Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojewódzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojewódzki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 czerwca 2012

O zabójczej szkodliwości palenia marihuany

Zarówno ze względu na rangę samego wydarzenia, ale też osobę jego bohaterki, większość z nas może sprawy nie znać, a wręcz uważać ją za nieinteresującą, jednak sądzę, że warto wspomnieć o pewnym incydencie, do jakiego doszło niedawno w jednym z programów TVP. Otóż podczas jednej z wielu ostatnio rozmów na temat nieszkodliwości palenia marihuany i konieczności owego procederu legalizacji, zaproszony do studia lekarz, wzburzony atmosferą zabawy, jaka się w miarę trwania programu wytworzyła w studio, rzucił w stronę prowadzącej program Agnieszki Szulim, że on osobiście uważa za skandal, że dziennikarka telewizyjna bez cienia wstydu publicznie przyznaje, że od 15 lat pali marihuanę.
Sam program zorganizowany był w klasyczny sposób. Otóż z jednej strony siedziała owa Szulim i jej telewizyjny kolega, a z drugiej sprowadzony do studia narkoman na wózku i wspomniany wcześniej lekarz, no i wszyscy po kolei mówili swoje. A zatem narkoman twierdził, że jemu marihuana bardzo dobrze służy, i on ją wręcz traktuje jak lekarstwo na swoją chorobę, lekarz dowodził, że nawet jeśli jemu służy, to dziesięciu innym szkodzi, natomiast owa Szulim i jej kumpel na zmianę albo chichotali, albo z wymuszoną powagą przekonywali, że marihuana to nie narkotyk i apelowali do lekarza, by tak bardzo znowu nie przesadzał. No i w pewnym momencie ten nie wytrzymał i owej Szulim nawrzucał, że niech ona nie udaje tak strasznie obiektywnej, bo sama mu przed programem przyznała, że osobiście jest od marihuany ciężko uzależniona, i że jego zdaniem powinna się wstydzić. Oczywiście, ona natychmiast zrobiła bardzo zdziwioną buzię i zaczęła udawać, że nic sobie takiego nie przypomina, że jemu się musiało coś pomylić, i że ona w ogóle nie wie o co chodzi. No i zrobiła się awantura, i tylko człowiek na wózku niezmiennie błogo się uśmiechał.
A ja się tylko zastanawiam, dlaczego ta Szulim w ogóle temu lekarzowi powiedziała o swojej słabości? Czemu ona osobie zupełnie przecież obcej, w dodatku w oczywisty sposób wrogo nastawionej do pomysłu legalizacji marihuany, przyznała się od czegoś tak jednak kontrowersyjnego? Domyślam się, że zanim włączono kamery, musiała tam już się przetoczyć jakaś wstępna dyskusja, no i to wtedy najwidoczniej puściły jej nerwy. I to wtedy ona zapewne rzuciła coś w stylu: „A ja, niech pan sobie wyobrazi, palę regularnie od 15 lat, i mam się świetnie”. No ale, mimo wszystko, czemu ona mu to powiedziała? Pozostaje to zagadką, nawet jeśli uwzględnimy fakt, że na tę Szulim wystarczy spojrzeć, by wiedzieć, że jest ona osobą szczerą w stopniu szczególnym. Czemu mianowicie ona nie potrafiła się powstrzymać?
W najświeższym wydaniu tygodnika „Uważam Rze”, wśród najróżniejszych niezwykle ważnych tekstów na temat równie niezwykle ważnych kwestii, jest też artykuł Krzysztofa Feusette o piosenkarce Korze Ostrowskiej i wypadku jaki się jej przydarzył ostatnio własnie z marihuaną. Tekst Feusette ilustrowany jest zdjęciem Kamila Sipowicza, znanego głównie z tego, że jest owej Kory konkubentem. Na wspomnianym zdjęciu Sipowicz stoi z charakterystycznym szerokim uśmiechem na twarzy, a w ręku trzyma wydaną właśnie przez siebie książkę zatytułowaną „Czy marihuana jest z konopi?” Nie mam oczywiście pojęcia, o czym dokładnie jest książka Sipowicza, ale dzięki samemu tytułowi domyślam się, że o marihuanie i o tych wszystkich bałwanach, którzy nie mają pojęcia, jaka ta marihuana jest fajna i zdrowa. Ale wiem coś jeszcze. Skoro Sipowicz postanowił na ten temat wydać całą książkę, musi to oznaczać, że dla niego – podobnie jak dla wspomnianej wcześniej Agnieszki Szulim – kwestia ta jest dość podstawowa.
Nie jest oczywiście tak, że ja bardzo uważnie śledzę wypowiedzi najróżniejszych gwiazd polskiej estrady i w ogóle kultury popularnej, ale mam tu doświadczenie wystarczająco duże, by móc stwierdzić, że dla wielu z nich słowo „marihuana” stosunkowo często funkcjonuje jako swego rodzaju klucz, nie tylko do nawiązania rozmowy, ale wręcz do rozmowy tej kontynuowania. Nie mogłem nie zauważyć, że, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z autorem książek, czy aktorem, czy piosenkarzem, czy jakąś gwiazdką z telewizji, wcale nierzadko wielu z nich nie może się powstrzymać, żeby do swojej wypowiedzi dorzucić choćby tylko jakąś aluzję dotyczącą marihuany. I znów powstaje pytanie, czemu oni to robią? Czemu nie potrafią trzymać języka za zębami?
Popatrzmy na tę Korę. Pyta ją dziennikarz, czy ona lubi alkohol? A ona, zamiast odpowiedzieć, że tak, lub nie, że lubi białe wino, albo że nie lubi wódki, zaczyna się przebiegle uśmiechać i opowiada o tym, że ona w ogóle nie pije, bo alkohol jest niezdrowy. Że ona lubi zupę grzybową. Szczególnie na przyjęciach. I to mrugnięcie, że wy wiecie i ja wiem. „I mamy trochę kataru, jeśli wiesz o czym ja mówię”, że zacytuje mojego ulubionego artystę rockowego Kazika.
Któryś z dziennikarzy przeprowadza wywiad z młodym muzykiem, czy autorem książek, pyta go o inspiracje, a ten, jakby już nie mógł się doczekać, zaczyna się wiercić i wszystkich informuje, że dla niego największą inspiracją jest zieleń traw, albo zapach ziół. He, he…
Czemu oni nie mogą się powstrzymać? Pozwolę sobie na pewne wspomnienie. Otóż dawno, dawno temu pewien do dziś bliski mój bardzo kolega był uzależniony od marihuany. Był to przełom lat 70. i 80., i wówczas jeszcze ten problem nie istniał. Wiadomo było, że niektórzy palą, i że skądś te liście biorą, i choć oczywiście wiadomo było, że sprawa nie jest do końca czysta, wokół tej marihuany szczególnie ciężkiej atmosfery nie było. Mój kumpel marihuanę palił dzień w dzień. Marihuana wypełniała jego życie w stopniu niemal kompletnym, a przez to, że byliśmy zaprzyjaźnieni bardzo, a ja wówczas mieszkałem już zupełnie sam, również moje mieszkanie było wciąż wypełnione tym dymem i tym zapachem. Co jednak z naszego punktu widzenia w tym najciekawsze, to fakt, że w pewnym momencie doszło do tego, że marihuana stała się jedynym tematem na jaki można było liczyć. On przychodził, stawał w drzwiach i od początku się uśmiechał, mrugał i wykonywał znaczące gesty. Następnie wchodził do pokoju, zapałał skręta, zakładał na uszy słuchawki, puszczał bardzo głośno muzykę i się już tak samotnie kołysał. No i palił. Palił, palił, palił, potem wstawał i szedł do domu. Pamiętam, że w pewnym momencie autentycznie doszło do tego, że myśmy ze sobą przestali rozmawiać. On siedział w jednym pokoju, słuchał muzyki, uśmiechał się i dymił, a ja w drugim oglądałem telewizję. To, jeśli ta marihuana była. Jeśli natomiast jej z jakiegoś powodu nie było, on praktycznie potrafił wypowiedzieć tylko jedno zdanie: „Masz coś?” No i to mrugniecie. Ja na to odpowiadałem, że mam flaszkę, na co on się przebiegle uśmiechał i odpowiadał: „No, wiesz? Stary! Ja mówię poważnie”. Jak długo to trwało? Dziś już tego nie pamiętam, ale parę lat. Później mu to w sposób chyba zupełnie naturalny przeszło, co by świadczyło chyba tylko o tym, że jeśli ta marihuana jest zaledwie początkiem i końcem, można z siebie robić idiotę zupełnie bez jakiś gorszących konsekwencji. Inna sprawa, że akurat miałem też innego kolegę, dla którego to był zaledwie początek. Myślę, że on dziś już nie żyje. W każdym razie, kiedy go widziałem ostatnio wyglądał tak jakby mu zostało zaledwie parę tygodni.
Patrzę dziś na tę wspomnianą na początku Szulim, na tego człowieka na wózku, na piosenkarkę Korę, na Sipowicza i na całą masę różnych celebrytów, a ostatnio też polityków, i uważam – powiem, więcej, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – że oni są dziś dokładnie w takim stanie, w jakim był wtedy ów mój kumpel. Tyle że niewykluczone, że w jeszcze gorszym, jak się weźmie pod uwagę, że, jak krążą słuchy, to co teraz jest na rynku to żadne konopie, ale w dużym stopniu jakaś ciężka chemia. A więc to „zioło” jest ich całym życiem. Całym. Patrzę na zdjęcie Kamila Sipowicza w ostatnim „Uważam Rze”, i jestem absolutnie pewien, że on na tym zdjęciu jest zwyczajnie nieprzytomny.
Wczoraj dotarła do nas informacja, że ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych skierowało do Polski protest przeciwko kolejnemu występowi duetu Wojewódzki – Figurski. Wedle doniesień, cała ukraińska prasa oburzona pisze dziś o tym, jak to Wojewódzki z Figurskim potraktowali ich kraj. Nie wiem, czy sytuacja jest dokładnie tak dramatyczna, jak to przedstawiono, bo znam tylko reakcję Wirtualnej Polski, ale wygląda na to, że w swoim radiowym programie obaj ci komicy zasugerowali, że Ukrainki to kurwy, w dodatku tak brzydkie, że nawet nie ma jak ich gwałcić. No i ja się znów zastanawiam, czemu oni to zrobili? Ja wiem, że są sytuacje kiedy chodzi już tylko o to, żeby się śmiać, i to śmiać możliwie najgłośniej, jednak mimo to, się dziwię. I wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że Wojewódzki z Figurskim powinni wiedzieć, jaka by była polska reakcja w analogicznej sytuacji, a więc gdyby to na przykład jacyś ukraińscy wesołkowie w ten sposób potraktowali polskie dziewczyny, bo zakładam, że oni na przykład w ogóle nie czują tu żadnej niestosowności. W końcu może być tak, ze dla nich kurwa to kurwa, i nie ma co się szczypać.
Mnie tu bardziej zastanawia biznesowy wymiar całej tej historii. Otóż, jak wiemy, obaj ci panowie mają otwartą sprawę w sprawie znieważenia pewnego obywatela o hinduskim pochodzeniu, i wygląda na to, że sprawa ta jest dość poważna. Wydawałoby się więc, że oni powinni wykazać choćby minimalny instynkt samozachowawczy, choć na pewien czas się zamknąć i ewentualnie swój bicz satyry skrócić do gnojenia ojca Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem mamy to Euro, cała Polska w stanie podwyższonej histerii, że jacy to z nas Europejczycy, jakie piękne mamy stadiony, jak nas wszyscy kochają, samochody jeżdżą wciąż z tymi chorągiewkami, portal TVN24 nie zajmuje się praktycznie niczym innym, jak cytowaniem zagranicznych opinii na temat polskiej gościnności, a tych dwóch baranów dostaje śmiechawy w związku z tym, że Ukrainki to kurwy. I to kurwy brzydkie. Czemu???
Otóż jedyne co mi przychodzi do głowy to myśl, że obaj ci gwiazdorzy, czyli Jakub Wojewódzki i Michał Figurski są zwyczajnie i regularnie zaćpani, i to zaćpani mocno. Inaczej mówiąc, oni są od rana do wieczora upaleni, i nie są już w stanie reagować na rzeczywistość inaczej niż pod kątem tego co ich śmieszy. Jak wiemy, ich radiowy program jest filmowany, a następnie prezentowany choćby na youtubie, i nie widać tam, by oni akurat coś palili. Natomiast ja mam bardzo mocne podejrzenie, że oni już wchodząc do tego studia są kompletnie załatwieni. I to wszystko stąd.
Nie wiem, jakie będą konsekwencje wspomnianego incydentu. Niewykluczone, że, jak wiele innych tego typu przygód, i ta rozejdzie się po kościach. Że szefowie obu panów, wspomniani tu już niedawno Bisiorek i ten drugi, którego nazwiska akurat nie pamiętam, też są ciężko w to palenie marihuany wciągnięci, i – podobnie jak to było w przypadku Alvina Gajadhura – nic z tego co się stało nie zrozumieją. Może być też tak, że zarówno Figurski jak i Wojewódzki wcale nie są aż tak otępiali, że oni świetnie wiedzą, co im wolno, a co jest już niebezpieczne, tylko ja, głupi, się tu niepotrzebnie podniecam. Różnie może być. Mam jednak nadzieję co do jednego. Że jednak to co się właśnie stało, sprawi przynajmniej, że dyskusja na temat perspektyw legalizacji marihuany poszerzy się o dodatkowy argument. Szlag trafił tych dwóch. W końcu sytuacja, jak wiemy, może się rozwinąć w kierunkach całkowicie dziś nieprzewidywalnych, natomiast jak idzie o rozstrzygnięcia doraźne – to by było coś z całą pewnością korzystnego dla nas wszystkich.

Przypominam, że już w najbliższy wtorek o godzinie 19.00, w Poznaniu u Karmelitów na ulicy Działowej, odbędzie się spotkanie zorganizowane przez redakcję „Zeszytów Karmelitańskich”, z udziałem dwóch wybitnych blogerów Toyaha i Coryllusa. Oczywiście jakoś tam dojadę, co nie zmienia faktu, że gdybym już teraz miał za co, a nie mam, czułbym się znacznie lepiej. Proszę więc niezmiennie o wspomaganie tego bloga pod podanym numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 10 czerwca 2012

O oku szeroko przymkniętym

Otrzymałem maila. Nie wiem, od kogo, nie wiem też za bardzo, po co… Prawdę powiedziawszy nie wiem nic. Mail ów do mnie przyszedł jako reakcja na tekst, który niedawno zamieściłem zarówno w Salonie, jak i tu na blogu, a poświęciłem towarzystwu, które nazwałem „polskim bydłem”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, kto wysłał do mnie tego maila, jednak nie jest też tak, że jego autor pozostaje nieznany zupełnie. Coś bowiem na jego temat wiem, a to mianowicie, że, jak sam pisze, jest „członkiem rodziny jednej z osob wymienionych z nazwiska w Pańskim artykule”. Ponieważ w swoim artykule wymieniłem pięć nazwisk, zagadka, przed którą stoję pozostawia mi dwie możliwości: albo uznać, że to jest od początku do końca jakiś żart, albo że mam do czynienia z kimś, kto reprezentuje rodzinę Figurskich, lub Wojewódzkich, ewentualnie Potońców, lub Bisiorków, ewentualnie – i to, przyznam, by mnie trochę uspokoiło – Alvina Gajadhura.
Tak czy inaczej, szanse są jeden do czterech, czy może – nie zapominając o ewentualności żartu – do pięciu. Czemu wspominam o nadziei na to, że nadawcą maila jest ktoś, kto się nazywa Gajadhur, a nie na przykład Potoniec? Oczywiście najprościej by mi było pociągnąć wątek poruszony we wspomnianej notce, i powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia wolę towarzystwo ludzi o nazwisku Gajadhur, zamiast jakichś Potońców, czy Figurskich, a więc, że w pewien bardzo paradoksalny sposób lepiej bym się tu czuł w towarzystwie nie-Polaków niż Polaków, no ale sytuacja wcale nie nastraja mnie do tego rodzaju retoryki. Bo, powiem uczciwie, jest mi trochę nieswojo. A ów nastrój bierze się stąd, że we wspomnianym mailu pojawił się fragment, który mnie autentycznie zaniepokoił. Otóż w pewnym momencie jego autor wyraził swoje „zdumienie” moją „odwagą”. I w tym, muszę przyznać, jest coś, co mi się bardzo nie spodobało. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja bym bardzo nie chciał, żeby to co ja robię świadczyło o mojej odwadze. Chciałbym, żeby moje teksty dowodziły mojej wrażliwości, poczucia humoru, niechby nawet i inteligencji… więcej – niechby nawet i braku rozsądku, natomiast w żadnym wypadku nie odwagi. A to z tego względu, że ostatnia rzecz jaka jest mi potrzebna, to świadomość tego, jaki to ja, głosząc swoje przekonania, jestem dzielny.
Jeśli ma się okazać, że ja, pisząc to co piszę, jestem bardzo odważny, to ta wiadomość wręcz logicznie musi prowadzić mnie do wniosku, że jest coś, czego ja się powinienem bać, podczas gdy się nie boję. Otóż nic z tego. Ja się owszem boję. Boję się choćby sytuacji, kiedy okaże się, że od czasu gdy przez prowadzenie tego bloga zostałem zmuszony do tego, by się do tych, którzy go czytają zwracać o wsparcie, sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że tym razem ja już nie stracę reszty środków utrzymania, ale coś znacznie większego. A ja owej zmiany w nastrojach nawet nie zauważyłem.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. To nie jest tak, że ja się głupio nakręcam. Zanim dostałem tego maila, moje życie było stosunkowo spokojne. Natomiast dziś wiem tyle, że ktoś postanowił mnie – z dobrego, czy złego serca – pochwalić za odwagę. I, biorąc pod uwagę szczególny kontekst owej wiadomości, ktokolwiek jest jej autorem – ja muszę brać pod uwagę, że ten ktoś wie więcej ode mnie. Kto wie, czy nie znacznie więcej. Ale należy powiedzieć coś jeszcze. Ktokolwiek jest tej autorem wiadomości, i niezależnie od tego, na ile jego opinie są miarodajne, sytuacja w której w ogóle pojawia się taka myśl, że głoszenie poglądów jest dowodem jakiejś odwagi, świadczy o tym, że nie jest dobrze. Że jest wręcz do dupy.
Bisiorek, Potoniec, Figurski, Wojewódzki, Gajadhur. Jak mówię, poczułbym się lepiej, gdyby autorem tego maila był ktoś od tego Hindusa, a nie od tamtych Polaków. Bardzo nie chce, żeby to ktoś z tamtej strony gratulował mi odwagi. Tyle że tu też, jeżeli nawet to jest ktoś od tego Gajadhura, to informacja, że nazwanie przeze mnie któregoś z tych czterech pozostałych „polskim bydłem” wymaga z mojej strony jakiejś szczególnej odwagi, robi wrażenie czegoś, czego lekceważyć nie wypada. Inna sprawa, że już i tak wszystko jedno. Cofać się nawet nie mam gdzie. Pozostaje mi więc w dalszym ciągu zachęcać do kupowania moich książek i prosić o wspieranie tego bloga, tak jak dotychczas. No i spać z jednym okiem otwartym.

Przedwakacyjne konkursy wciąż trwają. W imieniu młodego Toyaha bardzo proszę wysyłać sms-y na numer 71160 o treści: jzr.126 . Oczywiście, to będzie kosztowało jakąś złotówkę, ale jeśli komuś nie zależy, to będzie nam miło. Tym razem bez limitu dziennego.

środa, 6 czerwca 2012

O polskim bydle

Ostatnio, podobno przez to, że zbliżają się mistrzostwa w piłce nożnej, a niewykluczone, że zwyczajnie, na zasadzie nieustannego przypominania światu, co to za banda schamiałej dziczy ci Polacy, powrócił temat naszego wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu, czy w ogóle typowego polskiego szowinizmu. Cały cywilizowany świat zatem aż drży z niepokoju, co to się będzie w polskich miastach działo przez najbliższe tygodnie, kiedy to „polactwo” zostanie skonfrontowane z zachodnią kulturą i ta cala czerń wylezie na ulice.
Powiem zupełnie szczerze, że wobec tych nastrojów mam odczucia bardzo ambiwalentne. Oczywiście, jako szczery polski patriota, czuję nieprzyjemne emocje, kiedy słyszę, że jesteśmy tak fatalnie oceniani, zdaję sobie jednak też przy tym sprawę z tego sprawę, że coś takiego jak antysemityzm, również antysemityzm polski, istnieje. Uczciwie też przyznaję, że i ja, gdyby mnie ktoś spytał, czy jestem antysemitą, nie miałbym w żaden sposób powiedzieć, że ależ skąd! – Nie! Że jak idzie o Żydów pozostaje całkowicie neutralny. Ludzie jak inni. Powiem więcej. Gdyby moja córka zażyczyła sobie wyjść za mąż za studenta medycyny z Nigerii, z Korei, czy Kataru, lub gdyby ona mi przyprowadziła do domu bardzo grzecznego i przystojnego Cygana i powiedziała, że to jej chłopak imieniem Waldi, ja bym był bardzo, ale to bardzo niezadowolony. A więc, jeśli ktoś mi powie, że jestem szowinistą, nie mam nic na swoją obronę.
Natomiast muszę powiedzieć coś jeszcze. Otóż ja ze swoją niechęcią do Czarnych, do Żydów i w ogóle do obcych, się nie obnoszę. Więcej. Ja ani jednym słowem, czy gestem, nie daję po sobie poznać, a już z całą pewnością nie wobec bezpośrednio zainteresowanych, że oni budzą we mnie jakiekolwiek negatywne uczucia. Wynika to z jednej bardzo prostej przyczyny. W swoich kontaktach z ludźmi, przynajmniej do czasu gdy oni mi zejdą z oczu, ja wszystkich traktuję równo – jak ludzi, takich samych jak ja. A więc, jeśli mam naprzeciwko siebie jakiegoś beznadziejnego gbura, jest mi doskonale obojętne, czy on jest Żydem czy Polakiem spod Przemyśla, i odwrotnie – kiedy mam do czynienia z miłym i grzecznym człowiekiem, też mnie nic nie obchodzi co to za jeden – Cygan, czy Hindus, czy dziennikarz z Warszawy. Najwyżej będzie tak, że mniej lub bardziej się zdziwię. Na przykład zdziwię się mniej gdy poznany warszawiak okaże się człowiekiem niesympatycznym, a bardziej, gdy niesympatyczny okaże się Portorykańczyk. Bo, jak wiemy, z nami rasistami bywa różnie.
Skoro jesteśmy przy czystej krwi Polakach, a nie na przykład Jamajczykach, jednym o nazwisku Wojewódzki, i drugim nazwiskiem Figurski, gdyby okazało się nagle, że oni są bardzo miłymi ludźmi, o szerokich horyzontach i otwartym sercu, byłbym zszokowany. Gdyby natomiast miało się okazać, że to są dwaj Żydzi, pewnie bym wzruszył ramionami i mruknął pod nosem coś w rodzaju: „Wiadomo”. Natomiast, jest na sto procent pewne, że gdyby mi się zdarzyło ich poznać osobiście i odbyć z nimi rozmowę, nie zacząłbym się na nich drzeć w stylu: „Wy pieprzone Żydy – do gazu z wami”, ale zwróciłbym się do nich słowami „Polskie bydło”. Choćby po to, by ich wyprowadzić z równowagi. Jak mówię – dziwnie kręte są ścieżki mojego szowinizmu.
Od razu śpieszę wyjaśnić kwestię owego polskiego bydła. Uważam bowiem, że Figurski i Wojewódzki to jest jak najbardziej polskie bydło, które, kiedy widzi kogoś kto ma ciemniejszy kolor skóry, a w dodatku posiada egzotycznie brzmiące imię i nazwisko, natychmiast zaczyna rechotać. Oni są bowiem dokładnie tak samo dzicy i nieokrzesani, jak bandy głupich kiboli wrzeszczących na meczach „Żydzi do gazu!” Tyle że mają od nich coś więcej. O ile tamci są tak durni, że prawdę powiedziawszy, zamiast krzyczeć „Żydzi do gazu!”, mogliby się równie dobrze wydzierać „Żydzi na narty!”, albo „Magistry na plażę”, bo im to jest naprawdę wszystko jedno, a jak idzie o ten gaz to pewnie nawet nie wiedzą, o co chodzi, bo tacy są tępi – ci akurat wiedzą wszystko. Ci dwaj to elita.
Ale jednocześnie Wojewódzki z Figurskim to jest już wyższa półka polskiego chamstwa. Kiedy więc oni udawali że dzwonią do Alvina Gajadhura, żeby mu powiedzieć, że jest głupim czarnuchem z buszu, rozumieli każde swoje słowo i doskonale wiedzieli co każde z nich znaczy i jaką ma moc. A więc oni oczywiście kolorowych nienawidzą dokładnie tak samo jak ci podmoskiewscy faszyści, o których czasem czytamy u nas w gazetach, tyle że też od samego początku wiedzą, że to nie jest ładnie. A mimo to zrobili co zrobili. Dlaczego? Diabli wiedzą. Tu pewnie jest trochę właśnie tak jak ze wspomnianymi Ruskimi. „Czemuście go zabili?” „A ja wiem? Bo wkurwiał”. A kiedy dziś mówią, że to był tylko taki żart, to tym bardziej pokazują się jako polskie bydło. Ale nie chodzi tylko o nich. Jak słyszę, na wieść o tym, co ci dwaj Polacy zrobili, myślę sobie, ich szefostwo ze stacji Eska, prezes Potoniec i dyrektor programowy Bisiorek swoim w oświadczeniu wyjaśnili, że „program miał charakter satyryczny, a intencją autorów było obnażenie i krytyka pokutujących w części naszego społeczeństwa zachowań ksenofobicznych”. A ja uważam, że skoro oni tak ten rasistowski wybryk tłumaczą, to Potoniec i Bisiorek to taka sama polska hołota jak Figurski i Wojewódzki.
A zatem, mój ambiwalentny stosunek do płynących do nas z zagranicy przekazów tym bardziej się umacnia. Jest mi oczywiście przykro, że o nas tak źle mówią i piszą na świecie, jednak nie mogę się nie zgodzić, że coś w tym jest. A więc muszę, tu, korzystając z okazji, oświadczyć, że jeśli Figurski, Potoniec, Wojewódzki i Bisiorek to nie są Żydzi, ale Polacy, to gdyby moja córka zakochała się w którymś z nich, to ja bym się modlił na kolanach, żeby ona spotkała jakiegoś miłego Żyda. Albo Murzyna. Byle nie Polaka.

Don Esteban ostatnio mnie nastraszył że najlepsze za mną, ale mam nadzieję, że i tym razem nie było najgorzej. Jeśli ktoś się z tym zgadza, a ma jakiś luźny grosz, będę wdzięczny za wsparcie tego bloga. Dziękuję. No i pamiętajcie o książkach. Z czystym sumieniem polecam.

sobota, 15 października 2011

Gdy System wskoczył na asfalt

A więc stało się. Będę musiał zrobić coś, czego, obiecywałem sobie, że nigdy nie zrobię, Dokładnie na takiej samej zasadzie, jak człowiek wie, że nigdy w życiu nie będzie zaprzątał sobie umysłu rozważaniami na temat psychologii kota, który nagle wlazł na stół i, kiedy ktoś go chce stamtąd ściągnąć, to warczy i się jeży. No bo co można na ten temat powiedzieć, i w dodatku – po co? A sprawa jest o tyle poważniejsza, ze mam tu na myśli aż dwie osoby na raz – Michała Figurskiego i Kubę Wojewódzkiego.
Oczywiście, każdy kto zna ten blog z wpisów wcześniejszych, wie, że ci dwaj pojawiali się tu parokrotnie. Jednak faktem jest też, że ta ich tu obecność była zaledwie incydentalna i służyła wyłącznie wzmocnieniu jakiejś, niezależnej od ich publicznej aktywności, tezy, związanej ze zdarzeniami znacznie bardziej istotnymi, niż to, co gada, lub choćby tylko sobie myśli, dwóch radiowych dziennikarzy czasu transformacji. Dziś jednak, i jeden i drugi zasłużyli sobie na osobny wpis, i choć wiem, że sytuacja ta mnie w znacznym stopniu degraduje, to mam silne przekonanie, że te parę słów jednak należy powiedzieć.
O Wojewódzkim i Figurskim ostatnio usłyszałem dwukrotnie. Raz, przy okazji zdarzenia, kiedy to w swojej radiowej audycji, przedstawili jakiś ewidentnie rasistowski greps, na tyle jednoznaczny, że doszło to pewnego medialnego wzburzenia, a drugi raz, gdy obaj postanowili po raz 7425. pośmiać się z Krzyża. O tym szczególnym geście wspomniałem tu już wcześniej, natomiast problem rasizmu jakoś mnie nie obszedł. Może trochę dlatego, że, ponieważ sam jestem rasistą, i traktuję ten problem, jako swój problem indywidualny, zarówno rasistowskie przekonania Wojewódzkiego i Figurskiego, jaki też tych przekonań manifestacja, mnie mało obchodzą, a zagadka, czemu System im na ten typ ekscesów pozwala jest ponad moje siły.
I oto dziś się okazuje, że sprawa owego rasizmu uzyskała swój najpierw dalszy ciąg, a potem rozstrzygnięcie, i Radio Eska, które zatrudnia obu panów, będzie, w związku z ich działalnością, musiało wydać parę ekstra groszy tak zwanego zadośćuczynienia. Mało tego. Wygląda na to, że Alvin Gajadhur, przez Figurskiego i Wojewódzkiego obrażony, obraził się faktycznie, i będzie w dalszym ciągu dochodził swoich praw. A to może koszta powiększyć. Co z tego? Oczywiście nic, ale my przynajmniej już wiemy, o co poszło.
Oczywiście, fakt że ktoś taki jak Figurski i Wojewódzki, a więc jedni z najważniejszych funkcjonariuszy Systemu, nagle, ni stąd ni z owąd mają kłopoty z powodu swojej zawodowej działalności, jest ciekawy sam w sobie. Zdążyliśmy się bowiem już wcześniej wielokrotnie przekonać, że na pewnym poziomie owej agresji, coś takiego jak odpowiedzialność nie istnieje. To co jednak jest w tym jeszcze ciekawsze, to fakt, że owe kłopoty są spowodowane tym, że zatrudnieni przez System Wojewódzki i Figurski, z punktu widzenia swoich właścicieli, nie zrobili absolutnie nic złego. Wręcz przeciwnie – oni bardzo starannie i solidnie realizowali zadania.
Otóż dziś się dowiadujemy, że czysto rasistowski, bez jakiejkolwiek – choćby pozornie, merytorycznej – podstawy, atak, jaki Wojewódzki i Figurski swego czasu przypuścili na Alvina Gajadhura – atak, przypomnijmy, wyjątkowo brutalny, i z perspektywy choćby najbardziej podstawowych standardów, szokujący – nie był spowodowany, ani tym, że ów Gajadhur jest Murzynem, a Figurski z Wojewódzkim Murzynami gardzą, ani też tym, że Gajadhur jest Hindusem, a Figurski z Wojewódzkim czują odruch wymiotny na wszystko, co nie jest golonką pod ukraińską kurwę i flaszkę z piwem, ale wyłącznie tym, że zaatakowany przez nich człowiek okazuje się być pisobolszewikiem i, będąc tym pisobolszewikiem, ma czelność zajmować eksponowane stanowisko w którejś z bardziej publicznych struktur. Naprawdę. Ja nie żartuję. To jest fakt i to też cały powód. Alvin Gajadhur to pisowiec.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym, że Figurski z Wojewódzkim dzwonili do tego człowieka i przy okazji, wykorzystując wszystkie swoje specyficzne talenty, wymyślali pod jego adresem, że jest małpą z buszu, wiadomość ta była dla mnie tak kosmiczna, że ją zwyczajnie wyrzuciłem z pamięci, zakładając, że na poziomie Systemu dzieją się rzeczy, których ja zwyczajnie nie rozumiem i rozumieć nawet nie planuję. Dziś okazuje się, że to wszystko przez cały czas było na swoim miejscu. Oni dostali informację – przecież sami tego nie wytropili – o tym Gajadhurze – swoją drogą, człowiekiem urodzonym w Polsce, z matki Polki, wykształconym, i z sukcesem realizującym swoje zdolności w Polsce – i wraz z tymi informacjami informacje dodatkową – że to jest, kurwa, panie, pisior. I że za to, powinien dostać po ryju. Najlepiej kijem. A ponieważ i jeden i drugi już dawno przekroczyli granicę, której normalny człowiek nie przekracza, poszli na ten deal ze zwyczajowym wzruszeniem ramion. Zrobili swoją robotę, odebrali kasę i… nagle się okazało, że System się zagapił. PiS, owszem, należy zwalczać, ale podstawowa polityczna poprawność wciąż wymaga umiaru. A jeśli ktoś tego nie rozumie, jest zwykłym idiotą i bałwanem.
I oto pojawia się problem dotyczący tego, któż to taki jest, kto tego nie rozumie. Najprostszą odpowiedzią wydawałoby się to, że tymi durniami są Wojewódzki i Figurski. Jednak nie. Oni, owszem, może są skończonymi bałwanami, a niewykluczone, że kimś jeszcze gorszym, natomiast z całą pewnością, w tym zdarzeniu oni pełnili wyłącznie funkcję wykonawców. To ktoś stojący znacznie wyżej od nich przekazał im zlecenie, a oni wszystko zrobili zgodnie z instrukcją. Moglibyśmy się więc teraz zastanawiać, czy tymi zleceniodawcami byli prezes Potoniec i dyrektor Bisiorek – swoją drogą, to bardzo charakterystyczne, że te nazwiska brzmią tak karykaturalnie, jakby pochodziły z którejś z peerelowskich komedii – którzy w odpowiedzi na pretensje tak parszywie zdeptanego przez nich człowieka, w oficjalnym oświadczeniu odpowiedzieli, że oni tylko żartowali, a żart ma przecież swoje prawa, czy może jeszcze ktoś inny, umieszczony w Systemie albo wyżej, albo niżej, albo zwyczajnie z boku, ale to akurat nie ma żadnego znaczenia. To co się tu liczy, to fakt, że nienawiść jaką System przez minione lata stworzył w społeczeństwie na rzecz unicestwienia jednej partii i jednego człowieka, przybrała rozmiary tak karykaturalne, że nawet sami autorzy tego pomysłu zwyczajnie oszaleli. Bo z całą pewnością, dowodem szaleństwa jest to, że oni – w końcu, co by o nich nie mówić, ludzie zorientowani i jakoś tam społecznie autoryzowani, noszący dumne miano Europejczyków – doszli do wniosku, że skoro jest jak jest, to oni na każdego kolorowego, który nie wyznaje ich politycznych poglądów, będą wołać „asfalt”. I że to im ujdzie na sucho.
Jak mówię, ci dwaj pajace, Figurski i Wojewódzki, w tej rozgrywce się nie liczą Niewykluczone, że oni, jakimś niezwykłym gestem natury, w pewnym momencie nawet przestali być ludźmi. Już niedługo o nich nawet nie będzie wypadało wspominać jako o, z jednej strony, dziecku peerelowskiego prokuratora, a z drugiej – urodzonym na placówce w Moskwie dziecku peerelowskiego dyplomaty. Ale niewykluczone, że również nie należy się zajmować Pogońcem i Bisiorkiem. To co ma znaczenie, to fakt, że sprawy poszły aż tak daleko. Bo to świadczy o tym, że zbliżamy się to punktu w którym musi dojść do jakiegoś wybuchu. Po jednej lub po drugiej stronie. Splugawiono Krzyż, zbezczeszczono prochy zmarłych, skorumpowano coś czego skorumpować, wydawało się, że się nie da, czyli Kościół, i, co ciekawe, zrobiono to w dużym stopniu rękami wiernych. Co jeszcze pozostało? No chyba tylko to, że oni w tym zapamiętaniu zaczną też bezcześcić to, co miało stanowić podstawę ich dalszych sukcesów i praktyczny sens ich działania. Ja się nie zdziwię, jak już niedługo, w tym obłędzie, zaczną jak najbardziej oficjalnie przebąkiwać coś na temat tego, że, owszem, jest nienajgorzej, ale tradycyjnie rozumianą polityczną poprawność, w czasach pełznącego kaczyzmu, przydałoby się jednak zrewidować, choćby pod kątem tak zwanych wykluczonych. I że do tego brakuje przywódcy z prawdziwego zdarzenia. No powiedzmy takiego Hitlera. Ten by kwestię owej selekcji załatwił szybko i skutecznie. Powiedzą to i aż podskoczą ze zdziwienia, że to, co im przez tyle lat szumiało w głowach, a czego bali się wypowiedzieć, okazało się takie proste. I wtedy zaczną myszkować również wśród tych, których dotychczas traktowali jako swoich, a więc gejów, lesbijek, kolorowych, kalek na wózkach, chorych dzieci, bitych kobiet – do wyboru do koloru.
A co wtedy się stanie z Potońcem, Bisiorkiem, Figurskim i Wojewódzkim? No, to akurat jest oczywiste. Otrzymają stanowiska, które, z braku słowa które odpowiedniego określałoby stan współczesny, należy określić nazwą tradycyjną – oberkapo i kapo.

Tak właśnie tu jest i tak tu już na tym blogu zostanie. Komu się nie podoba, niech sobie poszuka cieplejszego miejsca. Kto znajduje tu pocieszenie, lub choćby przyjemność dyskusji, niech zostanie. Niech też kupuje książkę, i niech wspiera ten blog finansowo, bo bez tego on w końcu umrze śmiercią naturalną. Dziękuję.

czwartek, 29 kwietnia 2010

CDN



Nie wiem jeszcze, czy sprawa wyszła dalej poza Salon, i szczerze powiem, że nawet nie chcę wiedzieć. O ile się znam na życiu, to pewnie nie. A nawet jeśli tak się stało, i mainstream w jakikolwiek sposób zareagował, to najwyżej trochę i zaledwie na chwilę. W każdym razie, to właśnie z Salonu dowiedziałem się, że dwóch dziennikarzy radia Eska – choć przecież nie tylko – Kuba Wojewódzki i Michał Figurski napisali piosenkę, a radio ją wyemitowało, w której obaj panowie wyśmiewają ofiary katastrofy pod Smoleńskiem i szydzą z osób, które śmierć tych zmarłych opłakują.
To co się wydarzyło, naturalnie spowodowało… powiedzmy, dyskusję. Ci wszyscy dla których katastrofa 10 kwietnia stanowi ból i niekończącą się traumę, oczywiście poczuli się występem Figurskiego i Wojewódzkiego dotknięci i demonstrują swoje zranione uczucia. Również wobec koncernu Coca-Coli, który oprawił ów clip swoim logiem i, który – jak się okazuje – jest jednym ze sponsorów radia, które zatrudnia obu dziennikarzy. Druga strona, a więc ludzie, dla których większym problemem od śmierci 96 ludzi, jest fakt, że to nie koniecznie był zestaw, na który oni liczyli, no a przede wszystkim, że wśród ofiar nie znalazł się jeszcze ktoś, ograniczają się do albo do kpiących uwag na temat Coca-Coli, albo do uwag, że Figurski z Wojewódzkim się zaledwie wygłupili i nie ma o czym gadać, czy wreszcie do przerzucania odpowiedzialności za wzrost publicznej agresji na drugą stronę. Że, owszem, Figurski z Wojewódzkim odstawili chamstwo, no ale przecież to nie oni mówili o tym, gdzie stoi ZOMO, ani też nie oni obrażali internautów, że piją i oglądają pornografię. Że ten miecz jest obusieczny. Z jednej strony – może faktycznie niepotrzebnie – Figurski z Wojewódzkim nazywają śmierć Prezydenta i bliskich mu osób „wylanym z kąpielą dzieckiem”, no ale przecież z drugiej strony i mamy Radio Maryja, Pospieszalskiego i całą choćby publiczną telewizję. No i samego Jarosława Kaczyńskiego.
Uważam z bólem i z dużą pewnością, że chyba tym razem jednak mam rację, że ta debata jest nie do rozstrzygnięcia. Z punktu widzenia ludzi stojących po stronie – symbolicznie rzecz ujmując – Wojewódzkiego i Figurskiego, oni działają w okrążeniu i w gruncie rzeczy tylko się bronią. Podobnie my – no bo przecież i ja też – jesteśmy przekonani, że to my jesteśmy ofiarami agresji, tyle że nasza sytuacja jest o tyle gorsza, że jesteśmy poza mainstreamem, w ewidentnej niszy i nasze zło, nawet jeśli bywa równie wielkie, jest zaledwie wybrykiem. Nic nieznaczącym ekscesem, który i tak – jeśli tylko będzie trzeba – zostanie skutecznie wytknięty, opisany i ostatecznie wymieciony. Próbuję naturalnie tłumaczyć nasze racje, ale wiem z góry, że to wszystko na nic. Bo złości i szaleństwa jest zwyczajnie za dużo. O tyle za dużo, ze jest właściwie tylko ono: szaleństwo i ta złość.
Mimo to, wciąż tłumaczę. Dzisiejsza sytuacja, mimo że się jak najbardziej mieści w standardzie, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ma w sobie coś szczególnego. Mianowicie kontekst. Mam na myśli kontekst śmierci niezwykłej, niecodziennej i prawdopodobnie takiej, która już się nigdy nie powtórzy. Podobnie żałoba, którą wielu z nas przeżywa jest czymś równie wyjątkowym. Czymś co zdeterminuje już na zawsze życie choćby tych wszystkich, którzy są dziś jeszcze dziećmi, czy ludźmi młodymi. W tej sytuacji, wydaje mi się, że to co zrobił Wojewódzki z Figurskim również zostanie zapisane w historii. Albo jako to czym jest, albo to czym się dopiero stać może. Ale o tym za chwilę.
A więc, uważam, że ten clip i ta piosenka – ten pop, który w pewnym sensie wykrakałem swoim poprzednim wpisem – i reakcja, jaką wywołuje, pokazuje rozkład sił w sposób znacznie lepszy, niż wszystko co było dotychczas. Gdyby siły, o których mówię, były wyrównane choćby tylko pozornie, Michał Figurski i Kuba Wojewódzki straciliby zajęcie jako osoby publiczne w jednej chwili. I wcale nie dlatego, że ich szefom to co oni stworzyli się nie podoba – to akurat nie – lecz dlatego, że Coca-Cola zdjęłaby jeszcze dziś swój patronat z radia Eska. I to też wcale nie dlatego, że szefowie Coca-Coli poczuli się tą piosenką dotknięci. Nic z tych rzeczy. Myślę, że i oni, i wiele z osob wspierających to przedsięwzięcie z wszystkich innych stron, bardzo się uśmiało, oglądając ten clip. Coca-Cola i wszyscy inni sponsorzy firm, które zatrudniają Wojewódzkiego i Figurskiego wycofałyby swój patronat, bo jeszcze ktoś inny – a mam tu na myśli System – wywarłby na nich taką presję, że oni nie mieliby wyjścia. Gdyby System – bo tak naprawdę od początku mówimy o Systemie – poczuł się dotknięty tą kpiną, jak spadla na ofiary i na pamięć po zamordowanych pod Smoleńskiem, możliwe że jedyną osobą, która by sobie coś pod nosem mruczała w tej kwestii, byłaby Magdalena Środa. A i tak, gdyby te jej mruknięcia wydostały się poza zacisze jej prywatności, wyleciała by ze swojej pracy z hukiem. Tak by właśnie było.
Ale tak nie jest i tak się nie stanie. Mogę się mylić, ale myślę, że jednak tak się nie stanie. Nie wydarzy się nawet drobny fragment z tej mojej zapowiedzi. Co najwyżej ktoś ewentualnie kogoś przeprosi, a kto inny zostanie – w najgorszym wypadku – jakoś ukarany. Na chwilę i troszeczkę. A my będziemy dalej się skarżyć na to, że nikt nie rozumie naszego bólu i tego jacy jesteśmy osamotnieni w naszych bojach. Oni zresztą też.
Jestem jednak jeszcze coś, co – znów mogę się mylić – ale mam wrażenie, że jednak musi się stać. W momencie jak masa krytyczna tej agresji, tej bezczelności i tego okrucieństwa z jednej strony, a bezradności z drugiej zostanie przekroczona, może się stać coś zupełnie nowego,. Coś czego jeszcze – przynajmniej u nas w Polsce – nie było. Jeśli się okaże, że System już nie dość że kpi z naszych przekonań, naszej wiary i naszych ambicji, ale zaczyna kpić z naszych łez i naszego bólu… i z nikąd nie ma ratunku, wolałbym nie być w skórze ani Michała Figurskiego ani Kuby Wojewódzkiego. Ani w skórze ich rodzin, ich przyjaciół i ich bliskich…
Ktoś mnie zapyta, czemu wciąż, od początku tego wpisu, jak by mnie coś opętało, powtarzam te dwa nazwiska. Nie wiem tego jeszcze do końca. Mam wrażenie tylko, że sprawia mi to po prostu przyjemność. Powtarzać te dwa nazwiska. Figurski i Wojewódzki. Wojewódzki i Figurski. Trochę się tej przyjemności, powiem zupełnie szczerze, boję.

piątek, 9 maja 2008

Kogo obrabia Cropp, czyli róbta co chceta

Miasto, w którym mieszkam, zostało oblepione w ostatnich tygodniach plakatami reklamowym firmy odzieżowej Cropp, co wywołało u mnie niejaką zadumę.
Zadumałem się jednak nie nad ofertą sklepów Cropp, ani nad jakością i urodą owej oferty, lecz nad samą zawartością ekspozycji i nad tak zwanym targetem, nad tym, jak właściciele Croppa widzą ten swój target i nad powszechnym stanem świadomości ludzi, wśród których żyję i z którymi mam przyjemność przebywać na co dzień.
Akcja, jak już wspomniano, promuje markę odzieżową o nazwie Cropp i przedstawia scenkę utrzymaną w klimacie lat 60tych, gdzie trzy uśmiechnięte panie wykonują drobne czynności krawieckie, a między nimi siedzi wesoły łysy staruszek w gatkach.
Plakaty występują w trzech odmianach. Napis głosi, że albo “obrabiamy dziurki”, albo “obciągamy guziki”, ewentualnie “krochmalimy poszwy”.
Domyślam się, że przesłanie plakatów jest takie, że Cropp jest OK. Jednak, domyślając się, mam poczucie, że sprawa jest nieco kłopotliwa. Mam bowiem przekonanie graniczące z pewnością, że jeśli powiem, że nie za bardzo wiem, jakaż to logika i estetyka stoją za obrazkiem, wielu ambitnych, inteligentnych i rozrywkowych obywateli wybuchnie szyderczym śmiechem i powie, że jestem po prostu głupi, co w okolicach Torunia jest normą.
Jeśli, z drugiej strony, pokuszę się o próbę analizy zamysłu stojącego przy narodzinach kampanii, ci sami wykształceni i błyskotliwi komentatorzy również wybuchną szyderczym śmiechem i powiedzą, że mam chore skojarzenia, co dla okolic Torunia jest normą, ale każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasłużył.
Tymczasem plakaty sobie wiszą na przystankach autobusowych i tramwajowych, na dworcach i na murach, a my codziennie oglądamy sobie trzy wesołe panie i wesołego staruszka bez spodni i czytamy informację na temat “obciągania guzików”, “obrabiania dziurek” i “krochmalenia poszwy”. I wypadałoby się jakoś odnieść. Może bez nadmiernego prowokowania, bez głębokiej analizy, bez zbędnych sugestii. Może bardziej na zasadzie luźnych refleksji. Zwykłej wczesnowiosennej zadumy.
Odnośmy się więc. Otóż każda kampania reklamowa ma to do siebie, że ma swoje dwie strony. Z jednej strony stoi umysł, który kreuje, a z drugiej strony umysł, do którego kreacja jest skierowana. I ciekawy byłem, cóż to jest za umysł, cóż za inteligencja i cóż to jest za myśl, z którą się tu spotykamy?
Wszedłem więc do jednego ze sklepów Croppa i przyjrzałem się kręcącym się po sklepie klientom i kogo ujrzałem? Głównie dzieci. Normalne dzieci, w wieku gimnazjalnym, lub licealnym. W ten więc sposób dowiedziałem się, kogo autorzy kampanii chcą zachęcić do udziału w obciąganiu guzików.
Wciąż jednak nie wiedziałem, kto zachęca. I niestety wciąż tego nie wiem i nie mam sposobu, żeby stanąć naprzeciwko tych oczu i zobaczyć tego kogoś, kto zachęca. Pewnie jednak tym razem nie zobaczyłbym dzieci. Może ujrzałbym takiego łysego staruszka w majtkach, a może jakiegoś młodego byczka w garniturze i krawacie, a może jakąś gwiazdkę z tatuażem na kostce. A może kogoś takiego, jak Szymon Majewski, albo Kuba Wojewódzki? Pana w średnim wieku, o wyglądzie i umysłowości dziecka.
A jak już bym tego kogoś poznał, to bym go spytał. Dlaczego się w ten sposób zwraca do dzieci? I dlaczego akurat do dzieci? Dlaczego nie na przykład do bardziej dorosłych klientów?
Przecież łatwo można by sobie było wyobrazić kampanię reklamową czegoś dla ludzi dorosłych, powiedzmy banku, gdzie John Cleese nie mówi, że chce być Polakiem, ale na przykład, że wkłada dziś, a wyciąga, kiedy chce.
Albo Piotr Frączewski, który – w odpowiedniej inscenizacji – mówi do swojego psa: “Z tobą nie mogę, ale z moim bankomatem, jak najbardziej".
Myślę, że jeśli zbierze się odpowiedzią kolekcję chorych umysłów – czy to po stronie nadawcy, czy po stronie odbiorcy – można poprowadzić skuteczną kampanię reklamową dowolnego produktu.
Z jakiegoś powodu jednak, specjaliści od lepienia społeczeństw uznali, że z dorosłymi trzeba uważać. Dzieci, owszem – są głupie, naiwne, no i czasem słabo przytomne, więc nie zaszkodzi, jeśli jeszcze parę razy dostaną w łeb.
Na dorosłych przyjdzie może czas później. Jak już różnego rodzaju telewizje i różnego typu wynajęci specjaliści, w typie wspomnianego już Kuby Wojewódzkiego, skutecznie pokażą im, jak to “pasi” być idiotą.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...