Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdańsk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2019

Co wyborcy Magdaleny Adamowicz sądzą o wieczności?


      Myślę, że stałych czytelników tego bloga nie muszę przekonywać, że wśród wielu rzeczy które mnie w jakimkolwiek stopniu interesują, być może na ostatnim miejscu znajduje się to, kto jaki posiada majątek, a tu również myślę o politykach, co do których mam niezmienne przekonanie, że nie po to oni szli w tę branżę, żeby dziadować. I oczywiście, nie zmienia faktu to, że jest coś naprawdę szczególnego w tym, że milionerami stają się ludzie, którzy poza zadawaniem szyku w tym czy innym towarzystwie, nie zhańbili się jakimikolwiek talentami, ani nawet jakąkolwiek pracą. Mam już swoje lata i wiem, że wolny rynek to pojęcie naprawdę szerokie, a mi nic do tego.
      Nie wiem więc za bardzo dlaczego, kiedy dziś zostały ujawnione majątki świeżo-wybranych europejskich parlamentarzystów, zainteresowało mnie bardzo oświadczenie majątkowe złożone przez Magdalenę Adamowicz, wdowę po zamordowanym prezydencie Gdańska. Oczywiście, ona nie jest, i, jak się zdaje, nigdy nie była politykiem, więc dobrze by było wiedzieć, skąd ona to wszystko ma. Ktoś powie, że odziedziczyła po zmarłym mężu, który w polityce robił przez długie lata. I ja to rozumiem. Adamowicz robił co robił, żył jak żył, więc dziś trudno by jego żona i dzieci nie miały z tego korzystać. Nie trzeba w końcu daleko sięgać, by przyjrzeć się finansowej sytuacji prominentnej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Doroty Arciszewskiej-Milewczyk, która po śmierci swojego męża-biznesmena – i to biznesmena na skalę światową – zdecydowała się żyć z odziedziczonym po nim majątkiem równym zadłużeniu i, jak widzimy, radzi sobie z tym – w odróżnieniu od wielu swoich współobywateli – znakomicie i to znów nie jest nasza sprawa.
        No więc, przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza wiadomość, że Magdalena ze swoimi córkami – to jest wbrew pozorom element nadzwyczaj istotny – podobnie jak posłanka Milewczyk, wszystko zawdzięcza talentom męża. I że to jest sytuacja normalna. Spójrzmy jednak przez chwilę na oświadczenie majątkowe Adamowicz:
- środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej: 176,185,91 zł;
- środki niepełnoletniej córki zgodnie z załącznikiem;
- papiery wartościowe: 157,529,75 zł, 35,328,47, 41,858,39;
- mieszkanie z połączonych technicznie dwóch lokali (2KW) oraz miejsce w hali garażowej: 499 tys. zł oraz 410 tys. zł. (pozostałe mieszkania w załączniku);
- Działka niezabudowana: 180,000 zł, 150,000 zł, 45,000 zł;
- 30400 akcji w PZU oraz 1500 w KGHM;
- członkostwo w radzie nadzorczej TRANSREM sp. Zoo, Gdańsk: wynagrodzenie netto 22,487,32 zł.;
- umowa o pracę Uniwersytet Gdański, AWF FiS, członkostwo w radzie nadzorczej: 118,789 zł. netto;
- dochody z najmu: 110,992 zł.
      No i czas na zobowiązania:
- własny kąt hipoteczny w PKO BP, do spłaty 505,754,00 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [??? – moje], do spłaty 314,260 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [????? - moje]: 98,418 zł.
      W czym rzecz? Otóż wbrew pozorom, nie w tym że ta straszna kobieta aż tak nieroztropnie zdecydowała się żyć na krawędzi. Jej los, szczerze powiedziawszy, jest mi obojętny. Mnie interesują tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, co to za cholera ta MAL BAZA i dlaczego nikt nie uznał za stosowne mi tego wytłumaczyć. A druga, kiedy już się dowiem, co to ta takiego, może ktoś mi odpowie na pytanie, co się porobiło w głowach aż tylu mieszkańców Gdańska i okolic, że my się dziś musimy zajmować czymś tak małym?




piątek, 7 czerwca 2019

O tym jak Polska została odcięta od popu


Dziś właśnie, w najprzeróżniejszych punktach Kraju można kupować najnowszą „Warszawską Gazetę”, a w niej mój najnowszy felieton. Gdyby ktoś jednak miał w okolicy wyłącznie kioski „Ruchu”, który został przez Piotra Bachurskiego ostatecznie wyłączony z biznesu, i naszej gazety kupić nie jest w stanie, przedstawiam swój tekst tu. No i zachęcam.

      Jak pewnie część z nas wie, miasto Gdańsk, a bardziej konkretnie tak zwana Fundacja Gdańska, Europejskie Centrum Solidarności, oraz coś o nazwie Demokracja Ilustrowana, zorganizowały konkurs na plakat pod nazwą „Trzy Dekady Wolności”, w którym druga nagroda została przyznana niejakiej Jagnie Wróblewskiej. Plakat przedstawia mamę, tatę oraz córeczkę, stojących nad brzegiem morza w pozycjach układających się w trzy rzymskie dziesiątki i eksponujących swoje genitalia. Jeden z jurorów konkursu, Luka Rayski, autor słynnego już plakatu „KonsTYtucJA” określił pracę Wróblewskiej jako „fantastyczną rzecz z pogranicza malarstwa i sztuki plakatu – coś, co udaje się niezwykle rzadko”, a mnie chodzi po głowie parę myśli, którymi chciałbym się dziś podzielić.
      Wbrew oczekiwaniom, nie mam najmniejszego zamiaru analizować wspomnianego obrazu pod względem artystycznym, intelektualnym, czy tym bardziej moralnym, bo biorąc pod uwagę jego rzucającą się w oczy jakość, może to równie dobrze zrobić każdy z nas. Ja akurat chciałbym zwrócić uwagę na pewną, moim zdaniem, bardzo wyraźną i wyjątkowo podłą tendencję. Otóż jeśli przyjrzymy się temu, co się dzieje w przestrzeni wyznaczanej przez kulturę popularną, oraz będącą jej nieodłączną częścią sztukę, musimy dojść do wniosku, że to co przedstawiła na swoim plakacie Jagna Wróblewska i co postanowił nagrodzić Rayski, to sama esencja. Jeśli przyjrzymy się współczesnej produkcji – i nie mam tu na myśli tylko produkcji polskiej – filmowej, teatralnej, plastycznej, czy literackiej, jej estetyczny oraz intelektualny wymiar jest wyznaczany właśnie przez to, co możemy zobaczyć na tym plakacie, a więc, mówiąc brutalnie, penisa i waginę. Oto współczesna sztuka i nie sądzę, by to się miało kiedykolwiek zmienić.
      I nie łudźmy się. Nie ma co liczyć na to, że gdy wreszcie Prawo i Sprawiedliwość – bo jest chyba dla wszystkich jasne, że w najbliższej perspektywie wszystkie inne opcje są niedostępne – zdobędzie w państwie taką popularność, że cała ta antypolska banda zostanie drastycznie zmarginalizowana, razem z nimi naturalną śmiercią zginą te wszystkie waginy, a tak zwani „ludzie kultury” się opamiętają i poczują nagle związek z naszą narodową tradycją oraz wartościami. To się nie stanie z tego względu, że oni już od dawna znajdują się w strefie wpływów, do którego zewnętrzny świat nie ma żadnego dostępu.
      Ktoś powie, że to wcale nie jest takie trudne. Wystarczy że my tutaj przedstawimy własną ofertę, która jako bardziej wartościowa ideowo, oraz estetycznie bardziej interesująca wyprze z rynku ten cały chłam. Otóż problem polega na tym, że własnie przez to, że wspomniana kultura popularna, stanowi świat całkowicie autonomiczny i nie ma żadnego sposobu, by się tam przebić. I daję słowo, że nie mówię o prostej jakości. Nawet gdybyśmy potrafili zaproponować coś naprawdę wartościowego, tego muru nie przebijemy. Pozostaje nam wyłącznie polityczna władza i cierpliwe znoszenie wrogiego nam popu, nawet w postaci tego koszmarka ledwo co nagrodzonego przez miasto Gdańsk.



Gdyby ktoś zapragnął kupić sobie którąś z moich książek, wystarczy że kliknie w wybrany obrazek z prawej strony i będzie na miejscu. Serdecznie zachęcam.
       

sobota, 27 października 2018

Dlaczego kibicowałem Pawłowi Adamowiczowi w walce o prezydenturę Gdańska


Dziś proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, w którym uzupełniam nieco refleksje, jakimi się tu dzieliłem w dzień po pierwszej turze wyborów. Mam nadzieję, że będzie pozytywnie.        


      Moje powyborcze refleksje koncentrują się wokół dwóch kwestii. Do pierwszej z nich odniosłem się jeszcze w poniedziałek na swoim blogu, wyrażając opinię, że dla każdego kto wie, czym jest dzisiejsza Warszawa, musi być oczywiste, że jej mieszkańcy w swojej przeważającej większości gotowi są zagłosować choćby na kij do mopa, zakładając że ten nie zburzy im owego szkaradziejstwa, jakim jest stojący na Placu Europejskim Warsaw Spire. Bo dla tych ludzi cały sens życia nie sprowadza się wbrew pozorom do obrony Konstytucji, miłości do Brukseli, czy nienawiści do PiS-u, lecz właśnie do upajania się rzekomą urodą owego Warsaw Spire i temu podobnych wieżowców, które oblepiły ich miasto.
      Dziś jednak chciałbym zwrócić uwagę czytelników „Warszawskiej Gazety” na problem nie Warszawy, lecz Gdańska. Otóż, w moim przekonaniu, nawet wyborczy sukces Prawa i Sprawiedliwości w skali ogólnopolskiej pozostaje w cieniu tego, co się wydarzyło w Gdańsku, a mam tu na myśli spektakularną porażkę młodego Wałęsy, a przy tym oczywiście Platformy Obywatelskiej. To że został on tak okrutnie zdystansowany przez Adamowicza, oczywiście może dziwić, zwłaszcza gdy się uzwględni cieżar, jaki ten niesie na swoim karku, jednak to wciąż jest ukochany prezydent tych nieszczęsnych ludzi i owa moc przyzwyczajenia. To jednak, że Wałęsę w pokonanym polu zostawił – i to z zachowaniem nie byle jakiego dystansu – Kacper Płażyński, stanowi szok, spod którego to miasto podniesie się prawdopodobnie już tylko jako zupełnie nowa jakość.
     Ale jest jeszcze coś być może nawet większego. Otóż pod pewnym względem Gdańsk robi dziś wrażenie jeszcze większego piekła, niż Warszawa. Oczywiście, Warszawa to mafia, która się rozpanoszyła pod okiem władz miasta, owe zrabowane miliardy, czy wreszcie symbol tego wszystkiego w postaci zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego, jednak Gdańsk pod wieloma względami stanowi zupełnie inną jakość. Cokolwiek by mówić o Warszawie, to jednak jest wciąż polskie miasto, Gdańsk natomiast pod prezydenturą Adamowicza bardziej przypomina coś na kształt Berlina, Brukseli, czy Amsterdamu. I to wcale nie cywilizacyjnie, ale kulturowo. A to jest coś, czego nie da się pokonać aktem wyborczym, ale już tylko rozpalonym żelazem, lub kwasem siarkowym.
      Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy się dowiedziałem, że w najgorszym wypadku prezydentem Gdańska będzie nadal Adamowicz, którego los jest już napisany. Nie wierzę bowiem, że jest on w stanie uciec spod ostrza tych wszystkich afer, które go oplatają. Jeśli on nawet pokona Płażyńskiego, najdalej za rok trafi za kraty i to nie na miesiąc, dwa, czy rok. A więc wielkiej krzywdy Gdańskowi już nie zrobi. Co innego Wałęsa. Gdyby to jemu udało się wziąć Gdańsk, to piękne miasto mogłoby się już dziś zacząć pakować i to na dziesięciolecia.
      Na szczęście to już są strachy na lachy. Dziś przed Gdańskiem już tylko wszystko co najlepsze. I to jest prawdziwe dobra zmiana, jaką przyniosły te wybory.

Zapraszam jak zawsze do kupowania moich książek, czy to przez księgarnie pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy osobiście u mnie, korzystając z adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com

czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

czwartek, 4 października 2012

Gdańsk napada

Pisałem już o tym tu na pewno, a niewykluczone, że i niejeden raz.. No i przyszła pora, żeby znów kto nie wie, się dowiedział. Otóż amerykańskie miasto Newark w stanie New Jersey jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku stanowiło perłę Wschodniego Wybrzeża i według niemal powszechnych prognoz, miało wszelkie podstawy, by któregoś dnia osiągnąć pułap wyznaczany dotychczas czy to przez Nowy Jork tu, czy Los Angeles tam.
I oto w pewnym momencie władzę w mieście przejęła mafia. Jaka? Tego akurat nie wiem, ale chodziło o prawdziwą mafię, jaką znamy z filmów. Ludzie głupi i naiwni mówili wówczas, że akurat tu nie ma powodu do niepokoju. Wręcz przeciwnie – co jak co, ale ten rodzaj protektoratu, nawet jeśli oparty na zbrodni i przemocy, potrafi zadbać o swoje. Właśnie – o swoje. Bo najgorzej jest wtedy, gdy nasze sprawy powierzamy czemuś tak abstrakcyjnemu jak państwo, gdzie nikt nie jest za nic odpowiedzialny i nikt nie czuje się niczego właścicielem. Gdzie pustka powstała z tego chorego niedookreślenia musi zostać czymś wypełniona, a to coś najczęściej oznacza gnuśność i korupcję. A zatem, niech rządzi mafia. Przynajmniej zlikwidują przestępczość.
No i stało się tak, że za miasto wzięli się gangsterzy, i w ciągu zaledwie paru lat doprowadzili to miejsce do takiego stanu, że stamtąd wszyscy normalni mieszkańcy pouciekali, a na miejscu zostali tylko gangsterzy i narkomani, a między nimi kursujące wśród zrujnowanych osiedli grupy czarnych dealerów.
Nie byłem nigdy w Stanach, a tym bardziej w Newark, więc jak idzie o moje własne doświadczenie, ani nie wiem, jak tam się sytuacja przez lata zmieniała, ani jak tam sprawy się mają dziś. To co opisałem powyżej, znam z pewnego dokumentalnego filmu, który wiele lat temu miałem okazję obejrzeć w telewizji, no i akurat od tamtego czasu nie dotarły do mnie żadne wiadomości, co do tego, by Newark miał doganiać otaczający go świat.
Nie byłem w Newark, natomiast kilka razy byłem w Gdańsku, pierwszy raz jeszcze w latach 80., a więc czasach rozpasanego PRL-u. Kiedy z dzisiejszą panią Toyahową jeszcze byliśmy młodzi i bezprzytomnie w sobie zakochani, lubiliśmy jeździć na wakacje na Półwysep Helski, a stamtąd okazyjnie autostopem do Gdańska, czy to tak bez powodu, czy z okazji dorocznie tam organizowanego Jarmarku Dominikańskiego. I pamiętam, że w tamtych latach Gdańsk, w porównaniu z resztą Polski, to był cały świat. Ponieważ nie mieliśmy ani za bardzo możliwości, ani zwyczaju jeżdzić w tamtych latach po świecie, owe coroczne wakacyjne pobyty w Gdańsku stanowiły dla nas namiastkę jakiejś Francji, Portugalii, czy Londynu. Czekałem na ten Gdańsk, bo wiedziałem, że tam poczuję Europę, a przy okazji kupię sobie jakieś, normalnie niemożliwe do zdobycia, płyty, czy książki. Właśnie tam, w Gdańsku.
W nowej Polsce wróciłem do Gdańska stosunkowo późno. Nie pamiętam dziś, który to był rok, ale pojechaliśmy tam przy okazji koncertu Roda Stewarta w Stoczni Gdańskiej. Poza Stewartem z tego wydarzenia zapamiętałem dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że prezydent Gdańska – który jak najbardziej potrzebował się podczas tamtego występu zaprezentować – to zwykły bałwan. Druga natomiast – znacznie poważniejsza – że po tamtym Gdańsku, pięknym, europejskim, cudownie kolorowym mieście z lat PRL-u, nie został ani jeden ślad. Pamiętam, że po skończonym koncercie mieliśmy jeszcze z trzy godziny do pociągu, więc postanowiliśmy poszukać jakiejś knajpy, by coś przekąsić. Pamiętam, był środek lata, czas wakacji, a wokół to ciemne i kompletnie opuszczone miasto. Szliśmy tymi pustymi ulicami, rozglądając się za jakąś lepszą, a potem już tylko jakąkolwiek restauracją, a wokół jedyne światła to były światła banków. Po niemal godzinie trafiliśmy na otwartą restaurację – przyznaję – pomijając nieczynny kibel – bardzo dobrą, zjedliśmy i poszliśmy na pociąg. Na dworcu to samo. Ciemno, pusto, żadnej informacji. Zupełnie jakby ktoś chciał starym Niemcom zrobić najbardziej okrutny żart.
Później, po latach, znów pojechaliśmy do Gdańska, z jakiegoś dziś już dla mnie niezidentyfikowanego powodu, i efekt był podobny. Przy okazji pojechaliśmy do Sopotu, żeby choć na chwilę zanurzyć nogi w morzu, ale ponieważ tam był taki tłum ludzi, a jednocześnie woda była pokryta jakimś, już z daleka wyglądającym na trujący, syfem, że zawróciliśmy na pięcie i poszliśmy do restauracji w tak zwanym „Grandzie”. Tam nam najpierw dali jakieś zepsute piwo, potem nas otruli, i na tym się ta przygoda skończyła.
Więcej okazji, by pojechać do Gdańska, nie miałem. Była tam natomiast w zeszłym roku pani Toyahowa. Tuż przed Euro 2012 zorganizowano tam jakąś konferencję dla nauczycieli, no i ona została tam wysłana. I to właśnie po powrocie stamtąd powiedziała mi coś dla mnie absolutnie porażającego, a w jej akurat ustach brzmiącego, jak najbardziej ordynarne przekleństwo. Że ona już woli Katowice. Piszę te słowa, o tym, że dla niej wówczas Katowice wydały się miastem bardziej przyjaznym od Gdańska, i że dla mnie stanowiło to kompletny szok, z tego powodu, że dotychczas żona moja, jeśli formułowała jakiekolwiek marzenia, to przede wszystkim to jedno – jak najszybciej opuścić Katowice. Na rzecz czegokolwiek.
Ja wiem, że to co ja tu piszę, będzie budziło co najmniej kontrowersje. Doświadczenie mnie uczy, że jest w Polsce mnóstwo ludzi – i to nie tylko Gdańszczan – którzy uważają że Gdańsk to najpiękniejsze polskie miasto. Niedawno na przykład mój kumpel Michał Dembiński ogłosił konkurs na najładniejszą polską ulicę, i sam zaproponował którąś z ulic właśnie w Gdańsku. Przyznam, że z tego, co miałem okazję sam widzieć kilka lat temu, i z tego co mi opowiada pani Toyahowa, relacjonując swój zeszłoroczny pobyt w Gdańsku, wynika, że za tym zachwytem stoi jakieś wyjątkowo perfidne szaleństwo. Nie ma tu akurat miejsca, bym miał dokładnie opisywać swoje i jej wrażenia jak idzie o tę niegdysiejszą metropolię, a poza tym i tak jestem pewien, że na każdy mój argument pojawi się dziesięć kontrargumentów, więc nie będę się niepotrzebnie napinał. Fakt jest taki, że każdy kto przyjedzie dziś do dziś do Wrocławia, Poznania, Krakowa, Kielc, Lublina, ale też Żor i Mikołowa… więcej – do Katowic! – będzie mógł liczyć na znacznie więcej zwykłego, niezobowiązującego relaksu i czystej przyjemności, niż przy okazji wizyty w Gdańsku.
Czy jest możliwe, że ja, kiedy przedstawiam tę swoją ocenę, mogę się mylić? Czy to możliwe, że za obserwacjami, które poczyniłem sam, ale też brała w tym udział moja żona, stoi jakieś fatalne uprzedzenie. Powiem uczciwie, że jeszcze kilka dni mógłbym się zgodzić, że faktycznie, coś tu jest może być z nami nie tak. Coś o czym my akurat nie wiemy. Jeszcze kilka dni temu. Jednak niedawno Polska została wręcz oplakatowana obrazkami przedstawiającymi polskiego premiera, pochodzącego jak najbardziej z Sopotu, na meczu piłkarskim, jak najbardziej w Gdańsku, w towarzystwie jak najbardziej prezesa gdańskiego sądu i szefa jak najbardziej gdańskiej prokuratury, a mnie już nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zastanawiać, jak mogła się rozwijać sytuacja w mieście Newark na przełomie lat 50. u 60., zanim zaczął się ów exodus. Ponieważ wiem, że dzisiejsze czasy – a nie dotyczy to tylko Polski – niemal z dnia na dzień autoryzują zwyczaje, które jeszcze dziesięć lat temu były powszechnie wręcz nie do pomyślenia. A więc, niewykluczone, że wtedy to się odbywało mniej spektakularnie. To znaczy, jest bardzo możliwe, że burmistrz Newark nie pokazywał się w sytuacjach towarzyskich z szefem sądu i prokuratury. Że to wszystko odbywało się dużo bardziej dyskretnie. Natomiast nie mam wątpliwości, że owo głoszone tu i ówdzie przekonanie, że mafia potrafi tak samo, tyle lepiej, to bardzo gruby idiotyzm. I że każdy kto będzie chciał tę teorię przetestować na ludziach, nie może wygrać.
Dlatego też mam głębokie przekonanie, że jak idzie o Gdańsk, to ja i moja żona mamy rację, a nie Ci, którzy mówią, że Gdańsk to super fajne miejsce. Mogę się najwyżej zgodzić co do jednego. Że tego co my już wiemy, jeszcze tak w powszechnie dostępnej perspektywie wyraźnie nie widać. Jednak zapewniam, że to już jest zaledwie kwestia najbliższych lat.

Z tego co widzę, jak idzie o książki, wszyscy, co chcieli je sobie kupić - to je kupili. Przynajmniej na razie. One oczywiście wciąż tu są, niemniej, póki co, bardzo proszę w miarę możliwości wspierać ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 16 lipca 2008

Nasza kochana Danzig - czyli Trójmiasto po latach

Patrząc na ostatnie moje wpisy, można dojść do wniosku, że, przynajmniej w Salonie, Rzeczpospolita dzierży bezwzględny prym w kategorii najczęściej cytowany dziennik. Inna sprawa, że, jeśli się zastanowić, to cóż innego pozostaje? Idźmy więc za Rzepą.
Dziś jednak nie będziemy rozprawiać o red. Ziemkiewiczu, którego wołyńska (a może już tylko antyprezydencka) obsesja, nie dość, że go doprowadziła do zakwestionowania całej swojej dotychczasowej filozofii, tak zgrabnie wyrażonej w Polactwie, ale do całkowitej już intelektualnej zapaści, która dziś wyraziła się w porównaniu prezydenta Kaczyńskiego do zwykłego ruskiego buca, czyli red. Maziarskiego młodszego.
Nie o nim dziś, bo prawdę powiedziawszy, ostatnio, jak myślę Ziemkiewicz, to przychodzi mi do głowy właściwie tylko jedno zdanie, które my - polactwo tak umiłowaliśmy: Pies z nim tańcował.
Dziś, jak można zgadnąć z tytułu tej rozprawki, będzie o Trójmieście, czyli o trzech miastach, Gdańsku, Gdyni i Sopocie. A wszystko z powodu rzepowego artykułu pt. Surfujący szef Sopotu, który trafił na złą falę.
Ale zacznijmy od początku. Od pewnego czasu, a ściślej od roku, kiedy myślę Gdańsk, Gdynia, Sopot, przypomina mi się nieodmiennie stary żart, który, dawno jeszcze temu, opowiadał Tadeusz Ross - obecnie dumny poseł Platformy Obywatelskiej - przy okazji swoich radiowych pogawędek z Piotrem Fronczewskim. Piotr Fronczewski pytał: "A gdzie się pan, panie Tadziu wybiera na wakacje?", a Tadeusz Ross odpowiadał ze śmiertelną powagą: "W tym roku jadę na ten zakręt koło huty w Chorzowie."
Dla kogoś, kto wiedział, o jaki zakręt chodzi, dowcip ten był absolutnie rozwalający. Dziś zakręt oczywiście nadal jest, ale wszystko wokół uległo tak wielkim zmianom, że wprawdzie na wakacje tam wciąż jeżdzić nie ma co, ale żartować już też nie ma sensu.
W tamtych czasach, należy to przyznać szczerze, zakręt koło huty w Chorzowie nie był dla nas, tu żyjących, absolutnie jedynym miejscem wartym przysłowiowego tynfa. Kiedy na Śląsk przyjeżdżali goście spoza regionu, zawsze wypadało ich zabrać na przejażdżkę pociągiem z Katowic w stronę Bytomia, albo w stronę Sosnowca. Podróż taka stanowiła tak niezwykłą egzotykę, że trudno było znaleźć coś równie fascynującego. Rozwalające się kamienice, poprzewracane mury, powybijane szyby, podwórka zasypane śmieciami, brudni wałęsający się ludzie... cała trasa wokół torów kolejowych przedstawiała widok absolutnie fascynujący. No i w pewnym momencie ten zakręt!
I znów, dziś wprawdzie są jeszcze miejsca wzdłuż kolejowej trasy z Katowic do Bytomia, które proszą o interwencję diabła, lub Pana Boga, ale jest ich coraz mniej i w sumie nie robią już takiego wrażenia, jak kiedyś.
W tamtych czasach byłem jeszcze młody, nie miałem rodziny, ale za to miałem narzeczoną, z którą rok w rok jeździłem na wakacje na Półwysep Helski. Mieszkaliśmy na kempingu, pływaliśmy w morzu, i co chwilę jeżdziliśmy autostopem do Pucka, albo, jak się udało, jeszcze dalej, by ostatecznie wylądować w Gdańsku.
Gdańsk był dla nas najprawdziwszym rajem. Uważaliśmy Gdańsk za najpiękniejsze miasto w Polsce, miasto w którym można żyć i umrzeć, a w międzyczasie tonąć w jego urodzie i jego europejskim smaku. Pamiętam, że kiedyś szliśmy sobie jedną z gdańskich ulic i posłyszeliśmy, jak jakiś mijający nas Niemiec powiedział do towarzyszącej mu kobiety: "Nasza kochana Danzig". I myśmy rozumieli, o co mu chodzi.
Później nastała nowa Polska i przestaliśmy jeżdzić na Półwysep, a tym samym do Gdańska. Dopiero po dwudziestu latach, w zeszłym roku wybraliśmy się do Stoczni na koncert Roda Stewarta. Ponieważ dzień koncertu, to był niemal dzień naszej rocznicy, postanowiliśmy udać się najpierw prosto do Sopotu, pójść na plażę, zanurzyć stopy w morzu, następnie pójść na obiad do Grand Hotelu, a po obiedzie udać się kolejką do Gdańska na koncert.
Już kiedy jechaliśmy przez Gdańsk i okolice, przypomniał mi się wcześniej wspomniany żart Rossa. Czym dalej zanurzaliśmy się w atmosferę przykolejowego Trójmiasta, doznania stawały się coraz bardziej wyraziste. Wysiedliśmy na stacji Sopot i kiedy wyszliśmy przed budynek dworcowy, mi osobiście przypomniał się tak zwany Dworzec Warszawa Zachodnia. Jeśli ktoś widział, to wie, o czym mówię.
Po wyjściu z dworca, weszliśmy na główny pasaż, który akurat wyglądał, jak takie gorsze Krupówki - powiedzmy, jak obecne Władysławowo, albo ulica Stawowa w Katowicach. Popędziliśmy prosto w stronę morza, i ostatecznie, omijając przeszkody w postaci płotów, drucianych siatek i nie wiadomo czego jeszcze, wpadliśmy na absolutnie brudną plażę, a następnie podeszliśmy do wody, która była wypełniona czymś tak obrzydliwym, że nie odważyliśmy się nawet zdjąć skarpetek.
W tej absolutnie nieoczekiwanej sytuacji, pobiegliśmy prosto do Grand Hotelu, w którym najpierw podano nam piwo z jakimś kwasem (jak nam wytłumaczył kelner - coś się zepsuło), a później jedzenie, które nas najzwyczajniej w świecie zatruło.
Wróciliśmy na dworzec kolejowy w Sopocie i wsiedliśmy do kolejki, która wzbudziła w nas same miłe wspomnienia, bo jeśli idzie o wygląd, zapach i atmosferę, nie różniła się ani o jotę od tego, co pamiętaliśmy sprzed 20 lat.
Pojechaliśmy do Gdańska, mijając ten śmietnik otoczony pobazgranymi przez młodzież murami, a następnie przeszliśmy do stoczni wzdłuż ponurych kamienic, gdzie przez następne godziny, udało nam się skutecznie zapomnieć o tym, cośmy właśnie ujrzeli.
Koncert skończył się tak jakoś po 22, więc ponieważ mieliśmy trochę wolnego czasu, udaliśmy się na poszukiwanie jakiejś knajpy. Po pół godzinie błąkania się po pustych, nieoświetlonych uliczkach dotarliśmy do najbliższej restauracji, gdzie - przyznaję uczciwie - zostaliśmy napojeni i nakarmieni na poziomie absolutnie światowym. Po kolacji znów ruszyliśmy, tym razem w stronę dworca kolejowego.
W mieście, w którym mieszkam znajduje się najbrzydszy, najbardziej nędzny, najbardziej śmierdzący dworzec kolejowy na świecie. Gorszy jeszcze niż Warszawa Centralna. I nawet bardziej brzydki niż Warszawa Wschodnia.
Muszę tu dziś, najuczciwiej na świecie, oddać sprawiedliwość Katowicom. Dworzec w Gdańsku jest jeszcze brzydszy i jeszcze bardziej zaniedbany. Nie będę się na jego temat rozpisywał, bo nie chcę już więcej dokuczać lokalnym trójmiejskim patriotom.
Zresztą nie od dokuczanie tu chodzi. Chodzi o to, że przez dwadzieścia lat z hakiem, od kiedy po raz ostatni byłem w Trójmieście, cała Polska poszła jakoś do przodu. Trójmiasto pozostało tam, gdzie było. Jedyne, co zauważyłem nowego w Gdańsku na przykład, to ogromna liczba banków. Sklepów, restauracji, kawiarni jakby mniej. Natomiast, przyznaję, banków przybyło.
ziś czytam w Rzeczpospolitej, że prezydent Karnowski rządzi w Sopocie od 18 lat, wpierw jako wiceprezydent, a następnie już, jako niepodzielny zarządca. Czytam też - i także widzę na niezliczonych reklamach, zarówno w telewizji, jak i na bilbordach w różnych miastach, informacje, że Gdańsk, Gdynia, Sopot to miasta ludzi szczęśliwych, ludzi zamożnych, ludzi z perspektywą. W kampanii wyborczej przed rokiem, wciąż słyszałem informacje, że prezydenci Gdańska, Gdyni i Sopotu to najlepsi prezydenci w kraju. Że Gdańsk, Gdynia, Sopot to pierwsze oznaki tego, że Polska jest wreszcie krajem prawdziwie europejskim.
Dziś rozmawiam z jednym z moich podróżujących kolegów i on przyznaje, że i owszem, Gdynia jest okay. A reszta, faktycznie - nie najlepiej.
Więc po co piszę ten tekst? Nie po to, żeby dokuczać ludziom z Trójmiasta, którzy zapewne czują sentyment do swoich ukochanych miejsc. Po to jednak, żeby zapytać, po ciężką cholerę głosujecie co cztery lata na ludzi, których jedyną kwalifikacją jest to, że z Donaldem Tuskiem grają w piłeczkę?
No i jeszcze po coś. Żeby ostrzec resztę kraju. Kiedyś widziałem reportaż o mieście Newark w stanie New Jersey. Miasto to, jeszcze w latach pięćdziesiątych było miastem o takich perspektywach i o takiej sile rozwoju, że wydawało się, że może przegonić nawet Nowy Jork.
Potem jednak przyszła mafia. Niektórym wydawało się, że mafia, cokolwiek by o nich mówić, potrafi przynajmniej zadbać o porządek. Minęło kilka lat i wszyscy dowiedzieli się, że owszem, mafia jest skuteczna, ale wyłącznie tam, gdzie akurat widzi swój pieniądz i swój indywidualny zysk. Dziś miasto Newark nadaje się głównie do rozbiórki.
Piszę więc ten tekst również w tym celu, żeby przestrzec tych, którzy jeszcze trochę myślą:
Uważajcie na miejsca gdzie rządzi miłość.
A do prezydenta Karnowskiego mam jedną uwagę: może jak Pan widzi tę piankę, o której wspomina rzepowy artykuł, to zamiast wskakiwać na deskę surfingową, lepiej pomyśleć, co zrobić, żeby tę piankę zlikwidować. Ona najwidocznie truje i odbiera rozum.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...