żeby nie uniknąć widoku dziennikarzy tej stacji reklamujących głównie banki, ale jak płacą, to właściwie czegokolwiek. Dowiaduję się, jak by tego było mało, że Jan Pospieszalski, w odróżnieniu od na przykład Huberta Urbańskiego, za pokazanie swojej twarzy nie chciał od nikogo ani grosza. Po prostu on stanowi część tego filmu, więc trudno go było zlekceważyć. No, a poza tym, jak wszyscy wiemy, nie o to chodziło.
Ale, jak mówię, nie o to chodzi. I wszyscy, którzy tu bywamy na tym blogu wiemy to doskonale. Że wcale nie o to tu chodzi. Że to jest tylko znak czasów. A może – miejmy taką nadzieję – znak dni. Bo film Solidarni 2010, który stanowi prawdziwą rewolucję w pokazywaniu naszej rzeczywistości, rewolucję, której nie mieliśmy w Polsce od wielu, wielu lat, stał się powodem strachu nieporównywalnego z niczym, co mieliśmy okazję obserwować od wieków. Pisałem tu niedawno i o filmie Solidarni 2010i o tym, w jaki sposób ten film obudził we mnie wspomnienia dawnych, jeszcze zamierzchłych peerelowskich czasów, związanych z półlegalnymi pokazami w przykościelnych salach wielkiej refleksji na temat wizyty Jana Pawła II w Polsce, nakręconej przez Trzosa-Rastawieckiego. Pisałem tu, na tym blogu, zupełnie niedawno, o tej dzisiejszej furii, jaką obserwujemy wokół emisji filmu Ewy Stankiewicz i przede wszystkim wokół faktu, że ta Polska, ta prawdziwa Polska, której dotychczas tak skutecznie zamykano usta, może nagle swobodnie mówić, i która – jak się nagle okazuje – potrafi mówić dobitnie i pięknie. Jak ta Polska nagle dostaje prawo głosu. I pisałem przy tej okazji o tym, jak to przez ten piękny, prawdziwy film Ewy Stankiewicz historia zatoczyła koło. Wprawdzie jesteśmy dziś częścią Europy, a nie sowieckiego imperium – choć niektórzy znów zarzucą mi naiwność – i nie jest tak, że w celu obejrzenia filmu Ewy Stankiewicz musimy się gromadzić w salkach katechetycznych i na prywatnych pokazach u tak zwanych ludzi, ale nagle okazuje się, że historia rzeczywiście zatoczyła koło. Zatoczyła koło w ten sposób, że pewna część społeczeństwa jest systematycznie, intencjonalnie i wyjątkowo bezczelnie eliminowana z życia publicznego.
Kiedy jednak pisałem o filmie Solidarni 2010 i wspominałem o wszystkich możliwych podobieństwach między tym filmem, a tamtym Pielgrzymem, myślałem wyłącznie o tym bezpośrednim ataku, jaki dziś i wtedy jest kierowany pod adresem prawdy ustami wynajętych dziennikarzy, sprzedajnych autorytetów i głupich obserwatorów. Nawet mi do głowy nie przyszło, że doszło do tego, że ten atak zyskał kształt prawdziwie systemowy. Że ten strach przed utratą wpływów nie ogranicza się już teraz do tego, że ktoś się z kimś pokłóci, albo ktoś inny przeprowadzi jakąś drobną propagandową akcję. Nie spodziewałem się, że to dotychczas tak lekceważone przeze mnie ględzenie o Białorusi się zwyczajnie zmaterializuje.
I oto dochodzi do tego, że wszystkie główne stacje telewizyjne odmawiają emisji reklamy, zleconej przez oficjalnie ukazujący się dziennik, jeden z głównych ogólnopolskich dzienników, bo presja Systemu okazała się tak wielka, że wszelki opór ni stąd ni z owąd stał się nieopłacalny. Żyjemy w nowej Europie. Wydawałoby się, że – choćby przez dostępność Internetu – wszelkie tabu przestają istnieć. Atak nowej cywilizacji na stare struktury, na tradycję, na zwykłe ludzkie przyzwyczajenia jest tak silny, że niektórzy przebąkują już nawet o tym, że to wszystko poszło zbyt daleko i może przydałaby się jakaś, choćby minimalna kontrola. Nowy Świat odpowiada na to niezmiennie, że to już jest przeszłość, że do pewnych zwyczajów wrócić się nie da. Pornografia, przemoc, dostępność do broni, patriotyzm, rodzina, miłość – że to wszystko już stało się dawno sprawą prywatną. Świat współczesny zyskał wolność i ta wolność wskazuje nam przyszłość.
I oto nagle, ten właśnie System, który stworzył tę nową cywilizację i który tej cywilizacji z takim zacięciem broni, boi się jednego skromnego filmu, w którym mówi człowiek. Człowiek bardzo ściśle zdefiniowany, człowiek może trochę nienowoczesny, trochę może odstający od tego co wokół nas, ale wciąż człowiek. I po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ten właśnie System występuje przeciwko temu, co sam stworzył. Przeciwko nieograniczonej wolności. Widzi film, w którym mówią ludzie. Nie mówią nic szczególnego. A prawdę powiedziawszy, mówią dokładnie to, co wielokrotnie, w kpiarskim tonie, było przez ten właśnie System wyśmiewane. System słyszy tych ludzi i drży. Drży z przerażenia i złości. Bo nagle, po tych wszystkich latach, doszedł do głosu człowiek. I to drżenie, jak się nagle okazuje, powoduje taką desperację, która sprawia, że wszystkie dotychczasowe reguły zostają unieważnione, i – aż głupio to mówić – wychodzi na to, że nawet Białoruś jest lepsza.
Emisja reklamy filmu Ewy Stankiewicz, który ma zostać dołączony do wtorkowego wydania Rzeczpospolitej, została przez System zablokowana. Presja drżącego przed utratą wpływów Systemu okazała się tak wielka, że nowoczesny świat struchlał. I uległ. A nam pozostaje tyle podnieść ręce w tryumfalnym i radosnym okrzyku. Wreszcie się nas boją! Wreszcie zobaczyli, że z nami nie ma żartów. Wreszcie nie zasną.

czwartek, 21 maja 2009

Panowie po nas?

Gawędziłem sobie ostatnio z ojcem Rachmajdą i w pewnym momencie rozmowa zeszła na różnice między komfortem pracy zawodowego publicysty, a normalnego blogera. Pomyślałem sobie – i w ten sposób argumentowałem – że ja, w odróżnieniu Zaremby. Mazurka, czy kogo tam jeszcze, piszę, co chcę i przede wszystkim kiedy chcę. Że jeśli przez tydzień nie przychodzi mi do głowy nic mądrego, ani choćby ciekawego, to po prostu nie piszę i zajmuje się najróżniejszymi innymi sprawami. Nikt nade mną nie stoi i nie każe mi się pośpieszyć, bo jak nie, to redakcja będzie miała kłopot. Nikt też mi nie mówi, że mój tekst jest za długi, albo za krótki i muszę tu coś obciąć, albo tu coś dodać, bo inaczej ucierpi układ strony. Co jednak najważniejsze, nikt też – z wyjątkiem naturalnie zwykłych komentatorów – mnie nie opieprza za to, że jestem nieobiektywny, albo zbyt niegrzeczny, ewentualnie zbyt arogancki w stosunku do kogoś, kto na moją arogancję nie zasłużył. Jedyne co mi grozi, to to, że administrator nie wklei mojego tekstu na główną stronę, albo – w najbardziej drastycznych przypadkach – zwróci mi uwagę na niestosowność pewnych gestów. A i tak bez większych konsekwencji. Pensji wszak mi nie odbierze, a ja sam też nie jestem na tyle wariatem, żeby to forum wykorzystywać do łechtania swoich kompleksów. A więc – jest sympatycznie.
Bo na czym, w końcu polega działalność blogerska? Dokładnie na tym samym, na czym polega zwykłe, aktywne intelektualnie życie w świecie wypełnionym ludźmi, z których każdy jest jakiś, zawsze inny, i z których niektórzy bardziej niż inni – tak się złożyło – zechcieli stać się częścią tego naszego życia. A więc na obserwowaniu, analizowaniu, wyciąganiu wniosków, dzieleniu się tymi przemyśleniami z innymi i ewentualnie na wyrażaniu – wedle uznania – najróżniejszych emocji. Zatem, można powiedzieć, my blogerzy jesteśmy jak najzwyklejsi ludzie z ulicy, czy choćby z kanap ustawionych przed ekranami telewizorów, którzy od czasu do czasu na to co widzą, lub słyszą, zareagują albo śmiechem, albo złością, albo smutkiem, albo niekiedy bardzo grubym słowem. A więc, tak naprawdę, my – to oni. Tyle że my mamy pewną zręczność w wyrażaniu swoich emocji w formie literek (lub tak nam się wydaje), a oni pewnie już niekoniecznie (albo tak im się wydaje).
Pisałem o odpowiedzialności i ograniczeniach. Jeśli idzie o ograniczenia, to sprawa jest prosta. My blogerzy możemy znacznie więcej od publicystów funkcjonujących publicznie i zawodowo. Jak mówię – nie zdarzyło mi się dotychczas, żeby ktoś z Administracji Salonukazał mi coś napisać, albo kazał mi czegoś nie pisać. I to jest zrozumiałe. Miejsce, w którym się spotykamy stanowi swego rodzaju wolne forum wymiany myśli i emocji. Trochę jak ulica, czy ta kanapa przez telewizorem. Możliwe, że są jakieś granice, których przekraczać mi nie wolno, ale dotychczas nie zdarzyło mi się na nią wpaść, więc nie bardzo wiem, co by to mogło być. Również, kiedy czytam czasem inne blogi, odnoszę wrażenie, że na nią pewnie nigdy nie wpadnę. Inaczej wygląda sprawa, jeśli idzie o odpowiedzialność. Otóż ja nie wiem, czy między moim tu pisaniem, a gadaniem ludzi na ulicy jest jakakolwiek różnica z prawnego, czy obyczajowego punktu widzenia. Chodzi o to, że ja nie wiem, czy kiedy ja tu napiszę, że Donald Tusk to, w moim głębokim przekonaniu, człowiek o intelekcie i wrażliwości prowincjonalnego piłkarza, moja sytuacja prawna będzie taka sama, jak sytuacja na przykład pielęgniarek, które – korzystając z konstytucyjnej wolności wypowiedzi – przyjdą pod gabinet Donalda Tuska i zaczną w kierunku jego okna rzucać obraźliwe słowa. Czy może jest tak, że ja – przez to, że moje emocje nie są wykrzyczane, ale zapisane i rozpowszechnione w Internecie – podlegam dokładnie takim samym procedurom, jak, powiedzmy, Zbigniew Chlebowski, który niedawno zasugerował, że przewodniczący Guzikiewicz jest chory psychicznie. A może, z jakiegoś egzotycznego powodu, ja jestem jeszcze bardziej podejrzany?
Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to powiem, że ja bym obstawał za tym, żeby jednak mojego pisania nie traktować, jak głosu oficjalnego. Ja bym był za tym, żeby to co wypisują na swoich blogach blogerzy, traktować jak prywatne zapiski prywatnych osób, które w tym samym stopniu kierowane są do potencjalnego czytelnika, jako apel, czy głos w dyskusji, co mogą też stanowić swego rodzaju sztukę dla sztuki, osobiste zapiski, jak wiersz, czy dziennik z osobistymi refleksjami na dowolny temat. Oczywiście, pewnie ta moja opinia trochę wynika z naturalnej potrzeby rozpychania się i zagwarantowania sobie większej wolności. Ale mam też parę argumentów bardziej obiektywnych. Otóż my, blogerzy jesteśmy najczęściej kompletnymi amatorami. Każdy z nas, z reguły, ma swoje życie, swoje zajęcie i swoje środowisko. Jesteśmy inżynierami, aptekarzami, lekarzami, nauczycielami, czasem może i księżmi. Nie jesteśmy w żaden sposób częścią struktur, czy środowisk, które w określonych sytuacjach zechcą nas reprezentować. Jeśli, powiedzmy, Piotr Semka opublikuje w Rzeczpospolitejtekst, w którym obrazi Sebastiana Karpiniuka, albo Andrzeja Czumę i Czuma, czy Karpiniuk wyślą Semce pozew sądowy, prawdopodobnie Semka całość swoich spraw przekaże swojej redakcji i ona już się wszystkim zajmie. Podobnie, jeśli Andrzej Czuma, czy Sebastian Karpiniuk, w telewizyjnym wystąpieniu określą Semkę jako durnia i oszusta, a Semka się obrazi, sprawa zostanie z pewnością przejęta przez struktury, w których Czuma i Karpiniuk operują.
Z pewnością jednak będzie inaczej, jeśli na przykład ja dotknę swoją wypowiedzią jakiegoś artystę, polityka, dziennikarza, czy kogokolwiek, komu się zdarzyło stanowić część publicznej domeny. Przede wszystkim, jeśli ja któregoś dnia się dowiem, że któryś z moich tekstów doprowadził kogoś kogo ja nie lubię do cholery i w związku z tym mam się szykować do procesu, to ja w tym momencie mam prawdziwy kłopot. Przede wszystkim dlatego, że w jestem w tej sytuacji zupełnie sam. Salon24 – zgodnie ze swoją polityką – za moje słowa nie bierze odpowiedzialności. Firma które mnie zatrudnia – jeśli w jakikolwiek sposób w ogóle zareaguje na moje problemy – to najprawdopodobniej, żeby mieć spokój, wywali mnie na pysk. Moi koledzy mają oczywiście swoje sprawy, więc na nich też nie mam co liczyć. A media – jak wiemy wszyscy najlepiej – mają mnie akurat kompletnie w dupie.
Kiedy niedawno w Salonie przeczytałem tekst, w którym Kataryna opowiedziała o tym, jak to syn ministra Czumy postanowił ją zaatakować z pozycji urzędu zajmowanego przez jego ojca, moje pierwsze wrażenie było takie, że Kataryna ma kłopot. I to kłopot poważny. I zrobiło mi się jej żal. Pomyślałem sobie, że ona pewnie gdzieś pracuje, ma swoją rodzinę, swoje sprawy, być może swoje codzienne zmartwienia, swoją zwykła niepewność. I teraz właśnie się dowiedziała, że będzie się musiała kopać z Ministrem Sprawiedliwości i jego całą urzędniczą machiną. Więc ma bardzo poważne zmartwienie i pewnie czuje się dziś nienajlepiej. W komentarzu, który zostawiłem Katarynie na blogu, napisałem – trochę przewrotnie – że powinna natychmiast Czumę przeprosić i obiecać, że będzie już grzeczna. W końcu, jej sytuacja społeczna jest taka, ze do czasu jak już ją totalitarne państwo weźmie za kark i odpowiednio uspokoi, ona nawet ani tego Krzysztofa Czumy, ani jego potężnego ojca nawet na oczy nie zobaczy. Ją akurat odpowiednio ustawią ręce ludzi kompletnie obcych. A więc po prostu nie warto.
Pisałem ten komentarz, a jednocześnie – w głębi serca – liczyłem na to, że jakoś i Salon i inni blogerzy, a przede wszystkim media, a może też i jacyś politycy podniosą odpowiedni zgiełk i nasza Kataryna poczuje siłę. Niestety, pierwsze czego się dowiedziałem, to to, że już na poziomie samych blogów opinie są niejednoznaczne. Obok oczywistych głosów poparcia, pojawiły się uwagi na temat odpowiedzialności za słowo, prawa, a gdzieniegdzie wręcz sugestie, że dobrze tak tej głupiej, bezczelnej, pisówie. Niech ma za swoje. Sam nic już więcej nie pisałem. Czekałem z niepokojem na rozwój wydarzeń i – przyznaję – naiwnie wciąż liczyłem, że może media dojrzą w sprawie przynajmniej temat i złapią obu Czumów za gardło i potrząsną nimi na tyle, że zrozumieją, czym jest cywilizowany świat, i gdzie leży granica między Polską a Białorusią. Oczywiście wiedziałem, że wielkiej afery nie będzie, choćby dlatego że czas prawdziwych afer minął wraz z ostatnim utopionym laptopem Ziobry i ostatnim zjedzonym wieśmakiem. Ale, mimo wszystko, na coś liczyłem. Dziś już widzę, że jeszcze nie teraz i jeszcze nie tu. Owszem, przez kilka dni sprawa tego ruskiego buractwa, jakim się popisał Krzysztof Czuma, zajmowała uwagę szerokiej publiczności. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakim przede wszystkim kontekście. Jak idzie o samego Czumę, to okazało się, że on Kataryny w ogóle nie zna i jej poglądy, zmartwienia i losy interesują tyle co zeszłoroczny śnieg. Że jeśli już ma coś powiedzieć na jej temat, to uważa, że ona – podobnie jak wielu innych blogerów – to szara i chamska swołocz. I żeby mu dać spokój. Natomiast, jak idzie o Katarynę, większość komentatorów miała tylko jeden problem. Jak ona się nazywa naprawdę, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak wygląda? Czy ona to może Kolenda-Zalewska, czy może Robert Mazurek i czy przyjdzie kiedyś taki czas, że się dowiemy kto zacz?
Przede mną leży Dziennik sprzed kilku dni i pełna strona na temat tego już nawet nie politycznego gangsterstwa. I ani słowa o sprawie. Zwykła bulwarowa paplanina o tym, czym są blogi, co to za jedni ci blogerzy i oczywiście to idiotyczne roztrząsanie, co to za jedna ta Kataryna.Jest też i wywiad z Kataryną. I naturalnie, problem jednego z najbardziej brutalnych zamachów na prawa obywatelskie w Polsce w ostatnich latach, został tam niemal nieporuszony. Wyłącznie radosne podskoki na wieść, że – jak się w końcu okazuje – Kataryna to jednak Katarzyna, a nie Robert. Oto współczesna Polska i współczesna, polska opinia publiczna. Rozpacz.
Ja wiem, jak bardzo kuszącą rzeczą jest pokpić sobie z tego co nas spotyka. Że to by dopiero była awantura, gdyby to tak asystent Ziobry dwa lata temu wysłał do Salonu24 mail z żądaniem ujawnienia danych któregoś z wybitnych rycerzy na antypisowskim froncie. Jak by to intelektualiści, artyści, publicyści, politycy słali listy otwarte w obronie wolności słowa. Jak by to na potrzeby tej kampanii wykorzystana została cała popularna i niepopularna kultura w Polsce i może nawet na Jamajce. Jak by to ulice wypełniły się ludźmi, którzy dotychczas nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego jak blogi, ale dziś już nie dość, że wiedzą, to jeszcze nawet uważają blogosferę za część swojego codziennego życia. Ale szkoda słów. Przecież to akurat wiemy wszyscy. I nie ma takiej siły, która by tu akurat oddala prawdzie sprawiedliwość.
Pozostaje tylko zauważyć, że tak zwana ‘sprawa Katatryny’ ostatecznie dołączyła do całego szeregu wielu innych spraw, które mogły przecież stanowić znak czasów, ale sprytnie, przez sprytnych ludzi, zostały sprowadzone wyłącznie do jeszcze jednego drobnego zamieszania na drodze do nowej, podobno lepszej Polski. I można też przy tym skonstatować, że tu naprawdę można już liczyć tylko na siebie. I iść do wyborów. By zmienić Polskę. A przy okazji uważać na każde słowo, na każdy dzień, na każdą twarz w telewizorze. Bo tam się czai zło. Dziś o nazwisku Czuma. Ale jutro? Bóg jeden wie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...