Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mycie okien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mycie okien. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2012

Wyborcza wciąż rulez i nie ma konkurencji!

Ostatni raz jak kupiłem „Gazetę Wyborczą” miał miejsce jeszcze w czasach, kiedy linia redakcyjna tego dziennika – bardzo symbolicznie oczywiście – mogła być opisana przez zawołanie „Śmierć kaczkom!”, które zresztą już niedługo później miało zostać zastąpione przez jego wersję zmodyfikowaną – „Śmierć kaczce!” Wydarzenie to natychmiast zresztą opisałem na tym blogu, bardzo rzetelnie przestawiając swoje powody, a raczej jeden podstawowy powód: rzecz mianowicie w tym, że „Wyborcza” już wtedy była zwyczajnie najlepsza.
I kiedy wydawało się, że sprawa jest załatwiona i do tematu wracać nie będzie trzeba, okazało się, że wystarczyły te dwa lata z małym jakiem, by ten dziennik, i tak już przecież wyjątkowo dobry, stał się jeszcze lepszy. A tego faktu bez komentarza pozostawić nie wypada.
A więc proszę sobie wyobrazić, że znów kupiłem „Gazetę Wyborczą”. Tak właśnie postąpiłem i nie mam powodu udawać, że mnie tam nie było. Co więcej, przyznaję uczciwie, że kupiłem ją nie dlatego, że przechodziłem akurat koło punktu z gazetami, i coś mi strzeliło do głowy, ani też nie z takiej okazji, że wyjeżdżałem w długą podróż, pragnąłem się zaopatrzyć w coś do czytania, a w kiosku na peronie była tylko „Gazeta Wyborcza” tygodnik „Nie” i cała kolekcja pism pornograficznych. Mówię całkowicie szczerze. W celu nabycia wspomnianej „Gazety Wyborczej”, wyszedłem specjalnie z domu, a kupując ją, ani nie poprosiłem o nic innego, ani nawet nie załatwiłem żadnej innej sprawy. Wszystko odbyło się bardzo prosto – wyszedłem z domu, poszedłem prosto do najbliższego kiosku, poprosiłem o „Gazetę Wyborczą”, zapłaciłem dwa złote i wróciłem do domu.
Ktoś pewnie pomyśli, że już zna odpowiedź na tę zagadkę. Że, podobnie jak miało to miejsce przy poprzedniej okazji, do „Gazety Wyborczej” dołączają jakiś fantastyczny film, i że ja, widząc że to zaledwie dwa złote, dałem się przekupić. Otóż nie. Proszę sobie wyobrazić, że chociaż nie wiem jak jest w inne dni – możliwe, że oni jednak czymś ostatnio handlują – to wtedy gdy ja tam polazłem, w ofercie nie było nic poza samym papierem. Tyle może że jego było więcej niż zwykle. Nie wiem. Nie mam porównania. Ale to właśnie o ten papier mi chodziło. Ja tym razem potrzebowałem już tylko ten papier.
Proszę mi teraz pozwolić wyjaśnić, po co mi był ów papier był potrzebny? I to własnie akurat ten papier – papier z „Gazety Wyborczej, a nie papier jakikolwiek. Otóż, jak wszyscy wiemy, zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego i powoli trzeba sprzątać mieszkanie. A, jak wiemy, sprzątanie mieszkania to też mycie okien. Zawsze było tak, że to ja byłem specjalistą od tej akurat części prac domowych. To ja przez całe lata byłem w tym mistrzem, jednak od czasu jak zleciałem z drabiny na plecy i się potłukłem, moja żona i dzieci uznali, że jestem już za stary i lepiej mnie za bardzo nie eksploatować. I że może wystarczy, jeśli raz na jakiś czas zrobię gołąbki. W tej sytuacji postanowiłem przyuczyć do tego zajęcia swojego syna.
Opowiadałem już tu o tym, ale na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, muszę jeszcze raz wyjaśnić kwestię swojego mistrzostwa w myciu okien. Sprawności tej nauczyła mnie moja mama, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, i od tego czasu swój talent przez wiele lat skutecznie rozwijałem, osiągając szczyt sprawności w okresie mojego małżeństwa. Umycie okna zabiera mi rekordowo mało czasu, efekt jest zawsze bardzo pierwszej klasy, a do wykonania tej pracy potrzebuję wyłącznie wiadra z wodą, kawałka szmaty, płynu do mycia szyb i jedną codzienną gazetę. Musi koniecznie być gazeta. Żaden magazyn, żaden kolorowy magazyn typu „Viva”, czy „Glamour”. To nie może być ani nic śliskiego i błyszczącego. W grę wchodzi wyłącznie standardowa gazeta.
Na czym polega sztuka mycia okien na poziomie mistrzowskim? Bierzemy szmatę i wiadro z wodą, myjemy najpierw szybę bardzo szybko z podstawowego brudu, następnie opryskujemy ją płynem z butelki, po czym starannie wszystko pucujemy zwiniętą w kupkę gazetą. Nie używamy żadnych ściereczek, żadnych gąbek, żadnych wycieraczek. Szybę pucujemy wyłącznie gazetą. Efekt jest taki, że po tym ani nie robią się zacieki, ani smugi, ani nic nie trzeba poprawiać, wszystko odbywa się szybko, i nawet kiedy z gazety zostaje tylko brudna mokra kupka, wszystko działa jak najlepiej. Na koniec, możemy ewentualnie rzucić na nasze dzieło krytycznie okiem i, jeśli jest coś do poprawienia, to przy pomocy tego samego kawałka gazety i paru kropel płynu jesteśmy w stanie to coś poprawić.
Niektórzy mówią, że sposób „na gazetę”, to nie jest dobry sposób, bo po pewnym czasie szyba matowieje, jednak ja tych obserwacji nie potwierdzam. Wydaje mi się, że jeśli nawet faktycznie po jakimś czasie szyba nie jest tak przejrzysta i lśniąca jak kiedyś, to dochodzi do tego przez zwykły upływ czasu, a nie przez to że ktoś ją zbyt wiele razy szorował mokrą gazetą.
Od pewnego czasu, pomijając sobotnie wydanie „Rzeczpospolitej”, nie kupujemy gazet w ogóle, i kiedy parę dni temu wraz z moim synem zabraliśmy się do owego kursu, z przykrością zorientowaliśmy się, że mamy wszystko, a więc wiadro, wodę, szmatę, płyn… jednak nie mamy gazety. Co gorsza, tak się wręcz pechowo bardzo złożyło, że wyjątkowo akurat minionej soboty nie kupiliśmy nawet „Rzeczpospolitej”. Poza tym jednak ja miałem już pewne bardzo istotne doświadczenie, które, prawdopodobnie nawet gdybyśmy tę „Rzeczpospolitą” mieli – szczególnie że, jak wiemy, mieliśmy do czynienia nie ze zwykłym myciem okien, lecz z kursem mycia okien – i tak by mi kazało pójść po tę „Wyborczą”. A doświadczenie to jest takie, że każdy inny papier, pomijając papier z „Gazety Wyborczej”, jest albo za gruby, albo za cienki, albo za szorstki, albo za gładki – krótko mówiąc jest znacznie gorszy od papieru używanego przez „Agorę”. Każdy inny papier, w porównaniu z papierem z „Gazety Wyborczej”, jest tak beznadziejny, że jednej szyby nie da się skończyć tak, żeby coś jeszcze w ręku zostało. Czyści może i dobrze, natomiast – słowo daję! – rozpada się w rękach. A więc, naturalną koleją rzeczy, musiałem mojemu synowi kupić coś naprawdę pierwszej klasy, a tu w grę mogła wchodzić tylko „Gazeta Wyborcza”. Proszę mi uwierzyć – to jest coś wręcz fantastycznego! Wystarczy wziąć ten papier do ręki, zmiąć go należycie i od razu się czuje się, że to jest ten moment. Że to jest coś niepowtarzalnego. Pamiętam że w poprzednich latach właściwie wyłącznie myłem okna starymi „Rzepami”, czy „Dziennikami”, i przyznać muszę, że oczywiście nie było bardzo źle, ale jednak nie tak jak by się człowiek spodziewał. „Rzepa” jest mocna, szybko schnie, wystarcza na dość długo, jednak niestety jest za twarda. A przez to, mam wrażenie, że to może ją mają na mysli ci, którzy twierdzą, że ona rysuje to szkło. „Dziennik” z kolei, to jest prawdziwe nieszczęście. Po kilku ruchach, w ręku zostaje papka. Normalna papka. Do tego jeszcze, od czasu jak niektórzy z nas jeszcze to brali do ręki, cena wzrosła dramatycznie, i przy obecnych pieniądzach, to już jest wyłącznie strata. Jeśli się uda umyć jedno okno, to i tak dużo. „Gazeta Wyborcza” natomiast jest i tania i naprawdę skuteczna. Mój syn wczoraj wszystkie okna – a zapewniam, że mamy ich niemało i są przede wszystkim duże – umył jednym egzemplarzem, a i tak jeszcze zostało na wyłożenie kosza na śmieci. I przyznać muszę, że okna wyglądają jeszcze lepiej niż poprzednio. A to może świadczyć tylko o jednym – „Gazeta Wyborcza” z każdym rokiem jest lepsza.
Jestem szczerze przekonany, że papier, na którym „Agora” drukuje swoje dzieło, jest może nawet tak samo dobry, jak stary, jeszcze peerelowski papier, z którego robiono na przykład „Trybunę Robotniczą”, i którym prawdopodobnie okna myła moja mama. On nie dość że świetnie leży w dłoni, bardzo dobrze się mnie, a więc nie jest ani za twardy ani za miękki, to w dodatku – czego naprawdę nie rozumiem – bardzo dobrze się regeneruje. A więc, kiedy już wydaje się, że nic z niego nie będzie, to wystarczy go rozłożyć, przewietrzyć i on znów się robi suchy i gotowy do ponownego użycia. A przez to, że teraz jest – choć wciąż mocny – znacznie bardziej miękki niż na początku, bardzo dobrze się nadaje do poprawiania ewentualnych niedoróbek.
Gdzie niegdzie można natrafić na reklamy jakichś szwedzkich ścierek po 30 złotych. Zapewniam, że zmoczona, zgnieciona, pomięta i lekko podsuszona „Gazeta Wyborcza” jest absolutnie najlepsza. Z bólem muszę przyznać, że przed wyrzuceniem tych szmat do kosza, nie pamiętałem, by zrobić choć jednej z nich ładne zdjęcie, więc pozwalam sobie tu wkleić jeszcze raz tamto, jeszcze sprzed Smoleńska. Też dobre, ale jednak nie tak. Proszę na nie spojrzeć. Przecież, gdyby komuś się chciało, nawet mógłby to wciąż czytać.

Z primaaprilisowym pozdrowieniem, proszę, już bardzo poważnie, wszystkich – w tym nawet tych, którzy znają tekst oryginalny sprzed lat – o finansowe wspieranie tego bloga, i przypominam, że Coryllus wysyła książki o liściu. Jeśli ktoś wpłaci pieniądze jeszcze dziś, to on wyśle paczuszkę tak by trafiła gdzie trzeba jeszcze przed Świętami. A naprawdę trudno o lepszy prezent. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...