Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włodzimierz Cimoszewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włodzimierz Cimoszewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2019

O szarym paprochu w głowach niektórych z nich

      Dziś, zamiast klasycznej notki, poświęconej jednemu z klasycznych wydarzeń kolejnego dnia, postanowiłem przedstawić kilka zupełnie osobnych refleksji, dotyczących odpowiednio osobnych zdarzeń, z pozoru drobnych, a jednak o ładunku moim zdaniem wręcz wybuchowym.  A skoro tak, proponuję pójść śladami mistrza Hitchcocka i zacząć od samej góry, tak by dalej już emocje mogły już tylko rosnąć.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że w stacji TVN24 pojawił się po raz kolejny Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – i ogłosił, że polski kandydat na przewodniczącego komisji do spraw rolnictwa w Parlamencie Europejskim, Janusz Wojciechowski, podczas wstępnego przesłuchania przed europejskimi politykami się skompromitował i dziś już prawdopodobnie nie ma najmniejszych szans na objęcie stanowiska, które mu zostało zaplanowane.
Przepraszam bardzo, ale zanim ja się zainteresuje tą informacją na poważnie, proszę mi wyjaśnić, kto to taki ów Cimoszewicz? Co to za zwierzę? Czy jest ktoś kto jeszcze go traktuje poważnie poza stacją TVN24? Ktoś mi tu podpowiada, że on był premierem rządu, no ale cóż to za argument, kiedy fakty są takie, że premierem rządu była również Ewa Kopacz, że już nie wspomnę o Kazimierzu Marcinkiewiczu. Oni oboje byli premierami rządu i, przepraszam bardzo, ale co to jest dziś za argument?
      A zatem, mamy sytuację taką, że Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – poproszony przez jedną z głównych polskich telewizji o wypowiedź, coś tam sobie mówi, a owa telewizja postanawia tę wypowiedź nagłośnić, jako swój headline. Przepraszam raz jeszcze, ale to jest z mojego punktu widzenia kompletna magia. Włodzimierz  Cimoszewicz jako komentator politycznej sceny.
      Jest jednak jak jest, faktów nie jesteśmy w stanie zmienić, a zatem nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć o krok dalej. Oto w tej samej telewizji TVN24 ukazała się bardzo zawzięta debata między posłem Platformy Obywatelskiej, Sławomirem Neumannem, a szefem partii Razem, Adrianem Zandbergiem, podczas której ów Zandberg ogłosił, że w dzisiejszej Polsce „jeśli ktoś ma pieniądze, to może się leczyć, a jeśli nie ma, to umiera wcześniej”. Ja rozumiem, że Zandberg to jakieś lewackie nieszczęście, które nie zasługuje choćby na wzruszenie ramion, natomiast nie jestem w stanie pojąć, jaki plan stoi za tym, by nie dość, żeby tę nędzę zapraszać do studia czołowej polskiej stacji informacyjnej, to jeszcze jej mądrości wybijać grubą czcionką na powszechnie dostępnym portalu.
      O co chodzi? Otóż mój rodzony brat dwa lata temu został zaatakowany przez bardzo agresywny nowotwór i dzięki wysiłkowi lekarzy tu w Katowicach, ale również tam w Warszawie, został – w co bardzo głęboko wierzę – wyleczony.  Teść mojej córki zapadł na raka prostaty, i również, dzięki poświęceniu lekarzy to tu to tam, wydaje się, że może żyć nadzieją na długie życie. Żona mojego bliskiego kumpla dwa lata temu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zapadła na agresywnego raka piersi i ona również dziś żyje nadzieją, że przed nią całe życie. Dzięki komu? Dzięki lekarzom, którzy wykonywali swoje powinności bez jednego dodatkowego grosza na waciki.
      A tu przyłazi ten komuch i pieprzy coś na temat pieniędzy, które trzeba mieć, by przeżyć. Ja oczywiście nie potrzebuję tu nikogo zapewniać, że osoby, o których tu wspomniałem, nie są nawet w ułamku procenta tak zamożne jak choćby George Harrison, którego akurat jak najbardziej uratować się nie dało, a to z tego prostego powodu, że każdy z nas wie, że informacja jakoby nasi lekarze nie byli w stanie ruszyć tyłka, by spróbować uratować czyjeś życie, to jest skandal jakiego świat nie widział.
      I wcale tak naprawdę nie chodzi o to co powiedział Zandberg. To jest, jak już to podkreśliliśmy, zaledwie komuch, bez cienia wrażliwości, przez co jest skazany na to, że prędzej czy później będzie musiał prosić na ulicy o papierosa i kubek kawy. Rzecz w tym, że, o czym już wspomniałem, tę jego wypowiedź publikuje jako wiadomość naczelną i pierwszą i to jeszcze w formie tytułu, sam TVN24. Bez wstydu, bez jakiejkolwiek refleksji. A ja już bym tylko chciał wiedzieć, jak się zachowają 13 października lekarze, których ci idioci oskarżyli o tego typu interesowność, gdzie nie ratuje się życia dopóki ktoś nie zapłaci.
      No i trzecia historia. Proszę sobie  mianowicie wyobrazić – a to jest, co zupełnie niezwykłe, również wiadomość przekazana nam przez portal tvn24.pl – że jakiś czas temu pewna amerykańska policjantka wracała zmęczona ze służby do domu i jakimś cudem – wielu z nas ma żony, a zatem to akurat jesteśmy w stanie zrozumieć – weszła do mieszkania obok. Weszła do owego mieszkania, zobaczyła jakiegoś Murzyna i go zwyczajnie, w przekonaniu, że ma do czynienia z włamywaczem, zastrzeliła. Policjantka została właśnie skazana na 10 lat więzienia i pojawiają się głosy, również oczywiście ze strony rodziny zastrzelonego człowieka, że te dziesięć lat to kpina. Proszę sobie jednak wyobrazić – i co ciekawe, jest to wiadomość podana przez tę samą co poprzednio telewizję TVN24 – że brat zastrzelonego mężczyzny przed sądem złożył następujące oświadczenie:
      „Kocham cię jako człowieka i nie życzę ci niczego złego. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, mogę mówić tylko za siebie, ale ja ci wybaczam. Wiem, że jeżeli zapytasz Boga, on ci wybaczy. Kocham cię tak, jak każdego innego człowieka. I nie zamierzam mówić, że mam nadzieję, iż zgnijesz w więzieniu i umrzesz, jak mój brat. Osobiście chcę dla ciebie jak najlepiej. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, że mogę mówić tylko za siebie, ale wybaczam ci. Chcę dla ciebie jak najlepiej, ponieważ wiem, że tego pragnąłby dla ciebie Botham. A najlepsze byłoby zawierzenie twojego życia Chrystusowi”.
      Po tym wystąpieniu brat zabitego zapytał sądu, czy może przytulić skazaną. Gdy sędzia wyraziła zgodę, Brandt podszedł do policjantki, która zastrzeliła jego brata i, jak dalej relacjonują redaktorzy TVN24, objął ją i  oboje się popłakali. Chwilę później – wciąż relacjonuję doniesienia TVN24, do policjantki podeszła sama sędzia i również ją przytuliła, przekazując słowa wsparcia. Wręczyła jej także Biblię.
      O co chodzi? Odpowiedź jest prosta. A jak ktoś jej wciąż nie zna, to gapa. Zagadką za to wciąż pozostaje pytanie, jak to jest, że ci ludzie są w stanie tuż obok siebie zestawić te trzy wiadomości i nie wzbudzić w sobie jakiejkolwiek refleksji, że z nimi jest coś nie tak. Wciąż się nam kłania owa przepiękna wypowiedź osiołka Kłapouchego:
      „No brain at all, some of them. Only grey fluff that’s blown into their heads by mistake”.


      

wtorek, 28 maja 2019

Warszawa jest smutna bez niego?


       Planowałem poświęcić ostatnim wyborom ten jeden jedyny komentarz, jednak, jak to często bywa, wystarczył dzień namysłu, bym uznał, że jest tyle rzeczy do powiedzenia, że nie wystarczy na nie ani jedna, ani nawet dwie czy trzy kolejne notki. A zatem, proszę posłuchać, bo kilka kwestii zdecydowanie zasługuje na uwagę.
       Oto jeszcze wczoraj, kiedy ledwie zapowiadałem, że tym, co się wydarzyło w minioną niedzielę będę się jednak musiał zająć, planowałem zadumać się nad tym, jak to się stało, że Warszawa – przyznaję, że miasto i bez tego gromadzące nadzwyczaj szczególne towarzystwo – postanowiła największą liczbę głosów oddać na Włodzimierza Cimoszewicza. Ja się oczywiście spodziewałem, że tam akurat Prawo i Sprawiedliwość nie będzie miało konkurencji, gdy chodzi o kreowanie poczucia niechęci. A zatem byłem pewien, że Warszawianie, zamiast na któregokolwiek z kandydatów PiS-u, zagłosują na Hubner, Halickiego, Boniego, a nawet na Pihowicz. I nie chodzi mi o to, że Hubner jest nawróconą komunistką, Boni nawróconym esbekiem, a cała ta reszta to albo ludzie zbyt młodzi, żeby mieć jakiekolwiek poglądy, albo tym bardziej poczucie winy, podczas gdy Cimoszewicz to czysty bolszewik. Szlag trafił to jego NKWD i jego zapatrywania na świat. Biorąc pod uwagę fakt, że znaczna część wyborców nie ma w tym momencie nawet pojęcia, o czym ja mówię, to są rzeczy absolutnie bez znaczenia. Dlatego też, ja bym się nawet szczególnie nie zdziwił, gdyby Warszawianie postanowili wybrać jako swojego kandydata do Europejskiego Parlamentu Leszka Millera, tak jak to zrobili mieszkańcy Poznania. Miller, co by o nim nie mówić, to ktoś, kto ma pewien urok, pewien rodzaj inteligencji, no i przede wszystkim potrafi robić wrażenie – przepraszam za osobisty akcent – ale jakiegoś tam dziadka. Dziadka komucha, dziadka ubeka, dziadzia gangstera, ale w końcu małe dzieci nie muszą mieć aż takiej wrażliwości, by rozpoznawać ludzkie charaktery po odcieniu oczu.
      Tymczasem sami Warszawianie, nie licząc otaczających miasto gmin, w liczbie niemal 150 tysięcy postanowili oddać swój głos na tego dziwnego człowieka. Oto człowiek, który nie jest w stanie się uśmiechnąć bez ozdabiania swojej twarzy paskudnym szyderstwem, człowiek który, unikając odsłonięcia jakichkolwiek emocji, mówi wyłącznie przez zęby, człowiek którego sam ton głosu budzi bolesną odrazę, człowiek wreszcie, który wedle wszelkich powszechnie znanych kategorii stanowi przykład klasycznego skurwysyna, nagle zostaje wskazany przez mieszkańców Warszawy jako ich człowiek.
       Przyznaję bez bicia, że dla mnie wygląd ma często znaczenie podstawowe. Kiedy nie mam żadnych innych narzędzi rozpoznawania z kim mam do czynienia, wygląd jest bardzo ważny. Wiem oczywiście, że można się pomylić. Nawet jeśli przyjmiemy za prawdę, że charakter człowieka wyłazi z niego choćby nie wypowiedział jednego słowa, bywa różnie. Przepraszam jednak bardzo, ale są sytuacje, kiedy wątpliwości być nie może. I to jest moim zdaniem przypadek Cimoszewicza. To jest ktoś, kto wystarczy że zapuka do naszych drzwi, a my mu otworzymy, powinien zostać natychmiast zrzucony ze schodów bez słowa wyjaśnienia. A dodatkowo, na wszelki wypadek, można mu jeszcze zrzucić na łeb worek zgniłych kartofli.
      No ale dobra, niech będzie, że powinniśmy być bardziej merytoryczni. A zatem, mamy przede wszystkim klasycznego komucha, po drugie wychowanego przez ludzi, jakich święta ziemia nosić się brzydzi, ale też człowieka znanego z zachowań, za które zwykły człowiek albo poszedłby zwyczajnie siedzieć, albo przynajmniej został kopnięty w tyłek przez pierwszego z brzegu menela. I ten oto człowiek, najpierw w sposób kompletnie bezsensowny niszczy swój dom w Puszczy Białowieskiej następnie przeprowadza się do Warszawy, by chwilę później apelować do jej mieszkańców by na niego głosowali w europejskich wyborach, a oni... zrywają się na równe nogi, zaczynają bić brawo i wrzeszczeć z podniecenia? Dlaczego? To właśnie jest dla mnie zagadką, której rozwiązać nie potrafię.
      Byłem w Warszawie wiele razy i przy każdej z tych okazji miałem bardzo dużo okazji, by to miasto i ludzi, którzy je zamieszkują zmieszać z błotem. Zawsze jednak żyłem w przekonaniu, że nawet oni pewnych granic przekroczyć nie potrafią. Dziś już wiem, że to jest piekło. Autentyczne piekło.
       I tylko jedna rzecz nie przestanie mnie już męczyć chyba do śmierci. Jak to się stało, że w roku 2002 Lech Kaczyński został tam wybrany na prezydenta Warszawy z przewagą 70,54% głosów. Czy to możliwe, że już rok później to miasto zostało zaatakowane przez Marsjan?



Po prawej stronie są okładki moich książek. Część z nich jest już niestety sprzedana, ale te które pozostają w ofercie, można zamawiać. Wystarczy kliknąć w okładkę i sprawa prawie załatwiona. Ewentualnie proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.
       

    

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...