Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzależnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzależnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2018

Jak długo można przeżyć bez oddychania i za ile?

       Nie zajmowałem się ostatnio kwestią nie do końca udanej wyprawy na górę o nazwie Naga Parbat, z tego głównie powodu, że ja w ogóle nie bardzo rozumiem, o co tu w tym wszystkim chodzi, a po drugie dlatego, że, z mojego punktu widzenia, są rzeczy dla nas o wiele ważniejsze, niż obsesje parunastu osób. Wczoraj jednak przeglądałem wiadomości na portalu tvn24.p i trafiłem na coś takiego:
      „W niedzielę dwa helikoptery zabrały do Skardu z obozu pierwszego (4850 m) na Nanga Parbat (8126 m) Elisabeth Revol oraz Adama Bieleckiego, Denisa Urubkę, Jarosława Botora i Piotra Tomalę, którzy udali się na akcję ratunkową, by sprowadzić z góry Francuzkę. Polacy musieli z konieczności przebywać w tej pakistańskiej miejscowości, bowiem ze względu na złą pogodę, a głównie silny wiatr w bazie, nie mogli być przetransportowani. W piątek uczestnicy akcji ratunkowej powrócili do bazy pod K2.
    – O godzinie 9.45 naszego czasu do bazy wróciła trójka naszych kolegów, ratowników spod Nangi. Adam, Piotr i Denis czują się dobrze - poinformował Wielicki. Dodał, że z ważnych powodów osobistych musiał wrócić do kraju Botor, ratownik medyczny. –  Czujemy się świetnie. Dziś na szczęście była pogoda umożliwiająca przylot kolegów, ale niestety prognozy są takie, jakie są. Kiedyś były lepsze, teraz się pogorszyły – przyznał rano na antenie TVN24 Wielicki. – W nocy ma się zwiększyć siła wiatru. Niestety, na sześciu tysiącach metrów znowu będzie wiało. Nie wróży to dobrze – podkreślił kierownik narodowej wyprawy na K2”.
       Otóż ja pamiętam, jak to się wszystko zaczęło. Jeszcze w listopadzie czy w grudniu media ogłosiły, że polscy himalaiści będą atakować jakąś górę, tyle że tym razem chodzi o to, by tam wejść w zimie, podczas morderczego zimna i wiatru, najlepiej nocą, no i bez wspomagania tlenowego, a ja już się tylko zastanawiałem, czemu oni do tego wszystkiego nie dodali jeszcze opcji „w stanie upojenia alkoholowego”. W końcu informacja, że polscy alpiniści weszli na najwyższą górę świata w nocy, w mrozie, z ograniczoną możlowiością oddychania, oraz na kompletnej bani, brzmiałaby wyjątkowo ciekawie. 
       A w tej sytuacji ja mam taką refleksję. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, tu niedaleko miejsca gdzie mieszkam, znajduje się tak zwany Park Kościuszki. Park Kościsuszki to – pomijając moje Sławatycze nad Bugiem – miejsce dla mnie kultowe. Od dnia, kiedy pojawiłem się na tym świecie, przez moje dzieciństwo, młodość, ojcostwo, do dziś, kiedy wyprowadzam tam psa mojej córki, Park Kościuszki, to w pewnym sensie moje życie. Załóżmy więc, że ja nagle oszaleję i postanowię, że, z miłości do tego cudownego miejsca, postanowię tam dzień w dzień, z samego rana, zachodzić, a następnie biegać w kółko, najszybciej jak mogę, przez 12 godzin po tych alejkach, aż, kiedy już zacznę umierać z wyczerpania i trzeba będzie po mnie wysyłać karetkę pogotowia, i odwozić do szpitala. No i wyobrażmy sobie, że kiedy już po raz dziesiąty ratownicy medyczni mnie stamtąd wyciągną i z sukcesem podłączą do sprzętu ratującego życie, tak by pozwolić mi bezpiecznie wrócić do mojej dotychczasowej pasji, to ja to co się stało skomentuję słowami: „Czuję się świetnie. Dziś na szczęście na drodze nie było takich korków, by uniemozliwić przyjazd karetki na czas, ale nie było łatwo. Kiedyś było lepiej, teraz się pogorszyło, no bo sami pańswo wiecie, ile teraz wszędzie jest tych samochodów. Obiecuję jednak, że następnym razem postaram się biegać z ustami i nosem zalepionymi specjalną taśmą”.
       Ktoś mi powie, że to jest typowa demagogia, bo himalaizm to nie jest jednostka chorobowa, lecz zwyczajny sport, taki jak choćby skakanie na nartach. Otóż nie. Oczywiście, ja zdaje sobie sprawę z tego, że zawsze i wszędzie jest jakis element ryzyka, ale nie przypominam sobie, by Kamil Stoch – ale przecież nie tylko on, lecz którykolwiek sportowiec, choćby i Robert Kubica – ile razy stawał na starcie ogłaszał, że oto właśnie przyszedł moment, kiedy decyduje się sprawa jego życia i śmierci. Nie umiem sobie przypomnieć żadnej innej dyscypliny sportowej, gdzie główna myśl treningowa sprowadza się do tego, by udało się dokonać czegoś tak szczególnego, czego nikt wcześniej nie przeżył, bez przynajmnijej akcji ratunkowej.  Przepraszam bardzo, ale co byśmy powiedzieli, gdyby nagle Kamil Stoch ogłosił, że, ponieważ mu się dotychczasowy system skakania znudził, on będzie z tych 200 metrów leciał do góry nogami, a w ostatniej chwili spróbuje się przekręcić i wylądować na nogach. A na wypadek, gdy mu coś nie wyszło, on bardzo uprzejmie prosi, by Ministerstwo Sportu sfinansowało mu nastawianie kręgosłupa, bo – sami państwo rozumieją – żona i dzieci potrzebują ojca, a poza tym on by chciał jeszcze sobie poskakać.
      Ja wiem, że ci wszyscy himalaiści to mała – i wcale nie jedyna – grupka w istocie rzeczy ludzi cieżko uzależnionych, a my nie mamy za bardzo sposobu, by im powiedzieć, że jeśli mają ochotę się bawić, niech się bawią na swoją odpowiedzialność i swój koszt. W końcu, gdy człowiek jest chory, czy, tym bardziej, umierający, polskie państwo ma psi – a więc w tym wypadku, konstytucyjny – obowiązek mu pomóc i to niezależnie od tego, czy on popadł w tarapaty przez niefortunny los, czy dlatego, że tarapaty to jego pasja. Jednak sytuacja, w której ci dziwni ludzie nie dość, że aspirują do tego, by się stać bohaterami naszej narodowej i państwowej świadomości, to jeszcze z figlarnym uśmiechem komunikują nam, że „czują się świetnie”, robi wrażenie jakiejś farsy. Tak to się chyba nazywa? Farsa?
      I ja dziś tylko w tej sprawie. Żydzi dziś poradzą sobie bez nas. Goje też.


Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co słychać w Sieci?

Znaczna część mojego doświadczenia życiowego pochodzi z okresu, kiedy to jeszcze pracowałem w szkole. Wydaje mi się, że, pomijając pracę księdza, który siłą rzeczy, przez ciągły kontakt z ludźmi, choćby w czasie regularnych spowiedzi, wie o życiu niemal wszystko co wiedzieć o życiu można, tylko praca nauczyciela daje porównywalną wiedzę o wielkości i nędzy człowieka. No może jeszcze tylko bycie lekarzem pozwala sięgnąć aż tak głęboko, choć lekarz siłą rzeczy ma kontakt z ta raczej ciemną strona naszego życia, a zatem tylko z jej częścią.
Oczywiście, nie twierdzę tu, że bycie księdzem, nauczycielem, czy lekarzem cokolwiek nam gwarantuje. W końcu, tak naprawdę i tak wszystko się rozbija o naszą chęć do otworzenia się na innych ludzi, z ich troskami i radościami, i kiedy tej chęci zabraknie, równie dobrze można na to wszystko machnąć ręką. Ale, jak mówię, szansa zawsze jest. I tylko od nas zależy, czy ją wykorzystamy.
Pracowałem więc swego czasu w szkole i pewnego dnia pojawiła się w sekretariacie pewna pani. Osobiście jej nie spotkałem, ale sprawę mi dokładnie przedstawiono. Otóż była to mama jednego z uczniów, a przyszła ona do szkoły w takiej oto sprawie, że jej syn nie jest w stanie rano wyjść z domu do szkoły, bo siedzi przy komputerze i nie ma sposobu, by go od tego komputera odciągnąć. Rzecz tym, że ile razy ona, czy ojciec chłopca próbują go jakoś zmusić do tego, by on poszedł do szkoły, on dostaje takiego szału, że oni nie są w stanie walczyć. Przyszła więc ta pani do szkoły z bardzo niecodzienną prośbą. Czy nie istniałaby taka możliwość, by oni przywieźli ten komputer do szkoły i postawili go gdzieś w sekretariacie, czy w gabinecie dyrektora, tak by ich syn miał poczucie, że jego ulubiona zabawka jest blisko, i w ten sposób czuł się bezpieczniej.
Ja wiem, że ta historia brzmi jak fikcja, ale daję słowo, że jest prawdziwa. To się autentycznie zdarzyło i to zdarzyło dokładnie tak jak ja tę sprawę relacjonuję. Ktoś powie, że ci rodzice to jakieś kompletne bałwaństwo, a więc nie ma o czym mówić. Otóż nie. Mama była lekarzem, a ojciec prawnikiem w bardzo poważnej rządowej instytucji, a więc nawet jeśli ktoś sądzi, że bycie lekarzem, czy prawnikiem niczego nie gwarantuje, faktem jest, że to była normalna – przynajmniej w sensie przyjętym powszechnie – rodzina. Osobiście tego ucznia nie znałem. To znaczy, uczyłem klasę, do której on teoretycznie chodził, natomiast jego widziałem być może dwa czy trzy razy, i nawet wtedy trudno mi nawet było sobie przypomnieć, jak on wyglądał. Mama została przekazana szkolnemu pedagogowi, który poradził jej, by póki to dziecko nie skończyło jeszcze 18 roku zycia, skierować go na leczenie psychiatryczne, bo sytuacja jest dramatycznie zła, i to już jest ostatni moment, by cokolwiek zrobić. Za rok, kiedy on będzie osobą dorosłą, a więc decydującą o sobie, jego rodzina nie będzie miała już żadnego ruchu. Więcej już tego chłopca nie widziałem.
Jak wiemy, są różnego typu uzależnienia, i, jak to bywa z uzależnieniami, nigdy nie jest tak, że na nich wszystko się zaczyna i kończy. Chodzi mi o to, że jeśli ktoś chleje, czy pali marihuanę, to jego problem nie sprowadza się do tego, że on chleje lub pali marihuanę, a poza tym wszystko jest tak jak trzeba. Rzecz w tym, że to szaleństwo jest zaledwie pierwsza kostką z tego domina, która uruchamia całą resztę. Jeśli ktoś jest nałogowym pijakiem czy narkomanem, mowy nie ma o zwykłym życiu na każdym innym poziomie. Podobnie zresztą z wszystkimi innymi nałogami. Człowiek uzależniony od seksu przestaje być człowiekiem w takim sensie, w jakim w przebłyskach świadomości z pewnością chciałby być. Człowiek tracący wszystkie swoje pieniądze w kasynie, ktoś kto gromadzi niepotrzebne rzeczy do tego stopnia, że nie jest w stanie swobodnie poruszać się po swoim mieszkaniu, ci z nas, którzy jedzą zbyt dużo, lub nie jedzą w ogóle – oni wszyscy mają problem znaczne szerszy, niż tylko ten sprowadzający się do ich małej prywatnej obsesji. Podobnie jest z komputerem. Nałóg to nie fantazja i hobby. Nałóg to psychiczna choroba. Choroba straszna.
Niedawno, przy okazji, tak się złożyło, Euro2012, otrzymałem od pewnego naszego kolegi link do kilku zdjęć, na których widać prezydenta Komorowskiego plus towarzyszących mu polityków na trybunie stadionu we Wrocławiu, kibicujących w minioną sobotę reprezentacji PZPN w meczu przeciwko Czechom. Chodziło o to, by mi pokazać, jak to Wałęsa ma szalik na stałe ułożony tyłem do przodu, a Komorowski z kolei został zaopatrzony w taki egzemplarz, by w żadnym możliwym ustawieniu, nie narażał się na kpiny. Ja jednak zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż wśród tych wszystkich naszych celebrytów, siedzi Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki. I na każdym z tych zdjęć on nie ogląda meczu, natomiast gapi się w tablet, który ma uruchomiony przed sobą. Oczywiście biorę pod uwagę, że to wszystko jest zaledwie niefortunny przypadek, i że Pawlak przez większą część meczu patrzył na boisko, jednak ta myśl nie przychodzi mi zbyt łatwo. Problem bowiem w tym, że reporterowi, który robił te zdjęcia, zdecydowanie nie chodziło o to, by pokazać Pawlaka, że jaki to bałwan, zamiast oglądać mecz bawi się na Internecie, lecz tych co siedzieli nad nim, a więc Komorowskiego i Wałęsę. Pawlak, wygląda na to, znalazł się tam za każdym razem przypadkiem. I za każdym razem, zamiast oglądać mecz, siedział w Sieci.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ja miałem okazję ostatnio widzieć Pawlaka w akcji kilkukrotnie. Raz w programie Rymanowskiego „Kawa na ławę” , drugi raz na jakiejś wspólnej konferencji prasowej z Tuskiem, no i teraz na tym meczu. Za każdym razem, on miał przy sobie ten tablet. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie owa konferencja. Tusk coś mówił, tymczasem Pawlak coś tam w tym swoim urządzeniu grzebał. Ja nie żartuję. To własnie tak wyglądało. Jest ta estradka, na niej stoi Tusk, obok Tuska Pawlak, przed nimi kamery i dziennikarze, Tusk coś mówi, a Pawlak siedzi w necie. Później pada pytanie do Pawlaka, Pawlak odkłada na moment ten sprzęt, coś gada, by za chwilę znów wrócić do Sieci.
Otóż jestem głęboko przekonany, że Waldemar Pawlak jest od Sieci uzależniony. Jestem pewien, że to nie jest tak, jak od czasu do czasu lubią powtarzać media, że premier Pawlak to fan Internetu. To w ogóle nie chodzi o to, że Pawlak to taki mistrz techniki, że podczas gdy inni jego koledzy wiedzą zaledwie jak wysłać i odebrać maila, to on wie znacznie więcej, Sprawa polega na tym, że Pawlak z Internetem się zjednoczył. On i Internet stali się jednym. I to stali się jednym nie tak, że on, kiedy wraca do domu, pędzi od razu do komputera i gra w jakieś gry. On stał się z Internetem jednym w taki sposób, że on już go nosi ze sobą do pracy. I nie czuje już nawet przy tym wstydu. On jest jak tamta mama, która przyszła do dyrekcji mojego liceum i zapytała, czy ona mogłaby przywieźć tam komputer swojego dziecka.
I proszę to zrozumieć. Tu nie ma żartów. To nie chodzi o to, byśmy się dziś wszyscy pośmiali z Waldemara Pawlaka. Tu nawet nie chodzi o to, byśmy sobie porozmawiali o tym, jak to ważny minister, który ma tyle ważnych spraw na głowie, prawdopodobnie nie jest nawet w stanie kontrolować swoich obowiązków. I że przez to Polskie Państwo jest w takiej zapaści. Problem jest gdzie indziej. Otóż rzecz w tym, że Waldemar Pawlak – wicepremier w polskim rządzie – prawdopodobnie cierpi na bardzo ciężką chorobę psychiczną, i przez ową niesłychaną polityczną pętlę, której nie sposób ruszyć, nie ma sposobu, by nie dość że nie móc cokolwiek z tym zrobić, to nawet nie ma jak o tym rozmawiać.
Ja wiem, że widok Waldemara Pawlaka z tym tabletem może być trochę zwodniczy. Właśnie przez to, że ten obraz w ogóle nie wygląda groźnie. Zawsze bowiem można sobie powiedzieć to, co napisałem wyżej. Że on zwyczajnie lubi Internet i się na nim zna. I tyle. Jednak jeśli, tak jak wcześniej zasugerowałem, jest to uzależnienie, to równie dobrze możemy nagle zobaczyć przed sobą któregoś z innych ministrów, pijanego w sztok, przewracającego się i śpiewającego jakieś pijackie piosenki, lub innego, zgiętego w pół, zaćpanego na śmierć… i to co naprawdę przeraża, to fakt, że podobnie jak w przypadku Pawlaka, nikt nawet nie piśnie jednego słowa, które mogłoby zaświadczyć, że coś jest nie tak.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie obu moich książek, dostępnych w księgarni Coryllusa, a anonsowanych ciut wyżej, po prawej stronie. Naprawdę warto. Dziękuję.

sobota, 3 kwietnia 2010

O ręce co gasi świece



Obiecywałem sobie nie pisać już nic przed Świętami z dwóch, a właściwie z trzech, powodów. Pierwszy to taki, że się pochorowałem i nie spodziewałem się, że do niedzieli dojdę do siebie. Po drugie, nasz ksiądz udzielił nam już pięknej nauki o świecach dla Jezusa, i wydawało mi się, że dobrze będzie z tymi świecami pozostać. No i wreszcie trzeci powód był taki, ze – nie wiem dlaczego – ale pomyślałem sobie, że może będzie dobrze, jeśli tekst o sieciowych dziwadłach powisi przez Święta, zwłaszcza, że i komentarze były mocno do rzeczy i w ogóle wydał mi się on sam wart uwagi. No i nie powisiał. Ja przy okazji wydobrzałem, a lekcja Księdza http://toyah.salon24.pl/166898,o-pewnych-ograniczeniach-no-i-o-nas#comment_2368487 została przesłonięta inną nauką – wprawdzie nie o świecach, ale o tej ręce, która świecę gasi – lekcją, która wdarła się tu zupełnie niespodziewanie, jak mroczny uzurpator i wręcz zażądała tego świadectwa.
Mówiąc lekcja, ani nie kpię, ani nie ironizuję, ani nawet nie przesadzam. Już sam jej tytuł podkreśla to jasno: Pan Maciej kupił Chryslera, czyli lekcja na Wielki Piątek. Wspomnianej lekcji, lekcji na Wielki Piątek, udzielił nam nasz salonowy kolega Rybitzky http://rybitzky.salon24.pl/167306,pan-maciej-kupil-chryslera-czyli-lekcja-na-wielki-piatek.
O co poszło? Bardzo krótko. Gazeta Wyborcza opublikowała reportaż – pod niezwykłym przez swoją grozę nagłówkiem Witamy w Polsce – o człowieku, który beznadziejnie zadłużył się w bankach, a ponieważ w pewnym momencie – momencie, który wielu z nas dobrze zna – jego sytuacja finansowa raptownie się pogorszyła, bankowi windykatorzy zaczęli go nękać ponad to co on mógł znieść, więc nie wytrzymał i zrobił to, co zapowiedział w następujący sposób w liście:

"Ostatnią ratę w Cetelem Banku zapłaciłem 5 listopada. Na dalsze spłaty nie mam. Eurobank i Getin Bank stale dzwonią i przypominają o ratach. Nie mam pomysłu, jak rozwiązać ten problem, jak powiedzieć rodzinie, że wszystko straciłem.
Straciłem chęci do życia. Nie widzę innego wyjścia niż popełnienie samobójstwa, co też się stanie w dniu dzisiejszym (chyba że znajdę 350 tysięcy, bo próby wygrania w Lotto z oczywistych powodów zawiodły).
Zażyję 70 tabletek luminalum 100 mg i 20 relanium - z Internetu wiem, że wzmacniają jego działanie. Relanium i luminal całkowicie legalnie uzyskałem wczoraj. Na wszelki wypadek wpuszczę spaliny do samochodu. Potrzebny zestaw rurek kupiłem za pomocą karty Cetelem Banku.
Jeszcze raz przepraszam.
Samobójstwo popełnię w samochodzie w lesie za wsią Rydzyny - mam z nią związane miłe wspomnienia z dzieciństwa. Do listu dodaję jako dowód karty kredytowe, umowy kredytów i dowody spłat.
Zostawię niepracującą żonę i córkę, która pracowała w mojej firmie, a teraz tę pracę straci. Zostanie również siedem psów."
Kto ma ochotę czytać całość, proszę bardzo. Można tam znaleźć wszystko. I tego człowieka, ale też i jego żonę, jego dom, jego szaleństwo, jego marzenia, jego naiwność, jego smutki, a także – jeśli kogoś to interesuje – całą paletę nazw przeróżnych, świadczących dobre usługi ludziom w potrzebie, banków. Rybitzky podaje link, można z niego skorzystać. Ja przyznaję, że nie dałem rady przejść przez całość, bo zwyczajnie bałem się, że mi serce pęknie. Natomiast, owszem, mogę zacytować jeszcze jeden fragment:

„Co roku w Polsce dochodzi do 5,5 tys. samobójstw. Coraz więcej "z przyczyn ekonomicznych". - Problem pojawił się już w latach 90., ale wtedy na taki krok decydowały się osoby bardzo ubogie, na przykład matka niemogąca wykarmić dzieci. Dziś większym i narastającym problemem są długi - mówi Włodzimierz A. Brodniak, socjolog medycyny z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. - Stajemy przed wielkim problemem. Nie jesteśmy przygotowani do pomocy ludziom, którzy wpadli w pętlę zadłużenia.
Samobójstw z tego powodu może być nawet ponad sto rocznie! - A prób samobójczych jest co najmniej dziesięć razy więcej niż tych skutecznych - dodaje socjolog.
"
Rybitzky przeczytał ów tekst, a ponieważ był już w nastroju wielkopiątkowym udzielił nam swojej lekcji, która – przyznaję uczciwie –zaskoczyła mnie czymś czego uważam, że nie mogłem się spodziewać. Ja świetnie wiem, jak się zmienia społeczna wrażliwość w miarę upływu lat i w miarę przesunięć pokoleniowych. Niedawno jeszcze na tym blogu załamywałem ręce nad upadkiem podstawowej wrażliwości wśród tak zwanych młodych liberałów, gdy ci z najwyższą pogardą spoglądali na coraz większe tłumy kompletnie niezaradnych współrodaków, którzy nie dość, ze nie potrafią sami o siebie zadbać, to jeszcze kierują w tej sprawie bezczelne pretensje do portfeli tych, dzięki którym przecież w ogóle jeszcze jako tako potrafią związać koniec z końcem. Chodziło mi o tych bardzo przebiegłych obywateli, którzy własną piersią będą bronić właścicieli seks shopów, sklepów z dopalaczami, producentów niezdrowej żywności, czyli tych wszystkich przedsiębiorczych Polaków, którzy się dorabiają na krzywdzie słabszych, w ich prawie do prowadzenia nieskrępowanej działalności, natomiast z najwyższą pogardą patrzą na ofiary tych biznesów, no bo ja, mój drogi mam swój rozum i wiem ile można brać. Wydawało mi się wówczas, że zjawisko tego typu, o tak niebywałym poziomie, nawet nie społecznego, ale ludzkiego egoizmu, choć wołające o pomstę do nieba, jest jednak jakoś ograniczone. Że to oczywiście idzie młodość, w dodatku młodość szczególnie nacechowana, ale świat pewnych wartości – a więc wartości konserwatywnych, chrześcijańskich, podstawowych wartości ludzkich – pozostaje tu nietknięty. Teraz się okazuje, że nic podobnego. Ten podział leży kompletnie gdzie indziej. Jeśli ktoś chce wiedzieć, to powiem – on leży na poziomie naszych mniej lub bardziej nieczystych sumień. Ale ja i tak nie o tym.
W swojej wielkopiątkowej nauce, którą uznał za stosowne nam wygłosić, Rybitzky nie zajmuje się ani tym jakże wydawałoby się ciekawym – wręcz wołającym o osobny wpis – nadtytułem Gazety „Witamy w Polsce” – a więc być może prawdziwymi intencjami tych państwa z Agory – ani też cytowaną wyżej informacją tego socjologa, ani tymi bankami i ich rolą w uzależnianiu ludzi od swoich dobrych usług, ani nawet czymś tak pozornie oczywistym, co przecież z całą pewnością wzruszyłoby nawet deskę klozetową na dworcu w Chotyłowie, jak opis ostatniego weekendu, który ten nieszczęsny człowiek urządził swojej żonie, a który ona wspomina jako najpiękniejszą wycieczkę w życiu. Nawet tych kanapek, tego ostatniego pocałunku, tego ostatniego gestu ręką. Nic. Nasz wielkopiątkowy kaznodzieja wylał z siebie całą ludzką złość, jaką wzbudził w nim ten nieżyjący dziś już człowiek. Po prostu złość. Rybitzky w swoim tekście – bardzo króciutkim zresztą – albo używa w stosunku do niego protekcjonalnej formy „pan Maciej”, albo – i to już najczęściej – go po prostu lży. Słowa ‘idiota’ w stosunku do zmarłego używa trzy razy. Raz też pisze o nim, że był „głupi”, raz że „chory”, a raz, że cierpiał może na „chorobę psychiczną”. W każdym razie, zdaniem Rybitzkiego nic z tego nie daje nam nawet powodu, żeby się kimś takim w ogóle zajmować. Gdyby ktoś miał wątpliwości, niżej w komentarzach Rybitzky, ku aplauzowi części komentatorów, prawdopodobnie – co zresztą sam sugeruje – z tak zwanego Pokolenia JP2 – doprecyzowuje swoje stanowisko:

„Ja jestem bardzo empatycznym człowiekiem. Lecz nie bardzo rozumiem, czemu mam żałować człowieka, który najpierw oddał się chciwości, a następnie tchórzliwie pozbawił się życia - zostawiając żonę ze swoimi długami”.
On, owszem, współczuje żonie i jej nienajlepszej dziś sytuacji finansowej, ale temu idiocie? Bez przesady!
Ciekawy jestem tylko, czy ta pani, albo ich córka, miała to szczęście, żeby zapoznać się z tymi szczególnymi wyrazami solidarności. Myślę, że jak i mnie już dopadną, to moi Rybitzkiego z pewnością chętnie poczytają. W ramach tek zwanej terapii ciemnością.
Niedawno zdarzyło mi się tu dojść do bardzo przykrego wniosku, że między pewną odmianą prawicowo-katolickiego-konserwatyzmu, a narodowym socjalizmem jest bardzo cienka linia. Że nawet nie musimy się wgłębiać w sam przekaz, ale wystarczy spojrzeć w te oczy, wsłuchać się w ton głosu, rzucić okiem na te czoła, ale jednak przede wszystkim w te zimne oczy ludzi zadowolonych i pewnych swego, żeby dostać dreszczy. Poczułem je i czytając ową wielkopiątkową naukę, jakiej udziela nam Rybitzky i komentarze ludzi, których znam dziś nieco lepiej niż jeszcze wczoraj. Jaka to nauka? Podwójna. Pierwsza jest skierowana do wszystkich potencjalnych idiotów, takich jak ten „pan Maciej” – należy przede wszystkim „sprzedać mieszkanie lub domek”, a przede wszystkim „odbyć poważną rozmowę z żoną”.
Druga jest już do nas. Na ten miniony już Wielki Piątek. Ona wprawdzie jest nie do końca językowo przejrzysta. Prawdopodobnie, pisząc swój tekst, Rybitzky również czuł swoisty dreszcz i się troszkę potknął. Ale cytuję wiernie:

„Ale w sumie to dobrze, iż z historią pana Macieja możemy się zapoznać właśnie w Wielki Piątek. Dzięki niej możemy dostrzec, gdzie prowadzi życie egoistyczne, skoncentrowane na konsumpcji i pozbawione jakiejkolwiek refleksji”.
Właśnie tak. Życie egoistyczne. Życie pozbawione refleksji. Ktoś chyba zgasił świeczkę.
Powiem Panu, że poważnie myślę, żeby pieprznąć tym całym PiS-em. Jakoś tak się zrobiło niezręcznie, wie Pan?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...