Przeczytałem dziś na blogu mojego kolegi Coryllusa, że Andrzej Zybertowicz wyraził opinię, że jednym z głównych grzechów polskiej prawicy jest to, iż wielu z tych, którym patriotyczny kołczing wyznaczył miejsce w dalszych rzędach, nie może się z tym pogodzić, i wciąż, zamiast siedzieć cicho, coś ma do powiedzenia. W tej sytuacji, chciałbym przyznać bez zbędnych uników, że to ja jestem jednym z tych awanturników, którzy psują wizerunek, na który kołczowie zapracowali przez te wszystkie lata. No a co gorsza, zamiast zrobić to wyznanie i się zamknąć, wygląda na to, że chyba będę musiał znów czymś porzucać w stronę tych, co siedzą tam z przodu. No ale proszę tylko mi powiedzieć, kto by nie stracił cierpliwości?
W przedostatnim numerze tygodnika „W Sieci” ukazał się tekst człowieka, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani pamiętać nie muszę, w którym możemy sobie poczytać o ludziach, którzy podpisali protest w obronie naukowców działających na rzecz wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Już sam ów tekst jest skonstruowany dokładnie według starych, sprawdzonych przez lata PRL-u wzorów, gdzie, aby przedstawić tak zwany „głos społeczeństwa”, cytowało się jakieś listy, a każdy cytat rozpoczynało albo „Pisze do nas pani Anna Wójcicka z Rybnika…”, albo „Pan Zbigniew Gaworzyński z Opola informuje…”, czy ewentualnie „W swoim liście rodzina Bolesławskich z Otwocka pisze…”. No a dalej oczywiście, oni wszyscy piszą to, co pisać trzeba.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ja mam tu ochotę kpić z tych technik, to się głęboko myli. Ja generalnie uważam, że ci wszyscy tak zwani „nasi” dziennikarze zwyczajnie nie są w stanie stworzyć nic choćby minimalnie odbiegającego od tego, czego się nauczyli, czytając mistrzów PRL-owskiego dziennikarstwa, i tu się już nigdy nic nie zmieni. Oni już tacy będą zawsze, a nam pozostaje to tylko przyjąć. Tam jednak, w owym artykule w „W Sieci”, było coś, co nawet zakładając wariant najgorszy, wciąż robiło wrażenie. Otóż w pewnym momencie dziennikarz cytuje wypowiedź rodziny właśnie, gdzie mamy ojca, mamę i troje studentów, z których wszyscy są bardzo poruszeni nagonką na naukowców, i komentując ów list, pisze coś takiego: „Powyższy list dowodzi w sposób jednoznaczny, że polska prawica patriotyczna to nie tylko stare babcie w moherach, ale również osoby młode i wykształcone”. Daję słowo: tak było.
I znów, nie chodzi mi nawet o to, że jeśli ten cytat czegokolwiek dowodzi, to tylko tego, że my potrafimy manipulować nie gorzej i mniej bezczelnie, niż oni, ale o te stare babcie w moherach. Otóż to, co tu naprawdę poraża, to fakt, że ów dziennikarz, bez śladu wstydu, bez choćby cienia niepokoju, że oto się właśnie tak fatalnie odsłonił, pokazuje, co on w istocie rzeczy myśli na temat wspomnianych „babć w moherach”. Bo zastanówmy się proszę, w jaki sposób nasza sytuacja byłaby, nawet nie mówię, że gorsza, ale w ogóle inna, gdyby się miało okazać, że te wszystkie listy w obronie naukowców piszą wyłącznie babcie w moherowych beretach? Skąd temu dziwnemu człowiekowi przyszło nagle do głowy, że tu w ogóle trzeba coś udowadniać? Zadaję tę pytania trochę na zasadzie przekory, bo prawdę powiedziawszy ja doskonale wiem, skąd się to wzięło. Otóż owa potrzeba udowodnienia – pewnie przede wszystkim sobie samemu – że to szyderstwo, z jakim się spotykamy na co dzień jest kompletnie niezasłużone, bo przecież „my nie same mohery”, musiała być pierwszym powodem, dla którego on, ów człowiek, wyciągnięty, jak się domyślam, z pierwszego rzędu prawicowej opinii, tak bardzo potrzebował wyartykułować to odkrycie.
I to akurat uważam za bardzo poważny problem. Nie – nie to, że on myśli, co gada, i że gada, co myśli, ale to, że najprawdopodobniej większość z nich ma dokładnie ten sam zgryz. Jestem prawie w 100% pewien, że niemal każdy z tych mądrali, których Andrzej Zybertowicz posadził w pierwszych ławkach swojego archipelagu – a on tam jest pierwszym szefem – aż przebiera nogami, by wreszcie móc się pozbyć tego obciachowego ogona, który nie dość, że nie wie, co to znaczy być prawdziwym hipsterem, to jeszcze zabiera niepytany głos. A jeśli to moje rozpoznanie jest słuszne, to musi oznaczać, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami, jak ich kumple z „Polityki”, „Newsweeka”, czy „Gazety Wyborczej”, i dziś tylko czekają na okazję, gdy będą mogli się bezkarnie z nimi spotkać i pójść na wódkę. Tyle że najpierw muszą odwołać publiczność.
W tej sytuacji chciałbym zapewnić zarówno Zybertowicza, jak i każdego z nich, że niedoczekanie wasze. Z tylnych rzędów widać wszystko najlepiej, i nam jest tu wręcz fantastycznie.
Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję
Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję