Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Fibak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Fibak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2022

Wojciech Fibak czyli o nie wychodzeniu przed szereg

 

      Kiedy parę dni temu dotarłl do mnie informacja, że na ostatniej konwencji Platformy Obywatelskiej, jako gwiazda eventu wystąpił niesławny poseł Franek Sterczewski, pomyśłałem sobie że oto został przebity kolejny sufit żenady. Chwilę potem jednak usłyszeliśmy wszyscy, że ów Sterczewski został wprowadzony przez Donalda Tuska w taki oto sposób i nastąpił szok:

„Franek, pamiętasz nasze pierwsze, dłuższe spotkanie po moim powrocie. Poznaliśmy się wtedy i ja trochę wyłysiałem i posiwiałem, bo nie spodziewałem się, że będą aż tak zadziorne postaci i o takim politycznym temperamencie, ale też nauczyłem się, przepraszam za to sformułowanie, nauczyłem się Ciebie i tego typu postaw”.

      I oto te słowa sprawiły, że w moim najszczerszym przekonaniu doszliśmy do ostatniej już ściany, czy, jeśli kto woli, przebiliśmy ostatni już sufit, i w tym momencie owa przedziwna historia ludzkiego skretynienia ostatecznie dobiegła końca.

     Nie zdążył jednak opaść ten czarny kurz, gdy na portalu sport.pl przeczytałem bardzo obszerny wywiad z Wojciechem Fibakiem i autentycznie osłupiałem. Myślę że większość ze starszych wielkiem czytelników tego bloga, pamięta kim jest, a raczej kim kiedyś był, Wojciech Fibak, ale na wszelki wypadek przypomnę, zwłaszcza że tu pewności mieć wcale nie mogę. Otóż w czarnych czasach PRL-u, w samej końcówce lat 70., Fibak był jedynym polskim tenisistą występującym w turniejach ATP, przez co stał się tu w kraju gwiazdą najwyższej jasności. Oczywiście, w tamtym czasie osiągane przez niego sukcesy były traktowane u nas jako coś bardzo specjalnego, co jednak nie zmienia faktu, że obiektywnie rzecz biorąc były one takie sobie. Najwyższą pozycją jaką Fibak zajął w rankingu zawodowego tenisa było miejsce 10 z roku 1977, największym sukcesem był awans do finału Masters w roku 1976, a poza tym mógł sobie Fibak na koncie zapisać 15 wygranych turniejów w całej karierze, osiągając maksymalnie ćwierćfinały w którymkolwiek z Wielkich Szlemów. Gdy zorientował się, że z tej kariery nic już nie będzie, machnął Wojciech Fibak ręką na ten cały sport i postanowił zaangażować się w handel sztuką.

       Z czasów, kiedy Fibak odgrywał jako taką rolę w światowym tenisie w jego historii pozostało wiele nazwisk, takich jak McEnroe, Borg, Villas, Becker, Lendl, Sampras, Connors, Agassi... można wymieniać. Fibak pozostał w historii dyscypliny gdzieś na poziomie Okkera, Orantesa, czy Jana Kodesa.

        Przez wiele lat o Fibaku nic nie było słychać aż bodajże do roku 2013, kiedy to tygodnik „Wprost” zarzucił mu, że przez pewien czas trudnił się stręczycielstwem, sprzedając jakimś bogatym starcom, swoim znajomym z branży handlu sztuką młodziutkie dziewczyny. Fibakowi nigdy nic nie udowodniono, natomiast on sam na wszelki wypadek wyjechał z kraju i, jak się nagle okazuje, wrócił i promuje swoją książkę o sobie i swoich rzekomych sportowych i towarzyskich sukcesach. Wywiad dla portalu sport.pl jest, jak wspomniałem, bardzo obszerny, a ja tu tylko zacytuję parę fragmentów doskonale obrazujących z czym mamy do czynienia.

O planach na książkę: „Mnie namawiały nawet największe wydawnictwa z USA. Nie miałem czasu, zawsze pędziłem”;

O Djokovicu: „Jesteśmy na US Open 2013. Jestem praktycznie głównym trenerem Novaka Djokovicia, bo Marian Vajda wezwał mnie na pomoc i dał mi pełną swobodę”; 

„Mogłaby to zdradzić tylko Serena Williams, bo z Novakiem rozmawiałem w jej obecności. Serena gimnastykowała się obok nas i przybierała coraz dziwniejsze pozy. W końcu całkiem przestała ćwiczyć i coraz uważniej przysłuchiwała się naszej rozmowie”;

„Później zadzwonił jeszcze menedżer Novaka, zaproponował mi klasę biznes w Air France, bo moje ukochane concordy już nie latały. Wie pan, że ja nimi leciałem ponad 100 razy w życiu? W czasie tych lotów ucinałem sobie pogawędki m.in. z prezydentem Richardem Nixonem i z Luciano Pavarottim. Ale obóz Djokovicia przygotował mi świetną ofertę - najlepsze loty, najlepsze hotele i bonusy od nagród wywalczonych przez Novaka na korcie. Proszę uwierzyć, że to były potężne bonusy”;

„Około roku 2008, zaprosiłem Novaka na lunch na plaży w Monte Carlo i wytłumaczyłem, że musi grać tenis bardziej ofensywny, że musi prowadzić grę, a nie stosować stylu zachowawczego i nie czekać tylko na błędy przeciwnika. Wtedy nastąpił przełom w jego grze. Narodził się nowy Djoković”; 

O Johnie McEnroe: „Ja i John oczywiście jesteśmy kolegami. Wprowadziłem go w świat sztuki, dzięki mnie został kolekcjonerem. Inwestycje w obrazy, choćby Jean-Michela Basquiata, przyniosły mu potężne miliony”;

O swojej pozycji gwiazdy polskiego sportu: „Gdyby w 1976 roku nie było igrzysk olimpijskich w Montrealu ze wspaniałymi wynikami Polaków, to pewnie bym plebiscyt wygrał. Jacek Wszoła przebił mnie naprawdę minimalną liczbą punktów. I pytany o sportowego idola powiedział, że jest nim Wojtek Fibak, co mnie bardzo wzruszyło. Proszę zauważyć, że za mną znaleźli się złoci medaliści Ślusarski, Pyciak-Peciak, siatkarze. Gdy wracałem do Polski, to celnicy na lotniskach, taksówkarze czy recepcjoniści w hotelach powtarzali: ‘panie Wojtku, dziękuję, że pan pokazał, że Polak potrafi’. Wielkie wrażenie na ludziach wywierało to, że zostałem jednym z najlepszych w świecie zawodowców”.

O Kirku Douglasie: „Manolo chciał zejść z kortu, praktycznie się poddał. Wielki tenisista, zwycięzca US Open 1975, już nie miał ochoty na grę, bo młokos z Polski dawał mu lekcję. Niestety, organizatorzy wpadli na pomysł urozmaicenia sytuacji. W przerwie przy wyniku 4:1 w tej największej na świecie hali wypełnionej kibicami odnaleziony został Kirk Douglas i z aktorską sławą przeprowadzono wywiad transmitowany na wielkich ekranach. Problem w tym, że ja i Orantes to widzieliśmy i słyszeliśmy. ‘The Times’ pisał, że to była największa kontrowersja w historii tenisa. Douglas i jego żona już mi pogratulowali zwycięstwa, a do Orantesa zwrócili się ze słowami pocieszenia. Mówili, że tym razem nie wygrał, ale i tak jest świetny, że pięknie gra w tenisa, a w końcu, że może jednak jeszcze powalczy, bo nigdy się nie poddaje. Manolo na nich spojrzał, uśmiechnął się i zupełnie innym, energicznym krokiem wszedł na kort. Zaczął nieprawdopodobnie walczyć. Z 4:1 szybko zrobiło się 5:5. Przy 5:3 i 30:15 pechowo pękły mi struny w rakiecie. Przegrałem tego seta w tie-breaku. W piątym secie już nie miałem siły walczyć z tak pobudzonym przeciwnikiem. Przegrałem 1:6. Czułem zmęczenie z całego roku”;

O swojej drodze do sławy: „Jeszcze wtedy nie znałem się ani z Kirkiem Douglasem, ani z Robertem De Niro, z którym się później bardzo zaprzyjaźniłem, ani z Erikiem Claptonem, ani z nikim bardzo znanym z tego artystycznego świata. Wtedy byłem bardzo dumny z przyjaźni z artystami i zarazem moimi kibicami Danielem Olbrychskim, Aliną Janowską, Janem Englertem, Wojtkiem Gąsowskim czy Gustawem Holoubkiem. I z Ulą Dudziak, Michałem Urbaniakiem, Januszem Głowackim, Ryszardem Horowitzem, czyli przyjaciółmi z Nowego Jorku. Wielkie światowe gwiazdy odkryły mnie trochę później”;

O Hugh Grancie: „Ze swoją ówczesną partnerką, znaną aktorką Liz Hurley, często bywali moimi gośćmi, a nawet się zdarzało, że do mojego XVIII-wiecznego pałacyku w Lasku Bulońskim [sic!] przyjeżdżali, kiedy byłem w Nowym Jorku. Hugh na moim rowerze jeździł na targ po najlepsze sery, szynki i owoce. Ojciec Liz lubił po cichutku zakradać się na dół po skrzypiących, drewnianych schodach. Stawał przy otwartej lodówce i podjadał”;

O Janie Pawle II: „W rozmowie od razu okazało się, że papież bardzo się interesuje tenisem, że zna wszystkich moich rywali. Nagle zaproponował, żebyśmy poszli zobaczyć kort trawiasty na terenie Watykanu. Okazało się, że jest trochę zaniedbany. Ojciec święty powiedział, że wszystko zostanie doprowadzone do porządku i następnym razem, gdy będę w Rzymie, zagramy. Z typowym dla siebie poczuciem humoru żartował, że chce się sprawdzić z najlepszym Polakiem. Kiedy po powrocie na korty Foro Italico o tym opowiedziałem mediom, to rwetes się zrobił na cały świat. Ta wiadomość była ważniejsza niż regularne doniesienia o wynikach”.

        I tak to opowiada o sobie Wojciech Fibak, zachęcając nas oczywiście do tego, byśmy sobie kupili jego najnowsza książkę, bo tam takich historii, jak zapewnia, będzie dużo, dużo więcej. A jeśli ktoś się zastanawia, po ciężką cholerę, jak się tym dziwnym człowiekiem zjmuję, już tłumaczę. Otóż, jak juz wspomniałem, Wojciech Fibak w historii tenisa to gwiazda na poziomie Czecha Kodesza, czy Holendra Okkera, ale jestem pewien, że żaden z nich w życiu by nie zrobił z siebie idioty opowiadając Czechom czy Holendrom tego typu banialuki. Dlaczego? Bo oni wszyscy mieli szczęście obracać się w towarzystwie, gdzie nikt im nie wmawiał, że są częścią narodu, któremu los przypisał rolę „brzydkiej panny na wydaniu”. Nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z nich, czy to Hiszpan Orantes, czy Rumun Nastase, czy Szwed Bjork krztusili się z emocji na wspomnienie tego,  że jakiś aktor odwiedzali ich w jego XVII-wiecznym pałacyku. No ale też nie wydaje mi się by którykolwiek z nich miał też okazję, by rzucić publicznie coś takiego:

„Nigdy nie czytam komentarzy na mój temat. I wiem, że nie czytają również moi znajomi, którzy też coś w życiu osiągnęli. Nie czytamy ze względu na krzywdzący, obrzydliwy hejt, który pokazuje się między rzeczowymi opiniami. Powiem tylko tyle, że nawet tygodnik ‘Nie’ Jerzego Urbana odrzucił propozycję opublikowania tego nielegalnego, oczerniającego mnie nagrania ‘Wprostu’. Jedyną motywacją prowokatorek była chęć zysku i sławy. Dziś najbardziej żałuję, że nie oddałem sprawy do sądu”.

      No i jest jeszcze jeden powód. Otóż kiedy w roku 2010, tuż po Katastrofie Smoleńskiej, wokół Bronisława Komorowskiego budowano komitet poparcia, Fibak pojawił się tam jako jedno z głównych nazwisk. Dziś, gdy portal sport.pl pyta go o opinie w sprawie propozycji bojkotu rosyjskich i białoruskich tenisistów podczas zbliżającego sie Wimbledonu, odpowiada tak:

„Uważam, że decyzja organizatorów Wimbledonu jest niesprawiedliwa, niepotrzebna i przedwczesna. Nie można tych ludzi wykluczać tylko dlatego, że są Rosjanami. To jest przeciwko pryncypiom ATP. Nie jest to też decyzja w brytyjskim stylu, wyważonym, a wyjście przed szereg. Ofiarą rosyjskiego reżimu są przede wszystkim Ukraińcy, ale na drugim miejscu Rosjanie. I nie mam na myśli oligarchów, tylko zwykłych obywateli Rosji, których tracą pracę lub mają ograniczane prawa obywatelskie”.

       Chętnie bym w tym momencie coś dodał, ale nie wiem, czy to nie byłoby zbyt ryzykowne. W końcu są branże z którymi lepiej nie zadzierać.


 


 

 

 

 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Do Tegoconieprzepuszczażadnejokazji po prośbie

Bóg mi świadkiem, że raz w życiu poświęciłem tekst dziennikarzowi Piotrowi Skwiecińskiemu i wiedziałem, że ten jeden raz to o jeden raz za dużo. A tu tymczasem ni stąd ni z owąd okazuje się, że on się tak zaktywizował, że niewykluczone, że pod nieobecność Rafała Ziemkiewicza, który zapewne niedługo otrzyma stały kącik w „Gazecie Wyborczej”, to on właśnie będzie tu reprezentował upadek prawicowego dziennikarstwa. O co poszło? Praktycznie o jeden niedługi tekst zamieszczony w wydaniu tygodnika „Sieci” z zeszłego tygodnia, a zatytułowany „Bronię Wojciecha Fibaka”.
Zanim bardziej dokładnie napiszę, o co poszło, mała dygresja. Kupuję te nieszczęsne „Sieci” w tej chwili już tylko ze względu na moją biedną córkę, która resztkami sił wierzy, że powinniśmy się jednoczyć, jednoczyć i jeszcze raz jednoczyć, i kiedy wydawało mi się, że akurat zeszły tydzień uda się jakoś uratować, ona wręcz rzutem na taśmę, w minioną sobotę, wywalczyła to wydanie i natychmiast popędziła do czytania. Chwilę później przyszła do mnie, i poprosiła, żebym rzucił okiem i jej powiedział, czy Skwieciński robi sobie jaja, czy to, co on napisał, to na poważnie.
I to, moim zdaniem jest sytuacja ciekawa podwójnie. Jak niektórzy z nas może pamiętają, swego czasu zamieściłem tu pewien bardzo ironiczny tekst, zatytułowany „Bronię Senatora”, w którym sparodiowałem ową pamiętną, tak bardzo agresywną medialną obronę Krzysztofa Piesiewicza przed ludźmi, których jedyną winą było to, że mają ograniczone zaufanie do – przepraszam wszystkich za wyrażenie – ześwinionych autorytetów. Tamten tekst to była, jak mówię, czysta ironia, jednak tak bardzo ukryta, że na nią dał się nabrać nawet mój ukochany przyjaciel Coryllus, wówczas zaledwie znajomy z sieci. Tu natomiast mamy niemal to samo, tyle że już jak najbardziej na poważnie.
Druga rzecz jest taka, że ja bardzo niedawno, właśnie przy okazji sprawy Fibaka, zacytowałem argument wypowiadany przez Fibakowych obrońców, że Fibak organizował swoim ustosunkowanym znajomym te biedne, zdesperowane dziewczyny całkowicie bezinteresownie, wyłącznie z dobrego serca, i któryś z mniej inteligentnych komentatorów uznał te słowa za moje, i mnie wykpił, że jestem naiwny i głupi.
No i na to wszystko przychodzi moje biedne dziecko z tym nieszczęsnym Skwiecińskim i jego – tym razem w sposób oczywisty szczerą – obroną Fibaka i pyta mnie, czy to wszystko na poważnie, czy może mamy do czynienia z klasycznym, choć średnio udanym, persyflażem.
Co więc ów Skwieciński tam do nas mówi? Przede wszystkim mianowicie powinniśmy wiedzieć, że Skwieciński osobiście tenisem się kompletnie nie interesuje, a samego Fibaka ma w pogardzie – za co, tego nie wiemy – jeśli natomiast idzie o sprawę owego stręczycielstwa, jego bardzo boli nagonka, jaka szczególnie prawicowa część opinii publicznej przeciwko Fibakowi rozkręciła, i to aż z trzech względów. Przede wszystkim, jak wszyscy wiemy, Fibak za swoje usługi nie brał ani grosza i wszystko, co robił, robił z przyjaznego serca, no a poza tym, nawet jeśli coś tam było jeszcze, to on nie jest ani księdzem, ani politykiem, więc wara nam od jego grzechów, no a poza tym opinia, jakoby stręczycielstwo z reguły było czymś złym, to wymysł najbardziej radykalnego feminizmu! W końcu, skąd wiadomo, że te dziewczyny nie są bardzo ze swojego losu zadowolone?
Naprawdę. Ja nie żartuję. Skwieciński tak w istocie rzeczy pisze. Dziś już wprawdzie w kioskach leży kolejny numer tygodnika „Sieci”, tym razem z mądrościami piosenkarza Kazika, ale, o ile mi wiadomo, za marne parę złotych, Skwiecińskiego można sobie ściągnąć z netu i co trzeba, sprawdzić.
Powiem jednak szczerze, że nawet mimo tej eksplozji zgłupienia, ja bym pewnie się Skwiecińskim zasadniczo nie zajmował, gdyby nie jeden jeszcze szczegół, a mianowicie pointa tego jego głupstwa. Już na sam koniec swoich refleksji, Skwieciński pisze co następuje:
„I tu retoryczne pytanie do rozradowanych ‘kompromitacją Fibaka’ prawicowych blogerów: Czy naprawdę jest wam po drodze z takim myśleniem? Czy chcecie takiego świata?”
Gdyby ktoś miał wątpliwości, chodzi o świat, gdzie stręczycielstwo traktuje się jak występek, a stręczycielstwo w wykonaniu osób publicznych, przez wielu traktowanych jako autorytety, występek szczególny.
A zatem owa końcowa refleksja wypowiedziana przez Skwiecińskiego każe mi się dziś nim zająć. Nawet jeśli tylko po to, by mu powiedzieć tych parę słów: Odpieprz się pan ode mnie, bo jeszcze jedno słowo dostaniesz pan tak zwaną fangę w nos. Ostatnia rzecz, jaką dziś potrzebuję to umoralniające rady od jakiegoś planktonu.
A teraz, trochę na wypadek, gdyby ktoś znów mi powiedział, że mnie nie stać na jedno dobre słowo w stosunku do bliźniego swego, ale że też ten tekst jest pozbawiony porządnej pointy, chciałbym odnieść się do bardzo inspirujących przemyśleń Andrzeja Zybertowicza, zamieszczonych w tym samym numerze „Sieci”, na ten sam zresztą temat. Otóż Zybertowicz postanowił przytoczyć w znacznie szerszej niż dotychczas nam znanej wersji, znane nam dotychczas zaledwie z bardzo oszczędnych omówień, błagania Fibaka, jakie on skierował do naczelnego „Wprostu” Latkowskiego, by on się nad nim ulitował i nie ujawniał informacji o tym, czym Fibak się na codzień zajmuje. Posłuchajmy więc i tego. Przepraszam za dosłowność i ostrzegam, że młodzież małoletnia powinna pozostawać pod opieką rodziców:
„Ja współpracuję z "Wprost", zawsze byłem do dyspozycji. […] Z "Wprost" współpracuję od lat, czy ma sens coś takiego puszczać? […] Pana decyzja, ale ja bym prosił, ze względów wszystkich, że ja ogólnie jednak dużo dla Polski zrobiłem, chociaż na pewno mam jakieś wady. […] Zawsze wszystkich łączę, zawsze wszystkich przedstawiam. […] A co ja mogę zrobić, żeby to nie poszło? Obiecuję współpracę do końca życia. Jestem po prostu na pana łasce. […] No co ja mogę zrobić, że pan…? Co zaproponować? Cokolwiek pan chce, jakikolwiek inny materiał, nie wiem, może się okaże, że mogę zaproponować świat tenisowy, świat artystyczny, współpracę, wszystko. […] Zawsze byłem gotów, a teraz będę tym bardziej. Mogę jakieś specjalne rzeczy robić, będzie miło, mogę mieć jakąś kolumnę, nie będę pobierać. [...] Więc jeśli mogę pana prosić. Ja też, gdyby ktoś do mnie dzwonił, o coś prosił, to też starałbym się […]. W ogóle wszystko co pan chce, żeby tylko to nie poszło, to byłbym bardzo zobowiązany. […] Ja ze swej strony zapewniam współpracę na wszystkich frontach. Jakieś materiały, nie wiem, wyjątkowe, jakiekolwiek pan zamówi, mogę przeprowadzać na przykład jakieś wywiady dla was, naprawdę się wysilę, żeby jakoś z tego wyjść”.
Zybertowicz przytacza owe straszne, upiorne wręcz, słowa i zadaje pytanie, które oczywiście powinny się nasunąć w tej sytuacji każdemu – może jedynie z wyjątkiem Skwiecińskiego i umysłów jemu podobnych – ile tego typu rozmów prowadzonych jest dzień w dzień, w najróżniejszych zakamarkach dzisiejszej Polski? I w ilu tego typu przypadkach wszystko się kończy jakimś satysfakcjonującym dla obu stron kontraktem? Pisze, słusznie zresztą i bardzo mądrze, Zybertowicz:
„Interesuje mnie zatem nie Fibak, nie Latkowski, ale wymiar socjologiczny tego typu sytuacji”.
A ja, już na sam koniec spróbuję jednak trochę z Zybertowiczem nie tyle popolemizować, co się w pewien szczególny sposób do jego refleksji podłączyć i ją uzupełnić o coś, na co on nie zwrócił uwagi. Otóż mnie jednak chodzi o Latkowskiego. Sylwestra Latkowskiego. Takiego, jakim go znamy i tego samego, o którym sobie niejednokrotnie bardzo ciekawie myśleliśmy. Jak idzie o mnie, to ja przyznaję, że wśród osób, które dla mnie stanowią przykład obleśności wręcz modelowej, on zajmuje od zawsze miejsce pierwsze. Gdyby zdarzyło mi się w moim życiu trafić na kogoś o tego typu prezencji, szyku i ogólnej aurze, wiałbym gdzie pieprz rośnie, uważając jednocześnie, by nie zwymiotować. I oto, cokolwiek dziś o nim nie myślimy, jakkolwiek te nasze myśli nie są usprawiedliwione, z jednej strony mamy tego Latkowskiego, a z drugiej jednak Fibaka. Jednak „tego” Fibaka. I oto ów Fibak stoi przed Latkowskim, tak strasznie upodlony, i ze łzami w oczach błaga go o zmiłowanie: „Panie Sylwestrze! Co mogę zrobić?”
Zybertowicz nazywa to „matnią”. Bardzo przepraszam, ale to jest naprawdę mało powiedziane. Matnia przy tym to przedszkole, by nie powiedzieć żłobek.

Bardzo proszę pamiętać o mnie i w miarę możliwości wspierać ten blog pomocą finansową. A jeśli ktoś sam się męczy, by jakoś przezyć kolejny miesiąc, niech czasem znajdzie czas, by tu zajrzeć i z nami pobyć. Dziekuję.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wojciech Fibak - ukochane dziecko III RP

Możliwe bardzo, że są osoby, które mi w to co mówię nie uwierzą, ale, jak idzie o moje dotychczasowe i obecne życie, nie ma nic takiego, co pragnąłbym zachować w głębokiej tajemnicy. Mam tu na myśli jakiekolwiek swoje zachowanie, dzisiejsze, czy przeszłe, które mogłoby na przykład stać się celem szantażu, czy jakiejś brudnej prowokacji. Oczywiście nie będę ukrywał, że są rzeczy, których się mocno wstydzę i wolałbym ich na sumieniu nie mieć, jednak żadna z nich nie ma takiej rangi, bym mógł tu odczuwać jakikolwiek większy niepokój. Na tyle duży, bym dla ukrycia tego czy owego gotów był do jakichś większych poświęceń.
Mam jednak oczywiście swoją wyobraźnię i ona pozwala mi czasami pofantazjować, jakbym się zachowywał, gdyby moje życie ułożyło się w taki sposób, że każdy dzień stanowiłby walkę o to, by się nie wydało. By to co robię, z jednej strony, trwało jak najdłużej i przynosiło mi odpowiednie korzyści, a z drugiej, żebym zachował ten spryt, tę ostrożność, te przebiegłość, a jednocześnie tę trzeźwość umysłu, by to moje zło miało się jak najlepiej i najbezpieczniej.
Załóżmy że moja pozycja, moje pieniądze, moje towarzyskie powiązania, no i wreszcie osobiste zepsucie pozwalają mi uprawiać biznes stręczycielski na najwyższym poziomie. Wyobraźmy sobie, że ja żyję – i to żyję bardzo dobrze – dzięki temu, że starym dziadom z pieniędzmi na całym świecie dostarczam młodych dziewcząt, i że jestem w tym na tyle dobry, że nie muszę się ani ogłaszać, ani nawet jakoś szczególnie starać, by moja oferta była w odpowiednich kręgach znana i uznana.
Jak taki biznes może działać? No, mogę sobie wyobrazić. Dzwoni do mnie mój kumpel Gabriel Maciejewski i mówi: „Słuchaj. Jutro o 16.30 zgłosi się do ciebie pewna Kaśka, powoła się na mnie, jest sprawdzona. Bierz ją”. Jutro o 16.30 dostaję esemesa od jakiejś Kaśki. Co robię? Jestem ostrożny, boję się prowokacji, więc nie reaguję. Za chwilę dzwoni do mnie Gabriel i mówi: „No co jest?” Ja mu na to: „Okay. Powiedz jej, żeby jutro o 19 spotkała się ze mną w Spencerze”. Następnego dnia czekam w Spencerze, wchodzi jakaś dziewczyna, ja ją starannie oglądam, potem pytam, skąd zna Gabriela i takie tam… nieważne. Chodzi o to, że ponieważ to co robię jest nielegalne i potencjalnie dla mnie zabójcze, uważam jak cholera. Żeby nikt mnie broń Boże nie wystawił. No i tak się ten mój biznes kręci.
I oto dziś dowiaduje się ja, że Wojciech Fibak, człowiek, o którym w środowisku już podobno od pewnego czasu krążyły plotki, że on się zajmuje sutenerstwem na może nie szeroką, ale bardzo wysoką skalę, otrzymał jakiś czas temu esemesa od nieznanej sobie kobiety, że ona ma ochotę się puścić z jakimś bogatym – przepraszam przy okazji wszystkich kibiców Legii Warszawa i przede wszystkim osobiście samego zainteresowanego – staruchem, i że słyszałam, że Fibak jest jej to w stanie zorganizować, on ją zaprasza do siebie do galerii na Krakowskim Przedmieściu, w dodatku zachęca, by zechciała wpaść z koleżanką, prowadzi z nimi swobodną rozmowę, podczas której wprowadza je w najgłębsze szczegóły swojego biznesu, pozwala się od początku do końca nagrać, a kiedy się dowiaduje, że spotkała go najbardziej prymitywna dziennikarska prowokacja, zaczyna beczeć, że on prosi o litość, i że w zamian obiecuje współpracę do końca życia.
Przepraszam bardzo, ale ja tego co się stało nie rozumiem ni w ząb. Oczywiście może być tak, że Wojciech Fibak to wieczny idiota, który ostatnio, z nadmiaru pieniędzy i przez przebywanie w towarzystwie sobie podobnych, zgłupiał jeszcze bardziej i stąd to wszystko. Może się też okazać, że ta prowokacja była przygotowana na tak wysokim poziomie, że na nią dałby się nabrać nie tylko Fibak, ale nawet ktoś od niego nieskończenie bardziej inteligentny i ostrożny. Może wreszcie się niedługo dowiemy, że to wszystko jest zwykły dziennikarski humbug, nie wart nawet splunięcia i to, że ja dziś to wszystko tak starannie rozważam, to wstyd przede wszystkim dla mnie. I, powiem uczciwie, że tę ostatnią opcję biorę pod uwagę szczególnie mocno. Zwłaszcza gdy sobie uświadomię, kto jest redaktorem naczelnym „Wprostu”, który to wszystko przeprowadził.
Myślę jednak, że oni go faktycznie przyłapali, a w związku z tym, wciąż powraca pytanie, czemu on się dał tak fatalnie podejść. Czy to przez to, że on durny, czy że ten Latkowski taki sprytny? Otóż mam na ten temat pewną teorię, którą chciałem się tu podzielić. Moim zdaniem, ani Fibak nie jest taki głupi, ani Latkowski taki chytry. Rzecz najprawdopodobniej polega na tym, że Wojciech Fibak, kiedyś wybitny tenisista, a dziś tak zwany alfons, padł ofiarą świata, w którym przyszło mu żyć, a więc świata, gdzie zarówno występek, jak i bezkarność są na tyle codziennością, że nikt nawet się na jednym i nad drugim nie ma czasu zastanawiać. Mam bardzo mocne przeświadczenie, że gdyby Fibakowi ktoś jeszcze pół roku temu powiedział, że to jego alfonsowanie jest złe i niemoralne, on by najpierw nie zrozumiał, o co chodzi, a potem zacząłby ziewać. A gdyby ktoś, z czyim zdaniem on się liczy, bo przecież nie ja, go przestrzegł, że to się może dla niego źle skończyć, on by najpierw wybuchnął śmiechem, a potem zadzwonił do swojego kumpla Kulczyka i mu to wszystko opowiedział, jako bardzo zabawną anegdotę.
Rzecz w tym, że jakkolwiek osobiście durny i pozbawiony zarówno wyobraźni, jak i instynktu samozachowawczego, jest Wojciech Fibak, to nie on jest tu największym winowajcą. To dzisiejsza Polska, a więc kraj, gdzie pewnej ściśle określonej części społeczeństwa wolno wszystko i nikomu nic do tego, ponosi jako pierwsza odpowiedzialność za ten wstyd. A piszę to wszystko, skromnie przyznając, że prawdopodobnie to, co mi się w tej chwili w głowie zaczyna układać, to i tak nawet nie ułamek tego, z czym mamy do czynienia w rzeczywistości.
Na koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie. Czemu oni postanowili się wziąć akurat za Fibaka? Cóż on im takiego złego zrobił, że oni nagle okazali się tacy złośliwi i bezwzględni? W końcu, nie oszukujmy się – kim jest, ewentualnie, kim nie jest, ten Latkowski, byśmy mieli go podejrzewać o to, że on robi to, co mu przyjdzie do jego pustej głowy? Otóż tego prawdopodobnie się nie dowiemy nigdy. I nie musimy się tym jakoś szczególnie martwić. Jest mnóstwo zagadek znacznie ciekawszych. Próbujmy sobie radzić z nimi.

Nie wiem, czy świadomość tego faktu jest tu powszechna, czy jej akurat nie ma w ogóle, ale faktem jest, że od dłuższego czasu wsparcie dla tego bloga z jakiegoś powodu ostatnio praktycznie ustało. Jeśli ktoś sądzi, że my sobie bez niego radzimy, ma tylko częściowo rację. Owszem, radzimy sobie w tym sensie, że – jak widać – żyjemy. Ale na tym koniec. Bardzo więc proszę o to wsparcie. Jeszcze może przez przyszły rok. To powinno wystarczyć. Przepraszam za obcesowość i dziękuję.


niedziela, 23 stycznia 2011

Gdy System założył kastet

Właśnie dotarły do mnie, jedna po drugiej, dwie powiązane ze sobą informacje – mimo naszych wydawałoby się i tak za dużych doświadczeń – niezwykle poruszające. Przede wszystkim, jak się okazuje, Agnieszka i Urszula Radwańskie, polskie tenisistki o pewnej pozycji w światowym rankingu, na swojej stronie internetowej zamieściły link do filmu Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej ‘Mgła’. Obok linku, siostry zamieściły oświadczenie, w którym, krótko mówiąc, potępiają moskiewski raport na temat przyczyn katastrofy i apelują do polskiego rządu o skuteczne działanie. Piszą Radwańskie tak:
„Oświadczamy, że rzucanie niepopartych dowodami insynuacji wobec osób zmarłych jest niezgodne z zasadami cywilizacji zachodniej, do której należymy. Potępiamy brak szybkiej i adekwatnej reakcji władz polskich na hańbiące potwarze wobec żołnierzy Wojska Polskiego, rzucone bez dowodów przez MAK w ostatecznym Raporcie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154M ‘101’."
I to jest pierwsza ze wspomnianych informacji, które mnie tak bardzo poruszyły. Druga natomiast to taka, że postępek teistek spotkał się z natychmiastową reakcją Systemu na wszystkich możliwych poziomach. Otóż najpierw, jak się zdaje, zareagował Internet. Na portalu o nazwie Pardon, na który przypadkiem wszedłem w poszukiwaniu dokładniejszych informacji, a który, z tego co widzę, stanowi jedną z delegatur Systemu w Sieci, opublikowano zdjęcie jednej z tenisistek w jakimś nieudanym zagraniu i podpis informujący, że Radwańska to ślamazara. Dziś nareszcie odezwała się Gazeta Wyborcza i ustami Wojciecha Fibaka ogłosiła, że Radwańskie to wieśniary. Jak znam życie i to towarzystwo, mogę się spodziewać, ze jutro konsekwentnie dowiemy się oficjalnie, że one były zawsze brzydkie i głupie.
Oczywiście, wydarzenie to, z pewnego punktu widzenia, jest w ogóle nieistotne. Oczywiście, same Radwańskie powinny się przygotować na najgorsze, lub ewentualnie posypać głowy popiołem i wyznać, że one nie wiedziały jaka jest sytuacja i czego owa sytuacja wymaga od wszystkich, a już zwłaszcza od osób mających ambicje, by być na świeczniku. Natomiast ludzie doświadczeni i pamiętliwi, a więc tacy jak choćby my tutaj, świetnie wiedzą, co grozi w Polsce rządzonej przez bezwzględnych terrorystów każdemu, kto zaryzykuje własne zdanie. Nawet tu, na tym naszym blogu, wielokrotnie pokazywaliśmy, jak niewiele trzeba, by zostać gwiazdą i jak jeszcze mniej trzeba, by zostać przez System sprowadzonym do pozycji zwykłego śmiecia. Nawet tu, na tym blogu, wielokrotnie wręcz dokumentowaliśmy mechanizm, jaki sprawia, że karzące ramię Systemu, jak idzie o wyłapywanie najmniejszej nieprawomyślności, jest wręcz sterowane komputerowo. A więc, należy się spodziewać, że wielu z nas, słysząc informację o tym, co się przytrafiło siostrom Radwańskim, jedynie wzruszy ramionami i pożyczy im wytrwałości na nowej drodze życia.
Bo oto właśnie przed nimi rozpoczyna się autentycznie nowa droga ich życia. System jest w stanie wybaczyć nam, przedstawicielom motłochu, to co na co dzień wyprawiamy, i jeśli gdziekolwiek nam coś grozi – czy to nieprzyjemności w środowisku, czy choćby utrata pracy – tu akurat odpowiednie narzędzia przekazuje się w ręce ludu. Nasi współpracownicy, klienci, sąsiedzi, co trzeba załatwią. Może na łaskawość Systemu liczyć również ktoś bardziej popularny, jak na przykład bokser Adamek, który jednak – właśnie jako bokser, a więc przedstawiciel sztuki plebejskiej – ma większe pole manewru. Reszta, albo przyjmuje warunki, albo jest systematycznie wykańczana., czy to przez medialny czy już bardziej instytucjonalny bojkot. Niedawno na przykład słyszałem, że taka Antonina Krzysztoń, przez sam fakt poparcia w wyborach Jarosława Kaczyńskiego, z dnia na dzień straciła 80% swoich dochodów.
Radwańskie mają jednak znacznie gorzej. One wprawdzie są zawodowcami, finansowo w ogromnym stopniu niezależnymi i zabezpieczonymi, natomiast przez fakt, że operują w domenie, którą ludzie Sytemu częstokrotnie traktują jako swój teren i swoje źródło codziennej przyjemności, mają wobec Systemu pewne niepisane i często nawet nieuświadomione zobowiązania. Więc, mimo że ta banda gangsterów pozornie nie ma do nich bezpośredniego dostępu, i jedyne co może robić, to je brutalnie w swoich telewizjach, gazetach i na salonach obrażać, jest coś jeszcze, o czym należy pamiętać, a co oni są zawsze chętni, by wykorzystać. A zatem, mogę sobie świetnie wyobrazić, że poza robieniem wspomnianych uwag o tym, że one są brzydkie, System może wydelegować takiego Wojciecha Fibaka – który tak nawiasem już wcześniej nie raz udowodnił, że swoje obowiązki traktuje jak najbardziej poważnie – by powiedział swoim kumplom w tenisowym świecie, że Radwańskie to na przykład znane antysemitki. A on to wie, bo coś tam kiedyś słyszał, a poza tym i tak wszyscy o tym wiedzą. I one wtedy zobaczą, jak to jest, gdy nagle zaczną tracić przyjaciół. Na przykład.
Albo sama Gazeta Wyborcza przez swoje międzynarodowe kontakty poinformuje francuskich, czy szwedzkich, czy cholera wie jakich dziennikarzy, że one nie tylko są antysemitkami, ale również znanymi faszystkami. Albo że ich ojciec to znany aferzysta. Albo że one noszą futra z zamordowanych wcześniej zwierząt. Albo wszystko jedno co, byleby tylko zrobić wokół niech odpowiednią atmosferę, a w efekcie tak zniszczyć ich towarzyską reputację, b y się nie pozbierały. Przecież oni wiedzą świetnie, jak się to robi. Dla niech to szczegół. W końcu mają wieloletnią praktykę.
A więc to wszystko my tu każdego dnia od rana do wieczora wiemy doskonale. Nas już nic nie zaskoczy. Natomiast, jak się okazuje, Agnieszka i Urszula Radwańskie albo tego nie wiedziały, albo zwyczajnie ten fakt zlekceważyły. Mają więc jeszcze czas się wycofać, co oczywiście przyjmę z bólem, ale i z pełnym zrozumieniem. W końcu tu nie chodzi o naszą satysfakcję, choćby nie wiadomo jak zasłużoną, ale o życie. Poza tym wszystko to co one już zrobiły i cokolwiek jeszcze im się przydarzy, i tak już będzie nam służyło jako cenne świadectwo. Natomiast, mimo że jesteśmy tak strasznie mądrzy i świadomi, chciałbym prosić, żebyśmy jednak i przy tej okazji, zapamiętali jedno. Kiedy wreszcie przyjdzie czas rozliczeń, nie wolno się będzie wahać. Ani wahać, ani bać, ani litować, ani wdawać w jakiekolwiek dyskusje. Będziemy stali wobec tego kłębiącego się strachu z podniesionym czołem, ślepi i głusi na wszelkie argumenty. A więc dokładnie tacy sami, jak oni widzą nas dziś. Tyle że wtedy dopiero zobaczą, jak bardzo się mylili. I jak wielkimi byli optymistami.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...