Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free your mind. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free your mind. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 kwietnia 2012

Nasi tworzą historię

Jak już tu informowałem, tak się stało, że postanowiłem ów swój, od czasu zeszłorocznej kampanii szczątkowy, blog w Salonie24 uaktywnić, i dziś, mimo wcześniejszych bardzo poważnych wątpliwości co do tego, czy postępuje słusznie, dziś już wiem, że słusznie jak najbardziej. Przede wszystkim, główny cel tego posunięcia, a więc wsparcie Coryllusa w jego walce o wolność słowa, został spełniony wręcz z nawiązką. Mimo że nasze teksty z zasady nie trafiają nawet na główną stronę Salonu, jesteśmy tam obaj bardzo mocno czytani i komentowani. W dodatku udało się stworzyć coś, czego się już zupełnie nie spodziewałem i czego nawet wcześniej nie planowałem, a mianowicie autentyczny front. Dziś jest mam wrażenie tak, że te teksty – jak mówię czytane i komentowane bardzo szeroko – zaczynają funkcjonować, jakby były pisane przez jedną osobę. A to, wbrew być może pozorom, jest bardzo dobrze. Bo w ten sposób ów atak jest na pewno mocniejszy. I nawet jeśli niekiedy poszczególne poglądy moje, czy poglądy Coryllusa komuś się nie spodobają, to nie można nam odmówić ani szczerości ani uczciwości w tym co robimy.
Oczywiście fakt, że zacząłem pisać również w Salonie może być jakoś tam niebezpieczny dla tego bloga. A wiąże się to z tym, że ponieważ od początku założyłem sobie, że na Salonie będę załatwiał sprawy bardziej doraźne, natomiast tu będziemy się jak dotychczas nurzać w naszych codziennych refleksjach, ja muszę pisać więcej, a przez to może się zdarzyć, że nie uda mi się zostawiać tu jak dotychczas jednego tekstu dziennie, czy choćby nawet jednego na dwa dni. Ponieważ jednak mam przykre wrażenie, że to co ja tu piszę z jakiegoś powodu ostatnio wzbudza nieco mniejsze zainteresowanie, niż jeszcze parę miesięcy temu, moje ewentualne wyrzuty sumienia muszą być też trochę mniejsze. Weźmy tekst, który wstawiłem od razu w poniedziałek, tuż po tym, jak uznałem, że wszyscy zdążyli odpowiednio ochłonąć po rekolekcjach Don Paddingtona. Dopiero wczoraj miałem okazję zauważyć, że nim się zainteresowało więcej niż parę osób. A wcześniej? Przepraszam bardzo, ale ci co widzieli – to widzieli.
Mimo to, oryginalnie tekst który wrzuciłem wczoraj do Salonu był pisany z myślą o nas. Pierwsza moja myśl była taka, by to co ja sądzę o dwuletnim już śledztwie smoleńskim prowadzonym przez FYM-a napisać na ten blog. Ostatecznie jednak on poszedł tam z dwóch powodów. Po pierwsze, ja naprawdę bardzo chciałem, żeby tekst o Dominikanach jednak został przeczytany przez wszystkich na których przyjaźni mi zależy, a zatem uznałem, że lepiej będzie jak on tu trochę jeszcze pobłyszczy. Inna sprawa, że trochę mi też było głupio rachować się z FYM-em tu, gdzie on pewnie nawet nie zagląda i gdzie tak naprawdę to czym się on zajmuje nikogo aż tak bardzo może nie obchodzić. No ale w końcu uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że coś na ten temat powiedzieć powinienem i tutaj. I że dziś jest na to odpowiedni moment.
Pewnie wszyscy się jako tako w sprawie orientują, jednak na wszelki wypadek przypomnę, o co chodzi. Otóż jeden z ważniejszych polskich blogerów Free Your Mind, lub, jak kto woli, FYM, opublikował ostatnio w Sieci ponad tysiącstronicową książkę poświęconą wyjaśnieniu przyczyn Katastrofy Smoleńskiej. Materiały do niej FYM zbierał, gromadził i zapisywał na swoim blogu w Salonie24 przez niemal dwa lata i – co warto zauważyć – przez ten czas nie zajmował się absolutnie niczym innym. O ile przed Katastrofą on głównie prowadził swoją walkę z Systemem na poziomie tępienia wszelkich pozostałości po PRL-u, czy to w osobach jego głównych bohaterów, czy prowadzonych przez nich dziś biznesów, od pamiętnego sobotniego poranka, postawił on sobie jako jedyny cel wyjaśnienie przyczyny Katastrofy i udowodnienie winy wszystkim osobom za nią odpowiedzialnym. W efekcie, doszedł FYM do wniosku, że do zabójstwa Prezydenta i pozostałych uczestników lotu nie doszło na lotnisku w Smoleńsku, lecz w innym miejscu, do którego polski samolot został zwabiony i gdzie już dokonano faktycznej egzekucji. Jak idzie o Smoleńsk, jest to zdaniem FYM-a jedynie starannie odegrany teatr i mistyfikacja, w której uczestniczą wszyscy, zarówno z jednej jak i z drugiej strony obserwowanego przez nas politycznego starcia. Zdaniem FYM-a, zabójstwo polskiego prezydenta było akcją przeprowadzoną na tak wysokim i tak szeroko zakrojonym poziomie, że dziś ani Tusk, ani co gorsza Macierewicz, ze strachu przed uwikłanym w to morderstwo światem, nie widzą żadnego interesu w ujawnieniu prawdy. I stąd książka FYM-a. By tę prawdę ukazać.
Dlaczego uważam za konieczne zajęcie się tym co robi FYM? W końcu przez to, że ta jego książka istnieje tylko w Sieci, jest ona dostępna możliwie najmniejszej publiczności, i o jej istnieniu nie wie pewnie nikt poza najbardziej skoncentrowanymi obserwatorami salonowego blogowania, no i pewnie tymi, którzy blogosferę obserwują zawodowo, a więc służbami specjalnymi na usługach obecnej władzy. Owszem, to prawda. Książka FYM-a wraz z zawartymi w niej rewelacjami to nisza mniej więcej tak głęboka i egzotyczna jak ten blog. Mimo to ja wciąż twierdzę, że z tym co robi FYM należy walczyć. Przede wszystkim, choć sam FYM nie ma tu większego znaczenia, on stanowi część właśnie tej niszy, która jako całość zawsze może zostać wykorzystana do walki z czymś co posiada już realną silę i, mówiąc bardzo ogólnie, jest uosabiane przez Jarosława Kaczyńskiego. Zawarte w książce tezy, podobnie zresztą jak jej wyjątkowo tandetny, przypominający wszystko to co w blogosferze najgłupsze i najbardziej niskie, język, stanowi idealne narzędzie do uderzenia – jeśli tylko nadarzy się odpowiednia okazja – w to co ma choćby minimalne możliwości, by zdobyć dla nas upragnione zwycięstwo.
Ledwo co wczoraj, dzięki uprzejmości jednego z komentatorów, miałem okazję obejrzeć rozmowę, jaką TVP przedstawiła z Antonim Macierewiczem z jednej strony i posłem Platformy Obywatelskiej Olszewskim (jakby ktoś nie kojarzył, to ten przypominający karykaturę młodego esesmana z współczesnych polskich seriali o wojnie). I proszę sobie wyobrazić, że przez całą tę rozmowę działo się tak, że podczas gdy Macierewicz na zimno – wiemy jak on to potrafi robić – próbował przedstawić wszystkie dotychczasowe ustalenia dotyczące Katastrofy i postawić wstępne zarzuty, Olszewski wciąż z Macierewicza kpił, na okrągło powtarzając trzy słowa: mgła, hel i strzały. Macierewicz przypominał, że Komisja Parlamentarna ani razu nie sformułowała tezy o strzałach, helu i mgle, i że to wszystko wyłącznie perfidna propaganda – Olszewski niewzruszony rechotał i wciąż wracał do tego samego. A ja miałem pewność, że gdyby FYM był choćby tak ważny jak mu się wydaje, oprócz tej mgły, tych strzałów i tego helu, Olszewski wciąż gadałby z tym swoim szyderczym uśmiechem o dwóch samolotach i o smoleńskiej atrapie. A Macierewicz dla każdego w miarę przytomnego widza byłby tylko żałosnym durniem. I dopiero wtedy ten program miałby swój sens.
Ktoś powie, że to co ja piszę to może i prawda, tyle że skąd ja wiem, że faktycznie nie było tak, że były dwa samoloty, że jeden, puściusieńki, został do Smoleńska podrzucony w stanie w jakim go dziś oglądamy, natomiast ten prawdziwy został gdzieś w głębi Rosji wypatroszony i wraz z całą swoją zawartością unicestwiony. Skąd ja wiem, że nie jest tak jak pisze FYM, że te ciężarówki, które owego sobotniego poranka przyjeżdżały do Smoleńska, nie przyjeżdżały po to, by zabrać trupy, ale by te trupy tam podrzucić? Otóż ja to wiem przede wszystkim stąd, że ja czegoś takiego zakładać nie mam najmniejszego powodu. I że czegoś takiego ja sobie zwyczajnie nie umiem wyobrazić. A jeśli ktoś mi powie, że to jest powód zbyt kiepski, to do tego dorzucę jeszcze to, że ja mam bardzo poważne podejrzenia, że i sam FYM też nie jest do końca o tym przekonany. A skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, że on tej swojej wręcz epokowej pracy nie opublikował w formie papierowej. On ją złożył, zatytułował, oprawił jak należy i wrzucił do Internetu, by móc ją sobie sam wraz ze swoimi znajomymi od czasu do czasu poczytać. On najpierw stworzył dzieło swojego życia, coś tak rewolucyjnego, że jeśli nadejdą kiedyś normalne czasy, on FYM będzie cytowany w książkach do historii, a następnie zrobił wszystko, żeby broń Boże nikt się o tych jego odkryciach nie dowiedział. Ja oczywiście rozumiem, że dziś jest naprawdę ciężko wydać cokolwiek w taki sposób, by móc to następnie z powodzeniem spopularyzować i sprzedać. Wiem świetnie, że prawdopodobnie większość wydawnictw, do których FYM by się zgłosił ze swoją książką by go pogoniło – albo z powodów osobistych, albo biznesowych. Wiem, że nawet gdyby on w końcu to gdzieś komuś wrzucił, musiałby się bardzo namęczyć, żeby sprzedać tej książki choćby tysiąc egzemplarzy. Ja to wszystko wiem. Jednak mimo wszystko jest różnica między obawą przed tego typu ryzykiem, a zwykłym wyrzucaniem swojego bądź co bądź dzieła na śmieci. To z czym mamy do czynienia to sytuacja, że powstało coś wedle wszelkich pozorów epokowego, a jednocześnie jego autor ogłasza, że on nigdy nic takiego nie mówił. I to sprawia, że dla mnie FYM jest całkowicie niewiarygodny.
Na koniec wypadałoby, jak sądzę, zaproponować jakąś w miarę sensowną odpowiedź na pytanie, po co on to w takim razie robi, skoro nie po to, by poinformować świat o czymś tak niesamowitym jak zamach na tak niewyobrażalną skalę a jednocześnie spisek o tak rozległym i głębokim charakterze? Otóż ja już w komentarzu w Salonie24 zasugerowałem jedną ewentualność. Że FYM mianowicie do tego stopnia boi się tego co sam odkrył, że nie wie do końca co z tym swoim odkryciem zrobić. Że on się zwyczajnie boi, że jeśli on z tym czymś wyjdzie do szerokiej opinii publicznej służby go zwyczajnie zabiją. Więc siedzi z tą swoją smutną internetową książką i się trzęsie ze strachu. Moim zdaniem jednak, gdyby to było prawdą, z powodów na tyle oczywistych, że nie chce mi się tu nawet w nie wchodzić, trzeba by było nam uznać, że FYM albo zwyczajnie zgłupiał, albo autentycznie zwariował. I to by właściwie było rozwiązaniem najlepszym. Bo każde inne jest już – dla niego przede wszystkim – fatalne. Robiąc bowiem to co on robi, FYM wyłącznie zabagnia naszą tragedię, naszą walkę i naszą nadzieję. Sprowadza to wszystko do wymiaru jakiegoś internetowego idiotyzmu, nawet nie wartego splunięcia. Po to by wszyscy się z nas tylko śmiali i pokazywali nas palcami. A tego byśmy mu wybaczyć już nie mogli.
Nie bardzo jest ten dzisiejszy tekst w nastroju tego bloga, niemniej mam nadzieję, że jakoś tam się nam wszystkim przydał. Jeśli ktoś uważa, że tak jest, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta, no i o kupowanie książki. Ona jest wydana w takiej formie, że można ją wziąć do ręki, poczuć zarówno jej wagę, jak i jej wielkość. I żeby każdy mógł mieć pewność, że ja się jej ani nie boję, ani nie wstydzę. Dziękuję.

wtorek, 29 kwietnia 2008

Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury

FYM umieścił tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie się zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych.
Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani FYM, ani nie uda się tego zrobić mi, ani nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jak zwykły skromny blog.
Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć homo sovieticus , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "
“Jesteś jakże typową ofiarą systemu”.
"Ja nie - ty".
A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałby wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie.
Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak.
Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”.
Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której w swoim blogu pisał FYM.
Pani z okienka, pan milicjant i chłopak.
Powstaje pytanie. Która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny?
Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że homo sovieticusa poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie.
Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć.
A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim Ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę.
Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać.
Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy - ci ludzie w komunistycznym pochodzie - byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. To właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi jakoś się nam udało?
Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu Pani, czy może Twój Styl z dumą opowiadał.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...