Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2026

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

 

      Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami. Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby, to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało.

      Ale, jak się można już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”:

„Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko czy się objawił w  Jezusie Chrystusie, lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to by wierzyć Bogu na Słowo  i to tak, by ku temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym, by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz, że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”.

A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam przekonanie, że On mnie  zgubi. Nie chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów, żeby nawet bez żadnej  wiary tak twierdzić.

Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby na tak, niż na nie.  Piśmie Świętym jest mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania, że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”.

       Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego, że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz przeciwnie: Donalda Tuska  - człowieka, który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje -  wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie, że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera.

    No ale tego, choć się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy: Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym. Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to, tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że  w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy, włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami, czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga, ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić, przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie, by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności.

       Wydawałoby się, że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.

poniedziałek, 12 lutego 2024

O tym jak ateizm stał się passe

 

      Powiem absolutnie szczerze, że nie mam bladego pojęcia, od jak dawna słucham muzyki – wszelkiej możliwej muzyki – świadomie i z niezmienną pasją. Podejrzewam, że zacząłem się nią aktywnie interesować, kiedy miałem 12, a może 13 lat. Może 14. Wiem na pewno, że kiedy w roku 1970 na festiwalu Jazz Jamboree wystąpił John Surman ze swoim Trio, kupiłem wydaną przez Polskie Nagrania z tego wydarzenia płytę, a miałem wówczas lat 15, a więc skoro zanurkował tak głęboko w wieku 15 lat, to jednak debiutować musiałem parę lat wcześniej.

      Słucham więc muzyki od bardzo dawna, przez te wszystkie lata trafiłem na najróżniejsze muzyczne projekty i najróżniejszych artystów, o wielu z nich napisałem w swojej książce o „podwójnym nokaucie”, wśród nich jednak przez moją świadomość przemknęło coś co do dziś nosi nazwę The Residents. Mimo że z różnych żródeł odbierałem informacje, że The Residents, jako być może najważniejszy muzyczny projekt współczesnej amerykańskiej awangardy jazzowo-rockowej, otoczony jest autentycznym kultem, jedyne do czego się zmusiłem, to wysłuchanie kilku fragmentów ich produkcji, równie nieinteresującej, jak ich główny pomysł na sukces, czyli skierowanie całego intelektualnego wysiłku na to, by nikt się nigdy nie dowiedział, ani tego, kim są członkowie zespołu, ani też, jak każdy z nich wygląda, a to przez to, że będą zwyczajowo występować ukryci za sceną. I to tyle. Rzecz bowiem w tym, że kiedy ja słyszę o artyście, który uznaje, że jego muzyka to za mało, by zrobić na słuchaczach wrażenie i do tego należy dodać coś ekstra, i to ekstra w formie aż tak egzotycznej, to ja wolę podziękować. I daję słowo, że nigdy – mimo że oni są obecni na scenie od lat 60. i przez ten czas wydali ponad 60 albumów – nie słyszałem w całości choćby jednej z ich piosenek, a w efekcie po pewnym czasie o ich istnieniu zapomniałem.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj właśnie trafiłem na Facebooku na jakąś informację o zespole The Residents i nagle uznałem, że może wreszcie warto by było zobaczyć co dziś u nich słychać. Najpierw zajrzałem do Wikipedii, skąd dowiedziałem się, że oni wciąż się skutecznie udzielają, a potem otworzyłem YouTube, a tam trafiłem na ich koncert jeszcze z roku 1999, który się zaczyna następującą informacją:

„Wszystkie dostępne wersje Biblii to wyłącznie tłumaczenia odzwierciedlające polityczne i religijne uprzedzenia organizacji za owe tłumaczenia płacące.

Nawet w swojej złagodzonej wersji, Biblia pozostaje jedną z najstraszniejszych i przerażających książek kiedykolwiek stworzonych.

Powszechne traktowanie Biblii jako przesłania wzmacniającego człowieka duchowo i moralnie, nie zmienia zawartego w niej całego mnóstwa najbardziej wyszukanych potworności i okrucieństw”.

        To był komunikat poprzedzających występ, po nim nastąpił sam występ, gdzie muzycy tym razem stali na scenie, tyle że w maskach, co tym samym upodobniło ich do wielu współczesnych metalowych zespołów grających dla nastoletniej publiczności. No ale nie o muzykę dziś mi chodzi, ale właśnie o wspomniany komunikat, wyrażający, w moim przekonaniu, pewne powszechne dziś bardzo zjawisko. Proszę mianowicie popatrzeć, co się dzieje. Mamy grupę starych dziadów, którzy, na fali lewackiej amerykańskiej awangardy, debiutowali jeszcze sześćdziesiąt lat temu, a dziś grają dokładnie tę samą muzykę co wtedy, tyle tylko, że aby się dobrze wpasować w nowe czasy, znów tak jak kiedyś, wznoszą przesłanie o Bogu – okrutnym sadyście, niosącym strach, cierpienie, zniszczenie i śmierć.

      I proszę zwrócić uwagę na coś jeszcze. Dziś, poza grupą zlewacczałej ateistycznej młodzieży i kilku uniwersyteckich freaków, mało kto głosi przekonanie, że Bóg to wymysł jaskiniowców drżących ze strachu na widok błyskawic i dźwięk piorunów. Dziś raczej kolportuje się informację, że albo Bóg w istocie kiedyś żył, ale został zabity przez Szatana i to on rządzi nami i naszym światem, albo że On w istocie wciąż panuje, ale Sam jest Szatanem, który sprowadza na nas wyłącznie ból, choroby i śmierć. Wygląda więc na to, że nasi współcześni wrogowie Pana Boga to ludzie tacy trochę, jak żona Hioba. Zwróćmy proszę uwagę, że kiedy ona zachęcała swojego męża biedaka, by machnął na tego swojego Boga ręką, to nie robiła tego z pozycji ateistycznych. Ona nie kwestionowała faktu, że Bóg istnieje, ale twierdziła wyłącznie, że jest On potworem bez serca, żądnym krwi sadystą, którego jedyną radością jest ludzkie cierpienie. Jej nawet do głowy nie przyszło uważać, że Boga nie ma, lub że On umarł. 

         Zabawne jest więc to, że wielu dzisiejszych „ateistów”, to są ludzie w gruncie rzeczy wierzący, tyle że w swojej ignorancji i w owym dziwacznym zapętleniu, żyjący w przekonaniu, że faktycznym panem tego świata jest Szatan, taki czy inny. A to co ci dziadkowie prowadzący wciąż artystyczną działalność pod nazwą The Residents, są owej postawy doskonałą demonstracją. I nie oszukujmy się: oni tego nie wymyślilili ani dziś, ani wtedy, w latach, gdy rodził się tzw. New Age ze swoją Erą Wodnika. Tam „inni szatani” odstawiali swoje harce. Przyszedł czas, kiedy się zaczęli trochę wycofywać, i od jakiegoś czasu znów się pojawili na scenie. I to oni bardzo usilnie pracują nad tym, byśmy się wzajemnie nakręcali. A to co w tym jest naprawdę niedobrego, to to, że zespół The Residents, podobnie jak cały przemysł kultury pop, wraz z jej wyznawcami są zaledwie jego ofiarą i przykrym znakiem czasów.



       

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

... gdyż ten Kościół jest siłą tego narodu

 

        Nie mam bladego pojęcia, jak długi czas upłynął od dnia, kiedy zamieściłem tu swój ostatni tekst, sprawdzać się boję, natomiast muszę wszystkich zapewnić, że nawet gdyby to był tylko tydzień, i tak dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia. Czemu? Przez to mianowicie, że cokolwiek się dzieje i cokolwiek się jeszcze wydarzy, jak zawsze będę miał poczucie nigdy nie spłaconego obowiązku w stosunku do znacznej części czytelników tego bloga. A wiedząc, że wielu z nich zagląda tu codziennie, licząc na to, że trafią na coś tylko dla siebie, przez każdą dłuższą – a tą już szczególnie – przerwę czuję się naprawdę okropnie. Jest jednak jak jest, a ja mogę się tylko wytłumaczyć w ten sposób, że przez ostatnie tygodnie, wobec zalewu zdarzeń w sposób tak oczywisty i zupełnie jednoznacznie moralnie oburzających, nie byłem w stanie znaleźć słów, które mogłyby wnieść coś nowego do tego, co i tak przynajmniej każdy z nas i tak bez mojego udziału rozpoznaje. Przy okazji, mam wrażenie, że oferta jaką nam przedstawia dzisiejszy świat, czy to w wymiarze lokalnym, czy też światowym, stała się dramatycznie ograniczona, czy może bardziej - skondensowana. O ile jeszcze ledwie rok temu mogliśmy rzucić kamieniem w którąkolwiek stronę, a trafilibyśmy w coś wartego osobnego komentarza, to dziś całe jego zło, wydaje się, że zwarło szyki i atakuje w gromadzie i z jednego kierunku. A ja? Jak mogę komentować wciąż tę samą plazmę?

      Ktoś powie, że mogę machnąć ręką na to co podłe i głupie i pisać o rzeczach pięknych. No ale tu sytuacja jest też podobna. W tej wojnie bowiem między złem a dobrem, dobro również skoncentrowało się na jednym kierunku i też się broni w całej swojej masie. Więc i tu, o czym tu można opowiadać, gdy mamy już tylko naszą Wiarę, nasze życie, nasze rodziny, i naszą Polskę, a więc coś o czym nam nikt nie może nic nowego powiedzieć?

       Jeśli jednak dziś tu jestem i piszę, to znaczy że coś się wydarzyło. Szedłem sobie mianowicie wczoraj przez ten mój park z psem i już z daleka zobaczyłem panią z czwórką dzieci. Czemu już z daleka? Nie wiem, ale może przez to, że oni lśnili. Zwyczajnie lśnili. Dzieci były w wieku od może dwóch lat do sześciu, siedziały na ławce, jadły lody i wszyscy razem wyglądali naprawdę przepięknie, tak przepięknie, że podszedłem do tej pani i powiedziałem jej to co czułem, a więc że wyglądają prześlicznie. Ona się uśmiechnęła, podziękowała mi i powiedziała, że ona na co dzień, kiedy tak sobie wszyscy idą na spacer, słyszy raczej szyderstwa. Wtedy spostrzegłem, że ona jest w ciąży i powiedziałem, że jak pojawi się kolejne dziecko, będzie musiała znosić jeszcze więcej tych upokorzeń, na co ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że im bardziej oni będą z niej szydzić, tym więcej ona będzie miała dzieci.

      Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż na przeciwko nas jest kościół i na jednej z jego ścian jest wykuta wnęka, a w niej, za kratą, duża figura Matki Boskiej. A ja po wspomnianej przygodzie wróciłem z psem do domu i pomyślałem, że wyskoczę jeszcze do sklepu po drobne zakupy i kiedy już z tymi zakupami wracałem, pod wspomnianą kratą wpadłem na tę samą rodzinę. A oni wszyscy stali w równym rządku i wszyscy, od najmniejszego do największego, bardzo starannie robili znak krzyża. Tak było, a ja czułem ową słynną moc, której bramy piekielne nie przemogą.

        A tymczasem my wszyscy widzimy, jak bardzo tamci się starają. Oto Jerzy Owsiak realizuje swój business plan, tym razem, jak każdego roku w sierpniu, pod nazwą Poland Rock. Wśród zaproszonych przez Owsiaka gości znalazł się oczywiście też popularny tu i ówdzie satanista Adam „Nergal” Darski i wygłosił następującą deklarację:

„Dzisiaj mam takie najważniejsze rzeczy dla mnie, to jest koniec wojny w Ukrainie i wygrana Ukrainy. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz to są prawa kobiet, które są regularnie gwałcone nie tylko przez nasz rząd, ale wielu krajów Europy i świata. Dla kobiet, dla ludzi LGBT, to bym zmienił na pewno. Na pewno skróciłbym, albo w ogóle eksterminował hegemonię Kościoła Katolickiego w Polsce”.

       I tu mnie, wbrew pozorom, nie tyle zainteresowała owa „eksterminacja”, ale sam zestaw pragnień tego dziwnego człowieka, ze szczególnym naciskiem na wojnę na Ukrainie. Już wiele razy wcześniej zauważyłem, że gdy chodzi o popularne media, nie wyłączając z tego Twittera, czy Facebooka, to one wręcz się prześcigają w jak najbardziej agresywnym eksponowaniu swego poparcia dla walczącej Ukrainy. Gdy chodzi o Twitter, na którym aktualnie spędzam stosunkowo najwięcej czasu, nie mogłem nie zauważyć, że owe poparcie najbardziej aktywnie demonstrują osoby znane powszechnie ze swojej równie aktywnie przeżywanej nienawiści do PiS-u, Kościoła i Polski. Nie ma wśród nich praktycznie jednego konta, gdzie w jego opisie nie znalazłaby się ukraińska flaga. Jest też oczywiście flaga Unii Europejskiej, błyskawica strajku kobiet, tęczowa flaga, charakterystyczne osiem gwiazdek, hasło Silni Razem, ale na pierwszym miejscu jak najbardziej flaga Ukrainy. A tu nagle mamy tego Nergala, który wprawdzie ograniczył się swojej deklaracji zaledwie do Kościoła, Ukrainy, LGBT i praw kobiet, ale gdyby miał więcej czasu, to pewnie wymieniłby jeszcze prawa zwierząt i uchodźców, Polskę w Unii Europejskiej, czyste powietrze, weganizm i walkę z przeludnieniem. Rzecz bowiem w tym, że każdy z tych tematów, zarówno on, jak i ogromna większość tych którzy go słuchali na owsiakowym festiwalu, to dla każdego z nich wyłącznie alibi dla walki z wrogiem pierwszym i jedynym – Kościołem. Oni wszyscy, niezależnie od tego czy się gromadzą pod sceną w Czaplinku, czy w społecznościowych mediach, czy pojawiają się to tu to tam na naszej drodze, uchodźców, prawa kobiet, zwierząt, czy wreszcie Ukrainę mają w głębokiej obojętności. Tak naprawdę, to wszystko jest po to tylko, by kiedy oni wspomną coś na temat potrzeby eksterminacji Kościoła, nikt im nie zarzucił, że są dziećmi Szatana. Oni są ludźmi wrażliwymi, pełnymi miłości i troski o drugiego człowieka i świat w którym wraz z owym człowiekiem przyszło im żyć, ale też dzięki owej wrażliwości tym bardziej widzą zło jakie kreuje religia, w tym przede wszystkim religia katolicka. Ostatnio mam wrażenie, że tak naprawdę ci wszyscy, którzy się dekorują ukrytym w ośmiu gwiazdkach hasłem „Jebać PiS”, gdyby tylko okazało się, że zadeklarowanie poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego pozwoli im uzyskać lepszą pozycję w walce o zniszczenie Kościoła, uczyniliby to bez wahania. Oni nawet byliby gotowi wykorzystywać każde napotkane dziecko płci żeńskiej nie tylko w dyskrecji koncertowej trasy, ale jak najbardziej publicznie.

        Takie to ogarnęły mnie dziś myśli i to one właśnie pozwalają mi wrócić do początku dzisiejszych refleksji. Walka toczy się już tylko między Nergalem i jego wojskiem i tą panią z czwórką dzieci żegnających się pod figurą Matki Boskiej. Cała reszta, a więc z jednej strony Donald Tusk z jego niemieckimi kłamstwami, a z drugiej rząd premiera Morawieckiego z codzienną walką o Polskę, to tylko pochodna tego co się dzieje na głównej scenie. A ja stoję wciąż przed tym samym dylematem. Ile razy można pisać wciąż o tym samym pojedynku, nie dość że się nie powtarzając, to jeszcze dostrzegając coś nowego, dotychczas niezauważonego.

        Jednak, jak wszyscy wiemy, i mam nadzieję, że również dziś widzimy, starać się zawsze trzeba.



      

piątek, 22 kwietnia 2022

O tym jak brak modlitwy, różańca, pokuty i jałmużny uczynił z papieża Franciszka schizmatyka

 

       W swojej poprzedniej notce, zwróciłem uwagę na – dla mnie absolutnie wstrząsający – fakt, że ludzie wydawałoby się nie dość że tak jak większość z nas pobożni, to jeszcze z ową pobożnością obnoszący się w glorii ekspertów, wydają się nie mieć kompletnie świadomości, czym jest grzech w wymiarze społecznym i czym, w tym samym ujęciu, jest modlitwa. Obserwując całą serię kierowanych przez owych specjalistów ataków przeciwko papieżowi Franciszkowi, nie mogłem się nadziwić jak wszyscy oni, kierując się wyłącznie swoimi politycznymi obsesjami, kompletnie tracą świadomość, jak bardzo nasza nieustanna modlitwa, nasze codzienne czynienie dobra, nasze „miłowanie” nieprzyjaciół i wreszcie zaniedbywanie tych naszych chrześcijańskich obowiązków ma znaczenie nie tylko dla nas, ale dla całego świata. Nie potrafiłem tego zgnuśnienia zrozumieć, zwłaszcza gdy nie ma dziś praktycznie dnia, byśmy ze wszystkich stron nie słyszeli apeli o to, by się modlić o pokój na Ukrainie i na całym, tak bardzo dotkniętym różnymi nieszczęściami, świecie. Jak można – będąc człowiekiem Wiary – nie rozumieć, że owo wezwanie to nie jest próżny gest, podobny do życzeń urodzinowych, czy świątecznych, ale potencjalnie coś wręcz rozstrzygającego. A mówię o ludziach, którzy przy byle okazji to tu to tam wzywają do „szturmu modlitewnego”, nie tylko za czyjeś zdrowie, za czyjeś życie, ale niekiedy nawet za pomyśłnie zdany egzamin na prawo jazdy. To oni wierzą w to, że ów szturm działa, czy nie? I czy wierzą, że brak tego szturmu może mieć znaczenie, czy nie? I czy oni nie wiedzą, że każdy grzech, a w tym również grzech zaniedbania, zawsze niesie skutki społeczne?

        Myślałem o tym przez ostatnie dni i nagle przypomniałem sobie coś, co każe mi wierzyć, że oni ani o niczym nie zapomieli, ani nie są tak głupi, jak by się mogło wydawać. Rzecz bowiem wyłącznie w tym, że każdy z nich zapewne przez wspomniane wcześniej obsesje, postanowił to wszystko na chwilę odłożyć na bok i wrzasnąć jednym głosem: „A gdzie w tym wszystkim jest jakakolwiek moja wina?!” Oto parę już lat temu przedstawiłem tu tekst o tym jak to w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” on sam plus trzech jego pobożnych znajomych, redaktorzy Grzegorz Górny i Sebastian Kratiuk, oraz ksiądz Isakowicz – Zaleski, załamywali ręce nad papieżem Franciszkiem, który rzekomo rozważa zniesienie swoim papieskim autorytetem obowiązku kapłańskiego celibatu. Wszyscy oni po kolei grzmieli na temat wielkiej schizmy w Kościele, do jakiej z pewnością dojdzie jeśli Papież się „nie opamięta”, ksiądz Isakowicz dziękował każdemu z nich za to, że mówi coś, czego „jemu mówić nie wolno”. W końcu jednak i on się przełamał i zagrzmiał otwartym tekstem:

„Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”.

      I w tym oto momencie zabrał ponownie głos główny kościelny ekspert prawicowych mediów Grzegorz Górny i poinformował, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak „modlitwa, różaniec, pokuta oraz jałmużna”.

      A ja dziś sobie nagle przypominam ową modlitwę, różaniec, pokutę i jałmużnę za nawrócenie papieża Franciszka i przede wszystkim już wiem, że oni jednak wiedzą, że każde zło ma wymiar uniwersalny, że my za nie jesteśmy zawsze w jakiś tam sposób odpowiedzialni i, co najważniejsze, naszą modlitwą i dobra czynienie możemy to zło pokonać. Oni to wiedzą, tyle że przez swoją gnuśność, beztroskę i zwykłe zaniedbanie, często pozwalają temu złu się bezkarnie panoszyć. Ciekawe, czy którykolwiek z nich, na czele z księdzem Isakowiczem-Zaleskim ma dziś świadomość, że przez swój brak konsekwencji po opisanym telewizyjnym występie są współwinni temu, że papież Franciszek doprowadza ich do cholery, zarzucając im tak niesprawiedliwie, że to również dzięki nim Ukrainę dziś prześladuje to straszne nieszczęście.



 

wtorek, 22 marca 2022

Gabriel Maciejewski: Wiara

 

Mieliśmy tu parę dni temu z dawna wyczekiwany tekst naszego ulubionego psychoterapeuty, Gerarda Warcoka, na tematy oczywiście bieżące, a dziś znów będziecie się Państwo obejść beze mnie. Oto bowiem wczoraj, na swoim blogu, znany nam bardzo dobrze Gabriel Maciejewski zamieścił tekst tak poruszający i tak potrzebny, że do tej chwili nie potrafię się spod niego otrząsnąć. A ja, ponieważ wiem, że wielu z nas poza to nasze miejsce nie zagląda, za zgodą Autora przenoszę jego niezwykłą refleksję tutaj, dla – jak to onegdaj ładnie określił poeta – wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego. Polecam szczerze i z gorącym sercem.

 

      Do białej wściekłości doprowadzają mnie wpisy politycznych realistów zatroskanych o los uchodźców z Ukrainy, o nasz własny los, a nawet o los mój i mojego bloga. Ludzi reprezentujących taką postawę, jest coraz więcej i nie rozumieją oni, że czas na demonstrowanie małostkowości nigdy nie jest dobry. Teraz zaś jest moment najgorszy. Czym ci ludzie próbują bronić swoich idiotycznych wpisów, rzekomych analiz i wróżb? Zwykle doświadczeniem życiowym i rozeznaniem w polityce, co sprowadza się do kilku wyświechtanych sloganów o cynizmie polityków.

      Jak chcecie wobec tego, w dni poprzedzające Zmartwychwstanie, określać się wobec bliźnich, którzy uciekli z piekła? Poprzez cynizm polityków? A co wiecie o ich osobistych wyborach i lękach? Kto was w ogóle upoważnił do zabierania głosu w takich kwestiach posługując się przy tym tak znikomym rozeznaniem?

      Jak chybione są dziś wszystkie sądy i jakie chciejstwo z nich wyłazi, niech zaświadczą, przedwojenne jeszcze, wpisy niektórych kolegów. Twierdzili oni, na podstawie zasłyszanej w kolejce do kasy rozmowy, że na wschodzie Ukraińcy nie będą strzelać do Rosjan, bo strzelaliby do swoich. Dziś ci „swoi” spalili im domy, wywieźli graty za granicę, okradli sejfy domowe i szafki z biżuterią. Kogo schwytali to zabili, nie oszczędzając dzieci i starców. Są jednak tacy, którzy dalej wierzą, że to wojna między „swoimi”.

      Mnie najbardziej w całej około wojennej retoryce drażni porzucenie wiary. Co jakiś czas ktoś zadaje mi pytanie, ale jak to, pan wierzy mediom, wierzy pan, że to wszystko, jest tak, jak pokazują? Przede wszystkim pokładam ufność w Bogu, a w związku z tym nie mogę przyjąć żadnej innej postawy, poza tą, którą demonstruję, albowiem wiara mi na to nie pozwala. Nie można bowiem wątpić w dobro i relatywizować zła, które ujawniło swoją moc nagle.

      Jak wszyscy wiedzą, nie wierzyłem w wojnę. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że jakiś rosyjski polityk wyda rozkaz bombardowania Kijowa, matki miast ruskich. No, ale tak się stało, a w związku z tym muszę przyjąć jakieś wyjaśnienie tej sytuacji. Ono zaś brzmi – ekipa Putina to piekłoszczaki nie zaciekawione niczym poza sobą. I dopiero wychodząc z tego założenia mogę oceniać wszystkie wypadki.

      Nie wiem co siedzi w głowie Joe Bidena i nie mam zamiaru zgadywać. Wystarczy mi, że tu przyjeżdża i udziela poparcia polskim politykom. Nie wiem, jak zachowałoby się NATO wobec agresji na Polskę, ale pokładam ufność w Bogu i myślę, że nie pozwolono by nam zginąć. Pokusa, by odrzucić tę opcję i nasładzać się – bo o to właśnie chodzi – czarnymi scenariuszami, jest jednak nie do zwalczenia. Po co ludzie to robią? Myślę, że nie potrafią oddalić pokusy zwracania na siebie uwagi za wszelką cenę. Nie chcą też, by uznano ich w towarzystwie za frajerów, którzy stoją po stronie słabych i oszukanych. Nie wiem doprawdy, jak wytłumaczyć im, że są durniami i zostaną za tę postawę najprawdopodobniej ukarani już w tym życiu, nie w przyszłym. Wiara podpowiada mi takie scenariusze. Powodowani wiarą i bojaźnią bożą powinniśmy odrzucać takie pokusy i wszelkie zło, które płynie z relatywizowania i analizowania krzywd wynikających z jawnej i podłej agresji. Nie ma na to dzisiaj miejsca w Polsce. I niech to wszyscy dobrze zapamiętają.

      Piekło wydaje bowiem coraz to lepsze i fajniejsze dyrektywy. Ogłoszono właśnie, ze najemnicy z Syrii dostawać będą 1800 dolarów za każdego zabitego Ukraińca. Rozumiem, że za kobietę i dziecko też? Jeśli to prawda, a ja myślę, że tak, tym bardziej nie możemy przyjmować innej postawy niż zawierzenie Bogu. Wobec zła zaś musimy się określać jawnie i natychmiast. Ufając, że jeśli popełnimy błąd, albo zgrzeszymy mimowolnie, Pan Bóg nam wybaczy po szczerej spowiedzi.

      Najgorsze co można zrobić to relatywizować zło posługując się schematami myślenia rodem z podręczników politologii. Są bowiem chwile i całe wielkie obszary działań, kiedy żadne strategie nie znajdują uzasadnienia. Poza wiarą oczywiście. Jeśli więc ktoś widząc ten tłum matek i dzieci na granicy, włącza inną niż chrześcijańska narrację i zaczyna roztaczać wokół wizje polityczne, ten jest z piekła rodem. Obojętnie ile razy nie powiedziałby szczęść Boże. I obojętnie w jakich podniosłych rodzajach liturgii by nie uczestniczył. Przekonani o własnej słuszności, ortodoksyjni kapłani rosyjskiego prawosławia unieważnili już tydzień temu takie histerie. Na ich fałszywe nawoływania można zareagować tylko milczeniem. Kiedy zaś ono nie poskutkuje, braterskim napomnieniem. To trzeba powtórzyć trzy razy przynajmniej, zanim przystąpimy do jawnej walki ze złem.

      Najgorsze jednak co można zrobić to poprzestawać z wątpiącymi i podstępnymi. To są truciciele, a im bezpieczniejsi się czują i im mniej zależy im na losie bliźnich dotkniętych działaniami zła, tym gorszy los tych, którzy ich słuchają. Takich istot jest wokół mnóstwo i cieszą się one niezwykłą popularnością. Powód jest moim zdaniem bardzo prosty, sprzedają oni pewien towar, którego brakuje wszystkim – wyniosłość i połączone z nią poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. Tak przecież potrzebne w tych strasznych czasach, kiedy media torturują normalnych ludzi widokiem płaczących dzieci i matek. Wyniosłość pozwalająca z góry patrzeć na tę całą mierzwę, która w opinii trucicieli mózgów tylko częściowo zalicza się do gatunku ludzkiego. Poczucie bezpieczeństwa zaś pozwala odciąć się od tego oceanu nieszczęścia i pozostać dawnym sobą, ze swoimi nawykami. Podążanie za głosem takich ludzi, który dziś brzmi niczym głos syren, albowiem uwalnia od odpowiedzialności indywidualnej, przenosząc ją w sferę polityki, jest drogą prosto do piekła. Niebawem się o tym przekonacie.

      Na koniec słowo o dwoistości. Często słyszymy opinię ludzi, powołujących się na rozsądek, podnoszących kwestie polityczne w ocenie obecnego kryzysu i troszczących się o przyszłość naszą i rzeszy uchodźców, którzy sugerują, że po cichu komuś pomagają jednak. Proszę Państwa, albo pomagamy jawnie i stoimy murem przeciwko złu, albo palimy Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. To jest bardzo prosta sprawa i sugestie podobne, słyszalne już w mediach, z ust osób krytycznie nastawionych do polityki rządu i postawy Polaków wobec naszych braci ze wschodu, są po prostu niestosowne. W wielu zaś przypadkach są po prostu skrytym oddawaniem hołdu złemu. Tak właśnie jest i nie chce być inaczej.

https://coryllus.pl/wiara/




środa, 1 września 2021

Pop

 

       Kilka miesięcy temu nasz ksiądz Rafał Krakowiak zachęcił mnie by podczas uroczystości organizowanych przez jego parafię z okazji nadchodzącej beatyfikacji prymasa Wyszyńskiego pojawić się na miejscu i wygłosić wykład pod tytułem... uwaga, uwaga – prymas Wyszyński i kultura pop. Oczywiście nie miałem bladego pojęcia, o co Księdzu chodzi, niemniej oczywiście w jednej chwili propozycję przyjąłem, zjawiłem się na miejscu i podczas rekolekcji Pomocników Matki Kościoła wykład wygłosiłem. Co ciekawe, przez swoje z jednej strony przyrodzone lenistwo, a z drugiej przez głębokie przekonanie, że jakoś sobie i tak radę dam, któregoś wieczoru z klasycznego marszu zacząłem mówic i, co nawet dla mnie niespodziewane, dyskusja stała się tak żywa, że trzeba ją było przenieść na kolejny dzień.

        O czym tam się rozmawiało, pisać dziś nie będę, bo i miejsca i chęci mi nie starcza, natomiast chciałbym wspomnieć o jednej tylko kwestii, a mianowicie o tym, jak bardzo nasz Kościół znalazł się w dramatycznym odwrocie z jednego tylko względu, tego mianowicie, że – podczas gdy faktycznie zauważył, że dziś pop to jedyne miejsce gdzie można cokolwiek osiągnąć –  uznał jednocześnie, że wystarczy że wystarczy wysłać na misję paru księży, który zaczną rapować i swoje popisy wrzucą do Internetu, byśmy wszyscy tu eksplodowali Wiarą jakiej świat nie widział. To prawda. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że dziś jedynym powszechnie dostępnym medium jest kultura popularna, natomiast przypuszczenie, że sprawę załatwi ów ksiądz z gitarą jest dramatycznym więc złudzeniem. Nie zmienia to jednak faktu że w tym całym nieszczęściu Kościół ma swoich Świętych oraz swoje Cuda, czyli coś, czego nie ma nawet Kanye West, który podobno wydał właśnie nową płytę. Rzecz bowiem w tym, że Cuda oraz Święci to jest taka historia, że gdyby ktoś wpadł na pomysł by z tego uczynić tak zwany mem, zdobyłby nie tylko lokalne media, ale konsekwentnie serca, oraz świat.

     Byłem ostanio w ośrodku rekolekcyjnym w Bąblinie, gdzie poza tym wszystkim co się wiąże z rekolekcjami, spotykałem się z ludźmi i wymieniałem się z nimi jakimiś tak refleksjami. To co mnie zaskoczyło, to to, że wśród napotkanych osób nie znalazła się choćby jedna, która by wiedziała co mam na myśli, gdy mówię o Matce Boskiej Kodeńskiej, czy Matce Boskiej Hanneńskiej.  No dobra, zdarza się: człowiek nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. To jednak co zrobiło na mnie wrażenie to fakt, że nie mówimy o pierwszym lepszym człowieku, ale o ludziach szczególnego wyboru. I oni też na imię matki Boskiej Kodeńskiej zaledwie unieśli w zdziwieniu brwi.

         O co chodzi? Wbrew pozorom nie o to, że nie znamy historii naszego Kościoła, bo w końcu skąd ją znać? Problem polega na tym, że ci którzy ową historię znają i mają wszelkie możliwości, by uczynić z niej wcześniej wspomnainy mem, i dzięki nie mu zawojować świat, uważają że nie mają nic więcej do dyspozycji jak piosenkę turystyczną, ewentualnie hip-hop. Tymczasem, ubogaceni z jednej strony w żywoty świętych, a z drugiej niezliczone cuda, oni są w stanie, a z nimi my wszyscy, wypełnić 24 godziny przekazu dostarczanego nam dziś przez taki, pierwszy z brzegu, Netflix. Jedyny problem to wynająć kilka osób, które będą wiedziały, jak to profesjonalnie zrobić.

       Byłem też w te wakacje w wiosce Hanna – zachęcam do zwiększonego minimalnie wysiłku – gdzie znajduje się niezwykły kościół, a w nim jeszcze bardziej niezwykły, prawdziwie cudowny, obraz. Chodziłem sobie tam więc po owym kościele, gdy przyszedł miejscowy proboszcz i opowiedział nam pewną historię. Gdy tylko się zorientowałem, co się dzieje, postanowiłem włączyć nagrywanie i oto mamy to co przed nami.

       Zanim jednak zachęcę do aktywności, zwrócę tylko uwagę na fakt, że tu właśnie moim zdaniem mamy do czynienia z czymś, co osobiście nazywam popem w wydaniu turbo, a jednocześnie popem, który nie idzie na marne, ale może służyć światu – choćby tak małemu jak nasz –  z pożytkiem dla każdego kto zapragnie się dołączyć. Słuchamy.



      

wtorek, 31 sierpnia 2021

Czy katolicka inteligencja wierzy w Krew Jezusa Zmartwychwstałego?

 

      Zakładam że większość z nas zwróciła uwagę na wypowiedź prominentnego polityka Platformy Obywatelskiej, Sławomira Nitrasa, który zechciał zapowiedzieć ostateczny upadek katolickiej wiary w Polsce, a uczynił to w formie proroctwa radosnego. Nie bardzo lubię cytować słów kogoś takiego jak Nitras akurat, ale ponieważ może się zdarzyć, że ktoś nie wie w czym rzecz, a poza tym i tak, jak się za chwilę przekonamy, może być jeszcze gorzej, bardzo proszę:

„Nie wiem, czy przyjazny rozdział Kościoła od państwa jest dzisiaj możliwy. Bo coś się stało. Mam takie poczucie, że w ostatnich sześciu, siedmiu latach Kościół wypowiedział trochę posłuszeństwo temu państwu, złamał pewien standard, który w państwie obowiązuje. Dlatego nie wiem, czy nam jest potrzebny przyjazny rozdział Kościoła od państwa? A może potrzebna jest jakaś kara za to zachowanie? Uważam że za naszego życia katolicy w Polsce staną się mniejszością. Dobrze, żeby to się stało w sposób niegwałtowny, racjonalny, a nie zasadzie pewnej zemsty. Na zasadzie: to jest uczciwa kara, za to, co się stało. Musimy was opiłować z pewnych przywilejów, dlatego, że jeżeli nie, to znowu podniesiecie głowę, jeżeli się cokolwiek zdarzy”.

      Gdyby w tym momencie ktoś podejrzewał, że zamierzam poświęcić ten tekst Nitrasowi, to muszę go wyprowadzić z błędu i poinformować raz jeszcze, że będzie znacznie gorzej, bo oto przed nami guru katolickiej publicystyki, sam Tomasz Terlikowski. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że wśród naprawdę wielu głosów potępiających postępek Nitrasa, znalazło się też parę, które wzięły zacytowaną wyżej wypowiedź w obronę, w tym jak najbardziej głos Terlikowskiego. Proszę posłuchać, co ów – jak się sam wszędzie przedstawia – „mąż jednej żony i ojciec piątki dzieci” miał do powiedzenia w omawianej dziś kwesti:

„Męczy mnie nieustająca histeria. Powiedzenie, że w Polsce katolicy nie będą większością, nie jest ani atakiem, ani niszczeniem, jest nieaktualną już w dużej mierze diagnozą. Nieaktualną, bo w Polsce katolicy większością już nie są. Realnie wierzących i praktykujących jest mniej niż połowę, a wśród młodzieży jest kilka, może kilkanaście procent. Inni są już poza Kościołem. I dotyczy to zarówno prawicy, jak i lewicy. Nieustanna histeria, zamykanie oczu na fakty, budowanie wizerunku nieustannie skrzywdzonych nie pomaga w przyciąganiu tych, którzy odeszli. Jeśli rzeczywiście wierzymy, że Kościół ma im coś do zaoferowania, że Jezus jest jedyną drogą do zbawienia, to może warto zacząć Jego głosić, a nie dzielić się swoimi frustracjami, których jedynym celem realnym jest wzmacnianie jednej ze stron plemiennego sporu!”

       Ktoś powie, że dyskutowanie z Terlikowskim na temat Wiary, a już tym bardziej na temat kondycji Kościoła w Polsce, nie ma najmniejszego sensu, tak jak nie ma sensu prowadzenie dysput tego typu z kimś, dla kogo wiara w Jezusa Zmartwychwstałego wiąże się bezpośrednio z kwestią – proszę mi wybaczyć, ale nic bardziej adekwatnego nie przychodzi mi do głowy – dupcenia i tego co z niego wynika. Dla mnie bowiem Tomasz Terlikowski, a przy okazji jego szanowna małżonka, to są ludzie, którzy swego czasu – jeszcze zanim się pobrali – uznali, że jeśli natychmiast nie zaczną chodzić regularnie do kościoła i wypełniać Boże przykazania, to skończą jak zwykłe ladacznice. Z tego też względu, oni w pewnym momencie tak się na wspomnianym poziomie nakręcili – a Tomasz Terlikowski jest tu naturalnym zwiastunem ostatecznej Prawdy – że w ich rozumieniu, każdy kto nie dzieli ich poglądów na świat i świata tego pułapki, jest skazany na potępienie.

       I stąd też dzisiejsze oświadczenie Tomasza Terlikowskiego w sprawie wyskoku posła Nitrasa. Moim zdaniem było tak, że kiedy ten się odezwał jak odezwał, a większość słuchaczy zaczerwieniła się ze wstydu, względnie oburzenia, Terlikowski odnalazł w owej wypowiedzi prawdę, która go dręczy od dziesięcioleci, a która głosi, że dzisiejszy świat, w tym oczywiście Polska, to przede wszystkim niekontrolowana ruja i poróbstwo. Właśnie taka: niekontrolowana, a więc odmienna od tej, którą kontrolują on i jego żona.

        Ktoś się mnie w tym momencie spyta – i nie twierdzę, że się temu dziwię – o co mi chodzi z tym seksem. Otoż chętnie odpowiem. Gdy na przestrzeni dziesięcioleci obserwuję publicystyczną działalność Tomasza Terlikowskiego – przypomnę, że jednego z czołowych publicystów katolickich – nie jestem w stanie dostrzeć jednego choćby przypadku, by zainteresował się on jakąkolwiek kwestią zwiazaną z religijnością inną niż seks, wierność małżeńska, aborcja, homoseksualizm, czy pedofilia księży. Nie pamiętam, by ubolewając, czy to nad kondycją naszej Wiary, czy wręcz nad zdradą papieża Franciszka, Terlikowski był przejęty tym, że Kościół nasz zatracił perspektywę wyznaczaną przez Mękę i Zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. Gdy on oburza się kolejnymi słowami papieża Franciszka, nigdy nie ma na myśli kwestii Wiary, lecz wyłącznie poboczne tematy, takie jak rozwody, homoseksualizm, czy miłosierdzie dla rozwodników, ewentualnie oczywiście wspomnienie starych dobrych czasów, gdy Kościół to był ogień wypalający wszystko zło.

       Tak samo dziś, gdy on patrzy z jednej strony na dzisiejszą Polskę, a z drugiej wsłuchuje się w słowa Sławomira Nitrasa, gdy ten zapowiada koniec Królestwa, nie pozostaje mu nic innego jak pokiwać mądrze głową i ogłosić, że w sumie Nitras ma rację, no bo gdzie jest ten Kosciół, jeśli zapomnieć na chwilę o Terlikowskim, jego żonie, ich dzieciach, no i ich paru znajomych ?

      Jak już informowałem, miniony tydzień spędziłem w Domu Rekolekcyjnym w wiosce Bąblin niedaleko Obornik Wielkopolskich, gdzie wraz z tłumem pięknych, rozmodlonych w Bogu ludzi, wielbiłem Pana. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpiwości, że gdyby tam jakimś cudem pojawił się Tomasz Terlikowski z rodziną, to już po chwili wszyscy zaczęliby prosić Boga, by im zamienił Terlikowskich choćby na Nitrasów, jeśli tylko w ogóle coś takiego istnieje.




 

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Na co ateistom absolut?

 

Właśnie wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton i nie mogę uwierzyć, że to już osiem lat, jak Piotr Bachurski ciepliwie mnie znosi i pozwala mi się tam kompletnie bezkarnie udzielać, dając mi nadzieję, że uda mi się trafić przynajmniej do części Czytelników z czymś, o czym oni na ogół nie mają nawet szansy usłyszeć. Przed nami kolejny z tych felietonów. O piłce nożnej oczywiście.

 

Nie wiem, kto tu interesuje się futbolem, ale nawet jeśli jestem tu jedyny, mam przekonanie, że wielu słyszało, jak to podczas meczu między Danią a Finalndią, odbywającego się w ramach trwających akurat mistrzostw Europy, w pewnym momencie dostał zawału serca duński piłkarz Eriksen i przez około piętnaście minut walki o jego życie, cały piłkarski świat zastygł w trwodze. I oto w studio Telewizji Polskiej, gdy praktycznie wszyscy byliśmy już przekonani, że piłkarza nie da się uratować, jeden z komentatorów rzucił jedyne w tym momencie adekwatne słowa: „W imię Ojca i Syna”... i w paru znanych nam dobrze, a jednocześnie bardzo szczególnych rejonach rozpętało się piekło pod hasłem: „Co to za bezczelność, by się publicznie obnosić ze swoimi prywatnymi obsesjami?”

       W tym momencie temat piłki nożnej, który tak naprawdę ani przez chwilę nie był tu istotny, przestaje w ogóle istnieć, bo mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym i znacznie bardziej uniwersalnym. Oto, ile razy dowiadujemy się, że zmarł jeden z jednoznacznie zdeklarowanych, a często też walczących, ateistów, widzimy jak niemal wszyscy ich znajomi oraz przyjaciele, wygłaszając na pogrzebie swoje pożegnalne mowy, nie mogą się powstrzymać, by nie pleść coś o tym, że ona lub on patrzą teraz na nas z góry, a my już tylko czekamy aż się kiedyś będziemy mogli z nimi spotkać. Tak jest najczęściej, ale bywa też o tyle ciekawiej, że kiedy ten ktoś znajdzie się w cieżkim stanie w szpitalu, to ci co już za chwilę będą się gapić w chmury, niemal z automatu wzywają innych do tego by się za ich kumpla modlić. Zarówno jedni jak i drudzy nie dość że na co dzień o żadnych modlitwach nie chcą słyszeć, to jeszcze tych co się modlą wyszydzają i każą im się zamknąć, to gdy przyjdzie co do czego, nie znają żadnego innego sposobu reagowania, jak tylko przy pomocy westchnień do Absolutu. I to jest coś co mnie osobiście najpierw zadziwia, a potem doprowadza do ciężkiej cholery, szczególenie w takich przypadkach jak opisany.

        Pamiętam transmitowany przez wszystkie telewizje pogrzeb Wisławy Szymborskiej – zgodnie z życzeniem najbardziej zainteresowanej, uroczystość całkowicie świecką, bez księdza i bez choćby pozorów modlitwy – kiedy to któryś z jej bliskich przyjaciół nagle wyskoczył z przemówieniem, w którym padły mniej więcej takie słowa:

        „Jestem pewien że dziś, gdy Wisława jest już na tamtym, drugim, lepszym świecie, spędza tam czas z Ellą Fitzgerald, której śpiewu tak bardzo lubiła słuchać tutaj, a dziś słucha jej piosenek tam”.

        Czy któremuś z zebranych to przeszkadzało? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, na ich twarzach widać było jedynie czyste wzruszenie. Dziś słucham tych głosów oburzenia na owo „W imię Ojca i Syna...”, staram się wyobrazić sobie te twarze i szczerze powiedziawszy przychodzi mi to nadzwyczaj łatwo.



piątek, 19 lutego 2021

O jękach w kominie, czyli Hillary Clinton adoptuje kosmitę (repryza)

 

       Gdy usłyszałem wczoraj w telewizorze, że za chwilę na Marsie wylądować ma specjalny pojazd, który przez najbliższe dwa lata będzie się tam kręcił w kółko, próbując zbierać informacje dotyczące tego, czy istniały tam kiedyś jakieś formy życia, a jeśli tak, to czy jest możliwe, że w przyszłości ów fenomen może się powtórzyć, pomyślałem sobie, że ów idiotyzm to wymysł naszych dziennikarzy, a owa wyprawa to z jednej strony, jeszcze jedna demonstracja potęgi amerykańskiej myśli technicznej, a z drugiej, być może, jakiś element badania w Kosmosie tego, co jeszcze nie zbadane. No ale to, żeby oni wydawali miliardy dolarów na to, by udowodnić sobie i światu, że gdzieś jeszcze poza Ziemią może istnieć życie, nie brałem pod uwagę. Tymczasem wystarczyło kilka pierwszych minut śledzenia transmisji z owego lądowania, bym stwierdził, że owszem, oni jak najbardziej poważnie wypuścili tam tego swojego „łazika”, by szukać życia poza Ziemią. A więc dawna szajba, jak się okazuje, trwa w najlepsze.

        Nie jestem pewien, ale mam wrażenie, że pomijając być może swoje najwcześniejsze lata, kiedy wszyscyśmy się zachwycali pierwszymi lotami w Kosmos i część z nas się zastanawiała, czy ci kosmonauci, wyglądając na zewnątrz przez okno swojej rakiety, nie zauważyli przypadkiem jakiegoś ufoludka, zawsze byłem przekonany, że skoro Pan Bóg stworzył świat, a w świecie tym naszą Ziemię i nas na niej, to miał w tym Swój zbawczy cel, który zwyczajnie nie uwzględniał tego w nim jakichś dziwnych stworków z antenkami zamiast uszu. No bo po co? Ja rozumiem zwierzęta, drzewa, kwiaty, muzykę, piłkę nożną, rzeki i oceany – w końcu to wszystko dla nas, ale to wszystko gdzieś miliony lat świetlnych od naszego domu, że już nie wspomnę o Marsie? Żeby nam umilić życie, czy żeby jeszcze kogoś zbawić, lub potępić? Co za absurd!

       Dlatego też zawsze byłem skłonny podejrzewać, że w życie pozaziemskie wierzą ci sami ludzie, którzy z braku wiary jedynej i podstawowej, muszą w coś wierzyć, a więc w horoskopy, duchy, czarnego kota, no i oczywiście wspominanego tu niedawno rudego ministranta. I to dla nich wyłącznie są te wszystkie historie o latających talerzach. A tu tymczasem okazuje się, że nic podobnego. To się dzieje i to w dodatku za poważne pieniądze.

       Pomyślałem sobie o tym i zdecydowałem się przypomnieć swój kolejny felieton sprzed wielu, wielu lat, gdzie trochę i o tym pisałem. Serdecznie zapraszam.

 

Pewnego razu, jechałem z moją młodszą córką pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał Najwyższy Czas, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.

Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.

Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mnie to, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.

I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny „dziad”, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, ze do dziś mam wyrzuty sumienia, ze może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.

Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, ze można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.

Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów. Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby nie wiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.

To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym.

Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesne, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tli się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.

I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwa pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.

Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.

W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.



 

środa, 10 lutego 2021

O wyższości czarownika nad docentem

 

W ciągu minionych tygodni kilka dobrych razy miałem ochotę, by napisać coś na ten temat, ale za każdym razem, nawet kiedy byłem już bardzo blisko, ostatecznie nie potrafiłem znaleźć czy to odpowiedniej formy, czy obrazu, który by ów temat skutecznie pociągnął. A temat był naprawdę nie byle jaki. Otóż nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale jakiś czas temu odbywał się w Anglii mecz piłkarski między Manchesterem United i Southampton podczas którego urugwajski piłkarz Edinson Cavani niemal rzutem na taśmę zdobył dla Manchesteru zwycięskiego gola. Gol był tak piękny, że na instagramowym profilu Cavaniego pojawił się komentarz któregoś z urugwajskich przyjaciół piłkarza z gratulacjami, na który ten zareagował krótko: „Gracias Negrito”, a tym samym wywołał burzę, jakiej branża dawno nie doświadczyła. Okazało się bowiem, że słowo „negrito” jest w Wielkiej Brytanii traktowane jako rasistowskie i jego użycie jest zakazane pod groźbą poważnej kary. Tłumaczył Cavani tym jełopom, że ów „Czarnuszek” to zarówno w Urugwaju, jak i w całej tamtejszej cywilizacji, pieszczotliwe określenie osoby o kruczoczarnych włosach, a w jego obronie stanęli inni piłkarze z Ameryki Południowej, zapewniając że nawet ich, kiedy byli dziećmi, w ten sposób nazywali rodzice. Wszystko na nic. Litości nie było. Cavani został za swój „wybryk” został karnie odsunięty od trzech kolejnych spotkań, a angielskie władze piłkarskie zaordynowały, by wszyscy obcokrajowcy grający w Premier League zobowiązani zostali do udziału w kursach uświadamiających, co na Wyspach wolno, a czego nie wolno. Nie pomógł nawet protest urugwajskiego związku, który zwrócił uwagę na to, że tego typu traktowanie obcej kultury już samo w sobie cuchnie ciężkim rasizmem. Cavani musiał przeprosić, a United trzy kolejne mecze musiał sobie radzić bez niego.

Chciałem więc coś na ten temat napisać, ale, jak mówię, nie znalazłem dobrego sposobu, i pewnie tak by się ta cała przygoda skończyła, gdyby nie to, że przeszukując swoje najstarsze teksty publikowane na tym blogu trafiłem na notkę z grudnia 2008 roku, która wręcz idealnie pasuje do tego co się dziś wprawia, tym razem już jak najbardziej w globalnej przestrzeni i w wydaniu turbo. Zachęcam więc i dziś do sięgnięcia po owe stare jak ów nowoczesny świat refleksje, znów nieco zmodyfikowane pod kątem różnicy w czasie, ale poza tym, niemal nienaruszone.

 

 

       Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodzi z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu – wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno – któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi – w tej Zambii, czy gdzieś tam – jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ów przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie głupią, zapytał Murzyna sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo ten zniknął. Murzyn wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. I docentowi w tym momencie opadły ręce.

       Przypomniała mi się ta historia niedawno przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. A ja na to myślę sobie tak. Otóż jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy – by trzymać się bliskich mi porównań – wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś kto będzie tę grupę symbolizował.

       Jak to się zatem dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.

       Tymczasem mu mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.

      Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i obnażoną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś – jak to lubią mówić młodzi – wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest, właśnie ma być.

      A teraz proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.

     No ale dobrze. Jurek to polityk, marny bo marny, ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Inna sprawa, że Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, że on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy owo dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.

      Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my jako chrześcijanie nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, że gdyby podobnego czegoś podobnie ekscentrycznego dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.

       Proszę sobie przypomnieć, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem naszego prezydenta do Japonii. Jak oni wszyscy się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili – albo się cieszyli –  co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.

      Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że będzie mógł to samo i z tą samą powagą zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej i kultury, powiedzmy, islamu czy hinduizmu, w sposób naturalny zaczyna dominować jedna czy druga, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle, o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet – w pewnym sensie –  status czegoś oficjalnego.

     Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Oto w tych dniach do prezydenta Czech Klausa przybyła grupa nawiedzonych europejskich ideologów i go najzwyczajniej w świecie opieprzyła. I w reakcji na coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, zamiast wypowiedzieć słowo protestu, nasze media nagrodziły owo postępowanie brawami. Nagle okazało się, że w odpowiedzi na coś do tego stopnia haniebnego, głupiego i przykrego, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec tego obojętny, media uznały że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też zresztą tak uważają. Jestem przekonany, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na ów wybryk. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym gdzie indziej, ale powtórzę to raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich słowo „sekta” obraża, to niech będzie – religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy – dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni postawili na zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że którykolwiek z nich uznał, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! I oto wiara prawdziwa.

      Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że każdy z nich w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez nich wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo –  katolickie i zaściankowe – nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?



 

czwartek, 4 lutego 2021

Siedmiokilogramowy liść napada, czyli o poznaniu wiary

 

       Kiedy byłem jeszcze bardzo młody, wszyscy przeżywaliśmy film Milosa Foremana „Lot nad kukułczym gniazdem”, a w nim finałową scenę, kiedy to Indianin, widząc że McMurphy został poddany zabiegowi lobotomii i od tego momentu już nie jest tym samym człowiekiem, którym był wcześniej, dusi go poduszką. Pamiętam przy tym jak pewna nasza koleżanka gwałtownie broniła tezy, że McMurphy wcale nie przeszedł owego zabiegu, a Indianinowi tylko się tak wydawało i McMurphy'ego zabił przez fatalną pomyłkę i o tym jest ten film. Skąd ona to wiedziała? Stąd mianowicie, że jej tato jest lekarzem i on jej powiedział, że zabiegów lobotomii od bardzo dawna się nie przeprowadza.  

      Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy w tych dniach spotkało mnie coś absolutnie niezwykłego. Otóż na Twitterze, gdzie się, owszem, udzielam, zaczepiła mnie pewna nieznana mi kobieta, i w trakcie dyskusji na temat zbrodni dokonanej niedawno przez Koronę Brytyjską w szpitalu w Plymouth, najpierw stwierdziła że ponad wiarą i przeczuciem stoi niezmiennie nauka i rozum, a następnie owego przekonania broniła, informując mnie, ze jej mąż jest lekarzem i jej wszystko jak należy wytłumaczył. Zdziwiła mnie ta opinia z dwóch powodów. Przede wszystkim mnie się wydawało, że ludzi, którzy uznali rozum za boga na świecie już nie ma; że przekonanie iż wszystko czego się nie da ogarnąć rozumem, jest kompletnie passe i każdy kto tego typu wiarę wyznaje to jakieś dziwadło. I nie chodzi mi oczywiście o to, że dziś wszyscy są strasznie religijni w tę czy inną stronę, ale o to tylko że każdy z na od czasu do czasu jest gotów przyznać, że są rzeczy, których ludzki rozum nie ogarnia. Czy to nieskończoność, czy ludzki mózg, UFO, wróż Maciej, Matrix, ewentualnie Wielki Architekt, czy wreszcie – jak to swego czasu ujawnił śp. Grzegorz Miecugow – zwykłe krzesło...  Jest tak strasznie dużo rzeczy w które można uwierzyć, jeśli nie lubi się księży. A tu nagle rozum. Dziwne.

      Drugi powód dla którego owa kobieta zrobiła na mnie swoim wyznaniem wrażenie to ten że dotychczas byłem przekonany że jeśli prawdziwych tak zwanych „racjonalistów” już na świecie nie ma, to wcale nie dlatego, że oni uznali że żadnego Boga ani nie ma, ani nigdy nie było, ale dlatego że oni doskonale wiedzą, że On istnieje jak najbardziej, tyle że jest głupim, okrutnym, zgnuśniałym satyrem, dla którego człowiek i jego świat to zaledwie swoisty plac zabaw. Uznałem, że wszyscy owi „racjonaliści” są jak żona Hioba, która kiedy mówi mężowi, żeby przeklął Boga, ani przez chwilę nie kwestionuje tego że Bóg istnieje, ale twierdzi, że On jest zły i podły. A zatem, ile razy myślałem o ludziach odwracających się plecami do Wiary, to widziałem osoby zwyczajnie rozczarowane, a nie „mądre”.  Oto tymczasem pojawia się ta pani, a kiedy mi oznajmiła, że poza rozumiem i nauką nie ma nic, to ja tracę głos.

        Rozmawialiśmy mimo to przez parę długich dni, bez efektu oczywiście, natomiast przyznaję, że rozstaliśmy się bez złych słów i gniewu, a ja sobie pomyślałem, że może jej zaproponuję swój tekst o ateizmie, z którego jestem bardzo dumny i który tu już parokrotnie publikowałem, i pozostanę w nadziei że coś jednak do niej dotrze. I nagle uznałem, że nie ma co się powtarzać i przypomnę inny, bardzo dawny felieton, który sam już kompletnie zapomniałem, a który posłużył mi za tytuł mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Licząc na to, że nie jestem jedyny, chętnie go przypomnę i tu, a i mam nadzieję, że wspomniana przeze mnie miłośniczka rozumu coś z tego wyniesie. O ile oczywiście pozwoli jej na to mąż - lekarz.

 

 

       Są rzeczy które mnie nurtują może nieco bardziej niż wszystko to, co może od czasu do czasu człowieka nurtować. Nie wiem na przykład, jak to się stało, ze kiedy byłem małym jeszcze chłopcem, stałem się tak bardzo otwarty na muzykę. Wspominałem już tu chyba kiedyś, że kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, słuchałem z niezwykłym napięciem jazzu, który nawet z punktu widzenia moich dzisiejszych doświadczeń, mógłby być uznany za zbyt ekstrawagancki. Pamiętam że kiedy w roku 1969 Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę, a zatem jeszcze wcześniej, nie mogłem ani na moment przestać słuchać choćby tego dziś już klasycznego Dazed and Confused. A pierwsze King Crimson? To był przecież ten sam rok. A miałem przecież dopiero lat 14. Rozumiałbym to pewnie jakoś lepiej, gdyby moi rodzice byli ludźmi w jakikolwiek sposób umuzykalnionymi, gdyby którekolwiek z nich grało na jakimś instrumencie, gdyby mnie do muzyki w jakikolwiek sposób zachęcali. Gdyby chociaż w moim domu muzyka grała nieustannie. Ale nic z tego. To było wyłącznie we mnie. Dziwne.

Niedawno bardzo pisałem o tym, że moi znajomi, tak się jakoś złożyło, są w większości ludźmi w ten czy inny sposób wybitnymi. Wczoraj spotkałem się z moim starym kolegą, który oprócz tego że jest moim kolegą, jest autentycznie wybitnym artystą. Przyniósł mi ów mój kolega swoje nagranie sprzed iluś tam lat, którego wcześniej nie znałem i które w żaden sposób nie było podobne do czegokolwiek co wcześniej słyszałem. Siedziałem i słuchałem tego w zauroczeniu i pytam go, jak to jest, że on puszcza coś takiego komuś, kto ani nie ma muzycznego wykształcenia, ani w ogóle ogólnego muzycznego pojęcia, ani nawet nie umie na głupiej gitarze zagrać Domu wschodzącego słońca, i liczy na to, że coś z tego będzie. A on mi (słuchajcie, słuchajcie!) mówi, że to właśnie dla takich jak ja muzyka w ogóle powstaje.

Brzmi to tak jak bym się chwalił, ale proszę zwrócić uwagę, że chodzi mi o coś zupełnie przeciwnego. Ja wręcz chcę podkreślić, że to co tu się dzieje, nie jest w żaden sposób moją zasługą. Ani moją, ani moich rodziców, ani sytuacji, ani miejsca, ani czasu. Tu nie ma mowy o zasługach czyichkolwiek. Tu jest tylko zagadka. Coś spada na człowieka i od tego momentu już sobie jest. I nie ma nikogo, kto by potrafił pokazać palcem jedno choćby bardzo skromne dla tego wytłumaczenie. Poza tą muzyką jestem – też o tym wspominałem – głupi jak but. Nie mam żadnego oczytania. Kiedy rozmawiają ludzie wykształceni, najczęściej nie rozumiem, o co im chodzi. Gdyby ktoś mnie siłą zmusił do pisania testu na inteligencję, to najprawdopodobniej uzyskałbym z niego jakieś pięćdziesiąt punktów. Jeśli nie mniej. Niedawno mój kolega don esteban kazał mi przeczytać książkę jakiegoś Blooma. Tak się składa, że mam tę książkę, bo już dawno temu ktoś mi kazał ją kupić, ale oczywiście nawet nie przeczytałem pierwszej strony. A więc gapię się w tę okładkę i myślę, że może gdyby ten Bloom śpiewał, albo grał na trąbce, to ja bym się do niego zabrał. A tak?

Ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie dręczy. Jest coś jeszcze, co jest już bardzo osobiste, i nawet nie wiem, czy mi wypada o tym pisać, ale w końcu ten blog jest już od dawna konfesyjny jak cholera, więc może i to zniesie. Otóż chodzi o to, że ja mam bardzo poważny kompleks na tle kłamstwa i krętactwa. I to jest ciekawa sprawa. Gdyby poprosić tu jakiegoś psychologa, pewnie by mi wytłumaczył, że to wynika z jakichś moich starych doświadczeń, które tak mnie załatwiły na całe życie. Jednak, choć bardzo się staram to zbadać, nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Moje życie układa się dla mnie od dzieciństwa tak, że ani mnie nikt nie skrzywdził, ani ja nikogo szczególnie nie skrzywdziłem, ani nie miałem złych snów, ani w ogóle nic wokół mnie nie stwarzało nigdy takich napięć, bym się miał jakoś szczególnie stresować. No, może z wyjątkiem szkoły, gdzie byłem uczniem raczej marnym i ten czas akurat wspominam nie najlepiej. Ale przecież nie ja jeden. A więc, tu mamy kartę czystą. A mimo to, to kłamstwo mnie zwyczajnie dewastuje.

Zauważyłem to też stosunkowo wcześnie. Jeszcze za najbardziej czarnej komuny, ja się autentycznie od rana do wieczora dławiłem z oburzenia, ile razy słyszałem co oni wygadują. I tu, podobnie jak w przypadku muzyki, nie miałem żadnego powodu, żeby się czuć jakoś wyróżniony. Wprawdzie moi rodzice nie byli tak zwanymi ludźmi systemu, ale – jak to jest u zwykłych wieśniaków – też nie angażowali się w walkę w jakikolwiek sposób. U mnie w domu ani nie śpiewało się patriotycznych pieśni, ani nie chodziło się na demonstracje, ani nie czytało na głos Sienkiewicza. Powiem więcej. Moi rodzice nawet nie byli szczególnie pobożnymi ludźmi w tym sensie, żeby jakoś mieli tę swoją religijność demonstrować. Zero. Normalnie się żyło i jeśli Mama lub Tato wspominali coś na temat polityki, to wyłącznie w formie zalecenia, żeby uważać, bo wezmą i zabiją. A ja, jeśli komunistów nienawidziłem z całego serca, to nawet nie za to, że ta ich ideologia była zła i nieludzka, a Polsce brakowało suwerenności, lecz wyłącznie za te ciągłe kłamstwa, które – jak mówię – mnie z dnia na dzień demolowały. Skąd to się brało? Nie wiem. A mimo to, kiedy przyszło do tego – też tu już o tym była mowa – że miałem się zdecydować, czy nie pójść na współpracę, to wiedziałem, że prędzej zgodzę się stracić wszystko, niż powiem skurwysynowi tak.

Czemu o tym wszystkim piszę? Powód jest jak najbardziej prozaiczny. Mój kolega, wspomniany tu już dziś don esteban, miał tu wczoraj chyba, krótką wymianę z innym moim kolegą LEMMINGIEM, na temat tego, jak pochodzenie, narodowość, czy cholera wie co tam jeszcze, wpływa na to, kim, lub czym, czym człowiek się staje. I w pewnym momencie, don esteban rzucił ot tak sobie, że może ja kiedyś coś na ten temat napiszę (tak to działa, prawda?). A ponieważ szanuję moich kolegów i wiem, że mam w stosunku do nich zobowiązania, zmartwiłem się bardzo, że jednak nic z tego nie wyjdzie. No bo co ja mogę mądrego powiedzieć w tak sformułowanym temacie? A jednak piszę. O tym, co tworzy człowieka. Co sprawia, że człowiek jest zły, lub głupi, lub wrażliwy, lub tępy jak deska w dworcowym szalecie, a może mądry bardzo, lub bardzo głupi, lub dzielny lub ewentualnie tchórzliwy? Co sprawia, że jeden człowiek z największym okrucieństwem dręczy innych ludzi, a co nim powoduje, że ktoś stojący tuż obok nad tymi ludźmi wyłącznie płacze? Czy to może być narodowość? Co za bzdura!!! Jak można mówić o narodowości, podczas gdy nawet coś tak kameralnego jak rodzina, nie jest w stanie wpuścić w ten świat maleńkiego nawet podmuchu czegoś przewidywalnego? Oczywiście, bez pewnych podstaw, takich już najbardziej niewzruszonych, może być naprawdę ciężko, ale cała reszta naprawdę przychodzi już naprawdę nie wiadomo skąd.

Jest coś takiego jak wrażliwość, rozum, czułość. Jedni mają i jedno i drugie i trzecie. Inni zaledwie jedno. Dlaczego? Skąd? Bóg jeden wie. I to chyba by była odpowiedź na wszelkie pytania, które nas otaczają, ile razy spotykamy kogoś osobiście, lub jedynie o kim słyszymy, i chcemy wiedzieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlaczego? Bóg jeden wie. Ten, który jest wszędzie i stwarza nas i ich i wszystko każdego dnia. I wszystko wprawia w ruch. A my, jeśli tylko będziemy otwarci na to co dostaliśmy, z pewnością nie będziemy potrzebować już nic więcej. Moja najmłodsza córka któregoś dnia, jeszcze jesienią, przyszła do domu i powiedziała: „Liść spadł mi na głowę. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby on ważył siedem kilo. Przecież zabiłby mnie jak nic!”. Ciekawe, prawda? Czasem mam wrażenie, że niektórym z nas na głowy spadają te siedmiokilowe liście. I zabijają ich, zanim jeszcze ci zdążą się na dobre ucieszyć, że spotkało ich tak wielkie szczęście.

Również nam, tu piszącym, byłoby moim zdaniem dobrze się zastanowić, skąd się biorą te wszystkie nerwy, te awantury, te oskarżenia i podejrzenia. Pojawia się często taka opinia, że część z nas jest, jak to się określa, „zadaniowana”. Że to co ja tu piszę, to nie efekt moich przemyśleń, lecz konsekwentna realizacja czyjegoś planu. I że to co piszą jacyś mądrale od Tuska, to też nie pochodzi z ich serc, lecz z kieszeni, lub czarnych teczek. A zatem, że każdy jest wystarczająco mądry, żeby być też wystarczająco wrażliwym i czułym. A ja myślę, że nie. Że to wszystko jest szczere jak diabli. Że nawet kiedy ktoś bezczelnie kłamie, to robi to ze szczerego serca. Nawet jak ktoś kogoś krzywdzi, to tez jest głęboko przekonany, że tak trzeba. I to co ja piszę, jest szczere jak diabli, i tak samo szczere jest to co pisze ktoś kto mnie uważa za idiotę. Problem jest jedynie w tym, że niektórzy z nas dostali ten swój talent i zamiast go z pokorą przyjąć i wykorzystać, to najpierw się wściekli, że chcą więcej, i w efekcie nawet to co mieli - zmarnowali.

I już na sam koniec, powiem coś jeszcze. Proszę wszystkich psychologów, psychiatrów i innych specjalistów od ludzkiej duszy, żeby się nie mądrzyli bardziej niż trzeba. Bo sami wiedzą dokładnie tyle samo co ja. Czyli nic.



 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...