Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołyń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołyń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2023

O tym jak z braćmi Rosjanami wspólnie pomścimy Wołyń

 

Ponieważ portal i.pl praktycznie odmówił publikacji poniższego tekstu, co z kolei spowodowało moją rezygnację ze współpracy, przedstawiam te myśli tutaj i życzę dobrych refleksji. 

 

 

   Od czasu gdy ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski publicznie ogłosił, że za zdradziecką postawę prezydenta Lecha Kaczyńskiego wobec krwi przelanej w lipcu 1943 roku na Wołyniu, on już nigdy więcej na niego nie zagłosuje, minęły całe wieki. Całe też wieki minęły od dnia, w którym zaledwie kilka miesięcy przed owym okresem próby, Lech Kaczyński na owym dzielnym kapłanie wierność danemu słowu w pewnym sensie wymusił. Przez te wszystkie lata, zarówno tu o nas w Polsce, jak i za naszą wschodnią granicą, działy się rzeczy przeróżne, z najświeższą zupełnie kulminacją w postaci wręcz geopolitycznej rewolucji, w wyniku której Ukraina i Polska, obok Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, stały się liderami nie tylko wolnego, ale i całego świata, z jednym podstawowym zadaniem: sprowadzenia Rosji do pozycji, którą bardzo dobrze mogą symbolizować te dziesiątki tysięcy kilometrów państwowej, geograficznej, kulturowej i ludzkiej nędzy, rozciągającej się między Moskwą i Władywostokiem. I to jest coś, co moim zdaniem, znacznie nawet bardziej dobitnie niż zabójstwo prezydenta Lecha Kaczyńskiego, powinno przemówić do rozumu nie tylko księdza Zaleskiego, ale wszystkich tych, którym ów wołyński afekt zwyczajnie zalał świadomość.

       Niestety, wygląda na to, że im dalej od dawnych obsesji i czym bliżej kolejnej rocznicy wołyńskiej zbrodni, tym głośniej słychać owe głosy, wzywające do tego, by zanim się weźmiemy za Rosję, najpierw zrobić porządek z wrogiem pierwszym, czyli najpierw z tymi, którzy nie dość energicznie tu w Polsce czczą pamięć ofiar tamtej masakry i nie dość energicznie walczą z pamięcią o tych, którzy ich krew mają na rękach, a następnie z tą częścią ukraińskiej świadomości, dla której walka o niepodległość nie zaczęła się – jak byśmy sobie wszyscy tego życzyli – dopiero w roku 1991. A ja się obawiam, że – ponieważ mamy rok wyborczy – to co możemy zaobserwować dziś w tak zwanych prawicowych mediach, to zaledwie niewinny początek, akolejne miesiące mogą nam przynieść prawdziwe piekło, ufundowane na prezentowanych nam po raz tysięczny, z chirurgiczną więc precyzją, opisach tamtych okrucieństw. 

      I owe emocje, jak zawsze, będą miały dwie twarze. Z jednej strony więc, będziemy mieli owe opisy męki polskich ofiar okrucieństwa UPA z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, z drugiej natomiast zapewnienia, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy. A ja uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, i w dodatku boję się, że oprócz błędu, pewna też bardzo nieprzyjemna intencja.

      O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się odrzucić tę swoją straszliwą historię. Może, jak kiedyś powtórnie wpadnie w łapy Rosji, to Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA, a ich nowy prezydent, tak jak swego czasu Krawczuk czy Kuczma, w odpowiedzi na ruski gwizdek nie dość że potępią, to jeszcze przeproszą i na kolanach poproszą nas o wybaczenie. I zapanuje polsko-ukraińska zgoda.

      I tu tkwi błąd kolejny. Rzecz bowiem w tym, że im bardziej Ukraina będzie niepodległa, tym mniej jest prawdopdobne, że oni z grona swoich narodowych bohaterów wykreślą Banderę i jego wojsko. I nie będzie miało żadnego znaczenia, że ów ewentualny  nowy prezydent Ukrainy, czy nawet sam zwycięski Putin, wypowiedzą owe tak bardzo wyczekiwane tu w Polsce słowo „przepraszam”. Bo otóż nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to Ukraińców dla których Bandera pozostaje ikoną wolności jest wystarczająco dużo i to niezależnie od wieku i pochodzenia, by ich historyczna świadomość uległa zmianie. Oczekiwanie tego typu zmiany to w moim odczuciu coś jeszcze gorszego niż naiwność.

       I tu pojawia się coś co nazywam brzydką intencją, czyli owo detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, że trzeba ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły, a gdyby te widły wydały mi się zbyt powszednie, to jeszcze mnie ze wszystkich stron informowano, że tymi widłami operowali ludzie o czarnych podniebieniach. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami i czarnym podniebieniem nie dawali zapomnieć. 

     Wciąż pamiętam dawne, właśnie sprzed 15 już chyba lat, słowa Rafała Ziemkiewicza i jego diagnozę:

"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".

        A ja przepraszam bardzo, czy coś się w tej mierze przez ten cały czas zmieniło? Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w powszechnym rozumieniu człowiek, tak jak to uczynili jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastycne? Żevy komu i co udowodnić. W kim i jakiego rodzaju wywołać emocje? I to właśnie ja nazywam nieładną intencją.

        Oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Pojawiała się wielokrotnie opinia, że UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na kresach, więc uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo więc było częścią historycznego wręcz planu.

      Dlaczego jednak mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.

      Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak. Ale jeżeli „bo tak”, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. 

      Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i powyrywanych języków i mówić, że to na część naszej narodowej pamięci. Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen. I jeśli nie wezmą, to prezydent Duda jeszcze przed jesiennymi wyborami powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ukraińskiego ambasadora poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.

      A nie wezmą. Bo prezydent Zełeński może, owszem, dla oddania czci polskim krzywdom po raz kolejny oficjalnie potwierdzić, że Lech Kaczyński został zamordowany przez Putina i że to jest naprawdę straszne, ale na tym jego możliwości współczucia się kończą. 

       Co zatem? Otóż w obecnej sytuacji pozostaje nam już tylko pamięć i modlitwa. Modlitwa i pamięć. No a przede wszystkim nadzieja, że Rosja zostanie w tej strasznej wojnie pokonana, a nowy międzynarodowy porządek wyrzuci ów barbarzyński naród na śmietnik historii. Co do Ukraińców natomiast, bardzo liczę na to, że przyjdzie – kto wie, czy nie już niedługo – taki czas, że i oni, tak jak my Polacy, będą mieli prawdziwych bohaterów, a kto wie, czy też nie nowych świętych, i że wraz z tą falą nadejdzie odpowiedni czas, byśmy, jak równy z równym, mogli siąść z Ukraińcami do stołu i powiedzieć: „Let’s talk business”. Może być i po angielsku.

 


piątek, 12 lipca 2019

O Wołyniu, pamięci i zapominaniu raz jeszcze


Blog, na którym się niemal każdego dnia spotykamy, prowadzę od ponad już dziesięciu lat i powiem uczciwie, że te lata nie zawsze były łatwe. A łatwe nie były głównie z tego powodu, że ja chyba nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie zapracowałem sobie aż na tylu wrogów. Oczywiście, był to też czas, kiedy spotkało mnie też wiele radości, niemniej nie mogę zapomnieć też tego, że niemal od pierwszego dnia dla wielu stałem się niemal wrogiem publicznym. I niech nikomu nie wydaje się, że ów podział przebiegał po tradycyjnej linii politycznej. Nic podobnego. Powiem wręcz, że kiedy spoglądam na miniony czas z dzisiejszej perspektywy, widzę, że tak naprawdę najwięcej złych słów zostało w moim kierunku wypowiedzianych ze strony nie klasycznego lewactwa, ale  tak zwanych „naszych”. Jak mówię, od niemal pierwszego dnia, jak się tu zacząłem dzielić swoimi refleksjami.
       Otóż był początek roku 2008, a więc roku pierwszego, a ja napisałem tekst na temat rzezi wołyńskiej i całego tego ciężaru, jaki musi polskie państwo nosić na swoich barkach do dziś, jeśli chce zachować tego wszystkiego sens, i wydaje mi się, że to wtedy właśnie wszystko się zaczęło. Dziś, jak wiemy, męczymy się, jak zawsze, z ową nieśmiertelną kwestią Wołynia, a ja chciałbym przypomnieć swój tekst z tamtych lat. Bardzo jestem ciekawy, jak to będzie tym razem.

      Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy może tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
      Nic podobnego. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie wręcz precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
     Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie ze wspomnianym Ziemkiewiczem, który wcześniej już swoje poglądy wyraził w tej samej „Rzeczpospolitej” w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
      Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi. Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
      Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja. O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się zakwestionować tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA i oni oczywiście to a chęcią zrobią. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
      Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Otóż rzeczy polega na tym, że jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą. Zapominanie o tym, to, jak mówię, błąd, natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, żeby ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda, w tym ta prawda, w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
      Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
      No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastyczne? To nazywam nieładną intencją.
      Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada pewien bloger:
„Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, to uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.
      Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni. Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
      Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
       Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
      I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
       A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko – owszem – bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą. I w tej zupełnie nowej sytuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polskiej polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana. A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej „Rzepie”, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa „zapomnieć” i przyjąć „ukraińską wersję” historii.
       Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej „Rzepy” wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
        Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę pod zajebistym wręcz tytułem „Polactwo”.







niedziela, 15 kwietnia 2018

Kto się boi generała Hermaszewskiego


Dziś ostatni dzień targów. Niezmiennie zapraszam wszystkich do Arkad Kubickiego na stoisko nr 25, a jednocześnie przedstawiam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. O generale Hermaszewskim i polskich patriotach.

            Zasiadając do dzisiejszego felietonu liczę na to, że większość Czytelników zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że nie znajdzie tu choćby śladu kokietowania, a być może nawet trafi na opinie, które im się zwyczajnienie spodobają. A nadzieja jest tym większa, że biorę mocno pod uwagę, że to co tu powiem, może wywołać burzę, której nie przetrwam. No ale wypinam pierś i mówię: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”.
      Otóż, jak wiemy już chyba wszyscy, prezydent Duda zawetował tak zwaną „ustawę degradacyjną”, co po prawej stronie wywołało wściekłość, jakiej świat nie widział, a którą chyba najpiękniej symbolizują słowa ministra Suskiego, że „Prezydent jego głosu już nie ma”. A zatem przede wszystkim pragnę oświadczyć, że mnie się zarówno weto Prezydenta, jak i  jego uzasadnienie, bardzo podobają. Dlaczego? Oczywiście, częściowo dlatego, że faktycznie pozostawienie tej ustawy w takim kształcie otworzyłoby kolejną awanturę, i tu na miejscu i w Europie, z której byśmy się tym razem nie wywinęli, no ale też przez to, że, w moim pojęciu, gen. Hermaszewski w najmniejszym stopniu na to, by go pozbawiać stopnia nie zasłużył. I nawet gdyby całe to weto było przez Prezydenta zgłoszone wyłącznie ze względu na niego, też bym je poparł.  
      Ja oczywiście znam argumenty wysuwane przeciwko Hermaszewskiemu przez prawicowych komentatorów, co więcej znam wypowiedzi prof. Cenckiewicza, i nawet mógłbym powiedzieć, że pamiętam świetnie argumenty wysuwane przez te same osoby wobec abp Stanisława Wielgusa, tyle że to jest mi kompletnie niepotrzebne, a to z tego prostego względu, że ja znam życiorys samego Hermaszewskigo, a między innymi ten jego fragment, który mnie informuje, że Mirosław urodził się na Wołyniu, w bardzo patriotycznej rodzinie i jako dziecko został cudem ocalony z napadu UPA na jego wieś, kiedy to banderowcy zamordowali niemal 200 osób, w tym 19 członków jego najbliższej rodziny. Po wieloletniej tułaczce Hermaszewski, wraz z mamą i rodzeństwem, został wysiedlony do Polski, gdzie, podobnie jak jego dwaj starsi bracia, w roku 1961, a więc w wieku 20 lat wstąpił do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych, by zostać pilotem.
      I oto cała moja informacja na temat gen. Hermaszewskiego, która mnie osobiście wystarcza do tego, by to co mi opowiada Sławomir Cenckiewicz o tym, jak to młody Hermaszewski „jak większość kadry oficerskiej nastawionej na robienie kariery, chciał dobrze żyć z wszechpotężną WSW i przez to już na pierwszym roku studiów zgodził się z nią współpracować”, wystrzelić, nomen omen, w Kosmos. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że, gdy chodzi o „współpracę z władzą”, akurat Cenckiewicz szczególnie powinien siedzieć cicho, a po drugie, on również powinien siedzieć cicho, kiedy wpadnie mu do głowy oceniać kogoś, kto kiedy był jeszcze dzieckiem, miał do niesienia znacznie większy ciężar, niż dziadka ubeka i ojca – diabli wiedzą, kogo.

wtorek, 11 października 2016

Smoleńsk vs. Wołyń - Nasi górą. Wyborcza na deskach.

     W minioną niedzielę zmarł reżyser filmowy Andrzej Wajda i w związku z owym wydarzeniem odbyła się na tym blogu debata na temat zarówno twórczości Wajdy, jak i ogólnej kondycji polskiego filmu na przestrzeni minionych 60 lat. Mimo drobnych kontrowersji, przede wszystkim dotyczących pozycji Stanisława Barei, generalnie zgodziliśmy się co do dwóch rzeczy: po pierwsze, spośród 55 filmów, jakie nakręcił przez całe lata swojej kariery, udało się Wajdzie zachować odpowiedni poziom w zaledwie paru przypadkach, po drugie, polskie kino istnieje w dokładnie taki sam sposób, w jaki istnieje polski teatr, polska muzyka rozrywkowa i polski przemysł samochodowy, a to co do nas z każdej strony dochodzi, to propaganda nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Kropka.
      Czy to dlatego, że większość uczestników rozmowy wolała się jednak skupiać na temacie, a więc zasługom artystycznym Andrzeja Wajdy, czy też może przez to, że dwa najnowsze osiągnięcia polskiej kinematografii, a więc wyprodukowany przez polskich patriotów „Smoleńsk”, oraz przez Żydów „Wołyń”, zostały już, zwłaszcza na blogu Coryllusa, znakomicie omówione, ów temat się nie pojawił. Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, że moja młodsza córka, zwabiona rozgłosem wokół wspomnianego „Wołynia” wyżebrała u mnie wczoraj wieczorem 20 złotych i udała się na nocny seans. Czemu ona to zrobiła? Otóż intencje jej, jak to u dzieci, były proste i szczere. Zanim podjęła decyzję, odbyła wiele rozmów ze znajomymi, zapoznała się z wszelkimi dostępnymi recenzjami i uznała, że skoro wszyscy – dosłownie WSZYSCY, niezależnie od politycznych i cywilizacyjnych barw – twierdzą, że „Wołyń” to dzieło wybitne, nie ma sposobu, byśmy mieli do czynienia z pomyłką. Tłumaczyłem dziecku, że skoro reżyser Smarzowski za publiczne pieniądze nakręcił dotychczas 11 filmów, z których jeden był gorszy od drugiego, nie ma takiej możliwości, by akurat „Wołyń”, przedsięwzięcie wybitnie propagandowe, miało cokolwiek w jego artystycznej sytuacji zmienić – wszystko na nic. Moje dziecko powtarzało wciąż to samo: skoro wszyscy, poczynając od Sobolewskiego z „Gazowni”, a kończąc na Ziemkiewiczu z „Do Rzeczy”, twierdzą, że mamy do czynienia z dziełem przełomowym, nie wolno się tępo upierać i należy przynajmniej rzucić na sprawę okiem. Porozmawialiśmy chwilę, ona mnie zapytała, co będzie, jeśli ona nie rozpozna, czy ten film jest dobry, czy zły, ja jej powiedziałem, że na pewno rozpozna, a jeśli ta krew ją pokona, niech patrzy, czy przypadkiem wśród bohaterów negatywnych nie ma jakiegoś katolickiego księdza, dałem jej te dwie dychy i wysłałem w świat.
       Szedłem sobie wczoraj późnym wieczorem na spacer z moim psem, kiedy otrzymałem od mojego dziecka sms o następującej treści: „Ten film to jest takie dno, że od pół godziny zmuszam się, by nie wyjść”.
     Jeśli ktoś myśli, że teraz zakrzyknę: „a nie mówiłem”, jest w wielkim błędzie. Ja wprawdzie wiem, czego się mogę spodziewać po kolejnych filmach Smarzowskiego i ferajny, niemniej przez swoją podlaską dobroduszność wciąż znajduję w sobie tę głupią wiarę, że może świat ostatecznie nie jest aż tak zepsuty i któregoś dnia mnie zaskoczy czymś naprawdę pięknym. Tak też, przyznaję, było i tym razem. Kiedy moje dziecko tłumaczyło mi, że skoro wszyscy – dosłownie WSZYSCY – chwalą ów film, to w tym musi coś być, ja poczułem w sobie ową starą dziecięcą naiwność i pomyślałem, że a co jeśli tym razem się moje podejrzenia nie sprawdzą. I nagle otrzymuję tego smsa: „Ten film to jest takie dno, że od pół godziny zmuszam się, by nie wyjść”.
      Ktoś powie, że to ja to biedne dziecko tak wychowałem, że ona powtarza za mną wszystkie możliwe idiotyzmy. Otóż nie. Ubolewam nad tym, ale znam niewiele osób równie niezależnych intelektualnie, niż moja młodsza córka, a zatem tu mamy do czynienia ze zwykłym pudłem. Gdyby jej się „Wołyń” spodobał, to ja bym ją mógł pozbawić wszelkich koniecznych dla osób w jej wieku wygód, a ona by moje zdanie zlekceważyła. Tymczasem ona, pełna dobrej woli, poszła na ten pieprzony „Wołyń” i jeszcze w trakcie seansu wysłała mi informację: „Ten film to jest takie dno, że od pół godziny zmuszam się, by nie wyjść”.
      Proszę spojrzeć na sytuację, z jaką mamy do czynienia. Oto film, który po raz pierwszy w historii pokazuje ludobójstwo, jakiego Ukraińcy dopuścili się na Polakach. Film, który wedle wszelkich opinii jest tak wstrząsający, że nikt nie jest w stanie obejrzeć go obojętnie. Film, którego wstrząsająca moc do tego stopnia sparaliżowała sumienia jurorów festiwalu w Gdyni, że oni postanowili go pozostawić bez nagrody. I w tym momencie się okazuje, że tam jest dokładnie tyle samo emocji, co w każdym innym polskim filmie nakręconym przez minione 40 lat. Wojciech Smarzowski kręci film o ukraińskim ludobójstwie, a my otrzymujemy jeszcze jeden polski film, zrobiony bez serca, bez talentu, bez powodu.
      Kiedy dyskutowaliśmy tu sprawę filmu Macieja Pawlickiego „Smoleńsk”, w pewnym momencie, opierając swoją opinię na zwiastunie „Wołynia”, jaki wyświetlono przed seansem, napisałem, że „Wołyń” może być jeszcze gorszy. Każdy kto miał okazję obejrzeć „Smoleńsk” grzecznie zamilkł. Dziś, nie obejrzawszy „Wołynia”, zaryzykuję opinię, że, owszem, „Smoleńsk” to jeszcze nie było dno. Jak zawsze, miałem rację.
       Już na sam koniec, jeśli ktoś wciąż ma ochotę sprawdzić, jak to jest z tym „Wołyniem”, chciałbym przekazać wiadomość: film Smarzowskiego trwa ponad 150 minut, z czego faktyczna rzeź to ostatnich minut dziesięć. Plus napisy. A dla młodzieży gimnazjalnej mam wiadomość kolejną: jeśli mają ochotę iść na ten film ze względu na tak zwane gołe baby, lepsze mają za friko w Internecie.


Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam całym sercem.

poniedziałek, 5 września 2016

O Wołyniu, pamięci i zapominaniu raz jeszcze

      Dawno, dawno temu, bo jeszcze 14 lipca 2008 roku, zamieściłem na tym blogu tekst pod tytułem „Jeszcze raz o Wołyniu, jeszcze raz o pamięci, jeszcze raz o zapominaniu”, który zaczynał się od słów następujących:
      „Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie. Nic podobnego”.
      Minęło od tego czasu już ponad 8 lat i okazuje się, że tamte „kilka dni” zmieniły się w owe lata, a wszystko pozostało dokładnie w tym samym miejscu. I wcale nie chodzi mi o to, że blog Coryllusa po raz kolejny oblazły antyukraińskie obsesje, ani o to, że, jak się okazuje, wewnątrz IPN-u trwa dyskretna debata o tym, czy Anna Walentynowicz była Ukrainką, czy nie, i co zrobić, by „Wyborcza” się o tym nie dowiedziała, ani nawet o to, że reżyser filmu „Drogówka” Smarzowski kręci film o Wołyniu, który wreszcie nam otworzy oczy na tak zwana prawdę. To są zaledwie odpryski czegoś znacznie większego, a więc owej narracji, którą nam dostarczają od lat „inne szatany”.
      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że moje słowa w obliczu tej burzy nie mają większego znaczenia, niemniej jednak chciałbym jeszcze raz zaapelować przynajmniej do tych, którzy tu przychodzą, o opamiętanie i na tę okoliczność przypominam ów tekst sprzed lat. Bardzo proszę.  



      Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
      Nic podobnego. Dzisiejsza Rzeczpospolita na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie bardzo precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
      Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie z red. Ziemkiewiczem, który wcześniej swoje poglądy wyraził w tej samej Rzeczpospolitej w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
      Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi.
      Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
       Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja.
       O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się odrzucić tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
      Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą.
      To jest błąd. Natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, że trzeba ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
      Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
      „Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie”.
      No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastycne? To nazywam nieładną intencją.
      Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada mój kolega z Salonu kontrrewolucjonista:
      „Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo.
      Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie.
      Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na kresach, więc uznała ze jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug.
      To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni.
      Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.
Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
      Ale jeżeli „bo tak”, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą.
      A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
      Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
      I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
      A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko - owszem - bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą.
      I w tej zupełnie nowej sytuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana.
      A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej Rzepie, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa “zapomnieć” i przyjąć “ukraińską wersję” historii.
      Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej Rzepy wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
      Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę pod bardzo zabawnym tytułem „Polactwo”.


Już za parę tygodni Klinika Języka wyda moją kolejną, ósmą już, książkę, tymczasem jednak zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do wciąż do kupienia ostatnie już egzemplarze, „Elementarza”, „Biustonosza”, no i podobno jeszcze jakieś pojedyncze „Listonosze”.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Jeszcze raz o Wołyniu, jeszcze raz o pamięci, jeszcze raz o zapominaniu

Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
Nic podobnego. Dzisiejsza Rzeczpospolita na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie bardzo precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie z red. Ziemkiewiczem, który wcześniej swoje poglądy wyraził w tej samej Rzeczpospolitej w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi.
Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja.
O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się odrzucić tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą.
To jest błąd. Natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, że trzeba ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastycne? To nazywam nieładną intencją.
Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada mój kolega z Salonu kontrrewolucjonista:
“Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo.
Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie.
Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na kresach, więc uznała ze jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug.
To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni.”
Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.
Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą.
A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko - owszem - bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą.
I w tej zupełnie nowej sutuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana.
A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej Rzepie, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa “zapomnieć” i przyjąć “ukraińską wersję” historii.
Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej Rzepy wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę "Polactwo".

sobota, 12 lipca 2008

Prawdziwi patrioci mają nowy plan

Wczoraj w Rzeczpospolitej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski oświadczył, że nie zagłosuje więcej na Lecha Kaczyńskiego, ponieważ obraził pamięć ofiar Wołynia. Śladem księdza, poszło wielu, między innymi - co mnie już bardzo zmartwiło - moja koleżanka z Salonu, Katarzyna.
Wielu dotychczasowych zwolenników prezydentury Lecha Kaczyńskiego już nie będzie na niego głosowało i albo zagłosują na kogoś lepszego, o większej świadomości historycznej, albo nie zagłosują w ogóle.
Rodzaj emocji, z którym mamy tu do czynienia ma charakter postępujący. Z początku, pretensje do prezydenta związane były z faktem, że wycofał swój patronat. Kiedy się okazało, że patronatu nie wycofał, poszło o to, że nie wystąpił z okolicznościowym słowem. Kiedy zapoznaliśmy się z jego listem, nie możemy mu darować, że, jak przystało na porządnego Polaka-patriotę, nie zwrócił się w pewnym momencie do ukraińskiego ambasadora i mu nie wygarnął: "To wy!"
I proszę mi nie mówić, że chodzi o osobistą obecność Prezydenta na uroczystościach. Niechby tam nawet przyszedł piechotą w worku pokutnym, z głową posypaną popiołem, to i tak za to, że nie napluł Ukraińcom w ich czarne podniebienia, zostałby przez najbardziej serdeczną część narodu wdeptany w ziemię.
Chciałbym Ci teraz opowiedzieć dwie historie sprzed wielu lat. Historie, które pokażą, jak to kiedyś działo się, szybko, ostro i jak to było, kiedy człowiek wąpliwości nie miał żadnych.
Był rok 1981. Poszedłem sobie z kolegą do restauracji na obiad. Nagle do sali weszła grupa działaczy Solidarności na czele z Andrzejem Czumą, dzisiejszym politykiem od Tuska. Było ich dużo, siedli przy połączonych stolikach, zachowywali się głośno, mówili odważnie, co chcieli i całym swoim zachowaniem pokazywali, że są zwyciężcami. Kiedy kelner przynióśł jedzenie, Andrzej Czuma - pamiętam to do dziś - przeżegnał się nad stołem gestem tak zamaszystym, że bałem się, że zahaczy o stolik obok.
Ja wiedziałem, czemu tak zrobił. Kraj był wyzwolony spod komunistycznej zarazy, w kościołach wolno było bezpiecznie pokazywać znak zwycięstwa, śpiewać "Boże coś Polskę" z oryginalnym zakończeniem, no i oczywiście żegnać się demonstracyjnie w miejscach takich, jak komunistyczna (przepraszam post-komunistyczna) knajpa.
I teraz pamiętam inną scenę, też jeszcze z roku 1981. Andrzej Czuma wciąż tryumfował, komuniści trwali przyczajeni, a wolność walała się po ulicach naszych miast w postaci ulotek, biuletynów i najróżniejszego rodzaju gazetek, w których każdy mógł przeczytać o tym, że komunizm zdycha.
W moim mieście zorganizowano otwarte spotkanie z Leszkiem Moczulskim. Ponieważ jednak niespodziewanie - a może i spodziewanie - przewodniczący poszedł po raz kolejny siedzieć, spotkanie poprowadziła pani Moczulska. Sala została wypełniona przez cały miejscowy zarząd Solidarności, przez wszystkich miejscowych członków związku, no i przez całe tłumy antykomunistyczne nastawionych mieszkańców. Przyszliśmy, bo to był taki czas, gdy wolność przenikała do naszych serc przez wszystkie otwarte miejsca naszego ciała. Przyszliśmy, bo chcieliśmy z jednej strony zamanifestować naszą siłę, a z drugiej strony przyjąć słowa prawdy.
Podczas tak zwanej dyskusji (piszę "tak zwanej", bo wiemy przecież, że tego typu spotkania, nie są przeznaczone na jakąkolwiek dyskusję), zadałem pani Moczulskiej pytanie. Dziś nie pamiętam już, o co chodziło. Myślę, że mogłem chcieć wyrazić obawę, że komunizm jednak nie zdycha, tylko się właśnie czai.
To, co nastąpiło, pamiętam do dziś. Sala zareagowała z taką wrogością, że w pewnym momencie marzyłem tylko o tym, żeby może zaczęli buczeć. Okrzyki: "Ubek", "Kapuś", "Won do Moskwy" zostały wreszcie uprzejmie przerwane przez panią Moczulską, która wytłumaczyła zebranym, że w nowych, demokratycznych czasach, musimy się nauczyć szanować nawet ludzi z przeciwnego obozu.
Na drugi dzień poszedłem, jak zwykle do Zarządu Regionu po swój codzienny biuletyn i chłopak, który tam codziennie siedział, powiedział mi, że to było bardzo śmieszne, jak zostałem potraktowany, ale przecież takie mamy czasy, więc powinienem się nie przejmować.
Później przyszedł stan wojenny, Moczulskiemu do towarzystwa dano jeszcze parę innych osób i wszystkie spory, na długie lata, trafił szlag.
Wiele lat później, już w nowej Polsce, kiedy zbliżała się do końca niesławna kadencja Lecha Wałęsy, a komuniści już pudrowali nosek Kwaśniewskiemu, przymierzali mu błękitne koszule i wędzili jego złotą skórę w najlepszych saunach, cała patriotyczna Polska szukała kandydata, który mógłby nie dopuścić do władzy komucha.
Pojawiła się na szczęście kandydatura Adama Strzembosza, według wszelkich obiektywnych standardów, osoby wybitnej, a co najważniejsze z wybitnymi szansami na zwycięstwo. W momencie, gdy Strzembosz zgodził się kandydować, jego poparci sięgało 20%. Był szanowany, uważany za osobę poważną, zdolną, no a przede wszystkim za patriotę i Polaka o wspaniałym życiorysie.
Dziś może niektórzy nie chcą o tym pamiętać, ale w tym samym czasie, Lech Wałęsa, jeśli był przez kogoś traktowany z szacunkiem, to tylko przez grupę snujących się wokół Belwederu komunistycznych generałów i drobnych ubeków. Bo już nawet Wachowski miał na oku inne towarzystwo. Według sondaży, jego poparcie nie przekraczało 10% i wiadomo było, że na szczęście ani on, ani komunista - jeśli będziemy mieli Strzembosza - władzy nie weźmie.
I w tym oto momencie, do akcji przystąpili już nie polscy patrioci, ale prawdziwi polscy patrioci. Patrioci o nieskażonych sumieniach, niewzruszonych sylwetkach i o nieustraszonych sercach. Okazało się, że Strzembosz nie może być prezydentem, bo przede wszystkim chodzi na pasku Kaczyńskiego, a poza tym jest za mało pobożny, za mało skupiony na walce o życie nienarodzonych, a poza tym chyba jest żydem.
Za tymi informacjami przyszła kandydatura Hanny Gronkiewicz Walc, wówczas jeszcze uchodzącej za osobę głównie religijną, różnych drobnych przedstawicieli ultra-prawicowego planktonu, no i - last but not least - generała Wileckiego, którego zdaje się - nie mam pewności - promował, wschodzący jeszcze wówczas, Roman Giertych.
Oczywiście pierwsze, co się stało, to notowania Strzembosza leciutko spadły, Strzembosz się natychmiast obraził i zaczął demonstrować swoją niezależność od PC, a następnie, już zupełnie obrażony się wycofał. Po nim, inteligentnie, Gronkiewicz z Wileckim ustąpili miejsca Wałęsie, który następnie podał Kwaśniewskiemu nogę i wrócił do żony.
Ciekawa sprawa, że nawet on, człowiek tak okropnie nielubiany i nieszanowany, stracił w ostatecznym rozrachunku do Kwasniewskiego zaledwie parę procent. Nie ulega wątpliwości, że ktokolwiek inny, kto by zdobył poparcie patriotycznej części społeczeństwa, z Kwaśniewskim by wygrał.
Lata mijają. Roman Giertych jest adwokatem, Lech Wałęsa bohaterem Adama Michnika, Aleksander Kwaśniewski, znanym pijakiem, a generał Wilecki nie wiadomo kim, bo Macierewicz nie chce wszystkiego mówić. Leszek Moczulski, jako były kapuś, dożywa swoich lat w niesławie, a cała reszta bohaterów jednej nocy - jeśli jeszcze nie została w Ameryce -kręci się po różnych zakamarkach ojczyzny, w której tymczasem Donald Tusk z kolegami zaprowadzają miłosny ład.
Ostatnio jednak część z nich się ożywiła. Przebiegli wczoraj przez mój blog.
Chyba szykują jakiś kapitalny plan.

piątek, 11 lipca 2008

Jak pamiętać o Wołyniu i pozostać Polakiem

Przed paru laty, będąc w moim ukochanym Przemyślu na wakacjach, w jednej z księgarni zobaczyłem album poświęconym Polakom pomordowanym przez Ukraińców na Wołyniu.
Okładka albumu przedstawiała parkową aleję, z wielkimi, pięknymi drzewami po obu stronach. Do drzew, drutem kolczastym, przywiązane były malutkie dzieci. Drzewa były duże, więc na obwodzie każdego z nich mieściło się kilkoro maluchów. Pamiętam, że dzieci były najczęściej w sukienkach, miały zamknięte oczy i chyba były martwe.
W środku albumu, zdjęcie było powtórzone, tym razem już z odpowiednią informacją. Okazuje się, że ukraińscy bojownicy, walcząc o coś, co nazywali 'niepodległą ojczyzną', mordowały polskie dzieci, przywiązywały je właśnie w ten sposób do drzew i żartobliwie nazywali te swoje "instalacje" polskimi wianuszkami, czy jakoś tak. Ta alejka też miała, o ile pamiętam - a staram się nie pamiętać - jakąś nazwę. W podobnej poetyce.
Ryszard Legutko, w swoim przepięknym eseju o trzech miastach, pisze w następujący sposób o Lwowie:
Z pewnością jedną z najbardziej dramatycznych jest opowieść o Lwowie, czarownym polskim mieście, które decyzją naszych sojuszników zostało nam odebrane, a wkrótce także zamordowane, i to niekoniecznie w metaforycznym sensie tego słowa. W rękach nowych właścicieli Lwów, miasto kupiecko-urzędniczo-akademickie, szybko straciło swój charakter. Prawowitych mieszkańców - kupców, urzędników i akademików - wygnano, wywiezioną, bądź wymordowano. W piękne pałace, kamienice, posiadłości, kościoły weszli ludzie znikąd, nie mający nawet świadomości, co przejmują i jakie powinni mieć wobec przejętych dóbr zobowiązania. I tak zniknął kilkusetletni kawał polskiego doświadczenia, a wraz z nim zniknęli ludzie, budynki, dzieła sztuki, przedmioty, w które wpisane były dorobek i pamięć. To, co pozostało po dawnych właścicielach, szarzało, niszczało, rozpadało się. Parki pozarastały chaszczami, cmentarze ulegały dewastacji, a pamięć ludzka powoli słabła i obojętniała.
Lwowski świat przestał istnieć, czyniąc wielką wyrwę w polskim pojmowaniu historii i tożsamości narodowej. Proces rozpadu i odrywaniu Lwowa nie dokonywał się wyłącznie samoczynnie. Można było dostrzec świadomą intencję niszczycielską, motywowana resentymentem i nienawiścią. Nowi mieszkańcy Lwowa dewastowali miasto, bo nie rozumieli jego wartości, nie darzyli afektem jego dorobku. Nie poczuwali się do obowiązku zachowania ciągłości. Ale też zaznawali trochę złej i niskiej radości niszcząc ślady pańskiej Polski, a przez to utwierdzając się w swojej władzy. Stąd wizyta we Lwowie zawsze nasuwa tę myśl, iż stary Lwów nie tyle przestał istnieć na mocy bezosobowych wyroków, ile został z pełną świadomością zamordowany.
yłem we Lwowie dwa razy w życiu i powiem szczerze, że, spacerując po wybrukowanych ulicach, po łyczakowskim cmentarzu, siedząc we lwowskich knajpkach, a nawet jeszcze czekając pięć godzin w autokarze na granicy i patrząc na tępe, złośliwe twarze snujących się bez celu ukraińskich celników, nie mogłem przestać myśleć ani o tym, co już wcześniej widziałem na okładce tego przemyskiego albumu, ani o tym, co po latach miałem przeczytać u Legutki.
Patrzyłem na ludzi mijających mnie na ulicy, śmiejących się, albo zamyślonych, albo znudzonym wzrokiem wpatrzonych w pucharek z lodami i musiałem myśleć o jednym: za naszą wschodnią granicą mieszka naród, który, patrząc z pewnej perspektywy, pozostaje narodem barbarzyńców i morderców.
A jednocześnie, czasy się tak ułożyły, że z tym właśnie narodem - niektórzy twierdzą, że "naród" to niewłaściwe słowo - jesteśmy zaprzyjaźnieni, mamy wspólne interesy, a nawet przyszło nam wspólnie urządzać mistrzostwa Europy w piłce nożnej.
Przyznaję jednak, że, pomijając to jedno zdjęcie parkowej alei, Ukraina i Ukraińcy nie stanowią dla mnie jakiegokolwiek problemu. Pomijając jedną bardzo miłą dziewczynkę, którą poznałem tej wiosny, nie znam żadnego Ukraińca, nie widzę w perspektywie żadnych powodów, żeby się z nimi zapoznawać i w sumie jest mi z tym zupełnie dobrze.
Natomiast przyznaję też, że bardzo się martwię, jak czytam w dzisiejszej Rzeczpospolitej wywiad z księdzem Isakowiczem-Zaleskim, wiele wskazuje na to, że człowiekiem wybitnym, który ogłasza, że już nie zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego. Nie zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego, bo, jak się okazuje wrażliwość prezydenta w sprawie wołyńskiego mordu nie dała odpowiedniej satysfakcji wrażliwości księdza.
Wprawdzie ksiądz Zaleski nie informuje, na kogo zagłosuje w przyszłych wyborach, ale domyślam się, że nie na marszałka Komorowskiego, ani na Donalda Tuska.
Myślę, że może w wyborach prezydenckich wystartuje, jak co roku, Adam Słomka, albo - po raz pierwszy - Wojciech Wierzejski, albo jeśli jest jeszcze zbyt młody, to może - też po raz pierwszy - Roman Giertych. Oni na pewno będą potrafili jakoś znaleźć drogę do serca księdza Zaleskiego. A już z całą pewnością zrobią to zgrabniej, niż prezydent Kaczyński.
Sam pan prezydent z kolei zostanie już zupełnie sam na placu boju. Bo, nie łudźmy się, jego brzydkie postępowanie w sprawie Wołynia zechce z całą pewnością wykorzystać nawet Włodzimierz Cimoszewicz, nie wspominając już o Lechu Wałęsie. W końcu cóż im szkodzi.
Zostanie więc Lech Kaczyński sam, dla jednych jako ukraiński kolaborant, dla innych, jako człowiek bez śladu wrażliwości historycznej, a dla innych nieudacznik, który nawet nie potrafił w odpowiednim momencie sprytnie zagrać wołyńską kartą. I dobrze mu tak.
A ja, nawet gdybym miał zostać z nim sam, to zostanę. Bo widziałem to zdjęcie parkowej alei, przeczytałem książkę prof. Legutki, widziałem te twarze na ulicach Lwowa i wiem, gdzie mieszkam i kto mieszka obok mnie.
A oprócz tego wiem, że jestem Polakiem, przedstawicielem dumnego narodu, który - owszem - ma na sumieniu dużo i za wiele będzie musiał, a i już musiał, odpowiedzieć. Ale na pewno nie za to, że wieszał małe dzieci na drzewach i szyderczo chichotał, bo wreszcie, po setkach lat błąkania się od jednej niewoli do drugiej, idiotycznie sobie wyobraził , że wreszcie nadchodzi jego czas. A świętować potrafi tylko w jeden sposób. Czcząc pamięć tych, którzy wieszali i chichotali.
Jestem Polakiem i mam sto tysięcy sposobów, żeby tę moją polską dumę manifestować i świętować.
Dokuczanie komuś, kto na moje dokuczliwości nawet nie zasługuje, jest sposobem jednym z ostatnich. Jeśli nie ostatnim.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...