Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Friedman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Friedman. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2011

Zawsze Polska

Gdyby ktoś sądził, że nie mam żadnych nowych przemyśleń na tematy bieżące, i od dziś będziemy się tu tylko zajmować geopolityką i historią, to jest w poważnym błędzie. Parę rzeczy związanych z przedłużającym się ponad ludzka miarę dręczeniem Polski przez tę bandę złoczyńców i złodziei jest jak najbardziej do powiedzenia. Niemniej problem Ukrainy, którym się tu ostatnio tak przejąłem, automatycznie skonfrontował nas z problemem Polski w skali jak najbardziej geopolitycznej, i wydaje mi się, że nic nie zaszkodzi, jeśli z bieżącą publicystyką poczekamy jeszcze do, powiedzmy, jutra, czy nawet weekendu. A dziś, bardzo proszę o chwilę jeszcze zwiększonej uwagi.
Jeszcze jesienią zeszłego roku poproszono mnie o przetłumaczenie kilku tekstów amerykańskiego historyka i publicysty Georga Friedmana, jakie zamieścił on w swojej książce, będącej geopolityczną relacją z wizyty po krajach tak zwanego Pogranicza, a więc Turcji, Polski, Rumunii, Ukrainie i Mołdawii. Przy jakiejś okazji, miałem okazję zacytować tu jeden krótki fragment dotyczący sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się Polska, jednak był to tylko, jak mówię, mały fragment, w żaden sposób nie demonstrujący powagi analizy Friedmana. A jest to, moim zdaniem, analiza o wyjątkowym znaczeniu. Oczywiście, najlepiej byłoby się odwołać do całości tego materiału, a więc i całości „polskiego” rozdziału, ale też w ogóle całości przemyśleń i sugestii Friedmana odnośnie całego naszego regionu, niestety i ze względu na obszerność tego materiału, jak i charakter tego miejsca, nie wchodzi to w rachubę. Kto zna język angielski, niech zajrzy sobie do źródła. Tam jest dostępna całość tego materiału. Dziś natomiast chciałem przedstawić dłuższy fragment na temat Polski. Powinno być interesująco. No i, przede wszystkim, pouczająco.

Polacy, podobnie jak pozostała Europa Środkowa, widzą Unię Europejską, jako rozwiązanie ich strategicznych problemów. Skoro Polska jest członkiem Unii Europejskiej, niemiecki kłopot może traktować jako rozwiązany. Oba kraje są dziś związane w jednej wspólnej strukturze instytucjonalnej, co eliminuje niebezpieczeństwo jakiejkolwiek konfrontacji. Polacy są również przekonani, że Rosja też już nie stanowi zagrożenia, i ponieważ jest znacznie słabsza, niż można by sądzić, ale też dlatego, że, jak to w rozmowie ze mną określił pewien urzędnik z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ani Ukraina, ani Białoruś nie są już tamtymi co kiedyś satelitami Sowieckiego Imperium. Prawdę mówiąc, zarówno o Ukrainie jak i Białorusi mówił on bardziej jako o buforach. Podobnie jak to było w przypadku niegdysiejszego zagrożenia austrowęgierskiego, które rozmyło się w melanż dwóch słabych państw, a z których ani jedno ani drugie nie jest już w stanie Polsce zagrozić.
W tym stanie rzeczy, wielu Polaków skłonnych jest twierdzić, że zagrożenia związane z życiem na Wielkiej Północnoeuropejskiej Równinie zostały ostatecznie usunięte. Z mojego punktu widzenia jednak, ten rodzaj spojrzenia wiąże się z dwoma problemami. Po pierwsze, jak już mówiłem w poprzednich esejach w tej serii, Niemcy są w trakcie przeorganizowania swojej roli jako członka Unii Europejskiej. A dzieje się tak nie dlatego, że niemieckie władze tak sobie to obmyśliły. Finansowe i polityczne elity w Niemczech są oczywiście bardzo przywiązane do idei Unii Europejskiej, co jednak nie zmienia faktu, że – podobnie jak to się dzieje po roku 2008 z wieloma innymi światowymi elitami – elity niemieckie utraciły znaczną część miejsca, gdzie mogą się skutecznie poruszać. Opinia publiczna pozostaje bardzo podejrzliwa wobec potężnych subwencji, jakie rząd przyznał i najpewniej będzie musiał jeszcze przyznawać w kolejnych latach. Jak to określiła niemiecka kanclerz Angela Merkel, jako że Niemcy nie będą przechodzić na emeryturę w wieku 67 lat, Grecy mogą to robić już wieku lat 58.
Z niemieckiego punktu widzenia – a poglądy najmniej interesujące formułowane są przez coraz słabsze elity – Unia Europejska staje się coraz bardziej pułapką dla niemieckich interesów. Dla Niemców, przedefiniowanie całej Unii Europejskiej staje się koniecznością. Jeśli będzie się od Niemiec wymagało żyrowania unijnych porażek, oczekiwać oni będą, że w zamian za to uzyskają odpowiednią kontrolę nad polityką gospodarczą reszty państw. W Europie pojawia się system dwupoziomowy, w którym klienci i właściciele nie będą już dłużej dysponowali jednakową siłą.
W chwili obecnej, Polska gospodarczo radzi sobie niezwykle dobrze. Gospodarka się rozwija, i nie ma wątpliwości, że kraj ten jest, jak na dziś, liderem spośród wszystkich byłych państw satelickich. Jednak okres, gdy z Unii Europejskiej do Polski będzie płynął strumień pomocy, nieuchronnie zbliża się do końca, a już zza rogu wychodzą problemy z systemem emerytalnym. Zdolność Polski do utrzymania swojej gospodarczej pozycji w ramach Unii Europejskiej w najbliższych latach zostanie poddana poważnemu wyzwaniu. I wtedy może się zdarzyć, że Polska zostanie przesunięta do pozycji klienta.
Nie wydaje mi się, by Polska miała coś przeciwko temu, by zostać klientem, pod warunkiem jednak, że będzie się ją dobrze traktować. Problem polega jednak na tym, że Niemcy, podobnie jak inne główne państwa Unii, ani nie dysponują odpowiednimi możliwościami, ani też nie bardzo im zależy na tym, żeby dbać o peryferia Unii w stylu, który by owym peryferiom odpowiadał. Jeśli Polsce podwinie się noga, zostanie potraktowana przy użyciu dokładnie tych samych systemów kontroli, jakie zostały nałożone na Irlandię. W trakcie naszej rozmowy, pewien przedstawiciel polskich władz stwierdził, że dla niego tego typu sytuacja nie stanowi problemu. Kiedy wspomniałem o możliwej utracie przez Polskę suwerenności, odpowiedział, że są różne rodzaje suwerenności, i że na przykład utrata suwerenności budżetowej nie koniecznie musi oznaczać ograniczenia w suwerenności narodowej.
Powiedziałem mu na to, że moim zdaniem on nie zauważa wagi problemu. Zachowanie przez państwo decyzji co do kształtu systemu podatkowego, czy dystrybucji pieniądza stanowi esencję państwowej niepodległości. Jeśli polskie państwo utraci te narzędzia, jedyne co mu pozostanie, to ewentualnie możliwość ogłaszania Ogólnopolskiego Miesiąca Kręcenia Lodów i podobnych obchodów. A wówczas inne kraje, zwłaszcza Niemcy, zajmą się za nie sprawami obronności, edukacji i całej reszty. Jeśli umieścimy budżet poza procesem demokratycznym, słowo ‘suwerenność’ straci swój sens.
W tym miejscu, tak jak to zawsze bywa, rozmowa wkroczyła na poziom intencji. Usłyszałem więc, że Niemcy przecież wcale nie mają zamiaru odbierać Polsce suwerenności, lecz jedynie zrestrukturalizować Unię Europejską na poziomie współpracy. I oczywiście całkowicie zgodziłem się z tym, że Niemcy w żaden sposób nie zasadzają się na polską niepodległość. Jednak dodałem też, że intencje nie mają tu żadnego znaczenia. Po pierwsze, kto to w ogóle może wiedzieć, co chodzi po głowie Angeli Merkel? Przecieki z WikiLeaks mogą ujawnić, co ona powiedziała jakiemuś amerykańskiemu dyplomacie, jednak to nie oznacza, że powiedziała, co myśli. Po drugie, za kilka lat to już nie Merkel będzie stała na czele niemieckiego rządu, a tego, kto przyjdzie po niej, nie wie nikt. Po trzecie, Merkel nie jest niezależnym aktorem, lecz pozostaje związana politycznymi realiami. Po czwarte wreszcie, możemy to sobie nazywać jak chcemy, ale kiedy Niemcy zmodyfikują strukturę Unii Europejskiej, władza znajdzie się w ich rękach – a to co się liczy, to właśnie władza, a nie subiektywne skłonności do tego, w jaki sposób tej władzy używać.
Inna z moich rozmów dotyczyła siły Rosji. I znów, przedstawiciele władz podkreślali dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że Rosja jest słaba, a więc nie stanowi zagrożenia. Druga natomiast, że rosyjska kontrola nad Ukrainą i Białorusią jest o wiele mniejsza, niż my to sobie wyobrażamy, a to oznacza, że żaden z tych krajów nie leży w orbicie rosyjskich zainteresowań. Co do tej koncepcji, skłonny jestem częściowo się zgodzić. Rosjanie nie mają najmniejszego zamiaru odtwarzać Imperium, czy choćby Związku Sowieckiego. Branie na siebie odpowiedzialności za te dwa kraje, nie leży w żaden sposób w ich interesie. Nie ulega jednak wątpliwości, że Rosjanom zależy na ograniczeniu możliwości prowadzenia przez oba te kraje samodzielnej polityki zagranicznej. Rosjanie mogą się zgodzić na różnego typu wewnętrzne ewolucje, natomiast nigdy nie dopuszczą do tego, by między tymi państwami i zachodem doszło do jakiegokolwiek polityczno-wojskowego sojuszu. Również też nie przestaną naciskać, by rosyjska armia i jej siły morskie miały stały dostęp do ukraińskiej i białoruskiej ziemi.
Natomiast nie mogę uznać argumentu, że Rosjanie są słabi. Przede wszystkim, cóż to znaczy siła? Rosja może i jest słaba w porównaniu do Stanów Zjednoczonych, jednak z pewnością nie jest słaba, jeśli ją postawić obok Europy, czy tym bardziej tego, co się znajduje za jej granicami. Żaden kraj nie musi być silniejszy, niż wymagają tego strategiczne potrzeby, a jeśli idzie o Rosję, to z pewnością tu akurat jest ona wystarczająco silna. To prawda, ludność Rosji dramatycznie się zmniejsza, a gospodarczo sam kraj jest w rozsypce. Tyle że jak idzie o Rosję, ona jest w gospodarczej rozsypce jeszcze od czasów napoleońskich, jeśli nie wcześniejszych. A zdolności Rosji do demonstrowania całkowitej niezależności możliwości militarnych od jej siły gospodarczej, była już historycznie wielokrotnie potwierdzana.
Podniosłem kwestię europejskiego, a szczególnie niemieckiego uzależnienia od płynącej z Rosji energii. Usłyszałem, że przecież Niemcy importują z Rosji zaledwie 30% swojej energii. Przyznaję, sądziłem, że jest to aż 45%, ale i tak 30% to potężne uzależnienie. Wystarczy zlikwidować tę część i niemiecka gospodarka jest nie do utrzymania. A świadomość tego daje Rosji potężną siłę. I jeśli nawet przyjmiemy, że Rosja potrzebuje swoich wpływów z eksportu energii, to z pewnością jest ona w stanie przetrzymać brak tych wpływów znacznie lepiej, niż Europa i Niemcy będą potrafili przetrwać brak samej już energii.
Pojawia się wreszcie kwestia współpracy niemiecko-rosyjskiej. Jak już to omawiałem wcześniej, uzależnienie Niemiec od rosyjskiej energii i rosyjskie potrzeby odnośnie niemieckiej technologii, stworzyły między oboma państwami rodzaj synergii. Coś co bardzo dobrze jest demonstrowane przez ich nieustanne dyplomatyczne konsultacje. W dodatku jeszcze, zainteresowanie Niemców przyszłością Unii Europejskiej, pozwoliło im uzyskać bardziej niezależny i bardziej ambitny kurs. Z ich punktu widzenia, Rosjanom udało się uzyskać wszystko co najważniejsze, jeśli idzie o geopolityczną odbudowę. Jeśli porównać sytuację do tego, z czym mieliśmy do czynienia 10 lat temu, trzeba przyznać, że Putinowi udało się przeprowadzić bardzo skuteczny zabieg. Dziś Rosja zainteresowana jest przede wszystkim oddzieleniem Europy od Stanów Zjednoczonych, a już zwłaszcza od Niemiec. I kiedy Niemcy rozglądają się za nowymi podstawami swojej polityki zagranicznej, Rosjanie poszukują partnerstwa w Europie.
Polscy przywódcy, z którymi miałem okazję rozmawiać, bardzo wyraźnie dali mi odczuć, że nie widzą w tym wszystkim żadnego problemu. A mi osobiście jest bardzo trudno uwierzyć, że porozumienie rosyjsko-niemieckie nie dotyczy Polski. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ani Niemcy ani Rosja nie mają planów, by Polskę krzywdzić. Jednakowoż, jak wszyscy wiemy, słoń też nie ma zamiaru krzywdzić myszy. Tyle że tak przy okazji, wbrew intencjom, mysz zostaje skrzywdzona.
Wydaje mi się, ze prawdziwy powód owego polskiego podejścia jest taki, że Polacy nie mają wyboru. Kiedy przypomniałem pomysł Międzymorza z amerykańskim poparciem, pewien ważny urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych wskazał mi na fakt, że w ramach nowej natowskiej strategii, Niemcy na obronę Polski przeznaczają dwie dywizje, podczas gdy Amerykanie zaledwie jedną. Mówiąc to, robił wrażenie bardzo rozgoryczonego. Fakt że Amerykanie zdecydowali ostatecznie zrezygnować z zapowiadanej obrony przeciwrakietowej na terenie Polski, jak również ich nie do końca jasne stanowisko w sprawie rozlokowania w Polsce rakiet typu Patriot, traktował on jako zdradę Amerykanów wobec wcześniejszych przyrzeczeń. Dość głupio próbowałem argumentować, że jedna amerykańska brygada stanowi znacznie skuteczniejszą siłę, niż dwie współczesne niemieckie dywizje, ale ponieważ sprawa wcale nie jest taka oczywista, wręcz celowo skiksowałem. Zarzut jaki usłyszałem, to ten, że nowy plan NATO nie wskazuje na jakiekolwiek zaangażowanie Ameryki, a już z pewnością na nic wiarygodnego.
Moja faktyczna reakcja na te argumenty była nieco inna. Polska była bezradna przez całe wieki, najpierw jako ofiara okupacji, a następnie rozbiorów. Wolna i niepodległa była jedynie przez krótki okres między obiema wojnami. Skazując się na francuskie i brytyjskie gwarancje, wręcz swoją suwerenność odrzuciła. Nawet jeśli założymy, że owe gwarancje były nieuczciwe, tak czy inaczej, nie było takiej możliwości, by je honorować. Polska poddała się zbyt szybko.
Zagwarantowanie sobie niepodległości jest pierwszą i najważniejszą kwestią, która leży wyłącznie w rękach Polaków. Przede wszystkim, żaden naród nie może wyzbyć się kontroli nad podstawowymi narodowymi prerogatywami, takimi jak gospodarka, na rzecz organizacji międzynarodowych. A już zwłaszcza tych, które zdominowane są przez takie, stanowiące historyczne zagrożenie państwa, jak Niemcy.
Naturalnie, w swoich działaniach naród nie może opierać się na tym, jak odbiera niemieckie intencje. Wszystkie państwa zmieniają swoje intencje nieustannie. Weźmy przykład Niemiec z lat 1932 i 1934. Po drugie, pomysł by pocieszać się gospodarczą słabością Rosji oznacza odczytywanie historii w sposób celowo błędny.
To co jednak najważniejsze, suwerenność narodowa oparta jest głównie na zdolności narodu do samoobrony. To prawda – Polska nie jest w stanie obronić się przed traktatem podpisanym przez Niemcy i Rosję, przynajmniej nie samodzielnie. Może jednak zyskać na czasie. Pomoc może i nigdy nie nadejść, jednak jeśli w ogóle brakuje czasu, ona nie nadejdzie już z całą pewnością. Oczywiście, Polska może też uznać, że należy przystosować się do niemieckich i rosyjskich oczekiwań, licząc na to, że tym razem wszystko może potoczyć się inaczej. Może i to założenie jest wygodne. Może też i okazać się prawdziwe. Jednak nie można zapominać, że na szali leży ni mniej ni więcej tylko życie narodu.
Osobiście, sytuację widzę tak, że zarówno polskie władze, jak i sami Polacy są przekonani, że jak na dziś są bezpieczni, choć przyszłość pozostaje nieznana. Również można zauważyć pewne poczucie bezradności. Polska jest energicznie rozwijającym się europejskim krajem, pełna nowo-powstających biznesów, oraz funduszy hedgingowych. Jednak cała ta aktywność przykrywa jedynie głęboko ukryte podejrzenia Polaków, że na końcu tego wszystkiego i tak okaże się, że los narodu polskiego nie znajduje się już więcej w polskich rękach. Co będzie, to będzie, a jeśli dojdzie do najgorszego, Polacy z całą pewnością jeszcze raz wykażą się bohaterstwem. Tę wrażliwość Chopin zamienił w sztukę. Jednak, kiedy trzeba będzie wszystko podsumować, może się okazać, że przeżycie jest znacznie bardziej prozaiczne, ale też znacznie trudniejsze do osiągnięcia, niż jeszcze jedna kompozycja. Lub bardziej dokładnie, przeżycie jest dla Polski czymś o wiele cięższym niż dzieło genialnego artysty, i o wiele rzadszym.
Ale w końcu jestem tylko Amerykaninem, a tym samym kimś w znacznie mniejszym stopniu opanowanym przez tragiczną wrażliwość, niż przez realne myślenie strategiczne. Dla Polski, owa strategia jest wynikiem uznania, że nie tylko została ona uwięziona między Niemcami i Rosją, ale też że niemiecko-rosyjskie przymierze pozbawiło ją wszelkich ruchów. W tym uścisku Polska może zostać zgnieciona. Mimo to, wciąż istnieje szansa, by tego uniknąć. By to się jednak udało, Polska potrzebuje trzech rzeczy. Po pierwsze, musi opracować państwową strategię obronną, która sprawi, że ewentualny atak stanie się znacznie bardziej kosztowny, niż próba znalezienia drogi okrężnej. Oczywiście to będzie kosztowało. Ale w końcu zastanówmy się, ileż to Polacy musieli już zapłacić, żeby uniknąć nazistowskiej i sowieckiej okupacji? To co dziś wydaje się drogie, z perspektywy może się okazać niezwykle tanie.
Po drugie, Polska pozbawiona sojuszy pozbawiona jest odpowiedniego ciężaru. Jako część sojuszu rozciągającego się od Finlandii do Turcji, w ramach pamiętnego Międzymorza, Polska znalazłaby się w ramach układu o wystarczającej wadze, by moc nie zważać na taki drobiazg jak NATO. NATO stanowił sojusz na czas zimnej wojny. Ta wojna jest już dawno za nami, a owo stare przymierze wciąż trwa, jak niedożywiona zjawa, utrzymywana przez bardzo wykarmioną biurokrację.
Polsce bardzo by się przydała jakiegoś typu współpraca z Rumunią, i to niezależnie od tego, co o tym może sądzić, dajmy na to, Portugalia. Sojusz ten wymagałby polskiego przywództwa. Samo oczywiście ono się nie zrobi, jednak przede wszystkim Polska musi pokonać w sobie ową fantazję, że 18 lat Unii Europejskiej reprezentuje europejską transformację roku 2000 w kierunku czegoś na kształt Królestwa Niebieskiego. Według europejskich standardów, 18 lat to nie taki długi okres czasu, a w ostatnim czasie Europa nie ma się najlepiej. Jeśli Niemcy się pomylą w swojej grze, Unia przetrwa. A Polska? Myślenie strategiczne zawsze powinno zakładać najgorszy scenariusz, a nie naiwne układy z przywódcami, którzy dziś są, a jutro już ich nie ma.
Wreszcie, Polacy muszą utrzymać swoje dobre relacje z światowym przywództwem. Zgoda, końcówka administracji Busha i początek rządów Obamy nie mogą Polaków nastrajać optymistycznie. Jednak pozostaje faktem, że XX wiek trzykrotnie miał okazję widzieć, jak Stany Zjednoczone wystąpiły, by uchronić Europę przed niemiecko-rosyjskim sojuszem i dominacją jednej potęgi. Czy to Niemiec, Rosji, czy obu ramię w ramię. Owe wojny nie były prowadzone przez wzgląd na sentymenty. Amerykanie nie mieli Chopina. Te wojny prowadzone były z powodów geopolitycznych. Amerykanie świetnie sobie zdają sprawę z tego, że ewentualny sojusz niemiecko-rosyjski stanowi dla nich bardzo poważne zagrożenie. Dlatego też Amerykanie brali udział w I i w II Wojnie Światowej, jak też i w zimnej wojnie lat późniejszych.
Są pewne stałe kwestie, na które Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić. Na samym szczycie tej listy znajduje się dominacja Europy przez jedną potęgę. Aktualnie Ameryka jest bardzo skoncentrowana na ratowaniu Afganistanu, jednak to nie będzie trwało wiecznie. Oczywiście, Ameryka ma znacznie więcej czasu niż Polska. Ameryka ma też większą swobodę manewru. Jednak czas dla Polski też jeszcze się nie skończył. Tyle że Polacy powinni umieć go wykorzystać tak, by w odpowiednim momencie, kiedy Stany Zjednoczone już odzyskają odpowiednią perspektywę, móc się włączyć.
Unia Europejska może znów stanąć na nogi, a to co powstanie w dalszej kolejności może stanowić, tak jak to było planowane na samym początku, konfederację równoprawnych narodów. Może się okazać, że Rosjanie będą musieli się z tym pogodzić. Oczywiście, wciąż mam swoje stare wątpliwości, ale takie rozwiązanie jest możliwe. Problem jednak jest taki, że nie wiemy, co Polacy zrobią, jeśli wydarzy się najgorsze. Jestem bardzo mocno przekonany, że porażka, której można było uniknąć nie ma w sobie nic szlachetnego. Ale jestem też równie mocno przekonany, że jeśli uważnie wsłuchamy się w Poloneza, zobaczymy, że stanowi on nie tylko zaproszenie do przeżycia, ale również do wielkości.

Minęły wakacje, a wraz z nimi ten okropny stan bezczynności. Mam nadzieję, że nowy rok szkolny przyniesie Zmianę pod każdym względem. Zanim jednak zorientujemy się w kierunkach, bardzo proszę o kupowanie książki i dalsze wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Będę wdzięczny za każdy gest solidarności.


niedziela, 19 grudnia 2010

Opakowanie zastępcze

Czytelnicy bloga, który prowadzę od paru już lat, znają tę moją wstydliwą tajemnicę, że jestem osobą kiepsko oczytaną i ten brak oczytania już tylko się pogłębia. Owo pogłębianie polega na tym, że o ile kiedyś, jeszcze w latach młodzieńczych, czytałem dużo, to w kolejnych latach zacząłem ograniczać się coraz bardziej do gazet, by ostatnio już nawet nie czytać nawet tych cholernych gazet. Wygląda na to, że ostatnio sytuacja stała się do tego stopnia dramatyczna, że jedyne teksty jakie przyjmuję, to te, które sam piszę, a i nawet to bardzo pobieżnie. I oto, proszę sobie jednak wyobrazić, ostatnio się ni stąd ni z owąd bardzo rozczytałem i dzisiejszy mój komentarz będzie swoistym przeglądem lektur.
Zaczęło się od tego, że otrzymałem zlecenie przetłumaczenia tekstu amerykańskiego autora Georga Friedmana, na temat geopolitycznej sytuacji krajów naszego rejonu, a więc Ukrainy, Rumunii, Mołdawii, Turcji, no i Polski. Friedman jest mi autorem oczywiście nieznanym, ale ponieważ, jak się dowiaduję, jego prace są przetłumaczone i do kupienia i w Polsce, muszę przyznać, że ta moja nieznajomość jest wyłącznie konsekwencją wcześniej wspomnianego nieoczytania. Zwiedza więc Friedman nasze okolice i w formie ni to dziennika, ni to historycznej rozprawki, ni to wreszcie rozprawy publicystycznej, przedstawia, jak on sobie wyobraża naszą obecną i przyszłą sytuację przy założeniu, ze wszyscyśmy się znaleźli w rosyjsko-niemieckich kleszczach i jest to stan, z którego prostego wyjścia nie ma. Niezwykle ciekawe są te teksty. Ja je tłumaczę na język polski, no i przy okazji sobie czytam.
Co więcej? A więc w międzyczasie, zdarzyło mi się też przeczytać artykuł w Rzeczpospolitej informujący nas o tym, że polski rząd, ze szczególnym uwzględnieniem ministra Rostowskiego, doprowadza Polskę do całkowitej finansowej zapaści, i że właśnie w związku z tym faktem, został ostatnio bardzo brutalnie zaatakowany przez trzech poważnych ekonomistów, na czele z Leszkiem Balcerowiczem. Akurat – muszą to tu zauważyć – jeśli idzie o niego, to dla mnie on jest poważnym ekonomistą o tyle o ile, ale ponieważ sprawa dotyczy środowiska, gdzie on poważnym ekonomistą oczywiście jest jak najbardziej, przyjmuję tu jego opinie poważnie.
Wreszcie, gdyby ktoś myślał, że ja wyłącznie albo czytam gazety, albo oglądam kolorowe fotografie z komentarzami poniżej, albo przeglądam jakieś teksty z Sieci, i się tym głupio chwalę, pragnę zauważyć jeszcze, że oprócz tego, przeczytałem coś prawdziwego. Mianowicie książkę. Otóż pani Toyahowa nagle sobie przypomniała o tym, że my chyba mamy w domu książkę Czesława Bieleckiego, wydaną jeszcze w roku 1990, a zatytułowaną „Z celi do celi – Listy do żony”. Po pewnych wytężonych poszukiwaniach, książka została odnaleziona, no i stąd się ostatecznie wzięło to, że ją wziąłem do ręki i przeczytałem.
A więc oto mamy trzy teksty, które jakimś niezwykłym trafem przeczytałem niemal w jednym czasie, i które, jeszcze jakimś bardziej niezwykłym cudem, sprowadziły się w mojej głowie do jednej ponurej i bardzo bolesnej refleksji. Refleksji o tym, że przyszedł czas, kiedy zacząć się wstydzić, to już i tak, jak na stan, do jakiego jako społeczeństwo daliśmy się doprowadzić, stanowczo za mało. A więc dziś o tym. O nas i o tym wstydzie, który udajemy wciąż, że nas nie dotyczy.
Zacznę od Rzeczpospolitej. Informacja podana przez ów dziennik, z powołaniem się i na tych trzech ważnych gospodarczych ekspertów, ale przecież nie tylko, mówi nam, że polski dług publiczny rośnie w bardzo szybkim tempie z dnia na dzień, a obecnie sięga już ponad 700, a może już prawie 800 miliardów złotych. Ja się kompletnie nie znam na tych sprawach, ale za to wiem, co to jest dług publiczny. Otóż dług publiczny to jest coś takiego jak dług osobisty, tyle że w skali państwa. Jeśli ja i moja rodzina jesteśmy zadłużeni w bankach, to dlatego, że w pewnym momencie zaczęliśmy wydawać więcej, niż zarabiać. Dopóki te kredyty spłacamy, nie jest najgorzej. Natomiast jeśli zamiast je spłacać, tylko ich sumę zwiększamy, zaczyna się robić niebezpiecznie, bo na końcu tej przygody jest zawsze już albo sznur, albo coś bardziej naturalnego. Jak się okazuje, Polska – jak twierdzą wspomniani specjaliści, z winy obecnego rządu – zmierza w stronę tego sznura, tyle że w skali całego narodu, a nie jednej biednej rodziny, zadłużonej przez nieroztropnego tatusia. Oto co przeczytałem w Rzeczpospolitej. Dla sprawiedliwości oceny i właściwego porządku, muszę dodać, że minister Rostowski twierdzi, że nie ma powodów do niepokoju, bo on ma na wszystko oko. Premier Tusk oczywiście się z tą oceną swojego ministra jak najbardziej zgadza.
Teraz o tym Amerykańskim publicyście. Otóż Friedman – powołując się na historię tej części świata i najróżniejsze precedensy – twierdzi, że nadzieje wyrażane przez niektórych, jakoby Niemcy nie miały w stosunku do Polski i innych krajów regionu złych intencji, natomiast Rosja była zbyt słaba, więc również wystarczająco łagodna, żebyśmy się mieli nią przejmować, to wyłącznie bezmyślna naiwność. Że bez silnej koalicji, o której kiedyś daremnie marzył Piłsudski, kiedy tworzył swoje plany odnośnie Międzymorza, zarówno Polska, jak i Ukraina, czy inne kraje skazane są na ostateczne skolonializowanie, tyle że w nowoczesnym, jak najbardziej politycznie akceptowalnym opakowaniu. Friedman zwiedził nasze kraje, spotykał się z ludźmi, dziennikarzami i z przedstawicielami władz i doszedł do wniosku, że sytuacja jest już naprawdę bardzo nerwowa. I że najwyższy już czas zacząć krzyczeć. Niezwykłe są te jego relacje. Kto ma ochotę, będzie mógł się z nimi zapoznać już niedługo na stronie http://www.geopolitics-europe.com/. Jeśli idzie o mnie, właśnie kończę tłumaczenie fragmentu o Polsce. Oto co pisze Friedman:

„W chwili obecnej Polska ekonomicznie radzi sobie niezwykle dobrze. Gospodarka się rozwija, i nie ma wątpliwości, że, jak na dziś, kraj ten jest liderem spośród wszystkich byłych państw satelickich. Jednak okres, gdy z Unii Europejskiej do Polski płynie strumień pomocy, nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a już zza rogu wyłaniają się problemy choćby z systemem emerytalnym. Zdolność Polski do utrzymania swojej gospodarczej pozycji w skali Unii Europejskiej w najbliższych latach zostanie poddana poważnemu wyzwaniu. I wtedy może się zdarzyć, że kraj ten zostanie przesunięty do pozycji klienta.

Nie wydaje mi się, by Polacy mieli cokolwiek przeciwko temu, by zostać klientem, pod warunkiem, że będzie się ich dobrze i uczciwie traktować. Problem polega jednak na tym, że Niemcy, podobnie jak inne główne państwa Unii ani nie dysponują możliwościami, ani też nie bardzo im zależy na tym, żeby dbać o peryferie Unii akurat w stylu, który by owym peryferiom odpowiadał. Jeśli Polsce podwinie się noga, zostanie potraktowana przy użyciu dokładnie tych samych systemów kontroli, jakie zostały nałożone na Irlandię. W trakcie naszej rozmowy, pewien przedstawiciel polskich władz stwierdził, że dla niego tego typu perspektywy nie stanowią problemu. Kiedy wspomniałem o możliwej utracie przez Polskę suwerenności, odpowiedział, że są różne rodzaje suwerenności, i że na przykład utrata suwerenności budżetowej nie koniecznie musi oznaczać ograniczenia suwerenności państwowej.

Powiedziałem mu na to, że moim zdaniem on nie dostrzega wagi problemu. Zachowanie przez państwo prawa decyzji co do kształtu systemu podatkowego, czy dystrybucji pieniądza stanowi esencję państwowej niepodległości. Jeśli polskie państwo utraci te narzędzia, jedyne co mu pozostanie, to ewentualnie możliwość ogłaszania Ogólnopolskiego Miesiąca Kręcenia Lodów i podobnych obchodów. A wówczas inne kraje, zwłaszcza Niemcy, zajmą się za Polaków sprawami ich obronności, edukacji i całej reszty. Jeśli umieścimy budżet poza procesem demokratycznym, słowo ‘suwerenność’ można wyrzucić do kosza.”

A więc przetłumaczyłem ten fragment i na chwilę zaniemówiłem. Ktoś pomyśli, że pewnie z powodu tych lodów. To akurat też, bo to – przyznać trzeba – zbieżność niezwykła. Jednak to co na mnie zrobiło już autentyczne wrażenie, to ten „przedstawiciel polskich władz”. Ciekawe, prawda? Oto człowiek – jeden z tych ludzi, jeden z nich – przychodzi, i na uwagę o możliwej utracie przez Polskę suwerenności mówi, żeby mu nie zawracać głowy, bo przecież suwerenność suwerenności nierówna. Oni – Polak z Amerykaninem – sobie tam jeszcze przez jakiś czas rozmawiają, i jest nie mniej ciekawie, ale na razie to powinno nam wystarczyć. Resztę niedługo proszę czytać tam, gdzie prowadzi powyższy link.
No i wreszcie Czesław Bielecki. Ja o tym, kim jest Bielecki wiedziałem już znacznie wcześniej, jeszcze zanim on postanowił wystartować przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz w wyborach na prezydenta Warszawy. I ta moja wiedza, mimo najróżniejszych kryzysów, kazała mi zawsze wierzyć, że jest on osobą wybitną. Dziś wpadliśmy na tę maleńką książeczkę z listami i oto czytam na okładce następującą informację: „Urodził się w 1948 r. w Warszawie. Architekt, grafik, publicysta, wydawca. Absolwent Politechniki Warszawskiej. Od 1979 r. współpracował z ‘Kulturą’ paryską, w której publikował pod pseudonimem Maciej Poleski. Autor ‘Ciągłości w architekturze’ i inicjator grupy twórczej ‘Dom i Miasto’. W 1982 r. założył podziemne wydawnictwo CDN. Będąc w konspiracji, założył z kolegami w 1984 r. spółkę projektową DiM’84. W 1986 r. przemycił z aresztu gryps z projektami na konkurs plakatu 40-lecia ‘Kultury’ i wygrał go. Więzień polityczny w latach 1968, 1983, 1985-86. W 1989 r. zainicjował powstanie spółki akcyjnej ‘Metropolis’, której celem jest rozwijanie terenów miejskich przez operacje nieruchomościowo-budowlane. Uczestnik Porozumienia Ponad Podziałami powstałego w 1989 r.”
No i są jeszcze różne osiągnięcia zawodowe i nie tylko, do roku 1990. O ewentualnej reszcie wiemy już skądinąd.
Ktoś powie, ze przecież to nic takiego. Weźmy takiego Lityńskiego, czy Wujca. Też mają nie byle jaką przeszłość. A Michnik? Ten to dopiero! Niech więc będzie i tak. Zajrzyjmy więc do środka. Cóż ten Bielecki tam pisze? To są, jak wskazuje sam tytuł, listy do żony, a więc w dużym stopniu osobiste adresy. Niemniej jest coś jeszcze. Bielecki w więzieniu czyta książki – strasznie dużo tych książek – uczy się języka angielskiego, tworzy jakieś słowniki, no i projektuje Warszawę. Nieustannie tworzy projekty architektoniczne Warszawy – „place, pasaże, rozbudowy budynków użyteczności publicznej”. Myśli wciąż o tej Warszawie i ją w swojej głowie i sercu zmienia. Żeby była piękniejsza i bardziej funkcjonalna. Warto wrócić do tej książki. Można w niej znaleźć człowieka niezwykłego. W pewnym sensie jedynego. Wyjątkowego. A ja sobie myślę, co z tego wszystkiego zostało w czasie niedawno przeprowadzonych wyborów na prezydenta Warszawy, w których Gronkiewicz –Waltz Bieleckiego rozgromiła? Rozpędziła go na cztery wiatry, jak jakiegoś przybłędę bez historii. Został tylko jakiś Czesław Bielecki – kandydat PiS-u. Człowiek – jakżeby inaczej! – Kaczyńskiego.
Warszawiacy uznali, że oni przyjmą wszystko – nawet tę kobietę; nawet ją; niech już będzie choćby i ona – byleby tylko nie jakiegoś pisiora. Niech szlag trafi wszystko. Niech to miasto diabli wezmą. Byle nie cholerny kaczysta. Mieszkam w Katowicach i mam swoje powody, żeby się za moje miasto wstydzić. Ale my tu mamy swojego Uszoka. On też był popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. A tu, choć podobnie jak w Warszawie też się PiS-u nienawidzi – i tu uwaga do mojego kolegi Michała Dembińskiego – nikomu, poza najbardziej nieprzytomnej z nienawiści peowskiej młodzieży, nie przyszło do głowy o nim mówić, że to był kandydat PiS-u. Bo to nieprawda. Bo był Uszok, podobnie jak w Warszawie Czesław Bielecki, kandydatem niezależnym, tyle że przez PiS popieranym. Dlaczego? Bo zwyczajnie był najlepszy. I on wygrał, między innymi dlatego, że cokolwiek by mówić o Ślązakach, oni nie są samobójcami na gwizdnięcie. I my jakoś sobie z Uszokiem poradzimy. Warszawa natomiast przez kolejne cztery lata będzie musiała gnić pod rządami tej dziwnej kobiety. Warszawy sprawa. Mnie natomiast jest już tylko wstyd.
Podobnie jak mi jest wstyd za tych wszystkich, którzy już tak zgłupieli z tej durnej, bezdusznej propagandy, że im się stało już dokładnie wszystko jedno. Za tych, którzy, kiedy wyjdą któregoś dnia na ulicę i zostaną zaatakowani przez bandę pijanych żuli, którzy odbiorą im wszystko, co będą mieli przy sobie, a na dodatek każą im wrócić do domu po resztę, to oni posłusznie do domu wrócą, i za chwilę przybiegną i oddadzą im wszystko co mają. A jak któryś z nich powie „Przyprowadź pan jeszcze żonę i córkę”, to przyprowadzą. Byleby tylko ci żule ich zapewnili, że żaden z nich nie nazywa się Kaczyński, albo jakoś tak. Wstyd mi jak cholera. Czytam relację ze stanu polskiego wewnętrznego zadłużenia, słucham tego Amerykanina, jak mi opowiada, co się kotłuje w głowach przedstawicieli polskiego rządu, patrzę na tego Bieleckiego i na tę kobietę, która go rękoma Warszawiaków rozniosła w drobny mak, i wstydzę się.
Dziś dowiedziałem się, że polska prokuratura zbada sprawę niszczenia przez Rosjan wraku naszego samolotu. Tyle tylko, że – jak nas się lojalnie uprzedza – najpierw trzeba się będzie w tej sprawie skonsultować z prokuratorami rosyjskimi, żeby nam powiedzieli jak jest naprawdę. Rzeczpospolita doniosła, że Platformie wzrosło, a PiS-owi spadło. Igor Janke zameldował, że polska blogosfera się rozwija. Jest jak zwykle. Albo jeszcze lepiej – jak kiedyś. Szynka, panie. Szynka z drobiu. W opakowaniu zastępczym. Smacznego!


Powyższy tekst, tu w wersji nieco rozszerzonej, ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...