piątek, 30 kwietnia 2021

O dobrym księdzu i świętym poecie

 

Wczoraj przeleciała mi przez ucho informacja o księdzu, który opiekował się chorymi na cholerę i na cholerę solidarnie z nim umarł. W pierwszej chwili pomyślałem, że może chodzić o księdza Antoniewicza, o któ®ym tu już kiedyś było, ale okazało się, że ten akurat ksiądz miał inne nazwisko. Przypomniał mi się jednak ksiądz Antoniewicz i tamten tekst, więc pomyślałem, że nie jest to najgorszy moment, by go tu powtórzyć. A więc bardzo proszę.

 

 

 

       7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

      Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.

      Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.

      Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.

      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.

      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.

      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.

      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:

Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.

      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.

      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.

      Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.

      Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:

We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.

      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:

Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.

      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:

Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.

      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.

      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.

      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.



 

środa, 28 kwietnia 2021

O ludziach, którzy postanowili nauczyć Jarosława Kaczyńskiego grać na gitarze

 

        Wczoraj na Twitterze przy jakiejś drobnej i nic nie znaczącej dyskusji na temat miejsca w jakim dziś znalazł się Paweł Poncyliusz, były polityk Prawa i Sprawiedliwości oraz jeden z głównych animatorów kampanii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich roku 2010. Siłą rzeczy więc rozmowa z bieżących tematów przesunęła się na ów pamiętny czas, no i nieuchronnie też wróciły takie nazwiska jak, oprócz Poncyliusza, Joanna Kluzik-Rostkowska, czy Elżbieta Jakubiak, a ja, gdyby mi się chciało brać udział we wspominaniu tamtej żenady, mógłbym wymienić jeszcze wiele innych, nie mniej intersujących, nazwisk. To natomiast, co mnie zdecydowanie tam zainteresowało i w rezultacie sprowokowało do napisania dzisiejszej notki, to dylemat jaki się pojawił, czy Poncyliuszowi i reszcie owej załogi zależało na tym, by Jarosław Kaczyński został prezydentem, a oni przejęli władzę w Prawie i Sprawiedliwości, czy odwrotnie, by Jarosław Kaczyński przegrał, żeby prezydentem został Bronisław Komorowski, Kaczyński wraz z PiS-em zostali wysłani na emeryturę, oni natomiast na dopiero co powstałych gruzach zbudowali nową, bardziej nowoczesną i odpowiadającą na nowe wyzwania.

        Otóż ja, gdy zaczynamy rozmawiać o intencjach ludzi, którzy stali za porażką Jarosława Kaczyńskiego – a ja od zawsze do tej paczki zaliczałem również, a kto wie, czy nie przede wszystkim, Tomasza Sakiewicza wraz z jego polityczno-medialnym projektem – przypominam sobie  maj owego 2010 roku, kiedy to Jan Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu „Warto rozmawiać”, a zwłaszcza tę godzinę, czy pół, kiedy to na koszt TVP siedziałem przy kawie i ciastku w tamtejszej kawiarni, przy stoliku obok przyjaźnie gawędzili sobie, również zaproszeni do studia, Jan Hartman oraz Ludwik Dorn i w pewnym Dorn powiedział – a ja to słyszałem bardzo wyraźnie – że najlepszym rozwiązaniem byłoby to gdyby Kaczyński przegrał, jednak w sposób nie na tyle wyraźny, by doszło do upadku partii, czyli gdzieś na poziomie 30 procent. Właśnie tak Dorn powiedział: celem jest owe 30 procent, bo wszystko co wyżej będzie źle.

        Jak mówię, pamiętam tamtą rozmowę do dziś, wciąż jestem pod jej wrażeniem i jestem przekonany, że cała ówczesna kampania była zaprojektowana w taki sposób, by pozbawić Jarosława Kaczyńskiego przywództwa i jednocześnie przejąć władzę w Prawie i Sprawiedliwości. Jak dziś już wszyscy wiemy, mimo owej tak destrukcyjnej kampanii, Jarosław Kaczyński, dzięki nieprawdopodobnej więc społecznej mobilizacji i naturalnemu poparciu, osiągnął znakomity wynik – moim zdaniem faktycznie pokonując Komorowskiego – a to doprowadziło do umocnienia jego przywództwa i  ostatecznego zrzucenia na zbity pysk ze sceny tej bandy prowokatorów.

         Ktoś się zapyta, jaki jest sens wracać dziś do tamtych zdarzeń, kiedy ich głównie bohaterowie albo zniknęli kompletnie ze sceny, albo zostali do tego stopnia zmarginalizowani, że gdyby nie telewizja TVN24, pies z kulawą nogą by o nich nie pamiętał. Otóż, pomijając powód o którym wspomniałem na początku, a więc potrzebę przypomnienia jak to było z tamtymi wyborami, bardzo chciałbym – po raz nie wiadomo już który – zachęcić wszystkich do tego, by mieli oko na wszystkich, którzy próbują nas uwieść w mniej czy bardziej cwany sposób, a zwłaszcza na tak zwanych „naszych”, bo wystarczy odrobina pamięci, by sobie nagle odtworzyć te wszystkie twarze, które w swoim czasie rozbiły wrażenie tak bardzo nam bliskich, a ostatecznie potrzebowały zaledwie jednego fatalnego dnia, by sobie w głowach i sercach wszystko przestawić do góry nogami.



wtorek, 27 kwietnia 2021

Przystojny Tony, czyli o niemieckiej polityce socjalnej

 

       Przyznam szczerze, że od dłuższego już czasu, z każdym tygodniem, miesiącem, czy rokiem, coraz bardziej mam dość zajmowania się przez nas Niemcami pod kątem naszych niekończących się oczekiwań, że nadejdzie w końcu czas, gdy będziemy mogli ich zacząć traktować jako element mniej lub bardziej cywilizowanego świata. Ostatnio, wręcz już do – pardon me french – porzygania, muszę wysłuchiwać, jak cały niemal świat, a w tym najbardziej Polska apeluje do Niemców, by zechcieli łaskawie zrozumieć, że wchodzenie dziś w interesy z Rosją to błąd i kompromitacja, a ponadto postępowanie wysoce niemoralne. Gdy chodzi o mnie, to ja od Niemców od wielu już lat nie oczekuję nic, a jedyna nadzieja jaką od lat nieprzerwanie żywię, to ta, że przyjdzie czas, gdy cały ten teren się zaorze, a na świeżo utworzonej glebie zasadzi ziemniaki. Tymczasem tu i ówdzie, raz po raz, pojawiają się głosy, że trzeba ich jednak próbować cywilizować.

       Wczoraj przyszła wiadomość, że minister spraw zagranicznych Niemiec, Heiko Maas, oficjalnie stwierdził, że jakiekolwiek próby izolacji Rosji nie mają sensu i gdy chodzi o nich, to oni będą z Rosją utrzymywać dobrosąsiedzkie relacje i kropka. Jak rozumiem, w odróżnieniu od Polski. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak przywołać postać niejakiego Antona Mallotha. Otóż ów Malloth, urodzony w roku 1912 w Południowym Tyrolu we Włoszech, w pewnym momencie zdecydował się podjąć służbę na rzecz Trzeciej Rzeszy. Ostatecznie, po wybuchu II Wojny Światowej zainstalował się jako super nadzorca w czymś co nosiło nazwę „Kleine Festung Theresienstadt” i stanowiło  część zarządzanego przez gestapo obozu koncentracyjnego Theresienstadt w czeskim Terezínie, i tam od roku 1940 do 1945 działał on pod mroczną ksywą „Przystojny Tony”, wsławiając się tym, że osobiście zatłukł na śmierć ponad 100 osób. Po wojnie Maloth przez jakiś czas się ukrywał, następnie wyjechał do Austrii, gdzie schronił się u swoich teściów. Tam go wprawdzie wypatrzono i postawiono przed sądem, który go jednak uniewinnił, po czym Malloth wrócił do swoich Włoch, gdzie niepokojony przez nikogo od roku 1948 do 1988 korzystał z uroków życia w prześlicznej uzdrowiskowej miejscowości Merano. Wprawdzie już w pierwszych latach po wojnie Czechosłowacja wystawiła za Melothem list gończy, jednak nikogo wówczas to nigdy nie obeszło. W końcu w roku 1988 Włosi zorientowali się z kim mają do czynienia, Mallotha pozbawili obywatelstwa i odesłali Niemcom.

      I tam, proszę sobie wyobrazić, nikomu nawet do głowy nie przyszło, by Mallothowi wyrządzić jakąkolwiek krzywdę, a co ciekawsze, w tym momencie do akcji wkroczyła ukochana córka Heinricha Himmlera, Gudrun Burwitz – o której też można by powiedzieć wiele, ale nie ma tu na to miejsca – przez całe lata powojenne aż do roku 2018 nadzwyczaj hołubiona przez niemieckie państwo neo-nazistowska działaczka. Ona to, występując w imieniu dobroczynnej organizacji o nazwie Stille Hilfe, której celem była pomoc dawnym funkcjonariuszom hitlerowskiego reżimu, tuż po jego powrocie do Reichu, załatwiła Mallothowi nadzwyczaj komfortowe mieszkanie w domu starców w miasteczku Pullach – co ciekawe, postawionym na terenie przed laty należącym do Rudolfa Hessa. Pobyt Mallotha w owym domu starców, przez kolejne 12 lat był w całości finansowany z funduszy dysponowanych przez miejscową opiekę społeczną i dopiero w roku 2000, kiedy wyszło na jaw, że zdecydowana większość owego budżetu przeznaczana na zapewnianie wszelkich możliwych wygód Mallothowi, ktoś wyżej się nim zainteresował, zrobiła się z tego sprawa medialna. W dodatku ktoś nagle wspomniał imię ukochanej córki Himmlera, i w roku 2001 Malloth stanął przed sądem i został skazany na dożywocie. 55 lat po wojnie! Jak się wkrótce jednak okazało, i z tego nic nie wyszło, bo nieco ponad rok później, wtedy już 90-letni Malloth, z powodu zaawansowanej choroby nowotworowej, został zwolniony z więzienia, by zdechnąć, jak rozumiem, w łóżku, które mu kupiła Gudrun Burwitz z towarzyszami.

      A więc to są ci Niemcy, którzy przychodzą mi do głowy, gdy obserwuję owe ruchy na rzecz przybliżenia ich do świata zamieszkałego przez gatunek ludzki, zwierzęcy oraz oczywiście roślinny. I powtarzam: z mojego punktu widzenia, to jest już tylko wyłącznie miejsce nadające się do uprawy ziemniaków.

Post Scriptum: Gudrun Burwitz szczęśliwie dożyła swoich dni w Monachium, gdzie zmarła w swoim domu zaledwie trzy lata temu w wieku 88 lat, w przekonaniu że na świecie nigdy nie było lepszego człowieka od jej ojca.



niedziela, 25 kwietnia 2021

Koka i melonik, czyli polityka zagraniczna w wersji hard

Platforma Obywatelska zorganizowała wczoraj konferencję na temat polskiej polityki zagranicznej, która jej zdaniem pod rządami prawicy prowadzi Polskę ku kompletnej międzynarodowej anihilacji, a o oczywistym bezsensie owej inicjatywy świadczyć może choćby to, że, jak słyszę, uwagę na to wydarzenie zwróciły wyłącznie – w ramach swoich codziennych obowiązków – „Gazeta Wyborcza”, oraz – dla codziennego szyderstwa – telewizja publiczna. Ów brak zainteresowania wystąpieniami Radosława Sikorskiego oraz Borysa Budki był tak dojmujący, że odezwała się, wydawałoby się dawno już zmumifikowana, posłanka Śledzińska- Katarasińska i na ów brak poskarżyła się na swoim profilu na Twitterze, pisząc:

„Trudno dociec co tak naprawdę interesuje nasze media. Znakomita debata Bezpieczna Polska, pełna konkretów o wychodzeniu z dyplomatycznej izolacji i zapaści obecnych relacji międzynarodowych od UE po USA, nie doczekała się transmisji ani komentarzy. Ciekawe dlaczego. Polityka zagraniczna to działania wszystkich instytucji państwa w relacjach ze światem zewnętrznym”.

Gdy chodzi o mnie, to muszę przyznać, że wczorajszy dzień również minął mi we wspomnianej przez panią poseł nieświadomości, i dopiero pod wieczór dowiedziałem się, że wspomniana debata w ogóle miała miejsce, natomiast mogę zapewnić, że gdybym wcześniej o niej usłyszał, ze szczególnym uwzględnieniem słów o „działaniu wszystkich instytucji państwa w relacjach ze światem zewnętrznym”, swoją drogą wyjętych prosto z ust przemawiającego w jej trakcie Radosława Sikorskiego, z całą pewnością bym swoje zainteresowanie zademonstrował, choćby i na rzeczonym Twitterze. Za to dziś, zamiast zwyczajnie splunąć, chciałbym przypomnieć pewien swój dawny, bo pochodzący jeszcze z roku 2011, tekst, gdie owo współdziałanie przedstawiłem najlepiej jak potrafiłem. Zapraszam więc.

 

 

Bardzo, bardzo bardzo dawno temu, bo jeszcze w grudniu 2008 roku, prezydent Kaczyński, premier Tusk oraz minister Sikorski mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale biorąc pod uwagę skład i miejsce, myślę że mogło chodzić o jakieś stosunkowo ważne dla Polski kwestie. To jednak nie ma dziś dla nas większego znaczenia. To jednak co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku, a owa konferencja pokazała nam to w stopniu aż nadto wystarczającym.

A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Oto nasi politycy siedzieli przy konferencyjnym stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytania, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.

Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.

Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...

A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.

Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.

Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – za drugim razem nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.

Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?

A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo, bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.

Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.

 


piątek, 23 kwietnia 2021

Gdy Lech Wałęsa otworzył biznes pralniczy

 

 Dziś przedstawiam swój najnowszy felieton do "Warszawskiej Gazety". Powinno być dobrze.


 Mimo że do Lecha Wałęsy mam stosunek z jednej strony pełen pogardy, a z drugiej zwykłego, ludzkiego współczucia, muszę mu oddać sprawiedliwość, bo gdyby nie on, nigdy bym się nie dowiedział o istnieniu portalu działającego w Internecie pod nazwą flexi.pl. Od razu jednak muszę zaznaczyć, że nie mam bladego pojęcia, czym się ów flexi.pl zajmuje, ani też nie mam najmniejszego zamiaru by się tu próbować czegokolwiek dowiedzieć, natomiast dzięki aktywności prowadzonej w Internecie przez wspomnianego Lecha Wałęsy dowiedziałem się, że na wspomnianym profilu zdecydował się on zamieścić następujący anons:

Doświadczony przywódca, świetny mówca, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, prezydent RP 1990 – 1995, współzałożyciel i pierwszy przewodniczący NSZZ Solidarność, poprowadzi spotkania i szkolenia z leadership, przyjmie zaproszenia na spotkania motywacyjne w firmach, ale też w rodzinach, możliwe dodatkowe usługi promocyjne, wspólne zdjęcia autografy.

Mimo, że mam emeryturę prezydencką, ale też czuję, że chcę się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem w budowaniu dobreprzywódcami państw, z królami, z Papieżem, chętnie przekażę doświadczenia i wiedzę w polskich firmach, wezmę udział w ich promocji na świecie, by budować realną wartość polskiej gospodarki.

Spotkanie 1-2 godz. cena od 20 tys. zł ( cena do ustalenia).

W sprawach rezerwacji terminów oraz zakresu praw do wizerunku prosimy o kontakt. Możliwe również ustalenie innych warunków promocji dla firm w ramach wspierania polskiej gospodarki za granicą”.

      Gdy tu i ówdzie, w tym również w Internecie, śledzę rozwój zdarzeń, nie mogę nie zauważyć, że gdy chodzi akurat o Lecha Wałęsę, znaleźliśmy się na granicy, co oznacza, że jeszcze chwila, a to nazwisko zniknie z naszej pamięci, tu jednak poczułem, że są rzeczy, których zapomnieć nie będą w stanie nawet pokolenia. Oto Lech Wałęsa – ten Lech Wałęsa – szuka frajera, który za głupie 20 tys. zł. zechce wysłuchać historii o tym, jak jego żona wydaje więcej niż on jest w stanie przynieść, podczas gdy on słynne tysiące tysięcy dolarów uzyskanych z tak zwanych motywacyjnych wykładów zdążył już wydać .

        Ale mało tego. Otóż gdyby tu tylko chodziło o Wałęsę, moglibyśmy na tę żenadę machnąć ręką, tu jednak trzeba reakcji poważniejszej.  Otóż jeśli wczytamy się uważnie w zamieszczony na portalu flexi.pl pod nazwiskiem Lecha Wałęsy apel o finansowe wsparcie, nie możemy nie zauważyć, że to nie Lech Wałęsa jest faktycznym autorem tego anonsu, lecz któraś z osób czuwających od lat, by tak długo jak to tylko możliwe nic mu się złego nie stało. Ów apel musiał zredagować któryś z Lecha Wałęsy opiekunów, i to on, jako przedstawiciel znacznie większego projektu, wrzucił owe 20 tysięcy za godzinę gadki, licząc na to, że w ten sposób uda się jeszcze trochę z tego nieszczęśnika wydusić.

        A na horyzoncie jeszcze pojawia się klasyczna pralnia. W końcu 20 patyków za nic to nie żart.



        

czwartek, 22 kwietnia 2021

Kilka słodko-gorzkich kawałków na zimę co się nie chce skończyć

 

I znów za nami kolejny miesiąc, a przed nami kolejna część serii, jaką od paru już lat zamieszczam w „Polsce Niepodległej” pod tytułem „Wezwani do tablicy”. Zachęcam zarówno do czytania tych moich kawałków, jak i do kupowania owego miesięcznika.

 

 

Jak czytelnikom „Polski Niepodległej” wiadomo, rubryka ta stara się od samego początku utrzymywać nastrój raczej pogodny, tym razem jednak chciałbym zacząć od refleksji zdecydowanie ponurej i oto od razu – zachowując oryginalną pisownię – przedstawiam zamieszczoną na Facebooku wypowiedź znanej nam aż nazbyt dobrze pisarki Marii Nurowskiej:

Od roku jestem tzw. niepełnosprawna. Udar głowy, ze wszystkim można sobie poradzić.ale nie z udarem głowy w godzinach nocnych. Budzsisz się i nie bardzo wiesz, co cię obudziło.Po chwili czujesz b:ól rozsadzający połowę czaszki!Ból nie do wytrzymania.Budzisz opiekunkę. ona mierzy ci ciśnienie; pani Mario wysokie. chronimy wątrobę! No jasne... znosić te igły na połowie głowy, które są jakieś jak nie z tego świata...Może uda się zasnąć....wiem,że nie, że będę jakimś strzępem ludzkim,który musi doczekać godziny, gdy Można Wziąć lek”.

Wiadomość straszna, a jeśli zwrócimy uwagę na formę jej podania, wręcz wstrząsająca, przy okazji jednak zmuszająca do sięgnięcia nieco głębiej, bo kiedy to zrobimy, trafimy na dość dawny, bo jeszcze sprzed trzech lat, komentarz Nurowskiej zamieszczony na tym samym Facebooku, następującej treści:

Stało się, zrobiłam laleczkę prokuratora Piotrowicza i wbijam w nią szpilki. Jego dni są policzone”.

Ktoś powie, że rozważanie owej serii, jak widać, nadzwyczaj niefortunnych wypadków, ma w sobie coś z bardzo paskudnego okrucieństwa, jednak nie o okrucieństwo tu chodzi. Żaden bowiem normalny człowiek, który ma w sobie choć odrobinę współczucia, nie będzie tu próbował tryumfować, zwłaszcza gdy, jak sądzę, niemal każdemu z nas zdarzylo się, i to nie raz, przekląć kogoś kim szczególnie mocno gardzimy. Tu jednak mamy do czynienia z czymś znacznie gorszym niż zwykłe życzenie komuś wszystkiego najgorszego; tu stoimy wobec jak najbardziej realnej modlitwy do Szatana, a tu już nie ma mowy o odruchach. Dlatego zachęcam wszystkich czytających mój dzisiejszy komentarz, by przekazali tę wiadomość jak najszerzej, by nie dali sobie wmówić, że mają do czynienia z jakąś „karmą”. Nie tym razem i nie w tym wypadku.

 

***

 

Żeby chwilę jeszcze pozostać przy temacie, chciałbym zwrócić uwagę na dalszy ciąg owej zabawy Nurowskiej i na słowa, jakimi zareagowała na nią znana nam niestety równie dobrze Agnieszka Holland, apelując do swojej przyjaciółki:

Marysiu, ja to zrobiłam w młodości 2 razy, za każdym razem ze skutkiem śmiertelnym. Obiecałam sobie i mojej córce, że już nigdy żadnego voodoo nie wykonam. Jestem przeciwna karze śmierci!

I tu Nurowska ani drgnęła i, choć najwyraźniej zgadzając się co do tego, że kara śmierci to gest niehumanitarny i stojący w sprzeczności z wartościami europejskimi, powtórzyła:

Więc ja jestem za laleczką voo-doo, nie musi od razu zabijać, wystarczy mały wylew i paraliż. [...] To się dzieje natychmiast, albo bardzo powoli, ale dolegliwie! Nauczyła mnie tego specjalistka!

A mnie już tylko pozostaje powtórzyć to co już powiedziałem wcześniej: Owszem, można się od czasu do czasu głupio zabawić, jednak najlepiej robić to samemu, a jeśli już w towarzystwie, to dobrze jest wcześniej owo towarzystwo dokładnie sprawdzić, bo ci którzy pojawią się jako pierwsi potrafią być bardzo nieprzewidywalni i wybitnie okrutni. Jak okrutni, wystarczy jeszcze raz uważnie się przyjrzeć temu, w jaki to sposób Maria Nurowska poinformowała nas o swoim nieszczęściu.

 

***

 

Swoją drogą, to naprawdę robi wrażenie jak nie tylko Nurowska, Holland i wspomniana przez Nurowską specjalistka, ale wiele innych, wydawałoby się przynajmniej w stopniu podstawowym inteligentnych osób, z takim zacięciem uznaje za stosowne kręcić się po owych tak bardzo niebezpiecznych ścieżkach. Oto branżowa koleżanka Nurowskiej, Manuela Gretkowska, również na Facebooku, opublikowała swoje zdjęcie z popularnym na muzycznym rynku satanistą Adamem Darskim, podpisując je słowami „Nergal pan ciemności i ja anioł zagłady”. Na ową demonstrację głupiej odwagi zareagowała natychmiast telewizyjna dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska i również pochwaliła się zdjęciem z Darskim, a dalej to już tylko cała kupa miłośników aniołów śmierci oraz panów ciemności, z deklaracjami, jak oni zazdroszczą owej znajomości i jak bardzo też by chcieli mieć takie samo zdjęcie. A ja bym już tylko chciał zwrócić uwagę na to, że ów przekaz, choć skierowany niby w stronę Darskiego, najprawdopodobnie zostanie przekazany pod bardziej konkretny adres i tam może zostać wysłuchany wbrew wyobrażeniom każdego tego czy owego miłośnika owych igraszek. Sam Darski bowiem nie robi wrażenia jak by był zainteresowany swoją kreacją i nawet jeśli tu i ówdzie udziela wypowiedzi, w których zapewnia, że gdyby istniał termometr do badania temperatury religijnych uczuć, to on by go sobie „wsadził w dupę i w ten sposób sprawdzał, kiedy przekracza granice”, jego podstawowym celem jest wyciągnięcie od durniów w rodzaju wyżej wymienionych pań jak najwięcej pieniędzy na tak zwaną „obronę przed katolickim fundamentalizmem”. Jak donoszą wszystkie możliwe media, włącznie ze światowymi gigantami takimi jak BBC, czy „The Guardian”, dotychczas udało mu się już w ten sposób zarobić 160 tysięcy złotych, a my wiemy, że to z całą pewnoscią nie jest jeszcze koniec, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że wśród odbiorców wspomnianego BBC, czy „Guardiana” jest znacznie więcej idiotów, gotowych do tak zwanego „wydojenia” niż w Polsce.

 

***

 

Może jednak przestańmy się zajmować większymi czy mniejszymi satanistami i wróćmy na Ziemię, bo tam czekają na nas osoby zaledwie aspirujące do tego by się znaleźć w tym towarzystwie. Weźmy choćby takiego Donalda Tuska. Ja sobie oczywiście zdaję sprawę z tego, że gdzieniegdzie od czasu do czasu pojawia się podejrzenie, że on akurat stanowi przykład klasycznego opętania, ja jednak sądzę, że kim jak kim, ale Donaldem Tuskiem Szatan by się nie zainteresował. No bo co ktoś taki jak Tusk miałby mu do zaoferowania? Że raz na tydzień na Twitterze będzie publikował idiotyczne komentarze? Że w wypowiedzi dla TVN-u poobraża prezydenta Dudę, czy prezesa Kaczyńskiego? Nie żartujmy. W końcu, nawet gdyby przyjąć że by mu zależało na wyszydzeniu kolejno wszystkich polityków PiS-u, to po cholerę miałby szukać kogoś do tej roboty aż w Brukseli, skoro tu na miejscu ma posłów Szczerbę i Jońskiego, że już nie wspomnę o takim Kazimierzu Marcinkiewiczu?

 

***

 

Inna sprawa, że Niemiec (swoją drogą, to bardzo ciekawe, że w polskiej ludowej tradycji Diabeł bardzo często występuje jako Niemiec właśnie) również do Marcinkiewicza nie mógłby mieć żadnego interesu. Co ja mówię, Niemiec! Trudno sobie wyobrazić, że do niego akurat interes miał ktokolwiek. A jednak, proszę sobie wyobrazić, chętni się znaleźli, w postaci czegoś, co się nazywa Fundacja Braci Collins i zaprosili Kaza do osobistego udziału w walce bokserskiej z jednym owych Collinsów, która ma się stać wielkim hitem zorganizowanej przez Fundację dobroczynnej gali. Do Marcinkiewicza jeszcze przejdziemy, teraz natomiast parę słów na temat działalności i celó owej fundacji:

Fundacja Braci Collins powstała z potrzeby serca, aby pomagać tym, którzy mają w życiu mniej szczęścia. Pełni empatii, pokory i oddania pragniemy nawiązywać i pielęgnować trwałe relacje, oparte na uczciwości, honorze i wzajemnym poszanowaniu. Pracujemy z pasją i dzielimy się dobrem, które - w co wierzymy - tkwi w każdym z nas”.

Są Państwo pod wrażeniem? Spokojnie, to jeszcze nie koniec. Otóż na temat zbliżającej się walki, w wywiadzie dla Onetu, wypowiedział się sam Kaz. Proszę się trzymać foteli:

 

Sport daje możliwość odbicia się od różnego rodzaju problemów. Dodaje sprawności i kreatywności. Jest parę rzeczy w życiu, które budują kreatywność człowieka, a jedną z nich – obok znajomości języków obcych i podróży – jest sport. Kreatywność jest człowiekowi niesamowicie potrzebna, bo daje możliwość podejmowania fajnych decyzji w różnych sytuacjach. Wiem, że mam to w dużej mierze dzięki sportowi [...]. Na razie uczę się kroku, trzymania gardy i wyprowadzania ciosów. To musi trochę potrwać. Na szczęście mam dużą wytrzymałość, jestem dosyć sprawny sportowo. Nie spodziewałem się natomiast tego, że boks to jest sport techniczny. To nie jest bicie się po gębach. Tu w odpowiedni sposób muszą pracować ręce i nogi. Trzeba uczyć się zadawania ciosów, robienia uników. To bardzo trudne, ale myślę, że dam sobie radę”.

Ja akurat wątpię, czy Kaz da sobie radę. Zwłaszcza teraz, gdy dopiero teraz się dowiedział, że boks jest sportem technicznym, gdzie chodzi o coś więcej niż żeby walić się po gębach, a bez pracy rąk i nóg boksu nie ma. A i tak znacznie większym problemem jest to, że bez głowy też. 



 

 

 

 

 

 

środa, 21 kwietnia 2021

Czy Jan Pospieszalski zagra nam wreszcie coś na basie?

 

         

         Gdy chodzi o panią poseł Joannę Lichocką, to moje zdanie na jej temat jest niemal od pierwszej chwili, gdy usłyszałem jej głos, pozostaje niezmienne i jednoznaczne, znacznie bardziej skomplikowana sprawa jest z Janem Pospieszalskim, oryginalnie muzykiem do wynajęcia, a od lat też telewizyjnym dziennikarzem oraz politycznym komentatorem. Otóż, gdy chodzi o Pospieszalskiego, był czas gdy go szanowałem, a dziś na swoje usprawiedliwienie mam to, że ów czas to były lata gdy wszyscy byliśmy wręcz spragnieni tego, by poglądy, które sobie ceniliśmy i szanowali, były podzielane również na tak zwanym „zewnątrz”. Od wielu już jednak lat – i od razu zastrzegam się, że nie mam tu na myśli owego roku 2010, gdy ów Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu, jako osobę która praktycznie stworzyła temat tego akurat wydania, i ostatecznie potraktował mnie zaledwie jak klasyczny „głos z publiczności” – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Jan Pospieszalski to zaledwie jedna z owych wielu dramatycznie płytkich i intelektualnie nieciekawych medialnych osobowości, która jedyne co ma do zaoferowania to swoje nabyte lata temu poglądy i przekonania, do których jest przywiązany tak jak pewien rodzaj staruszków, którzy nie są w stanie pić z innego kubeczka, jak z tego z napisem „cukier krzepi”,  no i jeszcze ów znany nam wszystkim publiczny sznyt.

       Piszę dziś o Pospieszalskim, a wspominam Lichocką, w związku z pewnym, głównie internetowym, zamieszaniem, związanym z tym że Pospieszalski, jak to on,  w swoim nadawanym jeszcze od najbardziej ponurych czasów rzadów Platformy Obywatelskiej telewizyjnym programie – swoją drogą, tradycyjnie emitowanym w porze gdy przeciętny Polak kładzie się do snu –  zatytułowanym „Warto rozmawiać”, zaczął się zachowywać tak, jak gdyby jedyną jego misją było propagowanie nadzwyczaj ekstrawaganckich poglądów swoich i swoich kolegów. Gdy chodzi o mnie, audycji Pospieszalskiego z zasady od wielu już lat – podobnie jak wielu innych telewizyjnych programów – nie oglądam, podobnie też jak staram się nie zwracać uwagi na jego felietony w tak zwanej „prawicowej prasie”, natomiast przyznaję – wspomniałem o tym zresztą już w jednym z wcześniejszych felietonów tu na blogu – obejrzałem wydanie pewnego „Warto rozmawiać”, które w całości było poświęcone  egzorcyzmowaniu papieża Franciszka i nikt z zaproszonych, pobożnych jak jasna cholera, gości ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że może jednak – skoro wszyscy zgromadzeni w studio to przynajmniej zdeklarowani członkowie Kościoła Powszechnego – należało by uszanować przekazaną nam przez Jezusa Zmartwychwstałego hierarchię. To wtedy po raz pierwszy – a zaznaczam, że wcześniej okazji do tego parę również było – pomyślałem sobie, że przydałoby się, by znalazł się ktoś, kto najpierw może wyjaśni Pospieszalskiemu, że owa audycja to nie jego prywatny interes, ale publiczna telewizja, ze swoimi zadaniami oraz misją, a jeśli nie zechce owego wyjaśnienia wysłuchać, to mu ten, wydawałoby się że wieczny, projekt odbierze.

        Jak pewnie większość z nas się orientuje, gdy chodzi zarówno o samo zjawisko pandemii, jak i sposoby walki z nią, ze szczególnym uwzględnieniem polityki Rządu RP, wywołują one reakcje skrajne w tym sensie, że z jednej strony mamy „ciemną masę”, posłusznie realizującą zalecenia przedstawiane przez państwowe instytucje, a z drugiej wściekłą grupę „oświeconych”, przekonaną, że tak naprawdę o żadnej pandemii mowy być nie może, wszystko to stanowi zaledwie globalne oszustwo, a wszystkie związane z nią restrykcję tworzą wyłącznie albo demonstrację kompletnego skretynienia, względnie fragment większego tajnego projektu mającego na celu zredukowanie ludności świata o jedną trzecią. Gdy używam słowa „wściekła” nie przesadzam w najmniejszym stopniu, bo w rzeczy samej poziom emocji po stronie kwestionującej nawet jeśli nie samą pandemię – bo tu akurat sprawa nie jest aż tak prosta – to sposoby walki z nią, niekiedy wykracza poza dostępną skalę. Proszę spojrzeć na parę przykładów wziętych z, co by nie mówić, zdecydowanie wpływowego nawet w skali globalnej Twittera:

Powiem Wam, że nic mi tak ostatnio nie daje radości jak widok Rodaków i Rodaczek, omijających mnie bez szmaty, wielki łukiem”;

Oglądacie na żywo konfę rzecznika MZ ? Przecież to szmaciarz...pospolita kurwa , która łże.....”;

Nie mam zdrowia do słuchania tego skurwysyna”;

Ha, ha, ha, przecież to są jakieś jaja.....A Wy dalej chodźcie w szmatach na ryju z poczuciem , że ratujecie czyjeś życie.....Nawet mi was nie żal. Tak - to jest wojna - gardzę wami idiotami”;

Po 14 tygodniach 2021 roku pan Niedzielski i Morawicki z Horbanem, Sutkowskim, Simonem i wieloma innymi, za przyzwoleniem pana Kaczyńskiego, wymordowali prawie 40 tys. Polaków”.

       I tak dalej, i tak dalej, i niech mi nikt nie mówi, że to jest jakaś nisza. Mnie akurat wystarczy każdy spacer z moim psem, gdzie dzień w dzień mijam dziesiątki osób bez maseczek, choćby i na szyi, by się zorientować, że mamy do czynienia z autentyczną armią.

        I na to wszystko przychodzi Jan Pospieszalski, człowiek od pewnie już dwudziestu lat zatrudniany przez publiczną telewizję, a więc w ten czy inny sposób medialny przedstawiciel polskiego panstwa i decyduje się realizować przekaz, którego celem, jak by nie patrzeć, jest utrzymywanie tego elementu w jego przekonaniu, że kiedy brytyjska królowa na pogrzebie swojego męża występuje w maseczce, to albo z rozkazu Billa Gatesa, albo co najmniej Henry’ego Kissingera, ewentualnie przez to, że zamiast wysłuchać tego co na temat tak zwanej „pandemii” ma do powiedzenia Grzegorz Braun, zdaje się na jakieś uzyskiwane z mainstreamu plotki.

      W tej sytuacji nie mam innego wyjścia jak zakomunikować, że – bez względu na to, jakie intencje kierowały posłanką Joanną Lichocką, gdy pisała na Pospieszalskiego donos do Jacka Kurskiego, no i tym bardziej niezależnie od tego co ów Jacek Kurski tak naprawdę, jeśli go w ogóle to cokolwiek obchodzi, o tym wszystkim myśli – uważam, że nadszedł najwyższy czas, by przywołać Jana Pospieszalskiego do porządku, a jeśli nie posłucha, to skierować go na odcinek, gdzie, gdy chodzi o mnie, może się produkować nawet jako Żorżyk – gitarzysta basowy.



 

wtorek, 20 kwietnia 2021

Mistrz i Ewa - kolejna odsłona

 

Od dwóch dni mamy wszyscy w głowie owe zdjęcia Ewy Kopacz z tymi ruskimi rzeźnikami, a gdy chodzi o mnie, to ten jeden szczegół, gdy ona się przytula do tych tatuaży. Patrzyłem na to zdjęcie wczoraj niemal przez cały dzień i nie mogłem nie pomyśleć, że ona zachowała się jak się zachowała, bo ich właściciel ją zwyczajnie uwiódł. Cała ta atmosfera siły i nieopisanej wręcz przemocy musiała ją tak podniecić, że ona uczepiła się tego ramienia wręcz odruchowo. Dziś też zajrzałem do komentarzy pod wczorajszym tekstem i tam, jakże celnie i na miejscu, czytelnik crimsonking jakimś cudem przypomniał sobie tekst jeszcze z roku 2011, zatytułowany „Mistrz i Małgorzata - wersja hardcore”, w którym opisałem tego typu opętanie po raz pierwszy. Gdyby ktoś nie pamiętał, to przypominam.

 

 

      Wpis który w tym momencie powstaje, od samego początku jest wynikiem pomyłki. Pomyłki błogosławionej, ale o tym na koniec. O co poszło? Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Małgorzata Domagalik do kolejnego programu zaprosiła lidera czarno-metalowego zespołu o dźwięcznej nazwie Behemoth, Adama Darskiego, uznałem że muszę najpierw ten wywiad obejrzeć, a następnie skomentować go na tym blogu. Ktoś mnie spyta, jak to możliwe, że jeszcze przed zapoznaniem się z wymianą między Domagalikową a tym Darskim, wiedziałem że będę w ogóle miał powód, by o czymkolwiek pisać? Tu właśnie tkwił ten błąd. Ja znam trochę Małgorzatę Domagalik i równie trochę Darskiego, i to czym on się zajmuje. I z tej wiedzy mogłem wnioskować, że zapowiadana rozmowa potoczy się w bardzo jednoznacznym kierunku. Domagalik będzie go pytała o diabła, a on będzie ją sobie skutecznie owijał wokół palca, i na koniec programu zostawi ją w takim stanie, że ona będzie wiedziała tylko jedno. Żadnego diabła nie ma, jest tylko słońce i drzewo i wieczna pustka, albo coś równie chorego, a sam Nergal – on sam na siebie tak woła – jest przemiłym, oczytanym i wybitnie inteligentnym chłopcem o ujmującym uśmiechu. A wiedząc że tak będzie – nawet nie dlatego że Domagalik jest zwyczajnie głupia – ale z tej prostej przyczyny, że na kogoś takiego jak ten Nergal można wyłącznie wysyłać doświadczonego egzorcystę, a jak egzorcysta nie da rady, to po prostu snajpera, a nie jakąś telewizyjną gwiazdkę, pomyślałem sobie, że będzie trzeba dać świadectwo. Żeby przynajmniej w ten sposób spróbować zrównoważyć publiczne szkody, jakie niewątpliwie Domagalik swoją blond-bezmyślnością narobi.

      I oto, od samego początku programu widać biło, że nic z tego nie będzie. Że nawet ja – ze swoim naprawdę bardzo krytycznym poglądem na intelektualne możliwości Małgorzaty Domagalik – nie doceniłem stanu w jakim ta nieszczęsna kobieta się znajduje. Od samego początku, od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, widać było że Domagalik jest w najbardziej przykry sposób w tym Nergalu zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto tu w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „Fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował. Teraz już wiem, dlaczego program, który na samym początku był nadawany na żywo, od pewnego czasu jest już nagrywany. Widocznie kierownictwo TVN-u zna Małgorzatę Domagalik odpowiednio dobrze, a głupio zrywać umowę.

      Skoro nie było o diable, to o czym było? O wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. W końcu on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu on tam też nie był po to żeby się polansować – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział na przykład, że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? On tego nie powiedział, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechu – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. Ale wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej niż choćby tej jakiejś Biblii.

      Pod sam koniec rozmowy, Małgorzata powiedziała, że to taki paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, o którym już tu wspominałem, że on z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”.

       Przed chwilą pewien mój bardzo bliski kolega powiedział mi, żebym się tak nie cieszył. Bo choć wszyscy należymy do Boga, to jednocześnie jesteśmy doskonale wolni i możemy Bogu powiedzieć „nie”. No tak. To jest prawdziwa tajemnica. To jest tajemnica naszej wiary, naszego upadku i Jego miłości. Okazuje się, że jednak warto czasem oglądać ten TVN. Dla takich refleksji? Jeśli chodzi o mnie, gotów byłbym nawet za to płacić.

 


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Smoleńsk, czyli kto jest beksą i mazgajem ten się do nas nie nadaje

 

      Moje dziecko pokazało mi wczoraj znaleziony gdzieś w Internecie film przedstawiający scenę jaka miała miejsce po pokonaniu przez piłkarzy Barcelony w Pucharze Króla drużyny Athletic Bilbao, gdzie po kolei wszyscy piłkarze Barcelony stają w kolejce, by zrobić sobie ze swoim kolegą z drużyny Lionelem Messim pamiątkowe i koniecznie indywidualne zdjęcie.

       Dziwne jest to bardzo ujęcie. Jak wiemy, Barcelona to jest piłkarska drużyna, gdzie wszyscy są kolegami z boiska, a często wręcz bliskimi kumplami i nie jest przy tym tak, że choć dla zwykłego pożeracza piłki nożnej Lionel Messi to gwiazda, dla nich to ktoś do kogo dostęp to niemal zaszczyt. No a mimo to, radość z tego zwycięstwa i to, jak się domyślam, zwycięstwa uzyskanego w dużym stopniu dzięki piłkarskim umiejętnościom jednego zawodnika, w tym wypadku Messiego właśnie, sprawiła, że oni wszyscy nagle zapragnęli uczcić ten sukces w ten właśnie sposób.

       Bardzo sympatycznie się tę scenę ogląda, natomiast jeśli ona sprawia, że od wspomnienia od niej zaczynam swój dzisiejszy felieton, to przyczyna tego w żaden sposób nie jest sympatyczna, a wręcz odwrotnie – nadzwyczaj ponura. Otóż obejrzałem wczoraj wieczorem w TVP film Ewy Stankiewicz o Smoleńskiej Katastrofie i zupełnie niezależnie od faktu, że zrobił on na mnie wrażenie jako całość, to co mi aż do tej chwili siedzi w głowie, to tych parę zdjęć na których możemy zobaczyć Ewę Kopacz – ówczesną Minister Zdrowia w rządzie Donalda Tuska – jak w ruskim prosektorium strzela sobie pamiątkowe zdjęcia z owym ruskim elementem, który – jak dziś już wiemy – chwilę wcześniej zaszył w ciałach zmarłych w Katastrofie osób różnego rodzaju śmieci, a kto wie, czy również dla owej szczególnej zabawy, nie poprzerzucał się wzajemnie odnalezionymi w smoleńskim błocie szczątkami. Pozuje owa przedziwna osoba do owych pamiątkowych jak rozumiem zdjęć i wszyscy tam się szczerzą jak, nie przymierzając, piłkarze Barcelony ze swoim kolegą z drużyny Lionelem Messim. Podobnie bowiem jak tam, w dalekiej Hiszpanii, nie ma dokładnie nic poza radością z odniesionego zwycięstwa i związanej z owym zwycięstwem dumy.

       Zastanawiamy się tu wspólnie nad ową Kopacz i do głowy przychodzą nam myśli doprawdy przeróżne. Ktoś podpowiada, że najpewniej Tusk ją wyciągnął z jakichś esbeckich rejonów i uczynił najpierw jednym z ministrów, a następnie premierem. Kto inny sugeruje, że może Ewa Kopacz to osoba cierpiąca na jedną z wielu znanych w psychiatrii chorób psychicznych i to stąd owa niezwykła demonstracja. Ja z kolei, jak zawsze w chwilach gdy nie jestem w stanie zrozumieć czyjegoś postępowania, biorę pod uwagę – i tu przepraszam serdecznie osoby Bogu ducha winne –  zwykłe chlanie. I znów patrzę na te ujęcia zamieszczone w filmie Ewy Stankiewicz i myślę sobie, że jest taka możliwość, że w tym wypadku mamy do czynienia z idealnym połączeniem każdego z owych nieszczęść.

       No bo, proszę tylko rzucić okiem i się zastanowić: co to za cholera?

       No a na koniec jeszcze jedno. Wprawdzie nie sądzę, żeby to miało tak naprawdę większe znaczenie, ale zastanawiam się nad jednym. Po meczu Barcelony z Bilbao to koledzy Messiego prosili go o to zdjęcie; a ja jestem ciekawy, kto kogo prosił o nie w Rosji – ten wytatuowany typ Kopacz, czy ona jego? Jak mówię, to nie jest aż tak ważne, mimo to mam wielką nadzieję, że to jednak ona jego.



niedziela, 18 kwietnia 2021

O niezapłaconych rachunkach i kolczyku w języku

 

        Od roku 2013, a więc od czasu gdy poniższa notka się po raz pierwszy tu ukazała, minęły wielki, a mimo to mam wrażenie, że wciąż jesteśmy w tym samym miejscu. W związku z tym wspomnieniem, chciałbym wywołać na nowo pewną refleksję. Zapraszam.

 

       Nie wiem, czy poniższy tekst nie będzie najkrótszym, jak dotychczas napisałem, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że tak – ten będzie najkrótszy. No, ale są rzeczy, które, szczególnie na tym blogu, nie dość, że nie wymagają dodatkowych słów, to od niepotrzebnych komentarzy wręcz cierpią.

       Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej przydarzyło, a ja od razu sobie pomyślałem, że byłoby najlepiej gdyby ona to mogła opowiedzieć tu na tym blogu. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, to ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię.

Proszę posłuchać, co mi opowiedziała moja młodsza córka. Postaram się być możliwie dokładny:

Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał: ‘Mamusiu, a gdzie my idziemy?’, na co ta mama zaczęła na niego ryczeć: ‘Ile razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku!!!! Co za dziecko! Co za dureń!!! Ile razy mu trzeba powtarzać najprostsze rzeczy?'”

I tak bez końca.

Zapytałem moje dziecko o coś, co akurat dla mnie zawsze stanowi kwestię podstawową – jak wyglądała ta kobieta? Na co usłyszałem: „No właśnie tak”.

A zatem tak. Jak? No tak. Ile razy trzeba powtarzać tę jedną, jedyną rzecz. Trzeba zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku.

 


sobota, 17 kwietnia 2021

Onet obstawia walkę Collins - Marcinkiewicz

       Kiedy po raz pierwszy raz usłyszałem, że Kazimierz Marcinkiewicz postanowił się przypomnieć przez ring bokserski, nawet się nie uśmiechnąłem. Kiedy bowiem ma się przed sobą osobę o tego rodzaju reputacji, można się spodziewać właściwie wszystkiego; a kiedy mówię „wszystkiego”, to w rzeczy samej mam na myśli wszystko. To był początek. Po raz drugi zdarzyło mi się skupić uwagę na tym nieszczęśniku, gdy jakimś niezbadanym przypadkiem losu wszedłem akurat na Onet i tam – swoją drogą, gdzieżby indziej – trafiłem na wywiad ze wspomnianym Marcinkiewiczem, gdzie ten zapowiada swoją walkę bokserską z niejakim Collinsem, a przy okazji staje wręcz na głowie, by pokazać światu, że nie ma takich wyzwań, do których on nie byłby predystynowany i na które nie byłby gotowy. Proszę posłuchać:

Pierwszy trening z Mistrzem Robert Złoty Złotkowski. Trafiłem kapitalnie pod oko wymagającego profesjonalisty. Sam jestem ciekaw co zrobi z takim neptkiem jak ja. No nie będzie łatwo. Boks to sport techniczny, nauka kroków, gardy, ciosów i uników.... Mam tylko sprawność i wytrzymałość, muszę dodać techniki ile się da. Jest co robić. Ale wyzwania to ja uwielbiam, a próbowanie nowości, a boks jest dla mnie totalnie nowy, to przecież smaczek życia”.

Sport daje możliwość odbicia się od różnego rodzaju problemów. Dodaje sprawności i kreatywności. Jest parę rzeczy w życiu, które budują kreatywność człowieka, a jedną z nich – obok znajomości języków obcych i podróży – jest sport. Kreatywność jest człowiekowi niesamowicie potrzebna, bo daje możliwość podejmowania fajnych decyzji w różnych sytuacjach. Wiem, że mam to w dużej mierze dzięki sportowi”.

Zabrzmi to może nieskromnie, ale ja jestem profesjonalistą. Jeśli już coś robię, to na 100 proc. Przygotuję się przez te dwa miesiące, by ta walka była ciekawa. Chcę, żebyśmy pokazali fajny pojedynek. To będzie starcie przyszłości z doświadczeniem”.

Tak źle dawno już nie było. Rządzący są kompletnymi nieudacznikami. Nie potrafią zorganizować niczego: właściwego podejścia do pandemii, szczepień czy biznesu, który pada. Jestem zdruzgotany tym, co dzieje się w Polsce. Cała masa ludzi umiera kompletnie niepotrzebnie. Tylko dlatego, że były podejmowane absurdalne i bardzo złe decyzje. Tylko dlatego, że nikt nie dba o ochronę zdrowia, że nie szanuje się lekarzy i pielęgniarek, że nie potrafi się zorganizować opieki zdrowotnej tak, by ona służyła i walce z pandemią, i ludziom cierpiącym na inne schorzenia. Właśnie przez niekompetentne działania rządu będziemy mieli jeszcze przez kilka tygodni czy miesięcy zwiększoną umieralność”.

       A więc, jak widzimy, nic nowego pod Słońcem – Kaz, mimo że trup, to zupełnie jak żywy. Nas jednak nie tyle interesuje dziś Kazimierz Marcinkiewicz, co sama okazja, dzięki której on ma nadzieję ponownie zaistnieć na scenie, z której lata temu został zrzucony i strącony w niebyt, a mam na myśli ową walkę. Ktoś się zapyta, co to za cudo, a ja już spieszę z odpowiedzią. By jednak dostarczyć odpowiednio precyzyjnej odpowiedzi pozwolę sobie zacząć od początku, czyli od wpisu w Wikipedii:

Grzegorz i Rafał Chmielewscy pochodzą z ubogiej rodziny, są synami Ryszarda i Violetty. Ich ojciec był właścicielem wypożyczalni kaset wideo i dorabiał jako handlarz detaliczny. Grzegorz uczył się w technikum elektrycznym, a Rafał – w technikum spożywczym. Będąc nastolatkami wyjechali do Londynu, gdzie podjęli pracę zarobkową – Grzegorz był pomocnikiem budowlanym, a Rafał pracował jako pomoc kuchenna w restauracji. Będąc na emigracji, urzędowo zmienili nazwisko na Collins, by ułatwić sobie komunikację z anglojęzycznymi kontrahentami. Po kilku latach pobytu w Wielkiej Brytanii założyli własne działalności: Grzegorz prowadził firmę budowlaną, a Rafał – kilka sklepów komputerowych.

W 2009 wspólnie założyli firmę motoryzacyjną Prestige Wrap and Customs, która zajmowała się tuningiem wizualnym samochodów, później także śmigłowców i łodzi. Kilka lat później, na londyńskich targach motoryzacyjnych Top Gear Live Show, poznali swojego przyszłego wspólnika, piosenkarza Shane'a Lynch'a, członka irlandzkiego boysbandu Boyzone. Z usług Prestige Wrap and Customs chętnie korzystają celebryci, m.in. Simon CowellRonan KeatingRita OraGareth BaleArkadiusz MilikWojciech SzczęsnySławomir Peszko.

W 2013 wzięli udział w projekcie YouTube pt. Fast Furious and Funny, w którym prezentowali, jak przerabiają samochody. W 2016 premierę telewizyjną miał ich autorski program Odjazdowe bryki braci Collins, emitowany przez TVN Turbo, w którym pokazywali swoją pracę w warsztacie samochodowym. Do jesieni 2020 zrealizowano pięć sezonów programu. W sierpniu 2020 premierę na Discovery Channel Polska miał ich program Bracia Collins biorą się do roboty.

W czerwcu 2019 Grzegorz zawalczył z Rafałem Krylą w formule MMA podczas gali Free Fight Federation.

Wiosną 2020 stacja TVN wyemitowała drugą edycję programu Ameryka Express z udziałem braci, w której Rafał i Grzegorz dotarli do finału, zajmując ostatecznie drugie miejsce.

W lipcu 2020 otworzyli restaurację „Fuego Bar & Grill” w Warszawie”.

      Notka w Wikipedii wprawdzie z nieznanego mi powodu o tym nie wspomina, natomiast faktem jest, że wśród niewątpliwych biznesowych osiągnięć tych dwóch hochsztaplerów znalazł się projekt pod nazwą Fundacja Braci Collins, której program najlepiej prezentują sami dobrodzieje:

Fundacja Braci Collins powstała z potrzeby serca, aby pomagać tym, którzy mają w życiu mniej szczęścia. Pełni empatii, pokory i oddania pragniemy nawiązywać i pielęgnować trwałe relacje, oparte na uczciwości, honorze i wzajemnym poszanowaniu. Pracujemy z pasją i dzielimy się dobrem, które - w co wierzymy - tkwi w każdym z nas.
Codziennie wyciągamy wnioski z doświadczeń własnych i tych, którzy zwracają się do nas ze swoimi problemami, aby w przyszłości czynić więcej dobra i wywoływać uśmiech na twarzach większej ilości osób
”.

       I w tym momencie pojawia się Kaz z wszystkim swoimi talentami. Otóż, jak się dowiadujemy, już 2 czerwca tego roku – jeśli koronawirus pozwoli – odbędzie się zorganizowana przez wspomnianą fundację wielka gala, podczas której Kaz zmierzy się w walce bokserskiej z jednym z Collinsów, a cały dochód z owej gali zostanie przekazany na, jak czytam, „pomoc dzieciom”.

         Napisałem, że gala odbędzie się, jeśli pozwoli koronawirus, choć tak naprawdę nie mam pewności, czy ów koronawirus jest tu największym zagrożeniem. Zaglądam na internetową stronę owej fundacji i tam ani słowa o tym, gdzie ten event ma mieć miejsce, kto poza Kazem ma być jego ozdobą, co to za dzieci, dla których to wszystko jest organizowane, i w ogóle nic poza specjalnym guziczkiem, w który można kliknąć, by przesłać pieniądze i myślę sobie, że to wszystko może się skończyć dokładnie tak samo jak zorganizowana przez Zbigniewa Hołdysa jeszcze głębokim PRL-u akcja kupowania biletów na koncert Perfectu na Stadionie Narodowym w roku 2000.

      Ale i to nie jest dla nas dziś najważniejsze. Rzecz w tym, że ci dziwni braci Collins, szukając chętnych do udziału w tym swoim geszefcie, trafili wyłącznie na Kazimierza Marcinkiewicza oraz Onet. I tu szczególnie Onet robi dobre wrażenie. Już nie mogę doczekać aż prezes Obajtek wysupła ze swojej złotej sakiewki parę złotych i wykupi tę nędzę. Jeszcze jeden krok ku temu bym mógł spokojnie umrzeć.