Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odwaga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odwaga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2013

Gdy strach zdycha

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale z reakcji najróżniejszych osób niezmiennie wynika, że owych wyjaśnień nigdy za wiele. Krótko po tym, jak zacząłem prowadzić ten blog, a już zwłaszcza gdy jakimś dziwnym przebłyskiem szaleństwa Onet przyznał mi tytuł bloga roku, zacząłem, po kolei, jedną po drugiej, tracić pracę. Ponieważ to czy ją mam, czy jej nie mam, nie zależy nigdy od oficjalnych decyzji, ale od jak najbardziej nieoficjalnego nastawienia klientów, nigdy też nie zdarzyło się tak, że ktoś mnie wezwał na rozmowę i zakomunikował mi, że mnie wyrzuca z pracy. Ile razy byłem zwalniany, to wyłącznie dlatego, że ktoś tam nagle uznał, że nie chce, aby angielskiego go uczył pan Osiejuk, lecz kto inny. Ktokolwiek inny.
Ponieważ jestem osobą bardzo przytomną, i to zarówno w jedną i w drugą stronę, wiem na ogół znakomicie, czy ktoś prowadzone przeze mnie lekcje lubi, czy nie, no i oczywiście, czy mnie ktoś osobiście lubi czy nie. Myślę zresztą, że ten rodzaj umiejętności jest charakterystyczny dla osób, dla których ten akurat element siłą rzeczy jest decydujący. W tej sytuacji zatem, ja o tym, że właśnie prowadzę swoją ostatnią lekcję w którejś z grup, z reguły dowiadywałem się natychmiast. Jeszcze zanim ta informacja dotarła do mnie oficjalnie. Wystarczyło że zobaczyłem te jedną, czy dwie twarze. To wystarczyło. W końcu, klient wymaga. Zwłaszcza gdy tak o niego czasami trudno.
O tym też już pisałem, a dziś tylko powtórzę. Pamiętam jak któregoś dnia, w reakcji na serię bardzo złośliwych komentarzy w Internecie, skierowanych pod jego adresem, minister Sikorski powiedział, że on na ter złośliwości nie pozwoli, bo one psują mu pijar. Dodał też, że obecnie sytuacja jest taka, że jeśli ktoś chce się gdziekolwiek zatrudnić, nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie czytał jego CV. Wszystko, czego chcemy się dowiedzieć na temat kogokolwiek, znajdujemy w Internecie. Wpisujemy nazwisko i mamy wszystko to, co jest nam potrzebne.
A zatem ja świetnie wiedziałem, jak działa ten system. Ktoś chce wiedzieć, kim jest człowiek, któremu on płaci, wklepuje w wyszukiwarkę jego nazwisko, lub zaledwie nazwę bloga – i ma wszystko jak na dłoni. No i to właśnie w ten sposób w ciągu zaledwie kilku tygodni straciłem pracę. No i wtedy też zacząłem prosić o to, by, jeśli komuś się podoba ten blog, zechciał go wspierać finansowo, co wielu określiło, jako nielegalną żebraninę, przez którą powinienem skończyć w więzieniu.
Od tego czasu, mogę powiedzieć, że nie jest gorzej. Z tym co udaje mi się zarobić z lekcji, czy tłumaczeń, z książek, no i przede wszystkim oczywiście z prowadzenia tego bloga, jakoś ciągniemy. To co mnie jednak zadziwia bardzo, to fakt, że z wyjątkiem tej pierwszej fali wściekłości, która mnie niemal zmiotła z powierzchni ziemi, nie zdarzyło mi się ani razu, by któryś z moich uczniów pokazał mi, że ma do mnie jakieś pretensje. Od tamtego czasu, nie zdarzyło mi się choćby raz, że któryś z nich spojrzał na mnie krzywo, czy rzucił jakąś aluzję, która mogłaby wskazywać, że on wie. Temat polityki nie pojawił się w rozmowach ani razu. A przecież jest jasne, że naprawdę nie trzeba było nigdy wiele, by wiedzieć, co jest grane, prawda?
Myślałem trochę o tym i doszedłem do, moim zdaniem, bardzo ciekawego wniosku. Otóż mam bardzo mocne przekonanie, że ludzie z którymi mam do czynienia na poziomie zawodowym, nawet jeśli wiedzą, co ze mnie za ziółko, mają te wiedzę w nosie. Oni prawdopodobnie do tego stopnia nie interesują się polityką, że to co ja sądzę na temat Smoleńska, Kaczyńskiego, czy Platformy Obywatelskiej jest dla nich taką egzotyką, że oni tego wszystkiego nie rozpoznają nawet, jako tematu. Czemu tak myślę. Otóż ja parokrotnie zauważyłem, i to akurat przy okazji zwykłych pogawędek na tematy ogólne, że wielu z nich nie dość, że nie ma pojęcia, co się aktualnie dzieje w Polsce, to nawet nie zagląda do gazet; wielu z nich nawet nie ogląda telewizji; wielu z nich nawet już nie ma telewizora. Cóż więc ich może obchodzić jakiś Tusk, czy tym bardziej Toyah?
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. To nie jest tak, że ja się aż nie mogę doczekać aż któryś z nich zawoła: „O! Czytałem pańskiego bloga!” Wręcz przeciwnie. Ja się wręcz modlę o to, by nikt z czymś takim do mnie nie wyskoczył. I, przyznaję, że tak jak jest, jest właśnie dobrze. Ja nie mam najmniejszej ochoty wchodzić z moimi uczniami w debatę na temat Smoleńska, bo wiem, co czyha za rogiem. I to coś mi się bardzo nie podoba.
I oto, proszę sobie wyobrazić, dziś przydarzyła mi się rzecz zupełnie niezwykła. Przypadkiem zupełnie, poza lekcją, trafiłem na jednego z moich uczniów, a on się do mnie uśmiechnął z błyskiem w oku i powiedział: „Czytam pańskiego bloga. Jest świetny”. Ja mu oczywiście na to, że się nie spodziewałem, i czy naprawdę mu się podoba, a on, że bardzo i że już się nie może doczekać aż sobie porozmawiamy.
Powtórzę raz jeszcze. Ja z moimi uczniami o polityce nie rozmawiam. Ale też oni nie próbują nawet o niej wspominać, a jeśli tak, to w formie zwykłego codziennego narzekania, czy szydzenia. Nie przypominam sobie jednak, by któryś z nich wymówił kiedykolwiek nazwisko „Tusk”, „Kaczyński”, czy „Rydzyk”, że już o Smoleńsku nie wspomnę. W związku z tym, z tych wszystkich osób, które uczę, nie mam najmniejszego pojęcia, co która z nich sądzi na tematy, które nas tutaj tak pasjonują. Natomiast doskonale pamiętam, że ile razy miałem do czynienia z kimś, kto był naprawdę zaangażowany, natychmiast odczuwałem owo zaangażowanie na własnej skórze.
Dziś zaczepił mnie jeden z tych cichych. Jeden z tych, którym najwidoczniej nawet do głowy nie przyszło się, by się popisywać swoimi poglądami. Dlaczego? Domyślam się, że z tego samego powodu, dla którego i ja nie uważałem za stosowne się wystawiać na ten atak. Wystarczy, że każdy kto wpisze w googlu moje imię i nazwisko, imię i nazwisko moich dzieci, czy mojej żony, każdy kto wpisze w googlu imię „Toyah”, wie o mnie wszystko. Po co mi dodatkowe emocje?
I oto nagle okazuje się, że ja chyba nie doceniłem tej siły. Wygląda na to, że to wszystko aż kipi. Można mieć naprawdę nadzieję, że daliśmy się zastraszyć jakiejś kompletnie zaczadziałej bandzie durniów, która już parę lat temu utraciła kontakt z rzeczywistością, ale jakimś cudem potrafiła sobie z tym poradzić. Bardzo mi było miło przeżyć ten krótki moment satysfakcji. I aż czuję mrowienie w plecach na myśl, co jeszcze przed nami.

Dziś rozpoczęły się targi w Warszawie. Gabriel już tam jest, a ja tam się pojawię w sobotę, i będę sprzedawał wszystkie cztery książki. Serdecznie zapraszam. Grudzień będzie jeszcze bardziej bogaty, ale o tym już na bieżąco. Oczywiście, proszę o wspieranie bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.



niedziela, 10 czerwca 2012

O oku szeroko przymkniętym

Otrzymałem maila. Nie wiem, od kogo, nie wiem też za bardzo, po co… Prawdę powiedziawszy nie wiem nic. Mail ów do mnie przyszedł jako reakcja na tekst, który niedawno zamieściłem zarówno w Salonie, jak i tu na blogu, a poświęciłem towarzystwu, które nazwałem „polskim bydłem”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, kto wysłał do mnie tego maila, jednak nie jest też tak, że jego autor pozostaje nieznany zupełnie. Coś bowiem na jego temat wiem, a to mianowicie, że, jak sam pisze, jest „członkiem rodziny jednej z osob wymienionych z nazwiska w Pańskim artykule”. Ponieważ w swoim artykule wymieniłem pięć nazwisk, zagadka, przed którą stoję pozostawia mi dwie możliwości: albo uznać, że to jest od początku do końca jakiś żart, albo że mam do czynienia z kimś, kto reprezentuje rodzinę Figurskich, lub Wojewódzkich, ewentualnie Potońców, lub Bisiorków, ewentualnie – i to, przyznam, by mnie trochę uspokoiło – Alvina Gajadhura.
Tak czy inaczej, szanse są jeden do czterech, czy może – nie zapominając o ewentualności żartu – do pięciu. Czemu wspominam o nadziei na to, że nadawcą maila jest ktoś, kto się nazywa Gajadhur, a nie na przykład Potoniec? Oczywiście najprościej by mi było pociągnąć wątek poruszony we wspomnianej notce, i powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia wolę towarzystwo ludzi o nazwisku Gajadhur, zamiast jakichś Potońców, czy Figurskich, a więc, że w pewien bardzo paradoksalny sposób lepiej bym się tu czuł w towarzystwie nie-Polaków niż Polaków, no ale sytuacja wcale nie nastraja mnie do tego rodzaju retoryki. Bo, powiem uczciwie, jest mi trochę nieswojo. A ów nastrój bierze się stąd, że we wspomnianym mailu pojawił się fragment, który mnie autentycznie zaniepokoił. Otóż w pewnym momencie jego autor wyraził swoje „zdumienie” moją „odwagą”. I w tym, muszę przyznać, jest coś, co mi się bardzo nie spodobało. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja bym bardzo nie chciał, żeby to co ja robię świadczyło o mojej odwadze. Chciałbym, żeby moje teksty dowodziły mojej wrażliwości, poczucia humoru, niechby nawet i inteligencji… więcej – niechby nawet i braku rozsądku, natomiast w żadnym wypadku nie odwagi. A to z tego względu, że ostatnia rzecz jaka jest mi potrzebna, to świadomość tego, jaki to ja, głosząc swoje przekonania, jestem dzielny.
Jeśli ma się okazać, że ja, pisząc to co piszę, jestem bardzo odważny, to ta wiadomość wręcz logicznie musi prowadzić mnie do wniosku, że jest coś, czego ja się powinienem bać, podczas gdy się nie boję. Otóż nic z tego. Ja się owszem boję. Boję się choćby sytuacji, kiedy okaże się, że od czasu gdy przez prowadzenie tego bloga zostałem zmuszony do tego, by się do tych, którzy go czytają zwracać o wsparcie, sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że tym razem ja już nie stracę reszty środków utrzymania, ale coś znacznie większego. A ja owej zmiany w nastrojach nawet nie zauważyłem.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. To nie jest tak, że ja się głupio nakręcam. Zanim dostałem tego maila, moje życie było stosunkowo spokojne. Natomiast dziś wiem tyle, że ktoś postanowił mnie – z dobrego, czy złego serca – pochwalić za odwagę. I, biorąc pod uwagę szczególny kontekst owej wiadomości, ktokolwiek jest jej autorem – ja muszę brać pod uwagę, że ten ktoś wie więcej ode mnie. Kto wie, czy nie znacznie więcej. Ale należy powiedzieć coś jeszcze. Ktokolwiek jest tej autorem wiadomości, i niezależnie od tego, na ile jego opinie są miarodajne, sytuacja w której w ogóle pojawia się taka myśl, że głoszenie poglądów jest dowodem jakiejś odwagi, świadczy o tym, że nie jest dobrze. Że jest wręcz do dupy.
Bisiorek, Potoniec, Figurski, Wojewódzki, Gajadhur. Jak mówię, poczułbym się lepiej, gdyby autorem tego maila był ktoś od tego Hindusa, a nie od tamtych Polaków. Bardzo nie chce, żeby to ktoś z tamtej strony gratulował mi odwagi. Tyle że tu też, jeżeli nawet to jest ktoś od tego Gajadhura, to informacja, że nazwanie przeze mnie któregoś z tych czterech pozostałych „polskim bydłem” wymaga z mojej strony jakiejś szczególnej odwagi, robi wrażenie czegoś, czego lekceważyć nie wypada. Inna sprawa, że już i tak wszystko jedno. Cofać się nawet nie mam gdzie. Pozostaje mi więc w dalszym ciągu zachęcać do kupowania moich książek i prosić o wspieranie tego bloga, tak jak dotychczas. No i spać z jednym okiem otwartym.

Przedwakacyjne konkursy wciąż trwają. W imieniu młodego Toyaha bardzo proszę wysyłać sms-y na numer 71160 o treści: jzr.126 . Oczywiście, to będzie kosztowało jakąś złotówkę, ale jeśli komuś nie zależy, to będzie nam miło. Tym razem bez limitu dziennego.

sobota, 13 sierpnia 2011

O nas, głupich tchórzach

Gdyby komuś przyszło do głowy sądzić, że, skoro ja tak ładnie potrafię pisać, i to w dodatku pisać z pozycji najczęściej tak bardzo słusznych, to ze mnie musi być prawdziwy bohater, to chciałbym go dziś wyprowadzić z błędu. Jak idzie o bohaterstwo, to ja sobie mogę ewentualnie przyznać tu tylko jeden punkt. Za to – chwaliłem się już tym tutaj parę razy – że kiedy oferowano mi bardzo przyjemne studia za współpracę, to powiedziałem esbekowi, żeby poszedł szukać gdzie indziej. Za to, że bałem się jak cholera, a mimo to, powiedziałem mu, żeby na mnie nie liczył. I na tym koniec. Więcej ciekawych historii tego typu do opowiedzenia nie mam. Mam natomiast w pamięci coś, co, jak sądzę, w najlepszym dla mnie wypadku, ów jeden punkt mi odbiera. I chciałem dziś parę słów na ten własnie temat.
Dziś już nie pamiętam tego tak na sto procent, czy na moich studiach, coś co się wówczas nazywało szkoleniem wojskowym, trwało rok, czy dwa, ale wydaje mi się, że rok. O ile jednak sobie przypominam, na tak zwane wojsko na ulicy Krasińskiego w Katowicach, chodziliśmy w każdy czwartek tylko na czwartym roku. I stało się jakoś tak, że ja z tego wojska oblałem wszystkie egzaminy. Wszystkie, czyli najpierw pierwszy, potem drugi i trzeci termin, i, ostatecznie też, egzamin komisyjny. Na piąty rok zatem zostałem wpuszczony warunkowo, a więc z obietnicą, że będę się, tak jak wszyscy, przygotowywał do obrony, a jednocześnie jakoś to wojsko ostatecznie zdam. No i rok mijał, a ja tego wojska zdać dalej nie potrafiłem. Pamiętam tamten rok bardzo dobrze, bo był to w moim zyciu rok szczególny. Z jednej strony kończyłem studia, z drugiej właśnie wtedy brałem ślub z panią Toyahową, no i pisałem tę pracę. A na samej górze tego wszystkiego było to wojsko. Pamiętam więc ten rok świetnie, a razem z nim, przypominam sobie, że w pewnym momencie myśl o tym wojsku opanowała mój umysł do tego stopnia, że kiedy chodziłem sobie po mieście, w głowie miałem wciąż jakieś wojskowe piosenki, a mój krok – jakikolwiek by on nie był – był zawsze krokiem marszowym.
Zdałem w końcu to nieszczęsne wojsko, nie dlatego, że się skutecznie nauczyłem, ale przez tak zwane pośrednie kontakty towarzyskie, rodzinne i flaszkę koniaku. A więc, w sumie, poza straconymi nerwami, nie było tak źle. A moje nerwy, to trzeba przyznać, były w stanie dość szczególnym. W czerwcu mieliśmy ślub, w lipcu byliśmy na wakacjach, przez sierpień napisałem tę moją nieszczęsną – kiedy dziś na nią patrzę, słabą jak nie wiem – pracę magisterską, nadchodził wrzesień, miałem już wyznaczony termin obrony, a ja wciąż chodziłem wszędzie tym wojskowym krokiem. No ale jak mówię, w końcu się udało i udało się do tego stopnia, że ja nawet tego wojska nie zdawałem. Przyszedłem tam na ten ich egzamin, oni mi powiedzieli, dajcie Osiejuk ten indeks, i tyle. Później szybko pobiegłem na obronę, podczas której byłem tak osłabiony, że zrobiłem z siebie wyłącznie idiotę i dziś jestem tu gdzie jestem.
Jednak w czasie, kiedy jeszcze w ogóle nie wiadomo było jak się to skończy, podczas jednego z tych moich oblanych egzaminów, zdarzyło się coś, co mnie prześladuje do dziś. Otóż w pewnym momencie, któryś z tych majorów, czy pułkowników, ni z gruszki ni z pietruszki, zwrócił się do mnie z takim oto pytaniem: „Czy wy, Osiejuk jesteście rzymskim katolikiem?” Powiem zupełnie szczerze, że kiedy on wyskoczył z tą religią, wpadłem w prawdziwą panikę. Bo pierwsza moja myśl była taka, że co go to w ogóle nagle obchodzi? Druga taka, że obchodzi go z całą pewnością. A trzecia to ta, że od mojej odpowiedzi zależy bardzo wiele. No i odpowiedziałem mu w następujący sposób. Słowo w słowo: „Tak mnie wychowali moi rodzice”. Pamiętam, cholera, te słowa do dziś.
Dlaczego nie odpowiedziałem mu normalnie, jak człowiek, że tak, że jestem rzymskim katolikiem i wierzę w Jezusa Zmartwychwstałego i w Święty Kościół i dalej w tym kierunku? Otóż bałem się, że on tylko na tę odpowiedź czeka i jest na nią znacznie lepiej ode mnie przygotowany. Jakoś tak chyba to było. Dlaczego zatem nie powiedziałem, że nie? Że w żaden sposób. Że jestem porządnym komunistą. Tu już odpowiedź jest prosta. Tak głupi, co by o mnie nie sądzić, to ja nawet wtedy nie byłem. Tak czy inaczej, wymyśliłem tę idiotyczną odpowiedź ze strachu i prześladuje mnie ona do dziś.
Przypomniała mi się ta historia dziś, po tym jak już skończyłem czytać w „Rzeczpospolitej” wywiad Roberta Mazurka z piosenkarką Antoniną Krzysztoń. Nie w trakcie tej rozmowy, ale po jej przeczytaniu. Żeby powiedzieć, o co chodzi, parę słów o samej Antoninie Krzysztoń, której niektórzy mogą zupełnie nie znać. O Mazurku nie trzeba. O nim tu było już i tak dużo za dużo. Otóż Antonina Krzysztoń ma historię bardzo niezwykłą. Z jednej strony, przez swoje rodzinne powiązania, ona w czasach głębokiego PRL-u należała do najbardziej klasycznej warszawskiej socjety. A więc była siostrzenicą Haliny Mikołajskiej, Marian Brandys był jej wujkiem, i pewnie też przez to oczywiście, znała dokładnie wszystkich czołowych wówczas opozycjonistów – a, jak wszyscy wiemy, w tamtych akurat czasach, w odróżnieniu od tego, co mamy dziś, towarzyski mainstream mieścił się nie po stronie zajmowanej przez reżim, lecz właśnie przez opozycję. Zresztą sama Krzysztoń na ten temat dość dużo w wywiadzie dla „Rzepy” opowiada, a na kimś tak przywiązanym do tradycyjnego modelu życia towarzyskiego – ale też życia w ogóle, jak ja – te wszystkie szczegóły robią wrażenie takie sobie.
A więc to jest ta jedna strona. Druga strona natomiast jest taka, że Antonina Krzysztoń – o czym akurat już wiem z zupełnie innych źródeł, niż Mazurek i jego „Rzeczpospolita” – to jest człowiek bardzo porządny. Ona jest – i zawsze była – osobą niezwykle porządną, ideową, wierną i – co nie mniej ważne – mądrą. Wiem też jeszcze coś. Z powodu tego oto, że ona w zeszłorocznych wyborach prezydenckich oficjalnie poparła kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego, praktycznie straciła pracę. I, powiem szczerze, kiedy dziś rano zobaczyłem, że Mazurek rozmawia z Krzysztoń, bardzo liczyłem na to, że wystarczająco duża część tego wywiadu będzie poświęcona temu, by opowiedzieć czytelnikom, jak się przejawia ów totalitaryzm, o którym niedawno wspomniał ojciec Rydzyk, i co wzbudziło tak nieprawdopodobną furię Systemu. Liczyłem na to, że Mazurek zapyta, a ona opowie, jak się zaczęła zmieniać jej zawodowa i towarzyska sytuacja od momentu, gdy ona zgodziła się swoim nazwiskiem wesprzeć kampanię Jarosława Kaczyńskiego, i jak System ją za ten gest potraktował. I jakie wnioski, z tego co się stało, powinniśmy wszyscy dla siebie wyciągnąć.
Mazurek rozmawia zatem z Antoniną Krzysztoń, ale najpierw rozmowa się toczy wokół jej wczesnej kariery, później słuchamy dość szczegółowych historii na temat Mikołajskiej, Brandysa i w ogóle ówczesnego życia w Warszawie i okolicach, i kiedy wydaje się, że na temat dzisiejszej sytuacji Krzysztoń nie padnie ani słowo – jest! Pod sam koniec tej rozmowy pojawia się temat właściwy. Krzysztoń najpierw mówi, jak ją irytuje to, że wielu traktuje jej sztukę jako sztukę ściśle religijną, i Mazurek na to rzuca co następuje: „Pani wpadła w gorszą szufladę – polityczną. W ostatnich wyborach prezydenckich znalazła się pani w komitecie Kaczyńskiego”. I, gdyby ktoś się spodziewał, że tu Antonina Krzysztoń powie, że tak, że ona popiera Prawo i Sprawiedliwość, że dla niej Kaczyński to lepszy prezydent, niż Komorowski, i że to, że ona w to wierzy, ją tak fatalnie ustawiło w jej życiu zawodowym, czy coś w tym kierunku, to jest w dużym błędzie. Okazuje się, że przede wszystkim Antonina Krzysztoń poparła Jarosława Kaczyńskiego nie przez politykę, lecz z „porywu serca”. Że ona „po prostu czuła, ze musi być przy tym człowieku”. Dlaczego? Tego akurat już tak do końca nie wiemy, no ale można się domyślić, że chyba z litości. Zresztą już w następnym zdaniu, Antonina Krzysztoń zapewnia wszystkich wątpiących, że ona nigdy się w politykę nie angażowała i nadal „śpiewa dla wszystkich”. A nie tylko „dla jednej partii”. A na przykład jej najbliższa przyjaciółka jest politycznie kompletnie gdzie indziej, niż ona, i one i tak się bardzo przyjaźnią.
To byłby oczywiście, jak ktoś słusznie zauważy, dobry moment dla samego Mazurka, by pokazać, jak wygląda dziennikarstwo porządne i niezależne. Ale tu już wywiad się kończy. Mazurek tylko nieśmiało zwraca uwagę, że Krzysztoń znalazła się w jednym miejscu „z innym bardem opozycji i ‘Solidarności’ Janem Krzysztofem Kelusem”, na co Krzysztoń odpowiada, że „to naprawdę powinno ludziom dawać do myślenia, tym bardziej, że wszyscy wiedzą, jak niezależną osobą jest Janek”. I na tym koniec. Kto chce, niech się domyśla. W końcu, jak słyszymy, to jest informacja, która ludziom „powinna dawać do myślenia”.
Czemu Mazurek i Krzysztoń postępują tak jak postępują? Główny powód jest wspólny. I to jest też mniej więcej ten sam powód, jaki stał za moją reakcją sprzed lat na pytanie tamtego peerelowskiego oficera o moją religię. Ostrożność wobec przeważających sił wroga. I Mazurek i Krzysztoń, a również i ja, jeszcze wtedy, kiedy byłem taki młody, zachowaliśmy się tak, a nie inaczej, ze strachu, że, jeśli się zdeklarujemy szczerze i uczciwie, to natychmiast dostaniemy tak w zęby, że się nie pozbieramy. W szczegółach natomiast jest już sytuacja bardziej zróżnicowana. Ja po prostu miałem nadzieję, że jeśli będę grzeczny, zdam ten egzamin. A więc wszystko było proste. Jak idzie o Krzysztoń, ona chce odzyskać to co miała – też nie do końca, ale jakoś tam miała – kiedyś. Sama zresztą, w innym miejscu tej rozmowy, przyznaje niemal jednoznacznie, że ona by chciała być popularna, jak inni jej koledzy artyści. Mazurek natomiast, boi się, by nie utracić tego, co ma. A więc opinii – inna sprawa, że to jest bardzo ciekawe, czyjej opinii – dziennikarza niezależnego i obiektywnego. I tak się niestety składa, że cała nasza trojka popełniła, lub wciąż jeszcze popełnia, ten sam błąd. A więc liczy na to, że System jest skłonny do kompromisu. Otóż nie. System żąda ofiary całkowitej i żadne częściowe ustępstwa go nie interesują. A zatem Mazurek, nigdy, już do końca swojego zawodowego życia, nie zostanie potraktowany przez System – nawet nie jako swój, bo to jest w ogóle niemożliwe – ale jako ktoś choćby neutralny. Nawet jeśli on się zepsi tak jak to zrobił Wołek, to i tak wszyscy będą go traktować jak kupę śmiechu, a używać go będą wyłącznie do szczucia na przeciwników prawdziwych. Jak idzie o Antoninę Krzysztoń, ona – ponieważ ma talent i jej piosenki mogłyby się znowu zacząć sprzedawać – musiałaby zrobić to, co zrobił swego czasu Maleńczuk, a więc podczas jednego z tych nielicznych koncertów, wyraźnie i bez drżenia w głosie, wrzasnąć do publiczności, by wyborcy PiS-u „wypierdalali”. On przecież też nigdy nie był piosenkarzem mainstreamowym, a proszę, jak sobie dziś świetnie radzi. A więc tak właśnie – żeby wypierdalali, a nie jakieś farmazony o śpiewaniu dla wszystkich. Bo dla wszystkich się nie śpiewa.
A ja? Co mogłem zrobić tamtego dnia ja? Oczywiście dziś już wszyscy wiemy, że ten wykręt i zrzucenie całej odpowiedzialności za moją wiarę na moich rodziców, nic mi nie dało. I dać mi nie mogło. Bo co to, kurwa, ma znaczyć, że rodzice tak mnie wychowali? Człowiek odpowiada sam za siebie i widzi przecież, co i jak. A więc, ja, przede wszystkim, miałem się zgodzić, jeszcze jakiś czas wcześniej, na tę współpracę, a skoro się tak spóźniłem, to przynajmniej zadeklarować ją z opóźnieniem, i liczyć na łaskę. A tak, to i w końcu trzeba było wydać pieniądze na tę flaszkę, i jeszcze mieć wyrzuty sumienia do końca życia. A wszystko, jak się dobrze zastanowić, jest takie proste. Ja miałem wtedy wyprostować się, nabrać głęboko powietrza, i powiedzieć głośno i wyraźnie, że Jezus Chrystus jest moim Panem, Antonina Krzysztoń miała powiedzieć, że ona nie śpiewa dla zdrajców i idiotów, natomiast Mazurek miał jej na to – głośno i wyraźnie – powiedzieć, że jej bardzo dziękuj za te słowa. Właśnie tak. Że jej bardzo dziękuje za te słowa. Bo gdybyśmy wszyscy byli trochę bardziej dzielni, o wiele łatwiej by się nam myślało o nadchodzącej przyszłości. A zatem, namawiam do odwagi. Bądźmy odważni.

Oczywiście, moja dzisiejsza sytuacja nie ma nic wspólnego ani z moim bohaterstwem, ani tchórzostwem, i nawet nie jestem pewien, czy mam dla niej jakiekolwiek usprawiedliwienie. Natomiast wiem, że ten blog jest dziś jedynym źródłem mojego utrzymania. A zatem wszystkich, którzy mogą mi w jakikolwiek sposób pomóc finansowo, proszę o kupowanie książki i o wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.

czwartek, 23 kwietnia 2009

O dziennikarzach, dziennikarzach i o ludziach

Przedstawiając wczoraj w Salonie swój tekst o radykalizmie i tchórzliwej elegancji, wspomniałem o dziennikarzu Piotrze Zarembie i jego występie w telewizji, w programie Teraz my. Uwaga moja dotyczyła faktu, że Zaremba, poproszony o opinię na temat najnowszego wybryku Janusza Palikota, nie potrafił z siebie wydusić jednego zdania, którego by natychmiast nie skontrował zdaniem następnym. Byłem poruszony faktem, że Zaremba – dziennikarz, który wielokrotnie udowodnił, że posiada poglądy i potrafi ich bronić – nagle zachował się, jakby poglądów nie miał, albo przynajmniej nie był w stanie ich zwyczajnie sformułować. I to w dodatku na temat pozornie tak prosty, jak postępki Janusza Palikota. I to, w dodatku, w towarzystwie Sławomira Sierakowskiego, młodego komunisty, który – w odróżnieniu od Zaremby – wykazał się piękną i niewzruszoną wolnością przekonań.
Od wczoraj minęło już te kilkanaście godzin i kilkadziesiąt komentarzy na moim blogu i blogach innych, a ja wciąż myślę o Zarembie, o Sierakowskim i w ogóle o odwadze i szansach jakie ma każdy z nas, żeby być wiernym. Zastanawiam się, jak to jest, że w niektórych środowiskach tak trudno jest spotkać prawdziwą i niezakłóconą dziwnymi kalkulacjami debatę? Jak to jest, że są miejsca, gdzie radykalne przekonania i szczerość opinii nie są w najmniejszym stopniu źle widziane, tyle że są ograniczone do pewnych tylko opinii i pewnego rodzaju radykalizmu? I dlaczego ci, od których moglibyśmy oczekiwać tego minimum wielkości, nagle robią się tak strasznie mali?
Myślę tu dziś o Piotrze Zarembie. Ale również nie potrafię zapomnieć o wielu innych dziennikarzach, którzy zbudowali swoją pozycję na walce o wolność opinii i swobodę wypowiedzi, a dziś tak bardzo się boją, że ktoś mógłby ich oskarżyć o to, że mają własne zdanie i że do tego zdania są za bardzo przywiązani. Nie myślę przy tym w ogóle o dziennikarzach, którzy wprawdzie zawsze byli związani z pomysłem ograniczania wypowiedzi do pewnych, wcześniej zaakceptowanych kanonów, a dziś pokazują, jak bardzo są wolni i bezkompromisowi. I jak bardzo oni gardzą wszelkim kunktatorstwem. Jestem bowiem przekonany, że między jednymi a drugimi, w tym miejscu nie ma żadnej różnicy. I jedni i drudzy dbają przede wszystkim o swój osobisty komfort i w momencie gdy poziom tego komfortu zaczyna wyglądać niewyraźnie, tracą całą pewność siebie.
A więc problemem nie są ludzie, lecz sytuacja w jakiej się znaleźli. A zatem chodzi o tę wygodę i o to poczucie bezpieczeństwa. Myślę o Piotrze Zarembie. Oto dziennikarz. Dziennikarz ważny, uznany, powszechnie szanowany, przez wielu szanowany bardzo. A jednocześnie ktoś, kto jest od samego początku częścią pewnego systemu. Ktoś kto – będąc dziennikarzem – ma dziennikarzy za kolegów, wspólnie z innymi dziennikarzami ma pewne, bardzo ścisłe interesy i kto, w gruncie rzeczy, nie ma żadnego innego miejsca, poza swoim naturalnym środowiskiem, gdzie mógłby bezpiecznie działać. Oto ktoś, dla którego towarzystwo w którym się obraca, status, który uzyskał, pozycja jaką sobie wywalczył determinuje go w stu procentach.
Do czego zmierzam? Problem jaki mnie nurtuje jest związany z ogólną atmosferą, jaka wytworzyła się w polskim życiu, nawet nie politycznym, lecz publicznym. Ja tu niedawno pisałem o tym, jak ja sam, utrzymując rodzinę, ucząc najróżniejszych ludzi języka angielskiego, muszę dbać o to, żeby z ludźmi którzy zapewniają mi pracę, mieć w miarę ludzkie stosunki. Problem polega na tym, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jedyna rzecz, która może stworzyć między mną, a ludźmi którzy są moimi klientami takie napięcie, że dalsza współpraca będzie niemożliwa – to polityka. Dlatego staram się bardzo unikać w rozmowach z nimi tematów politycznych. A unikanie to sprowadza się, siłą rzeczy, do tego, że oni nie znają moich politycznych poglądów. Mówiąc krotko, oni nie wiedzą, że ja jestem kaczystą.
Otóż ja uważam, że moja sytuacja jest bardzo komfortowa. Ja, o ile tylko nie będę wkraczał w moje kontakty z uczniami z polityką, mogę z nimi rozmawiać o wszystkich sprawach świata. Oni mogą mi opowiadać o swoich emocjach, ja mogę im mówić o tym, co mi się podoba, a co nie – i jest pięknie. Oni nawet mogą mi posyłać nieustanne szyderstwa z Kaczorów, a mnie to nie ruszy. Bo ja szczycę się tym, że posiadam odpowiedni poziom świadomości i nie mam z tym najmniejszych problemów. Nie ma więc absolutnie takiego tematu, który mógłby nas podzielić w taki sposób, że nie bylibyśmy w stanie się dalej spotykać. I nie chodzi tu o to, że ja się boję zaprezentować moje poglądy i nie wiem, jak ich bronić. Ci co mnie czytają, świetnie się orientują, że to akurat nie jest mój kłopot. Natomiast ja absolutnie nie mam ochoty tworzyć napięcia między mną, a ludźmi którzy są mi z jednej strony obcy, a z drugiej powiązani ze mną, że tak powiem, biznesowo. Bo wiem, że takie napięcie na tym poziomie relacji jest nie do opanowania. Takie napijecie zawsze kończy się katastrofą. Ale też nie chodzi akurat tylko o nas. To jest sprawa jak najbardziej powszechna. W dzisiejszej Polsce polityka jest w stanie sprawić, że ludzie w jednej chwili tracą rozum i gotowi są się pożreć.
Piotr Zaremba, podobnie jak Piotr Semka, Michał Karnowski, Igor Janke, Rafał Ziemkiewicz i wielu, wielu innych wybitnych dziennikarzy i uczciwych ludzi, znaleźli się w sytuacji nieporównanie gorszej. Przez rodzaj wykonywanej pracy, oni nie są w stanie wycofać się z polityki również na płaszczyźnie towarzyskiej. Każdy doskonale się orientuje, jakie są ich sympatie, jakie dylematy, co sądzą dziś, jakie mieli zdanie na różne tematy wczoraj, co ich złości, co ich cieszy. A to, w dzisiejszej społecznej atmosferze, tworzy sytuację bardzo niedobrą. Dla całego dziennikarskiego mainstreamu, oni są dziennikarzami-degeneratami. Dla swoich kolegów-dziennikarzy oni symbolizują to co wśród intelektualnej elity „tego kraju”, oznacza wstyd i hańbę. Dla środowiska, w którym żyją na co dzień oni są wyłącznie trądem i pośmiewiskiem.
Więc walczą. I walczą w jedyny możliwy sposób. Jeśli nie chcą skończyć na peryferiach dziennikarstwa, a mają do wyboru albo radykalizację swojego wyboru, albo próbę kompromisu, wybierają oczywiście kompromis. I w tym momencie stają się niewolnikami okoliczności. Od momentu, w którym postanowili udowodnić swoim lepiej umocowanym towarzysko kolegom, że przecież nie są tacy nieprzemakalni, tacy niewyuczalni, tacy zamknięci, stracili jedyne co mieli. Swoją wiarę i swoją wolność. Czy to jest tchórzostwo? Czy to jest zdrada? Nie sądzę. Uważam, że oni w gruncie rzeczy nie mają wyboru. I tak już, przez swoje niezależne poglądy, zostali naznaczeni. Każdy kolejny ruch w głąb będzie ich prowadził jedynie do pełnego wykluczenia. Więc się bronią. I krzyczą do swoich oprawców: „My nie jesteśmy tacy jak myślicie! Z nami się da rozmawiać!”
Niestety, przeciwko sobie nie mają ludzi dzielnych, szlachetnych, życzliwych, gotowych ich przyjąć do siebie, jeśli ci tylko zrozumieją swoje błędne ścieżki. Przeciwko sobie mają osoby przede wszystkim nieskończenie bardziej tchórzliwe, a przede wszystkim głupsze i mniej inteligentne. Przeciwko sobie mają kogoś, kto jest mocny wyłącznie dlatego, że od zawsze był na tyle zły, sprzedajny i bezideowy, że w odpowiednim momencie znalazł się tam gdzie jest wygodnie i bezpiecznie. Przeciwko sobie wreszcie mają na przykład człowieka, który na tym blogu już jakiś czas temu znalazł swoje zasłużone miejsce, mianowicie niejakiego Jacka Kucharczyka, reprezentującego coś, co się nazywa Instytut Spraw Publicznych. Człowieka, który nie ma wątpliwości. Który poproszony przez Rzeczpospolitąo ekspercką ocenę polskiej sceny politycznej http://www.rp.pl/artykul/293483.html, przemawia na poziomie najbardziej prymitywnego słuchacza Szkła Kontaktowego i oczywiście jest z siebie przy tym dokładnie tak samo dumny, jak ten wspomniany telewidz. On się nie wykręca, on nie próbuje pokazać, jaki jest obiektywny, nie udaje, że to co on pisze to wynik jakiś obserwacji i rozmyślań. On ma bardzo zdecydowane poglądy, bardzo radykalne, bardzo jednoznaczne i je w bardzo jednoznaczny sposób prezentuje. Ale też on się nie boi, że ludzie z jego otoczenia powiedzą mu, że jest ‘opinionated’, że ktoś mu zarzuci, ze się zaangażował po jednej ze stron konfliktu, a więc wykluczył się z debaty. Ależ skąd! Bo o jakiej to debacie mowa? Z kim? Z Migalskim może??? Ale też można się spytać, czy Kucharczyk jest odważny? Oczywiście, że nie. Jego odwaga jest dokładnie na tym samym poziomie, co odwaga innego bohatera dzisiejszych potyczek, Piotra Stasińskiego. Którego eksplozję obywatelskiej i czysto ludzkiej postawy mogliśmy wczoraj poznać również w Rzeczpospolitej. Nie będę opisywał sprawy, bo – szczerze powiem – nie chce mi się. Niektórzy znają choćby z bloga Kataryny, a kto nie zna, niech sobie zalinkuje tu http://www.rp.pl/artykul/2,294522.html. Oto kolejny z całego szeregu tych, którzy stanęli naprzeciwko Piotra Zaremby i jego zniewolonych kolegów. Również człowiek o szczerej wierze i o szczerym przekonaniu o swojej wiary potędze. Ktoś, kto tym świńskim truchtem dobiegł do tego miejsca, w którym jest dziś i w którym to miejscu jest mu tak ciepło, przytulnie i przyjemnie. Powiem Stasińskiemu, że oto dotarł w swojej walce do samych bram faszyzmu i co z tego? Jakie to ma znaczenie, skoro jemu jest ciepło i dobrze? A i koledzy chwalą.
Oto towarzystwo, które sterroryzowało Piotra Zarembę, podobnie jak wielu z jego kolegów, i terroryzując nie obiecało nic, poza szczyptą spokoju na dziś i może też na najbliższą przyszłość. W komentarzu pod moim poprzednim wpisem, mój przyjaciel Gembaopowiedział mi, jak to w stacji o nazwie chyba TOK FM, Jacek Żakowski i Tomasz Lis regularnie, bezwstydnie i bez najmniejszej litości znęcają się nad Tomaszem Wołkiem, traktując go jak szmatę. Czemu oni to robią komuś, kto przecież wielokrotnie, i to z nawiązką, udowodnił, że on zrobi, powie i napisze wszystko co oni mu każą? Że on jest w stanie, na każde ich skinienie, zademonstrować każdą możliwą podłość i zejść tak nisko, jak sytuacja będzie tego wymagała? Otóż dlatego, że choćby on zaczął im śpiewać ruskie piosenki na dobranoc, oni i tak już do końca świata będą go traktować jak prawicowe ścierwo. Bo Żakowski, Lis, Najsztub, Stasiński nigdy nie wybaczają. Oni wyłącznie dają szansę nawrócenia i w nagrodę michę z kartoflami, żeby niewolnik się nażarł.
Więc jaki wybór ma Piotr Zaremba, który – tak się złożyło – został przypadkowym bohaterem mojego tekstu? Może oczywiście robić to co robi, czyli starać się przekonać Stasińskiego, że on ma poglądy wyważone i pełne otwartości. Może próbować udowodnić Kucharczykowi, że on nie jest taki jak dziennikarze z Naszego Dziennika. Może wygłosić pean na cześć cudownej nieokreśloności wszelkich rzeczy, tak by Piotr Najsztub zechciał się do niego przy najbliższej okazji zwrócić bez tego przykrego, pogardliwego uśmiechu. I ostatecznie liczyć na to, że oni wszyscy zaczną go traktować z minimum szacunku. Ale przy tym, może być pewny, ze dopóki nie stanie się jak Wołek, nie dadzą mu spokoju. Dopiero wtedy, kiedy już jak ten biedny Winston zobaczy pięć palców i oświadczy, ze on właściwie nie wie, ile ich jest, dostawią mu jakieś byle jakie krzesło i pozwolą łaskawie na chwilę się dosiąść.
Może więc iść drogą, na którą ostatnio najwyraźniej wszedł. Ale może też zachować się jak Sierakowski, czyli jak człowiek wolny. A więc spojrzeć im wszystkim prosto w twarz, uśmiechnąć się z pogardą i powiedź im, że są tandetni. I nie bać się. Powtarzać to im przy każdej okazji. Oni go oczywiście znienawidzą. Ale przynajmniej nie będą nim gardzić. Oni oczywiście załatwią mu to, że się stanie dziennikarzem niszowym, ale on sobie na pewno znajdzie jakieś miejsce, gdzie będzie mógł się wypowiadać i znajdzie sobie takich, którzy będą go chcieli słuchać. Myślę, że jeśli tylko będzie miał oryginalne i szczere poglądy i będzie gotów je głosić bez strachu – tak jak to robi Sierakowski – tak jak Sierakowski będzie zapraszany do ich głoszenia to tu, to tam. I będzie mógł zawsze spojrzeć sobie bezpiecznie rano w lustro, a w ciągu dnia, kiedy spotka gdzieś na swojej drodze Żakowskiego, czy Najsztuba, poczuje, co to znaczy bym dziennikarzem prawdziwie wolnym i niezależnym.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...