Ponieważ zrobiło się nam ostatnio bardzo poważnie, myślę, że nie zaszkodzi, jeśli się dziś, przy okazji weekendu, pozastanawiamy na sprawami lekkimi, acz wciąż jak najbardziej interesującymi, a mianowicie nad ludźmi, którzy odnieśli sukces i tym samym stali się obiektem publicznego szyderstwa, a często i żywej nienawiści.
Ktoś zapewne już pomyślał, że ja będę pisał o sobie i moim koledze Gabrielu Maciejewskim, bo raz, że my piszemy wciąż albo o sobie, albo ze względu na siebie, a dwa, że w rzeczy samej obaj odnieśliśmy pewien sukces, i za to spotkały na nas najróżniejszego rodzaju nieprzyjemności. Jednak nie. Nie będzie ani o mnie, ani o nim, ani o tej całej – naprawdę fantastycznie zorganizowanej – akcji, która ma na celu doprowadzenie nas do tego, byśmy, zmęczeni tą nagonką, zwyczajnie machnęli na to wszystko ręką i raz na zawsze zeszli im z oczu. Chciałbym natomiast, owszem, zwrócić uwagę na pewien mocno w życiu społecznym widoczny obyczaj, polegający na tym, że pewnych ludzi sukcesu się wręcz ubóstwia, podczas gdy innych bezlitośnie tępi. W jednym i drugim wypadku dokładnie za to samo – a mianowicie za to, że odnieśli sukces.
Osobiście uważam, że ten typ podejścia do świata wynika z bardzo poważnych kompleksów, czy nawet bardziej poważnych psychicznych zaburzeń, i opiera się na nieustannej walce dwóch przeciwieństw: jedno reprezentowane przez wyznanie: „Ja też bym tak umiał”, a drugie przez jego odwrotność: „Ja bym tak nigdy nie umiał”. Jestem głęboko przekonany, że wielu z nas w ten właśnie sposób patrzy na świat. Z jednej strony, jako na przestrzeń, którą wypełniają wielcy profesorowie, pisarze, aktorzy, piosenkarze, politycy, piękne kobiety i przystojni mężczyźni, którymi my nigdy nie będziemy, bo ani nie mieliśmy wystarczająco dużo talentu, albo pieniędzy, albo czasu, albo po prostu szczęścia, i jedyne co nam pozostaje, to pochylać przed nimi nasze głowy w milczącym szacunku, lub wykrzykiwać słowa podziwu w ekstazie zachwytu. Z drugiej natomiast, widząc go jako tę piękną domenę pięknych ludzi, do której wciąż aspirują niektórzy z nas, i niewiadomo z jakiej cholera racji, niektórym z nich się udaje. Czego jednak dotychczas nie udało mi się do końca zbadać, to, w jaki to sposób my potrafimy ocenić, który z nich to ktoś, którego pozycja jest realna i publicznie potwierdzona, a który zamiast dzielnie trwać w tym naszym wspólnym marazmie, bezczelnie – bo skutecznie – aspiruje. Nie wiem tego do końca, coś jednak tam wiem. Weźmy dwóch znakomitych piosenkarzy, tak się złożyło, że obu o tym samym imieniu, Justin. Mam na myśli Timberlake’a i Biebera. Dla każdego nieuprzedzonego, i jako tako znającego się na piosence człowieka, między jednym a drugim nie ma żadnej jakościowej różnicy. Zarówno Timberlake jak i Bieber to gwiazdy najwyższej wielkości. I nie ulega wątpliwości, że ani jeden ani drugi nie osiągnął tego co osiągnął, przy pomocy jakieś lewego myku, którego nikt nie zauważył, i mamy teraz to co mamy.
Ale jak idzie o tych dwóch, to jeszcze jedna rzecz jest oczywista – Bieber od Timberlake’a jest znacznie wybitniejszym wokalistą. Timberlake jest świetny, natomiast ktoś taki jak Bieber pojawia się raz na wiele, wiele lat. Tak się jednak stało, że, pomijając jakieś głupie gimnazjalistki, cały świat z Biebera kpi. Dla całego świata – odliczając z tego jego fanów – Bieber to kupa śmiechu. Timberlake to poważna gwiazda, szanowany aktor i celebryta, autor fantastycznego comebacku, natomiast Bieber to bałwan i pajac. Jestem pewien, że jeśli któregoś dnia ogłoszony zostanie występ Timberlake’a czy w Gdańsku, taka „Gazeta Wyborcza”, czy choćby Facebook eksplodują okrzykami zachwytu, do jakiego to fantastycznego wydarzenie dojdzie już niebawem w Polsce. Dziś natomiast widzę, jak po ogłoszeniu wiadomości, że w marcu w Łodzi wystąpi Justin Bieber, w intelektualnych kręgach od Białegostoku po Wrocław słychać tylko radosny rechot. Dlaczego? Czy może dlatego, że Bieber to amerykański odpowiednik zespołu Bayer Full? Oczywiście, że nie. Każdy wie bardzo dobrze, że on akurat śpiewa jak mało kto, a jak idzie o tak zwany sceniczny akt, jest bliski doskonałości. Rzecz jednak w tym, że kto to widział, by taki gówniarz się tak wypuszczał? Moje dziecko też ładnie śpiewa, a jemu akurat nikt niczego nie zaproponował.
Ciekawe jest zresztą to, że ta histeria dotyczy głównie utalentowanych dzieci. Tak jakby z jednej strony ich sukces doprowadzał do szału ich rówieśników, a z drugiej – ich rodziców. Jest aktorka i piosenkarka Miley Cyrus, znana z serialu Hannah Montana. Na wydanym niedawno czteropłytopwym albumie zawierającym covery utworów Boba Dylana, Miley Cyrus śpiewa dylanowskie „You’re Gonna Make Me Lonesome When You Go”. Przyznaję – Dylan jest lepszy, bo z Dylanem tak już jest, że kiedy on jest dobry, to jest najlepszy. Dotychczas tylko chyba Hendrixowi udało się ów porządek rzeczy zakłócić, a i to wcale nie jest takie oczywiste. Miley Cyrus śpiewa tę piosenkę tak, że dreszcz biegnie po plecach, a wzruszenie odbiera głos. To jest coś tak nieprawdopodobnie wspaniałego, że człowiek nagle zaczyna myśleć, że oto pojawiła się nowa Dolly Parton. Pytam o tę Cyrus moje dzieci, a one wybuchają śmiechem: „To Hannah Montana!”. Mówię im, że ona jest świetna, a one patrzą na mnie, jakby myślały, że ja sobie robię jaja. Puszczam im te piosenkę, a moja córka mówi, że to jest nieprawda, bo to nie jest jej głos, tylko jakieś cyfrowe oszustwo. Zaglądam do youtuba, żeby obejrzeć jakiś jej koncert… i wszystko się zgadza. Ona śpiewa w sposób zupełnie zjawiskowy. Czemu więc moje dzieci się z niej śmieją? Czemu się z niej śmieje cały świat?
Uważam, że powód jest jeden. Timberalake, Chris Martin, Bono, nawet Bjork – oni są naszymi bohaterami – my gotowi im nieść nasze uznanie i podziw co do takiego Biebera, czy Cyrus, no proszę, nie żartujmy, a w czymże to oni są lepsi od nas i od naszych dzieci, ale też od nas, kiedy sami byliśmy dziećmi?
Pamiętam atmosferę, jaka zapanowała, kiedy sławę zaczął zdobywać Leonardo DiCaprio. Pamiętam, jak najpierw jego pojawienie się, choćby w filmie „Co gryzie Gilberta Grape’a” – gdzie pokazał, że oto mamy do czynienia z urodzonym aktorem, z kimś kto już niedługo zostanie największą gwiazdą światowego kina – wzbudziło wzruszenie ramion, ale pamiętam tę wściekłość, kiedy swoje Oskary zebrał „Titanic”, a DiCaprio i Winslet dali pokaz gry na poziomie niemalże niespotykanym. Pamiętam też ową publiczną atmosferę, kiedy to nie było większego wstydu, niż choćby tylko zasugerować, że ten DiCaprio jest chyba bardzo jednak dobry. DiCaprio???? Leonardo? Co to za żarty! I tak już było przez kolejne lata, kiedy to on był wręcz symbolem najgorszego kiczu i aktorskiego humbugu, aż do czasu, gdy nagle – jakby niepostrzeżenie, w kompletnej ciszy – przeszliśmy do naszej współczesności, oglądamy go w najnowszym filmie Tarantino i już bez szczególnych emocji zastanawiamy się, czy on dostanie tego swojego Oscara, czy nie. A jak ktoś nam przypomni, że DiCaprio jeszcze parę lat temu funkcjonował w przestrzeni popularnej, jako filmowy odpowiednik Justina Biebera, krzywimy się zdziwieni, że chyba się coś komuś musiało pomylić.
Bo tak to właśnie z nami jest. My wciąż potrzebujemy mieć przed sobą jakieś autorytety, z tym jednak koniecznie zastrzeżeniem, że żaden z nich ani w jednym calu nie będzie taki jak my, bo ten jeden cal nie da nam nigdy spokoju. Ten jeden cal nie da nam spać i nie pozwoli na jeden zwykły odruch szacunku dla cudzych osiągnięć. I to może być wszystko – i ten zbyt młody wiek, i to zbyt normalne wreszcie to zbyt proste pochodzenie. Wystarczy, że ten ktoś choćby w jednym calu będzie nam przypominał, że coś zawaliliśmy. Nie darujemy. Nie odpuścimy choćby na milimetr. Zaplujemy się z wściekłości i nienawiści, a nie odpuścimy. Ta nienawiść i ta wściekłość nas zadusi, ale nie odpuścimy.
A pomyśleć tylko, że to jest wszystko takie proste. Że wystarczy spojrzeć, i powiedzieć sobie, że no proszę, skoro oni potrafili, to czemu nie ja. I spróbować. Pewnie się nie uda. A więc można spróbować jeszcze raz, tyle że trochę inaczej. Jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu może coś z tego wyjdzie. Coś. Cokolwiek. Przynajmniej to coś.
To takie proste. O tym była już nawet mowa w przypowieści o talentach. Czyżbyśmy wszyscy byli jak Maria Peszek, dla której już dosłownie przekaz jest zbyt trudny.
Prowadzę ten blog już od niemal pięciu lat. Robię to najbardziej uczciwie i solidnie. Wydaję książki. Staram się by były tak dobre jak to tylko możliwe. Z jednego i z drugiego próbuję utrzymać rodzinę. Jeśli ktoś mi tego zazdrości, niech się puknie w czoło i spróbuje coś zrobić samodzielnie, na własne konto i własny rachunek. Naprawdę to się opłaci. Znacznie bardziej niż bezużyteczne plucie.
Prowadzę ten blog już od niemal pięciu lat. Robię to najbardziej uczciwie i solidnie. Wydaję książki. Staram się by były tak dobre jak to tylko możliwe. Z jednego i z drugiego próbuję utrzymać rodzinę. Jeśli ktoś mi tego zazdrości, niech się puknie w czoło i spróbuje coś zrobić samodzielnie, na własne konto i własny rachunek. Naprawdę to się opłaci. Znacznie bardziej niż bezużyteczne plucie.