Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 stycznia 2021

Parę uwag na temat tak zwanego pisarstwa

 

       Szczerze przyznam, że przez pewien czas żyłem bardzo mocnym postanowieniem, by tego tematu tu z różnych względów nie poruszać, stało się jednak tak że w magazynach Kliniki Języka, czyli wydawnictwa które przez szereg lat wydawało napisane przeze mnie książki, odnalazły się cztery zagubione egzemplarze moich refleksji na temat bogactwa tego i owego, zatytułowanych przeze mnie złośliwie „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a ja je wszystkie cztery zakupiłem po cztery dychy za sztukę plus przesyłkę, głównie po to, by to nad czym spędziłem jednak nieco czasu nie gniło gdzieś w oczekiwaniu na ostateczny przemiał, a przy okazji pomyślałem sobie, że przyszedł czas by pewne rzeczy wyjaśnić.

       Zanim jednak zacznę, chciałbym wspomnieć o czymś co mi się przydarzyło z dwa lata temu. Otóż dostałem propozycje napisania książki na temat zadany i natychmiastowego odsprzedania praw do niej za 30 tys. złotych do ręki. Odmówiłem z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie umiem pisać na zamówienie tak, bym z tego co napiszę nie miał jakiejkolwiek satysfakcji – a owa propozycja nieuchronnie do tego prowadziła – po drugie natomiast, ja się nie sprzedaję, dopóki mnie ktoś odpowiednio cwany i bezwzględny do tego nie doprowadzi. Owej książki, podobnie jak tych 30 patyków oczywiście nie ma, natomiast jest coś innego. Otóż jest tak, że – z tego co słyszę – są osoby, które zastanawiają się, co się dzieje ze mną jako pisarzem, a przy okazji z książkami, które czy to już napisałem, czy dopiero planuję napisać i wydać. A ja chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że te co już wydałem, z wyjątkiem „Rock and rolla” i ostatniej „Mantoli”, się już rozeszły, gdy natomiast chodzi o wspomniane dwa tytuły, większość „Rock and rolla” Klinika Języka sprzedała za psi grosz do jakichś internetowych antykwariatów i w księgarni państwa Maciejewskich owego tytułu zostało zaledwie pięć sztuk, a praktycznie jedyną poważną ofertę stanowią te smutne 132 egzemplarze „Mantoli”, o której dziś niemal nikt już ani nie wie, ani się nie dowie, oraz niespodziewanie zupełnie siedem egzemplarzy mojej pierwszej książki, czyli „Siedmiokilogramowego liścia”. A  ja – znając sposób w jaki działa rynek – wiem, że one wszystkie prędzej czy później zostaną sprzedane po pięć złotych na Allegro, albo – jeśli uda mi się odpowiednio zdążyć – tutaj, po normalnej cenie, gdzie dziś siedzę i piszę ten tekst. W jaki sposób? W taki mianowicie, że ja je wszystkie wykupię. Normalnie. Tak jak się kupuje książki w księgarni. Prosi o spakowanie, płaci i zabiera ze sobą.

       Ktoś mnie pewnie zapyta, co tu się dzieje, a ja niestety muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Wszystko to co w życiu napisałem, albo zostało sprzedane, albo krąży po rynku, a ja tu już dziś nie mam nic do gadania. I daję słowo, że nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie konieczność zwrócenia uwagi wszystkim tym, którzy jakimś cudem dotrą choćby do owych 132 egzemplarzy moich refleksji na temat angielskiej kultury oraz języka, książki, moim zdaniem, absolutnie wyjątkowej, wystawianej przez księgarnię Kliniki Języka, gdyby nie fakt, że ja dziś z owymi egzemplarzami nie mam nic wspólnego, przynajmniej do czasu aż będzie mnie stać na to by je wszystkie wykupić i sprzedawać  w swoim już imieniu.

        Czemu tak? Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko co jeszcze zalega w magazynie Kliniki Języka pójdzie na straty i że jedyną osobą, która się tymi tytułami zainteresuje, jestem ja. A mam akurat zbyt wielki szacunek do swojej pracy, by pozwolić na to gnicie. Dlatego też, zachęcając oczywiście wszystkich do tego, by odwiedzali księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, kupowali wspomniane książki – nawet jeśli do mnie z tego nie trafi jeden marny grosz – chciałbym poinformować, że przez jakiś czas można się zgłaszać do mnie i zamawiać następujące tytuły: „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, oraz oczywiście te cztery egzemplarze „39 wypraw”, które właśnie przyszły. To są już naprawdę ostatnie egzemplarze, które leżą tu na stole tuż obok, a każdy z nich wart swojej ceny, jakakolwiek by ona była. Dedykacje oczywiście w cenie. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

         Co do przyszłości, zapewniam że ona jest wcale nie tak odległa. Proszę o chwilę cierpliwości.




 

       

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Czy Renata Kim lubi czytać książki?


         Parę dni temu na Twitterze chyba albo na Facebooku – przepraszam, ale bywam i tu i tam, i nie bardzo się już potrafię połapać co jest skąd – trafiłem na komentarz reżysera filmowego Andrzeja Saramonowicza, który postanowił odnieść się do faktu, że w czasach pandemii, wielu komentujących bieżące wydarzenia, pokazuje się na tle półek z książkami i to wśród licznych komentatorów wywołuje szydercze komentarze. Otóż zdaniem reżysera filmowego Saramonowicza, owo szyderstwo wynika bezpośrednio z faktu, że owe komentujące osoby nie są w stanie uwierzyć, że są na świecie ludzie, którzy nie dość, że czytają książki, to jeszcze ich po przeczytaniu nie wyrzucają, ale odstawiają na półki. Od tej refleksji filmowy reżyser Saramonowicz doszedł do z jego punktu oczywistej konkluzji, że wszyscy, którzy szydzą z tej wystawy, to elektorat Prawa i Sprawiedliwości, czyli ludzie dla których książka pozostaje towarem absolutnie ostatniej potrzeby.
         Powiem szczerze, i przyznawałem to już tu parokrotnie, że sam książek od wielu lat nie czytam. Czemu tak jest, uczciwie powiedzieć nie potrafię, ale podejrzewam, że poza zwykłym starczym otępieniem, które sprawia, że nawet dziś jeszcze nie zacząłem oglądać na Netfliksie „Irlandczyka” Scorsesego, nie bardzo wiem, czemu miałbym na starość po raz siedemdziesiąty trzeci czytać „Pod Wulkanem” Lowry’ego, „Człowieka bez właściwości” Musila, „Auto da fe” Canettiego, że już nie wspomnę o moich ulubionych „Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa”, czy „Głowie na tranzystorach” Ożogowskiej. W związku z tym, nie bardzo też rozumiem, dlaczego, kwestia tak zwanego czytelnictwa wciąż od czasu do czasu funkcjonuje jako argument przy oddzielaniu ludzi mądrych od głupich. Nie rozumiem też, czemu tu akurat największą estymą cieszy się wspomniane czytelnictwo, a nie na przykład rozeznanie w liczbach. Czemu w powszechnej ocenie idiotą jest ktoś, kto nie czyta książek, natomiast nie jest owym idiotą, ktoś kto – tak jak to zdarzyło się w przypadku pewnego dziennikarza stacji TVP Info – pokazał, że dla niego nie ma różnicy, czy w kościołach może się gromadzić jedna osoba na 10 metrów kwadratowych, czy może 10 osób na ten sam metr. Czemu nie jest idiotką posłanka Platformy Obywatelskiej Joanna Mucha, która ledwo co wczoraj ogłosiła na swoim Twitterze, że ktoś zebrał już 5 tysięcy podpisów na Rafała Trzaskowskiego i wystarczy jeszcze tylko pięciu takich jak ten, i osiągniemy „z górą 100 tysięcy”? Podkreślam: „z górą”. Czemu wreszcie idiotką nie jest dziennikarka "Newsweeka" Renata Kim, która wczoraj wrzuciła do Internetu zdjęcie na którym prezentuje się dumnie przed billboardem Andrzeja Dudy, na którym ktoś mu dorysował hitlerowski wąs i "ząbek", a literę "d" przerobił na "p", i  następnie, próbując ów wygłup usprawiedliwić, wyjaśniła, że ona tam była prywatnie, a nie jako poważna dziennikarka? Wygląda na to, że do tego, by zostać członkiem bandy, wystarczy że się zaprezentuje odpowiednio bogatą bibliotekę, a cała reszta nie ma znaczenia.
        Nie będę się tu upierał, że mam rację, ale faktem jest, że niemal od zawsze w moim pojęciu  nie mógł być traktowany jako osoba inteligentna i wrażliwa ktoś, u kogo w domu nie ma muzyki. Ile razy przychodziłem do kogokolwiek na wizytę, pierwsze co mnie interesowało to nie półka z książkami, ale półka z płytami. Jeśli tam podczas wspomnianej wizyty nic nie grało, miałem wrażenie, że mam do czynienia z ludźmi pozbawionymi podstawowej wrażliwości, ale też prostej inteligencji. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że u mnie w domu od rana do wieczora gra muzyka, a w miejscu półek na książki stoją rowery, lub wiszą rodzinne zdjęcia. Tu akurat tych książek jest aż tak dużo, że, szczerze powiedziawszy, z powodu owego bezsensu jest mi niekiedy zwyczajnie wstyd. No, ale się nie rzucam ani też nie mam zamiaru się jakoś szczególnie popisywać.
        Mam natomiast pewne bardzo konkretne przemyślenia, którymi chciałem się tu dziś podzielić. Otóż, jak pewnie wie część z zaprzyjaźnionych użytkowników wspomnianego Twittera, w dniu w którym Rafał Trzaskowski zaczął zbierać podpisy na rzecz swojej kandydatury w wyborach prezydenckich i niemal natychmiast jego tak zwany sztab zaczął się chwalić sukcesami w zbieraniu podpisów, syn mój zamieścił szyderczy wpis, ozdobiony zdjęciem jeszcze z roku 2015 ogromnej, ustawionej przed katowickim Spodkiem, wielokrotnie zakręconej olbrzymiej kolejki miłośników gier komputerowych, czekających na to by wziąć udział w corocznej imprezie pod nazwą „Extreme Masters”, oraz komentarzem: „Taka kolejka do złożenia podpisu dla Rafała Trzaskowskiego dzisiaj pod katowickim Spodkiem. Jest moc”.
      Powiem otwarcie, że z mojego punktu widzenia owe szyderstwo było nadzwyczaj zabawne, i fakt że ono nie zostało jakoś sczególnie docenione mnie zmartwił. Chwilę potem zresztą, w komentarzu do wpisu mojego syna, któś wrzucił zdjęcie zatłoczonej po brzegi plaży w Sopocie z podobnym komentarzem, i to akurat spodobało się znacznie bardziej, do tego stopnia, że to akurat zdjęcie do dziś u wiele osób wywołuje na Twitterze szczere rozbawienie. I oto, proszę sobie wyobrazić, nagle zdjęcie zamieszczone przez mojego syna zupełnie na poważnie zamieścił profil pod nazwą „Dosyć rządów PiS”, a ten z kolei wpis podała dalej aktorka Krystyna Janda, w głębokim przekonaniu, że te setki osób pod katowickim Spodkiem stoją po to właśnie, by złożyć podpis pod kandydaturą Trzaskowskiego. Chwilę potem, na profil Krystyny Jandy zajrzeli ludzie ze znanego nam aż nazbyt dobrze „Soku z buraka” i podali dalej owo zdjęcie, z tym samym przekazem, że Trzaskowskiego popierają tysiące, a kto wie, czy nie miliony nawet.
      I w tym momencie stało się coś z mojego punktu widzenia wręcz niewyobrażalnego, bo mianowicie na te wrzutki zareagowały niemal wszystkie prawicowe media i ogłosiły, że wspomniany „Sok z buraka” manipuluje, bo wrzucone przez mojego syna zdjęcie – o którym zresztą dziś już mało kto wspomina – to fejk.
       Mało tego. Proszę sobie wyobrazić, że ci którzy mimo wszystko zdecydowali się dotrzeć do oryginału, uznali że syn mój to jeszcze jeden internetowy troll, opłacany przez sztab Rafała Trzaskowskiego. Doszło wręcz do tego, że wśród tych idiotów pojawił się we własnej osobie sam Romuald Szeremietiew i on też nie zechciał zadać sobie trudu, choćby zaglądając na profil mojego syna, by sprawdzić, czy nie doszło do zwykłego żartu. On również, podobnie jak Janda i osoby prowadzące wspomniany „Sok z buraka”, uznał, że to zdjęcie – podkreślam, że oczywisty żart – to antypolska manipulacja.
        O co mi chodzi? Otóż tak jak zawsze, problemem nie jest ani pojedyncze zdarzenie, ani pojedyncze osoby. Tu bowiem, nie ma najmniejszego znaczenia jakim durniem jest aktorka Janda, administratorzy „Soku z buraka”, czy nawet Romuald Szeremietiew. Nikt, dosłownie nikt, nie pomyślał o tym, że prawdopodobnie Janda, autorzy strony „Dosyć rządów PiS”, że już nie wspomnę o administratorach „Soku z buraka”, to głupcy, którzy nie zauważyli w tym zdjęciu ironii. Mało tego, nikt nie zarzuci dziennikarzom prawicowych mediów, że oni też są tępi, skoro nie widzą, w Jandzie et consortes bandy bałwanów, ale że wyłącznie politycznych oszustów. Dlaczego? Jak rozumiem, dlatego, że oni należą do owej inteligentnej mniejszości, która jak reżyser Saramonowicz czyta książki.
      To co mnie dziś szczególnie dręczy, to myśl że naprawdę by nie zaszkodziło, gdyby oni wszyscy wszystkie te książki, które trzymają w domu, wyrzucili na śmietnik – a z własnego doświadczenia wiem, że antykwariat ich zwyczajnie nie przyjmie – natomiast zaczęli słuchać muzyki. Gdy chodzi akurat o nich i prezentowaną przez nich wrażliwość, wystarczy że zaczną od zespołu Boys. 



wtorek, 5 maja 2020

Jeszcze o nieopanowanym czytelnictwie


        We wrześniu 2018 roku opublikowałem na blogu – wówczas również prowadzonym w Coryllusowej „Szkole nawigatorów” – tekst zatytułowany „Co bracia Karnowscy sądzą o polityce propagandowej prowadzonej przez Josepha Goebelsa”, w którym zaatakowałem środowisko tygodnika „W Sieci” oraz portalu wpolityce.pl za to, że atakując reżysera Smarzowskiego za jego film pod tytułem „Kler” równocześnie prowadzi akcję zohydzania nam papieża Franciszka, a w tym celu posługuje się metodami dokładnie zaczerpniętymi z filmu Smarzowskiego. Tak jak się spodziewałem, większość komentarzy w „Szkole Nawigatorów” nie dotyczyła wykazanej przeze mnie obłudy Karnowskich, lecz krytyki Franciszka i tego, czym ich zdaniem jest pozostający pod jego opieką Kościół. Wśród wspomnianych głosów znalazł się też i taki, w którym autor, poproszony przeze mnie by się trzymał tematu i napisał coś może o zachowaniu Karnowskich, przedstawił elaborat na niemal tysiąc słów, w którym powołując się na swoje kontakty w sferach dziennikarskich poinformował mnie, że wszyscy dziennikarze są po jednych pieniądzach. Zezłoszczony tą eksplozją trollingu napisałem krótką odpowiedź o następującej treści:
„Rozumiem, że w tak zwanym towarzystwie poruszasz się lepiej ode mnie. Czemu wreszcie nie uruchomisz własnego bloga? Zwłaszcza tu, na ziemi której poskąpiono kropli deszczu”.
        I oto na drugi dzień na swoim blogu Coryllus zamieścił tekst zatytułowany „Czy możecie wreszcie wykupić książki Toyaha?”, o którym przez te dwa lata starałem się nie dyskutować ani z samym Coryllusem, ani z nikim innym, traktując go przede wszystkim – mimo próby Coryllusa wyjścia z nią do szerokiej publiczności –  jako sprawę prywatną, a poza tym trzymając w sercu przekonanie, że mój kolega Gabriel jest w pewnym sensie... no powiedzmy, dziwny i choćby przez to zasługuje na pobłażanie. 
        Ponieważ od dwóch dni na jego blogu toczy się nade mną rozprawa, na której pojawili się sami sędziowie, prokuratorzy, oraz świadkowie oskarżenia, a ja jestem oskarżony o to, że zdradziłem swojego największego dobrodzieja i to demonstrując najwyższej klasy chamstwo, przeklejam krótki fragment tamtego tekstu i dołączam krótką refleksję.  A jeśli ktoś z nich mnie jeszcze raz zapyta, czy ksiądz Krakowiak upoważnił mnie do cytowania mojej z nim prywatnej rozmowy, to mu napluję prosto do oka.


      Jak my się rozliczamy za te książki? Ano tak, że toyah pisze do mnie co miesiąc – Gabriel, czy możesz sprawdzić, co się tam mojego sprzedało...Mnie to pytanie doprowadza do białej gorączki, albowiem od wielu miesięcy nie sprzedaje się nic lub prawie nic. Jedyną książką, która się sprzedaje jest Listonosz i ja go co jakiś czas dodrukowuję. Zamawiam druk w cyfrze, który jest cholernie drogi, bo nie mogę zawalić sobie magazynu pół tysiącem egzemplarzy Listonosza, który będzie się sprzedawał przez dwa lata. Teoretycznie powinienem odliczać ten nowy druk od honorarium naszego kolegi. No, ale tego nie czynię, bo wtedy on by nic nie dostał i byłby to stan chroniczny. Tak więc wysyłam mu co jakiś czas niewielką część moich własnych pieniędzy. Rzekomo przez niego zarobionych w mojej księgarni. Ponieważ książki zalegają mi magazyn wysyłam mu również książki, żeby je sobie mógł sprzedać z tak zwanej ręki i miał z tego jakiś grosz. Ten stan trwa już długo i ja go cierpliwie znoszę. To się jednak nie bardzo podoba mojej żonie. Wiedziemy więc co jakiś czas o tę kwestię gwałtowny spór. Ja uważam, że lojalność wobec toyaha jest ważniejsza niż te parę groszy, a jego obecność w SN i w ogóle w ofercie, to jakość sama w sobie. Mimo tego, że książki leżą. Moja żona zaś uważa, że jest na odwrót, że im szybciej się tych książek pozbędziemy tym lepiej. Najlepiej zaś byłoby gdybyśmy się pozbyli samego toyaha. Każdy mniej więcej może sobie wyobrazić jak wyglądają rodzinne kłótnie o takie kwestie.
      

      Na koniec krótka refleksja. Wtedy on, ale również kibicujący mu fani, wyszydzili, a następnie wdeptali mnie w ziemię tylko za to, co napisałem do jednego z trollujących moją notkę komentatorów. Dziś dzieje się dokładnie to samo w związku z tym, że swojej wnuczce puszczam jej ulubioną kreskówkę. W tej sytuacji pragnę przede wszystkim przypomnieć pewien zapis umowy, którą wspólnie podpisaliśmy na początku naszej współpracy, gdzie jak byk stało, że po trzech latach on jako wydawca przekazuje wszystkie prawa dotyczące pojedynczego tytułu autorowi – tym akurat, jak to on się tu różni od innych wydawców, zresztą chwalił się wielokrotnie – a książki, które się w tym czasie nie sprzedadzą ulegają zniszczeniu. Ponieważ one mimo to wszystko się jakoś sprzedawały i wydawnictwo na mnie jakoś tam zarabiało, Gabriel książek nie niszczył, choć nieustannie narzekał, jaki to ona ma z nimi kłopot. W efekcie zaproponowałem i swoją propozycję powtarzałem wielokrotnie, by on mi te wszystkie książki, które mu zalegają magazyn wysłał i niech leżą u mnie. Tego jednak on zrobić nie chciał. W związku z tym, za każdym razem gdy wyjeżdżałem z targów proponowałem, że mogę po kilka egzemplarzy każdego tytułu zabrać do siebie, no i tachałem tę walizkę do Katowic, wrzucając co tam było na szafę, czy do garderoby i patrząc, jak to głównie tam sobie do dziś zresztą  leży. Teraz nagle okazuje się, że wszystkie te, których nie zdążyłem wywieźć, to są w tej chwili wyłącznie jego książki, a jeśli on mi za nie cokolwiek płaci, to tylko ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Powiem szczerze, że dziś mam to w dupie i nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć to co napisałem wczoraj: Nieopanowane czytelnictwo grozi ciężką chorobą psychiczną.

Na koniec uwaga techniczna. Otóż wczoraj nasz kolega Kozik zwrócił uwagę, również i moją, że każdy z tak zwanych uczestników bloga może tu swobodnie publikować swoje notki. Wystarczy kliknąć w swoją  nazwę  Zapraszam więc.

poniedziałek, 9 marca 2020

Wałęsa, dawaj moje pięć milionów!


      No a zatem na naszym blogu wyświetliła się wczoraj odsłona nr 5 000 000, i gdyby ktoś sądził że się pomyliłem, mam na myśli liczbę pięć milionów, w związku z czym mam tu kilka bardzo poważnych refleksji. Pierwsza z nich dotyczy owych pięciuset baniek. Ktoś powie, że przede wszystkim córka Aleksandra Kwaśniewskiego  czy Donalda Tuska tyle rejestruje każdego dnia, a nie przez 10 lat, a poza tym wcale nie wiadomo, czy te pięć milionów to odsłony unikalne, czy generowane przez wciąż te same 20 osób na krzyż, a ja na to mam odpowiedzi dwie. Pierwsza to taka, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że tu niemal nie ma zwykłej internetowej gadki, a zatem zdecydowana większość czytelników wchodzi na ten blog tylko raz, by przeczytać tekst i wracać do codziennych zajęć, mogę podejrzewać, że ten adres zna i z niego regularnie korzysta jakieś dwa tysiące osób. A to jest już moim zdaniem coś. Druga kwestia to ta, że nawet gdybym ja młodej Kwaśniewskiej i Tuskówny i ich projektów nie miał w głębokim poważaniu, to choćby miało się okazać, że przez minione 10 lat z kawałkiem owe pięć milionów razy wszedł tu zaledwie jeden czytelnik, to ja i tak już mogę umierać w spokoju. A więc to mamy załatwione.
       A teraz kwestia może jeszcze ważniejsza. Otóż przez te same 12 lat, kiedy się tu w Sieci udzielam, dzięki wsparciu i odpowiedniemu zaangażowaniu Gabriela Maciejewskiego, znanemu nam wszystkim Coryllusa, wydałem dziewięć książek, z czego sprzedałem sześć. Nie mówię oczywiście, że owa Tarantinowska liczba dziewięć była moim celem oraz ambicją, niemniej chciałem dziś ogłosić publicznie, że to już koniec i więcej nie będzie. Mamy oto dziewięć książek, z których większość jest dostępna już tylko w sprzedaży wtórnej i dziękuję za to wszystkim bardzo serdecznie.
      Ktoś zapyta skąd ta decyzja, a ja już spieszę z odpowiedzią. Otóż wszystko się zaczęło od komentarza jaki wspomniany Gabriel Maciejewski, mój kumpel i wydawca, zamieścił na swoim blogu jakiś rok temu, w którym poinformował cały świat, że ja i moje teksty stanowimy z punktu widzenia interesu, który on realizuje, wyłącznie obciążenie, a jeśli on  mnie wciąż toleruje, to jedynie przez naszą osobistą znajomość i związane z nią zaszłości. Mimo że owo oświadczenie zostało opublikowane publicznie i było dla mnie wydarzeniem dość przejmującym, postanowiłem przejść nad nim do porządku dziennego i jak gdyby nigdy nic robić wszystko tak samo jak robiłem dotychczas.
       I oto całkiem niedawno Gabriel Maciejewski, mój kolega i wydawca, znów ogłosił, i znów jak najbardziej publicznie, że jeśli ja nie zacznę pisać na poziomie, który on uzna za poważny, nie powinienem liczyć na jego dalsze uprzejmości. Ponieważ ja jednak swojego poziomu podwyższyć nie potrafię, ale też podwyższać nie mam ochoty, uważam, że również ta część problemu jest rozwiązana.
       Jest jeszcze jedna kwestia. Otóż miałem plan, by gdy idzie o książki, osiągnąć liczbę 10, i żeby to wszystko zamknąć projektem opartym na tekstach o zabójcach, z których część ukazywała się przez pewien czas w magazynie „Bez Cenzury”, a część leży w tak zwanej szufladzie. Chciałem wydać książkę z pewną bardzo jasno określoną tezą, która byłaby w pewnym sensie pogłębionym studium na temat, który stanowił główny motyw zbioru moich posmoleńskich felietonów o Diable, ale też w pewnym sensie był podsumowaniem tego wszystkiego, co tu na tym blogu przez ponad dziesięć lat zostawiałem. Dziś Gabriel bardzo jednoznacznie informuje mnie, że on mi tego nie wyda, ponieważ to jest ordynarny pop, w dodatku na poziomie prasy wydawanej przez Piotra Bachurskiego, a jego na tego typu upadek nie stać. W tej sytuacji, tym bardziej nie widzę sensu w zastanawianiu się nad kolejnymi tytułami.
        Jednak i tego nie traktuję jako wielkiego problemu. Z mojego punktu widzenia, to że mój blog zarejestrował właśnie pięć milionów odsłon, ale też i to, że udało mi się z mniejszym lub większym sukcesem sprzedać dziewięć tytułów, jest wystarczającym powodem, by czuć satysfakcję. Nawet jeśli w dalszej kolejności będą już tylko moje dzieci, moje wnuki oraz moje – Bóg jeden wie, jak długie – życie, to nawet jeśli nie zasadziłem drzewa i nie wybudowałem domu, czuję się spełniony.
       Gdyby komuś brakowało jeszcze czegoś na koniec, zapewniam, że blog pozostaje w dotychczasowym, nienaruszonym kształcie, jednak poza tym, reszta ulega ostatecznemu zamknięciu. A co do tego co pozostało ze wspomnianych książek, nie zgłaszam jakichkolwiek pretensji i wszystko co Klinika Języka na nich zarobi proponuję przeznaczyć na organizację kolejnych LUL-i. I niech nikt mi nie zarzuca, że jestem interesowny.




       
  


poniedziałek, 2 grudnia 2019

Co tam panie nowego w książkach?


      Kolejna notka, do jakiej zdążyliśmy się tu przyzwyczaić, będzie, mam nadzieję, jutro, dziś natomiast chciałbym poinformować, że warszawskie targi mamy za sobą, no i przy tej okazji podzielić się paroma dość ciekawymi refleksjami. Otóż przede wszystkim, to co na mnie zrobiło wrażenie pierwsze i największe, to to, że chyba nigdy wcześniej – przynajmniej gdy chodzi o sobotę i niedzielę – tak wielu obcych ludzi nie zatrzymywało sie przy naszym stoisku i tak wielu nie kupowało naszych książek, nie mając wcześniej pojęcia o ich istnieniu. A to by świadczyć musiało o tym, że to co od wielu już lat dzieje się na rynku książki – dziś o tym na swoim blogu pisze Coryllus – zaczyna czytelnikom wychodzić uszami i wreszcie zaczyna się pojawiać zjawisko, dotychczas bardzo widoczne na rynku muzycznym – ludzie pragną czegoś innego. Sobota i niedziela – a to są z reguły dni, kiedy spotykam się z czytelnikami – to jest oczywiście czas bardziej obfity, nie przypominam sobie jednak, by wcześniej zdarzyło mi się sprzedać aż tyle książek osobom zupełnie mi nieznanym. Oni podchodzili, zatrzymywali się, patrzyli na tę naszą ledwie trzymającą się na tym malutkim stoliku ofertę, zadawali pytania, no i kupowali. Ale byli też, co ciekawe, i tacy, którzy, kiedy im zaczynałem opowiadać o tym, kim jesteśmy i o czym piszemy, kiwali głowami i informowali mnie, że oni to dobrze wiedzą i własnie dlatego przyszli.
       W tym roku moja osobista sytuacja była o tyle trudna, że z tych początkowo dziewięciu książek, które wydałem w Klinice Języka, zostały już tylko cztery, siłą rzeczy więc sprzedaż była nadzwyczaj ograniczona. A mimo to końcowy wynik miałem o wiele bardziej udany, niż przed rokiem, by już nie wspominać o wiosennych targach katolickich. No ale jest jeszcze coś. Otóż przez cały czas pojawiali się czytelnicy, którzy pytali o sprzedane już „39 wypraw na dziewiąty krąg” i było ich tylu, że Gabriel zmuszony był obiecać, że po Nowym Roku zamówi dodruk. Co być może jeszcze bardziej ciekawe, jeden z czytelników był tak zawiedziony, że postanowiłem mu znaleźć tę książkę na Allegro, obiecując, że tam ona pewnie będzie i to nawet tańsza, a tymczasem okazało się, że owszem, była, tyle że w cenie 96 zł. I to zrobiło na mnie kolejne wrażenie, szczególnie w odniesieniu do niedawno przeze mnie znalezionej w sklepie „Stokrotka” słynnej książki  o życiu rodziny Terlikowskich, za sześć złotych z groszami.
       No i na koniec jeszcze coś. Otóż nasz kolega Michał, który prowadzi bardzo piękną księgarnię w Warszawie pod nazwą „Foto Mag”, wyszperał gdzieś dwa ostatnie egzemplarze „39 wypraw” oraz pięć zupełnie już zapomnianego zbioru felietonów „O siedmiokilogramowym liściu”, przyniósł je na ten nasz stolik, a ja nawet się nie zorientowałem, kiedy i jeden i drugi tytuł zostały kupione. 
      Powtarzam więc, wygląda na to, że coś się zmienia i niewykluczone, że w efekcie tej zmiany ten dziś tak nieduży stolik będzie trzeba zdecydowanie powiększyć. I to jest z mojego punktu widzenia wiadomość znakomita.




sobota, 30 listopada 2019

Książki, książki i książki


Obiecywałem wrzucić tu jeszcze dziś kolejny tekst, nie zdążyłem jednak sie z nim uporać, a więc tylko pewna refleksja i coś na drogę. Otóż nie wiem jak u Państwa, ale tu w Katowicach jest sklep spożywczy o nazwie „Stokrotka”, do którego zaszedłem wczoraj z żoną. Tak jak w innych tego typu punktach, znajduje się tam wielkie stoisko z rzuconymi na kupę książkami popularnych autorów i proszę sobie wyobrazić, że znalazłem tam popularne bardzo dzieło Małgorzaty i Tomasza Terlikowskich „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”, gdzie oni opowiadają o swoim fascynującym życiu rodzinnym. Książka była wystawiona w cenie 6 zł.
Otóż, jak już informowałem, dziś i jutro będę w Warszawie na Targach Książki Historycznych i w związku z tym zapraszam wszystkich do Arkad Kubickiego na stoisko nr 99. Pogadamy i o tym. A dziś zachęcam do kupowania mojej najnowszej książki i języku angielskim jako zabójczej broni Brytyjskiego Imperium. Na próbę proponuję jeden z fragmentów.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją syrenką, kiedy przy drodze zauważył księdza. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  się jeszcze bardziej ucieszył i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał sobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i miejscowy, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą udająć, że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustapić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”. A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaze się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku z tym „Niech będzie coś tam Jezus”.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      „W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym. Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, co wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
„I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.





piątek, 29 listopada 2019

Ile czasu potrzebuje wyborca Platformy Obywatelskiej na przeczytanie jednej książki?


Jutro wyjeżdżam do Warszawy na targi, a zatem plan jest taki, że już dziś przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, jutro z samego rana postaram się wrzucić coś odpowiedniego na weekend, no a potem zobaczymy się chyba dopiero we wtorek. A więc wszystkich, którzy są w możliwościach, w sobotę i w niedzielę zapraszam do Arkad Kubickiego na stoisko nr 99, a tych którzy nie będą mogli, pozdrawiam gorąco i proszę trzymać kciuki.


        Podejrzewałem to już wcześniej, ale dopiero teraz słyszę, że statystyczny wyborca Platformy nie jest ani młody, ani wykształcony, ani nie pochodzi z dużego miasta. Na kogo przeciętny japiszon głosuje, nie wiem – może na nikogo – natomiast wiem, że z badań wynika, że nie na Platformę. Wiem jednak jeszcze coś. Otóż prowadząc od ponad dziesięciu lat własny blog i wydając książki, znam dość dobrze ludzi, którzy popierają Prawo i Sprawiedliwość, czy bardziej dokładnie, prawicę. Z moich obserwacji, a daję słowo, że po tych wszystkich latach naprawdę mam tu pewne pojęcie, prawicowi wyborcy to w głównej mierze ludzie przede wszystkim bardzo oczytani, często znakomicie wykształceni, a nie rzadko bardzo zamożni. No i często zamieszkujący duże miasta, Warszawy i Gdańska nie wyłączając.
      Znam też oczywiście i tych, którzy nawet jeśli mają tradycyjne poglądy i mijają mnie każdej niedzieli w kościele, to Prawa i Sprawiedliwości pasjami nienawidzą i powiem zupełnie uczciwie, że ci akurat – a mówię tu głównie o tych, którzy swoich poglądów w żaden sposób nie ukrywają – to ludzie, ujmując to bardzo krótko, starsi i, że tak to nieładnie ujmę, prości. Czy to o czymś świadczy? Oczywiście niekoniecznie; żadnych przecież badań nie prowadziłem, natomiast mam podstawy twierdzić, że słysząc o rezultatach wspomnianych wcześniej sondaży, nieszczególnie jestem zdziwiony.
      I choć, jak mówię, pewności co do słuszności moich spostrzeżeń mieć nie mogę, to właśnie przydarzyło mi się coś, co sprawiło, że waham się jeszcze mniej, niż miało to miejsce wcześniej. Oto pewna komentatorka, nadzwyczaj popularna wśród najbardziej radykalnej części udzielających się na Twitterze przeciwników Prawa i Sprawiedliwości, opublikowała szyderczy komentarz odnośnie niedawnej wypowiedzi premiera Morawieckiego, w której ten się pochwalił, że w swoim długim życiu przeczytał jakieś cztery do pięciu tysięcy książek. W reakcji na tę informację zapłonęło piekło, a inni komentatorzy obrzucili Premiera tak nieprawdopodobną falą hejtu, że osobiście dawno czegoś podobnego nie widziałem. O co ów hejt? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w znacznej większości wypadków o to, że Premier kłamie jak bura suka, bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktokolwiek był w stanie przeczytać tyle książek. Jakiś szczególnie biegły w arytmetyce twitterowicz wyliczył nawet, że gdyby to co Premier mówi było prawdą, to – uwaga, uwaga –  on by musiał czytać jedną książkę dziennie przez piętnaście lat!  A przecież wiemy dobrze, że normalny człowiek nie jest w stanie przeczytać jednej książki w jeden dzień. Kto inny napisał, że nawet jeśli przyjąć, że on czytał jedną książkę przez dni cztery, to wówczas musiałby dziś mieć ponad 60 lat.
       W tej sytuacji, biorąc pod uwagę intelektualny standard czytelników „Warszawskiej” mógłbym sprawę pozostawić bez komentarza, jednak proszę mi pozwolić na jedno zdanie. Otóż mnie samemu, gdy byłem dzieckiem, zdarzało się czytać po parę książek dziennie. No ale ja nie głosuję na lewactwo.


        

środa, 18 września 2019

Podziękowania


   Dzisiejsza notka będzie szczególna z dwóch względów. Przede wszystkim bowiem chciałem dziś podziękować oczywiście za wsparcie, o które prosiłem, ale przede wszystkim może za świadectwo, że to, co ja tu od ponad dziesięciu lat robię, wciąż jeszcze jest doceniane i przyjmowane z sympatią. A zatem, moje najszczersze podziękowania dla: Sławka z Brwinowa, Jacka z Oświęcimia, Jacka z Podkowy Leśnej, Joli z Laskowca, Magdy i Marka z Gdańska, Stefana z Pucka, Doroty z Orłowic, Jerzego z Wadowic, Danki z Warszawy, Piotra z Gorlic, Wojciecha z Gliwic, Mateusza z Długołęki, Aleksandra z Malca, Michała, tylko on  wie skąd, oraz, na końcu choć nie ostatku, dla Andrzeja z dalekiego świata. I na tym, proszę sobie wyobrazić, lista podziękowań się zamyka.
       I tu się pojawia kwestia kolejna. Otóż jestem pewien, że stali czytelnicy tego bloga zadadzą sobie pytanie, cóż takiego się właśnie stało, a ja, owszem, myślę, że znam na to pytanie odpowiedź. Otóż najwidoczniej stało się to, co właściwie powinno już było nastąpić w roku 2015, a więc wtedy, gdy prawo i sprawiedliwość – małe litery są tu użyte jak najbardziej celowo – uzyskało podwójne wyborcze zwycięstwo i pojawiła się bardzo poważna szansa na to, że oto nadszedł czas, gdzie ktoś taki jak Coryllus, czy Toyah staną się praktycznie zbędni. W końcu cel został zrealizowany, a więc wszystkim Państwu dziękujemy. Przyznać trzeba, że miało to nastąpić już w roku 2015, myśmy pierwsze oznaki tego zauważyli na warszawskich targach w kwietniu 2016 roku podczas pierwszych prawdziwie wolnych obchodów rocznicy Zamachu Smoleńskiego, ale jeszcze jakoś się nam udało pociągnąć do dziś, kiedy to, jak wszystko wskazuje, że w rzeczy samej nadszedł nowy, wspaniały świat, gdzie z tych dni, kiedy to każdy z nas wręcz błagał o słowo pocieszenia, natchnienia i nadziei, nie pozostało nawet wspomnienie.
       Gdyby ktoś myślał, że ja tu histeryzuję, proponuję zajrzeć do tego, co się dzieje i na samym blogu Coryllusa, ale też na tak zwanym „rynku sprzedażowym”. Otóż mamy ciężki, i moim zdaniem, nieodwracalny już kryzys. O ile w przypadku wszystkich moich wcześniejszych książek, wystarczyły dwa tygodnie, by pokryć koszta druku, a następne miesiące to już tylko czysty zysk, dziś jest tak, że z informacji dziwnie ujawnionej na stronie basnjakniedzwiedz.pl wynika, że gdy chodzi o moją najnowszą, wydaną pół roku temu książkę o języku Imperium, jesteśmy na poziomie 110 egzemplarzy, a więc druku plus waciki. A zatem, mamy do czynienia ze zjawiskiem, któremu wypada poświęcić osobną uwagę.
         A skoro mówimy o osobnej uwadze, chciałbym podzielić się najświeższą refleksją. Wygląda mi mianowicie na to, że ta przygoda dobiega końca. Wygląda na to, że czasy tak się nam ułożyły, że te teksty tworzą coraz mniejszą publiczną wartość. I nie mówię o tym, że maleje liczba odsłon. Ona akurat wręcz rośnie, natomiast wydaje mi się, że znacznie zmalały tamte emocje. I jeśli ktoś myśli, że dziś przeze mnie przemawia rozgoryczenie, to jest w bardzo ciężkim błędzie. Otóż nic podobnego. Minione 10 i więcej jeszcze lat uważam za jeden z najpiękniejszych i najlepiej wykorzystanych okresów w moim życiu. To co mnie przez te lata spotkało będę w sobie hołubił do ostatnich moich dni, a wszystkim tym, którzy przez te lata byli ze mną, pozostanę wdzięczny na zawsze. Oni wiedzą, jak było ciężko. Powiem więcej. To że zbliżamy się do końca tej przygody traktuję jako coś nadzwyczaj naturalnego i jestem przekonany, że inaczej być nie mogło i tak właśnie ma być.
      Ale jest coś jeszcze. Otóż zapewniam, że nawet jeśli na końcu, z moich dawnych, czytelników, przez tyle lat pomagających mi w utrzymywaniu jakości tego bloga, zostanie tylko jeden , ja wciąż dzień w dzień będę tu wrzucał te refleksje tylko dla niego, a kiedy przyjdzie kolejny wrzesień i ów marny czas, kto wie, czy nie zwrócę się tylko do niego o to, by mi zechciał coś przelać za ostatni tekst.

niedziela, 1 września 2019

Nie czytaj mi, Mamo (dla Coryllusa)


         Początkowo nawet do głowy mi nie przyszło, by  o tym opowiadać, jednak doszło do pewnych bardzo istotnych wydarzeń, których identyfikować akurat nie mam ani potrzeby, ani ochoty, a które sprawiły, że nagle pewne rzeczy muszą zostać pokazane i odpowiednio nazwane. Otóż muszę tu Czytelników poinformować, że owe, wspominane tu niedawno, ostatnie 18 egzemplarzy książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej, gdzieś w zakamarkach Uniwersytetu Opolskiego odnalazł nasz kolega Wacek i mi je tu przywiózł. Gdyby ktoś nie wiedział, skąd one się tam wzięły, sprawa jest prosta. Otóż wspólnie z moim kolegą i wydawcą Coryllusem mieliśmy tam swego czasu kilka organizowanych przez uczelnianą Solidarność  spotkań, no i okazało się, że to co się przy którejś z tych okazji sprzedało, to się sprzedało, natomiast reszta została zapomniana i wrzucona gdzieś w kąt. Po latach Wacek te egzemplarze odgrzebał, mi je zwrócił, a ja 13 z nich sprzedałem po sto złotych, a resztę wystawiłem – o czym tu miałem okazję poinformować i ozdobić odpowiednim objaśnieniem – na Allegro po dwieście.
         I teraz chciałbym przedstawić hit, który jest faktycznym powodem, dla którego dzisiejsza notka w ogóle powstaje. Otóż kiedy po uzyskaniu pierwszej informacji, że znalazły się ostatnie egzemplarze Listów, zapytałem Wacka, ile ich jest, a on mi odpowiedział, że cała paczuszka, czyli jakieś 50. Kiedy jednak zacząłem tę książki wypakowywać, okazało się, że ich jest, jak już wspomniałem zaledwie 18, natomiast cała reszta, przez owe Listy przykryta, to... książka Kazimierza Michała Ujazdowskiego o tytule – uwaga, uwaga – „Polityka ambitna”.
      Jak rozumiem, w czasie gdy jeszcze gościł w Opolu, funkcjonował Kazimierz Michał Ujazdowski jako wybitny polski intelektualista i patriota, a dziś, jako element antysocjalistyczny, który porządnym komunistom odbiera miejsca na listach wyborczych, już tylko prowokuje wewnątrzpartyjne awantury po stronie liberalnej opozycji – co samo w sobie jest zagadnieniem nadzwyczaj ciekawym – ja jednak chciałby się skupić na wspomnianej książce. Otóż wspomniana książka stanowi wybór politycznych refleksji publikowanych przez Ujazdowskiego w latach między rokiem 1990, a 2011 w głównych polskich mediach od „Naszego Dziennika” poczynając, przez „Gazetę Polską”, aż na „Rzeczpospolitej” kończąc, a opatrzona jest entuzjastyczną przedmową samego Piotra Zaremby, gdzie ten w taki oto sposób komentuje wspomniany dorobek:
      „Wskażcie mi wielu innych polityków z podobnym dorobkiem, z równie szerokimi i różnorodnymi polami ekspresji, a uznam, że nie ma czego chwalić. Są zaś jeszcze smaczki: miłość do francuskiej myśli politycznej, do przedwojennych i powojennych książek, kanon lektur, kanon bohaterów. Kazimierz Ujazdowski to polityk, któremu z ochotą powierzyłbym misję wychowywania mojego dziecka. Byłoby to wychowanie kulturalne, a przecież nie nudne, ani schematyczne. Mówię wprost i bez obłudy: taka lekcja przyda się wszystkim Polakom”.
     Mam oczywiście dobrą nadzieję, że dzieci Zaremby zostały wychowane bez łaskawej pomocy Kazimierza Michała Ujazdowskiego, natomiast daję słowo, że chciałbym zupełnie szczerze parę z tych słów poświęcić nie tyle Zarembie i jego dzieciom, co samemu „politykowi ambitnemu”, Kazimierzowi Ujazdowskiemu i jego dziełu. Otóż przykro mi to mówić, ale to jest nie do zrobienia. Tam nie ma nic, co by w jakikolwiek sposób mogło wypełnić przestrzeń tej notki, natomiast, owszem, bardzo szczęśliwie pojawiają się nazwiska i proszę mi pozwolić owymi nazwiskami zamknąć te refleksje. Otóż w niemal zamykającym książkę tekście, zatytułowanym „Alfabet pominiętych” Ujazdowski przedstawia swoją prywatną listę osób, których pominięcie, jego zdaniem, „zubaża debatę o stanie kultury”. Przed nami zatem 47 pozycji – swoją drogą, bardzo to jest ciekawe, przez jaką to gnuśność Ujazdowski nie potrafił znaleźć jeszcze tych trzech, tak by uzyskać równe 50 – z których pozwolę sobie wymienić zaledwie kilka, z zapewnieniem, że nie pominąłem nikogo, kto by mógł znacząco wpłynąć na stan rzeczy:
- Miriam Akavia (izraelska pisarska);
- Andrej Chadanowicz (poeta białoruski);
- Jean-Claude Casanova (francuski intelektualista);
- Adam Ciechanowiecki (kolekcjoner sztuki);
- Waldemar „Major” Frydrych (legenda Wrocławia);
- Dariusz Gawin (historyk idei);
- Grzegorz Górny (publicysta);
- Sławomir Idziak (operator filmowy);
- Paweł Lisicki (pisarz);
- Leszek Mądzik (twórca sceny teatralnej);
- Jan Polkowski (poeta);
- Andrzej Seweryn (aktor);
- U2 (jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej, świadek i komentator wielkich przemian społeczno-politycznych w Europie, manifestował wsparcie dla ‘Solidarności’ w czasie stanu wojennego);
- Wojciech Wencel (poeta);
- Bronisław Wildstein (pisarz);
- Krzysztof Zanussi (reżyser);
- Krystian Zimmerman (pianista).
      O co zatem chodzi? Otóż o nic wielkiego. Rzecz w tym, że ja dziś tu u siebie mam parędziesiąt egzemplarzy książki Kazimierza Michała Ujazdowskiego, zatytułowanej – muszę to tu powtórzyć – „Polityka ambitna”, książki kompletnie bezużytecznej, zapomnianej, bezwartościowej, nikomu niepotrzebnej i oczywiście wiem, że powinienem ją oddać Wackowi, który mi ją tu przez zagapienie przywiózł, no ale wiem też, że ona jest jak psu na budę zarówno jemu, jak i  tym bardziej każdemu, któremu bym ją zaproponował za okrągłą stówę. Co ja mówię, za stówę? Ja nikogo nie zmuszę, by te egzemplarze stąd zabrał nawet za zgrzewkę piwa. Oczywiście mógłbym te kilogramy papieru odesłać Piotrowi Zarembie, by ten przekazał to swoim dzieciom, no ale to by było zbyt okrutne, nawet jak na mnie. Prawdopodobnie zatem wszystko się skończy na tym, że przy najbliższej okazji, kiedy tu u mnie będzie mój zięć, poproszę go, by wziął to pudło i je zniósł za mnie na dół do kibla.
       Pozostanie jednak problem pierwszy i podstawowy: co tu się do kurwy nędzy dzieje?




wtorek, 9 kwietnia 2019

Listonoszem w skroń, czyli o szkodliwości niepalenia



       Mimo że, prawdę powiedziawszy, nie ma za bardzo o czym gadać, wypada mi choć parę słów powiedzieć na temat Targów Wydawców Katolickich, które jak co roku przeleciały przez Arkady Kubickiego w Warszawie. Tak naprawdę, one akurat – pomijając doskonałe wręcz do tego celu miejsce – nigdy nie były moimi ulubionymi, jednak przyznać muszę, że tegoroczne akurat należały do najgorszych w ogóle i były niemal tak fatalne, jak pamiętne targi na Stadionie Narodowym, po których ostatecznie postanowiłem do Warszawy w maju już nie przyjeżdżać. A wydawało się, że gorzej już było. Otóż w roku 2016, kiedy to organizacja owych katolickich targów zbiegła się z pierwszymi prawdziwie wolnymi obchodami rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i wszyscy ci, na których czekaliśmy z naszymi książkami poszli świętować wolność, doszliśmy do wniosku, że to już koniec, że kiedy wreszcie udało nam się przepędzić tę bandę zdrajców i wszystko zaczyna powoli normalnieć, nic tu już po nas. No ale okazało się, że to tylko złudzenie. Rok 2017 był znów dobry, potem były targi jesienne, dobre zawsze i niezmiennie, no i oto w miniony weekend po raz pierwszy zobaczyłem, jak wyglądają Arkady Kubickiego bez czytelników.
      Owszem, nie jest tak, że tam było zupełnie pusto, albo że my sami nie mieliśmy co robić z czasem. Aż tak źle nie było i raczej nie będzie, niemniej jednak było słabo. Żeby zobrazować sytuację, powiem tylko, że przez te dwa dni zarobiłem tyle samo co jesienią na Targach Historycznych, tyle że wtedy jeszcze moją ostatnią książką były listy od Zyty i to wtedy dopiero Gabriel zaproponował mi, bym przygotował coś na wiosnę. Obawiam się więc, że gdyby nie moja nowa książka, nie zwróciłaby mi się nawet podróż do Warszawy.
      Czemu tak? Nie mam pojęcia. Z tego zresztą, co czytam u Gabriela, on też nie bardzo wie, w czym rzecz. Mógłbym pomyśleć, że to jest coś nie tak z nami, jednak to nie to. Księgarnia pracuje pełną parą i wygląda na to, że, jak zwykle, cena wydania książki zwróci się już na dniach. A trzeba wszystkim wiedzieć, że my nie dostajemy dotacji. Koszta druku pokrywamy solidarnie i ja i Gabriel. A więc musi być jakiś problem z samymi Targami i ich organizatorami. Jaki? Znowu muszę powiedzieć, że nie wiem. Ja wiem, co mi się tam nie podoba, ale czy to samo myślą ludzie, którzy w tym roku się nie pojawili? Może tak, a może chodzi o coś innego. Na miejscu organizatorów jednak puknąłbym się w czoło, zaryzykował podejrzenie, że może nie zaszkodziłoby przeformułować definicję „książki katolickiej”, zbadać jeszcze raz rynek i stworzyć system nie tylko sprzedaży, ale również promocji. Właśnie tak: promocji. Nie jestem bowiem pewien, czy oni długo pociągną albo na jakichś niewydarzonych niby-religijnych sensacjach, lub na handlu opasłymi albumami, które, jeśli ktoś kupuje, to tylko z myślą o prezencie, który będzie duży i kolorowy, a na który trudno nawet znaleźć miejsce na półce. Jeśli już ma istnieć coś takiego jak „książka katolicka”, to za nią musi stać coś, co przynajmniej ma pozory misji.
      Póki co jednak, jak mówię, jest słabo i choć mam nadzieję, że ktoś się tam jednak obudzi, to boję się, że szansę na to są niewielkie. Zwłaszcza gdy scena naprawdę niewielka i zrobiona wyjątkowo „niemistrzowsko”.
     W tej sytuacji poplotkuję troszeczkę, ale najpierw wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, ostatnio troszkę dyskutujemy na temat moralnego wymiaru palenia złych książek. Osobiście uważam, że palenie czegokolwiek, poza ogniskiem na grilla, oraz niekiedy śmieci, jest bez sensu, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by z wszystkich śmieci, jakie się wokół nas nazbierają, złe książki miały podlegać jakiejś szczególnej ochronie. Gdy chodzi o mnie, to gdybym tylko lubił się bawić ogniem, to takiego Harrego Pottera, czy którą bądź powieść Kuczoka, czy Mroza, spaliłbym bez mrugnięcia okiem. A niby, czemu nie? Starą gazetę wolno, a Kuczoka nie? Bądźmy poważni.
      Książek jednak nie palę i o ile sobie przypominam, nigdy nie paliłem. Jeśli wpadnę w nastrój to, owszem, wyrzucam do kosza i to tyle. Tu przypominam sobie bardzo zabawną historię jeszcze z PRL-u, kiedy to spędzałem czas u mojego drogiego kumpla Piotra Prońki, który wówczas jeszcze mieszkał wysoko w bloku tu w Katowicach i nagle zauważyłem, że na półce z książkami stoi książka Kosidowskiego „Opowieści biblijne”. Zapytałem go więc: „Piotr. A co u was robi Kosidowski?”. Piotr spojrzał na Kosidowskiego surowo, potem jeszcze surowiej na swoją śliczną żonę Maję i zapytał: „Majeczko, czy ty wiesz, że u nas w domu nie ma miejsca dla Kosidowskiego?” i jednym zdecydowanym ruchem wyrzucił go z 10, a może 12 piętra przez okno.
      Przypomniałem sobie tę historię w niedzielę w Arkadach, kiedy to nagle na naszym stoisku pojawiła się sama i we własnej osobie pani Macierewiczowa, jak gdyby nigdy nic wzięła do ręki moją książkę o angielskim listonoszu i zaczęła ją przeglądać. Następnie mnie zagadnęła o język angielski i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa była dość długa, bardzo wnikliwa i oczywiście nadzwyczaj uprzejma. Ani ona nie powiedziała kim jest, ani ja nie zasugerowałem jednym choćby słowem, że, owszem, wiem, no i w końcu ona książkę kupiła, pozdrowiła nas grzecznie, my pozdrowiliśmy ją, i sobie poszła.
       A ja sobie myślę, że to dopiero będzie figiel, jak ona przyniesie tę książkę do domu, pokaże panu Antoniemu, a on, jakimś cudem, okaże się mieć świadomość, cóż to takiego ona na ich dom sprowadziła. I wtedy weźmie tę moją książkę do ręki, zapyta: „Haniu! Czy ty wiesz, co to jest?”, a następnie wyrzuci Listonosza przez otwarte okno. A ja już tylko się modlę, żeby on kogoś nie trafił nim w skroń, bo będzie afera na całą Polskę. Ja ciągle oczywiście zaledwie skromnie teoretyzuję, jednak na wszelki wypadek zachęcam do palenia. Może być w kominku.


Gdyby ktoś życzył sobie kupić nabyć moją najnowszą książkę, mój adres k.osiejuk@gmail.com.
Panią, której na zakończenie targów zabrakło pieniędzy i wzięła książkę obiecując, że zapłaci przelewem, proszę o pamięć. 












piątek, 4 stycznia 2019

Dawnych wspomnień czar, czyli góra stoi


       No więc z początkiem nowego roku, druga książka o języku angielskim została ostatecznie zamknięta. Mamy tytuł, okładkę, oprawę i teraz już wszystko w rękach Coryllusa. Z tego co wiem, jest niewielka kolejka, więc trzeba będzie troszkę poczekać. Natomiast, zgodnie z zachętą ze strony wspomnianego Coryllusa, zabieram się już do kolejnej, z którą chciałbym zdążyć na kwietniowe targi - o czym, to już niespodzianka - co będzie musiało spowodować kolejne zwolnienie tempa, gdy chodzi o blog. Oczywiście, jeśli pojawi się coś nie cierpiącego milczenia, na pewno się odezwę, no a poza tym będę publikował raz na tydzień felietony z „Warszawskiej Gazety” i co dwa tygodnie krótkie kawałki z „Polski Niepodległej”. Zastanawiam się też, czy, aby nie było nam tu aż tak samotnie, nie powrzucać tu też niektórych ze starych tekstów: z tego co widzę, jest bardzo dużo nowych czytelników, którzy zwyczajnie nie mieli okazji się z wieloma z nich zapoznać.
      Na start może bardzo fajny tekst sprzed  ponad dziesięciu już lat, pod ładnym bardzo tytułem „Pedofilia - rzut oka z Polski B”. Bardzo proszę. Trochę na czasie. Jak wszystko tak naprawdę.

W informacji, którą umieściłem na stronie z moim blogiem, stoi, jak byk: „łagodny konserwatysta". Informacja ta na ogół nie wzbudza większego zainteresowania, pomijając sytuacje, w których ktoś jest tak roztrzęsiony moimi opiniami, że zaczyna kpić. Na przykład: „Łagodny konserwatysto! Gratuluję chamstwa", albo: „Jeśli to ma być łagodny konserwatysta, to ja dziękuję", i tak dalej w tym stylu.
Spieszę więc wytłumaczyć, że informując o moim łagodnym konserwatyzmie, nie miałem na myśli tego, że jestem łagodnym i kulturalnym konserwatystą, jak, powiedzmy Jarosław Gowin, czy ktoś taki, lecz, że jestem chamem, jak na przykład Jacek Kurski, lecz o przekonaniach lekko konserwatywnych. Ani więc Gowin, czy mąż pani minister Hall, ale też nie Wojciech Wierzejski. Zwyczajny cham z Polski B.
W moim łagodnym konserwatyzmie jest jednak pewien element, który mnie zbliża do konserwatystów niełagodnych. Chodzi mianowicie o tzw. zbrodnię i karę. Osobiście jestem jak najszczerszej przekonany, że kara śmierci jest rozwiązaniem historycznie i cywilizacyjnie sprawdzonym, sprawiedliwym i skutecznym. Uważam, że okrutnych morderców, gangsterów bez serca, różnego rodzaju bezlitosnych, pozbawionych ludzkich odruchów bandytów, należy stawiać przed sędzią, który, jeśli uzna to za wskazane, powinien z czystym sumieniem móc skazywać ich na śmierć.
Uważam też, na przykład, że, jeśli policja dowiaduje się, że kibole z jednej drużyny piłkarskiej jadą autobusami gdzieś do lasu, żeby tam spotkać się z kibolami z drugiej drużyny piłkarskiej i lać się po mordach, to przede wszystkim powinna od każdego z nich odebrać oświadczenia, że wszystko, co się wydarzy w związku z tym ich hobby, biorą na siebie, następnie dowieźć ich na miejsce, otoczyć teren, żeby jacyś postronni ludzie nie odnieśli krzywdy, a potem już pozwolić się im tłuc do woli.
Po zakończonej walce, wywożeniem trupów i opatrywaniem ran tych, którzy przeżyli, zajmują się organizatorzy spotkania, a społeczeństwu nic do tego. Jeśli oczywiście zostaną przy okazji walki poczynione jakieś szkody, czyli połamane drzewa, albo zniszczone ławki, to oczywiście procedury powinny być standardowe, natomiast w moim konserwatyzmie typu Polska B, stawiam na to, żeby broń Boże, społeczeństwo nie brało na siebie jakichkolwiek kosztów związanych z tym, co tam sobie banda idiotów zaplanuje.
W ostatnich dniach, przez Polskę, jak burza przetacza się dyskusja na temat chemicznej kastracji pedofilów. Co ciekawe, dyskusja ta została nam wrzucona nie po zwykłym akcie pedofilskim, lecz po przypadku jakiegoś ojca, który, za zgodą matki i paru swoich kumpli, gwałcił najpierw piętnastoletnią, a z biegiem lat, swoją dorosłą już córkę. Kiedy wiadomość o tym wyjątkowym przypadku ludzkiego upadku, dotarła do mediów, premier Tusk - jak się zdaje, nadmuchany intelektualnie przez swoich odpicowanych w piękne garnitury doradców od wizerunku - zażądał, żeby pedofilów kastrować chemicznie, bo to zwierzęta nie ludzie.
No i się zaczęło. Cała gromada pilnych uczniów profesorów od tzw. politycznej poprawności, rzuciła się na biednego Donalda z pytaniem, jak on w ogóle tak może. Co ciekawe, głównym argumentem w tej niezwykłej wojnie autorytetów z rządem autorytetów, stało się nie to, że ta cała kastracja będzie nieskuteczna, albo, że taka kastracja przyniesie więcej szkody niż pożytku, czy że zamiast kastrować, lepiej byłoby po prostu im wszystkim poobcinać łby i byłby spokój.
Odnoszę wrażenie, że gdyby Tusk zaproponował, żeby za karę pedofilom kazać przez sto lat wisieć na łańcuchu głową w dół, albo uznał, że trzeba ich wysyłać na jakieś wymyślne tortury, to wykształcona część opinii publicznej jakoś by ten przejaw płynącej z sopockiego boiska miłości zdzierżyła. Tu, tymczasem, ostrze krytyki zostało skierowane w tę stronę, że okrucieństwo tej kary dotyka nie nogi, nie ręki, nie głowy, ale tzw. seksualności. A dla wykształconych ekspertów od człowieczeństwa, seksualność jest wartością do tego stopnia najwyższą, że każda próba jej ograniczenia, stanowi zamach na najbardziej podstawowe prawo ludzkie.
Oglądam program Moniki Olejnik pt. Kropka nad i, w którym red. Olejnik najpierw przesłuchuje Michała Kamińskiego, następnie samego Donalda Tuska, a w kolejnym dniu ministra Ćwiąkalskiego i w każdej sekundzie tego jej programu widać, jak ona strasznie nie może się pogodzić z myślą, że nagle ktoś zostanie pozbawiony możliwości uprawiania seksu. Ona wie, że pedofilia, ona wie, że cierpienie dzieci i rodzin, ona doskonale zdaje sobie sprawę, że ten rodzaj przestępstwa jest szczególnie drastyczny, ona nawet wie, że przestępcy tego gatunku mają wybitną zdolność do recydywy; ona wie, że takich typków, jak ten ojciec gwałcący swoją córkę zasługuje na najbardziej surową karę. Jednak Monika Olejnik nie może znieść myśli, że on mógłby, mocą wyroku sądowego, zostać pozbawiony możliwości uprawiania seksu.
A minister Ćwiąkalski wije się, jak piskorz i zapewnia panią Olejnik, że ależ skąd, że to tylko pastylka, że to tylko na jakiś czas, że on dalej będzie mógł osiągać wzwód, że przecież to nie jest zabieg operacyjny, tylko chemiczny. Na co Monika Olejnik spogląda na niego surowym okiem i mówi: „To zamach na seksualność". A chwilę później łapie się ostatniej deski ratunku i grzmi, jakby już zupełnie oszalała na tej karuzeli krętactw: „Przecież ten ojciec nawet nie był pedofilem".
I tak się toczy ta dziwna debata, w której z jednej strony mamy gwałtowną potrzebę ze strony Platformy Obywatelskiej tupnięcia nóżką, a z drugiej kompletną bezradność elit, jeśli idzie o nazwanie zła złem, a dobra dobrem. Do tego jeszcze dochodzi bardzo szczególny aspekt tego sporu. Ten mianowicie, że i jedna i druga strona weszła na teren dla siebie kompletnie niewygodny. Platforma Obywatelska ruszyła do ostrej walki z przestępczością i, przyjmując maskę bezwzględnego szeryfa, wygląda po prostu głupio, a elity, stojąc w obliczu zbrodni szczególnej, zupełnie straciły głowę i powtarzają jak mantrę: „Róbcie wszystko, tylko nie odbierajcie nam naszego seksu".
Co może na to powiedzieć łagodny konserwatysta o skłonności do ekscesów? Ja oczywiście byłbym za tym, żeby tego ojca, czy to z Austrii, czy to z Polski, po prostu najpierw postawić przed sądem, a potem, jeśli taka będzie wola sądu, obciąć mu nie penisa, ale łeb. Jeśli idzie o ludzi, którzy brali w tym nieludzkim procederze udział, zależnie od stopnia winy, również ukarać najbardziej bezwzględnie.
Uważam, że jeśli po świecie chodzi jakiś typ, który uprowadza dzieci, a potem je gwałci, lub wyrządza im jakąś inną krzywdę, bo strasznie go podnieca ich strach, lub ich ból, to trzeba go złapać i go dać pod sąd, a jeśli wcześniej policja go skutecznie nie ochroni, to go po prostu zabić kijem, sztachetą, czy co tam okolicznie obywatele mają pod ręką. Mam szczere przekonanie, że pewien gatunek ludzi nie zasługuje na to, żeby żyć i jeśli społeczeństwo, ustami swojej władzy, daruje mu życie, niech gnije w więzieniu, ale jeśli społeczeństwo, decyzją swoich przedstawicieli, czy to na wiejskiej miedzy, czy też w gmachu sądu, zadecyduje, że ten ktoś ma umrzeć, to niech umiera. A ja za to mogę się za niego pomodlić, żeby, kiedy będzie umierał, jego miłość do Boga i człowieka nagle tak zajaśniała, a jego żal stał się tak szczery i wielki, że Dobry Bóg mu przebaczy.
Sytuacja jest jednak taka, że ani Donald Tusk, ani Monika Olejnik, ani Andrzej Rzepiński, ani prof. Filar, ani nawet minister Ćwiąkalski, nie chcą pedofili zabijać. Może tylko Stefan Niesiołowski ma tu odmienne zdanie, no ale on już dawno odjechał, więc trudno go w poważnej debacie uwzględniać. Oni nie chcą pedofili karać śmiercią, ale bardzo chcą ich karać mocno. Donald Tusk chce ich kastrować.
I znów, co na ten temat może sądzić łagodny konserwatysta z odchyłami? Otóż ja uważam, że ludzie, którzy wyłapują małe dzieci i je dręczą, nie robią tego dlatego, że bardzo lubią seks. Ja miałem kiedyś, jeszcze na studiach, kolegę, takiego Zbyszka, który do tego stopnia miał fioła na punkcie seksu, że właściwie poza podstawowymi obowiązkami, nie interesowało go nic. Jak tylko miał wolny czas, wyrywał dziewczyny i starał się skłonić każdą z nich do tego, by poszła z nim do łózka. Był to bardzo miły kolega, wszyscyśmy go bardzo lubili, ale jednocześnie śmialiśmy się z tej jego obsesji do rozpuku.
Ten nasz Zbyszek uganiał się za dziewczynami, miętosił po kieszeniach jakieś stare kontakty do dziewczyn, z którymi kiedyś miał okazję się przespać, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby kogoś zgwałcić, albo tym bardziej, żeby zgwałcić małe dziecko. On nie marzył o tym, żeby dziewczynie zrobić krzywdę. On chciał dziewczynom sprawiać przyjemność, a przez to sprawiać przyjemność sobie. Mój kolega ze studiów, Zbyszek, miał bardzo poważny problem ze swoją seksualnością i naszym zdaniem, zdaniem jego kolegów, powinien był się jakoś leczyć, niemniej nie dlatego, że Zbyszek mógł którąkolwiek z tych swoich dziewcząt do czegokolwiek zmusić.
Moim zdaniem, pedofile i ludzie gwałcący swoje dzieci nie są obciążeni nadmiernie rozwiniętą seksualnością. Ich problem nie polega na tym, że bardzo lubią seks i to ich gubi. Ich problem związany jest z czymś kompletnie innym. Z jakimś potwornym sadyzmem i bezwzględnością, z jakimś zupełnie niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka pragnieniem czynienia krzywdy. W moim odczuciu, ludzie którymi postanowił się zająć Donald Tusk i jego specjaliści od PR-u, możliwe, że - wręcz przeciwnie - już mają ograniczone możliwości seksualne. Możliwe, że oni już są impotentami, możliwe, że oni już nie odczuwają potrzeby seksu. Ja się na tym nie znam, ale myślę sobie, że jest bardzo prawdopodobne, że oni dręczą te dzieci wcale nie dlatego, że mają ochotę na seks, ale z czystego, zwierzęcego pragnienia krzywdy.
Mogę się tu mylić, ale bardzo mnie interesuje postawa ministra Ćwiąkalskiego, który na pytanie Moniki Olejnik, czy on konsultował swoje plany z lekarzami, odpowiedział, że nie, bo nie ma takiej potrzeby. Ciekawy jestem, co on i jego koledzy od doraźnej polityki podlizywania się wyborcom zrobią, jeśli uda im się wprowadzić ten swój projekt w życie, a w efekcie wyhodują całą bandę bezlitosnych, przemutowanych zwierząt, które już nie będą gwałcić tych dzieci, ale je po prostu zabijać.
Na koniec pragnę jeszcze raz powiedzieć. Może i jestem łagodnym konserwatystą, może i ten mój łagodny konserwatyzm ma swoje skazy, ale nie jestem na tyle głupi, żeby popierać głupkowate pomysły polityków z aspiracjami. A dla Donalda Tuska mam jedną radę. Jeśli już musi się na siłę aktywizować, to niech jedzie do Peru. Może nawet zabrać ze sobą panią Małgosię. A ja się zgadzam na tę ich podróż oddać część moich podatków.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...