Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żelewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żelewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2011

Chip w każdym domu, czyli cała władza w ręce Rad

Od jakiegoś już czasu żyjemy – choć ostatnio, oczywiście, jakby mniej – informacją o tym, jak to żona Jacka Kurskiego została pozbawiona prawa do pracy, nawet nie przez to, że przedstawia poglądy niezgodne z zaleceniami reżimu, ale wyłącznie z tego powodu, że jej mężem jest człowiek o poglądach niesłusznych. Ma się rozumieć, wiadomość ta zelektryzowała na pewien czas zarówno media, jak i część opinii publicznej, i w sposób naturalny, pojawiły się głosy potępienia skierowane zarówno pod adresem szefa pani Kurskiej, niejakiego Żelewskiego (imienia brak), który zademonstrował tak gorliwą wierność w stosunku do swoich panów, jak i pod adresem samych panów, za to, do czego oni sami doprowadzili przez te cztery lata.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że reżim zachował w tej sprawie dyskretne milczenie, myli się. Obrona owych totalitarnych praktyk idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to taki, że to co się stało, to zaledwie indywidualny wybryk jednego człowieka, który nie świadczy o niczym, jak tylko o tym, że wciąż przed nami wiele do zrobienia. Drugi natomiast polega już tylko na tym, by jak najczęściej wymieniać nazwisko ojca Tadeusza Rydzyka i nazwę Prawo i Sprawiedliwość we wszystkich dotychczas sprawdzonych kontekstach, i liczyć, że i tym razem wszystko zagra jak należy.
Mam jednak wrażenie, że przy tym wszystkim, zapominamy o paru bardzo istotnych szczegółach całej sprawy, i to zarówno po jednej stronie konfliktu, jak i po drugiej. Otóż wspomniałem wyżej o czterech latach. I nie bez powodu. Bo uważam, że kwestia tych owych lat jest tu niezwykle ważna. Otóż pani Kurska pracowała w swojej firmie jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości, a należy pamiętać, że firma ta w tamtych czasach – podobnie jak zresztą przez wiele lat wcześniej – pozostawała niezmiennie pod bezpośrednią władzą Platformy Obywatelskiej. Nie ulega przy tym wątpliwości, że wtedy, jeszcze zanim urodziła dziecko i poszła na urlop, najpierw macierzyński, a potem wychowawczy, poglądy jej męża – a niewykluczone że jej też – nie podobały się ludziom zarządzającym jej firmą. Tyle że przez te cztery lata, zmieniło się tyle, że kiedy ona nagle wróciła do pracy, nie mogła nie zauważyć, że już nie jest człowiekiem w tradycyjnie w cywilizowanym świecie rozumianym znaczeniu. Wróciła do pracy i zobaczyła, że naprzeciwko siebie ma już tylko stado wilków. A ona już nie ma żadnych praw.
Ale wydaje się, że ona po tych czterech latach musiała zauważyć coś jeszcze. Że ta stara nienawiść, którą ona musiała przecież znać jeszcze z dawnych lat, jest już jedynie melodią przeszłości. Że dziś już nie ma mowy o nienawiści. Dziś już tylko dochodzi do zimnej, wyrachowanej eksterminacji. Nie jest już tak, że ona przychodzi do pracy, a wszyscy na nią patrzą i myślą sobie: „No patrzcie, przyszła ta pisuka”, i wracają do swoich zajęć. Nie jest też tak, że ona prosi koleżankę zza biurka naprzeciwko o gumkę, czy ołówek, a ta jej mówi, że jej nie da, bo akurat bardzo potrzebuje, i że jak chce, to niech się zwróci o przysługę do Kaczyńskiego. Dziś ona przychodzi do pracy, a oni patrzą na nią z wytrzeszczonymi oczami i krzyczą: „Won!”.
I to jest właśnie coś, co się stało przez te lata. Nienawiść zmieniła się w pragnienie eliminacji. I dobrze, jeśli to się odbywa na poziomie urzędowym. A więc tak jak to się odbyło w omawianym przez nas przypadku. Szef pani Kurskiej wzywa ją do siebie i mówi, że ze względu na polityczne poglądy jej męża, ona nie może pracować w poważnej i szanującej się firmie, bo taka sytuacja wiąże się z bardzo poważnym konfliktem interesów. Nie jest też jeszcze najgorzej, jeśli on, na poparcie tych swoich słów, przedstawi jakiś papier, z którego będzie wynikało, że wedle najnowszej uchwały Rządu, tego typu decyzja, polegająca na pozbawienia pani Kurskiej prawa do pracy, jest jak najbardziej zgodna z prawem, a nawet dobrym obyczajem. Tu zawsze można się odwoływać, lub zaistniałą sytuację merytorycznie krytykować. Ja natomiast znam już z własnego doświadczenia poziom znacznie jeszcze bardziej zaawansowany rozstrzygania tego typu „konfliktów interesów”. Nie na podstawie decyzji prezesa, ani treści jakiegoś dokumentu, lecz przy pomocy samych ludzi i ich obywatelskiego zaangażowania.
Pisałem o tym już wcześniej tu na blogu, nadając temu zresztą bardzo moim zdaniem celny opis „Cała władza w ręce Rad”. Mówiąc krótko, chodziło mi o to, że zgodnie z filozofią Nowego Państwa, w celu ekonomicznego sterroryzowania ewentualnych przeciwników władzy – a więc zmuszenia ich albo do posłuszeństwa, albo do śmierci głodowej – nie trzeba już ani policji, ani sądów, ani innych instrumentów przemocy, lecz wystarczy stworzenie społeczeństwa przesiąkniętego taką nienawiścią do wroga, że poszczególni obywatele w odpowiednim momencie sami wykonają całą robotę za tak zwany Aparat.
Jak to się odbyło w moim wypadku? Jak niektórzy wiedzą, od wielu, wielu lat utrzymuję siebie i swoją rodzinę, ucząc języka angielskiego w szkole, na kursach, na lekcjach prywatnych i, czasem też, tłumacząc zlecone mi teksty. W związku z tym, bez względu na to, czy to się odbywa w sposób bezpośredni, czy przez jakieś pośrednictwo, zawsze mam przed sobą, w ten czy inny sposób, klienta. Ponieważ uczę od dawna, znam swój zawód wystarczająco dobrze. Wiem jak uczyć skutecznie, wiem, co robić, by ta nauka odbywała się w miłej atmosferze, i wiem też, jak się zachowywać, żeby doszło do tego podstawowego efektu, polegającego na tym, że uczeń lubi nauczyciela, a nauczyciel ucznia. A więc, by klient był zadowolony. I przez te wszystkie lata, ta wiedza mnie właściwie nigdy nie zawiodła.
Tak się jednak stało, że jakiś rok temu, a niewykluczone że już trochę wcześniej, pojawił się w tym wszystkim element, który wcześniej pozostawał niemal zupełnie nieznany. Uczniowie, coraz więcej uczniów, zaczęło się bardzo interesować tym, jakie to poglądy polityczne ma ich nauczyciel. Kiedy mówię o poglądach politycznych, chodzi mi o to, najkrócej rzecz ujmując, czy nauczyciel jest tak zwanym „pisowcem”. Proszę zwrócić uwagę – nie jest problemem to, czy on jest za PiS-em, czy PO, czy jest za PO, czy SLD, czy za SLD, czy za PiS-em, ale wyłącznie to, czy on jest „pisowcem”. Sposoby uzyskiwania tej informacji były najróżniejsze, poczynając od najprostszego, a więc pytania „Na kogo pan głosuje?”, przez bardziej dyskretne próby wybadania odpowiednich postaw, w postaci wrzutek w stylu: „Widział pan, co ten Kaczor wczoraj zrobił?”, po zupełnie już dyskretne przeszukiwanie Internetu pod kątem interesujących nas informacji, a więc odwiedzanie portali typu Facebook, czy Nasza Klasa.
I teraz wreszcie mógł się pojawić element najważniejszy i rozstrzygający. Kiedy już uczeń – lub jakikolwiek inny klient – wiedział, z kim ma do czynienia, wszystko się zmieniało, a przede wszystkim zmieniała się atmosfera. Mówię tu o sobie, więc opowiem o swoich doświadczeniach. Mam przed sobą grupę uczniów – lub bardziej dokładnie, wiele różnych grup uczniów – i w pewnym momencie widzę, że dwie, trzy, czy cztery osoby, które jeszcze niedawno mnie uwielbiały, tak jak tylko dorośli uczący się języka potrafią uwielbiać swojego lektora – każdy nauczyciel języka wie, o czym mówię – nagle mnie wręcz fizycznie nienawidzą. W ich oczach widać już tylko wrogość i pogardę, na lekcji zaczynają demonstracyjnie ziewać, lub przeglądać gazety, a jeśli się odzywają, to tylko po to, by powiedzieć, że oni nic z tego co ja mówię, w ogóle nie rozumieją. A po tygodniu, okazuje się, że albo większość grupy złożyła prośbę o zmianę lektora, lub sama mnie poinformowała, że oni znaleźli kogoś lepszego i już mi dziękują.
I ja, opowiadając to co opowiadam, wcale nie zajmuję się jakimiś egzotycznymi wypadkami. Wystarczy że powiem tylko, że przez ostatni rok straciłem w ten sposób siedem różnych grup. A więc całą podstawę utrzymania rodziny. Pierwszy przypadek, jak w czasie mojej już trzydziestoletniej niemal kariery nauczycielskiej, straciłem w tak gwałtowny sposób pracę.
Oczywiście, ktoś mi może powiedzieć, że ja w ciągu tego ostatniego roku z pewnością gwałtownie się postarzałem i nie dość że straciłem swój zwykły nauczycielski urok i talent, to w dodatku jeszcze zacząłem moich uczniów zanudzać swoimi refleksjami na temat Smoleńska i Krzyża. Otóż nie. Ja jestem już wprawdzie – szczególnie z punktu widzenia mojej najmłodszej córki i jej koleżanek – stary, i oczywiście jak najbardziej politycznie zaangażowany, ale akurat tu jest w tym wszystkim jedno pewne: te lekcje były i są politycznie całkowicie czyste, a pod względem profesjonalnym już tylko coraz lepsze. Sprawa jest w sposób oczywisty jednoznaczna – ja straciłem te grupy wyłącznie dlatego, że kilku bardzo świadomych obywateli, w sposób bardzo świadomy nakręconych przez System, dowiedziało się, że ja popieram Prawo i Sprawiedliwość i mnie za to znienawidziło. A znienawidziło tak, że już nic się dla nich nie liczyło, jak tylko ten PiS i ten Kaczor. I to po prostu wiem.
A więc jest, jak jest. Cała część polskiego społeczeństwa została skutecznie albo już wyeliminowana z rynku pracy, albo znajduje się na prostej drodze, by z tego rynku wyeliminowana zostać. A będzie jeszcze gorzej. Niedawno Radek Sikorski, w swojej wypowiedzi dla Moniki Olejnik, skarżąc się na to, jak to go źle traktują tak zwani internauci, na argument, że przecież trzeba być twardym, i że w końcu to nic takiego, jeśli gdzie ktoś w Internecie napisze o nas coś złego, powiedział, ni mniej ni więcej, tylko to, że red. Olejnik nawet nie ma pojęcia, jak ważny dla oceny człowieka jest Internet. Że w tej chwili, tak zwane CV się składa tylko ze względów formalnych. Samą decyzję co do tego, czy kogoś zatrudnić, czy nie – podejmuje się już jednak nie na podstawie jakiegoś głupiego CV, lecz na podstawie informacji znalezionych w Internecie.
I o to właśnie chodzi. Tak to właśnie się będzie odbywało w przyszłości. To w Internecie będzie cała potrzebna informacja na temat człowieka, i ludzie przezorni najpierw będą wyrzucać z domów komputery, a kiedy władza wyda dekret o obowiązkowym podpięciu każdego obywatela do Sieci, to im ten komputer przyniesie do domu z powrotem, tyle że tym razem on będzie stanowił własność rządu, i każdy z niego będzie musiał korzystać pod groźbą wszczepienia odpowiedniego chipa. A w ramach dbałości o utrzymanie społecznego spokoju, wszyscy ci, którzy – jak ojciec Tadeusz Rydzyk – ośmielą się coś wspominać na temat totalitaryzmu, dostaną dwa chipy. Albo od razu trzy. Dla pełnego bezpieczeństwa.

Tradycyjnie, proszę wszystkich, którym powyższy spis sprawił jakąś satysfakcję, o wsparcie - oczywiście w miarę możliwości - na podany obok numer konta.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...