Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 września 2021

Czy rój meteorytów potrafi zabić Tomasza Siemoniaka?

 

       Być może nie tylko ja zwróciłem uwagę na pewne nadzwyczaj ciekawe zjawisko w naszej polskiej polityce, gdyby jednak był tu ktoś, kto nie to przegapił, wyjaśniam, w czym rzecz. Krótko więc mówiąc, chodzi o to, że gdy poziom zidiocenia polityków opozycji i wspierających ich mediów oraz całej bandy wszelkiej maści celebrytów, sięgnie szczytu, wówczas ni stąd ni z owąd nadchodzi bardzo mocne wsparcie ze strony obozu rządzącego. Jednak i tu, gdy zaczynamy się obawiać, że tym razem przesadziliśmy i już wkrótce zaczniemy obserwować tragiczne efekty owego wybryku, ponownie odzywaja się przedstawciele opozycji i wszystko wraca do znanego nam już wcześniej status quo. Mówiąc o obozie rządowym, bardzo celowo o prawicowych mediach akurat nie wspominam, bo tam akurat niezmiennie urządują redaktorzy Sakiewicz i Karnowski z zespołem, a tak się składa, że na to co oni ogłaszają, pies z kulawą nogą nie raczy już od dawna zwracać uwagi. Jeśli więc po stronie włądzy dochodzi do jakichś bardziej istotnych nieszczęść, to tam z reguły głównym bohaterem jest któryś z posłów, czy ministrów.

      Gdy zatem po całej serii wystąpień najpierw posłów Jachiry i Starczewskiego, następnie przedłużającego się pajacowania Donalda Tuska, a wreszcie kolejnych wystąpień byłego ministra Siemioniaka, najpierw na Facebooku, a potem kolejno w telewizji TVN24 oraz „Gazecie Wyborczej”, ze stałą obecnością stowarzyszonych dziennikarzy, na konferencji prasowej ministrów Kamińskiego i Błaszczaka zaprezentowano zdjęcie jakiegoś Afgańczyka gwałcącego domową zwierzynę, by w ten sposób dowieść, że sytuacja na granicy polsko-białoruskiej jest poważna, a poseł Starczewski oraz jezuita Kramer nie mają racji wzywając do otwarcia granicy, pomyśłałem sobie, że owa krowa, czy – jak się potem okazało, koń – to jest gwódźdź do trumny Zjednoczonej Prawicy, okazało się natychmiast, że możemy jednak spać spokojnie.

       Proszę popatrzeć co się dzieje. Oto polskie służby stwierdzając, że wśród właśnie zatrzymanych podczas próby przekraczania granicy muzułmanów nie dość że znajdują się potencjalni terroryści, poczuły się zmuszone dodać – tak jak byśmy tego sami nie wiedzieli – że owi terroryści to dodatkowo jeszcze sodomici oraz pedofile, a żeby owo doniesienie – podkreśłmy, że potrzebne jak psu na budę – brzmiało bardziej wiarygodnie, publikują zdjęcie jakiegoś arabusa uprawiającego seks z krową, która ostatecznie okazała się klaczą. I ja oczywiście rozumiem, że granic trzeba strzec, a gdy na tych granicach pojawiają się potencjalni mordercy, to strzec ich szczególnie mocno. Rozumiem też, że skoro żyjemy tak niefortunnie w czasach bezwzględnie prowadzonej wojny propagandowej, dobrze jest tych terrorystów pokazać na dużym i kolorowym zdjęciu, jednak już numer z jakimś nieszczęśnikiem chędożącym konia, stanowi kompletną porażkę. Co ministrowie Kamiński i Błaszczak sobie wyobrażali, decydując się na to zagranie? Że opinia publiczna dozna szoku, widząc że te dzikusy wyznają zasadę: „Pies figura, byle dziura”? A może że PiS-owi przybędzie parę punktów procentowych, gdy wyborcy zobaczą, co muzułmanie zrobią z naszymi krowami, jeśli ich tu wpuścimy? Przecież to jest coś absolutnie najgłupszego.

       Powiem więc szczerze, że w pierwszej chwili, gdy dowiedziałem się o tej konferencji, a następnie zobaczyłem to głupie zdjęcie, pomyślałem sobie: „No to pięknie! Teraz nas załatwią na czysto”. Już widziałem jak Internet zaleje cała fala memów z ministrem Kamińskim i krową w roli głównej, oraz produkowanymi z godziny na godzinę komentarzami czołowych dziennikarzy Onetu, czy TVN-u, w których oni będą szydzić z Prawa i Sprawiedliwości, jako partii, która postanowiła przypieczętować swój sukces, epatując swój elektorat zwierzęcą pornografią, gdy nagle – po raz nie wiem już który – okazało się, że nie ma po stronie władzy takiego zidiocenia, którego by nie przebiło jeszczed większe bałwaństwo opozycji. Proszę sobie wyobrazić, że  w sytuacji gdy oni, wydawałoby się, mieli wszystko na dłoni, owa retorsja przybrała formę tłumaczenia nam, że to wcale nie jest takie pewne, czy to zdjęcie jest prawdziwe, że jeden zboczeniec nie świadczy o tym, że wszyscy pozostali też są zboczeni, czy że wreszcie że jak można tego typu szokujące sceny pokazywać ludziom w biały dzień. Mało tego. Nagle sam niesławny portal OKO.press głosem zaproszonego eksperta od zwierząt hodowlanych ujawnił, że po bliższym przyjrzeniu się, rzekoma krowa wcale nie jest krową, lecz klaczą, równie niesławna Magdalena Środa zasugerowała, że minister Kamiński owemu Afgańczykowi sprowadził pod nos ową klacz i zapłacił mu ciężkie pieniądze, by on łaskawie zapozował, a na sam już koniec, chyba najbardziej z nich wszystkich, „Tygodnik Powszechny” paluszkiem którejś z pracownic, której nazwiska szukać mi się nie chce, zwrócił nam uwagę na jak najbardziej historyczny fakt, że współżycie seksualne ze zwierzętami to nic takiego, bo na przykład polskie chłopstwo od lat słynie z tego, że gdy tylko zajdzie od tyłu swoje zwierzę, to nie może się powstrzymać. A na dowód tego zacytowała bardzo historyczny dokument, ujawniający że swego czasu ów proceder był tak powszechny, że pojawiła się propozycja by tradycyjnych pasterzy zastąpić pasterkami, które, jak to kobiety, zawsze gwarantowały moralny porządek.

         Nic nie zmyślam. Tak było. Gdy minister Kamiński wraz z ministrem Błaszczakiem uznali, że numer z krową, o której obaj jeszcze nie wiedzieli że jest koniem, to będzie hit, nawet nie spodziewali się, że już za chwilę portal OKO.press wynajmie eksperta, który im zwróci uwagę na fakt, że na zdjęciu widzimy ewidentną klacz. Mało tego – oni się nie spodziewali, że nie minie pół dnia, jak jeszcze ktoś inny powie im, by się od nich odczepić, bo w końcu zoofilia to zjawisko równie popularne jak picie kawy, czy słuchanie muzyki.

       Tymczasem jest tak, że o samym zdjęciu z krową, czy koniem – nie wiem, czy dziennikarze OKO.press wiedzą, ale to jest bez praktycznego znaczenia – nikt już nie mówi, i w ogóle owych pełzających w kierunku naszych granic morderców nikt nie wspomina, natomiast, owszem, wszyscy z nieustajacym rozbawieniem wracają do kwestii teściowej Donalda Tuska i tego, cóż  ta pani swojemu zięciowi, ciekawego powiedziała. A nie zapominajmy, że są jeszcze Monika Olejnik z Tomaszem Siemoniakiem, Zbigniew Hołdys z Manuelą Gretkowską i, last but not least, Michał Szczerba z Dariuszem Jońskim. No i byłbym zapomniał – Agnieszka Holland na przyczepkę. Bardzo przepraszam, ale to jest armia, której nawet rój meteorytów nie pokona.



      

       

      

 

sobota, 30 grudnia 2017

O wbijaniu klina potylicą

     Wczoraj na Facebooku znalazłem link, który skierował mnie do informacji, jakoby Kornel Morawiecki udzielił właśnie wypowiedzi na wydawałoby się dawno już zamknięty temat przyjmowania uchodźców, a wypowiedź owa jest na tyle szokująca, że może doprowadzić niemal do rewolucji w tym, co wszyscy przywykliśmy określać mianem Dobrej Zmiany. Komentujący sprawę portal wpolityce.pl wprowadza odpowiednie napięcie już samym tytułem: „Kłopoty Morawieckich – po słowach Kornela Mateusz ma problem, z którego ciężko będzie wyjść”, dalej następuje lead, który tylko atmosferę zagęszcza: „Czy polski rząd rozważa powrót do polityki PO Ewy Kopacz ws. imigrantów? Czy szykowana jest zmiana stanowiska w jednej z flagowych spraw obecnego obozu władzy? Wierzę, że nie. Ale na tę chwilę tylko na wierze można się oprzeć”, no a potem to już mamy tak zwaną jazdę bez trzymanki, w postaci takiej oto analizy:
      „Byłaby to zmiana o 180 stopni i to w sprawie, która była jedną z decydujących przy wyborach z 2015 roku. Zmiana niewytłumaczalna nie tylko dla kibicujących Zjednoczonej Prawicy, ale i zdecydowanej większości Polaków. I zmiana niewybaczalna. Szef rządu przy najbliższej okazji będzie musiał się z tymi pytaniami zmierzyć. I spróbować przeciąć spekulacje, które wywołał jego ojciec. Przeciąć w jedyny możliwy sposób – radykalnie odcinając się od opinii Morawieckiego seniora. Inne wyjście z tej sytuacji trudno sobie wyobrazić. Ale nawet po takim zdecydowanym ruchu ze strony premiera, raczej zanotuje wyjdzie on z tych tarapatów osłabiony. Pojawi się bowiem rysa na spójnym wizerunku obu Morawieckich w gardłowej dziś sprawie cywilizacyjnej. Opozycja na pewno wykorzysta słowa szefa Wolnych i Solidarnych, by wbijać klin między ojca a syna oraz pokazywać, że nawet tata szefa rządu podziela stanowisko Platformy”.
       Skoro zatem wszyscy już jesteśmy odpowiednio przerażeni i, co tu dużo ukrywać, zrozpaczeni perspektywą, jaką przed nami otworzyli autorzy wpolityce.pl, przyjrzyjmy się może bliżej temu, kto tak naprawdę trzyma wspomniany klin i kto wali tym młotkiem, a do tego, jak sądzę, wystarczy nam sięgnąć do oryginalnej wypowiedzi Kornela Morawieckiego. Proszę bardzo, oto kolejny cytat:

        „Te 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, na które zgodził się poprzedni rząd, nie powinno być problemem. Zaproponujmy im naszą kulturę. Powinniśmy z uchodźców czynić nas. Tylko powinniśmy przybyszom postawić wymagania, zmusić ich do wysiłku, sami podjąć działania, które ‘ich’ przerobią na ‘nas’”.
        Jeśli można zapytać, gdzie tu jest wspomniane nieszczęście? Chodzi o sugestię, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj to nie problem? Tak? Morawiecki powiedział, że 7 tysięcy na 40 milionów to nie problem, tymczasem to jest problem? Z 7 tysiącami uchodźców zmuszonych do tego, by przyjęli naszą kulturę, przestali być „nimi”, a stali się „nami” 40-milionowy kraj sobie nie poradzi? Przepraszam bardzo, ale czy ktoś tu może oszalał, czy może chodzi jednak o metodę? Przecież kiedy politycy Platformy Obywatelskiej używali argumentu, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, to faktycznie nic nie znaczący drobiazg, doskonale wiedzieli, co robią. Rzecz jednak w tym, że my do ich kłamstw jesteśmy przyzwyczajeni i słysząc je możemy co najwyżej wzruszać ramionami, natomiast sytuacja, w której tak wpływowe medium jak wpolityce.pl zaczyna bić na alarm, kiedy nie dzieje się absolutnie nic, budzi, we mnie przynajmniej, jak najgorsze podejrzenia. I kiedy to oni właśnie wbijają ów klin między Mateusza Morawieckiego i jego ojca, jednocześnie drąc mordy, że to nie oni, lecz poseł Szczerba, to ja nie mam już dla nich żadnej litości.
      Jest jednak coś, co stanowi dla tej bandy durniów pewną szansę, a mianowicie to, że to w gruncie rzeczy nie są źli ludzie, lecz zwykli durnie właśnie. Jak powszechnie wiadomo, portal polityka.pl, to przede wszystkim tygodnik „W Sieci”, a ów tytuł oryginalnie miał sugerować, że oto przed nami pierwsze ogólnopolskie medium propagujące internetową wolność i to, co w nim najbardziej wartościowe, czyli niezależną myśl. Oczywiście, już chwilę później pojawiły się pieniądze, a wraz z pieniędzmi ze wspomnianej Sieci został tylko ten, swoją drogą, dziś już akurat kompletnie bezsensowny, tytuł. Ale, jak się okazuje, nie tylko to, bo wraz z nim, również wszystko to co w Internecie najgorsze, a mianowicie niewzruszone prawo do bycia idiotą. 
       Nasz drogi kumpel Lemming ma taki zwyczaj, by nazwę wpolityce.pl niezmiennie zastępować szyderczą frazą wpotylice.pl. Ciekawe, czy to jest tylko to, czy może aż to.  


Dziś już pewnie nie ma większego sensu, by się rzucać na nasze książki, ale już za dwa dni kolejny rok, a oferta przed nami wciąż szersza i nie mniej atrakcyjna. Serdecznie zachęcam: www.basnjakniedzwiedz.pl.




sobota, 9 września 2017

O najświeższej ofercie dla ciemnego ludu

Dziś proponuję, byśmy rzucili okiem na najnowszy numer „Warszawskiej Gazety” i poczytali sobie mój cotygodniowy felieton. Temat nie jest szczególnie świeży, niemniej jednak, mam nadzieję, że uda mi się niektórych z nas odpowiednio zainspirować. Przy okazji zamykam ogłoszoną parę dni temu zbórkę i jednoczesnie pragnę z całego serca podziękować wszystkim tym, którzy zechcieli zareagować na mój apel o i skutecznie pomogli nam się wygrzebać z nieoczekiwanych kłopotów. Jesteście niezastąpieni. Mam nadzieję, że przez kolejnych kilka lat znów będę mógł tu wrzucać te teksty, tak jak dotychczas, nie zawracając Wam głowy swoimi problemami


      Jak się dowiadujemy, włoska policja, wspólnie z wysłanymi przez ministra Błaszczaka do włoskiego Rimini policjantami polskimi, ujęli czterech Murzynów, którzy parę tygodni temu, zbiorowo i bardzo brutalnie zgwałcili polską turystkę. Powiem uczciwie, że z jednej strony owa informacja mnie ucieszyła, bo osobiście uważam, że wszelkich gwałcicieli należy skutecznie wyłapywać i najbardziej surowo karać, jednocześnie jednak nie mogę się opędzić od kilku wątpliwości, które w związku z owym nieszczęściem mnie prześladują.
      Przede wszystkim, od dnia, kiedy informacja o ataku się pojawiła, zachodzę w głowę, o co chodzi z nieustannym podkreślaniem, że ów gwałt był „wyjątkowo brutalny”. Co to bowiem ma znaczyć, że któryś ze zbiorowych gwałtów był brutalny „wyjątkowo”? W moim pojęciu, jeśli czterech bydlaków, jeden po drugim, gwałci bezbronną dziewczynę, to nie ma takiego sposobu, by ów gwałt był bardziej brutalny, niż każdy inny tego typu, o ile oczywiście nie chodzi o to, że ich autorów z jakiegoś powodu traktujemy również „wyjątkowo”.
      Niedawno media informowały o śmierci dziewczyny, która gdzieś w Łodzi czy w Warszawie przez kilka dni była zbiorowo gwałcona przez jakąś lokalną dzicz. Przepraszam bardzo, ale w tym całym Rimini, poszło bardziej na ostro, czy mniej? A może nam nie wypada zadawać takich pytań, gdy wszystko jest czarne na białym?
      A zatem, to jest mój pierwszy problem. Drugi, związany bezpośrednio z poprzednim, dotyczy apelu polskich władz, by tych Murzynów wydać Polsce, bo tylko Polska jest ich w stanie sprawiedliwie osądzić, co – wnioskując z wcześniejszej wypowiedzi ministra Patryka Jakiego – oznacza najpierw tortury, a potem szubienicę. Ogłądałem dziś Wiadomości TVP i tam zostało powiedziane jednoznacznie, że na to, by ci Afrykanie dostali to na co zasługują, tam na miejscu nie ma szans, a zatem po sprawiedliwość należy się udać do Polski. Słucham tego, kiwam z aprobatą głową, jednocześnie bardzo czekam nawet nie na wyrok w sprawie wspomnianych wyżej łódzkich sadystów, ale zastanawiam się, co słychać choćby u niejakiego Trynkiewicza i jego zupełnie świeżej ukochanej.
      No i wreszcie kwestia trzecia, bardzo już ogólna. Włoskie władze ogłosiły z dumą, że sprawcy owej okrutnej zbrodni zostali pojmani i teraz już tylko czekają na sprawiedliwy proces. Wiemy też, że do zatrzymania doszło dzieki temu, że ojciec dwóch z nich – swoją drogą bardzo młodych chłopców – poruszony całą sprawą kazał im się zgłosić na policję i wydać tego najgorszego. Otóż ja doskonale wiem, ilu dziś w Europie jest wlóczących się bez celu Afrykanów, których można wykorzystać do pewnych bardzo doraźnych działań, nawet jeśli trzeba ich będzie oskarżyć o probę wysadzenia w powietrze budynku Parlamentu Europejskiego. Bo niby, czemu nie?
      Apeluję więc do tych z nas, którzy zachowali jeszcze minimalną czujność, nie dajmy się wodzić za nos ludziom złym i występnym. I wcale nie mam tu na myśli imigrantów z Konga.

Jak zawsze zachęcam do kupowania naszych książek. Wszystkie sę dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

   

niedziela, 27 września 2015

Gdy przyszli Marsjanie i chcą się przytulić

Nie będę ukrywał, że niezbyt się dobrze czuję w sytuacji, gdy przychodzi mi komentować, i to w dodatku po raz kolejny, sprawę tak zwanych „uchodźców”, jednak obłęd, którego niemal każdego dnia jesteśmy wszyscy świadkami, nie pozwala mi się tak naprawdę zająć czymkolwiek innym. Dlaczego tak mi źle z tym tematem? Przede wszystkim, ja nie bardzo lubię sytuację, kiedy ten blog staje się zbyt mainstreamowy, a trzeba przyznać, że w ostatnich dniach o uchodźcach już rozmawiają nawet dzieci na przerwach w szkole, a gdzieniegdzie nawet przy śniadaniu w przedszkolach. Komu więc potrzebny jestem jeszcze ja? Drugi powód jest może jeszcze bardziej istotny, a chodzi mianowicie o to, że jeśli się wsłuchać we wszystko to, co zostało na ten temat powiedziane, nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek jeszcze ukrył się jakiś oryginalny argument. Pisałem parę razy o tych Erytrejczykach w Szwajcarii, bo miałem wrażenie, że o zagrożeniu, jakie owa historia opisała akurat u nas pies z kulawą noga nie wspomniał… no ale poza tym, cóż można powiedzieć więcej?
I oto nagle doszła do mnie informacja, że Kinga Dunin – gdyby ktoś nie pamiętał, to ta pani, której przez pewien czas usługi seksualne świadczył wybitny polski pisarz Ignacy Karpowicz, za co ona finansowo wspierała jego twórczy komfort – w felietonie zamieszczonym na łamach „Krytyki Politycznej”, zachęcając polskie kobiety do poślubiania syryjskich uchodźców, napisała co następuje:
„Martwimy się o asymilację? Nie ma lepszego sposobu na asymilację niż małżeństwo, jak wiadomo. Miłość jest w stanie pokonać wszelkie kulturowe przeszkody. Przy okazji może niektórzy zmienią schaboszczaka z kapustą na coś zdrowszego. A piękne i liczne dzieci (polskim mężczyznom, jak widać po wskaźnikach, płodzenie słabo wychodzi) staną się wspaniałymi polskimi obywatelami. Mężczyźni zaś będą mieli motywację – żona, dzieci – do wytężonej pracy”.
Ktoś powie, że Dunin to idiotka, w dodatku idiotka wzgardzona przez jakiegoś taniego pederastę, a więc powinno się ją traktować adekwatnie do jej zasług, i ja oczywiście jestem gotów ową argumentację zrozumieć. Rzecz jednak w tym, że już niezależnie zupełnie od tego, co owa Dunin ma w głowie, ona ze swoimi opiniami tworzy część pewnego szczególnego propagandowego frontu, który ostatnio się bardzo uaktywnił i robi wrażenie, jakby miał na celu zorganizowanie nam tu w Polsce takiego piekła, że się z niego nie wyrwiemy przez długie lata. A wszystko z powodu wspomnianego idiotyzmu właśnie.
Co mam na myśli? Otóż u granic Europy stoją już w tej chwili miliony ludzi – w sposób oczywisty i jednoznaczny, kulturowo i cywilizacyjnie nam obcych – w oczekiwaniu na to aż my wreszcie pozwolimy im tu wjechać i zmienić nasze życie na zawsze, a wielu z nas w jakimś nieprawdopodobnym zaślepieniu zaczyna głosić nauki o rzekomej uniwersalnej solidarności i powszechnej miłości, z taką intensywnością, że już tylko można się dziwić, że w naszych galeriach handlowych od rana do wieczora nie jest grany wielki przebój Johna Lennona „Imagine”. I, owszem, trzeba przyznać, że głos Kingi Dunin brzmi tu szczególnie donośnie, co jednak nie zmienia faktu, że ten obłęd zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Przecież nie oszukujmy się, czym jest wczorajsze wystąpienie premier Kopacz na temat miłości i nienawiści, jak w gruncie rzeczy powtórzeniem tego, co nam próbowała powiedzieć Kinga Dunin?
W tej sytuacji, chciałbym bardzo powrócić tu do słynnego filmu Tima Burtona „Marsjanie atakują”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, sytuacja jest taka, że na wiadomość o tym, że lada dzień na Ziemi mają wylądować Marsjanie, wszyscy – dosłownie wszyscy – reagują histerią, którą można porównać już tylko do tego, z czym mamy do czynienia dziś, a co starałem się opisać powyżej. No i w momencie, gdy oni wszyscy w niemal religijnym uniesieniu czekają na tych Marsjan, aż oni przybędą i poszerzą nasze pole wolności, ci lądują, wyciągają swoją fikuśną broń i w sposób najbardziej okrutny niszczą wszystko, co im wejdzie w drogę. Bez dyskusji, bez sentymentów i co ciekawsze, bez śladu zrozumienia sytuacji. Owi Marsjanie to przede wszystkim całkowicie inny wymiar w tym sensie, że gdy my po naszej, ziemskiej stronie mamy cały wachlarz wrażliwości, poczynając od ludzi podłych, głupich i złych, po jedynie dramatycznie naiwnych, tam jest świat, który pod względem moralnym można oceniać mniej więcej tak deskę w przydrożnym płocie.
No i tu Kinga Dunin proponuje, by nasze dziewczyny wychodziły za mąż z tych muzułmanów, bo oni przynajmniej są prawdziwymi mężczyznami. A premier Kopacz wzywa do powszechnej miłości i tolerancji. W tej sytuacji ja mam do opowiedzenia pewną historię. Oto w sklepie w sąsiedztwie pracuje pewna zaledwie 19-letnia, moim zdaniem bardzo ładna i rezolutna dziewczyna. I oto opowiedziała mi ona właśnie, że parę dni temu w sklepie pojawił się pewien bardzo przystojny mężczyzna o śniadej urodzie, powiedział, że jest z Jordanii i zaczął ją namawiać do tego, by się z nim romantycznie związała. Mówił jej, że ona jest najpiękniejsza na świecie, że on ją kocha, że nie może przez nią spać, że jest gotów dać jej nawet tysiąc, a nawet dwa tysiące złotych, by ona z nim poszła na kolację. Ona odmawiała, on wracał na drugo dzień, gonił ja po całym sklepie, prosił by pozwoliła się chociaż pocałować, ostatecznie jednak, widząc, że ona jednak ma swój honor, po kilku dniach zniknął. Opowiedziałem tę historię córce, a ona mi na to, że ona to wszystko zna, bo raz że ma parę koleżanek, które miały tego typu przygody, a dwa że i one mają swoje znajome i z tych wspólnych opowieści wynika, że owi muzułmanie właśnie tacy są; oni krążą po okolicy i próbują wyciągać co się wyciągnąć da. Zgodnie ze znaną nam skądinąd muzułmańską zasadą, że Allah wprawdzie zabronił kłamać, ale zrobił jeden wyjątek, gdy idzie o kobiety. Moje dziecko, jak twierdzi, osobiście zna jedną dziewczynę, która poznała jednego z nich w czerwcu, a dziś są już po ślubie.
W tej więc sytuacji ja już mam tylko dwie rzeczy do powiedzenia. Oto nasz ulubiony artysta Morrissey w swoim czasie zaśpiewał piosenkę – nie, nie o Arabach – której fragment brzmiał następująco:

On nie chce cię zasmucić.
O nie, on ci tylko chce zaimponować.
Chce tylko opanować twoją kulturę
I zaprzyjaźnić się z tobą na zawsze.
Bengali, Bengali,
Zapomnij o swoich zachodnich planach
I zrozum, że życie z tobą jest wystarczająco
trudne.
Ta srebrna obwódka na twoich butach,
Ta gwiazda na kostce, która tak oślepia,
Ten tak wysoki żółty obcas
Przypomina mi, bym ci powiedział
Łagodnie
‘Zapomnij o swoich planach.”
Życie z tobą jest wystarczająco trudne…


No a już na sam koniec, fragment filmu „Marsjanie atakują”. Bardzo znaczący. Życzę wszystkim dobrej zabawy.





Przypominam, że wszystkie książki są do nabycia w księgarni na stonie www.coryllus.pl






piątek, 25 września 2015

Czy Erytrejczycy wiedzą, do czego służy nóż?

Ponieważ muszę bardzo intensywnie robić korektę najnowszej książki, z którą bardzo byśmy chcieli zdążyć na październikowe targi w Krakowie, nie mam wręcz fizycznie możliwości, by napisać coś nowego. Ponieważ jednak wszyscy w ten czy inny sposób żyjemy sprawą emigrantów, znów nieco wcześniej proponuję najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a przy okazji coś, czego wydawałoby się nie trzeba powtarzać, gdy nagle okazuje się, że jak najbardziej. I to nie raz, nie dwa.

Pisałem już o tym swego czasu na blogu, ale i nie tylko, jednak w związku z bardzo świeżą decyzja polskiego rządu, by posłusznie wykonać wszystkie polecenia kanclerz Merkel i jej przedstawicieli w Brukseli i wpuścić do Polski całe to nieszczęście funkcjonujące pod nazwą „uchodźców”, wydaje mi się czymś bardzo koniecznym, by sprawę przypomnieć.
Otóż parę lat temu w internetowym wydaniu telewizji TVN24 ukazała się, ilustrowana ślicznym zdjęciem, niemal jak z przewodnika turystycznego, informacja zatytułowana „Rodzina imigrantów rozsadza budżet szwajcarskiej wioski”. Poniżej natomiast poleciała już goła historia. Oto trzy lata temu do owej wioski o nazwie Hagenbuch, zamieszkałej przez nieco ponad tysiąc mieszkańców, z lokalnym budżetem 150 tys. euro przybyła z Erytrei w Afryce dziewięcioosobowa rodzina, a ponieważ ona od początku nie była w stanie utrzymać się przy życiu, natychmiast została otoczona opieką gminy. Na pierwszy gwizdek poszło darmowe mieszkanie z tysiącem euro czynszu plus 2,1 euro na utrzymanie. Po pewnym czasie, kiedy okazało się, że rodzice nie są w stanie zajmować się siódemką dzieci, troje czy czworo z tych dzieci zostało umieszczonych w sierocińcu, generując dodatkowe koszta opieki nad tymi pasożytami do wysokości 30 tys. euro miesięcznie, natomiast z myślą o tych, co zostali w domu, wydatki podniesiono do 16,5 tys. euro. Efekt więc był taki, że na utrzymanie owej rodziny miesięcznie trzeba było wydać 50 tys. euro, co stanowiło jedną trzecią całego budżetu i co oczywiście zagroziło bankructwem gminy. W tej sytuacji, władze rozważają podwyższenie podatków.
I o tym właśnie był ów artykuł w tvn24.pl. Że przez tych dziewięcioro dzikusów trzeba będzie podwyższyć podatki, kto wie, czy nawet nie o 5%.
Ja wprawdzie, co pewnie większość z nas zauważyła, użyłem w powyższej relacji słowa „pasożyty”, które w tekście tvn24, choćby z uwagi na tak zwaną polityczną poprawność, oczywiście nie pada, jednak zrobiłem to bardzo celowo. Otóż nie mam najmniejszej wątpliwości, że taki właśnie był jedyny cel, dla którego redaktorzy portalu postanowili nas uraczyć tą absurdalną opowieścią. Chodziło wyłącznie o to, byśmy sobie wszyscy w jednej chwili pomyśleli, że jaki to straszny jest ów „socjał”, który spokojnych, porządnych i uczciwie pracujących obywateli zmusza do dzielenia się swoimi pieniędzmi z bandą jakichś nie wiadomo skąd wziętych pasożytów. Proszę sobie wyobrazić, że w wiadomości portalu nie pada nawet słowo „Afryka”; tam jest tylko ta jakaś „Erytrea” i ta dziewiątka jakichś brudasów, pewnie Cyganów.
Od dnia jednak owej publikacji minęło nieco czasu i dziś już wszyscy świetnie wiemy, że ów „socjał” to nic szczególnie szokującego, by nie powiedzieć złego. I naprawdę nie ma się czemu dziwić. W końcu co nam szkodzi pomóc z naszych podatków paru biedakom, kiedy już za rogiem czają się następni? A ci już z całą pewnością nie czekają aż im damy jakiś zasiłek.

Przypominam wszystkim, że mam jeszcze u siebie kilka ostatnich egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”, czyli pierwszego zbioru moich felietonów. Gdyby ktoś był zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Jeszcze chwila i po nich zostanie już tylko jeden pamiątkowy egzemplarz.

poniedziałek, 14 września 2015

Über alles?

A zatem stało się to co się musiało stać. Niemcy, mianowicie, zamknęli swoje granice. Wbrew prawu unijnemu, wbrew europejskim traktatom, wbrew europejskiej konstytucji. Jak gdyby nigdy nic. Bez choćby śladu pozorów. A ja sobie myślę, że jednoznaczna i bezdyskusyjna korzyść z tego dla nas jest taka, że może niektórzy z nas przynajmniej zorientują się, na czym polega system, który powszechnie nazywamy Unią Europejską. Otóż układ jest taki, że rządzą Niemcy i to co Niemcy zadecydują, obowiązuje resztę towarzystwa. Niemcy postanowili, że w ramach solidarności ogólnoeuropejskiej, wszyscy otwieramy granice, a kto będzie marudził zostanie do tego zmuszony siłą (Schultz), a na to oczywiście polski rząd grzecznie położył uszy po sobie i zadeklarował pełne posłuszeństwo. Dziś Niemcy, uznawszy, że ich wyliczenia okazały się błędne – lub może globalna polityka zmieniła kierunek – granice zamykają, a my zostajemy z tym smutnym oświadczeniem polskiego Episkopatu, że Caritas w pełnej gotowości czeka na decyzje polskich władz.
Rzecz w tym, że nie ma czegoś takiego jak polska władza. Mamy wyłącznie bandę tanich cwaniaków, którzy nie są w stanie wykonać jednego kroku bez odpowiednich instrukcji z zewnątrz. Pozostaje nam więc już tylko zawołać: Niech żyją Węgrzy, niech żyją Czesi, niech żyją Rumuni, niech żyją Słowacy, niech żyje Polska!

Książki, jak zawsze, są do nabycia w księgarni na stromnie www.coryllus.pl.

piątek, 11 września 2015

Islam napada, a ci jak zawsze na posterunku

Dziś znów jednocześnie, w „Warszawskiej Gazecie” i tutaj, refleksja na temat uchodźców, Marsjan i naszej naiwności.

Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wiedzą, o kim mowa – choć o to ich nie podejrzewam – trzeba nam jednak wiedzieć, że Wojciech Sadurski to przede wszystkim – jak wszyscy oni – tak zwane „resortowe dziecko”, ale również poważny autorytet wypowiadający się niekiedy na bieżące tematy w różnego rodzaju telewizjach. Kiedy piszę „od czasu do czasu” wiem co robię, bo bardzo mi zależy, by nikt nie pomyślał, że Sadurski to postać o pozycji zbliżonej choćby do Janusza Palikota, czy Andrzeja Halickiego. On, owszem, bywa gwiazdą, jednak nie powinniśmy zapominać o proporcjach. Sadurski to przede wszystkim jakiś Sadurski i na tym koniec.
I oto nagle ów Sadurski nagle jakimś cudem pojawia się w przestrzeni publicznej i oświadcza, co następuje:
„Małe, złośliwe państewko – przesiąknięte kompleksami i poczuciem żalu do całego świata (Trianon); tonące w toksycznej atmosferze połączenia smuty z agresywnością wobec słabych. Tłusta, niezdrowa kuchnia, marne wina, przereklamowana stolica z wdziękiem zapyziałych lat 1970-tych, marna muzyka[…]. Jako peryferium europejskiego imperium, biedniejszy kuzyn Wiednia i Pragi. Jako państwo Unii Europejskiej – powód do wstydu i zażenowania”.
Ktoś kto nie zna sprawy, może sobie pomyśleć, że Sadurski wypowiedział się na temat jakiegoś fikcyjnego państwa, w którym postanowił umieścić akcję swojej powieści i dziś na życzenie mediów dzieli się swoimi refleksjami. Tymczasem nic z tego. Sadurski – a za nim praktycznie wszystkie ogólnopolskie media – przekazują wiadomość, że Węgry to pod każdym praktycznie względem syf i dziadostwo.
I w tym momencie pojawiają się dwie kwestie. Pierwsza z nich dotyczy tego, skąd się wzięły owe emocje, a odpowiedz jest oczywista. One wzięły się stąd, że w reakcji na dziś absolutnie zagadkowy nagły napływ do Europy fali uchodźców z Północnej Afryki, premier Węgier Viktor Orban ogłosił, że owi uchodźcy stanowią problem przede wszystkim dla Niemiec, a nie Węgier, Polski, Czech, czy Estonii, i tym sposobem popełnił grzech największy, a więc grzech niezależności. Druga jest znacznie ciekawsza. Otóż wygląda na to, że dla drobnych wyrobników, takich jak Sadurski – ale również całej kupy lepiej od niego znanych nam polityków i komentatorów – kwestia owego szczególnego exodusu stała się okazją do wyjątkowo tandetnego lansu. To bowiem, co oni wszyscy robią, przypomina jako żywo sceny z popularnego filmu „Mars atakuje”, gdzie na wiadomość, że Ziemia została zaatakowana przez Obcych, zaczynają się aktywizować najróżniejszego rodzaju grupy głoszące intergalaktyczną przyjaźń i solidarność, a wszystko po to, by w efekcie owi Obcy, kiedy nadejdzie ten moment wzięli się w pierwszej kolejności za nich i ich zwyczajnie wymordowali.
Europa została zaatakowana przez Islam, a w reakcji na to ci co z jednej strony zawsze byli idiotami, a z drugiej mieli ów przywilej, by sprawować władzę, prowadzą swoją, jakże wyrafinowaną, politykę. A ja w tej chwili mam już tylko jedno życzenie. Niech im oni poobcinają łby.

Już wkrótce ukaże się moja kolejna książka, tym razem o tym, co słychać na dziewiątym kręgu, do tego czasu serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania tego, czego jeszcze jakimś cudem nie mamy.

piątek, 4 września 2015

Janina Ochojska przyjmuje Murzynów po 10 patyków od sztuki

Nie wiem, czy to był jakiś przypadek, czy nagle stanie się to powszechnym zwyczajem, ale podczas dzisiejszej wyprawy po ziemniaki aż dwa razy zostałem zaczepiony przez jakieś dzieci z mikrofonami którejś z katowickich stacji radiowych, które chciały ode mnie usłyszeć, co sądzę najpierw o niedzielnym referendum, a następnie poznać moją opinię na temat przyjmowania uchodźców za Afryki. Obojgu udzieliłem na jedno i drugie pytanie wyczerpującej wypowiedzi, ponieważ jednak kwestia uchodźców, a bardziej ogólnie, świadczenia tak zwanych „zorganizowanych usług dobroczynnych” wciąż mi chodzi po głowie i czuję, że nie da się jej załatwić paroma zdaniami prostego komentarza, chciałbym dziś przypomnieć pewną historię, o której już jakiś czas temu miałem okazję pisać tu na blogu.
Żeby jednak odpowiednio wejść w temat, pragnę poinformować, że dziś właśnie media podały, że wybitna polska działaczka na rzecz wspomnianego czynienia dobra, Janina Ochojska, powiedziała, że nie powinniśmy marudzić, i natychmiast zacząć przyjmować tylu uchodźców, ile nam przysyłają, bo „Unia za każdego płaci 10 tysięcy euro, a to jest dużo”.
Ja oczywiście wiem, że odrzucając propozycję Ochojskiej, narażam się na zarzut, że jestem durniem, który nie umie liczyć, jednak muszę tę dobrą kobietę poinformować, że nawet mając jeden pokój wolny i świadomość, że 60 tysięcy euro to nie w kij dmuchał, ja tych 6 uchodźców nie przyjmę, nie dlatego, że się boję, że oni mi zgwałcą moje córki i syna, ale przez to, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tych 60 tysiącach się nie skończy, i to w dodatku wcale nie w tę stronę, o jakiej myślimy.
I tu bardzo krótko przypomnę historię, o której wspomniałem wcześniej. Otóż do małej szwajcarskiej wioski o nazwie Hagenbuch, decyzją władz centralnych, sprowadzono dziewięcioosobową rodzinę z Erytrei – rodziców z siódemką dzieci w wieku różnym. Na pierwszy gwizdek zorganizowano im mieszkanie, na opłacenie którego przeznaczono, oczywiście z budżetu gminy, 1 tys. euro czynszu plus ponad 2 tys. na jego utrzymanie. Po pewnym czasie, kiedy okazało się, ze rodzice ani myślą pracować – inną sprawa, że ciekawe bardzo, gdzie by to mieli robić – opieka na dzieci została przejęta przez fundację – jak się domyślam, taką ichniejszą Ochojską – o nazwie Solid Help A.G., która w jednej chwili zażądała od gminy 30 tysięcy euro miesięcznie, na to między innymi, by te dzieci raz na tydzień zawozić do zoo, żeby tam, jak rozumiem, nabrały odpowiedniej empatii i stały się lepszymi ludźmi. Kiedy dzieci zostały przeniesione do sierocińca, nagle okazało się, że rodzicom przez to jest ciężej i gmina musiała zwiększyć pomoc dla tych dwojga do 16 tysięcy euro miesięcznie, co w sumie, jak łatwo policzyć, przekroczyło 50 tysięcy euro miesięcznie.
I w tym momencie okazało się, że przez to, że budżet przeznaczony na utrzymanie rodziny z Erytrei przekroczył jedną trzecią całego lokalnego budżetu, aby wioska nie zbankrutowała, zachodzi konieczność podwyższenia podatki. Właśnie tak.
I myślę, że już nie muszę więcej tłumaczyć, dlaczego propozycja Janiny Ochojskiej, bym się zastanowił nad ofertą ze strony Unii mnie nie pociąga. Bo wiem znakomicie, że w momencie, kiedy oni tu przyjadą, zostaną wszyscy otoczeni takim wianuszkiem różnego rodzaju organizacji dobroczynnych i fundacji, że nagle się okaże, że ja mam ich wszystkich codziennie na własny koszt wozić taksówkami do chorzowskiego zoo, tyle że to będą taksówki, które oni mi sami dostarczą. I że to będzie zaledwie początek. I że ani się nie zorientuję, jak te 10 tysięcy euro będę musiał przekazać pani Janinie Ochojskiej , w ramach zwykłej ludzkiej solidarności.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...