Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Zawisza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Zawisza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 kwietnia 2021

Zielony Zawisza kontratakuje

 

         Dziś jest już mi bardzo trudno powiedzieć, kiedy to było, a nie mam ochoty przeprowadzać tu jakiejkolwiek kwerendy, faktem jest jednak że jakieś dziesięć może lat temu napisał do mnie pewien człowiek z Lublina – którego nazwiska również dziś już nie pamiętam – i opowiedział mi swoją historię o tym, jak to w jakimś momencie swojego życia postanowił uruchomić biznes, którego natury również dziś już nie pamiętam, i został niemal w jednej chwili wykończony przez nieznane sobie interesy, i to wykończony do tego stopnia, że stracił dokładnie wszystko co miał, poza sprawą sądową. Czemu ów człowiek zwrócił się ze swoim problemem akurat do mnie? Otóż, jak sądzę, pierwszym powodem owej decyzji było to, że głównym kontaktem z tamtej strony, z jakim on miał do czynienia, był znany nam skądinąd były poseł niesławny Artur Zawisza, no a skoro przed nami staje człowiek pobożny o poglądach prawicowych, to gdzie lepiej uderzyć niż na mój blog?

        Ponieważ historia opowiedziana mi przez człowieka z Lublina zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, postanowiłem całą sprawę opisać, i to nie tylko tu na moim blogu, ale również w osobnym tekście opublikowanym w „Warszawskiej Gazecie”. Jako że sprawa robiła faktycznie wrażenie czegoś bardzo poważnego, „Warszawska Gazeta” nie dość że opublikowała samą relację z owego przekrętu, ale również zwróciła się z prośbą o komentarz do samego Artura Zawiszy, który odpowiedzi co ciekawe jak najbardziej udzielił, oczywiście wszystkiemu zaprzeczając, a przy okazji powiedział coś, co gdy chodzi o niego akurat zapamiętam do końca życia, a mianowicie: „Papista każe zarabiać (‘Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna’) i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę”.

        Jak się cała sprawa rozwinęła dalej, tego już niestety nie wiem, tyle że w pewnym momencie, o ile pamiętam, człowiek z Lublina przysłał mi maila, w którym poinformował mnie, że w sądzie sprawy idą w dobrym kierunku, no i na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, po tych wszystkich latach, ledwie co wczoraj, otrzymałem maila od niejakiej Eweliny Tadrzak reprezentującej kancelarię Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy, która „działając w imieniu Green Energy Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie oraz Pana Artura Zawiszy [wzywa mnie] do natychmiastowego zaprzestania rozpowszechniania jakichkolwiek informacji lub spekulacji na temat moich Mocodawców naruszających ich dobra osobiste, w postaci dobrego imienia, renomy, niezwłocznego, nie później niż w terminie 24 godzin od chwili doręczenia niniejszego wezwania, usunięcia Artykułu oraz wszelkich linków, mirrorów, podstron oraz podobnych publikacji zawierających nieścisłe i nieprawdziwe informacje dotyczące moich Mocodawców”, a dalej już samo najciekawsze, gdzie wzywa się mnie do „natychmiastowego, nie później niż w terminie 3 dni od momentu doręczenia niniejszego wezwania, opublikowania oraz utrzymania przez nieprzerwany okres 30 dni od dnia opublikowania, na stronie głównej Portalu w ramce o rozmiarze nie mniejszym niż 500x500 pixeli (px), na białym tle, czarną czcionką Times New Roman 12, z co najmniej pojedynczą interlinią, w górnej części wymienionej strony, w sposób umożliwiający zapoznanie się z tekstem wyjaśnienia niezwłocznie po otwarciu strony internetowej, z wyłączoną możliwością komentowania niniejszego tekstu oświadczenia, bez zastosowania jakichkolwiek zabiegów umniejszających znaczenie, rangę i powagę tekstu, oświadczenia następującej treści:”. No i tu następuje tekst oświadczenia: „Ja, niżej podpisany Krzysztof ‘Toyah’ Osiejuk przepraszam...”, no i dalej już tak jak można się domyślać.

       A ja w tym momencie przypominam sobie jak to może z pięć lat temu banda satanistów zaplanowała sobie urządzić artystyczne wydarzenie z wykorzystaniem paru krakowskich kościołów, a ja odpowiednio wcześnie tu na blogu zareagowałem, o wszystkim poinformowałem krakowską kurię i cały projekt został zduszony w zarodku. Pamiętam do dziś owo poruszenie, tak wielkie, że o tym blogu pisano nawet w „Los Angeles Times”, „New York Timesie” oraz „Guardianie”, nie wspominając o lokalnych mediach, takich jak „Gazeta Wyborcza”, a ja po pewnym czasie drogą e-mailową otrzymałem od organizatorów festiwalu informację, że jeśli natychmiast na konto fundacji imienia księdza Józefa Tischnera nie wpłacę 12 tys, zł., to spotkają mnie znacznie poważniejsze kłopoty, już ściśle prawne. W odpowiedzi na ów e-mail wysłałem tym dziwnym ludziom jedynie następujący tekst:

„Sancte Michael Archangele,
defende nos in proelio;
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur:
tuque, Princeps militiae Caelestis,
satanam aliosque spiritus malignos,
qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo divina virtute in infernum detrude.
Amen”.

        I w tym momencie kontakt się urwał.

        Przyznaję, że nie wiem, kim tak naprawdę jest ta cała Ewelina Tadrzak, ale zakładam, że to jest miła i skromna osoba, która pracuje jak my wszyscy, by wykarmić dzieci i siebie. Podobnie, nie mam bladego pojęcia, co to takiego owa Zielona Energia i kto tym kręci. Natomiast doskonale się orientuję w kwestii Artura Zawiszy i to jemu dziś dedykuję słowa owego egzorcyzmu, z informacją dodatkową, że poza tym nie mam już nic więcej do powiedzenia.



wtorek, 29 października 2019

Zielony Zawisza, czyli biznes jak Pan Bóg przykazał - repryza


Ponieważ ostatnio, w tych i tak bardzo ciekawych czasach, jak ów zaćpany Filip, wyskoczył nam na scenę niegdysiejszy Artur Zawisza, uważam, że wszystkie informacje na jego temat, jakie przy okazji tych jego wybryków już uzyskaliśmy, a niewykluczone, że jeszcze uzyskamy, powinienem uzupełnić swoim tekstem jeszcze sprzed ośmiu lat, a dotyczącym czegoś co nigdy nie przestaje być aktualne. Podkreślam: nigdy. I uważam, że nie zaszkodzi też zaapelować do każdego z nas, byśmy to co się wtedy stało mieli zawsze na uwadze, ile razy będziemy dumać nad różnymi wydarzeniami, które nas jeszcze nie raz zaciekawią. Przed nami Zielony Artur we własnej osobie.


      Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
      Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez wspomnianego Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ, nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
      I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
      Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawianie, a później warszawian spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
      Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy, i jako nowi właściciele zaczęli prowadzić już dalsze interesy. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, tu również wszystko odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010 r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010 r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą: Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
      Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
      I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
      Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
      I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił w pewnym wywiadzie Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z tą polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni zowąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
      No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
      Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.


SUPLEMENT

      Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety”, do której ten tekst wysłałem, przed jego publikacją, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w „Warszawskiej Gazecie” – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
      Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
      I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a Artura Zawiszę z towarzystwa, na którym zdarza mi się niekiedy zawiesić oko i ucho, pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, gdy zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

No i nie wyłączyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że chciałbym bardzo dziś wyrazić nadzieję, że on w końcu pójdzie siedzieć. Jeśli nie za wspomniany przekręt, to za tę rowerzystkę. Nic nie szkodzi, w końcu Al Capone też wsadzili pod pretekstem przestępstw podatkowych.




niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

czwartek, 7 sierpnia 2014

O tym jak transwestyta Rafalala i naukowiec Hartman zabrali nam amulety

Miałem dziś do wyboru dwa tematy, podjęcie których, ze względu na nędzę, która je wypuściła w świat, mogłoby mieć dla mnie skutki, moim zdaniem wręcz kompromitujące. Mam tu na myśli – w kolejności, w jakiej się pojawiały – wspólne występy w reżimowych telewizjach TVN24 i Polsat najpierw polskiego polityka konserwatywnego Jacka Żelka, a następnie patrioty Artura Zawiszy w towarzystwie transwestyty o imieniu Rafalala, oraz list satanisty Jana Hartmana do księdza Lemańskiego.
Mam nadzieję, że już czytelnicy tego bloga wiedzą, dlaczego zajmowanie się tymi tematami niesie groźbę kompromitacji. Ja to oczywiście rozumiem, a mimo to mam wrażenie, że w obu tych wydarzeniach jest coś głęboko ukrytego, co je bardzo ściśle łączy i co, w odróżnieniu od samego tematu, niesie dla nas wiadomość jak najbardziej poważną. I to właśnie sprawia, że nie dość, że muszę tu jednak głos zabrać, to jeszcze przede wszystkim nie w sprawie rozmowy Kusego z Plebanem, ale konfrontacji Rafalali z polską myślą konserwatywną. A więc zaczynajmy.
Sprawa między Hartmanem a Lemańskim, jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Niedawno, podczas parodniowego pobytu w Przemyślu, wpadła mi w ręce lokalna gazeta, a w niej artykuł o pewnym miejscowym księdzu-egzorcyście, który otrzymuje esemesy ewidentnie pisane ręką Złego. Sam artykuł jest oczywiście napisany dość lekko, z pewnym przymrużeniem oka, natomiast sama już treść owych esemesów robi wrażenie jednoznaczne. One wszystkie pisane są przy pomocy takiej poetyki, że dla kogoś takiego przynajmniej jak ja, czy moja córka, z którą się oczywiście odpowiednio skonsultowałem, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że za nimi stoi nie człowiek. Przy tym to, co się w nich nieustannie powtarza, to zaimek „my”, głównie w przekazie typu: „ona jest nasza”, „przyjdziemy po ciebie” i takie tam. I oto czytam list Hartmana do Księdza, a tam na samym już końcu, po tych wszystkich retorycznych popisach na temat tego, co jest dobre, a co złe, pada to zdanie: „Niech Pan do nas wraca! Wraca, mówię, bo tak naprawdę należy Pan do nas. Czekamy na Pana!”. Ja oczywiście nie umiem powiedzieć, czy profesor Hartman wypowiadając te słowa postępował zupełnie samodzielnie, częściowo samodzielnie, czy całkowicie niesamodzielnie, to jednak jest bez znaczenia. Wystarczy poczytać fragmenty owych esemesów wysyłanych do wspomnianego wcześniej księdza-egzorcysty, by zobaczyć, że to jest dokładnie ta sama kosmata ręka. Tak jak to już napisałem w jednym z wczorajszych komentarzy, sytuacja jest na tyle jednoznaczna, że na miejscu księdza Lemańskiego już bym pędził do spowiedzi, tyle że, jak się obawiam, on już jest po tamtej stronie i tam zostanie.
Tyle więc o tych dwóch. Popatrzmy teraz zatem na transwestytę Rafalalę i naszych dwóch bohaterów. Poszło o to, że ów Rafalala parę dni temu dał w pysk jakiemuś agentowi nieruchomości, w nagrodę za co trafił – Rafalala, nie agent – do mediów, a przy okazji, by dla Rafalali stworzyć odpowiednie tło, swoją szansę reaktywacji otrzymali dwaj prawicowi politycy Artur Zawisza i Jacek Żelek.
Tak się złożyło, że obejrzałem fragmenty obu występów, a więc konfrontacji z Rafalalą zarówno Żelka, jak i Zawiszy, i to co mnie uderzyło najbardziej to to, że ani jeden ani drugi nie znalazł w sobie dość odwagi, by temu Rafalali spojrzeć w oczy – „odejrzeć mu się”, jakby to określił Norwid. Zarówno jeden, jak i drugi rozmawiali z tym nieszczęśnikiem niemal odwróceni do niego tyłem, tak jakby się bali, że jedno jego spojrzenie sprawi, że oni stracą rezon, albo się co najmniej zarumienią i kamery to pokażą. Scena ta była tym bardziej przejmująca, że Rafalala za każdym razem gapił się w nich bez żadnej litości, bez cienia strachu, czy wstydu, zwracał się do nich bezpośrednio, a kiedy czekał na odpowiedź, której tak naprawdę nie było, jego spojrzenie stawało się tym bardziej intensywne. On ich najzwyczajniej w świecie zaczarował.
Co więcej, ani jeden ani drugi nie znalazł żadnego sposobu, by się do owego Rafalali zwrócić bezpośrednio, bo zwyczajnie nie wiedział, czy ma do niego mówić per pan, czy pani. A więc nie odzywał się w ogóle, jakby się bał, że za pana obrazi się na niego Diabeł, a za panią Bóg. I to jest moment, kiedy wszystko nagle zaczyna się robić naprawdę poważne. Oto Artur Zawisza – o Żelku nie ma co mówić, bo ten już tylko tam siedział i zawstydzony popiskiwał – w pewnym momencie, jakby nie znajdując wyjścia z tej sytuacji, zaczął wymyślać na Rafalalę, że on jest „męską dziwką”, a na prowadzącą program cizię, że to skandal, że ona go zaprosiła do studia i każe mu się konfrontować z „tym czymś”. Rafalala oczywiście natychmiast chlusnął Zawiszy w twarz tą kawą, czy może herbatą, co Zawiszę doprowadziło do takiego szału, że, poza wykrzykiwaniem obelg pod adresem tej „męskiej dziwki”, on już nie potrafił powiedzieć nic… a dalej, przyznaję, już nie oglądałem, bo, szczerze powiedziawszy, miałem dość.
O Arturze Zawiszy mogę powiedzieć wiele, ale jedno chyba jest jasne: jest to człowiek pobożny. Z tego co słyszę, on nawet u siebie w domu, tuż przy drzwiach wejściowych, ma dzban ze święconą wodą. I teraz ja mam rozumieć, że człowiek o takiej wierze tak się przeraził kontaktu z transwestytą Rafalalą, że z tego strachu najpierw go sparaliżowało, a następnie zwariował? Co mu przeszkadzało – skoro już w pierwszej kolejności zgodził się przyjąć to zaproszenie do Polsatu – spojrzeć transwestycie prosto w oczy i powiedzieć, że niech się pan na mnie nie gniewa, ale zwracając się do pana, nie będę używał formy „pani”, bo zwyczajnie mi nie wypada? Co mu przeszkadzało, by temu Rafalali cały czas patrzeć prosto w oczy i dawać świadectwo Prawdzie? Co mu wreszcie przeszkadzało, by – skoro dziś już wszystko musi być tak bardzo medialnie ekscytujące – idąc do studia, zabrać ze sobą do studia buteleczkę z tą swoją wodą święconą, Rafalalę popryskać, wołając „Apage Satanas!” i czekając, aż parę kropel tej wody spadnie na prowadząca program lalunię, a potem już tylko przez chwilę popatrzeć, jak tych dwoje wiruje po studio wrzeszcząc z bólu, by następnie skłonić się do kamery i wyjść rzucając przez ramię staropolskie „z Bogiem”. Ja bym oczywiście tak zrobił. Zawisza zdecydował się sfajdać ze strachu. I mamy to co mamy.
Ktoś mnie spyta, jaka dla nas płynie nauka z tego wydarzenia, co my z tego wszystkiego mamy – z listu Hatmana do Księdza i z owego przerażania, jakie ogarnęło Artura Zawiszę na widok zła? Otóż nauka jest jedna i mam wrażenie, że tak naprawdę wciąż ta sama, co wynikająca z tekstu wczorajszego: nie pozwólmy sobie wyjąć z ręki tego sztandaru, a z szyi zerwać amuletów. Bez jednego i drugiego jesteśmy całkowicie samotni i bezradni. Bez tych znaków wpadamy do Krainy Grzybów i stajemy się dokładnie tacy sami, jak oni. Myślę, że dobrze się stało, że zarówno ksiądz Lemański, jak i Artur Zawisza, ludzie, jak by nie było, tak jak my, Kościoła, nam to właśnie tak skutecznie zademonstrowali.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod bardzo adekwatnym adresem www.coryllus.pl trwają niezwykłe promocje. Zapraszam, i ze względu na niego i na siebie. Jedfnocześnie, bardzo gorąco prosze wszystkich o łaskawe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 10 stycznia 2012

Jak zbaranieć demokratycznie

Nie wiem, czy wszyscy wciąż to jeszcze pamiętają, a więc dla pewności przypomnę. Otóż jakiś czas temu, na „Nowym Ekranie” pojawił się poseł Artur Zawisza i zaczął blogować. Nie wiem, czy ten jego blog jest wciąż aktywny, czy może w międzyczasie interesy skierowały Zawiszę do innych zadań, w każdym razie owo wejście było niezwykle spektakularne. Mówiąc „spektakularne”, absolutnie nie mam na myśli treści owego pierwszego wpisu, bo ta akurat ograniczała się do jednego wyłącznie zdania: „Do boju!” Spektakularny natomiast był styl tego wezwania. Artur Zawisza, stawiając się na „Nowym Ekranie”, wygłosił fantastycznie pustą orację, która, gdyby ktoś chciał ogłosić konkurs na parodię mowy patriotycznej – tekst Zawiszy wygrałby tę konkurencję w cuglach. We wspomnianym tekście nie było jednego zdania, które możnaby uznać za poważne i refleksyjne. To był wyłącznie jakiś przerażający bełkot, połączony z cytatami z mistrzów polskiej literatury historycznej. A więc mieliśmy tam wszystko: sztandary z wyszywanymi orłami, białe szaty polskich świętych, czerwoną krew męczenników… no i na tym tle samego Czarnego Zawiszę.
Sam tekst i przyjęcie z jakim się spotkał Zawisza boleśnie mnie zaszokowały. Wydawałoby się, że każdy w miarę przytomny obywatel, spotykając na swojej drodze kogoś takiego jak Artur Zawisza, powinien wykazać minimum dystansu i przynajmniej dać mu się wypowiedzieć na poziomie konkretów, a nie jakiejś najtańszej retoryki spod latarni, i że ktoś taki jak Artur Zawisza powinien się naprawdę znacznie bardziej napracować, by zdobyć sobie serca polskich patriotów, niż przyjść pod ich okno i pomachać kawałkiem szmaty z jakimś nabazgranym ptaszydłem. Tymczasem, przynajmniej w pierwszym momencie, zdecydowana większość komentarzy pod notką Zawiszy zaczynała się od słów: „Szanowny Pani Pośle”, a kończyła tradycyjnym zawołaniem „Z Bogiem, ku chwale Ojczyzny, Panie Pośle!” Może zresztą było trochę inaczej, niemniej zapewniam, że kierunek opisałem bardzo dokładnie.
W reakcji na tę manifestację najbardziej żałosnego szaleństwa, napisałem na tym blogu bardzo smutny tekst, w którym wyraziłem opinię, że polski ruch, jak go niektórzy nazywają, konserwatywno-patriotyczny, składa się z osob tak niemiłosiernie naiwnych, by nie powiedzieć głupich, że każdy najbardziej prymitywny prowokator jest w stanie – jeśli tylko znajdzie w sobie odrobinę chęci i świadomości celu – zniszczyć go w ułamku chwili. Że przeciętny polski patriota jest tak spragniony, nawet nie czasów, kiedy Ojczyzna będzie wolna i boża, lecz sytuacji, kiedy ktoś do niego podejdzie, pogłaszcze go po plecach i powie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Bracie”, że nawet jeśli ten ktoś będzie zwykłym szubrawcem spod ciemnej gwiazdy, ten przygarnie go do swej piersi, jak z dawna wyczekiwanego gościa. A może nawet tym bardziej, jeśli ów Polak okaże się Polakiem nawróconym – Polakiem, który dotychczas trzymał z Niemcami i Rosją i nagle doznał olśnienia. W końcu cuda nawrócenia były zawsze w cenie. Napisałem tamten tekst, by przestrzec wszystkich, którym ta przestroga może się przydać, że jeśli się nie opamiętają i nie pójdą po rozum do głowy, wystarczy jedna krótka akcja, by polska prawica, polski Kościół, polski patriotyzm, Polska – zostały wystawione na pośmiewisko, a następnie, ku radości tłumów, zdewastowane. Napisałem… i tyle wszystkiego.
Wczoraj cały Kraj obiegła wieść, że któryś z wojskowych prokuratorów usiłował popełnić samobójstwo, ale przeżył i jest w szpitalu. I mimo że dokładnie wszystko co stanowiło treść i oprawę tego wydarzenia – i to niemal od samego początku – przynosiło znacznie więcej wątpliwości, niż odpowiedzi, obywatele zawrzeli. Mimo, że każda kolejna wątpliwość i każda kolejna próba odpowiedzi coraz mocniej wskazywała na to, że jedyne co każdy szanujący się komentator powinien zrobić, to zająć się czymkolwiek innym, choćby i sprzątaniem w łazience, byle nie tą sprawą, bo raz że z niej dokładnie nic nie wiemy, a poza tym widać cudownie wyraźnie, jak bardzo cała atmosfera jest nakręcana przez tych, którzy wiedzą, obywatele rzucili się do komentowania. Jak idzie o opinie tak zwanych „naszych”, okazało się nagle, że ten niby-samobójca jest też oczywiście i jak najbardziej „nasz”. Bardzo tu charakterystyczny okazał się wpis naszego kolegi Roleksa w Salonie24. Otóż Rolex, jak tylko dowiedział się, że nasz prokurator postanowił popełnić spektakularne samobójstwo, i to samobójstwo oczywiście jak najbardziej honorowe, natychmiast wygłosił mowę, w której zasugerował, że ów desperacki krok tego dzielnego oficera stanowił reakcję na naciski ze strony Prokuratora Generalnego – ruskiego kacyka i zdrajcy – i protest przeciwko próbom fałszowania prawdy o smoleńskiej katastrofie. Jeśli się weźmie pod uwagę naszą polityczno-medialną rzeczywistość i wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły temu szczególnemu zdarzeniu, idiotyzm jaki niosła ze sobą refleksja Roleksa był, owszem, potężny, jednak wciąż nie tak potężny, jak słowa, którymi zakończył on swój tekst. Pozwolę sobie je tu zacytować.
Dzisiaj usłyszeliśmy drugi głos, chyba nawet mocniejszy. Huk strzału samobójczego człowieka, który nie potrafił znieść sytuacji, w której się znalazł, świadczy, że wbrew intencjom większości sprawy się nie da zamieść pod dywan, a komentując ziemkiewiczową tezę o ‘życiu z dziurą w potylicy’ dodam jedynie, że jest nieprawdziwa w tym sensie, że nie da się żyć z dziurą w potylicy – konieczna jest natychmiastowa reanimacja. Panu prokuratorowi Mikołajowi Przybyłowi życzę powrotu do zdrowia, Jego Rodzinę mogę tylko zapewnić o duchowym wsparciu”.
Proszę zwrócić uwagę co ten człowiek wyprawia. Dowiaduje się, że jeden z najbardziej eksponowanych członków rządzącej Polską sitwy próbuje się zastrzelić, wszystko co o tym wydarzeniu wie, wie z doniesień oficjalnych mediów, a i to niemal kompletnie ukryte w idealnie bezrozumnym jazgocie, i natychmiast uznaje, że ten Przybył to z pewnością nasz człowiek. Nasz człowiek, nasz bohater i nasz męczennik! Skąd mu to przyszło do głowy? No, jak to, skąd? Przecież tylko prawdziwy polski patriota mógłby się porwać na taki krok. I proszę spojrzeć na ostatnie zdanie: „Panu prokuratorowi Mikołajowi Przybyłowi życzę powrotu do zdrowia, Jego Rodzinę mogę tylko zapewnić o duchowym wsparciu”. Przecież to już jest jakiś obłęd! Jeszcze brakuje na samym końcu okrzyku: „Niech Matka Boża będzie z Panem, Pułkowniku!”
Jest w tym wszystkim niestety jeszcze jedna rzecz – kto wie, czy nawet nie jeszcze bardziej przykra. Otóż oczywiście, jak się zresztą należało spodziewać, Rolex już po chwili zorientował się, że się skompromitował. I oczywiście, ja bym mu to wszystko nawet darował, gdyby on powiedział, że no tak, trochę wstyd, ale człowiek ostatnio już ma taki bigos w głowie, że sam nie wie, co jest prawdą, a co manipulacją. Tymczasem nic podobnego. Rolex to prawdziwy mistrz. Owszem, jak się okazuje, teza o tak zwanej „zmowie milczenia”, istotnie wygląda na przedwczesną, natomiast nie oznacza to wcale, że Rolex ma się wycofać ze swoich słów o „duchowym wsparciu”. Teraz one nawet są jeszcze bardziej aktualne, no bo jeśli ten Przybył to jednak kanalia, to przecież „Jego Rodzina” tym bardziej będzie go potrzebować!
Ja nie żartuję. To jest Rolex. Tak właśnie się walczy na pewnym szczególnym poziomie.
A ja sobie myślę, że to jest całe nasze szczęście, że ta banda gangsterów ma najwyraźniej jakieś swoje pilne sprawy, bo gdyby akurat mieli wakacje i im się nudziło, mogliby pięknie się zabawić nie tylko kosztem Roleksa, ale wielu innych jeszcze nas prawdziwie wrażliwych i czujnych Polaków. Mogę tylko sobie wyobrazić, jakie by to było zabawnie, gdyby oni tego Przybyla dla żartu wydelegowali do nas jako nawróconego patriotę, żeby sobie trochę poużywał na naszych emocjach i kompleksach. Już widzę te wywiady na Nowym Ekranie, te teksty na blogach, te artykuły w Gazecie Polskiej o tym, jak to pułkownik Przybył chciał nam powiedzieć, co to się tak naprawdę wydarzyło pamiętnej kwietniowej soboty, ale mu Seremet i Tusk nie dali. A kto wie, czy i nie Macierewicz. Na szczęście to nas już nie spotka. Widać, że tam się wszystko aż kotłuje i państwo sa bardzo zajęci. Co się dzieje? Nie mam pojęcia, ale że się dzieje – nie mam wątpliwości. W każdym razie na żarty oni już czasu nie mają.
Jest w tym jeszcze jednak pewna rzecz pocieszająca. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Rolex opublikował swoje idiotyzmy na swoim blogu, po drugiej stronie tego płotu zabrała głos pani Rudecka. I ona też utuliła do swego serca pułkownika Przybyła. Ona też uznała, że dzieją się rzeczy ważne i dobre. Nieco inne jednak już było ich wyjaśnienie. Otóż Przybył, owszem, był naciskany przez Seremeta, nominata Lecha Kaczyńskiego – tu wszystko jak u Roleksa – tyle że Seremet to oczywiście pisowbolszewicki agent, który, wiedząc, że Wojskowa Prokuratura jest już bliska postawienia zarzutów Jarosławowi Kaczyńskiemu o sprokurowanie katastrofy w Smoleńsku, postanowił zniszczyć dwóch uczciwych prokuratorów – Przybyła i Parulskiego. No i Przybył – oczywiście człowiek honoru – w tej sytuacji uznał, że niech go lepiej spotka śmierć, zamiast hańby.
Ktoś powie, że, zgoda, początek i koniec u Roleksa i Rudeckiej jest podobny, natomiast nia da się ukryć, że jak idzie o środek, to ona jest głupsza. A ja powiem tylko, że może i tak. Może i ona jest faktycznie durniejsza, a Rolex mądrzejszy. Tylko co z tego, skoro, cokolwiek by o niej nie powiedzieć, przyjaciół i wrogów rozpoznaje idealnie? W odróżnieniu od nas. A to boli.
Szczerze polecam kupowanie książki o liściu, z felietonami z tego bloga, jeszcze z czasów przed-smoleńskich, która od niedawna jest też dostępna w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja. No i proszę też o zasilanie tego bloga wpłatami na podany obok numer konta. Dziękuję.

sobota, 7 maja 2011

Zielony Zawisza, czyli biznes, jak Pan Bóg przykazał

Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego ‘domknięcia’ pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy. i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Jak idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe, została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w Warszawskiej Gazecie i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do czytania w najnowszym numerze Warszawskiej Gazety.

SUPLEMENT

Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja Warszawskiej Gazety przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.

Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu – który bardzo serdecznie polecam – Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a wszystkich, którzy moją pracę uznają za tego wartą, i już rodzinę wyżywili, proszę o łaskawe wpłaty na podany obok numer konta. Artura Zawiszę z tego towarzystwa pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, jak zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

niedziela, 20 marca 2011

O kretach naszych i nie naszych

Kiedy w Internecie pojawił się w roli blogera Jarosław Kaczyński, podniosła się wokół wrzawa jakiej świat nie widział. Głównie poszło o to, że Kaczyński to wieśniak, który nie rozróżnia klawiatury od monitora, a kiedy słyszy słowo ‘mysz’, to myśli o swoim kocie, więc to jego blogowanie to pic, bujda i śmiech. Osobiście, przyznam, nie bardzo jestem za tym, by ludzie tacy jak Jaroslaw Kaczyński zajmowali się blogowaniem, przede wszystkim dlatego, że do tej roboty trzeba mieć bardzo dużo czasu i pewnego rodzaju wolność, która pozwala to medium jakim jest Internet wykorzystać do końca, no a poza tym, Jarosławowi Kaczyńskiemu akurat coś takiego jak blog, jest jak psu na budę, bo który z tych, co go dotychczas nienawidzili i życzyli mu wyłącznie śmierci, powie nagle, że z tego Kaczora to jednak równy gość? Natomiast ci, co go szanują , wiedzą to i bez tego.
A zatem kto się miał pośmiać, to się pośmiał, przy okazji odkurzono parę starych kłamstw i sprawa przycichła. Nawet nie wiadomo, czy po tych dwóch pierwszych notkach pojawiła się kolejna. Może i tak. W każdym razie, bez sensacji. Natomiast wśród blogerskiej braci, na Nowym Ekranie pojawił się ubiegłym tygodniu Artur Zawisza, i to od razu z dwoma kolejnymi wpisami. I to – odwrotnie niż w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, który przecież ma co robić – mnie w najmniejszym stopniu nie zdziwiło. Od czasu kiedy ów Zawisza postanowił z hukiem opuścić Prawo i Sprawiedliwość i zademonstrować przy tym całemu światu, co sobie myśli o Polsce i Jej sprawach, jego los potoczył się w tempie lawinowym. Najpierw, wspólnie z paroma kolegami, założył bardzo patriotyczną i bardzo pobożną oczywiście partię, następnie – widząc, że nikogo to nie obeszło – rozwiązał ją i przyłączył się do jakiegoś irlandzkiego prawicowego internacjonalisty, a następnie, nie potrafiąc znaleźć żadnego porządnego oparcia na miejscu, zwrócił się do Lecha Wałęsy. W tym momencie, co było dla wszystkich, tylko nie dla niego samego, naturalną konsekwencją tego ostatniego ruchu, Artur Zawisza spadł na przysłowiową mordę i na pewien czas tak już został.
Kiedy się w końcu podniósł i jakoś pozbierał, udzielił wywiadu Rzeczpospolitej, który, moim zdaniem powinien trafić do podręczników historii zdrady i zaprzaństwa, ale który – pewnie ze względu na powszechny brak zainteresowania losami kogoś takiego jak Zawisza – zniknął w ciemnościach niepamięci. Ja go jednak zauważyłem, zapamiętałem, a nawet opisałem dwukrotnie na blogu. Ostatnim razem niedawno, własnie po tryumfalnym powrocie Artura Zawiszy na scenę. O co poszło w rzeczonym wywiadzie? Otóż Artur Zawisza, zapytany o swoje aktualne plany, zakomunikował w nim ni mniej ni więcej tylko to, że teraz to on już się skupia na „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej”, a następnie – gdyby ktoś go jednak potrzebował – dodał, że oczywiście „zdarza się, że ojczyzna woła”, ale żeby on wrócił, „musiałaby bardzo głośno krzyczeć”.
I ten fragment mnie autentycznie poraził. No bo mamy takiego Zawiszę, człowieka, o którym się mówi, że on u siebie w domu, zaraz przy drzwiach ma zainstalowaną miskę z wodą święconą, który tak ukochał Boga i Ojczyznę, że w pewnym momencie uznał za stosowne tę swoją miłość wyrazić w taki o to sposób, że tę ukochaną Ojczyznę zachęca, żeby, jak Ona będzie go kiedy potrzebowała, to ma zacząć drzeć mordę, bo inaczej Zawisza – zajęty „wielopłaszczyznową działalnością biznesową”, może Jej nie dosłyszeć. Ja oczywiście nigdy sobie po Arturze Zawiszy wielkich nadziei nie robiłem, ale ten fragment zrobił na mnie wrażenie naprawdę dojmujące. Ktoś mi powie, że Zawisza jest zwyczajnie głupi i nie wiedział, co mówi. Otóż nie sądzę. Ja uważam, że może on i jest głupi, ale nie „zwyczajnie”. On może i jest głupi, ale przy okazji jest cwany jak cholera i bardzo konkretnie skupiony na celu. On może i jest głupi – bo gdyby nie był, to by dziś był zupełnie gdzie indziej niż jest – natomiast trudno mu zarzucić, że on nie wie co robi i co mówi. Jestem pewien, że to co wyłazi z zacytowanego przeze mnie fragmentu, to jest cały on – polski patriota i katolik, człowiek pobożny, histeryczny antykomunista, prawicowy konserwatysta i Polak. Taki sam jak jego kumple. Cały szereg jego kumpli, takich jak on, prawicowych działaczy niepodległościowych. Oni tę Polskę tak ukochali, że w pewnym momencie uznali, że właściwie są z Nią skumplowani i właściwie teraz już trudno powiedzieć, kto kogo bardziej potrzebuje – oni Polski, czy Polska ich.
Więc Artur Zawisza to przede wszystkim nadęty cwaniak. Nie głupiec, ale nadęty, przebiegły cwaniak. To cwaniactwo wylazło z niego właśnie dziś, kiedy pojawił się na tym Ekranie i zapowiedział, że teraz on będzie blogował. I to jest coś, co mnie autentycznie przeraziło. Bo o ile tamten wywiad dla Rzeczpospolitej był głownie irytujący, to co on wyprawia teraz, budzi czystą grozę. Czego ja się boję? Tego mianowicie, że mam wrażenie, że jak idzie o tak zwaną scenę prawicową, z którą jak by nie było, sam się utożsamiam, ona jest w bardzo znacznym nadmiarze wypełniona takimi Zawiszami. Z czego to się bierze? Wydaje mi się, że przede wszystkim chodzi o to, że żaden inny nurt ideowy nie był tak serdeczny i szczery, jak nurt patriotyczny. Co to ma wspólnego z Zawiszą? Zaraz powiem. Proszę o chwilę cierpliwości. Otóż miłość do Ojczyzny wielu ludzi tak bardzo uwrażliwiła, że oni często stracili jakiekolwiek mechanizmy obronne. Weźmy komunistów, czy w ogóle lewicę. Oczywiście oni są ideowi, bardzo przywiązani do tych swoich obsesji, ale to wszystko u nich w dużym stopniu pozostaje w sferze intelektualnych rozważań. Owszem, bywa i tak, że któryś z nich tak się wścieknie, że kogoś zabije, albo coś podpali, generalnie jednak oni głównie siedzą i ględzą, a jak nie siedzą i ględzą, to się bawią.
Dobrze tę różnicę widać na przykładzie tego, co się dzieje pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ludzie, którzy tam są od początku, modlą się, płaczą, wyrywają sobie niemal z żalu i rozpaczy serca, proszą Boga o to, by ich wołania usłyszał, natomiast ci co przyszli tam później – prawdopodobnie nie wiele mniej od nich zaangażowani – wyłącznie się bawią i rechoczą. W nich nawet nie ma wściekłości. Jest tylko, z jednej strony, poważna teoretyczna myśl, a z drugiej figiel. I teraz jest tak, że jeśli ja postanowię zakraść się w tamto środowisko jako tak zwany kret, to nawet nie bardzo znajdę sposób, żeby ich swoją osobą zainteresować. No bo co ja w końcu mogę im powiedzieć? Że słuchaj stary, ale te mochery są durne? Albo że ten Kaczor ma jedną nogę stewardesy a drugą generała i to musi bardzo śmiesznie wyglądać, chodźmy się napić? A kogóż to zainteresuje? Poza tym, oni i tak od razu jakoś zauważą, że ze mną jest coś nie tak i mnie spławią.
Tymczasem, jak idzie o naszą stronę, nie ma nic prostszego, żeby zdobyć nasze serca i dusze. Wystarczy że przyjdzie jakiś wół, padnie na kolana, wyciągnie różaniec i zacznie chlipać, a my go od razu przytulimy do serca. Więcej. Nawet jeśli on nam powie, że przez całe lata był komunistą i ubekiem, ale jak zobaczył ten krzyż i tych ludzi, to coś mu w sercu pękło i zrozumiał, jak bardzo błądził, to tym bardziej go pokochamy. Bo my lubimy przebaczać, my wiemy, że każdy człowiek jest bożym dzieckiem i my tak naprawdę ludzi lubimy. No więc przyłażą. Włażą drzwiami i oknami. Czasem, oczywiście, dlatego, że nie mają co z sobą zrobić i myślą, że właściwie na tej prawicy jest całkiem fajnie, ale często przyłażą, bo zostali tu skierowani. A wiedzą też świetnie, że to jest robota i łatwa i przyjemna i jest też przy niej dużo śmiechu.
Popatrzmy na przypadek tego szpiega Turowskiego. Ja naturalnie biorę pod uwagę, że kiedy on po raz pierwszy zjawił się u Jezuitów i powiedział, że chciałby zostać jednym z nich, to ten Koczwara, który tam był wówczas prowincjałem, doskonale wiedział, kim Turowski jest, i właśnie o to chodziło. Natomiast nikt mi nie powie, że przez te wszystkie kolejne lata, kiedy on funkcjonował we wszystkim możliwych prawicowo-kościelnych układach jako wielki Polak, patriota, katolik i świetny kumpel, to tylko dlatego, że tam byli sami agenci. Mowy nie ma. Gdyby tak było, to mielibyśmy problem z głowy. Sprawa natomiast polega na tym, że oni wszyscy autentycznie byli przekonani, że ten Turowski to jest nasz człowiek. I można by się zastanawiać, jak on to zrobił, gdyby nie fakt, że odpowiedź aż się narzuca. Otóż moim zdaniem, on nie miał z tym większego problemu, zwłaszcza, że był agentem nie byle jakim, ale super świetnie przygotowanym. W jego sytuacji, z całą pewnością wystarczyły podstawowe umiejętności aktorskie i tak zwane ‘gadane’. W jego sytuacji, jeśli były jakieś trudności, to ewentualnie na samym początku. Kiedy już przeszedł pierwsze metry, wystarczyło z pewnością tylko się powoływać na rekomendacje ze strony znanych i uznanych polskich patriotów. Najlepiej księży. Bo przecież my Polacy księdza zawsze bardzo szanowaliśmy.
I teraz mamy naszą prawicę – rozdrobnioną, pokłóconą, z jednej strony pełną podejrzeń, a z drugiej pełną otwartych serc i miłości do drugiego człowieka. Od dwudziestu lat, cała moskiewsko-berlińska agentura rozprowadza nas jak chce, wiedząc właściwie o nas tylko jedno. Że z nami nie ma w ogóle problemu. Że my jesteśmy tak bardzo spragnieni prawdy, sprawiedliwości i Boga, że wystarczy rzucić nam parę wytartych sloganów i wszystko pójdzie jak po maśle. Czasem oczywiście trzeba się trochę wysilić, ale na ogół wystarcza najpierw zacząć od zwykłego „Z Bogiem, przyjacielu”, a do tego dodać polityczną analizę w rodzaju: „Jaruzelski to kanalia” i będzie spokój. Mamy kolejną duszę. Możemy się już zacząć liczyć.
Czemu ja jestem taki okrutny i nieprzyjemny? Skąd ja wiem, że mam rację? Czemu obrażam dobrych ludzi? Oczywiście, biorę pod uwagę, że się mogę mylić, ale do tego bym to przyznał, ktoś mi to musi najpierw wykazać. Póki co jednak, ja tylko widzę, co się wyprawia. Przychodzi ten Artur Zawisza – człowiek, który powinien być przede wszystkim już w pierwszej chwili kopnięty w dupę i wyrzucony za drzwi, za to czym się okazał i co, wcale przecież nie w ukryciu, przez parę dobrych lat, wyprawiał – i nawet nie próbuje się jakoś szczególnie napinać, tylko coś nam pieprzy o Zawiszy Czarnym, o sztandarach, o polskiej krwi i o tym, że Ojczyzna coś tam. I to, jak się okazuje, wielu z nas całkowicie wystarczy. Witamy, panie pośle. Jak to dobrze, panie pośle. Powinniśmy być razem, panie pośle. Dziękujemy, że jest pan z nami, panie pośle. A jak ktoś nie daj Boże zapyta go, co on tu w ogóle szuka, to zaraz ktoś przyjdzie i powie, że gości trzeba traktować elegancko. I że każdemu się zdarza pobłądzić.
Ja nie przesadzam. Artur Zawisza w obu swoich wpisach na Nowym Ekranie, nie mówi jednego zdania, które byłoby czymś ponad najbardziej wyświechtaną narodową, najbardziej zużytą retorykę. Ja wręcz podejrzewam, że on te zdania przepisał z jakiś starych patriotycznych tekstów, niewykluczone że po prostu z Trylogii Sienkiewicza. On nie mówi, po co przylazł, z kim przylazł, co ma zamiar robić. Zero. Tu nie ma nic. On wyłącznie, na najwyższych rejestrach, odstawia jakąś nadętą poezję dla nie wiadomo kogo, a wokół niego zbiera się tłum biednych, zahukanych ludzi, którzy, jak się okazuje, tylko czekali, aż on w końcu przyjdzie i powie coś pięknego. Coś naprawdę pięknego.
Ktoś mi powie, że ja nie powinienem szydzić z dobrych, szczerych ludzi. Tyle że ja z dobrych i szczerych ludzi nie szydzę. Ja się nimi autentycznie martwię. Jeśli kogoś w tym tekście chcę obrazić, to wyłącznie Artura Zawiszę i jemu podobnych. I to nawet nie za to, kim są i co robią, ale za to, że oni się już tak wybezczelnili, że uważają mnie za idiotę. Że oni uznali, że ja – jako Polak, patriota i katolik – jestem tak głupi, że oni nawet nie muszą się starać, żeby mnie wykiwać. Że do mnie wystarczy wpaść między zmianą koła w samochodzie i posiedzeniem w jakiejś radzie nadzorczej, wrzucić mi parę tekstów o tym, że Ojczyna jest skąpana we krwi sztandarów, i ja od tego się pobeczę ze wzruszenia. Jak bardzo Artur Zawisza i jego kumple muszą mną gardzić, jak bardzo oni muszą nienawidzić Polski, żeby najpierw tę Polskę po chamsku wykorzystać, a następnie tym, co im z tego wykorzystania wyszło, próbować mnie nakarmić. Jestem pewien, że oni za to co robią będą się smażyć w piekle. Ale wcześniej, mam nadzieję, ktoś, kiedyś, któregoś z nich dopadnie na jakimś spotkaniu, czy wiecu, i kiedy on będzie odstawiał tę nawijke na temat sztandarów, tak go kopnie w dupę, że wpadnie za kurtynkę. I że TVN24 to sfilmuje i pokaże mi to do kolacji. A jak się skończy Wielki Post, to może i pod od szklaneczkę Jacka Danielsa.

Jak już większość z nas wie, utrzymując ten blog, utrzymuję jednocześnie rodzinę. Bez tej pomocy, nie byłoby nic. Ta pomoc jest wszystkim. Dziękując tym którzy czują tę bliskość za to co się stało dotychczas, bardzo proszę o dalsze wsparcie, kierowane na zamieszczony obok numer konta.

sobota, 12 marca 2011

Śrubka, sprężynka i szalik z jedwabiu - reprise

Sprawdzam tagi do swoich blogowych refleksji i znajduję trzy teksty, w których poświeciłem swój czas i emocję Arturowi Zawiszy. Jeden z nich pamiętam bardzo dobrze. Był to wpis, który napisałem poruszony wywiadem jakiego Artur Zawisza udzielił Rzeczpospolitej już po tym, jak odszedł z Prawa i Sprawiedliwości, a nawet po tym chyba, jak się zorientował, że nic mu to wyjście nie dało i chyba trzeba będzie zwijać interes. Oczywiście cala rozmowa była bardzo inspirująca, ale to co mnie w niej najbardziej dotknęło, to jedno zdanie, już pod sam koniec wywiadu, kiedy to Zawisza, odpowiadając na pytanie dotyczące swoich dalszych planów odpowiedział ni mniej ni więcej tylko tak: „SKUPIAM SIĘ NA WIELOPŁASZCZYZNOWEJ DZIAŁALNOŚCI BIZNESOWEJ. ZDARZA SIĘ, ŻE OJCZYZNA WOŁA, ALE MUSIAŁABY BARDZO GŁOŚNO KRZYCZEĆ”.
Wybiłem to zdanie wielkimi literami, bo w pewnym sensie od tamtego czasu, kiedy on wypowiedział te przedziwne słowa – a więc od paru już lat – nie spotkało mnie nic o podobnej sile rażenia. Dopiero dziś, kiedy wyszedłem z psem na spacer – tak, mamy psa, dokładnie rzecz biorąc moja najmłodsza córka ma psa, tyle że w trosce o moje zdrowie wysyła mnie na spacerki – zajrzałem do Ekranu i na poczesnym miejscu widzę twarz Artura Zawiszy, jego nazwisko i zapowiedź debiutu w roli blogera. Patrzę i rozumiem jedno: Ojczyzna zawołała. I to chyba z wrzaskiem. No bo to musiał być wrzask prawdziwy, skoro Artur Zawisza pieprznął tą „wielopłaszczyznową działalnością biznesową” i przybiegł na ratunek. I to z takim oto wołaniem:
Wracam. Wracam do publicznych wypowiedzi w sprawach publicznych. Staję na widoku w Nowym Ekranie. Temu medium internetowemu zawdzięczam własną mobilizację na rzecz dobra wspólnego. Wracam tedy zarówno do spraw szeroko komentowanych, jak i legnących w ciszy, czasem złowrogiej. Zaś najważniejszą jest sprawa polska. Tej warto poświęcić czas i wysiłek, a wielu poświęciło majątek, zdrowie i życie. Jesteśmy także im, naszym przodkom w polskości, winni choćby czas i wysiłek”.
Chciałoby się zawołać: „Kurwa jego mać!” i skoczyć, mimo postu i porannej pory, po flaszkę i się zwyczajnie upić. Ale nie wolno. Trzeba zachować spokój. W końcu, skoro jakoś radzimy sobie z Piotrkiem, to i z Zawiszą damy radę. Przypomnę jednak tamten tekst. Choćby ze względu na tytuł. A tytuł miał piękny: „Śrubka, sprężynka i szalik z jedwabiu”.



Czas podsumowań nie chce minąć. Dziwne. Celebrowanie końca roku i początku roku nowego na takim poziomie emocji śmierdzi na odległość najgorszym pogaństwem, a my – jakby nam kompletnie odbiło. Nawet Toyahówna z młodym Toyahem postanowili pojechać jutro do Krakowa, żeby postać sobie przez całą noc na mrozie, posłuchać jak grają zespoły, a w międzyczasie wrzasnąć, że oto zmieniła się data. Ja rozumiem, ktoś taki stary jak ja może przynajmniej się cieszyć, że udało mu się pociągnąć jeszcze rok. Ale dzieci? Co za satysfakcja? Ale jest jak jest, więc niech im będzie. Byle tylko trafili jakiś osobowy do Katowic, co się wydaje mało prawdopodobne. Od czasu jak otworzyli tę niby autostradę między Katowicami a Krakowem, jak nie masz samochodu, możesz najwyżej poczekać, aż będzie coś jechało ze Szczecina do Przemyśla, albo z powrotem.
My zostajemy w domu. Będziemy jeść bigos, wypijemy resztę jesiennych nalewek, pani Toyahowa będzie czytała kolejne wspomnienia o polskich Żydach, a ja pewnie będę się zastanawiał, jak bardzo trzeba zgłupieć, żeby ten fakt został uznany i poświadczony oficjalnie. Od razu mam przy tym wiadomość dla przedstawicieli tzw. rozsądnej części społeczeństwa, która przychodzi tu wciąż, na ten mój blog, żeby się poczuć lepiej, że nie chodzi mi o to, co im się wydaje. Więc proszę się wstrzymać z żartami, bo i tak będą niecelne.
Zresztą żeby pić nalewki (albo co tam jest pod ręką), czytać o Żydach i dumać nad sytuacją w jaką wpędziły nas te dziwne czasy, wcale nie trzeba czekać do tej pojutrzejszej nocy. Toyahowa i dziś jest obstawiona tymi książkami, a ja i tak, jak widzicie, oczywiście coś wytropiłem i już nie mogę spokojnie się zająć oglądaniem TVN24, dopóki nie wywalę całej mojej goryczy na ten monitor. Poszło tym razem o dwie rzeczy. W Rzepie ukazał się cytat z Andrzeja Wajdy. Jedno zdanie. Ale za to jakie! Pan Artysta, zapytany przez Newsweek o przyczyny upadku komuny, odpowiedział co następuje: „Ten ustrój upadł także dlatego, ze ja robiłem filmy, a Wałęsa i ludzie przyszłej ‘Solidarności’ je oglądali”. To jedno. Parę stron dalej dwie rzepowe panie redaktorki gawędzą sobie o wszystkim z Arturem Zawiszą.
Tu musi nastąpić dłuższa dygresja. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, skąd nagle pomysł, żeby o cokolwiek pytać akurat Zawiszę, to wyjaśnienie pada zaraz na początku. Okazuje się, że środowisko pana Artura dokonało skutecznego przejęcia władzy w publicznej telewizji i w publicznym radio, więc tym samym pan Artur znalazł się ponownie w kręgu o popularnej nazwie establishment. A tu, jak wiadomo, żartów nie ma. Jest szansa, że przy najbliższej okazji, jak Artur Zawisza pojawi się na ciasteczkach u Rymanowskiego to nie będzie wyłącznie stroił min, ale nawet zabierze głos, a poseł Wenderlich raczy na niego spojrzeć przychylnym wzrokiem. W końcu władza to władza.
Więc tu, w tym pięknym wywiadzie – który z pewnością Zawisza już od rana ma wywieszony w antyramie nad swoim biurkiem – panie wywiadowczynie pytają rzeczonego Zawiszę, jak on ocenia fakt, że pobożni ludzie dokonali inwazji na TVP, odpowiada, że jest dobrze, bo jeden z nich jest „doborowym wydawcą”, a drugi „cenionym intelektualistą i pełnokrwistym publicystą”. Ale to by może nie było aż tak ważne (w końcu doborowych wydawców i pełnokrwistych publicystów, nie wspominając już o cenionych intelektualistach, my ludzie starsi poznaliśmy już zbyt wielu), gdyby nie to, że „nominacja redaktora naczelnego szanowanego periodyku [‘świetnie rozpoznawalnego w świecie kultury chrześcijańskiej’] na dyrektora najbardziej intelektualnej anteny radia to znak zmian na lepsze w mediach publicznych”. Więc wreszcie idzie ku lepszemu. Po 18 latach bezbożnych, głupich i nieprofesjonalnie zarządzanych mediów, nastała jutrzenka „ładu” prawdziwie „narodowego”. I oto zwiastun tego ładu przemawia na łamach Rzeczpospolitej.
Ale to była, jak zapowiedziałem, jedynie bardzo rozbudowana dygresja. Tu również – podobnie jak w wypadku Pana Artysty – chodziło mi o jedną, i tylko jedną, myśl. Otóż, skoro już Artur Zawisza – dzięki niezwykle wyrafinowanej zagrywce bohatera moich zimowych dni, Piotra Farfała – powstał jak Feniks z popiołów politycznego niebytu, Rzeczpospolita, w konkluzji wywiadu, zwraca się do niego z pytaniem dziś już podstawowym: „A chce pan wrócić do Sejmu?”
Oto odpowiedź:

SKUPIAM SIĘ NA WIELOPŁASZCZYZNOWEJ DZIAŁALNOŚCI BIZNESOWEJ. ZDARZA SIĘ, ŻE OJCZYZNA WOŁA, ALE MUSIAŁABY BARDZO GŁOŚNO KRZYCZEĆ”.

Od momentu, jak po raz pierwszy zapoznałem się z tą bufonadą Andrzeja Wajdy z Newsweeka i tym czymś – nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa; może ktoś mi pomoże – w wykonaniu Artura Zawiszy, minęło parę dobrych godzin. Ale teraz, zacytowałem te słowa, dałem je w kursywie, pogrubiłem, wyodrębniłem do osobnego akapitu, i gdybym mógł jeszcze coś z nimi zrobić, to pewnie by zrobił, ale nie przychodzi mi nic do głowy. Więc siedzę i gapię się w monitor i… pustka. Chyba sobie zrobię przerwę.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i już jestem. I myślę sobie, że może i ja jakoś spróbuję podsumować ten rok. A może – żeby się nie tak do końca angażować w ten pogański obyczaj – nie koniecznie nawet rok. Może w ogóle podsumować coś bardziej rozlazłego w czasie. Pisałem tu kiedyś o plazmie. Plazmie, czyli czymś czego ani nie sposób dotknąć, ani opisać, ani nawet pewnie umiejscowić. A co jest, bo się ją czuje od momentu jak człowiek otworzy rano oczy, aż po tę chwilę, kiedy zacznie czuć nadejście snu. Oto zdarzyło mi się dziś ujrzeć to coś w dwóch kompletnie różnych, wręcz biegunowych miejscach. Z jednej strony mamy Andrzeja Wajdę, kiedyś reżysera – zdolnego bardzo reżysera, autora jednego, dwóch, czy nawet trzech wybitnych filmów – a z drugiej Artura Zawiszę, polityka – dziś, jak sam się przedstawia, „wielopłaszczyznowego” biznesmena. Dwoje ludzi, tak z pozoru całkowicie politycznie i kulturowo i ideowo innych, a w rzeczywistości dokładnie identycznych. Ludzi, którzy po prostu, w pewnym momencie, nie wytrzymali tego, zwykłego przecież w naszym życiu, napięcia i zwariowali.
Ale nie zwariowali tak, jak to się przydarzyło wielu innym osobom, których los, czy nawet talent, rzucił w światła reflektorów. Nie spotkał ich los tych pierwszych bohaterów Solidarności, których i ja spotykam niekiedy na ulicy mojego miasta i wiem, że z każdym dniem jest z nimi coraz gorzej, bo tak jakoś to życie okazało się dla nich okrutne. Nie. Oni są wciąż na widoku, wciąż jeszcze noszą porządne garnitury i porządne szaliki do bardzo porządnych płaszczy. Ale są faktycznie w tym samym miejscu, gdzie tamci, i podobnie jak tamci snują się po okolicy i coś plotą o Ojczyźnie, która już raz ich wezwała i być może wezwie ich znów, z tym zastrzeżeniem, że oni akurat są bardzo zajęci. Jak ten Piotrek ze Ścianki. Tyle że on się błąkał po ulicach i klatkach schodowych, a oni po redakcjach poważnych dzienników i tygodników.
I może własnie dlatego, przez te płaszcze i szaliki, oni staja się tacy nieokreśleni, niedotykalni. Zamieniają się w plazmę. A nam się każe na nich patrzeć, słuchać ich słów, a przede wszystkim akceptować, jako stały element tego naszego życia. Niekiedy nawet, przy odpowiednim podmuchu wiatru, któryś z nich doczeka miana autorytetu, mędrca, głosu pokolenia. I wtedy dopiero robi się zamieszanie. Do siego roku!
Ktoś się mnie spyta, po co to robię? Odpowiedź jest zawsze ta sama. Bo muszę. Ale jest jeszcze jeden powód. Pojawienie się Zawiszy na Ekranie, jak już teraz widzę, wywołało prawdziwe poruszenie i niekłamany zachwyt. Niektórzy już zbudowali mu bramę z kwiatów. Myślę więc sobie, że przyda mu się, jak już będzie wśród tych kwiatów przechodził, przyda mu się parę słów prawdy.

wtorek, 30 grudnia 2008

Śrubka, sprężynka i szalik z jedwabiu

Czas podsumowań nie chce minąć. Dziwne. Celebrowanie końca roku i początku roku nowego na takim poziomie emocji śmierdzi na odległość najgorszym pogaństwem, a my – jakby nam kompletnie odbiło. Nawet Toyahówna z młodym Toyahem postanowili pojechać jutro do Krakowa, żeby postać sobie przez całą noc na mrozie, posłuchać jak grają zespoły, a w międzyczasie wrzasnąć, że oto zmieniła się data. Ja rozumiem, ktoś taki stary jak ja może przynajmniej się cieszyć, że udało mu się pociągnąć jeszcze rok. Ale dzieci? Co za satysfakcja? Ale jest jak jest, więc niech im będzie. Byle tylko trafili jakiś osobowy do Katowic, co się wydaje mało prawdopodobne. Od czasu jak otworzyli tę niby autostradę między Katowicami a Krakowem, jak nie masz samochodu, możesz najwyżej poczekać, aż będzie coś jechało ze Szczecina do Przemyśla, albo z powrotem.
My zostajemy w domu. Będziemy jeść bigos, wypijemy resztę jesiennych nalewek, pani Toyahowa będzie czytała kolejne wspomnienia o polskich Żydach, a ja pewnie będę się zastanawiał, jak bardzo trzeba zgłupieć, żeby ten fakt został uznany i poświadczony oficjalnie. Od razu mam przy tym wiadomość dla przedstawicieli tzw. rozsądnej części społeczeństwa, która przychodzi tu wciąż, na ten mój blog, żeby się poczuć lepiej, że nie chodzi mi o to, co im się wydaje. Więc proszę się wstrzymać z żartami, bo i tak będą niecelne.
Zresztą żeby pić nalewki (albo co tam jest pod ręką), czytać o Żydach i dumać nad sytuacją w jaką wpędziły nas te dziwne czasy, wcale nie trzeba czekać do tej pojutrzejszej nocy. Toyahowa i dziś jest obstawiona tymi książkami, a ja i tak, jak widzicie, oczywiście coś wytropiłem i już nie mogę spokojnie się zająć oglądaniem TVN24, dopóki nie wywalę całej mojej goryczy na ten monitor. Poszło tym razem o dwie rzeczy. W Rzepie ukazał się cytat z Andrzeja Wajdy. Jedno zdanie. Ale za to jakie! Pan Artysta, zapytany przez Newsweek o przyczyny upadku komuny, odpowiedział co następuje: „Ten ustrój upadł także dlatego, ze ja robiłem filmy, a Wałęsa i ludzie przyszłej ‘Solidarności’ je oglądali”. To jedno. Parę stron dalej dwie rzepowe panie redaktorki gawędzą sobie o wszystkim z Arturem Zawiszą.
Tu musi nastąpić dłuższa dygresja. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, skąd nagle pomysł, żeby o cokolwiek pytać akurat Zawiszę, to wyjaśnienie pada zaraz na początku. Okazuje się, że środowisko pana Artura dokonało skutecznego przejęcia władzy w publicznej telewizji i w publicznym radio, więc tym samym pan Artur znalazł się ponownie w kręgu o popularnej nazwie establishment. A tu, jak wiadomo, żartów nie ma. Jest szansa, że przy najbliższej okazji, jak Artur Zawisza pojawi się na ciasteczkach u Rymanowskiego to nie będzie wyłącznie stroił min, ale nawet zabierze głos, a poseł Wenderlich raczy na niego spojrzeć przychylnym wzrokiem. W końcu władza to władza.
Więc tu, w tym pięknym wywiadzie – który z pewnością Zawisza już od rana ma wywieszony w antyramie nad swoim biurkiem – panie wywiadowczynie pytają rzeczonego Zawiszę, jak on ocenia fakt, że pobożni ludzie dokonali inwazji na TVP, odpowiada, że jest dobrze, bo jeden z nich jest „doborowym wydawcą”, a drugi „cenionym intelektualistą i pełnokrwistym publicystą”. Ale to by może nie było aż tak ważne (w końcu doborowych wydawców i pełnokrwistych publicystów, nie wspominając już o cenionych intelektualistach, my ludzie starsi poznaliśmy już zbyt wielu), gdyby nie to, że „nominacja redaktora naczelnego szanowanego periodyku [‘świetnie rozpoznawalnego w świecie kultury chrześcijańskiej’] na dyrektora najbardziej intelektualnej anteny radia to znak zmian na lepsze w mediach publicznych”. Więc wreszcie idzie ku lepszemu. Po 18 latach bezbożnych, głupich i nieprofesjonalnie zarządzanych mediów, nastała jutrzenka „ładu” prawdziwie „narodowego”. I oto zwiastun tego ładu przemawia na łamach Rzeczpospolitej.
Ale to była, jak zapowiedziałem, jedynie bardzo rozbudowana dygresja. Tu również – podobnie jak w wypadku Pana Artysty – chodziło mi o jedną, i tylko jedną, myśl. Otóż, skoro już Artur Zawisza – dzięki niezwykle wyrafinowanej zagrywce bohatera moich zimowych dni, Piotra Farfała – powstał jak Feniks z popiołów politycznego niebytu, Rzeczpospolita, w konkluzji wywiadu, zwraca się do niego z pytaniem dziś już podstawowym: „A chce pan wrócić do Sejmu?”
Oto odpowiedź:
SKUPIAM SIĘ NA WIELOPŁASZCZYZNOWEJ DZIAŁALNOŚCI BIZNESOWEJ. ZDARZA SIĘ, ŻE OJCZYZNA WOŁA, ALE MUSIAŁABY BARDZO GŁOŚNO KRZYCZEĆ”.
Od momentu, jak po raz pierwszy zapoznałem się z tą bufonadą Andrzeja Wajdy z Newsweeka i tym czymś – nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa; może ktoś mi pomoże – w wykonaniu Artura Zawiszy, minęło parę dobrych godzin. Ale teraz, zacytowałem te słowa, dałem je w kursywie, pogrubiłem, wyodrębniłem do osobnego akapitu, i gdybym mógł jeszcze coś z nimi zrobić, to pewnie by zrobił, ale nie przychodzi mi nic do głowy. Więc siedzę i gapię się w monitor i… pustka. Chyba sobie zrobię przerwę.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i już jestem. I myślę sobie, że może i ja jakoś spróbuję podsumować ten rok. A może – żeby się nie tak do końca angażować w ten pogański obyczaj – nie koniecznie nawet rok. Może w ogóle podsumować coś bardziej rozlazłego w czasie. Pisałem tu kiedyś o plazmie. Plazmie, czyli czymś czego ani nie sposób dotknąć, ani opisać, ani nawet pewnie umiejscowić. A co jest, bo się ją czuje od momentu jak człowiek otworzy rano oczy, aż po tę chwilę, kiedy zacznie czuć nadejście snu. Oto zdarzyło mi się dziś ujrzeć to coś w dwóch kompletnie różnych, wręcz biegunowych miejscach. Z jednej strony mamy Andrzeja Wajdę, kiedyś reżysera – zdolnego bardzo reżysera, autora jednego, dwóch, czy nawet trzech wybitnych filmów – a z drugiej Artura Zawiszę, polityka – dziś, jak sam się przedstawia, „wielopłaszczyznowego” biznesmena. Dwoje ludzi, tak z pozoru całkowicie politycznie i kulturowo i ideowo innych, a w rzeczywistości dokładnie identycznych. Ludzi, którzy po prostu, w pewnym momencie, nie wytrzymali tego, zwykłego przecież w naszym życiu, napięcia i zwariowali.
Ale nie zwariowali tak, jak to się przydarzyło wielu innym osobom, których los, czy nawet talent, rzucił w światła reflektorów. Nie spotkał ich los tych pierwszych bohaterów Solidarności, których i ja spotykam niekiedy na ulicy mojego miasta i wiem, że z każdym dniem jest z nimi coraz gorzej, bo tak jakoś to życie okazało się dla nich okrutne. Nie. Oni są wciąż na widoku, wciąż jeszcze noszą porządne garnitury i porządne szaliki do bardzo porządnych płaszczy. Ale są faktycznie w tym samym miejscu, gdzie tamci, i podobnie jak tamci snują się po okolicy i coś plotą o Ojczyźnie, która już raz ich wezwała i być może wezwie ich znów, z tym zastrzeżeniem, że oni akurat są bardzo zajęci. Jak ten Piotrek ze Ścianki. Tyle że on się błąkał po ulicach i klatkach schodowych, a oni po redakcjach poważnych dzienników i tygodników.
I może własnie dlatego, przez te płaszcze i szaliki, oni staja się tacy nieokreśleni, niedotykalni. Zamieniają się w plazmę. A nam się każe na nich patrzeć, słuchać ich słów, a przede wszystkim akceptować, jako stały element tego naszego życia. Niekiedy nawet, przy odpowiednim podmuchu wiatru, któryś z nich doczeka miana autorytetu, mędrca, głosu pokolenia. I wtedy dopiero robi się zamieszanie. Do siego roku!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...