Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telewizja Republika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Telewizja Republika. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 grudnia 2024

Co mamy z Tomasza Sakiewicza?

 

       Ponieważ nie było akurat piłki nożnej, włączyłem sobie wczoraj wieczorem telewizję Republika i trafiłem na sam początek ichniejszej codziennej propagandowej aydycji zatytułowanej „Piachem w tryby”. Tak się akurat złożyło, że zamiast zwykłej obsługi programu, na ekranie pojawił się sam Ojciec Dyrektor i jedyna osoba, ktora zasługuje na to, by mu towarzyszyć w tak ważnym momencie, czyli red. Danuta Holecka. Na doczepkę, jako tego trzeciego dopuszczono pana, którego nie znam, a który nadawał od siebie z domu i na kolanach trzymał ładnego białego pieska. Zaczęli więc państwo od owego psa i jego właściciel poinformował, że pies jest rzadkiej rasy, która kiedyś była bardzo popularna, a szybcy panowie z reżyserki natychmiast zaczęli wrzucać zdjęcia różnych słynnych aktorów sprzed lat ze swoimi ulubieńcami, tej właśnie rasy. I oto nagle na którymś z kolejnych zdjęć pojawił się sam Clark Gable, a red. Danuta Holecka nie wytrzymala, podskoczyła z emocji, i krzyknęła „O, Clark Gable, piękny Clark Gable”. Może faktycznie było nieco inaczej, czyli „Clark Gable, najpiękniejszy mężczyzna na świecie”, czy „Ale ja go kocham”, nie pamiętam, natomiast to co na mnie zrobiło największe wrażenie, to reakcja red. Sakiewicza. On w jednej chwili spochmurniał i powiedział coś tego w stylu: „Ależ to nic specjalnego, my tu w Republice mamy mężczyzn bardziej przystojnych”. Holecaka natychmiast zesztywniała i zaczęła Sakiewicza przepraszać i potwierdzać, że z jej szefem Gable faktycznie nie ma się co równać, ale mimo to ona prosi, by jej pozwolić kochać Clarka Gable.

        I teraz, jeśi ktoś sądzi, że oni tak sobie tylko wesołkowali, a Sakiewicz tylko tak ironizował, to zapewniam, że nie. On był zdecydowanie niezadowolony, a na potwierdzenie swoich emocji, rzucił tylko – cytuję z pamięci –  „Nigdy nie rozumiałem tych wszystkich damskich zachwytów pod adresem tego bawidamka. Owszem, rola w ‘Przeminęło z wiatrem’ była w porządku, on sam był zdolnym aktorem, ale przystojny? No nie”.

      Jak większość z nas pewnie się domyśla, Tomasz Sakiewicz, jako młody człowiek, był szalenie przystojny. Dziś też oczywiście jest nadal ponętny, natomiast jest, owszem, bardzo, gruby. Jest do tego stopnia gruby, że nie mieści się w fotelu, na którym od czasu do czasu, podczas swoich występów w audycji „Piaskiem w tryby” siada, i w związku z tym z tego fotela raczej zwisa. Oczywiście w tym zwisie i ze swoim ciepłym głosem jest nadal, jak mówię, bardzo przystojny, nie zmienia to jednak faktu, że również – powtarzam „również” – dzięki tego typu wybrykom, jak opisany powyżej, telewizja Republika jest dla mnie  estetycznie z trudem do zniesienia.

      Mógłbym tu napisać cały osobny tekst o tym, co sprawia, że z mojego punktu widzenia, to co się tam wyprawia każdego dnia, woła o pomstę do nieba. I wcale nie chodzi mi o tę propagandę, która się tam leje wodospadem. To akurat nie jest i nigdy nie było moim problemem, ani dziś, w przypadku Republiki, ani w latach nieszczęśliwie minionych, kiedy oglądałem głównie TVP Info. Uważam, że w sytuacji jaką mamy w Polsce i na świecie, nikt nie może sobie pozwolić na to, by z propagandy i najlepiej takiej prosto w między oczy, zrezygnować. Ani oni, ani my. Bardzo dobrze wiemy, co by sie stało, gdyby dziś nagle Donald Tusk, z ministrem Bodnarem i Komisją Europejską telewizję Republikę zlikwidowali. W tym samym momencie jest już po nas i to raczej już na zawsze. A więc chwała Sakiewiczowi za to, że prawdopodobnie również dzięki swojemu cwaniactwu i podłemu charakterowi, doprowadził ten swój straszny projekt do tak niebywałego sukcesu, że ci durnie, którzy w grudniu zeszłego roku postanowili przejąć państwowe media, powinni sobie dziś powyrywać wszystkie włosy z łbów.

       I nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, kto tam w tej telewizji występuje, jak występuje i z jakim bezwstydem te swoje występy prezentuje. Nie ma dla mnie znaczenia to ich nachalne żebranie o pieniądze, te reklamy Mango, od których widoku chce mi się już rzygać; nie ma znaczenia to, że nie ma chwili, by oni nie reklamowali tego swojego wielkiego Sylwestra w Chełmie, czy Zamościu. Nic dla mnie nie ma znaczenia, dopóki choćby wiem, że oni jako jedyni będą aż do maja organizować Karolowi Nawrockiemu medialne wsparcie i to z takim rozmachem, jakiego nie przykryje cały ten cholerny TVN z Onetem i Gazetą Wyborczą.

         I proszę, niech mi nikt nie mówi, że oni bardziej szkodzą Nawrockiemu niż pomagają i gdyby nie oni, polska prawica już by przekraczała większość



konstytucyjną. To jest nieprawda. A poza tym. lepiej nie próbujmy tego sprawdzać, bo będzie nieszczęście.

czwartek, 1 lutego 2024

Co zrobić z Tomaszem Sakiewiczem?

 

      Gdy Jarosław Kaczyński wspomniał najpierw coś o zasługach TV Republika dla polskiej wolności, a następnie zapowiedział, że owa telewizja to zdecydowanie za mało i sytuacja wymaga stworzenia czegoś naprawdę potężnego, przyszły mi do głowy trzy rzeczy. Pierwsza to taka, że owa zapowiedź jest dość dziwna dlatego że, wydawałoby się, zamiast inwestowania w coś absolutnie nieznanego, o wiele bardziej sensowne byłoby dofinansowanie istniejącego już medium i tu akurat rozpoczęcie pracy na rzecz zagarnięcia całego rynku. Druga myśl to taka, że nie ma absolutnie możliwości, by, nawet jeśli Prezes poważnie myśli o wejściu na ów medialny rynek, udało się stworzyć alternatywę dla tego, co już sobie zapewniło bezpieczną pozycję. No i wreszcie myśl trzecia: Nie ma najmniejszych wątpliwości, że gdy ową zapowiedź usłyszeli Tomasz Sakiewicz i bracia Karnowscy, musieli oni wszyscy dostać absolutnie najcięższej cholery.

      Przyszły mi do głowy te trzy myśli i już chwilę po tym poszedłem nieco dalej i – zamiast zadręczać się losem Tomasza Sakiewicza, braci Karnowskich i tego wszystkiego co się wokół ich biznesów w ostatnich latach zdążyło sobie znaleźć wygodne miejsce –  zacząłem się zastanawiać, w jaki to sposób Jarosław Kaczyński chce stworzyć dla tego czegoś alternatywę. No i jedyne co mi przyszło do głowy, to odkupienie od Solorza Polsatu. Ot tak!

        Czy to jest możliwe, że Prawo i Sprawiedliwość jest w stanie zebrać odpowiednią sumę i czy Solorz w ogóle jest w stanie się na ten niezwykły deal zgodzić, tego oczywiście nie wiem, ale, szczerze powiedziawszy, niczego mądrzejszego wymyślić już dziś nie potrafię. Bo jeśli nie to, to innej drogi nie widzę. Widzę natomiast, że mimo sytuacji dalece niepewnej i najpewniej kompletnie nierealnej, Tomasz Sakiewicz przynajmniej i zgromadzone wokół niego towarzystwo – powtórzę to bardzo chętnie – dostało na tę zapowiedź ciężkiej cholery. Wspominałem już wcześniej o owej reakcji, ale nigdy nie podejrzewałem, że oni z tym czymś wyjdą w sposób aż tak całkowicie otwarty. Tymczasem na swoim podkaście ( czy jak to się współcześnie nazywa) na YouTubie wystąpił sam Rafał Ziemkiewicz – człowiek jak najbarziej biznesowo związany z Telewizją Republika –  i ogłosił, że pomysł Prezesa jest do bani, bo, przede wszystkim, w dzisiejszych czasach telewizji nikt nie ogląda, jako że ludzie mają Internet, a poza tym jest przecież... TV Republika. Więc po co to w ogóle ruszać?

       A skoro to nie kto inny jak Rafał Ziemkiewicz zadał nam owo pytanie, to ja się bardzo chętnie zgłaszam do tego, by udzielić na nie króciutkiej odpowiedzi. Otóż po pierwsze, Telewizja Republika, podobnie jak „Gazeta Polska”, Kluby Gazety Polskiej i diabeł jeden wie, czym Tomasz Sakiewicz się jeszcze zajmuje, stanowią jego wyłączną własność i to on, a nie Jarosław Kaczyński jest tego czegoś właścicielem. A tym sposobem, jeśli Tomasz Sakiewicz osobiście uzna, że dość już ma tego Kaczora, bo na jego miejsce ma przygotowanego kogoś innego, to może tę wiadomość ogłosić w jednej chwili, i na nią zareaguje cała prawicowa Polska, włącznie oczywiście z braćmi Karnowskimi i tym wszystkim czym oni z kolei zarabiają na życie. Mało tego. Jeśli „Gazeta Polska”, a za nią Telewizja Republika ogłoszą, że to oni i ich nominaci od dziś zabierają się za Polskę i jej przyszłość, to od tego momentu wszystko to co znaliśmy pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość przechodzi do historii. A zatem, należy zakładać, że to co Jarosław Kaczyński aktualnie planuje, a od czasu do czasu też nam zapowiada, jest doskonale przemyślane.

   Przy braku TVPInfo, dzień w dzień oglądam Telewizję Republikę i co słyszę? Dokładnie to samo co słyszałem 11 stycznia w Warszawie podczas demonstracji na rzecz przywrócenia Polakom Polskiej Telewizji i, przy okazji, uwolnienia z aresztu posłów Wąsika i Kamińskiego. Mianowicie wrzask: „Każde polskie serce pika, gdy nadaje Republika!”. Ale co mi chodzi po głowie, gdy oglądam jedyną dziś dostępną telewizję podającą prawdę, czyli Telewizję Republikę, i między kolejnymi informacjami muszę raz za razem oglądać czy to reklamę tygodnika „Do Rzeczy”, czy też kolejną „Gazety Polskiej”, a na dodatek numer konta, na który mam przesyłać wsparcie na rzecz tak zwanego „wolnego słowa”? Otóż przepraszam bardzo, ale ja już wolę coś wrzucić do puszki dla tego oszusta Owsiaka.

      A zatem, jesteśmy dziś w sytuacji, gdy Jarosław Kaćzyński zapowiedział utworzenie, jak rozumiem, autentycznie polskiej prywatnej telewizji, która będzie stanowiła zaplecze dla tego co może nastąpić już niedługo, czyli dla powrotu rządów prawa wraz ze sprawiedliwością. A to, biorąc pod uwagę wszystko to co się wokół nas dzieje, jest wiadomością bardzo pozytywną. Bo nawet jeśli wyzwolenie nie nadejdzie tak szybko, jak byśmy tego oczekiwali, to jest szansa, że przynajmniej wszystkich tych cwaniaków, którzy tak naprawdę nigdy nie uczynili dla Polski nic dobrego, uda się postawić do pionu.



      

sobota, 5 września 2015

Telewizja Republika, czyli krótko z przodu, z tyłu długo i wąsik na przedzie

Nie wiem, ilu z nas, podczas politycznych sporów, jakie prowadzimy już od niemal dziesięciu lat, czy to ze znajomymi, czy też wcale nie rzadziej wewnątrz rodzin, zdarzyło się spotkać z zarzutem, że ta część polskiej prawicy, z którą się identyfikujemy, czy jesteśmy identyfikowani, budzi powszechną niechęć ze względów czysto estetycznych. Rzecz w tym, że choć oczywiście nasze poglądy są im niemiłe, nie one tu decydują, gdy chodzi o wspomnianą niechęć. To co sprawia, że oni nas tak nienawidzą, to w znacznej mierze przekonanie, że my w swojej masie jesteśmy brzydcy, nieokrzesani, dzicy i chamscy.
Z tą opinią zresztą bardzo wyraźnie współgra ów mit, tak bardzo popularny w środowiskach tak zwanych „inteligenckich”, czy określanych inaczej epitetem „młodzi, wykształceni z dużych miast”, że typowy wyborca Prawa i Sprawiedliwości, to jakiś „Janusz spod Rzeszowa” bez zębów i bez pracy, ale za to z grzywką i wąsem, który po powrocie z kościoła włącza Telewizję Trwam, by posłuchać informacji odnośnie tego, kto się właśnie okazał Żydem.
Otóż ja z tego typu ocenami wielokrotnie się spotykałem, i to zarówno w przedstawionej wyżej wersji turbo, jak i też w bardziej wyważonej, sprowadzającej się do tego, że ktoś mnie nagle informuje, że to ciekawe, że ktoś tam w telewizji powiedział coś w obronie PiS-u, mimo że na pisowca akurat nie wyglądał. Ja wiem, że to zabrzmi jak żart, ale znam też osobę, która nie mogła się nadziwić, ze zmarły w Smoleńsku minister Stasiak był z PiS-u „bo absolutnie nie wyglądał”.
A zatem mamy pewne zjawisko socjologiczne, polegające na tym, że polityczne poglądy w sposób całkowicie realny zmieniają nasz ogląd rzeczywistości, co jest jednak czymś absolutnie nowym. Ja sobie bowiem nie przypominam, żebym ja, albo którakolwiek z bliskich mi osób – kiedykolwiek, choćby w najczarniejszych latach pierwszej połowy lat 90-tych – twierdziła, że Henryk Wujec, czy Andrzej Celiński, czy nawet Adam Michnik wyglądali jakoś inaczej, albo jakoś inaczej od zwykłych ludzi się zachowywali. Wszystko zawsze kończyło się na poglądach, osobistej kulturze, ewentualnie na zwykłej podłości. Nie muszę oczywiście zapewniać nikogo, że mając świadomość, że tu dochodzi do jakiegoś szaleństwa, zawsze z tego typu opiniami walczyłem, tłumacząc komu tylko mogłem, że przede wszystkim ja znam całą kupę ludzi głosujących na Prawo i Sprawiedliwość, którzy mimo że chodzą do kościoła, są i inteligentni i grzeczni i weseli i sympatyczni i wedle wszelkich znanych mi kryteriów zwyczajnie ładni – dokładnie tak samo, jak ci, co PiS-u nie znoszą – no a poza tym, patrząc na to wszystko zupełnie z boku, jest czymś zupełnie absurdalnym przekonanie, że poglądy polityczne zmieniają ludzi fizycznie, czy odwrotnie – że ludzie ładni i mądrzy głosują na inny program polityczny, niż ludzie brzydcy i głupi.
Walczyłem więc z tymi poglądami, a jednocześnie zawsze miałem bardzo przykre wrażenie, że tak naprawdę świetnie wiem, o co tam chodzi. Wysłuchiwałem szyderstw na temat tych buraków o ciężkich powiekach, o tych wiecznie z siebie zadowolonych gębach, pewnych siebie durniów, wiedziałem, że oni są w całkowitym błędzie, a z drugiej strony nie mogłem przestać się bać, że jest coś, o czym nie wiem, a wiedzieć powinienem.
I oto wczoraj Coryllus wspomniał u siebie TV Republika, a dokładnie jeden z niej malutki fragment, kiedy to dwóch redaktorów szydzi z Grzegorza Brauna. Ja Brauna nie lubię, uważam, że jest on kimś, kto marnując szereg niezwykłych wręcz talentów, popełnia grzech największy. Braun mnie dziś nie interesuje, a jego los jest mi idealnie obojętny. Stało się jednak tak, że wspomniani redaktorzy TV Republika nie dość, że wyszydzili wypowiedź Brauna, która na szyderstwo absolutnie nie zasługiwała, to jeszcze poważyli się na manipulację na takim poziomie kompromitacji, że ja już zwyczajnie nie mam słów. Ale mało tego. Oglądam ów zalinkowany przez Coryllusa film, gdzie tych dwóch kosmitów – bo to są kosmici! – rży z Brauna i nagle sobie uświadamiam, że to jest właśnie to, co ja w swojej naiwności przegapiłem, a co ci wszyscy, którzy przez te wszystkie lata tłumaczyli mi, że ja trzymam z absolutnie najgorszym elementem, mieli nieustannie w swojej świadomości. Patrzę na tych dwóch durniów i nagle widzę, jacy oni są brzydcy, jacy żałośni, jacy beznadziejni. I już wiem, co miała na myśli owa moja znajoma, kiedy mówiła, że Stasiak nie wyglądał na PiS-owca. Ona jakimś niezwykłym cudem, zanim to wszystko się objawiło tak bardzo publicznie, wiedziała, że PiS to ten tępy idiota z bezczelnym uśmiechem na twarzy, który nawet jeśli mu się udowodni, że jest bezczelnym idiotą, jest dokładnie tak samo zadowolony z siebie jak zawsze.
Dziś, kiedy tak już o tym myślę, nagle sobie uświadamiam, że ja ich już widziałem parokrotnie tu, na tych blogach, tyle że w swojej naiwności chciałem wierzyć, że to tylko Internet. Niestety, jak się okazuje, byłem w błędzie. Takiego gnoju tu na blogach nie ma nawet w chwilach najgorszego kryzysu. Żeby to ujrzeć w pełnej okazałości, trzeba sobie dopiero puścić TV Republika i modlić się, by za parę miesięcy nie okazało się, że nie będzie już nic innego. Bo zatęsknimy za Dziennikiem Telewizyjnym.






Wszystkich miłych, wrażliwych, mądrych i otwartych wyborców Andrzeja Dudy zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

niedziela, 7 lipca 2013

Nasi kroją cebulę

Mamy koniec kolejnego tygodnia, a więc, tradycyjnie, pora na przedstawienie kolejnego felietonu dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że nie nastroi nas zbyt ponuro przed nadchodzącym poniedziałkiem. Zwłaszcza, że jest szansa, że dziś Platforma zbierze lanie w Elblągu.

Nie wiem, ale też nigdy nie byłem ciekawy, jak to się stało, że Maciej Kuroń został kucharzem-celebrytą. Wprawdzie pojawiały się informacje, że on ukończył kurs gotowania gdzieś w Ameryce, ale z tego widziałem, wynika, że on go nawet nie zaczął, a jeśli nawet i zaczął, to przewagarował.
Pewnie ktoś mnie spyta, skąd przyszło mi do głowy pisać dziś, nawet nie o Kuroniu, ale o Kuronia marnej podróbce, no a skoro już do tego doszło, czemu uważam, że on tego kursu nie ukończył. Już odpowiadam. Po kolei. Przede wszystkim, przyszedł mi do głowy ów Maciej Kuroń, ponieważ po raz już kolejny, okazało się, że święte prawa, takie jak to o wypieraniu dobrej monety przez złą, czy o tym, że historia wraca po latach w postaci swojej własnej parodii, robią wrażenie nawet jeśli nie faktycznie świętych, to jak najbardziej słusznych. Dziś, w postaci dwóch prawicowych dziennikarzy, Igora Janke i Cezarego Gmyza. I niestety, też przy okazji czegoś, co się nazywa Telewizją Republika, i do niedawna było zapowiadane, jako „nasza” odpowiedź – wreszcie skuteczna – na agresywną propagandę Systemu.
Otóż, jak się dowiaduję, Cezary Gmyz – człowiek swego czasu wyrzucony z „Rzeczpospolitej” za słynny artykuł o trotylu, został przygarnięty przez Tomasza Sakiewicza i Spółkę do wspomnianej Telewizji Republika, gdzie prowadzi program kulinarny. A w tym programie wręcz znakomicie udowadnia słuszność wspomnianej wyżej zasady o historii powraacającej jako kpina.
Pora na drugą kwestię, mianowicie, skąd wiem, że Kuroń junior nie był kucharzem, lecz zwykły uzurpatorem? Otóż każdy, kto miał okazję oglądać w telewizji kulinarne programy prowadzone przez zawodowców, wie świetnie, w czym się przejawia owo zawodowstwo, choćby patrząc na to, jak ci ludzie kroją cebulę, czosnek, marchewkę, czy cokolwiek. A wiedząc to, i pamiętając te męki, które nam zwykł był pokazywać Maciej Kuroń, wiedzą też, o czym mówię, kiedy dziś piszę te słowa.
No i dziś oglądam program prowadzony w Telewizji Republika – podkreślam, telewizji podobno „naszej” – gdzie Cezary Gmyz, a z nim reklamujący swoją książkę o Viktorze Orbanie Igor Janke, tak jak kiedyś Maciej Kuroń, próbują Polakom pokazać, na czym polega prawdziwe gotowanie, no a przy okazji powiedzieć coś na tematy jak najbardziej neutralne.
I, przepraszam bardzo, ale, abstrahując już od tego, jaki poziom oni prezentują, jak oni wypruwają z siebie żyły, by pokroić tę nieszczęsną cebulę, jak zawstydzająco prezentują się na tle tej smutnej książki Igora Janke, której pies z kulawą nogą nie potrzebuje, odnoszę bardzo przykre wrażenie, że każdy kolejny dzień, który przybliża nas do upragnionego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie upadku znienawidzonej władzy Donalda Tuska, pokazuje nam z okrutnym szyderstwem, że lepiej już było. Tak bowiem jak wszystko karleje, karlejemy i my. A ja bym tylko chciał wiedzieć, kto to wszystko po drodze do tego zwycięstwa spieprzył?

Jestem wdzięczny za stałe wspieranie tego bloga. Proszę wszystkich o dalszą pamięć i solidarność. Dziękuję.

sobota, 1 czerwca 2013

A więc nas zdziarali

Najnowsza, dziś już prowadzona właściwie bez zbędnego udawania i chowania się po kątach, działalność skupionej wokół Tomasza Sakiewicza grupy prawicowych publicystów, a kto wie, czy już niedługo również nie polityków, doczekała się dość dużej liczby bardzo krytycznych recenzji, co z mojego punktu widzenia, a więc kogoś, kto alarmował w tej sprawie niemal od samego początku, nie wymaga dodatkowych komentarzy. Zabierałem głos ja, przemawiał w tej sprawie nasz kolega Coryllus, i wielu bliskich kolegów i przyjaciół, kilka razy powiedział, co należało powiedzieć, sam ojciec Tadeusz Rydzyk, no a przede wszystkim sam Sakiewicz i jego towarzystwo niemal każdego dnia dają świadectwo zarówno swoim intencjom, jak i swojemu stosunkowi do tego, co my im mamy do powiedzenia, a więc wydaje się, że to, co jest, wystarczy. Stało się jednak coś, co nie pozwala mi sprawy zamknąć ostatecznie. Otóż po tym, jak do grupy zwiastunów nowego zwycięstwa dołączył człowiek nazwiskiem Śmiłowicz, i to on od dziś, obok Piotra Semki, Bronisława Wildsteina, Rafała Ziemkiewicza, Joanny Lichockiej, Anity Gargas, Tomasza Terlikowskiego, no i wreszcie samego Tomasza Sakiewicza z jego Klubami, pomaga nam budować owe mityczne Archipelagi Polskości, nie można moim zdaniem milczeć. I to może już nie tyle po to, by przestrzegać, bo tych, którzy są zaślepieni kłamstwem, w którym tkwią już dziś tylko z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, przestrzegać nie ma co. Oni są głusi, ślepi i pozbawieni podstawowego czucia. Chodzi już tylko o to, by dawać świadectwo i pokazywać palcem zło. Naznaczać tych, których naznaczyć trzeba, by kiedy przyjdzie czas rozliczeń, można ich było łatwo dojrzeć. I żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nic nie wiedział.
Otóż ja Śmiłowicza pamiętam jeszcze sprzed lat, kiedy to on zamieścił na swoim blogu w Salonie24 tekst, w którym to proponował, by każdy wierzący Polak, któremu zależy na tym, by swoją wiarę manifestować, manifestował ją sobie w formie krzyżyka zawieszonego na szyi i ukrytego pod koszulą, ewentualnie zawieszonego na ścianie w mieszkaniu, a ci o ambicjach wykraczających poza to, co ukryte przed wrażliwym okiem świata zewnętrznego, wytatuowali sobie ów krzyż na czole. Właśnie tak. Słowo w słowo. Śmiłowicz, w ostatnim zdaniu swojego felietonu, w którym użalał się nad agresją osób wierzących, zalecił tatuowanie krzyży „na czołach”.
W odpowiedzi na ów niezwykły tekst, napisałem swój, zatytułowany „Będą dziarać”, w którym wyraziłem obawę, że przy tego typu poziomie agresywnych emocji, jakie prezentuje Śmiłowicz, a przecież nie tylko on, na tatuowaniu się nie skończy. Musi bowiem już chwilę potem dojść do kolejnego etapu, w którym Śmiłowicz wszystkich tych z tatuażami będzie wyłapywał i kierował do chirurgów plastycznych, by te dziary usuwać. W ramach dbałości o czystość neutralnego światopoglądowo krajobrazu. Śmiłowicz mi odpowiedział, że jemu nie chodziło o zwykłych, pobożnych ludzi, ale o polityków, ja go pogoniłem, minęły lata, a dziś okazuje się, że on już jest nasz. No może jeszcze nie całkiem nasz, ale w każdym razie należy przypuszczać, że gdziekolwiek pojawi się jego nazwisko, obok będziemy mieli już nie tylko tytuł „Newsweeka”, ale również Telewizji Republika. Właśnie tak. Piotr Śmiłowicz – dziennikarz „Newsweeka” i „Telewizji Republika”. Przyspieszyło wszystko bardzo, czyż nie?
Mimo różnych mniej lub bardziej dających się rozczytać zawirowań, wygląda na to, że zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, i to zwycięstwo znaczące, jest już nie do zatrzymania. Wszystkim tym z nas, którzy tak bardzo na nie czekali, a często tak bardzo już w nie wątpili, dziś jest niezwykle trudno przyznać, że to co przed nami, to najprawdopodobniej żadne zwycięstwo, ale jedynie planowana zmiana dekoracji, i że wszyscy nowi bohaterowie tej zmiany są już po odpowiednich kursach i z dokładnymi instrukcjami dotyczącymi zachowań na najbliższe lata. Wśród nich mamy nie tylko tych, których znamy i lubimy, ale również i Śmiłowicza. Ale nie tylko.
Wczoraj, podczas dyskusji na blogu Coryllusa, wyraziłem obawę, że jeśli tak dalej pójdzie, niewykluczone, że po Śmiłowiczu do nas niedługo dołączy i sam Jerzy Urban. Na to ktoś przesłał link do czegoś, co można oglądać na youtubie, a co pokazuje spotkanie warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”, gdzie na publiczności widzimy właśnie Jerzego Urbana, który na prośbę prowadzącej spotkanie, lekką ręką podpisuje listę wzywającą do usunięcia z Warszawy pomnika sowieckich okupantów, czyli tak zwanych „czterech śpiących”. Nie będę tego tu pokazywał, bo nie mam sumienia, ale opowiem. Jest scena, na ścianie logo „Gazety Polskiej”, na scenie Bronisław Wildstein i prof. Andrzej Nowak, a prowadząca spotkanie, nie mam pewności, ale chyba Joanna Lichocka, wita siedzącego na publiczności, wraz z jakimiś podobnymi do niego bykami, Jerzego Urbana i wyraża nadzieję, że on też podpisze tę petycję. Większość publiczności klaszcze, część niezadowolona mruczy, Lichocka prosi o spokój, Urban podpisuje, a my siedzimy ogłuszeni, jakby nas kibol Staruch walnął bejsbolem w łeb. I, moim zdaniem, jak najbardziej słusznie. Bo na nic lepszego nie zasłużyliśmy.
I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Na nic lepszego. To jest to, co się nam po ludzku dziś należy. I co, mam głęboką nadzieję, jeszcze nas może uratować. Strzał bejsbolem w łeb. Od kibola Starucha.

Dawny tekst o Śmiłowiczu i jego salonie tatuażu przedstawiam na blogu w S24. Jak ktoś ma ochotę, serdecznie zapraszam. Tu już tylko jeszcze raz proszę o wybaczenie słabszej ostatnio niż zwykle aktywności i o finansowe wspieranie tego miejsca pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 22 maja 2013

Cała władza w ręce prawych i sprawiedliwych

Powiem szczerze, że przez dramatyczny ostatnio brak czasu, nie bardzo jestem w stanie śledzić, co się dzieje poza promieniem określanym przez drzwi i okna naszego mieszkania, no i te miejsca, gdzie muszę ostatnio częściej bywać. A więc nie bardzo się też emocjonuję czymś, co, z tego co słyszę to tu to tam, robi wrażenie czegoś wręcz przełomowego. Mam tu na myśli serię wydarzeń, rozpoczętych przez niesłychany wręcz wzrost aktywności tak zwanych prawicowych mediów, przez bardzo przyspieszony upadek rządu Platformy Obywatelskiej, po, ostatnio, wystawienie przez System na odstrzał samego Lecha Wałęsę.
Dlaczego uważam, że wydarzenia te oznaczają jakikolwiek przełom? W końcu, przez te wszystkie lata, bywały chwile co najmniej równie ciekawie, by nie powiedzieć, że może nawet i ciekawsze, i naprawdę nic konkretnego z nich nie wynikało. Jednak proszę zwrócić uwagę na niewątpliwy fakt, że nigdy dotychczas nie mieliśmy do czynienia z takim przyspieszeniem i z taką kumulacją. Jeszcze przecież nie minęła połowa roku, a polska prawica otrzymuje dwa nowe tygodniki i swoją telewizję o ogólnopolskim zasięgu, Platforma Obywatelska leci na łeb na szyję w sondażach, PiS-owi raptownie rośnie, nie ma dnia, żebyśmy się nie dowiadywali o kolejnej aferze, czy kolejnej kompromitującej wpadce któregoś z przedstawicieli władzy, no a teraz jeszcze Wałęsa informuje opinię publiczną, że Borusewicz to agent, a Krzywonos nie ma mózgu, a System udaje, że został zaczarowany. I tylko ojciec Rydzyk próbuje zachować w tym wszystkim równowagę, na tyle skutecznie, by nie dać się wywiać przez ten żywioł. Przepraszam bardzo, ale ja naprawdę nie urodziłem się wczoraj.
Jak mówię, to wszystko, co wyżej opisałem, znam wyłącznie z bardzo pobieżnych omówień, najczęściej dostarczanych mi przez moje dzieci, więc i moje refleksje nie mogą być tu odpowiednio mocno podbudowane. Ja jednak mam bardzo silne przekonanie, że szykuje się gwałtowna zmiana władzy, a co w tym i niezwykle interesujące, i jednocześnie dość przerażające, to jest to, że owa zmiana jest przez System w pełni kontrolowana. Oczywiście mogę się mylić, i Bóg mi świadkiem, że bardzo bym się mylić chciał, ale wszystko wskazuje na to, że sprawy są już odpowiednio ugadane i jeśli wszystko ruszyło z taką siłą, a System milczy, to znaczy, że tam nikt się tego, co się ma stać, nie boi.
Otóż to – System najwidoczniej niczego się nie boi. I to jest wiadomość bardzo pierwszorzędna. Bo, oczywiście, to, że wreszcie to straszliwe nieszczęście, jakie nad Polską zawisło w roku 2007, siłą swojego zła wreszcie się rozsypuje, to wiadomość wręcz fantastyczna. Nadzieja na to, że będziemy mogli doświadczyć choćby drobnych demonstracji tak długo wyczekiwanej sprawiedliwości – to wiadomość jeszcze lepsza. Szansa na to, że wreszcie niektórzy z nich trafią tam gdzie ich miejsce, a więc do pudła – czymś niezastąpionym. Ja bym przy tym jednak chciał wiedzieć, czemu System się nie boi? Czemu nikt się niczego nie boi? Nikt, poza, jak się zdaje, ojcem Rydzykiem.
Nie mam możliwości oglądania tego, co się dzieje w nowej telewizji Republika, ale z tego co czytam na blogach, dowiaduję się, że jest to coś mocno podobnego do tego, co oglądamy w TVN24, tyle że póki co znacznie biedniejsze, i że prowadzącymi nie są Morozowski, Pochanke i Knapik, tylko Lichocka, Gociek i Gargas. Poza tym wszystko tak samo, a więc w studio mamy Terlikowskiego i Hartmana, którzy dyskutują o eutanazji, albo Sakiewicza i Śmiłowicza o Katastrofie Smoleńskiej. No i oczywiście, kiedy TVN pokazuje spotkanie intelektualistów w Gdańsku, Republika daje transmisję posiedzenia Zespołu Macierewicza. Jeśli coś pomieszałem, oczywiście przepraszam, ale wydaje mi się, że kierunek pokazałem prawdziwy.
Ktoś się zapyta, co w tym złego? W końcu zawsze chodziło nie o to – sam nawet wielokrotnie o tym pisałem – że prawda nie jest relacjonowana, czy że przedstawiciele opozycji są publicznie dyskryminowani, ale że sposób w jaki owa demokracja się realizuje jest z gruntu rzeczy obciążony ciężkim kłamswem. A więc teraz, kiedy za to wzięli się „nasi”, wszystko uzyska odpowiedni dla siebie kształt.
Otóż nie. Rzecz bowiem w tym, że nawet jeśli przyjąć, że głównym naszym problemem nie był brak prawdy, ale sposób w jaki ona była manipulowana i zafałszowywana, to samo wyrzucenie fałszerzy i zastąpienie ich przez ludzi wiernych i dobrych niczego nie zmieni. Bez zmiany bowiem całego przekazu, cokolwiek zrobimy, będzie się musiało ostatecznie rozbić o tę skamielinę.
Myślę, że najlepiej to, o co mi chodzi, pokazuje okładka najnowszego numeru tygodnika „Sieci”. Wszyscy pewnie pamiętamy, jak to niedawno cała Polska zesztywniała z oburzenia, kiedy tygodnik „Newsweek”ozdobił jedną ze swoich okładek zdjęciem anonimowego księdza, przyciskającego do swojego rozporka twarz małego dziecka. Co nas w tej okładce oburzyło? Otóż wiele rzeczy, jednak wydaje mi się nie najbardziej to, że akurat został zaatakowany Kościół. W końcu taki Jerzy Urban, Nergal, „Gazeta Wyborcza”, czy Janusz Palikot robią to od lat, i zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Poszło raczej, jak sądzę, bardziej o drastyczność tego przekazu. O styl tego ataku. O to, że w ten sposób, spór – czy to polityczny, czy to światopoglądowy – poziom jego agresji, sięgnął poziomu ruskiego kibla. Z tego co wiem, okładka z tym księdzem i gwałconym przez niego dzieckiem, zrobiła wrażenie nawet na właścicielu „Newsweeka”, który upomniał Lisa, żeby nie przesadzał. Dziś widzę, że Lis na swojej okładce daje znów zdjęcie dziecka, tyle że tym razem już w takim oto kontekście, że polska służba zdrowia, przez swoje nieskończone dziadostwo, skazuje nasze dzieci na śmierć. Kiblem natomiast zajmujemy się dziś my. Na okładce ostatniego „Sieci” widzimy jakąś wypizdrzoną męską dłoń zatykającą małemu, przerażonemu dziecku usta, a nad tym zdjęciem i w środku numeru seria ostrzeżeń, że homoseksualiści to naturalni gwałciciele małych dzieci.
A więc ja już widzę oczyma wyobraźni, w jakim kierunku idzie ta zmiana. „Newsweek”, „Polityka” i „Przekrój” będą się zajmować ujawnianiem afer w służbie zdrowia, kolejnictwie, szkolnictwie i sporcie, natomiast my będziemy pisali i pedałach-gwałcicielach i do każdego kolenego numeru dodawać nowy film Anity Gargas, Ewy Stankiewicz, lub Joanny Lichockiej o tym, co się naprawdę działo w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a TVP natychmiast każdy z nich będzie emitowała w najlepszym czasie tuż po Wiadomościach.
I może tylko od czasu do czasu, „Polityka” lub „Wprost” – „Newsweek” będzie nasz – dla porządku opublikuje zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego w mundurze gestapowca, za co tygodnik „Do Rzeczy” w ramach rewanżu da zdjęcie prezydenta Komorowskiego w leninówce. I nikt nikomu nie będzie miał nic za złe, bo czasy będą zupełnie nowe, i wolność słowa już nie będzie fikcją, ale czymś całkowicie oczywistym.
Tylko Telewizji Trwam już nie będzie, i Jarosława Kaczyńskiego, bo po co komu byty tak archaiczne, skoro wreszcie już mamy demokrację?

Ja wiem, że w ostatnich dniach ten blog dramatycznie zapuściłem, i że widoczny i tak dramatycznie przez nas odczuwany kryzys pomocy jest czymś, na co sobie zasłużyłem. Bardzo jednak proszę, nie zapominajcie o nas. Tu wciąż jest jak jest, a jest bardzo niełatwo. Dziękuję za każdy dobry gest.

I jeszcze jedno, bo byłbym zapomniał. W sobotę i w niedzielę w miejscowości Krośnice niedaleko Wrocławia odbędzie się uroczyste otwarcie Krośnickiej Kolei Wąskotorowej. Osobiście i na temat samych Krośnic i tej kolejki wiem bardzo niewiele, ale z tego co mi mówią, w wymiarze lokalnym to jest wielkie wydarzenie. W drugi dzień festynu, a więc niedzielę, organizatorzy przewidzieli spotkanie z pisarzem, i tak się składa, że tym pisarzem jestem ja. Będzie więc okazja do zakupu książek, uzyskania dedykacji, no i pogadania. Również z naszym kolegą Dr. Wallem, który mi to spotkanie zorganizował. Na moje oko, tak przez kilka godzin, od południa do 17.00 może. Serdecznie wszystkich zapraszam.

niedziela, 12 maja 2013

O sercu i jego braku

Dyskusji, jakie wspólnie z moim kolegą Coryllusem staramy się prowadzić tu na blogach, a która dotyczy stanu, w jakim znajduje się w Polsce tak zwana opozycja, wciąż towarzyszy kierowany pod naszym adresem zarzut, że przez to, iż z tak wielkim zacięciem występujemy przeciwko „naszym”, sprawie wyłącznie szkodzimy i jeśli wciąż władze w Polsce sprawuje agentura, to również my za to jesteśmy odpowiedzialni. Bo to my właśnie wspieramy owo przekleństwo, które sprawia, że prawica w Polsce jest nieustannie skłócona i dramatycznie podzielona.
A bywa jeszcze gorzej. Wśród tych wszystkich pretensji pojawia się i taka, że za naszym postępowaniem stoi coś absolutnie najgorszego, a mianowicie pycha, zawiść i kompletny brak poczucia wspólnoty. Nie podobają nam się określeni politycy? Wiadomo, dlaczego: wszystko przez to, że dla nas nie znalazło się tam miejsce. Nie podobają nam się „nasi” dziennikarze? Powód jest jeden: bo to nie nas wybrali, byśmy tam zadawali szyku. Nie podobają nam się wszelkiego rodzaju prawicowe okazje? Podobałyby się nam, gdyby oni tam handlowali naszymi książkami. I tak się to plecie. Z jednej strony, i on i ja wciąż bijemy na trwogę, a z drugiej, ta złość, że my nie wiemy, czym jest solidarność i wspólna walka ze wspólnym wrogiem.
Myślałem, żeby napisać o tym już wcześniej, i pewnie jakoś tam ta myśl się to tu to tam pojawiała, natomiast wciąż mam wrażenie, że dotychczas nie miałem okazji zwrócić uwagi na pewną rzecz, która, moim zdaniem, tę naszą nędzną sytuację determinuje w sposób podstawowy. I, powiem uczciwie, że tu w ogóle nie chodzi ani o to, że i ja i Gabriel, i wielu innych ludzi o przerośniętych ambicjach i z brakiem podstawowego zrozumienia dla tego, czym jest wspólnota, wciąż się kłócimy, ani nawet to, że nasze prawicowe elity reprezentują tak fatalnie niski poziom. Uważam, że to, co jest tu prawdziwym problemem, to to, że tak wielu z nas, zewnętrznych obserwatorów i komentatorów sceny politycznej, przez te wszystkie lata zatraciło poczucie tego, czym jest demokracja. Jakbyśmy kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, że cokolwiek oni zrobią, czy my powiemy, ostateczny efekt zawsze będzie jeden: w wyborach ludzie zagłosują na tego, na kogo będą chcieli. A jak się tym, czy innym zmęczą, to go zwyczajnie odwołają. I ani my, ani oni tego nie zmienimy.
Mam nadzieje, że ta myśl jest prosta i jednoznaczna, jednak na wszelki wypadek spróbuję powiedzieć to jeszcze jaśniej, w oparciu o najnowszy konflikt między Telewizją Republika i Telewizją Trwam, czy może raczej o spór na temat owego konfliktu. Pojawiło się parę głosów, które – w ślad za głównym przekazem budowanym przez twórców Telewizji Republika – udowadniają, że w tej chwili, w obliczu tak fatalnej monopolizacji rynku mediów przez służby Systemu, rzeczą nie do przecenienia jest pojawienie się oferty, która w skali ogólnopolskiej będzie przekazywała „prawdę”. I nie ma znaczenia, czy poszczególni dziennikarze to durnie, kłamcy, ludzi o złych intencjach, czy, wręcz przeciwnie, obrońcy prawdy i sprawiedliwości, czy proces powstawania owego projektu jest przejrzysty i czysty, czy budzący mnóstwo jak najgorszych podejrzeń – to, co się liczy, to fakt, że dzięki tej telewizji, wielu z nas będzie wreszcie miało okazję usłyszeć prawdę, i dzięki temu uda nam się wreszcie odsunąć od władzy Platformę Obywatelską, a tych jej przedstawicieli, którzy przez te wszystkie lata Polskę niszczyli, a polski naród doprowadzili do tak dramatycznie ponurej sytuacji, sprawiedliwie osądzili. A co dalej, to się zobaczy. A więc mamy do czynienia owym upiornym wręcz i starym jak świat przekonaniem, że kto przeciwko nim, ten z nami, i nic już więcej nie ma znaczenia.
Proszę więc, rzućmy okiem na to wszystko, co się nam przydarzyło przez minione niedługo już 25 lat. „Nasi” zwyciężali parokrotnie. Pierwszy raz zwycięstwo dała nam w roku 1989 Solidarność, następnie naszym prezydentem został Lech Wałęsa, później Porozumienie Centrum premierem uczyniło Jana Olszewskiego, mieliśmy też fantastyczne zwycięstwo AWS-u, wreszcie w roku 2005 podwójny tryumf Jarosława i Lecha Kaczyńskich. I ja oczywiście wiem, że znajdzie się z całą pewnością wielu, którzy powiedzą, że zwycięstwo Solidarności w roku 1989 było od początku skażone zdradą Okrągłego Stołu, Wałęsa to agent, a AWS to Buzek, a wszyscy przecież wiemy, kto to taki ten Buzek. Na pewno znajdzie się też ktoś, kto powie, że przykład roku 2005 też nie jest celny, bo to wszystko było bardzo dobre, tyle że atak agentury okazał się zbyt silny. To media i służby najpierw zniszczyły dobry i kompetentny rząd, następnie zamordowały nam prezydenta, później sfałszowały wybory, a dziś zębami i pazurami walczą, by nie dopuścić do odsunięcia od władzy Tuska i Komorowskiego. A my nie rozumiemy, że najważniejsza jest dziś solidarność.
W tej sytuacji ja bardzo proszę o przyjęcie do wiadomości owej prawdy, że już w roku 1989 do wyborów poszło zaledwie niespełna 70 procent społeczeństwa. Na prezydenta Wałęsę głosowało też mniej więcej tyle samo. Później natomiast już było tylko gorzej. I nie oszukujmy się. Ludzie, którzy dziś mają w nosie nasze dylematy i dopóki im System nie pozamyka sklepów, będą je mieli w nosie równie głęboko jak dziś, dzięki Telewizji Republika nie zmienią swojego podejścia ani o jotę. Dla nich ani tygodnik „Do Rzeczy”, ani tygodnik „Sieci”, ani powody, dla których ta literka „w” stamtąd zniknęła, ani wreszcie to, kto tam będzie i co pisał, nie będą miały jakiegokolwiek znaczenia. Jeśli oni pójdą do wyborów i zagłosują tak, a nie inaczej, zrobią tak nie dlatego, że zachęcił ich do tego Jacek Żakowski czy Bronisław Wildstein. Oni zagłosują tak a nie inaczej, wyłącznie kierowani jednym: czy mają już dość, czy jeszcze nie. A większość z nich nie zagłosuje w ogóle. Bo wiedzą, że ani nie ma na kogo głosować, ani po co. I to jest największy problem.
A jeśli, jakimś cudem, większość z tych, którzy pójdą do najbliższych wyborów, czy to do Parlamentu Europejskiego, czy tego w Warszawie, pogoni tę bandę gangsterów i oszustów, oni zrobią to nie dlatego, że w ten właśnie sposób ocenią sytuację, lub bo się naczytali prawicowych tygodników i naoglądali prawicowych mediów, ale dlatego, że mają już dość. Ale jest coś jeszcze, dla nas akurat, o wiele ważniejszego. Jeśli za kolejne cztery lata – a kto wie, czy nie wcześniej – nawet nie mrugną okiem, widząc, jak gangi wracają na swoje dawne pozycje, to też nie przez to, że za mało mieli tej „swojej” telewizji i tych „swoich” gazet, ale dlatego, że znów mieli dość. Dość patrzenia się w twarze ludzi głupich, złych i fałszywych. Albo choćby tylko dramatycznie kiepskich.
Bo im nie będzie brakowało demokracji, wolności od kłamstw i przekrętów, od tej strasznej przemocy na każdym możliwym poziomie. A już w najmniejszym stopniu nie będą cierpieli braku tak zwanej moralności w życiu publicznym. A więc, na co będą czekali? Diabli wiedzą, na co. Będą mieli dość i kropka. I pogonią wszystkich. Naszych i nie naszych. A wpuszczą każdego, kto choć na chwilę wzbudzi w nich zaufanie. I jego w końcu też pogonią. Bo tak właśnie działa demokracja.
Ktoś powie, że ja sugeruję, iż tak naprawdę to jest wszystko jedno, co zrobimy, czy co powiemy. Bo i tak ocena wyborców w najmniejszym stopniu zależy od naszych kalkulacji. Otóż nie. Ja chcę tylko powiedzieć, że kiedy tak ciężko jest przekonać do siebie drugiego człowieka już na poziomie kontaktu bezpośredniego, każda próba przekonania całych mas społeczeństwa wymaga kunsztu najwyższego, talentów wręcz nieosiągalnych i determinacji najwyższej. Kiedy jest czymś naprawdę niełatwym zachowanie z takim wysiłkiem zdobytego zaufania w relacjach codziennych, jak ciężko jest zachować zaufanie, jakim obdarzył nas cały naród. Tu nie wystarczy parę tanich sztuczek piarowskich, i kilka pierwszych lepszych kłamstw. Tu jest potrzebny najwyższy wysiłek i serce, bez którego tego wysiłku nie przeżyjemy. A żeby to ludziom dać, trzeba znaleźć ludzi najlepszych. A nie jakichś paru cwaniaków, którzy nam obiecają złote góry pod warunkiem, że ich nie będziemy krytykować. Pomyślmy może, czemu nagle w Ameryce wygrał po raz kolejny Obama, co? Dlaczego? Przecież to jest jasne jak słońce. Bo nie przedstawiono lepszej oferty i kropka. Czemu w Polsce wygra – jeśli wygra – po raz kolejny Komorowski? Bo albo my przeciwko niemu wystawimy jakiegoś bałwana bez charakteru, albo do tej roboty wystawimy durniów bez serca.
Właśnie – serce. A im się wydaje się, że wystarczy parę kartek papieru i wspólna zgoda co do tego, że to co tam jest napisane, to coś naprawdę fantastycznego. I fajny program w telewizji, w którym znajdziemy parę fajnych prawd. Co za nędza! Co za rozpacz!
Napisałem tu już grubo ponad tysiąc tekstów i daje słowo, że ani jeden z nich – ani jeden! – nie został napisany z taką oto myślą, że on wprawdzie jest do niczego, ale jakoś to będzie. Nigdy – i niech mnie diabli wezmą, jeśli kłamię – nie próbowałem popłynąć na owej fali starego zaufania. Każdy z tych tekstów był napisany w przekonaniu, że to było coś absolutnie najlepszego, na co mnie było tego konkretnego dnia stać. Jeśli tylko czuję, że to, co napisałem, jest gorsze, niż miało być, wyrzucam to w kosmos i nie piszę już nic. A wiem, że wcale tego robię nie muszę. Przynajmniej przez jakiś czas. Do momentu, gdy ci, do których te słowa są kierowane zorientują się, że ktoś ich próbuje wykiwać. Jak ja zobaczę wreszcie, że którykolwiek z nich wykazuje ten sam rodzaj zangażowania, to się zamknę. Nie wcześniej. Czy to naprawdę jest tak trudno zrozumieć?
Bardzo proszę o wspieranie w miarę możliwości tego bloga. Dziękuję.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...