Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Nixon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Nixon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Być jak Richard Nixon, czyli pijemy zdrowie Prezesa

      Nie było mnie tu wczoraj z tej prostej przyczyny, że mieliśmy tu dwudniową wizytę naszego serdecznego kumpla Aleksego, stałym czytelnikom tego bloga skądinąd znanego jako Lemming, natomiast, owszem, wszyscy jesteśmy pod wrażeniem wizyty w Polsce prezydenta Trumpa. Jeśli ktoś spodziewa się po mnie jakiegoś komentarza, to powiem przede wszystkim może to, że gdybym tylko wiedział, o co tu chodzi, chętnie bym porozmawiał o tajemniczej obecności Lejba Fogelmana, któremu do towarzystwa dorzucono burmistrza Giullianiego, a obu posadzono w ławce totalnej opozycji. Ponieważ jednak ten gest pozostaje dla mnie ponurą zagadką, ograniczę się może do tego, by przyznać, że tak jak wczoraj, dotychczas nie było nigdy. Moim zdaniem, to był bardzo dobry dzień. Zdecydowanie gorzej jest natomiast, jeśli idzie o komentarze już po wyjeździe Trumpa. O tym, co wyprawiają tak zwani „nasi”, pisać nie będę, bo jest mi zwyczajnie wstyd, natomiast tym wszystkim, którzy desperacko próbują nam ten dzień zohydzić, najpierw przez bite dwie godziny wbijając nam do głowy, że „o żadnych gwarancjach bezpieczeństwa mowy być nie może”, a następnie, kiedy się okazuje, że jednak „może”,  już tylko powtarzając ów – z politycznego punktu widzenia – absolutnie obłąkany przekaz, że ten Trump to właściwie niczym się nie różni od Kaczyńskiego, i odwrotnie, chciałbym powiedzieć, że jeśli to jest wszystko, na co ich dzisiaj stać, możemy spać spokojnie i mieć nadzieję, że ten Fogelman przy Schetynie i Wałęsie jest już tylko po to, by mieć na nich oko na wypadek, gdyby któryś z nich miał ochotę zwariować do reszty.  A na dziś, proponuję poczytać sobie mój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak najbardziej w temacie.


Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej” wizyta Donalda Trumpa będzie już za nami, a ja mam nadzieję, że my będziemy już tylko spijać jej efekty. Dziś jednak piszę ten tekst i wspominam prezydenta Richarda Nixona, popularnie uważanego za prezydenta jeszcze gorszego od Trumpa i wywiad, jakiego udzielił on pewnemu amerykańskiemu dziennikarzowi i w którym wypowiedział następujące słowa:         
      „W polityce trzeba być przede wszystkim przygotowanym na wielkie ryzyko, ryzyko nieustanne. Gdy spoglądam w przeszłość, wspominam wielu niebywale zdolnych ludzi, ludzi bardzo inteligentnych, o niezwykłej wręcz charyzmie, którzy zakończyli karierę na Kongresie, którzy nigdy nie doszli nawet do Senatu, nie zostali nawet gubernatorami, którzy zatrzymali się na tym poziomie. A wszystko przez to, że bali się zaryzykować bezpieczną posadę. Jest bowiem tak, że w momencie gdy człowiek zaczyna myśleć, jak zachować spokój i bezpieczeństwo, nigdy nie dojdzie na sam szczyt. Należy  podejmować wielkie ryzyko i jeśli okaże się konieczne, to nawet i przegrać. Przegrać choćby i dwa razy, choćby i trzy, i mimo to wciąż wracać. Oto cała tajemnica.
      Moje życie publiczne, z powodów, w które nie ma powodu wchodzić, nie było łatwe. No i też rodzina miała naprawdę ciężko. Powiem jednak szczerze, że nawet gdybym wiedział, jak będzie trudno, też bym to przyjął.
    Bardzo ważne jest natomiast coś, co może ujmę w ten sposób. Kiedy myślimy o najwyższych urzędach, mamy dwa rodzaje ludzi: mężczyzn i chłopców. Chłopcy to ci, którzy przyjmują wysokie stanowiska, żeby zostać kimś ważnym, mężczyźni natomiast sprawują swój urząd po to, by zrobić coś wartościowego. Gdy chodzi o mnie, zawsze marzyłem o tym, by czegoś dokonać.
     I nie oszukujmy się. Moim problemem nie była owa sztywność, która się rzekomo ludziom nie podobała. Rzecz w tym, że ja mogłem zapraszać dziennikarzy na kolację. Mogłem to robić, a jednak nigdy nawet z nimi nie piłem. Po prostu nie uważałem tego za coś właściwego. Podobnie jak nawet dziś nie sądzę, że należy pić z agentami ochrony.
     Moim zdaniem, należy zachować pewną… No ale powiedzmy, że nie. Powiedzmy, że mogłem przyjmować ich wszystkch na kolacji i na drugi dzień poczytać o sobie parę miłych kawałków w gazecie. Jeśli jednak zastanowić się nad tym uczciwie, problem jaki miałem z mediami, związany był wyłącznie z tym, w co wierzyłem jako człowiek. To w co ja wierzyłem i to w co wierzyli oni, to były dwie całkowicie różne rzeczy”.
      Dziwny ten dzisiejszy felieton, niemal w całości wypełniony słowami Richarda Nixona. Jednak tak naprawdę to nie Nixon jest jego głównym bohaterem. To nie o nim dziś myślę szczególnie mocno. Podobnie jak nie Donald Trump mi dziś w głowie, ale polityk znacznie nam bliższy. Równie wybitny jak ci dwaj, a kto wie, czy nie bardziej. To o nim dzisiejsza refleksja.




Wszystkich zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Naprawdę warto.


niedziela, 29 kwietnia 2012

O ślinie, którą niesie wiatr ze Wschodu

Parę dni temu na tym blogu wspomniałem postać Richarda Nixona. Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że bardzo wiele osób, choćby i bardzo wykształconych i ciekawych świata, nie ma pojęcia kim był Richard Nixon, ani tym bardziej po co o nim w ogóle powinniśmy mówić. Wiem też jednak, że wielu z tych, którzy akurat o Nixonie słyszeli i w dodatku świetnie wiedzą, dlaczego spośród tylu prezydentów Stanów Zjednoczonych, o nim wspomina się częściej niż o innych, posiedli tę swoją wiedzę w oparciu o najbardziej ordynarny przekaz propagandowy. Oczywiście nie ma sposobu, by rozmowę o Nixonie sprowadzić do rozmowy o faktach, tak jak nie da się dyskutować postaci historycznych, czy w ogóle jakichkolwiek zdarzeń, w sposób rozstrzygający, z tej to prostej przyczyny, że historia – podobnie jak sam człowiek – jest materią zbyt skomplikowaną, by cokolwiek móc powiedzieć na pewno. Spójrzmy choćby na zdarzenia tak z punktu widzenia polityki czy moralności pozornie jednoznaczne, jak zagłada Żydów, czy komunistyczna rewolucja. Przecież do dziś wielu, i to wcale nie wariatów, gotowych jest poświęcić życie by udowadniać, że to wszystko wcale nie było takie proste. A my mamy mówić o Nixonie?
Postanowiłem jednak przywołać tę jego postać z dwóch względów. Pierwszy to oczywiście taki, że ja mam autentyczne przekonanie, że Richard Nixon wcale nie był mordercą i zakłamanym durniem, lecz wręcz przeciwnie – był prezydentem wybitnym, jednym z większych w amerykańskiej historii, i choć nie zamierzam tej swojej tezy udowadniać, bo, jak już wspomniałem, jest to absolutnie bezproduktywne, uznałem za pożyteczne dać świadectwo temu swojemu przekonaniu ot tak, dla porządku. Tak jak się daje świadectwa.
Drugi jednak powód jest może jeszcze nawet ważniejszy. Otóż jest faktem, którego się nie da zakwestionować, że Richard Nixon swego czasu, zanim jeszcze trafił do przekazu popularnego jako ofiara losu, kłamca, oszust, ale też i morderca dzieci – o czym później – był politykiem absolutnie wybitnym. W roku 1960 przegrał prezydenturę z Johnem Kennedym – dziś, co ciekawe, przez tych samych, którzy Nixona potępiają, uważanym za prezydenta jednego z największych – o tak niewielki ułamek procenta, że niektórzy do dziś twierdzą, że gdyby ten wynik zaskarżył, Kennedy prawdopodobnie by sobie przez wiele jeszcze lat spokojnie żył. W końcu jednak jak wiemy Nixon tym prezydentem został, i, co ciekawe, tym samym został chyba jedynym kandydatem, który zdołał się podnieść po wcześniejszej porażce. Chyba nie ma przypadku, o ile czegoś nie przegapiłem, by w Stanach Zjednoczonych pojawił się kiedykolwiek polityk, który najpierw znalazł w sobie wystarczająco siły, by kandydować w wyborach prezydenckich, przegrać, a potem zdobyć nominację raz jeszcze i ostatecznie tę walkę wygrać. A to musi o Nixonie jako o polityku świadczyć jednoznacznie dobrze.
Ale jest jeszcze coś. Nixon był prezydentem dwukrotnie, a jego zwycięstwo po pierwszej kadencji do dziś uchodzi za unikalne. Można powiedziec, że nikt przed nim i tym bardziej po nim nie odnotował tak miażdżącego zwycięstwa nad swoim kontrkandydatem. Nawet Reagan, nie wspominając już o Clintonie, czy Obamie – kolejnych dwóch bohaterach kultury masowej. I to znów może świadczyć tylko o tym, że Richard Nixon – zanim go historia znienawidziła, a medialna propaganda zrobiła z niego karykaturę – był politykiem najwyższego kalibru. A co mamy dziś? Opinię, że George W. Bush to w amerykańskiej historii prezydent absolutnie najgorszy… zaraz po Richardzie Nixonie.
I to jest właśnie przyczyna dla której uważam, że warto Nixona wspominać. I to wcale nie koniecznie ze względu na niego samego i jego polityczne sukcesy, bo jak mówię, tu zawsze pojawi się ktoś, kto ma coś przeciwnego do powiedzenia ale przez to, że historia jego sukcesu i upadku, prawdopodobnie jak żadna inna, fantastycznie komentuje to z czym mamy do czynienia dziś. Choćby tu, w Polsce. A mianowicie totalnym zwycięstwem popkulturowego kłamstwa.
Richard Nixon był prezydentem, który wszedł w okres swojego urzędowania z zadaniem zakończenia wojny w Wietnamie i postanowienie to praktycznie wypełnił. Nie zmieniło to jednak faktu, że trochę przez tę wojnę, ale przede wszystkim przez to, że przez znaczną część lat 60-tych amerykańskie społeczeństwo, zwłaszcza na poziomie szkół, uniwersytetów i środowisk artystycznych, było bardzo skutecznie poddane sowieckiej propagandowej manipulacji, społeczna atmosfera w Ameryce była już tak napięta, że cokolwiek Nixon by zrobił, cokolwiek powiedział, cokolwiek obiecał, popularny przekaz, stawiał go od początku na pozycji przegranej. On w roku 1972 oczywiście zdobył te swoje niemal 50 milionów głosów, jednak nie zmieniało to faktu, że od początku do samego końca tej prezydentury przez znaczną część popularnej opinii był traktowany jak ktoś kto zasługuje tylko na to by go opluć. Opluć w sposób jak najbardziej dosłowny. I ja dziś chciałem trochę opowiedzieć właśnie o tym pluciu.
Bob Greene, dziennikarz „Chicago Tribune”, na przełomie lat 60-tych i 70-tych, jak sam dziś przyznaje, stanowił dumną część towarzystwa, które na sam dźwięk nazwiska „Nixon” ogarniało czyste pragnienie mordu. Skąd takie napięcie? Greene za bardzo nam tu dziś nie pomoże, ale za to przeprowadził po latach wywiad z Nixonem, w którym pyta byłego prezydenta o to, jak on tamte nastroje odbierał. A Nixon mówi, ze owszem, on doskonale był ich świadom, ale starał się z nimi zyć i je na swój sposób ignorować. Opowiada w pewnym momencie, jak to zaraz na początku jeszcze pierwszej kadencji postanowił ogłosić wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu, i kiedy przygotowywał się do tego wystąpienia, podeszła do niego śliczna 15-letnia dziewczynka i, krzycząc „ty morderco”, splunęła mu w twarz. Czy to pod wpływem tej historii, czy może dlatego, że już wcześniej dochodziły do niego relacje z tego plucia, Bob Greene przygotował i wydał książkę zatytułowaną „Homecoming”, niemal w całości złożoną ze wspomnień weteranów wojny wietnamskiej z dnia ich powrotu do Ameryki. Wspomnień o tym, w jaki sposób witano ich jeszcze na lotnisku, ale też i potem, kiedy już wrócili do domu. Ciekawa to bardzo książka. Greene wpadł na pomysł tej książki w taki sposób, że ponieważ wciąż słyszał – choć tylko w formie plotek – historie o tym, jak to powracający do domu żołnierze byli opluwani przez mijających ich ludzi, postanowił zwrócić się do tamtych żołnierzy sprzed lat z jednym pytaniem: ”Czy został pan opluty?” No i z tego powstała cała książka.
I czego się dowiadujemy? Otóż tak. To prawda. Ludzie pluli. Różni ludzie. I dzieci, i studenci, ale też i starsi; pluli hippisi, ale pluli też zwykli, niczym nie wyróżniający się obywatele. Pluli chłopcy i pluły dziewczęta. Pluli wszyscy, i plując wypowiadali słowa przeróżnie, a więc tak jak tamta dziewczynka do Nixona „you murderer”, ale też „baby killer”, „baby burner”, „fascist pig”. Różnie. Pluli żołnierzom w twarz, pluli pod nogi, ale często też pluli na medale, jakie ci żołnierze mieli przyczepione do piersi. A żołnierze? Cóż oni? To wszystko najczęściej byli 19, 20, czy 21 letni chłopcy, i, wedle niemal wszystkich relacji, musieli to znosić, bo byli w mundurach, a mundur stanowił zaszczyt i jednocześnie zobowiązanie. Więc tylko wycierali tę ślinę i przemykali pod ścianami. Opowiadają ci żołnierze w tej szczególnej ankiecie, że zdarzało się, że w barze odmawiano im obsługi, a kiedy siedzieli w sali odlotów, czekając na swój samolot, ludzie się od nich odsuwali. A oni siedzieli, z tymi medalami, wygoleni, ledwo dwudziestoletni i było im wstyd jak jasna cholera.
Nie jest też oczywiście tak, że wszyscy ankietowani przez Greene’a weterani potwierdzają to plucie. Wielu mówi, że to nieprawda. Że nikt nigdy nikogo nie opluł. Jest nawet pewien człowiek, który przeprowadza dowód, że historie o tym pluciu to wierutne kłamstwo. Owszem, zdarzało się, że ktoś ich zwymyślał, lub odmówił obsługi, niekiedy ktoś rzucił jajkiem, bywało że ktoś odpalał im pod nogami petardy, żeby zobaczyć jak odruchowo ze strachu padają na ziemię, ale plucia nie było. Są też tacy, którzy w ogóle nie mają złych wspomnień. Dla nich powrót był wyłącznie bardzo miłym i radosnym przeżyciem. Niemniej faktem jest, że wystarczająco wielu z nich potwierdza fakt plucia, by można było przyjąć, że w tamtych dniach to była autentyczna plaga. Że wtedy, na przełomie lat 60 i 70 w dobrym tonie było podejść do powracającego z Wietnamu żołnierza i go opluć. I rzucić w jego stronę: „Ile dzieci dziś zabiłeś?”
Czemu tak? Jeszcze raz muszę powiedzieć, że nie wiadomo. Ale pewne jest, że to był na tyle dobrze zorganizowany teatr, a aktorzy na tyle różnego pochodzenia i różnych talentów, że oni musieli mieć wspólnego nauczyciela, i to nauczyciela nie bylejakiego, który im najpierw powiedział, że mają przyjąć pewną rolę, następnie ich tej postawy nauczył, a następnie polecił ją konsekwentnie realizować. Dziś powszechnie znamy nazwisko zaledwie jedną z tych osób, które administrowali tamtą nienawiścią, a i to na szczeblu bardziej niż podstawowym. Oto Jane Fonda, słynna amerykańska aktorka, w Polsce znana niektórym choćby z tego, że w czasach PRL-u wsparła naszą tak zwaną „solidarnościową rewolucję”, w roku 1972 udała się z dwutygodniową wizytą do Hanoi, gdzie wzięła udział w starannie wyreżyserowanym na potrzebie komunistycznej propagandy teatrze, skutkiem czego wielu amerykańskich żołnierzy przytrzymywanych w wietnamskich więzieniach, zostało zamęczonych na śmierć. Nie będę tu opisywał tego wszystkiego, co ona przez te dwa tygodnie zrobiła i powiedziała. Kto będzie chciał, ma Internet, więc poradzi sobie i beze mnie. Chcę jednak wspomnieć jej wystąpienie po wielu już latach, w którym postanowiła przeprosić weteranów i ich rodziny, wprawdzie nie za to, za co powinna najbardziej, ale zaledwie za pewne nieistotne w całym kontekście zdjęcie. I wprawdzie nie do końca szczerze i bez większych istotnych konsekwencji, ale w na tyle charakterystyczny sposób, że pozwolę go tu sobie ową wypowiedź zacytować:
Stało się to podczas ostatniego dnia mojego pobytu w Hanoi. Byłam tą wizytą fizycznie i emocjonalnie wykończona… Tłumacz powiedział mi, że żołnierze chcieli mi zaśpiewać piosenkę. Oni więc śpiewali, a on tłumaczył mi jej tekst. Była to piosenka o dniu, w którym w Hanoi na Placu Ba Dinh ‘Wujek Ho’ ogłosił niepodległość. Słuchałam tych słów: ‘Wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi; mają swoje prawa; wśród nich życie, wolność i niepodległość”. To są słowa, które Ho wypowiedział podczas tej historycznej uroczystości. Zaczęłam płakać i klaskać. Nie powinniśmy traktować tych ludzi jak wrogów. Dla nich ważne są dokładnie te same słowa co dla nas, Amerykanów… Zaśpiewałam z pamięci piosenkę ‘Day Ma Di’, napisaną przez południowowietnamskich studentów w proteście przeciwko wojnie. Oczywiście to moje śpiewanie było porażką, ale wszyscy i tak byli zachwyceni, że przynajmniej spróbowałam. Skończyłam śpiewać. Wszyscy się śmiali i klaskali, ja też… Opowiadam to najszczerzej i najuczciwiej jak potrafię: ktoś (nie pamiętam kto) podprowadził mnie pod ten karabin przeciwlotniczy, a ja, wciąż się śmiejąc i klaszcząc w dłonie, usiadłam. Nawet nie bardzo zastanawiałam się, gdzie siedzę. Zaczęły strzelać aparaty… Możliwe, że to wszystko było ustawione, że Wietnamczycy to wszystko tak zaplanowali. Tego się już nie dowiemy. Ale nawet jeśli tak było, nie mam do nich pretensji. Wszystko biorę na siebie. Jeśli faktycznie zostałam wykorzystana, sama do tego dopuściłam… owa dwuminutowa utrata zmysłów będzie mnie prześladowała już zawsze… Jednak fotografia istnieje i mówi sama za siebie, niezależnie od tego, co ja sama sobie wówczas robiłam, czy myślałam. Jest mi z tym bardzo ciężko. Wielokrotnie już przepraszałam żołnierzy i ich rodziny z powodu bólu, jaki im sprawiłam tą fotografią. Nie było nigdy moją intencją krzywdzić kogokolwiek”.
Oczywiście głos kogoś takiego jak Jane Fonda, wzywający do tego by zabijać amerykańskich żołnierzy, i określający Richarda Nixona jako „nowego Hitlera”, musiał mieć dla owej szczególnej części amerykańskiego społeczeństwa pewne znaczenie, jednak mam nadzieję, że nikt z nas nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że jakaś aktorka – choćby nie wiadomo jak ważna - mogła dojść do tego zupełnie sama. Nie ma takiego sposobu, by to ona była tam liderem. Zarówno bowiem Fonda, jak i to całe artystyczno-profesorskie towarzystwo, stali znacznie bliżej tych, którzy pluli, niż tych, którzy pluć kazali. A kim byli ci – możemy tylko przypuszczać. Podobnie jak możemy tylko przypuszczać, gdzie oni są dzisiaj, co porabiają, i jakie mają plany.
Myślę jednak, że moja wiara w to, że są wynaturzenia, których naturalny bieg historii nie jest w stanie tolerować, jest słuszna. Że zawsze, prędzej czy później musi dojść do tego, że ludzie, choćby najbardziej zaczadzeni, się obudzą i otrząsną ze swego szaleństwa jak ze złego snu. Wprawdzie taka Jane Fonda akurat dobrym przykładem tego przebudzenia nie jest, natomiast zacytowane wyżej oświadczenie daję i nam pewną satysfakcję, i nadzieję na coś bardzo szczególnego. Otóż bardzo bym chciał doczekać dnia, kiedy – z jakiegokolwiek na dobrą sprawę powodu – Donald Tusk zostanie zmuszony do tego, by siąść i napisać coś, co się będzie zaczynało od takich słów: „Stało się to tuż po tym, jak przyjechałem do Smoleńska. Byłem tą podróżą fizycznie i emocjonalnie wykończony… Tłumacz powiedział mi, że rosyjski premier chciał mi coś powiedzieć. On więc mówił, a tłumacz tłumaczył mi jego słowa. I wtedy on mnie objął, a ja się przytuliłem do niego. Sam nie wiem, jak to się stało…”. I dalej w ten sam sposób. Mam nadzieję, że tego dożyję. Czego wszystkim – w tym również oczywiście jemu – życzę.
Na koniec przytoczę pewną wypowiedź jednego z tych żołnierzy, którym udało się nie spotkać na swojej drodze Jane Fondy i jej protektorów, którego w dodatku nawet nikt nigdy ani nie opluł, ani nie zwymyślał, ale który swój żal w kwestii tego jak go powitano, gdy wrócił z Wietnamu, wyraził w sposób tak głęboki, że moim zdaniem wart zrelacjonowania:
Nikt mnie nigdy nie opluł. I nie znam nikogo, komu by się to przytrafiło. Chociaż…
W grudniu 1968 roku miałem 20 lat i właśnie, po 13 miesiącach zabijania, czołgania się we krwi i spieprzania przed pociskami, wróciłem do kraju, i kelnerka w barze na lotnisku w San Francisco odmówiła mi sprzedaży piwa, tłumacząc mi, że prawo stanowe zakazuje podawania alkoholu osobom poniżej 21 roku życia. A ja sobie myślę, że jeśli dla kogoś kto był dwukrotnie ranny i jedynie cudem nie umarł to nie jest obrazą, to ciekawe, co nią jest.
Uczciwie powiem, że już chyba wołałbym by ona mnie jednak opluła”.
A ja od siebie, już na sam koniec proponuję wszystkim, byśmy jednak zechcieli traktować historię jako naukę.

Wszystkich, którym ten tekst w jakikolwiek sposób był potrzebny, proszę o wspieranie tego bloga. Zarówno w sposób bezpośredni, a więc przekazywanie wpłat na podany obok numer konta, jak i przez kupowanie mojej książki. Naprawdę warto. Dziękuję.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Być jak Nixon?

Wspominałem – tylko wspominałem – już tu na tym blogu o rozmowie, jaką kiedyś miałem okazję przeczytać z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych Richardem Nixonem. Każdy kto ma choć podstawowe pojęcie, w jaki sposób Nixon jest postacią na światowej scenie politycznej szczególną, wie, dlaczego ta rozmowa może być na tyle interesująca, że warto o niej opowiedzieć. Jednak z myślą o tych wszystkich, którzy mają tu pojęcie stosunkowo blade, nie będę po raz setny wyjaśniał tego przekrętu o nazwie "Watergate", ale wspomnę tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że kiedy Richard Nixon wygrywał swoją drugą kadencję, jego zwycięstwo było absolutnie bezprecedensowe. Kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów, okazało się, że on wygrał we wszystkich stanach z wyjątkiem dwóch, uzyskując ponad 60% głosów. Druga natomiast to ta, że kiedy George W. Bush ustępował miejsca Obamie, popularna opinia była taka, że oto kończy się era najgorszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych. Zaraz po Nixonie.
Wywiad o którym wspominam przeprowadzony został niemal 10 lat po wymuszonej rezygnacji, kiedy to Nixon był już w znacznym stopniu osoba prywatną, starszym panem funkcjonującym już tylko jako „były prezydent”, jednak nie jest poświęcony ani tamtej prezydenturze, ani tym bardziej samej aferze Watergate, ale bardziej dociekaniu, jak to się mogło stać, że polityk tak popularny w pewnym czasie wybitny, tak inteligentny, i w gruncie rzeczy tak niezwykły jak idzie o prosty wymiar moralny, mógł ostatecznie stać się aż tak znienawidzony i zająć w historii miejsce tak niskie.
Już sam początek tego tekstu robi wrażenie jako akcent najbardziej być może znaczący. Otóż opowiada Nixon dziennikarzowi, jak to sobie dzień wcześniej szedł ulicą i kiedy mijał grupkę praktycznie jeszcze dzieci, agent ochrony szepnął do niego: „Czuje pan? Marihuana”. Co Nixon komentuje w następujący sposób: „Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu”. A to co tu jest uderzające, to sugestia, że – w odróżnieniu być może od wielu swoich kolegów-polityków – Nixon jest tu jak najbardziej szczery. On sam zresztą po chwili przyznaje: „Oczywiście mam świadomość, że nie wiedzieć jak pachnie marihuana to jednak trochę wstyd. Ja jednak faktycznie dowiedziałem się tego dopiero wczoraj”.
Niemal przez cały czas rozmowy powraca problem stylu bycia, jaki prezentował Nixon. Że nigdy nie pokazywał się bez krawata, że robił wrażenie oschłego i nieprzystępnego, że w stosunku do mediów trzymał nieustanny dystans, no i wreszcie, że całym swoim zachowaniem głosił koncepcję prezydentury dystyngowanej i bardzo poważnej. I on oczywiście przyznaje, że i bez tego krawata czułby się źle i że istotnie, on nie miał nigdy skłonności do tego, by się pokazywać jako „równy koleś”. Że tak został wychowany i tak też widział powagę urzędu. Mimo to jednak twierdzi, że nie rozumie, dlaczego w ten sposób mówiono tylko o nim. On znał różnych prezydentów, w tym również tych, jak Kennedy, Eisenhower, Truman, którzy uchodzili powszechnie za bardzo miłych i sympatycznych ludzi, i zapewnia że żaden z nich, a już szczególnie Kennedy, nie był człowiekiem bardzo wylewnym. Proszę posłuchać:
Nie chciałbym się tu jakoś porównywać, ale kto tak naprawdę znał De Gaulle’a? Kto znal Adenauera? Wszyscy myślą, że znali Eisenhowera. Co za bzdura! Nie istnieje jedna dobra biografia Eisenhowera. Albo mamy do czynienia z jakimiś nadętymi bajkami, albo zwykłą kpiną. A on wcale nie był taki jednowymiarowy. Ludzie, którzy mówią o nim, że był miłym, dobrym człowiekiem i cudownym prezydentem, zapominają, że akurat ktoś kto zdecydował o lądowaniu w Normandii, kiedy wszystko stało na ostrzu noża, nie mógł być aniołem”.
I właściwie to świadectwo powinno wystarczyć, by wpaść w refleksje dotyczące wpływu mediów na publiczną świadomość, zwłaszcza że Nixon w pewnym momencie wręcz pyta swojego rozmówcę, czy on zauważył, że w telewizji wszyscy dziennikarze zachowują się jakby wyszli z jednej fabryki, jednak ten drąży dalej i pyta, że można jednak trzeba było się postarać i pokazać bardziej ludzką twarz, a nie tylko ten garnitur i ten urząd. I na to odpowiada Nixon w ten sposób:
Nie. Problemem nie był prezentowany przez mnie styl. Pewnie. Mogłem oczywiście przyjmować dziennikarzy na obiadach, mogłem się z nimi zaprzyjaźniać. Jednak nigdy nie chciałem tego robić. Nigdy na przykład z nikim z nich nie poszedłem na drinka. Oczywiście, jeśli ktoś tak chce, proszę bardzo. Inni tak się zachowują. Ja jednak uważam, że to zła droga. Nie należy pić z agentami, z prasą i w ogóle z ludźmi z zewnątrz. Należy zachowywać pewien poziom. Nawet jeśli się wie, że przez to następnego dnia nie pojawi się przyjazny tekst w gazecie. Mój problem z mediami nie polegał jednak na tym, że ja byłem zbyt sztywny, ale na tym, że wierzyłem w co innego niż oni. Wierzyłem w zupełnie co innego”.
A ta nienawiść – ciekawe że nie wśród wyborców, lecz wśród tych, którzy właśnie wierzyli w co innego – była przeogromna. Dziennikarz, który przeprowadza z Nixonem rozmowę sam przyznaje, że on sam, będąc w tamtych latach tuż po studiach należał do osób, które na sam dźwięk nazwiska Nixona dostawały autentycznego szału. A Nixon kiwa głową i mówi: „Tak, wiem. Takie to były czasy”. I opowiada pewną historię, gdy tuż po nominacji, kiedy w Williamsburgu przygotowywał się do wygłoszenia przemówienia, w czasie którego planował ogłosić wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu, w pewnym podeszła do niego śliczna, piętnastoletnia dziewczynka, splunęła mu prosto w twarz i krzyknęła „Ty morderco!”. I wspomina Nixon: „Pożyczyłem chusteczkę od agenta, wytarłem twarz i zacząłem przemawiać. Nie było łatwo”.
I oczywiście moglibyśmy sobie w tym momencie żartować, co by było, gdyby ona nie była młodą Amerykanką, ale jakąś uczennicą spod Moskwy i zdecydowała się w ten sposób potraktować wówczas takiego Breżniewa, ale nie ma tu miejsca na żarty, bo sprawa jest jak najbardziej poważna. Uważam, że czytelnicy tego bloga są na tyle wrażliwi, by wiedzieć, co mam na myśli, mówiąc że sprawa jest poważna.
Proszę o bycie ze mną tu na blogu, o podtrzymywanie tej solidarności, i o – w miarę możliwości – finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

sobota, 26 lutego 2011

O księżniczkach na postkomunistycznym śmietnisku

Ile razy przychodzi mi wracać do starych wpisów z tego bloga, czuję się nie za dobrze. Głównie chodzi mi o to, że nie chcę, by ktoś pomyślał, że idę w kierunku czegoś, co niektórzy nazywają odcinaniem kuponów. Mam też przy tym poczucie, że większość tych, którzy tu bywają – bywają nie po to, by czytać wciąż to samo. Mimo to, raz na jakiś czas, istotnie pozwalam sobie na przypominanie starych wpisów. Czemu więc to robię? Otóż zawsze stoi za tym przekonanie, że coś co było naszym zmartwieniem już kiedyś, wiele miesięcy temu, wraca dokładnie w tej samej postaci i nagle okazuje się, że wciąż wymaga komentarza. Wymaga tego komentarza naprawdę bardzo, a ja nie chcę milczeć, ale też nie mam aż takiego talentu, by w odniesieniu do jednego problemu stworzyć dwa osobne, niepowtarzające się komentarze. I wtedy wracam do owej starej, tak mocnej i dźwięczącej, na jaką mnie wówczas było stać, refleksji i ją przedstawiam raz jeszcze, starając się jedynie – jeśli tylko mi jakaś świeża myśl przyjdzie do głowy – ją odpowiednio uzupełnić. Lub przyciąć. By była może jeszcze bardziej intensywna.
Dziś znów znalazłem się w tej sytuacji, że coś co wydawało się już dawno załatwione, wyjaśnione i rozstrzygnięte, powraca, a ci, którzy – jak można było wierzyć – mieli dość czasu, by swoje opinie zweryfikować, żyją starymi uprzedzeniami i oczywiście brną, brną i brną. Chodzi mianowicie o Martę Kaczyńską i jej prawo do bycia nie tylko córką swego ojca, ale kimś, kto w naturalny sposób ma prawo – czy, ktoś może nawet powiedzieć, obowiązek – kontynuowania jego dzieła. Nie pozwolono jej tego zrobić wiosną zeszłego roku, kazano jej milczeć i zniknąć – wbrew czemuś, co można by nazwać naturalnym porządkiem rzeczy – i nagle dziś, znów pojawia się te dziwaczne żądanie: żeby ona akurat siedziała cicho. Tym razem z ust samego Jacka Kurskiego. Nie my. Ona. My możemy sobie szaleć. A ona najlepiej niech założy jakąś fundację i zajmuje się chorymi dziećmi. Tak. Najlepiej dziećmi.
A zatem, proszę łaskawie posłuchać raz jeszcze. I, jeśli ktoś uważa, że się mylę, to chętnie się posprzeczam.
Pisałem na swoim blogu parę razy o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą, mówi tak:
Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam, że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność. I oczywiście, ci sami ludzie, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie, jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, to wyłącznie kwestia przypadku. I to jest oczywiście bardzo niedobre. Raz, dlatego że prowadzi do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że wspomniany wyżej Richard Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych wyłącznie przez to, że był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, czego już nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Nixon bowiem został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. A zatem, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Też tu na naszym blogu, tyle że ledwo wczoraj, napisałem tekst o Marcinie Dubieneckim i próbach Systemu, by go zniszczyć, ale też przy o okazji, pojawił się naturalnie temat Marty Kaczyńskiej i tego, jak to ten sam System uniemożliwia – choćby z wypowiedzi Jacka Kurskiego, o której już wcześniej wspomniałem, wynika, jak skutecznie – jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Efekt tego, w znacznym stopniu sprowadził się do tego, że jeden z naszych przyjaciół Traube się z nami pożegnał, a wielu innych wzruszyło ramionami. A zatem, jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas.
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska, jeśli tylko wspomina o swoim możliwym uczestnictwie w polityce, zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje, i może przyjmą ją jako wicenaczelną do magazynu ‘Pani’.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV, i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak ewentualna chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i ja jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

czwartek, 26 lutego 2009

Nixon, czyli co każdy Polak wiedzieć powinien

O Richardzie Nixonie, niesławnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, wiem niewiele więcej niż można wiedzieć, amatorsko interesując się polityką. Wiem więc oczywiście to, że jest to postać ‘niesławna’. Ale to wie każdy. Każdy kto zauważył, że od kilku dziesiątek lat, każdy skandal, każdy wielki przekręt, każda polityczna afera operuje przyrostkiem –gate, jeśli jest tylko odrobinę wnikliwy, wie też, że to gate pochodzi od związanej z Nixonem afery podsłuchowej Watergate. A więc to jest wiedza powszechna. Richard Nixon, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1969-1974, to już na wieki symbol politycznej zbrodni i zasłużonego politycznego upadku.
Wiem jednak też o Nixonie parę innych rzeczy. Na przykład to, że swoją drugą kadencję wygrał z historyczną przewagą. W roku 1972, Nixon zdobył 60% głosów i zwyciężył w 49 stanach, praktycznie nie prowadząc kampanii wyborczej i nawet nie wykorzystując do końca funduszu wyborczego. Świadczyłoby to o tym, że jeszcze niecałe dwa lata przed tym, jak się stał wrogiem publicznym i najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych, Nixon był powszechnie lubiany. Na tyle przynajmniej powszechnie, że został prezydentem właściwie bez walki.
To, co napisałem powyżej, to fakty. Dziś, jednak, kiedy wspominamy Richarda Nixona, pojawiają się głównie nie fakty, ale plotki, mity i najbardziej niewiarogodne legendy. A wszystko to, w większości wypadków, opiera się na jednym, stałym założeniu – w historii światowej polityki nie było nigdy postaci tak odrażającej, jaką był Nixon. No, może z wyjątkiem Adolfa Hitlera i niektórych polityków Prawa i Sprawiedliwości. O co są do Nixona pretensje, pomijając oczywiście tę najbardziej znaną, a jednocześnie najbardziej nieprawdziwą, czyli że to on kazał podsłuchiwać Demokratów? O to, że był człowiekiem niesympatycznym, fizycznie odstręczającym, chorym z nienawiści, głupim i genetycznie nieuczciwym. No i jeszcze jedno – że był najgorszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. Gorszym nawet od młodego Busha.
Muszę powtórzyć to co powiedziałem na początku. Nie jestem ekspertem ani w kwestii Richarda Nixona, ani tez w kwestii w ogóle prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zakładam więc, że są pewnie gdzieś jakieś fakty, o których nie mam pojęcia i które mogą świadczyć na niekorzyść Nixona, podobnie zresztą, jak fakty, które mogą świadczyć na jego korzyść. Jeśli jednak mam liczyć na swoją intuicję, doświadczenie i najbardziej podstawową inteligencję, nie mogę przestać pamiętać o tym, że przed Nixonem było mnóstwo prezydentów, a po Nixonie też nie mała ich grupka i że jest niezwykle mało prawdopodobne, żeby akurat tylko jeden z nich – własnie Nixon – okazał się tak wyjątkowo na tle całej reszty podły, zły i nieuczciwy, że trzeba go było wpisać na listę zasłużonych. To jest po prostu niemożliwe.
Nixon kłamał? Nixon kazał zakładać podsłuchy? Nixon prowadził brudną kampanię? Nixon niszczył swoich przeciwników? Nixon był bezwzględnym politycznym graczem? Tak? Rozumiem oczywiście, że na tym polu i Kennedy z jednego końca i Obama z drugiego, z Clintonem pośrodku, to dobrzy, serdeczni ludzie? Bardzo przepraszam, ale to zdaję się nie Nixon został zamordowany przez Bóg jeden wie kogo i to nie za prezydentury Nixona zmarła Marlin Monroe. Czy ja coś może mam do Kennedyego? Ależ skąd? Ani więcej, ani mniej, niż do wszystkich innych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Poza tym, mówiłem już – ja się na nich za bardzo nie znam. Nie na tyle jednak jestem ciemny, żeby wierzyć w to, że Barak Obama wyzwoli Afrykę post-kolonialnego nieszczęścia, a swoją ukochaną Kenię wprowadzi do wielkiej światowej rodziny krajów bogatych i prosperujących. Nie na tyle, żeby sobie wyobrażać, że prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje się od tak sobie. Bo dobrzy ludzie tak zapragnęli.
Może więc i jest tak, że Nixon w niczym nie był lepszy od swoich poprzedników i następców? Informacja jednak jest inna. Nixon był od nich gorszy. Przyjrzyjmy się więc Nixonowi bliżej. Wiemy już, że historia go nienawidzi i wiemy, że nie zawsze tak było. Co wiemy jeszcze? Miałem okazję obejrzeć ostatnio bardzo dyskutowany film Frost/Nixon. W mojej opinii, jest to film wybitny, a fakt, że został nominowany do tegorocznych Nagród Akademii, może świadczyć o tym, że nie jest to z mojej strony jakieś dziwactwo. Film zrobiony jest w formie quasi-dokumentu i – o ile mi wiadomo – jeśli ktoś chce zweryfikować obraz filmowy, może sobie nawet kupić całość słynnego wywiadu na DVD, albo poczytać historyczne teksty. Z filmu Nixon/Frost wynika więc, że Richard Nixon był człowiekiem, a nie demonem. Dodatkowo był człowiekiem, który potrafił być osobiście bardzo ujmujący, dowcipny i zadziwiająco inteligentny. Na filmie widać to nawet z zamkniętymi oczami.
Ale film pokazuje też drugą stronę tej historii. Pokazuje nienawiść do Nixona, która jest tak histeryczna, tak nieprzytomna i tak potężna, że każdy w miarę rozsądny człowiek musi się spytać, o co tu chodzi. Dlaczego jest tak, że wybitny, międzynarodowo rozpoznawany dziennikarz planuje przeprowadzić cykl telewizyjnych rozmów z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych i, realizując ten plan, spotyka się wyłącznie z wściekłością elit, które mają tylko dwa marzenia – zobaczyć Nixona w więzieniu i później już nie widzieć go nigdy więcej? Dlaczego Frost, najprawdopodobniej nastawiony na jeden tylko – pomijając kwestie finansowe – cel, mianowicie ostateczne skompromitowanie Nixona, pokazanie światu jego podłości i w efekcie wzięcie na siebie całego tryumfu nowoczesnego świata, musi aż ryzykować własnymi pieniędzmi, bo nie ma jednego, gotowego do współpracy, medialnego, czy politycznego ośrodka, który by się sam tego ryzyka po prostu nie bał?
A ryzyko było oczywiste. Przez cały niemal czas, kiedy ekipa Frosta kręci ten wywiad, to Nixon jest jego bezdyskusyjnym zwycięzcą. Jest od Frosta i bardziej dowcipny i błyskotliwy i o wiele inteligentniejszy i zdecydowanie bardziej przebiegły. A przede wszystkim – i film to pokazuje bardzo przejrzyście – jest daleko bardziej człowiekiem z zasadami. Prawie cały ten czas, to, z jednej strony zarówno w politycznym, jak i czysto ludzkim wymiarze, festiwal Nixona i dopiero ten ostatni wieczór i ostatni dzień, ni stąd ni z owąd, przynosi kompletną zmianę sytuacji. Tyle tylko, że i tak już nigdy nie będziemy wiedzieli, czy to ostateczne przyznanie się Nixona do kłamstwa jest efektem wybitnych dziennikarskich talentów Frosta, czy może i tu wszystkie nici trzymał sam były prezydent.
Tak czy inaczej, to tylko film. A więc zawsze jakaś tam fikcja. Oczywiście, możemy wszystko po kolei sprawdzać, by w efekcie zobaczyć i Nixona i jego wrogów takich jakimi byli naprawdę. Ale i tak, to wciąż tylko film, więc nie zdziwię się jeśli ktoś mnie tu wyśmieje i powe mi, żebym się nie wygłupiał. Są jednak rzeczy, o których już wspomniałem i które nie są ani moją, ani niczyją opinią. Według najbardziej obiektywnych standardów, był okres w politycznym życiu Richarda Nixona, kiedy on pod każdym względem był postacią wybitną. I to nie tylko na początku lat 70-tych.
Są też i inne fakty i inne znaki, pokazujące, że sprawa Nixona nie jest w najmniejszym stopniu jednoznaczna. Wiadomo, że Nixon był przez najbardziej wpływowe elity znienawidzony w sposób bezprecedensowy. Dziś już też wiadomo, że Bob Woodward nie był bohaterem. Nie był też nawet takim tam sobie średnio wybitnym dziennikarzem śledczym Washington Post, który dzięki swoim talentom i dociekliwości ukazał całe okropieństwa wielkiego politycznego oszustwa. Dziś już wiadomo, że to Mark Felt, zastępca dyrektora FBI, który nienawidził Nixona za to, że ten uniemożliwił mu awans na szefa Biura po odejściu Hoovera, przyniósł Woodwardowi – swojemu dobremu znajomemu – wszystko na tacy i ten był tylko pionkiem w grze osobistych ambicji, prywatnych niechęci i wielkich kulturowych i cywilizacyjnych interesów.
W swoim słynnym wywiadzie, jaki przeprowadził w roku 1980 z Nixonem Bob Greene, dziennikarz Chicago Tribune, Nixon opowiada o swoim życiu, swoich poglądach, o swoim upadku i o tym w co zawsze wierzył. Oczywiście, zawsze – podobnie jak w przypadku filmu – można powiedziec, że to bzdury, bo to mówi Nixon, a to co on gada jest bez znaczenia. Pomijając fakt, że najczęściej z takimi argumentami wychodzą ci, którzy wszystkie swoje poglądy opierają wyłącznie na tym, ze ktoś im coś powiedział, albo gdzieś coś usłyszeli, zgoda. To tylko gada Nixon. Warto i tak jednak posłuchać choć fragmentów.
Greene pyta Nixona, jak się czuję przechodząc do historii, jako „sztywny, zimny, pozbawiony uczuć człowiek”, na co ten odpowiada: „Dlaczego w ten sposób nie mówi się o innych prezydentach? Uważano, że Truman to taki swój chłop. Proszę mi wierzyć, on nigdy do siebie nie dopuszczał nikogo, poza bliskimi przyjaciółmi. Ani Eisenhower z tym swoim słynnym uśmiechem – nigdy nie pozwalał sobie na jakąkolwiek poufałość. Podobnie Kennedy. Mimo tej całej swojej reputacji, tego blasku i w ogóle, był zawsze bardzo wyniosły. Może jedynie Johnson… on tak. On lubił osobisty kontakt. Ja byłem bardziej jak Kennedy […] Jednak prezydent nie może być kimś z tłumu. Musi zachowywać pewien szacunek. Ludzie pewnie nawet nie chcą, żeby on przychodził do nich i mówił: ‘Patrzcie, jestem taki jak wy’”
W innym miejscu, kiedy Greene przyznaje, że w młodości zawsze obracał się wśród ludzi, którzy nie znosili nawet dźwięku samego jego nazwiska, Nixon przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tamtych nastrojów, i wspomina, kiedy krótko po tym jak został prezydentem, przemawiał w Wirginii, gdzie miał zapowiedzieć wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu. „I wtedy pewna bardzo ładna dziewczyna, może szesnasto, czy siedemnastoletnia, podeszła do mnie, splunęła mi prosto w twarz i powiedziała - ‘Ty bandyto’. Wziąłem chusteczkę od agenta ochrony i wytarłem twarz. To było okropne.”
Wreszcie trzeci fragment, kiedy Greene sugeruje, ze może gdyby Nixon pokazał się ludziom, jako człowiek bardziej sympatyczny, bardziej swobodny, mniej oficjalny, ci by go zaakceptowali. Mówi Nixon: „U mnie to nie był problem stylu. Mogłem przecież zapraszać dziennikarzy na kolację. Mogłem organizować różne sympatyczne spotkania, a na drugi dzień liczyć na jakiś miły, ciepły tekst w gazecie. Jednak problemy, jakie mnie spotkały jeszcze przed rezygnacją, nie były w ogóle związane z brakiem tych kontaktów. To była kwestia mojej wiary i moich przekonań. Ich wiara i ich przekonania były kompletnie inne.”
Po co piszę ten tekst? Czy chodzi mi o to, żeby wszystkim błądzącym pokazać, że Nixon to był jednak świetny facet – mądry, zdolny i porządny. Może trochę tak. Jednak nie to jest moim zamiarem. Gdyby tak było, to pewnie bym bardziej pisał o tym, jakim to on był wspaniałym mówcą, jaki był wykształcony i oczytany, jak wspaniałą karierę zrobił od biednego dziecka z czasów Wielkiego Kryzysu do prezydenta wielkiego mocarstwa. Może bym wspomniał te jego opowieści o nocach w Białym Domu, kiedy chodził po tych wielkich pokojach i wchłaniał historię wielkiego narodu i o jego pięknych refleksjach na najbardziej zwykłe tematy. Jak ktoś chce, to niech sobie znajdzie ten tekst. Bob Greene Nixon on Nixon.
Chodzi mi o coś zupełnie innego. Ja chciałem zwrócić uwagę na historię pewnej manipulacji. Chciałem pokazać, co może osiągnąć grupa bardzo zaangażowanych, bardzo wpływowych osób, które mają cel zniszczyć czy to człowieka, czy to nawet pojedynczy projekt. Chciałem pokazać choć w bardzo byle jakim zarysie, jak to się robi. I jakie można osiągnąć efekty. Jak można, przy pomocy czystej zimnej nienawiści, zniszczyć niemal całą historię. I to nie na chwilę. Takie projekty nie dotykają jednego pokolenia. Przy tak wielkim zaangażowaniu w kłamstwo, ten brud pozostaje na wieki. Przypadek Nixona jest tu najlepszą tego ilustracją.
A co nas to obchodzi? Myślę, że nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby wiedzieć co mam na mysli. Na sam koniec, jeszcze sam początek rozmowy z Nixonem. Bob Greene idzie z Nixonem nowojorską ulicą i Nixon mówi: „Wczoraj szedłem do fryzjera i nagle na rogu zobaczyłem grupę młodych ludzi. Człowiek z ochrony zwrócił się do mnie; ‘Niech pan powącha. To trawa’ Marihuana. Proszę sobie wyobrazić, nigdy wcześniej tego nie czułem. Myślę, że jak o to idzie, jestem kompletnie tępy. Nie ten czas”.
Bo tak naprawdę, o to własnie chodzi. Że to nie ten czas. Można wybaczyć wiele, ale bez przesady. Niektórzy powinni naprawdę uważać.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...