Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 czerwca 2023

O zdradzie w kolorze krwi - repryza

 

      Serial „Reset”, jak zapewne większość z nas, oglądam i chętnie to przyznam, że oglądam z satysfakcją i zainteresowaniem. Z satysfakcją z tego prostego względu, że zawsze jest miło znaleźć potwierdzenie, że często, mimo upływu lat i naprawdę wielkich zawirowań i komplikacji, człowiek w ostateczności potrafił zachować podstawową przytomność i mniej lub bardziej mieć rację w swoich ocenach rzeczywistości. Gdy chodzi o zainteresowanie, sprawa jest jeszcze prostsza: film Rachonia i Cenckiewicza jest naprawdę bardzo dobrze zrobiony, a jak na standardy do których nas Polska Telewizja przyzwyczaiła, to jest to wręcz dzieło wybitne. Oglądam więc ów serial, jednak szczególne znaczenie okazał się mieć dla mnie najświeższy epizod, w całości poświęcony sprawie niedoszłej umowy między Polską i Stanami Zjednoczonymi co do budowy tak zwanej „tarczy antyrakietowej”.

      Proszę sobie wyobrazić, że tak jak o wielu poruszanych w filmie kwestiach albo nie miałem bladego pojęcia, albo kiedyś, owszem coś tam na ten temat wiedziałem, ale przez minione lata skutecznie o nich zapomniałem, tak też wszystko to co w latach 2008 oraz 2009 się w sprawie tej działo pamiętam jakby to było wczoraj. Pamiętam mianowicie bardzo dobrze tamtą dwuwładzę między prezydentem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem, pamiętam ówczesną politykę prezydenta Busha i z drugiej strony wszystkie szaleństwa Moskwy ze szczególnym uwzględnieniem tego co Putin zrobił w Gruzji, no i oczywiście pamiętam jak strasznie ważne dla całego wolnego świata i oczywiście dla wielu z nas było to, by w Polsce powstała wspomniana tarcza; żeby Amerykanie tu przyszli i zostali jak najdłużej by nas tu wspierać i bronić przed ową ruską zarazą. Ale pamiętam też oczywiście tamtą nieznośną wojnę między prezydentem Kaczyńskim, któremu tak bardzo zależało na Polsce i Donaldem Tuskiem, który wówczas, z powodów, których mogłem się jedynie domyślać, wręcz stawał na głowie, żeby ta tarcza nie powstała.

      Zastanawiałem się więc niezmienie, o co w tym wszystkim może chodzić i, choć dziś powody już znam, wtedy byłem mocno przekonany, że chodzi wyłącznie o to, by upokorzyć Prezydenta, pokazać mu że zarówno on, jak i jego ambicje, są jak psu na budę, dać mu do zrozumienia, że jest skończony, no i jednocześnie też, już zupełnie na deser, przy pomocy mediów i całej wprzężonej do antypolskiej propagandy popkultury go ośmieszyć. A zatem, jeśli Tusk kwestię polskiego bezpieczeństwa traktował z taką dezynwolturą, to nie dlatego, że mu na owym bezpieczeństwie nie zależało, ale przez to, że dla niego znacznie ważniejsze było pokazać Lechowi Kaczyńskiemu gdzie jest jego miejsce.

      Obejrzałem więc ów trzeci odcienek „Resetu”, wszystko sobie na nowo odtworzyłem, zobaczyłem raz jeszcze owo wspólne oświadczenie Radosława Sikorskiego, Prezydenta, oraz Condoleezzy Rice, podczas którego ogłoszono ostateczne podpisanie porozumienia, ponownie ujrzałem radosną twarz Prezydenta i Condoleezzy, oraz ten aż nazbyt dobrze nam znany uśmiech Sikorskiego i nagle zrozumiałem, jak bardzo się wówczas myliłem. W jak wielkim byłem wtedy błędzie sądząc, że może owszem, Donald Tusk i cała ta jego ferajna to ludzie źli, głupi, zepsuci, zdemoralizowani i występni, no ale nie do tego stopnia by aż tak całościowo zaprzedać się Rosji. Jeśli wolno mi będzie wyprzedzić trochę wypadki, to powiem, że ja brałem oczywiście pod uwagę, że oni mogą Lecha Kaczyńskiego tak nienawidzeć, by mu życzyć nagłej i niespodziewańej śmierci – mało tego, by go nawet osobiście powiesić –  no ale tego, że oni mogliby się w tej sprawie zwrócić się do Rosjan, to jednak nie brałem pod uwagę. Tymczasem tu nagle, widząc te wszystkie dokumenty i słysząc, jak tamte wydarzenia się w rzeczywistości toczyły, nagle już wiem: Władimir Putin i jego agentura w Europie i tu w Polsce trzymali  Donalda Tuska w garści tak mocno, że on nie był w stanie choćby wydać pojedynczego stęknięcia.

      Wszystko więc się skończyło tak jak się skończyło, przyszedł rok 2010 i przed nami walka prezydenta Kaczyńskiego o drugą kadencję z – kompletnie niespodziewanie – Bronisławem Komorowskim. Ja oczywiście pamiętam wszystkie ówczesne przewidywania, że Kaczyński, ze względu na swoje „oczywiste deficyty”, żadnych szans w w owym starciu nie ma, sam jednak nie miałem najmniejszych wątpliwości, że może i antyprezydencka propaganda zaszła tak daleko, że lekko nie będzie, to z kim jak z kim, ale z tym kimś to Lech Kaczyński nie przegra nigdy. Mam świadomość, że nawet wielu z nas wielkich nadziei wówczas nie miało, ale z perspektywy czasu, proszę się zastanowić, kogo by trzeba było wyciągnąć z czeluści polityki, by pozwolił sobie na przegraną z kimś takim jak Bronisław Komorowski. Przecież w tamtym czasie aby nawet ledwo żywy Jarosław Kaczyński, zdradzony i opuszczony przez swój sztab, nie został prezydentem – jak dziś już wiadomo – Kreml musiał zarządzić sfałszowanie wyborów.

     No i przyszedł pamiętny dzień 10 kwietnia. Przyznam zupełnie uczciwie, że mimo bardzo poważnych podejrzeń, jeszcze parę dni temu starałem się mocno wierzyć, że Donald Tusk nie wiedział, że to Putin dokonał owej masakry, a nawet jeśli to wiedział, to dopiero po fakcie; wcześniej, wszystko co robił było nastawione wyłącznie na dokuczenie znienawidzonemu Prezydentowi. Pamiętam, że wtedy jeszcze tu na blogu napisałem tekst zatytułowany „Psikus w kolorze krwi”, gdzie zasugerowałem jednoznacznie, że cała organizacja lotu, wysłanie Prezydenta z delegacją osobnym samolotem w osobny dzień, wszystko to miało na celu doprowadzenie do tego, by ostatecznie samolot w Smoleńsku nie wylądował, by prezydent jak niepyszny musiał wrócić do Warszawy, lub wylądować gdzie indziej i spóźnić się na katyńskie uroczystości, a wtedy byśmy mieli śmiechu co niemiara. Dziś już jednak nie mam żadnych wątpliwości, że Tusk wiedział co się stanie i od początku do końca pozostawał jedynie niemym świadkiem dycyzji Moskwy.

     Dziś już wiem na pewno, że tak jak w roku 2008, kiedy sprzedawał Polskę Putinowi, miał on pełną świadomość kim jest i jakie ma obowiązki, a tym bardziej już dwa lata później, i tak już rok za rokiem do dziś, ani mu do głowy nie przyszło, by żartować.



wtorek, 29 marca 2022

Państwo Schnepf na ukraińskim froncie

 

       Kilka z minionych dni spędziliśmy relaksując się w Gdyni i okolicach i choć mógłbym bardzo chętnie podzielić się paroma ciekawymi myślami na ten czy inny temat, opowiem o jednej rzeczy, kitóra całkiem niespodziewanie zrobiła na mnie wrażenie szczególne. Otóż na restauracyjnym telewizorze podczas śniadania serwowano nam reglularnie coś co nosi nazwę „Śniadanie z TVN”, a czego osobiście nigdy dotychczas nie miałem nieszczęścia poznać i od czego gorszy może być już chyba tylko rozdawany przez sieć drogeryjną Rossmann magazyn „Skarb”. I oto podczas jednego ze śniadań, zza pleców dobiegła mnie najpierw informacja, że gościem programu będzie były ambasador Platformy Obywatelskiej w USA, Ryszard Schnepf, który, jako doświadczony „dyplomata” opowie nam o prezydencie Bidenie, no a potem był już tylko sam Schnepf.

     Co ów Schnepf mówił, nie wiem, bo po pierwszych kilku zdaniach przede wszystkim złośliwie go postanowiłem nie słuchać, no a poza tym, znacznie bardziej niż jego syk intresowało mnie to, co nam tak naprawdę chciała zademonstrować stacja TVN, decydując się na to, by akurat dziś, gdy wszyscy tak bardzo żyjemy rosyjską agresją na Ukrainę, wrzucić nam na talerz tego strasznego kacapa. Mamy tę wojnę, a wraz z nią wciąż powracający temat owej wieloletniej, tak strasznie niesławnej, kolaboracji państw, rządów, polityków, mediów z ową azjatycką dziczą reprezentowaną dziś przez Putina i owo demoniczne Z, a tu nagle z dziesiątek możliwości oni wybierają wręcz symbol owej zdrady i walą nim jak kijem po klatce z tygrysem.

      Ja mam owego Schnapfa na oku od czasu gdy on został ambasadorem w Waszyngtonie, przez różnego rodzaju wybryki zarówno wtedy, po wszystkie jego kroki już po tym jak on wrócił do Polski, i oczywiście nie spodziewam się po nim niczego dobrego. Dlatego też, kiedy sterczał mi on nad talerzem podczas tamtego śniadania, zatkałem sobie na niego uszy. Nie zdziwiłoby mnie też oczywiście zaproszenie go do TVN-u, czy nawet na zjazd Platformy Obywatelskiej – no ale, na Boga, nie dziś, gdy każdy Ruski, jest powszechnie traktowany jak śmierdzące jajo, albo coś nawet znacznie gorszego. Tymczasem nagle on wchodzi na scenę i jak gdyby nigdy nic, zaczyna się puszyć.

         Popatrzmy więc może z kim mamy do czynienia. Zacznijmy od końca:

„Maksymilian Schnepf podczas II wojny światowej był żołnierzem Armii Czerwonej a następnie wstąpił do 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, sformowanej w 1943. Brał udział w walkach o Stalingrad, bitwie pod Lenino, walkach o warszawską Pragę, walkach o Warszawę, operacji berlińskiej. Następnie służył w ludowym Wojsku Polskim od 3 czerwca 1946 do 2 września 1950. W lipcu 1945 w stopniu porucznika dowodził pododdziałem złożonym z dwóch kompanii w sile ok. 110-160 żołnierzy z 1 Praskiego pułku piechoty, wspierających wojska sowieckie w operacji określonej później mianem ‘obława augustowska’. Od 3 września 1951 do 24 sierpnia 1954 w stopniu podpułkownika pełnił funkcję szefa I Oddziału Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Studia wyższe ukończył na Akademii Sztabu Generalnego uzyskując tytuł magistra. Uzyskał tytuł oficera dyplomowanego.

Był długoletnim kierownikiem Studium Wojskowego na Uniwersytecie Warszawskim. Był także kierownikiem Akademii Teatralnej i ASP. Był dyrektorem w Żydowskim Instytucie Historycznym. Sprawował stanowisko dyrektora administracyjnego w Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Warszawie. Działał jako publicysta Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Do końca życia był pułkownikiem dyplomowanym w stanie spoczynku.

Zmarł 17 sierpnia 2003 w Warszawie. 22 sierpnia 2003 został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera EII-4-4).

Jego żoną została Alicja z domu Szczepaniak, z którą miał synów Ryszarda (ur. 1951, dyplomata) i Zygmunta”.

      To teraz może Mama:

„W 1947 wstąpiła do Polskiej Partii Robotniczej. W 1949 została zatrudniona w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu, gdzie brała udział w walkach z podziemiem niepodległościowym, za co w latach 70. przyznano jej specjalną emeryturę, która została jej odebrana po 1989. Następnie pracowała w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.

Podjęła działalność w Polskim Towarzystwie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, w którym objęła funkcję sekretarza Zarządu Głównego.

Jej mężem był płk Maksymilian Sznepf (1920–2003), a ich synami są Ryszard (ur. 1951, dyplomata) i Zygmunt”.

      No i na koniec – prawie – jeszcze coś:

„Sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Ryszard Schnepf podał się do dymisji.
Rzecznik rządu Konrad Ciesiołkiewicz powiedział IAR, że premier przyjmie tę rezygnację. Stanie się to prawdopodobnie jutro.
Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Kamiński wyjaśnił, że Schnepf musi odejść, gdyż bez porozumienia z premierem przedstawiał wizję polskiej polityki zagranicznej. Kilka dni temu Schnepf powiedział ‘Rzeczpospolitej’, że rząd zaproponuje udział Polski w budowie kontrowersyjnego gazociągu Rosja - Niemcy po dnie Bałtyku. Premier w specjalnym oświadczeniu zdementował tę informację.
Michał Kamiński przyznał, że sytuacja jest przykra. Ryszard Schnepf jest bowiem bardzo zdolnym ministrem, który ma wielkie osiągnięcia. Jednak, jak podkreślił Kamiński, w każdym kraju jest tak, że jeśli minister zrobi coś bez uzgodnienia z premierem, to podaje się do dymisji
”.

      A teraz parę konkretów. Otóż Sznepf trafił do rządu Prawa i Sprawiedliwości jeszcze jako śmieć po ośmiu latach wladzy Platformy Obywatelskiej i został zagospodarowany przez premiera Marcinkiewicza. Po tym gdy w „Rzeczpospolitej” ujawnił że Polska chcę wspólnie z Rosją i Niemcami budować Nord Stream, wciąż jeszcze premier Marcinkiewicz wyrzucił go na zbity pysk, zaklinając się na wszystkie świętości, że on nic takiego dla Polski nie planował, a europoseł Michał Kamiński rozbeczał się nad Schnepfa odejściem.

      A ja już się tylko zastanawiam, czy kiedy Schnepf pobiegł do „Rzeczpospolitej” ze swoim newsem, to przez to, że musiał się tym szczęściem ze swiatem podzielić, czy wręcz przeciwnie, chciał na Marcinkiewicza naskarżyć, i myślę że oni wszyscy byli w jednej bandzie. Włącznie oczywiście z Kamińskim.

       Czytam te wszystkie informacje i z przerażeniem stwierdzam, że to coś wciąż żyje i ma się najwyraźniej bardzo dobrze. Alicja Schnepf za osiem lat dobije do setki, a gdy przyjdzie jej czas, to jej syn wrzuci jej do trumny order, który jej swego czasu przyznał sam prezydent Bronisław Komorowski. Co do wojny natomiast, to ona jest oczywiście straszna i wszyscy modlimy się, by każdy ruski żołnierz, kiedy już szczęśliwie wróci do kraju, miał obie nogi poprzestrzelane w jedną i drugą stronę. Jest jednak coś co napawa nadzieją. Otóż przyjdzie już niedługo moment, gdy ów ruski front załamie się również i tu u nas, w Polsce.



 

 

niedziela, 7 listopada 2021

O nędznych plagiatorach i polskich obowiązkach

       Muszę się tu pochwalić, że zanim Tucker Carlson przeprowadził głośną rozmowę z naszym prezydentem Andrzejem Dudą i odpowiednie media poinformowały, że Carlson to awangarda konserwatywnego amerykańskiego dziennikarstwa, ja akurat miałem owego Carlsona na oku od paru dobrych lat. Wiedziałem kim jest Carlson, oglądałem jego audycję na youtubie, podziwiałem jego talenty i wreszcie doszło nawet i do tego, że kupiłem sobie jego książkę zatytułowaną „Ship of Fools”, którą dziś z najwyższą radością wykorzystuję podczas swoich lekcji.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, w rozdziale poświęconym właścicielowi Facebooka, Markowi Zuckerbergowi, znalazłem coś takiego:

„Kiedy elity kierują swoją uwagę w stronę Facebooka, robią to wyłącznie po to, by żądać od portalu objęcia coraz większą kontrolą coraz większej liczby użytkowników. Po wyborach w roku 2016, zaczęły być podnoszone coraz częstsze żądania kontrolowania informacji udostępnianych publicznie na stronach Facebooka. Jak ujawnił ‘Washington Post’, podczas spotkania światowych liderów w Peru, prezydent Obama wziął Zuckerberga na stronę i wręcz błagał go, by na swoim portalu wprowadził większą cenzurę.

Demokratyczna senator z Kalifornii Dianne Feinstein przedstawiła to samo żądanie: ‘Zbudował pan tę platformę, a dziś ona jest używana nie tak jak tego oczekiwaliśmy,’ powiedziała. ‘I albo to pan coś z tym zrobi, albo zrobimy to my.’

A co by się stało, gdyby Obama i Feinstein zechcieli się równie mocno przejąć nieustannym gwałceniem prywatności użytkowników Facebooka. Albo milionami umysłów regularnie wyniszczanych przez uzależnienie od Facebooka. Lub wreszcie ową straszliwą dogradacją społeczeństw jako takich.

I to po to prawdopodobnie by się zaszczepić przeciwko owej krytyce ze strony elit, Zuckerberg postanowił poświęcić się walce o najbardziej modne polityczne cele. W roku 2013, uruchomił on fundację o nazwie FWD.us, w celu stworzenia odpowiedniej platformy do wsparcia masowej emigracji. Utworzona przez Zuckerberga grupa uruchomiła bezprecednensową akcję propagandową skierowaną przeciwko służbom emigracyjnym oraz bezpośrednio żołnierzom strzegącym granic Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie sformułowała stanowcze żądania amnestii wobec 11 milionów nielegalnych imigrantów przebywającym aktualnie na terenie Stanów Zjednoczonych, wzmacniając swój apel żądaniem przyznania emigrantom obywatelstwa oraz praw wyborczych”.

       Ponieważ nazwa fwd.us wręcz śmierdziała mi adresem internetowym, zajrzałem tam i, proszę sobie wyobrazić, wszystko się zgadza. To jest Zuckerberg bez jakiejkolwiek próby kamuflażu, no i najbardziej bezczelna propaganda na rzecz otwarcia granic dla emigracji z południa. Naczelne hasło owego projektu, powtarzane tam zarówno w serii memów, ale też w bardzo jasno sformułowanej przez samego Zuckerberga deklaracji brzmi: „Nie wolno ludziom odbierać prawa do szczęścia”. Popatrzmy może najpierw na jeden z tych obrazków, a następnie na słowa Pierwszego Sekretarza.

       Oto widzimy fotografię jakiejś „okołomeksykańskiej” rodziny, a nad nią tytuł: „Zezwolenie na swobodną emigrację przyniesie amerykańskiej gospodarce miliardowe zyski”, A tuż obok cytat z Zuckerberga: „Dajmy każdemu z nas prawo do podążania za marzeniami – nie tylko dlatego, że tak jest słusznie, ale też przez to że w ten sposób większa liczba ludzi będzie mogła zamienić swoje marzenia w coś wspaniałego, a przez to budować dobro wspólne”.

        Myślę że w tym momencie większość Czytelników przynajmniej się domyśla, jakie intencje stoją za tą dzisiejszą notką. Otóż tak. Chodzi o to, że ja nagle sobie uprzytomniłem sobie, że ta banda idiotów, którzy nas tu w Polsce zadręczają swoją aktywnością od rana do wieczora, nie jest w stanie wymyśleć nic originalnego. Jeśli oni któregoś dnia wyjdą na ulice przebrani za Indian, lub Eskimosów, to znaczy, że parę lat wcześniej tego typu zdarzenie miało miejsce w Stanach Zjednoczonych, Francji, Australii, czy Wielkiej Brytanii. Tak samo dziś, gdy mamy ów kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a ze wszystkich stron pojawiają się zarzuty o to, że polskie wojsko to naziści bez serc i dusz, to możemy mieć pewność, że ktoś tam, diabli wiedzą kto, ale ktoś doskonale zorientowany w tak zwanych „trendach” uznał za stosowne rzucić hasło, i w efekcie, przez to że głupich nigdy zbyt mało, mamy to co mamy.

         A zatem, nie przejmujmy się tym całym szaleństwem zanadto. Jak to pięknie swego czasu powiedział prezydent Lincoln: „Można oszukiwać wszystkich przez jakiś czas, a niektórych nawet przez cały czas. Ale nie można przez cały czas oszukiwać wszystkich”.

        


wtorek, 17 sierpnia 2021

Selling Poland by the pound

 

Jako że przez kilka ostatnich dni nie zdarzyło mi się tu nic zostawić, a nadszedł wtorek, czyli dzień pewnych osobistych zobowiązań, pomyślałem sobie, że chyba wypadałoby mi podsumować postawę części polityków wobec dyplomatycznego kryzysu w stosunkach polsko-izraelskich. Szczerze jednak powiedziawszy, gdy chodzi o komentowanie kolejnych wybryków tego czy innego posła, to ja mam nieustanne wrażenie, że wszystko co było do powiedzenia, zostało tu już wielokrotnie powiedziane, tym bardziej też nie pozostało zbyt wiele nowych słów, by odnoieść się do ogólnej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. No dobra, mógłbym, owszem, napisać parę ciepłych słów na temat postawy polskiego prezydenta i premiera wobec owej żydowskiej chucpy, kiedy to, po raz pierwszy chyba kiedykolwiek, mogliśmy zobaczyć z taką wyrazistością, jak piękna potrafi być Polska Niepodległa. No ale to może innym razem, zwłaszcza gdy tak naprawdę nie wiemy na ten temat nic. Znamy natomiast wspomniane wcześniej postawy, znamy te twarze, te słowa i tu faktycznie wydaje mi się, że najlepiej mi będzie przypomnieć tekst jeszcze z roku 2012, który, choć pisany w innych okolicznościach, to pasuje do tego co się wokół nas dzieje znakomicie.

 

 

      Właśnie dotarła do nas wiadomość, że internetowe domeny polska.pl, poland.pl, ale też na przykład literatura.polska.pl zostały przejęte przez spółkę Agora. Kompletnie nie mam pojęcia, jak to się odbyło. Czy może dotychczasowy właściciel tych domen, a więc NASK nagle pomyślał, że właściwie można by było je sprzedać Agorze i je sprzedał, czy może to Agora bardzo się starała, by je sobie kupić i w końcu udało jej się te domeny od NASK-u wydębić? Nie wiadomo tu akurat nic, ponieważ, jak słyszę, wszystko odbyło się w najwyższej tajemnicy, bez jakiegokolwiek przetargu, a zatem nawet nie wiadomo za jaką cenę, no i mamy co mamy.

      Jedno wiadomo z całą pewnością. Polskie Państwo, a więc wszędzie na świecie absolutnie naturalny właściciel tego typu nazw, albo nie wykazało w stosunku do tych domen jakiegokolwiek zainteresowania, albo – wręcz przeciwnie – wykazało zainteresowanie na tyle duże, by uznać, że tylko Agora będzie potrafiła godnie wejść w rolę ich szafarza. I otworzyło temu geszeftowi drzwi na oścież. Więc to wiadomo. Ale, jak sądzę, wiadomo jeszcze coś. W gruncie rzeczy doszło do przejęcia na poziomie tak dotychczas nie znanym, i tak symbolicznie znaczącym, że każde kolejne słowo, jakie tu padnie, nawet w jednym ułamku nie odda sprawiedliwości temu, co należałoby powiedzieć. No bo co pozostaje? Zażartować, że w tej sytuacji Polsce, jeśli zajdzie taka potrzeba, pozostanie już tylko używać domen polen.pl, lub polsza.pl?

      Sytuacja jest więc dramatyczna, i to, jak się zdaje, dramatyczna w kształcie całkowicie nowym, a jedyne co możemy zrobić, to dokładnie to samo co wczoraj, przedwczoraj i miesiąc temu. A więc cierpliwe czekać i wskazywać palcem na to, czemu ani na moment nie wolno pozwolić się ukryć. A jeśli ktoś ma ambicje nieco wyższe od podstawowych, niech spróbuje zgadnąć, co ma jedno z drugim wspólnego.

      Wydaje się więc, że wszystko się zaczęło od Lejba Fogelmana, nowojorskiego żyda, który, jak wszystko na to wskazuje, straciwszy odpowiedni szpan w owym Nowym Jorku, postanowił wrócić do Polski i spróbować swoich sił na gruncie gwiazdorzenia prowincjonalnego. Swoją drogą, ten przykład upadku jest tak spektakularny, że warto by mu poświęcić całkowicie osobny tekst, lub kto wie, czy nie nakręcić jakiegoś interesującego filmu, czy napisać książki. No bo ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdolność do autopromocji akurat wśród przedstawicieli narodu wybranego jest szczególna, ale gdy idzie o tego Fogelmana, wydaje się, że on tam jednak coś kiedyś miał. W końcu był – czy może wciąż jest – zatrudniony w firmie Dewey & LeBoeuf, która wprawdzie pozostaje zaledwie jedną z wielu, ale za to jedną z wielu w dość istotnym miejscu. A zatem, jak mówię, coś tam mieć musiał. To jest oczywiste. No i nagle okazuje się, że ten wybitny człowiek z dnia na dzień staje się „króliczkiem Vivy” i bryluje już wyłącznie na trzeciorzędnych bankietach gdzieś tak między Justyną Steczkowską a Kazimierzem Marcinkiewiczem. A więc, jak mówię – ciekawe.

      Zaczęło się więc od tego Fogelmana i od razu poszło w stronę Kulczyka i jego… diabli wiedzą kogo – żony, partnerki, konkubiny – niejakiej Przetakiewicz, no a skoro Przetakiewicz, to i już wszystkich, a więc Moniki Jaruzelskiej, Wojciecha Fibaka, Aleksandry Kwaśniewskiej, jej mamy i chłopaka, i wreszcie całych tuzinów jakiegoś niezidentyfikowanego buractwa spod Piaseczna. No a skoro zaczęliśmy się zajmować tą menażerią, to wyszło na to, że to wcale nie jest tak że oni stanowią jakiś tam nasz lokalny folklor, który od nas chce tylko jednego – żeby się od nich odczepić i dać im żyć tak jak sobie zamarzyli. O nie! Oni nagle, stając się częścią pewnego bardzo perfidnego planu, polegającego na wciągnięciu znacznej bardzo części naszego społeczeństwa w ten ich świat, nie jako uczestników, ale otumanionych tym światłem widzów, stali się też niemal podstawową częścią Systemu.

      Powtarzam. Nie mamy najmniejszego powodu, żeby na te ich ekscesy wzruszać ramionami. To wcale nie jest tak, że oni wszyscy, z których zresztą, tak w pełni świadomie, naprawdę znamy zaledwie paru, tworzą jakiś zamknięty krąg, który ani nie jest naszą sprawą, ani my nie stwarzamy żadnego problemu dla nich. Jestem głęboko przekonany, a ostatnio bardziej niż kiedykolwiek, że nawet jeśli kiedyś w istocie był taki czas, że oni stanowili swego rodzaju rezerwat, dla nas, zwykłych ludzi, co najwyżej zabawny, to dziś ostatnią rzeczą jaką powinniśmy robić, jest ich lekceważyć. Bo oni są dokładnie tak samo dla nas ważni jak TVN Style, MTV Polska, galerie handlowe, Szkło Kontaktowe, czy nawet „Gazeta Wyborcza”. Sytuacja jest taka niestety, że dokładnie każdy ruch, każde słowo wypowiedziane przez jakąś Katarzynę Glinkę znaczy dla nas o wiele więcej, niż choćby ten skromny felieton.

      Dosyć niedawno Robert Mazurek uznał za stosowne przeprowadzić wywiad z pewnym posłem od Palikota, którego nazwiska szczęśliwie nie pamiętam, a który w tej rozmowie wyznał, że on z burdeli korzysta, i zawsze mu się wydawało, że dla każdego normalnego mężczyzny ten rodzaj aktywności jest czymś zwyczajnym. Doszło do tego, że kiedy mu Mazurek powiedział, że on i jego znajomi do burdeli nie chodzą, nieszczęśnik ów uznał, że to Mazurkowe towarzystwo musi być jakieś dziwne. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że te słowa to pewnie jakaś prowokacja, której logika pozostaje dla mnie głęboko ukryta, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wcale nie. On może faktycznie uważać, że chodzenie na kurwy jest tak samo normalne, jak palenie marihuany, czy upijanie się na Sylwestra. Może tak być, że on na naszej scenie nie znalazł się jako jakieś nieszczęście losu, ale autentyczny emisariusz nowych czasów. I że to tylko my i paru nam podobnych, czytając tę jego wynurzenia na temat tego kurestwa, odczuwamy powiew egzotyki.

      Pomyślałem sobie, co pomyślałem, i nie minęło wiele czasu, jak pewien kolega przesłał mi link do wywiadu z „Gazety Wyborczej” jeszcze sprzed niemal dziesięciu lat z niejakim Aleksandrem Pociejem – „adwokatem, felietonistą, graczem w polo” – na temat czegoś, co popularnie nazywa się „warszawką”, a czego częścią jest, jak sam się o dziwo do tego przyznaje, ów Pociej. Ciekawy dla nas jest cały ten wywiad, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy kwestii ogólnej. Otóż ten Pociej bez mrugnięcia okiem przyznaje się do czegoś, co z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, jest absolutnym i jednoznacznym obciachem, a więc do tego, że wśród jego bliskich znajomych znajduje się na przykład Monika Jaruzelska, że on bywa tam gdzie bywa nie dlatego, że tam jest jakoś przyjemnie, czy smacznie, lecz dlatego, że tam bywać wypada. A to że tam bywać wypada, wynika nie z jakiś zawodowych, czy finansowych potrzeb, co przecież byłoby jakoś zrozumiałe, lecz z tego, że z ludźmi, którzy tam bywają łączy go status majątkowy i… sport, a więc „przede wszystkim narty, potem tenis, konie, żeglarstwo”.

      Proszę dobrze zrozumieć, o co mi chodzi. Ów Aleksander Pociej, człowiek, który, jak sam przyznaje, należy do „stu, dwustu osób”, które tworzą tak zwaną „warszawkę”, opowiada o swoim życiu tak jak my byśmy opowiadali o tym, że dziś rano, tak jak zwykle wstaliśmy i poszliśmy do pracy. A to jego opowiadanie sprowadza się do tego, by nas poinformować, że ten jego świat, to jest taki dziwny świat, gdzie jeśli ktoś jest odpowiednio zamożny, jeździ na nartach i jest do tego córką komunistycznego mordercy, to w jednej chwili staje się też częścią „grupy ludzi, mimo że zupełnie różnych, jakoś do siebie pasujących, lubiących się na gruncie towarzyskim”.

      A zatem, to jest to, co nazywam ogólnym wymiarem rozbłysku tej czerni. Na poziomie szczegółowym, dzieje się jednak równie ciekawie. Otóż Aleksander Pociej, „adwokat, felietonista, gracz w polo”, w pewnym momencie, pytany, co ciągnie ludzi do owej „warszawki”, odpowiada tak:

„ Myślę, iż to samo, co wszystkich. Każdy chce wyjść na chwilę poza swoją grupę zawodową. Na gruncie prywatnym pogadać z dziennikarzami, poznać ludzi filmu i telewizji. Co nie jest bez znaczenia, ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet, a w końcu część polityków to też mężczyźni”.

      I to jest dla mnie całkowita rewelacja. Niemal tak jak wyznanie tego posła od Palikota, z którym ostatnio zaprzyjaźnił się Robert Mazurek, co do standardowości uczestnictwa w nierządzie. Otóż okazuje się, że przede wszystkim, nie dość że „każdy” chce wyjść poza swoją grupę zawodową, to skoro już wychodzi, to nie po to, by się rozejrzeć, co słychać w świecie, ale żeby się spotkać i poprzebywać z „dziennikarzami, ludźmi filmu i telewizji”. I to jest dokładnie ten sam wymiar, jak nam został przedstawiony w rozmowie Mazurka. Oto norma – najpierw idziemy do burdelu, a potem, kiedy potrzeby fizyczne zostały już zaspokojone, nadchodzi czas na ucztę intelektualną w towarzystwie „ludzi filmu i telewizji”. No i dziennikarzy. No i oczywiście wciąż są te kurwy. Jasne że przedstawione w sposób znacznie bardziej elegancki niż tu na blogu, no ale nie ma się czemu dziwić: w końcu my tutaj, to zwykłe „łobuzy i bandyci”. Z PiS-u. Wciąż więc są te kurwy. Bo to jest przecież też oczywiste: „ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet”.

      Ta relacja, którą z kolei ja tu relacjonuję, jest tak dramatycznie szokująca, że mam nieustanne wręcz poczucie, że powinienem jak najszybciej kończyć, bo każde moje słowo tylko osłabia końcowy efekt. No ale trudno. Trzeba jeszcze parę rzeczy powiedzieć. Przede wszystkim, a propos tych pięknych kobiet. Nieco wcześniej, w rozmowie z „Wyborczą”, Aleksander Pociej skarży się, ze przez te wszystkie lata nowej Polski wokół biznesu zrobiła się tak nieprzyjemna atmosfera, że z towarzystwa w znacznym stopniu wywiało polityków. Kiedyś bowiem ich tam było co niemiara, ale dziś „tak napiętnowano ich bywanie w tych samych miejscach co przedsiębiorcy, że ewentualnie przysyłają żony i to też nie wszyscy”. A ja już się tylko zastanawiam, czy te żony tam występują w roli tych „pięknych kobiet”, czy może muszą grzecznie czekać w kolejce, aż trafi się ktoś bardzo pijany.

      No i najważniejsze. Ten świat – teraz już możemy mówić o świecie wspólnym i dla tych onanistów od Palikota i dla tych buraków próbujących gdzieś pod Warszawą grać w polo – to świat, który był nam szykowany już wiele lat temu, a dziś wreszcie święci triumfy. Świat, gdzie coś, co standardowo i historycznie zawsze się określało jako „kurwienie się”, nagle stało się czymś tak całkowicie naturalnym, że jeśli my stajemy dziś wobec tego autentycznie zamurowani, oni na nas patrzą jak na kosmitów. Oczywiście, z tymi posłami, z którymi sobie gawędzi Robert Mazurek nie mamy jakiegokolwiek kontaktu. Podobnie, nawet nie bardzo jesteśmy sobie wyobrazić tych wszystkich ludzi, którzy gdzieś tam się właśnie rozrywają z Aleksandrem Pociejem i jakąś Kiką, Diną czy Lejbem w Barbadosie, Rabarbarze, czy zwyczajnie w Bukszy u Olbrychów. Natomiast z całą pewnością możemy spróbować się do tego świata przymierzyć. Przede wszystkim, oglądając w kolorowych magazynach zdjęcia z różnych gali, na które część z wysłanników owego świata zawsze chętnie zajrzy, i da się specjalnie dla nas sfotografować. Żebyśmy ten ich świat wiedział jaka jest sytuacja na froncie, a my, żebyśmy poczuli, co tak naprawdę się w życiu liczy.

      Te magazyny, z zasady są nam sprzedawane po bardzo przystępnych cenach, no ale wiadomo – nikomu nie jest dziś lekko. W tej sytuacji istnieje system promocji, który nagle, w prezencie świątecznym na przykład, sprzeda nam te obrazki za marne 99 groszy. A jeśli dla kogoś i to się okazuje za dużo – na przykład, za 99 groszy gdzieniegdzie można kupić dwa jajka, lub kilo kartofli – może się ładnie wystroić i pójść sobie do lokalnego hipermarketu, i tam, w dobrym świetle, obejrzeć sobie te zdjęcia za darmo w jednym z kiosków z gazetami.

PS. Ponieważ rozmowa z Aleksandrem Pociejem miała miejsce przed wielu już laty, pomyślałem sobie, że ciekawe by było się dowiedzieć, co u niego słychać dzisiaj. W końcu 10 lat to szmat czasu. Nawet człowiek kochający sport może się pochorować, lub skończyć jeszcze marniej. Sprawdziłem więc tego Pocieja. I mam dobrą wiadomość. On żyje słodko. Jak zawsze. Aktualnie w charakterze senatora Platformy Obywatelskiej. I jak tu nie przyznać, że kolorowe magazyny to jednak potęga?



 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

O wężach i ludziach

Spotykam się ostatnio z pretensjami, że mniej piszę i, owszem, nie mam żadnego problemu z tym, żeby się do tego przyznać. To prawda. Od kilku dni piszę mniej niż wcześniej, a już zwłaszcza w roku minionym, kiedy to na tym blogu opublikowałem równe 315 tekstów, wyrównując niemal rekord pamiętnego roku 2010, kiedy to zamieszczonych notek było o całe pięć więcej. Przyczyną tego rozleniwienia jest jednak paradoksalnie to, że ja nigdy chyba w życiu nie byłem tak zarobiony, jak dziś. No i nigdy też nie miałem 60 lat, co, jak niektórzy tu może wiedzą, znacznie ogranicza ogólną aktywność.
Otóż jestem zarobiony jak jasna cholera. Przede wszystkim mam bardzo dużo lekcji, poza tym muszę przestrzegać narzuconych mi przez Piotra Bachurskiego terminów, a poza tym pozostaje oczywiście dom, który przez znaczną część dnia jest na mojej głowie.
Ale jest coś jeszcze. Otóż odnoszę wrażenie, że wszystko, co było do powiedzenia, zostało już wielokrotnie powiedziane i naprawdę nie ma sensu, by to wszystko powtarzać po raz kolejny, z tą różnicą, że w nieco innym politycznym pejzażu. Ja naprawdę nie mam przekonania, czy gdybym zaczął na nowo komentować polityczne wydarzenia, zachowując dotychczasowy poziom emocji, po pewnym czasie i tak większość z nas nie zareagowałaby pretensjami, że się zwyczajnie powtarzam. A proszę, nie zapominajmy, że pierwszy tekst na tym blogu został opublikowany w lutym 2008 roku i to jest czymś prawdziwie niepojętym, że udało się nam poruszyć aż tyle tematów.
Mijają więc te lata i pojawia się znów problem zdrady i zaprzaństwa. Parę dni temu jedna z wielkich agencji ratingowych o nazwie Standard & Poor’s przedstawiła najnowszą ocenę wiarygodności Polski jako członka społeczności międzynarodowej i wyszło na to, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości oraz przy prezydenturze Andrzeja Dudy, nasz kraj osiągnął najniższy jej poziom w swojej współczesnej historii. Standard & Poor’s opublikował swoją ocenę i w wielu miejscach Kraju zaczęły strzelać korki od szampana. Dlaczego? Bo oto okazało się, że ktoś o jakimś tam autorytecie dał Polsce w mordę, i to dal wielu z nich jest z pewnego punktu widzenia wiadomością wręcz fantastyczną.
Od paru dni przymierzam się do tego, by na ten temat napisać cały tekst i za każdym razem dochodzę do wniosku, że historia owej zdrady jest, z jednej strony, tak głęboka, a z drugiej, tak wiele razy skomentowana, że co tu można dodać? No ale przed nami jeden z nich, człowiek nazwiskiem Kuczyński, jego stosunek do kraju, który go wykarmił, i mój, nieco przeredagowany, tekst na temat narodowej zdrady jeszcze z roku 2009. I niech mi ktoś teraz powie, że on nie jest jak najbardziej aktualny.

Dzisiejsza „Rzeczpospolita” opublikowała podpisany przez Waldemara Kuczyńskiego tekst http://www.rp.pl/artykul/303426.html, do którego potrafię się – za względów mam nadzieję oczywistych – odnieść wyłącznie gdy chodzi o sam początek, za to w formie pogłębionej refleksji. Zanim jednak przejdę do rzeczy, parę słów o Kuczyńskim. Ja nie uważam, że Kuczyński jest idiotą. Nie twierdzę, że to co on myśli, mówi i pisze, to opinie niemądre i pozbawione wartości. Ja nawet nie będę się upierał, że Kuczyński to człowiek zarozumiały, leniwy i zły. To wszystko, jeśli idzie o Kuczyńskiego, z mojego punktu widzenia, jest absolutnie nieistotne. Durniem może być jakiś Wołek, czy Warzecha. Oni mogą być patentowanymi leniami, którzy popełniają błąd za błędem. Kuczyński stoi zupełnie w innym miejscu. On jest już tylko zdrajcą.
I jako zdrajca, Kuczyński zasługuje też na pewnego rodzaju zainteresowanie. Tak się złożyło, że był on już bohaterem moich refleksji. Poszło o jego wielokrotnie formułowaną wypowiedź, że jeśli efektem tego ma być unicestwienie Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznego projektu, to Kuczyński jest gotów zgodzić się na to by Polska spłonęła. Oczywiście, ja sobie zdaję sprawę z tego, że przykłady tego typu zdziczenia można znaleźć w wielu miejscach. I to nie tylko na ulicy. W końcu emocje, jakie rozpalili koledzy między innymi Kuczyńskiego, nie poszły na marne. A więc wszystko co widzimy, wszystko czego słuchamy, to wszystko też zapamiętujemy. W przypadku Kuczyńskiego chodzi o to, że on jest po pierwsze osobą publiczną, a po drugie, on ten jad umie z siebie wylać w sposób wyjątkowo, że tak powiem, czysty. I przez to stanowi klasykę.
Dziś Waldemar Kuczyński pisze tekst w Rzeczpospolitej z jedną – jak się zdaje – tezą. W Polsce jest jak jest, ponieważ jedna czwarta społeczeństwa to urodzeni mordercy. I on nie ma na myśli jakiejś jednej czwartej. On tu jest bardzo precyzyjny. Nie wiem, jak Kuczyński rozwija swoją myśl i wiedzieć nie muszę. To co mnie interesuje, to początek jego tekstu, w którym z dumą przypomina tytuł swojego starego tekstu zatytułowanego „Boję się narodu”, oraz wybity fragment dzisiejszego artykułu: „Jedna czwarta Polaków chciałaby niezbyt brutalnego, za to opiekuńczego zamordyzmu, ubranego w orły, sztandary, defilady wojskowe i w politykę historyczną, jak w wierszyku ‘Kto ty jesteś? Polak mały.’”
Kuczyński prezentuje swoje insynuacje akurat na tle odradzania się prawdziwego, komunistycznego zamordyzmu w postaci gazu pieprzowego, policyjnych pał, powracających dowcipnie życzeń dla obu Kaczyńskich – nie tylko na onetowym portalu – żeby zdechli szybko i skutecznie. Przy wtórze dopingu ze strony najbardziej zaangażowanej części społeczeństwa w temacie „zrobienia porządku z anarchią i bandytyzmem”, a wszystko w ramach najbardziej oczywistych działań pijarowskich na rzecz przedłużenia rządów Platformy Obywatelskiej. I ja go rozumiem, a raczej może w tym wszystkim rozpoznaję. To jest klasyka. Natomiast to co mnie tu szczególnie uderzyło, to owo wspomnienie wierszyka Władysława Bełzy, którego uczyli mnie, najpierw moja babcia i dziadek, a później Rodzice. Oto ten wierszyk w całej swojej okazałości: „Katechizm polskiego dziecka”:

- Kto ty jesteś?
- Polak mały.
- Jaki znak twój?
- Orzeł biały.
- Gdzie ty mieszkasz?
- Między swemi.
- W jakim kraju?
- W polskiej ziemi.
- Czem ta ziemia?
- Mą ojczyzną.
- Czem zdobyta?
- Krwią i blizną.
- Czy ją kochasz?
- Kocham szczerze.
- A w co wierzysz?
- W Polskę wierzę.
- Coś ty dla niej?
- Wdzięczne dziecię.
- Coś jej winien?
- Oddać życie.


To jest właśnie to, co Kuczyńskiemu skojarzyło się z brutalnym zamordyzmem. Wiersz Bełzy i te sztandary, te orły…
W tej sytuacji, ja też mam pewne skojarzenia. Otóż kiedyś jedna pani kupiła sobie pytona. Prawdziwego węża – pytona. I z nim mieszkała, bawiła się z nim, a nawet spała. Kiedyś z niepokojem zauważyła, że jej pyton, śpiąc nie zwija się ta jak dotychczas, ale śpi wyciągnięty. Ponieważ wystraszyła się, że pyton może być niezdrów, sprowadziła lekarza – specjalistę od gadów. I oto, czego się dowiedziała. Pyton jest jak najbardziej zdrowy, tyle, że zaczyna się przymierzać do ostatecznego zjedzenia swojej pani. I ćwiczy, czy jest w stanie ją skutecznie skonsumować. Dlatego tak się rozciąga. I sprawdza swoje możliwości. Powoli, cierpliwie. A ona biedna myślała, że jest chory.
Ta historia ma szczęśliwe zakończenie, a więc możemy się wszyscy zgodzić, że owa kobieta miała jednak szczęście. Prawda, panie Kuczyński? Na ile jednak potrafię ocenić sytuację, Pan się już nie wyślizgnie.
Od czasu gdy napisałem ten tekst, minęło dobrych sześć lat. Nie były to lata ani spokojne, ani szczególnie dla nas dobre, o czym wystarczy, że zaświadczy kwiecień roku 2010. Jednak nie da się ukryć, że te lata jakoś nam minęły i jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Z ratingiem Standard & Poor’s z jednej strony, a tym rechotem z drugiej. Wygląda na to, że ze mnie nie byle jaki prorok. Niektórzy się z całą pewnością już nie wyślizgną.

Przypominam, że moje książki można kupować przede wszystkim w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Savoir vivre, czyli dlaczego nie wypada chować się na cmentarzu przed gwizdami

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, który to był rok, kiedy Jerzy Owsiak po raz pierwszy kazał uczestnikom tak zwanego „Przystanku Woodstock” uczcić pamięć o Powstaniu Warszawskim i jego bohaterach, a tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy to on akurat był tym pierwszym, który postanowił przejąć od nas tę narrację i rozpocząć wieloletni proces jej zawłaszczania, pamiętam jednak świetnie zarówno tamto lato, jak i cały kontekst owej hucpy, bardzo dobrze. A zatem pamiętam przede wszystkim Polskę, w której jakiekolwiek demonstrowanie przywiązania do wartości narodowych, było powszechnie – a mam tu na myśli zarówno polityków, jaki i media, czy wreszcie propagandowo eksploatowaną kulturę popularną – wyszydzane, a często traktowane jako wynaturzenie, i wcale nie mówię tu przede wszystkim o świętowaniu takich okazji, jak rocznica Powstania Warszawskiego, ale o zwykłych gestach w postaci wywieszania biało-czerwonej flagi, czy przyjmowaniu uroczystej postawy przy okazji hymnu państwowego. No, ale pamiętam oczywiście tamten „Woodstock”, kiedy to wszystkim nam odjęło wręcz mowę na widok owej wielusettysięcznej, uświnionej w tym błocie, często pijanej, czy niekiedy wręcz zaćpanej hałastry, wysyłającej na wezwanie swojego mistrza jakieś niby-światełka ku niebu, no i jego samego wrzeszczącego, że oto wszystkie tamte zamordowane w Powstaniu Warszawskim dzieci patrzą z nieba na ten cały syf i czują już jedynie dumę i wdzięczność.
Pamiętam tamten dzień i nie zapomnę go już nigdy, podobnie jak nie zapomnę bezsilnej rozpaczy, która mnie wówczas ogarniała.
Jak mówię, trudno jest mi dziś sobie przypomnieć, który to był rok, kiedy Owsiak postanowił odstawić ten swój upiorny cyrk, natomiast dziś wszyscy już widzimy, że od tego czasu owa maskarada stała się powszechnie uznawaną tradycją i nie można sobie wyobrazić dowolnej medialnej relacji z obchodów tego święta, bez próby skierowania naszej uwagi na to, co się dzieje tam, w tym czarnym błocie, kurzu i w tej ludzkiej nędzy. Ale, jak wiemy, przez te wszystkie lata stało się coś jeszcze. Doszło mianowicie do sytuacji, w której tak naprawdę prawdziwie szczerymi i serdecznie zaangażowanymi czcicielami narodowych wartości stali się ci, którzy wcześniej, przez wiele długich lat, na dźwięk słowa „Polska” w najlepszym wypadku wzruszali ramionami, ale też znacznie częściej wykrzywiali twarze w gniewnym szyderstwie. Stoją więc oni dziś przed nami i uznają za stosowne nas pouczać, jak to Polska jest naszą wspólną wartością i że nie wolno nikogo wyłączać z narodowej wspólnoty.
Stoją oni – dokładnie ci sami co wtedy i ci sami co zawsze – kiwają z jak najbardziej szczerą powagą dokładnie tymi samymi co zawsze łbami i mówią nam, byśmy się jednak może zreflektowali i przestali na nich gwizdać i buczeć, bo to naprawdę ani okazja ani miejsce odpowiednie po temu, by urządzać tego typu demonstracje. No i pytają, dlaczego? O cóż wam wszystkim chodzi? Skąd te pretensje? Czym myśmy sobie zasłużyli na takie traktowanie? Czyżbyśmy byli gorszymi Polakami?
I ja przyznaję, że nie jest łatwo na tę bezczelność odpowiednio mocno zareagować z dwóch względów. Przede wszystkim, nie da się zaprzeczyć, że w ogóle nie jest łatwo argumentować, dlaczego pewna część społeczeństwa znalazła się poza jego nawiasem w sensie przynależności definiowanej patriotycznie. Tu jednak też nie jest łatwo odwoływać się do świadectw historii, jako że owa wspomniana wcześniej antypolska kampania nigdy nie była prowadzona na poziomie dosłowności, którą można opisać przy pomocy paru obrazów i kilku zdań. To zawsze raczej chodziło nie tyle o słowa, czy o poszczególne twarze, co o owo wyłażące zewsząd szyderstwo i pogardę. No i też nie jest łatwo wziąć któregoś z nich za ucho i zażądać, by nam opowiedział, jak to on pięć, dziesięć, czy piętnaście lat temu czcił pamięć polskich bohaterów. No a poza tym wreszcie sam temat, jak każdy związany z osobistymi, często skrywanymi głęboko w sercu wzruszeniami, nie nadaje się do publicznego roztrząsania.
Całym szczęściem, ten blog ani nie jest ograniczony żadnymi konwenansami, ani też jego autor nie ma żadnego powodu, by dbać o swoją reputację kosztem prawdy, więc nie widzę najmniejszych przeszkód, by powiedzieć, dlaczego ja nie mam żadnego problemu z ludźmi, którzy od lat, w każdą rocznicę wybuchu Powstania przychodzą tam, gdzie próbują się lansować ci, dla których Polska nigdy nie była niczym więcej, jak zaledwie wstydliwie ukrywaną informacją w paszporcie, i na nich gwiżdżą, wrzeszczą, buczą, a może i plują. I ani mi w głowie, by się tu jakoś szczególnie napinać i w żywe oczy kłamać, że cmentarz to nie jest odpowiednie miejsce do demonstracji. Ile razy bowiem widzę choćby tego oszusta Owsiaka i tę jego sektę, jak bezczeszczą pamięć naszych bohaterskich żołnierzy i widzę tę naszą bezradność, myślę sobie, że tak naprawdę to jest wszystko, co nam zostało: spróbować tam pójść i zagłuszyć ich naszą pogardą.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli komuś przyszło do głowy kupić sobie pierwszy wybór felietonów z tego bloga, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Mamy tu jeszcze kilka egzemplarzy. Dedykacja w cenie.

No i jeszcze jeden, absolutnie wyjątkowy apel. Gdyby komuś akurat zbywało, miał jeszcze w pamięci numer konta, który tu kiedyś umieszczałem, a powyższy tekst uznał za odpowiednio isnspirujący, bardzo proszę o ten jeszcze jeden gest. Miniony lipiec zostawił nas na krawędzi.

niedziela, 19 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.
Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.
Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.
No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.
No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.
No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.
No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.
W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.
Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.

Wszystkich Czytelników zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Sczerze zachęcam.

środa, 10 czerwca 2015

O pięciu latach na pełnym znieczuleniu

Dotarł do mnie właśnie najnowszy numer fantastycznego kwartalnika Diecezji Kaliskiej „Okno Wiary”, z moim tekstem poświęconym piątej rocznicy Smoleńskiej Katastrofy. Czytelnicy tego bloga mogą odnieść wrażenie, że to wszystko już kiedyś czytali, jednak myślę, że warto sobie to wszystko powtórzyć. Zwłaszcza dziś, kiedy nagle za sprawą jakiegoś Stonogi wojna na szczytach władzy weszła w fazę decydującą, sprawy zaczynają gęstnieć tak, że nam już naprawdę nic do tego, a to co wieczne, jak zawsze pozostaje wieczne. Zapraszam.

Od tamtej soboty mija już piąty rok, ale wiemy przecież świetnie, że czas płata różne figle i wcale nie tak rzadko dochodzi do sytuacji, że człowiek kładzie się spać wieczorem, rano wstaje i z przerażeniem widzi, że mijają kolejne tygodnie, a za chwilę miną kolejne miesiące, a ten dzień, kiedy to w smoleńskiej mgle rozbił się samolot z polską szachownicą, a 96 osób znajdujących się w środku, wśród nich Lech i Maria Kaczyńscy, zostali rozszarpani na strzępy, będzie nam stał przed oczami jakby to było wczoraj.
Ktoś mnie zapyta, czemu ja z zawziętością godną lepszej sprawy powtarzam słowa o tej masakrze? Czemu nie mogę normalnie powiedzieć, że oto mijają cztery lata i 11 miesięcy od katastrofy pod Smoleńskiem, albo – skoro już muszę gadać o Prezydencie – nie powiem normalnie, że za miesiąc będziemy obchodzić piątą rocznicę jego śmierci? Czemu ja wciąż mam w głowie te ciała, te porozkradane spinki, skrawki ubrań, zegarki, karty kredytowe? Czemu wciąż, z obłąkanym zawzięciem, wspominam to biedne, zdeformowane do granic wyobraźni szczątki Przemysława Gosiewskiego? Czemu ja wciąż gadam o tej krwi?
Powiem że sam się nad tym zastanawiam i nie do końca wiem, co odpowiedzieć. Najprościej byłoby powiedzieć, że ja wciąż o nich myślę i że każdy kolejny dzień mijający od tego udręczenia, wypełniam głosami, obrazami i wspomnieniami związanymi z tamtymi ludźmi, z tym co się z nimi stało, a nawet i z tymi, którzy po nich zostali. Być może najprościej byłoby powiedzieć, że za tym moim zaplątaniem stoją tamte tak już wydawałoby się stare zdjęcia Ewy Kaczyńskiej w dniu pogrzebu, które wciąż mam zachowane i na komputerze i w telefonie, i wciąż je sobie odświeżam w pamięci. A może to chodzi o to, że ja zwyczajnie o tym dniu i o tych ludziach nie potrafię zapomnieć, ale też zapomnieć nie chcę. Co więcej, ja chcę o nich pamiętać w wymiarze, który uważam akurat tu za podstawowy. A więc w wymiarze który mam ochotę nazywać męczeństwem.
Pamiętam publiczne reakcje jakie wywołała publikacja książki Jarosława Marka Rymkiewicza o warszawskiej masakrze roku 1944, zatytułowanej ‘Kinderszenen’. Pamiętam, że to właśnie w stosunku do niej formułowano tego typu zarzuty, które sprowadzały się do jednego – że Rymkiewicz nurza się w krwi i że to jest chore. Pamiętam, że kiedy czytałem tę książkę, byłem wypełniony niczym więcej jak tylko pełnym wzruszenia uniesieniem, jednak ani nie wiedziałem, skąd ono się bierze, ani też tego wiedzieć nie potrzebuję. Dziś, kiedy myślę o tym wciąż gnijącym w rosyjskim błocie polskim samolocie, wiem, że to jest dokładnie to samo, a ja jestem emocjonalnie zanurzony w tym samym wymiarze, który opisywał w swojej książce o Powstaniu Warszawskim Rymkiewicz. Ale wiem też coś więcej – że wściekłość jaką u niektórych wzbudzały tamte emocje i wściekłość, jaką budzą emocje – przecież nie tylko moje – dzisiejsze, to jest dokładnie ta sama wściekłość. Jest to wściekłość skierowana przeciwko wydawałoby się kompletnie obcej kulturze, czy może wręcz obcej cywilizacji, która nagle przestaje być czymś, co oglądamy przez szybę samochodu, lub przez turystyczną lornetkę, ale która nagle agresywnie wkracza w nasze życie i pokazuje się, jako jak najbardziej alternatywna oferta.
Kiedy dziś słuchamy pełnych oburzenia komentarzy dotyczących politycznych rzekomo źródeł tej tak fatalnie przedłużającej się żałoby, kiedy słyszymy najróżniejszych komentatorów serdecznie ubolewających nad tym, jak to źli, podli i zakłamani ludzie bezwzględnie wykorzystują ból rodzin osób pogrzebanych w podsmoleńskim błocie, kiedy słuchamy apeli o to, żeby wreszcie już skończyć z rozgrzebywaniem tej tragedii, żeby wreszcie zdmuchnąć świeczki, żeby zabrać te zdjęcia, żeby wrócić do normalnego życia, a sprawy zostawić doświadczonym rosyjskim i polskim prokuratorom, mamy naturalną skłonność do tego, żeby sądzić, że za tym wszystkim kryje się polityka. Zwyczajna polityka. Jak zawsze od tylu już lat. I nie tylko za tym, ale za wszystkim. Że nawet jeśli jedni wciąż apelują o to, by wysprzątać tę krew i wydrapać ten wosk, bo boją się, że i ta krew i ten wosk ich w końcu pochłonie, to drudzy wciąż gadają o kwietniowej tragedii, bo w ten sposób chcą zdobyć kilka dodatkowych punktów w sondażach, a ten sposób – bo to jest tylko sposób – wydaje się do tego celu zwyczajnie i po prostu najlepszy.
Otóż nie mam pewności jak jest u innych, ale jeśli idzie o mnie i ludzi mi bliskich, jestem absolutnie pewien, że tu polityka nie ma nic do rzeczy. Gdy idzie o nas, ja po prostu wiem, że ta katastrofa to znak, symbol i doświadczenie, znacznie przekraczające wszystko to, co może nam dać doraźna polityka. To jest właśnie coś na miarę tego opisanego przez Rymkiewicza wybuchu z okupowanej Warszawy roku 1944. Napisałem kiedyś tekst o inwazji protestanckiej pobożności i przy tej okazji znów przypomniał mi się film Mela Gibsona o męce Jezusa i cała ówczesna histeria skierowana pod adresem tego, co Gibson pokazał i w jaki sposób to pokazał. A więc ten jeden stały argument: Po co w ogóle o tym gadać? I to jeszcze gadać w sposób tak nieprzyjemny? To jest właśnie ten sam wymiar. Wcale nie polityczny, ale kulturowy.
Mija pięć lat od katastrofy rządowego tupolewa i od śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Wszystko co się stało przez ten czas, każe mi mieć pewność, że ta śmierć i to męczeństwo nie było wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale że za nimi stała czyjaś podła, najpodlejsza myśl. Ale też wszystko, co się przez te lata dzieje, każe mi się obawiać, że jest całkiem możliwe, że nigdy już się nie dowiem, czy moje podejrzenia są słuszne, czy nie, i że już do końca moich dni, będę skazany na kłamstwa i bezczelne pomówienia. I jest mi oczywiście z tego powodu bardzo źle. Natomiast jest coś znacznie ważniejszego niż to, czy przyczyny tej katastrofy zostaną wyjaśnione, a nawet czy źli ludzie zostaną ukarani, a ofiary tego zła otrzymają swoją sprawiedliwość. Myślę sobie, że z pewnego punktu widzenia, dla mnie i dla wielu ludzi, których znam, najważniejsze pozostaną i tak już tylko te ostatnie sekundy przed ostatecznym końcem tego lotu, myśli i słowa ludzi zgromadzonych w tym jednym, tragicznym miejscu, ten strach, ten ból, ta bezradność i wreszcie ta krew i to cierpienie. Ta – znów muszę wrócić do tego nieszczęsnego ciała Przemysława Gosiewskiego – niewyobrażalna rzeź. Ten znak, ten symbol, ten głos umęczonej Ojczyzny.
Tak więc, to cośmy otrzymali, widzę jako karę i jako dar. I, przepraszam bardzo, ale jeśli dziś się nagle zaczyna coś po tamtej stronie ruszać i ci, co dotychczas patrzyli na mnie z wykrzywionymi w pogardzie wargami, zaczynają coś przebąkiwać o tym, że są wciąż między nami niewyrównane rachunki i przykre zaszłości, to ja ani drgnę, bo pamiętam choćby, jak wtedy, gdy te szczątki wołały o sprawiedliwość, oni sami, albo przepraszali po rosyjsku rosyjskie państwo, albo organizowali wesołe koncerty, podczas których polscy artyści przebrani za sowieckich żołnierzy z czerwonymi gwiazdami, śpiewali również po rosyjsku rosyjskie piosenki, a zapełniony do ostatniego miejsca amfiteatr na te pląsy reagował żywo i z sympatią, i tego już nigdy nie zmieni nic.
„Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co. Czyż nie, panie Jones?”

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki, a przecież nie tylko. Szczerze polecam.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Oddają babci dowód: wszystkie ręce na pokład!

Naprawdę nie trzeba ani specjalnie uważnie obserwować naszej sceny politycznej, ani tym bardziej być tu jakimś szczególnym ekspertem, by wiedzieć, że najpewniej dzisiejszy rok jest ostatnim, kiedy, nie tylko Platforma Obywatelska, ale też przy okazji jej szef, Donald Tusk, odgrywają w tej przestrzeni jakąkolwiek rolę. Czas rządów tych niesłychanych wręcz szkodników – a używając określenia „szkodników”, i tak staram się być bardzo grzeczny i umiarkowany – dobiega końca, a ja sobie myślę, że byłoby bardzo źle, gdyby komukolwiek z nas przyszło do głowy uważać, że to się dzieje dzięki wspólnemu narodowemu wysiłkowi, lub co gorsza, dzięki wyjątkowo skutecznej pracy polityków, członków i przyjaciół Prawa i Sprawiedliwości.
W czym rzecz? Otóż wczoraj rozmawiałem ze znajomym, który jest bardzo dobrze ulokowanym w tak zwanych „źródłach dobrze poinformowanych” i który powiedział mi, że wedle powszechnie przyjętej opinii, podwójne zwycięstwo PiS-u i Lecha Kaczyńskiego w roku 2005 było prawdopodobnie w znacznej mierze zasługą największego i najbardziej od lat wpływowego dziennika „Fakt” i osobiście jego naczelnego redaktora Grzegorza Jankowskiego. Dzięki temu, że niemiecki Axel Springer uczynił redaktorem naczelnym największego polskiego dziennika, a następnie przez wiele lat utrzymał na tej pozycji, człowieka otwarcie deklarującego się, jako polski patriota i człowiek tak zwanej „prawicy niepodległościowej” i dzięki temu, że ów „patriota” cały swój redaktorski wysiłek włożył w to, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało tamte wybory, udało się nam zdobyć te co najmniej kilkaset tysięcy dodatkowych głosów, i zwyciężyć.
Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie chcę tu pisać o Jankowskim, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ci, co go znają osobiście, lub tylko o nim słyszeli od osób lepiej zorientowanych, to co mają wiedzieć, i tak wiedzą, tyle że to akurat nie ma tutaj dla nas żadnego znaczenia. Ja bowiem nie chcę pisać o Jankowskim, ale o tym, w jaki sposób kreuje się społeczne emocje i jak ów proceder potrafi wpływać na losy nie tylko pojedynczych ludzi, ale całych społeczeństw. Jak mówię, wedle opinii osób poinformowanych, zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005 było w pewnym bardzo istotnym stopniu było zasługą polityki niemieckiej grupy Axel Springer. Co to dla nas znaczy? Nie wiem, ale i to dziś nie jest prawdziwym problemem.
Pamiętam tamten czas, bo bardzo wówczas kibicowałem zarówno Prawu i Sprawiedliwości, jak i samemu Lechowi Kaczyńskiemu, ale też – dokładnie z tych samych przyczyn – pamiętam jesień roku 2007, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory, a Polska na tak wiele lat trafiła w łapy owego gangu, któremu na imię Platforma Obywatelska. Pamiętam tamte dni i pamiętam, jak jeszcze może trzy tygodnie przed wyborami dla każdego w miarę zorientowanego w sytuacji obserwatora sceny politycznej było czymś absolutnie oczywistym, że Platforma Obywatelska tych wyborów nie wygra. Dziś oczywiście, czy to skutkiem naturalnego wypierania z pamięci faktów dla nas niewygodnych, czy przez równie naturalny upływ czasu, już nie pamiętamy tamtej sytuacji, ale było tak, że niemal do ostatnich dni przed wyborami, zarówno sondaże, jak i osoby je komentujące, wskazywały, że czy to przez bardzo złą kampanię Platformy, czy przez jakieś tam jednak przywiązanie wyborców do obecnej władzy, Platforma tych wyborów nie wygra.
A jednak wygrała. Jak to się stało? Czy może Axel Springer zmienił redakcję „Faktu”? A może sam redaktor Jankowski uznał, że ta Polska jest jednak do niczego i nie warto w nią dłużej inwestować? Nic podobnego. Rzecz w tym, że pojawiła się osobna siła, która nadzwyczaj agresywnie i skutecznie zdominowała polski rynek opinii, przysparzając, wedle bardzo skromnych szacunków, Platformie Obywatelskiej jakieś 3 milionów dodatkowych głosów, głównie młodych, dotychczas kompletnie niezainteresowanych polityką, ludzi, bez których Donald Tusk ze swoją ferajną byliby nikim. Co to takiego? Już wyjaśniam.
Oto krótko po tamtych wyborach, Jacek Żakowski, reżimowy dziennikarz i komentator, przedstawił tekst, w którym napisał następujące słowa:
„Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.”
W ten sposób ów tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy”. To jedno zdanie bowiem ukazuje cały początek owego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym właśnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym właśnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część, którą i ja tworzę – jest w Polsce odsunięta poza nawias tego właśnie społeczeństwa i tego narodu.
Myślę, że każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie coś innego. Natomiast ja mam w głowie, i to szczególnie dzisiaj, dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007. Oto przed kilku już laty zwróciłem uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie „Fundacja Karola Adenauera”. Pewien ze znanych w Sieci komentatorów napisał tak:
„Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKA http://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.html daremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl. Kliknąłem z ciekawości – i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.pl podaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że 'jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz'. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięciosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta”.
Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można na przykład wejść na stronę owego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idź na wybory”, czy „Schowaj babci dowód”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko, co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
Ja na przykład na stronę FOR zajrzałem, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie państwa, ale tego, co na tym państwie pasożytuje i, co to państwo doprowadza do kompletnej ruiny. I znów czytam tamten tekst Jacka Żakowskiego, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to, co nam zgotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. Z reprezentowanego przez Żakowskiego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w tej rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to, co nam się daje, albo zniknąć.
Tego jednak nie zrobimy. Ani jednego, ani drugiego. Natomiast powinniśmy, jak zawsze zresztą, uczyć się na doświadczeniach. A doświadczenia są takie, że istnieją bardzo potężne siły, które gdzieś obok nas rozgrywają swoje interesy, a my z ich perspektywy mamy być tu albo zaledwie statystami, albo, w najlepszym wypadku, robotnikami na tej czarnej plantacji. Jak ta nasza wiedza i nasza roztropność ma się realizować w praktyce? Moim zdaniem wystarczy, że będziemy mieli oko na takiego Leszka Balcerwicza, a więc oryginalnie drobnego komunistycznego uniwersyteckiego pachołka, potem wiceministra w postkomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego, potem jakiegoś niedomytego pracownika naukowego na SGH, w następnej kolejności grabarza zdychającego postPRL-u w postaci Unii Wolności, a dziś, od kilku już lat autentycznego „kingmakera”, o wciąż nie do końca rozpoznanej proweniencji. Popatrzmy na Leszka Balcerowicza dziś, a więc człowieka, który w roku 2007 doprowadził do zwycięstwa Donalda Tuska i jego czarny gang, a dziś, bardzo dyskretnie, niemniej jak najbardziej stanowczo i bezlitośnie, ów projekt ostatecznie grzebie. I pamiętajmy: Leszek Balcerowicz to nie jest byle kto. Leszek Balcerowicz to ktoś, kogo nam przysłała tamta strona i to przysłała nam nie bez przyczyny. Leszek Balcerowicz wreszcie to nie mąż właścicielki prywatnej firmy o nazwie Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, a przynajmniej nie przede wszystkim. To głównie, a z naszego punktu widzenia, wyłącznie, emisariusz sił, które nas prowadzą do zwycięstwa. Jeśli chcemy, by to zwycięstwo było jednak nasze, dbajmy o to, by o tym ani na moment nie zapomnieć.

Powyższy tekst ukaże się wprawdzie dopiero jutro w wydawanym przez Piotra Bachurskiego tygodniku "Polska Niepodległa", oraz w Salonie24, ale specjalnie dla przyjaciół tego bloga wklejam go już dziś. Powiem szczerze, że mam w tym swój interes. Otóż tak się jakoś stało, że na mój wczorajszy "urodzinowy" apel o wsparcie reakcja okazałe się dosłownie zerowa. Pomyślałem więc, że jeśli spróbuję się Wam trochę podlizać, może coś z tego wyjdzie. No ale zobaczymy. Bardzo w każdym razie proszę!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Michał Figurski już nie lubi Marysi Peszek

W poprzedniej notce, tej z felietonem z „Warszawskiej Gazety”, wspomniałem – swoją drogą, chyba niedobrze, że tylko wspomniałem, bo tak naprawdę to był główny temat i sens owego tekstu – o wywiadzie, jakiego tygodnikowi „Wprost” udzielił człowiek nazwiskiem Michał Figurski. Myślę, że większość z nas wie, kto to taki ów Figurski, na wszelki wypadek jednak krótko przypomnę. Figurski to człowiek, który od lat już wielu, tworząc dziennikarską parę z Kubą Wojewódzkim (o nim też słyszeliśmy), znany jest z tego, że, jak to mówi młodzież, „obsrywa” wszystkie świętości kojarzone z wymiarem tradycyjnie opisywanym przez trzy słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna. Publiczna działalność Figurskiego – podobnie, jak jego biznes partnera Wojewódzkiego – osiągnęła tak znaczący sukces, że ostatecznie w polskiej przestrzeni publicznej, obok być może Kazimierza Kutza, Janusza Palikota ze zgrupowanymi wokół niego onanistami, oraz kilkoma pisarzami, nie ma ludzi w sposób tak jednoznacznie oczywisty identyfikowanymi z antypolską propagandą i prostym zaprzaństwem.
Publiczna działalność Figurskiego i Wojewódzkiego w pewnym momencie osiągnęła ten poziom, że dobrzy ludzie, którzy, jak wiemy, zawsze potrzebują wiedzieć, skąd się bierze to zło, które nas otacza, zaczęli grzebać w historii i znaleźli informacje wskazujące, że Wojewódzki to syn stalinowskiego prokuratora, natomiast Figurski urodził się w Moskwie, jako dziecko komunistycznego urzędnika. O Żydach informacji żadnych akurat już nie było, ale, jak znamy życie, tu też pewne pole manewru się otwiera.
I oto dziś, Michał Figurski, człowiek, o którym można jeszcze niedawno było sądzić, że przez serię bardzo niefortunnych wystąpień, jego kariera ulegnie ostatecznemu załamaniu, a on sam skończy na wysypisku polskiego nie tylko dziennikarstwa, ale w ogóle życia publicznego, udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”, gdzie stwierdził, że dla niego Polska stanowiła zawsze wartość największą, słowo „Ojczyzna” budziła w nim wyłącznie pełne łez wzruszenie, że on każdego 1 sierpnia o godzinie 17.00 staje wyprostowany na baczność, by oddać hołd Powstańcom Warszawy, natomiast gdy już idzie o jego rosyjskie zaszłości, to kiedy pierwszy raz usłyszał o Katyniu poczuł wstyd z powodu swojego – jakże niezawinionego przez siebie – pochodzenia.
A kariera, a Wojewódzki, a te wszystkie skandale? Otóż to był tylko teatr, w dodatku tak naprawdę firmowany nie przez Figurskiego, ale przez Wojewódzkiego, z którym Figurski, owszem, się koleguje, ale tak naprawdę ideologicznie oni zawsze się różnili w niemal stu procentach. Figurski, jak czytamy w rozmowie „Wprostu”, zawsze całym sercem był z Ojczyzną, on nawet kiedyś zadzwonił do swojej przyjaciółki Marysi Peszek i zwrócił jej uwagę, że przy całym swoim dla niej szacunku, on nie jest w stanie słuchać jej piosenki o tym, że ona ma Polskę w dupie. Bo dla Figurskiego nie istnieje jakikolwiek dylemat: gdy dojdzie do wojny Polska – Rosja, on, mimo swojego pochodzenia, korzeni, rodzinnych związków i tego tatuażu wydzierganego cyrylicą na ramieniu, będzie walczył ramię w ramię z polskimi patriotami.
Ktoś mi powie, że mnie ponosi, że są granice absurdu, a moja skłonność do żartów jest na tyle znana, że już nikt nie da się na nią nabrać. Proszę więc uprzejmie; oto cytat:
„Daleko mi do radykała, ale pewne zginąłbym pierwszego dnia wojny. Bez żadnego pomyślunku wyszedłbym walczyć z każdym, kto podniósłby rękę na mój kraj, na moją rodzinę. Za kraj, za ojczyznę. Jestem wielkim fanem Marysi Peszek. Bardzo mnie zabolała jej piosenka: ‘Sorry Polsko, sorry Polsko, wybacz mi, nie przeleję za ciebie ani jednej kropli krwi’. To się kłóci z moim światopoglądem. Zadzwoniłem, powiedziałem jej o tym. Myślę, że patriotyzm trzeba w sobie hołubić. Żal mi, że tak bardzo nie szanujemy polskiej flagi, że patriotyzm sprowadzany jest do pieniactwa i obrzucania się kamieniami na Krakowskim Przedmieściu”.
Czasy są takie, że można uznać, że możliwe jest już wszystko, a oburzać można się na to, że z jakiegoś powodu nie wychodzą nam esemesy, w tym samym już stopniu, co na to, że jakaś zaćpana para ugotowała swoje dziecko w piekarniku, bo uznali, że spłodzili Szatana. W tym świecie występ Michała Figurskiego dla tygodnika „Wprost” może więc wzbudzić już tylko wzruszenie ramion. Ja bym jednak sprawy nie lekceważył. Tu tak naprawdę nie chodzi ani o Figurskiego, ani o Peszek, ani o Wojewódzkiego, ani nawet o Wojciecha Cejrowskiego, o którym Figurski mówi „Wojtek”. Rzecz w tym, że staliśmy się ostatnio obiektem ataku, o jakim wcześniej świat nie słyszał. Chodzi o to, co tak znakomicie w swojej powieści o ludziach i zwierzętach opisał George Orwell. Fikcja się realizuje w świecie realnym, a jak sobie z tą sytuacją poradzimy, zależy już tylko od nas.

Serdecznie wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie przeżyjemy nadchodzącego tygodnia.

czwartek, 29 maja 2014

Czy Staś Tarkowski to głupi cham?

Nie minął chyba jeszcze tydzień od dnia, kiedy uczennica jednego z gorzowskich liceów Marysia Sokołowska rzuciła premierowi Tuskowi w twarz owo straszne słowo „Zdrajca!”, zmuszając go tym samym do ucieczki, gdy służby premiera nie dość że zdołały doprowadzić psychikę swojego szefa do względnej równowagi, to jeszcze zorganizowały mu spotkanie z kolegami i koleżankami Marysi z liceum, jak również z jego dyrekcją i gronem nauczycielskim, podczas którego to spotkania odpowiednio wyszykowana delegacja przeprosiła Premiera za zachowanie uczennicy owej czcigodnej placówki i wręczyła mu kwiaty. Premier ze swojej strony również pokazał, że jest człowiekiem skromnym, wytłumaczył się ze swojego tchórzliwego zachowania sprzed tygodnia, zapewniając, że on by chętnie wtedy z Marysią porozmawiał, ale czas gonił i takie tam, no i w końcu zadeklarował, że choć jest oczywiście wdzięczny za tak miłe powitanie, którego się w najmniejszym stopniu nie spodziewał, to on, mimo że ona go tak brzydko potraktowała, te piękne kwiaty chciał przekazać owej młodej damie… no i w tym momencie usłyszał od samej zainteresowanej, żeby sobie te kwiaty wsadził sam wie gdzie, bo ona od zdrajcy kwiatów nie będzie przyjmować.
I ja oczywiście wiem bardzo dobrze, co się takiego stało. Przez kilka dni z całą pewnością służby pijarowskie Premiera zachęcały go do tego, by pojechał jeszcze raz do tego cholernego Gorzowa, stanął twarzą w twarz z tą idiotką, a oni załatwią to wszystko tak, że obywatelsko bardziej odpowiedzialna część młodzieży najpierw go przeprosi, następnie wręczy mu kwiaty, a on wówczas z godnością przekaże je swojej prześladowczyni, która oczywiście już nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko je od niego przyjąć, i to co miało być Premiera porażką, stanie się jego triumfem. No i wtedy nagle cały plan wziął w łeb, bo wyszło na to, że to dziecko jest znacznie twardsze, niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Twarde w sposób chyba dotychczas w naszej publicznej debacie niespotykany. Ona wykazała zaciętość o takiej sile, że ja osobiście podobnej sobie przypomnieć nie potrafię. Patrzę na nią raz jeszcze, słucham, jak ona dziennikarzom TVN24 opowiada o nieprzyjmowaniu kwiatów od zdrajców i, powiem uczciwie, że jestem porażony. Kiedy ona pierwszy raz się pokazała publicznie, przyznaję, że ją nieco zlekceważyłem. Miałem co do niej szereg różnych podejrzeń, z których najłagodniejsze było takie, że to z jej strony była jednorazowa akcja i że jej na ponowny tego typu atak już stać nie będzie. Dziś widzę, że się myliłem. Za nią stoi najbardziej autentyczne patriotyczne wychowanie i to wychowanie tego rodzaju, które znamy już chyba tylko z patriotycznej literatury.
Już w zeszłym tygodniu, zapytana przez dziennikarza, Marysia Sokołowska powiedziała, że w większości wypadków ludzie na jej gest wrogości wobec Donalda Tuska reagują źle. Większość jej kolegów uważa, że postąpiła głupio i chamsko, podobnie większość nauczycieli i większość znajomych z poza szkoły, a niewymieniony z nazwiska nauczyciel stwierdził nawet, że ona obrażając Premiera, obraziła szkołę. Dziś, jak wszyscy widzimy, ów atak nie dość, że nie łagodnieje, to wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że władza postanowiła Marysię Sokołowską do tego stopnia wbić w ziemię, że ona w końcu się przyczołga do samej Warszawy i w studio na Wiertniczej poprosi o przebaczenie. Telewizja TVN24 posunęła się wręcz do tego, że – prawdopodobnie po to, by ona, a przy okazji my wszyscy, zrozumieli, że żarty się skończyły – zaczęła o niej mówić „Maria”, a nie „Marysia”. Gest dotychczas w tego typu sytuacjach w mediach niespotykany. Dotychczas oni nawet o najbardziej brutalnych młodocianych mordercach nie mówili inaczej jak Arek, Ania, czy właśnie Marysia. Tu mamy – i to z rewolucyjnie żelazną konsekwencją – Marię, a więc zaledwie krok do Marii S. I owszem, jestem pewien, że my to świetnie rozumiemy. Choćby przez to, że znakomicie pamiętamy, jak to jeszcze przed wielu laty pewien dworcowy menel zwymyślał prezydenta Kaczyńskiego i dzięki owej erupcji nieprzytomnej pogardy do wroga publicznego nr 1, stał się na parę tygodni gwiazdą ogólnokrajowych mediów i wręcz narodowym bohaterem. Pamiętamy i widzimy tę różnicę.
A ja wciąż nie mogę się nadziwić, jak wspaniale to dziecko musiało zostać przez swoich rodziców wychowane, jak skutecznie jej wpojono tę prawdę, czym jest dla polskiego patrioty odwaga w głoszeniu tego, w co wierzy, jak wreszcie ona musi być pełna tej miłości do Polski – niezależnie zupełnie od tego, jak rozumianej – by się aż tak zawziąć. I kiedy tak o tym myślę, zaczynam grzebać we wspomnianej wcześniej literaturze i nie mogę odgonić od siebie wspomnienia owej słynnej bardzo sceny z Sienkiewicza, kiedy to Staś Tarkowski staje przed Mahdim i wbrew poradom i przestrogom ze strony ludzi znacznie bardziej od niego doświadczonych, rozsądnych, często naprawdę dobrze mu życzących i z całą pewnością też na swój sposób kulturalnych, oświadcza Mahdiemu, że nie będzie mu służył; że mu się nie pokłoni. Wspominam tamtą scenę i pamiętam, jak Sienkiewicz tłumaczy Mahdiego, że nie kazał Stasia ani zabić za to co zrobił, ani choćby nawet i wychłostać. Zdaniem Sienkiewicza, Staś go przede wszystkim najpierw zaskoczył, a potem trochę swoją postawą onieśmielił. A ja myślę, że było trochę inaczej. Staś mu w gruncie rzeczy zaimponował. Tak jak by zaimponował każdemu wielkiemu przywódcy, który sam, gdyby to jemu przyszło się zmierzyć z podobną sytuacją, też by się nie uląkł. I tym właśnie różni się on od Tuska, który akurat jest niczym, jak kupą strachu przed większymi od siebie i który, jeśli nie kazał Marysi Sokołowskiej za to, jak go potraktowała, sprać po pysku i wyrzucić z wilczym biletem ze szkoły, to wcale nie dlatego, że ona go zawstydziła, albo mu nie daj Boże zaimponowała, ale wyłącznie przez to, że na takie gesty nie pozwala współczesny pijar. Powiem więcej. O ile go znam, to gdyby on tylko mógł, to by ją za to co zrobiła podał do sądu i kazał zaprzyjaźnionemu sędziemu wydać wyrok skazujący. Nie wykluczam, że tej kompromitacji właśnie mogła się przestraszyć owa pracownica Kancelarii Premiera, którą widzimy na filmie pokazywanym przez TVN, gdy próbuje przerwać rozmowę, jaką z Marysią przeprowadza dziennikarz stacji.
A zatem, on by temu dziecku owej zniewagi nie darował. No ale musi trzymać fason. Pozostaje więc już tylko polecić mediom, by do znudzenia powtarzały te dwa słowa: „chamstwo” i „Maria”, „Maria” i „chamstwo” i liczyć na to, że z tego się wylęgną robaki.

Zachęcam wszystkich, którzy lubią odwiedzać ten blog do korzystania z księgarni Coryllusa pod jak najbardziej adekwatnym adresem www.coryllus.pl. Można tam kupić wszystkie moje książki, w tym oba „Toyahy” w cenie bardzo promocyjnej. No i bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy nie pociągniemy. Dziękuję.

czwartek, 27 marca 2014

Dla Ginewry - with love and squalor

Jest w blogowaniu coś, o czym chyba wcześniej nie wspominałem, a co uważam za zjawisko niezwykle ciekawe. Otóż przez to, że teksty te – jeśli tylko to zajęcie traktujemy poważnie – pojawiają się z pewną, niekiedy dość intensywną, regularnością, przychodzi taki moment, kiedy człowiek myśli sobie, że to już chyba będzie owego pisania koniec. Przy tej ilości tekstów i tak przecież ograniczonej liczbie tematów, musi się w pewnym momencie dojść do przekonania, że nie ma takiej możliwości, by nie chcąc się powtarzać, znane nam źródła inspiracji dało się wciąż traktować jako niewyczerpalne. A mimo to lata mijają, a każdy dzień przynosi kolejną refleksję – refleksję naprawdę świeżą i niekiedy nawet całkiem głęboką.
Jak to się dzieje? Otóż, pomijając źródła oczywiste, a więc życie i wszystko to co je otacza, bywa tak, że zainspirować potrafi nawet kolejna notka, czy kolejny stanowiący na nią reakcję komentarz. Dokładnie to przydarzyło mi się wczoraj i dziś. Napisałem tekst o tym, jak to moim zdaniem Michał Kamiński nie był nigdy, a tym bardziej nie jest dziś, jakimkolwiek zdrajcą, ale, wręcz odwrotnie, człowiekiem od początku do końca wiernym swoim przekonaniom i tym, którym owe przekonania mają służyć. Ciekawe w tym było dla mnie to, że mnie by jeszcze dzień wcześniej nawet nie przyszło do głowy, że będę miał ochotę na komentowanie tak zwanego „przypadku Kamińskiego”, a tu nagle wziąłem do ręki najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, przeczytałem zamieszczony w nim tekst Stanisława Janeckiego… i hop! Wszystko nagle nabrało nowych barw.
Mało tego. Napisałem tamten tekst, i kiedy wydawało mi się, że sprawa jest ostatecznie zamknięta, moja koleżanka Ginewra napisała komentarz, w którym zwróciła uwagę, że z tymi narodowymi katolikami musi być coś nie tak, skoro praktycznie każdy z nich, wcześniej czy później okazał się albo agentem, albo idiotą. Powtarzam – każdy. No i w ten oto sposób wiedziałem już, co zresztą natychmiast Ginewrze zapowiedziałem, że zaczynam pisać tekst kolejny. Ten oto, który w tej chwili jest przed nami.
Otóż nie wiem, ilu z nas wie, kim jest Jan Bodakowski, ale ponieważ domyślam się, że takich jest bardzo niewielu, powiem może, że Bodakowski to niezależny publicysta narodowo-katolicki, który sam o sobie na swoim blogu pisze w następujący sposób: „Katolik. Polak. Publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym. Brzydki. Biedny. Niedoceniony. Nielubiany”. I powiem uczciwie, że ja się tu zgadzam niemal z całością tego wyznania, z wyjątkiem może dwóch punktów: otóż ja miałem okazję z Bodakowskim zamienić dwa słowa i uważam, że po pierwsze on wcale nie jest brzydki, ale wręcz przeciwnie, no i nie wyobrażam sobie, by go ktokolwiek nie lubił, bo z tego co zdążyłem zauważyć, to jest bardzo miły człowiek, a miłych ludzi wszyscy z reguły – no może z wyjątkiem ludzi niemiłych, ale my tu takimi gardzimy – lubią.
Natomiast jest coś, co z całą pewnością Bodakowskiemu podczas tej prezentacji umknęło. On zdecydowanie powinien był do tej listy dodać przymiotnik „głupi”. Normalnie, powinien był choćby zastąpić owo w oczywisty sposób kokieteryjnie nieprawdziwe „brzydki” słowem „głupi”.
Czemu uważam, że Bodakowski to dureń? Otóż dziś właśnie przeczytałem w Salonie24 rozmowę, jaką przeprowadził on z kobietą nazwiskiem Anna Raźny, profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, kierownikiem Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych tamże, kiedyś związaną z Radiem Maryja, Ligą Polskich Rodzin i Marszem Niepodległości, a dziś chyba już tylko z ambasadą Federacji Rosyjskiej w Warszawie. Przeprowadził Bodakowski ową rozmowę, fragmenty jej najpierw opublikował – jak najbardziej! – w „Najwyższym Czasie”, a całość już na blogu w Salonie24, a my z niej dowiadujemy się, że pozwolę sobie dokonać odpowiedniego skrótu, że Prawo i Sprawiedliwość to partia zdrady, z Jarosława Kaczyńskiego i jego kumpli katolicy, jak z koziej dupy trąba, na to że w Smoleńsku był zamach nie ma żadnych dowodów, a PiS (niemal cały wywiad jest poświęcony PiS-owi) zamiast poświęcić się krzewieniu przyjaźni między Polską a Rosja, tylko judzi i dzieli oba oddane Bogu i swoim przywódcom społeczeństwa.
Ktoś powie, że ta Raźny to może faktycznie jest jakimś ruskim szpiegiem, a może i nawet osobą psychicznie niezrównoważoną, tyle że co ma do tego biedny Bodakowski, który, jak sam zresztą o sobie napisał, zaledwie „publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym”? Spotkał Bodakowski na swej publicystycznej drodze kogoś, kto mu się wydał ruskim agentem, a że jest autorem świadomym swoich obowiązków, skorzystał z okazji i dokonał wspomnianej popularyzacji wiedzy o świecie współczesnym. Otóż nic z tego. Z rozmowy, jaka została przez Bodakowskiego opublikowana w Salonie24 wynika, że między nim a Raźny panuje pełna zgodność poglądów. Powiem nawet, że gdyby Bodakowski zapomniał swoją kwestię wytłuścić, można by było sądzić, że to nie jest żaden wywiad, tylko zwykły artykuł na temat odwiecznego braterstwa kościołów rzymskiego i wschodniego, które jest brutalnie niszczone przez cynicznych szatanów z Prawa i Sprawiedliwości.
Pyta Bodakowski: „Czy PiS jest partią reprezentującą elektorat katolicki, czy jest partią cynicznie pasożytującą na elektoracie katolickim?” Pasożytującą, odpowiada Raźny.
Bodakowski: „Na ile zaślepienie wyborców PIS jest to wynik technik manipulacyjnych PiS, a na ile przejaw demoralizacji katolików którzy zadowalają się tylko frazesami?” Problemem jest tak zwana szara manipulacja, w której stosowaniu PiS jest mistrzem, wyjaśnia Raźny.
Czy działania PiS są nie tylko formą manipulowania wyborcami w celu osiągnięcia sukcesu politycznego, ale co gorsze, są kreacją fałszywej świadomości katolików, wyuczaniem katolików do akceptowania stanu w którym deklaracje maja się nijak do realnych działań?”, chce wiedzieć Bodakowski. „To partia, która manipuluje nie tylko wartościami chrześcijańskimi, ale również narodowymi, patriotycznymi”, kontynuuje rozpoczętą przez Bodakowskiego myśl Raźny.
„Czy dokonywana przez PiS demoralizacja katolików, sprawia, że dla katolików normalnym staje się stan gdy katolik postępuje niezgodnie z nauczaniem kościoła”, podpowiada temat Bodakowski. „Każda demoralizacja jest naganna, nade wszystko ta, która ma szeroki zasięg – w tym wypadku społeczny i polityczny”, ciągnie przy pomocy swego profesorskiego autorytetu Raźny.
„Czy demoralizowani przez PIS katolicy, ze złamanymi przez PiS kręgosłupami moralnymi, są pootwierani na przyjęcie nowych destruktywnych ideologii takich jak gender? […] Czy Kaczyńskiemu udało się to co nie udało się ani PZPR ani Gazecie Wyborczej?” chce wiedzieć Bodakowski. Ależ oczywiście. „Od kiedy istnieje ludzkość, przykład idzie z góry”.
„Czy rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński, który zakładał budowę Unii na fundamencie odrzucenia chrześcijańskiego dziedzictwa i uprzywilejowaniu mniejszości kosztem chrześcijan?” Od samego początku! Mało tego. To tak naprawdę PiS stoi za promocją tego całego dżender i innego pedalstwa i eutanazji.
Mam nadzieję, że wszyscy mniej więcej wiemy, do czego zmierzam. Mamy tu mianowicie tę całą Raźny z Uniwersytetu Jagielońskiego oraz biednego Janka Bodakowskiego i cóż oni nam takiego przynoszą, czego dotychczas nie przyniósł ani Michnik, ani Tusk, ani Leszek Miller, ani nawet Palikot? Otóż każde jedno słowo, każda jedna myśl wypowiedziana przez Bodakowskiego i odpowiednio rozwinięta przez Raźny stanowi w stosunku do wszelkich znanych nam wcześniej ekscesów jakość zupełnie unikalną. Ani Palikot, ani Miller, ani nawet, podejrzewam, Anna Grodzka, nie byliby w stanie osiągnąć tego poziomu upodlenia. Nawet przy całkowitej utracie zmysłów. A pamiętajmy, że tamci nie dość, że nie są nawet w jednym procencie tak pobożni jak Bodakowski i Raźny, to w ogóle nawet nie wierzą w Pana Boga. Żeby zobaczyć ten rodzaj upadku – wszystko mi na to wskazuje – trzeba było nam dopiero sprowadzić prawdziwych Polaków i katolików. I to jest coś, co mnie wręcz przyprawia o dreszcze.
I nie oszukujmy się. Tu przecież tak naprawdę nawet nie chodzi o tę Raźny, która, jak już wspomniałem, najpewniej jest ruskim agentem, ani o Bodakowskiego, który – bardzo na to liczę – uwzględni i doceni fakt, że jego akurat za agenta nie uważam, ale zaledwie za durnia, ale mam tu na uwadze całą tę formację byłych czy obecnych narodowych katolików, których polityczną reprezentację określają takie postacie, jak Niesiołowski, Goryszewski, Giertych, Zawisza, Piłka, Jurek, obaj Libiccy, Łopuszański, czy dziś też Kamiński… i pewnie mógłbym wymieniać kolejnych, gdyby tylko mi się chciało grzebać w pamięci. Otóż wiele wskazuje na to, że Ginewra, zwracając uwagę na tę czarną prawidłowość, ma jak najbardziej rację. To jest wszystko albo od początku do końca agenturą, albo dowodem na to, że diabłu najwygodniej jest działać w okolicach ołtarza. Albo i jedno i drugie.
Szalenie to wszystko jest moim zdaniem ciekawe, i odpowiednio inspirujące, by zacząć na ten temat poważniejsze rozmowy, a ja już chyba te refleksje zakończę taką w sumie pozytywną refleksją. Bardzo mianowicie dobrze, że my Polacy, choć oczywiście pobożni i jak należy przywiązani do Kościoła, tak bardzo się znowu tym wszystkim nie przejmujemy. Tyle tylko żeby za dużo nie nagrzeszyć i od czasu do czasu się z tego cośmy nabroili wyspowiadać. W przeciwnym wypadku mogłoby się to wszystko skończyć tak, że przy tej pieprzonej demokracji Raźny by została prezydentem, a Bodakowski premierem i wtedy dopiero byśmy dostali do wiwatu.

Proszę bardzo o wsparcie dla tego bloga. Jest wyjątkowo źle i bez Waszej pomocy nie damy rady. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...