Myślę, że każdy kto uczył się języka angielskiego na poziomie wyższym niż podstawowy, wie, co to są tak zwane przedimki, i jakie one potrafią sprawiać kłopoty. Lubię przedimki. Trochę dlatego, że jest to jedna z ostatnich już rzeczy – jak idzie o gramatykę języka angielskiego – którą traktuję jako wyzwanie, ale też przez to, że one same w sobie są czymś tak niezwykle egzotycznym, że aż fascynującym. Jest dużo bardzo przyjemnych ćwiczeń na przedimki, a z nich wszystkich moje ulubione zamieszczone są w czymś, co powszechnie funkcjonuje jako Thomson i Martinet, i co, wedle mojego najgłębszego przekonania, stanowi absolutnie najwybitniejszy zestaw ćwiczeń gramatycznych z języka angielskiego. Również pod względem literackim. Polecam. Wystarczy zajść do pierwszej lepszej księgarni językowej, poprosić o „ćwiczenia Thomsona i Martineta” i już. Inna sprawa, że, jak słyszałem bardzo pokątnie, albo Thomson albo Martinet – Bóg Jeden wie, które z nich – to kobieta, więc możliwe, że trzeba prosić o Thomson i Martineta, lub o Thomsona i Martinet. Nieważne.
Wracam do przedimków. Jest tam mianowicie pewna króciusieńka rozmowa, stanowiąca jednocześnie zadanie gramatyczne, i podana w następującym kształcie:
“There’s been ________ murder here.”
“Where’s ________ body.”
“There isn’t ________ body.”
“So, how do you know there’s been ________ murder?”
Jak kto chce, niech się tym zajmie – tam trzeba wstawiać a, the, albo nic – natomiast ja tymczasem przejdę do sprawy znacznie poważniejszej, a mianowicie do powszechnie dyskutowanej kwestii zaginięcia pewnej sześciomiesięcznej dziewczynki z Sosnowca. Wczoraj w nocy, jak już to wie prawdopodobnie cały świat, prywatny detektyw Krzysztof – co stwierdzam z pewnym wstydem – Rutowski, za pośrednictwem telewizji TVN24, ogłosił, że to biedne dziecko nie żyje, i w ślad za tą informacją, 99 procent polskich mediów zatytułowało swoje relacje w taki mnie je więcej sposób: „Madzia nie żyje”.
Czy Madzia rzeczywiście nie żyje? No, nie. Jest wręcz zupełnie prawdopodobne, że właśnie żyje, i w normalnym świecie byłaby to wiadomość, której każdy szanujący się człowiek czepił by się wręcz desperacko. Niestety, nie żyjemy w świecie normalnym, a więc tu akurat nie ma na co liczyć. Co wiadomo? Na pewno to, że nie została porwana. Tyle że, jak się możemy łatwo domyślić, tytuł „Madzia nie została porwana” brzmi tak do dupy, że żaden szanujący się dziennikarz na coś podobnego by się nie poważył. I w ten sposób, mamy co mamy.
Ktoś powie, że to nic nowego. Może i tak, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na pewien być może dość szczególny aspekt tego obłędu, związany z tak zwanymi „naszymi całkiem” i „naszymi pozornie”. Otóż, w reakcji na informacje przekazane przez Rutkowskiego, niejaki Aleksander Majewski, dziennikarz „Frondy” i członek czegoś co się nazywa Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy, napisał najpierw u siebie we „Frondzie”, a następnie przedrukował w Salonie24, tekst pod tytułem „Mała Magda nie żyje”. Ciekawe było też to, że Aleksander Majewski, publikując swój tekst – krótki swoją drogą i właściwie sucho tylko informujący o tym, że Magda nie żyje – zaprosił wszystkich liczących na coś bardziej apetycznego na stronę „Frondy”, gdzie swoją drogą, jak się okazuje, nie było nic więcej, poza tą krótką informacją, że „mała Magda nie żyje”. Ponieważ tekst, jak wspomniałem, został umieszczony na najwyższym miejscu Salonu24, cieszył się on wielką popularnością i wywołał bardzo szeroką dyskusję.
O co mi chodzi? O to mianowicie, że choć już właściwie w chwilę po opublikowaniu tej strasznej plotki, wiadomo było, że jest jednak pewna szansa, że to dziecko zwyczajnie żyje, Majewski nie zmienił treści swojego wpisu, ani nawet tytułu. Ów tekst sterczał tam niemal cały dzień i straszył. Czym? Przede wszystkim oczywiście tym strasznym życzeniem, ale – co wcale nie mniej istotne – również świadectwem tego ponurego cywilizacyjnego upadku, który każe się nam o coś takiego jak śmierć sześciomiesięcznej dziewczynki, wręcz modlić. Wyłącznie po to, żeby był news. Ale straszył jeszcze czymś. Czymś chyba jednak stosunkowo nowym. Mianowicie tą nazwą – „Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy”.
Ja wiem, że w tych dniach mamy zbyt dużo różnych zdarzeń, by nasza uwaga mogła się skutecznie zatrzymać tylko na jednym z nich. Weźmy choćby to, że Donald Tusk obiecuje jakieś rozmowy w sprawie ACTA, czy to, że ostatecznie została nam wyjaśniona owa dręcząca nas od lat już chyba zagadka, jak to się działo, że w pewnym momencie posłanka Mucha zmieniała fryzurę w tempie jedna na dzień. I wiem też – skoro już o tym fryzjerstwie się zgadało – że oto trafia nam się nie lada gratka w postaci Donalda Tuska tłumaczącego, jak najbardziej publicznie, że a cóż takiego ta korupcja? Czy może tylko u niego w rządzie dochodzi do tego typu przekrętów? Niech każdy patrzy na siebie. Wiem to, ale jakoś mi się nie chce zajmować tą nędzą. Wolę naszą własną. Tę pobożną. Tę honorową i tak bardzo wzniosłą. Ja mam w nosie tych gangsterów. Skoro mamy ową smutną okoliczność związaną z zaginięciem tej dziewczynki, proponuję byśmy jednak zaczęli od siebie.
A jak ktoś nie wie jak, niech sobie rozwiąże językową zagadkę związaną z morderstwem, którego być może bardzo byśmy pragnęli, ale, ponieważ nie ma ciała, musimy się obejść smakiem.
Każdego kto lubi czytać teksty, jakie się tu ukazują, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam, że wciąż jest do kupienia fantastyczny wybór moich felietonów pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Też tu. Obok. Bardzo dziękuję.