Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 kwietnia 2018

Czy uda się uniknąć smoleńskiej kompromitacji?


Od wczoraj w kioskach kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój cotygodniowy felieton. Jeśli ktoś ma kłopoty z dotarciem do oryginału, zapraszam, jak zawsze, tutaj. Przy okazji przypominam, że od dziś mój jedyny adres e-mailowy to k.osiejuk@gmail.com. toyah małpa toyah został wygaszony.     


      Zbliża się 8 rocznica Katastrofy Smoleńskiej i parę rzeczy wiemy już na pewno. Przede wszystkim wreszcie stanie pomnik. Może nie tam, gdzie stać miał, może nie taki, jak sobie wymarzyliśmy, jednak w końcu powstanie i to jest wiadomość dobra. Druga, również nie najgorsza, to ta, że znaleziono pretekst do tego, by 96 miesięcznica tamtej tragedii była jednocześnie miesięcznicą ostatnią. Osobiście oczywiście bardzo bym chciał, byśmy mogli  jak najczęściej wspominać tamte nazwiska i tamte twarze, natomiast obawiam się, że to wobec czego stoimy dziś, nie ma nic wspólnego z pamięcią.
      No i wreszcie rzecz trzecia, tym razem jednak nie radosna, ale przeciwnie – wyjątkowo ponura. Otóż poinformowano nas ostatecznie i oficjalnie, że sprawa Katastrofy nie zostanie wyjaśniona ani przy okazji nadchodzacej rocznicy, ani nawet przez najbliższych kilka lat. Jako pierwszy pojawił się były minister Macierewicz i z miną niewiniątka oświadczył, że on nie rozumie skąd te oczekiwania, bo on nigdy nie zapowiadał tak zwanego „końcowego raportu”. Po Macierewiczu zabrał głos sam Prezes i obiecał, że w ósmą rocznicę Smoleńska dowiemy się prawdy, jednak zaledwie częściowej – zupełnie tak, jak byśmy owej częściowej prawdy już od dawna nie znali – no a dziś, kiedy piszę ten tekst, pojawiły się dwa kolejne oświadczenia, ministrów Sasina i Kownackiego, z których również wynika, że na razie pozostajemy z tym, co wiedzielismy już w kwietniu 2010, a więc że te 96 osób zostało brutalnie zamordowanych.
      A jednak mimo tego, że jest to wiadomość ponura, odnajduję w niej pewną nutkę optyzmizmu. Otóż istnieje podejrzenie graniczące niemal z pewnością, że gdyby dziś kierowany przez Antoniego Macierewicza Zespół ogłosił wspomniany „raport końcowy”, to on już na drugi dzień zostałby rozpędzony na cztery wiatry, i to w sposób tak profesjonalny i nie znoszący sprzeciwu, że z naszych marzeń o Prawdzie nie zostałyby nawet wspomnienia.
     Skąd te myśli? Otóż miałem okazję rozmawiać z zaprzyjaźnionym profesorem fizyki, człowiekiem o niepodważalnej reputacji zawodowej i osobistej, byłym członku wspomnianego Zespołu, który w pewnym momencie, widząc jak prace, w których bierze udział, zmierzają nie do uczciwego wyjaśnienia przyczyn Katastrofy, ale do bronienia politycznie motywowanych teorii, poczuł się zmuszony do wycofania się z prac Zespołu i do publicznej zapowiedzi nieuchronnej kompromitacji projektu. Profesor Czachor, bo o nim tu mowa – sam głęboko przekonany o tym, że tamta śmierć została zaplanowana i bezwzględnie wyegzekwowana przez złych ludzi – dziś w jak najbardziej publicznych wypowiedziach, solidarnie cenzurowanych przez wszystkie oficjalne media, zapowiada to właśnie, że kiedy wyniki prac Zespołu zostaną ostatecznie opublikowane, zostaną natychmiast, równie oficjalnie i jak najbardziej słusznie od początku do końca, zakwestionowane. I to nie przez Macieja Laska i Tatianę Anodinę, ale osoby i zespoły jak najbardziej kompetentne.
      Wygląda dziś na to, że owego bolesnego scenariusza uda się paradoksalnie uniknąć. Potraktujmy to jako pociechę.

Przypominam, że już w najbliższą środę, czyli 11 kwietnia, będę w Kielcach opowiadał o nauce języka angielskiego i nie tylko. Zapraszam każdego, kto ma te Kielce bardziej pod ręką. Będę ja, będą książki, a jeśli ktoś nie da rady, to może już 14 i 15 uda nam się spotkać w Warszawie na Targach Wydacow Katolickich.

     

niedziela, 26 lipca 2015

Like A Rolling Stone, czyli złote gody

Miniony tydzień tak nas wciągnął w różnego rodzaju bieżące wydarzenia, że przegapiliśmy absolutnie niezwykłą rocznicę. Oto w dniach 15 i 16 czerwca 1965 roku Bob Dylan nagrał, a 20 lipca tego samego roku wydał na płycie „Highway 61 Revisited”, jedną z najwspanialszych swoich piosenek „Like A Rolling Stone”. A zatem parę dni temu minęło okrągłe 50 lat od zdarzenia podwójnie znaczącego: publikacji tego niezwykłego przeboju, oraz wydania owego albumu – zdaniem niektórych najwybitniejszego albumu Boba Dylana. Z tej okazji chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki o muzyce, którego pozornym bohaterem jest akurat Al Kooper, ale o którym chyba jednak nie mielibyśmy wiele do powiedzenia, gdyby nie geniusz Boba Dylana.

W filmie Scorsesego o Dylanie, Al Kooper przedstawia niezwykle interesującą historię związaną z nagrywaniem być może najwybitniejszego, obok „Blonde On Blonde” i „Blood On The Tracks”, albumu Dylana, „Highway 61 Revisited”. Otóż kiedy miały rozpocząć się sesje, producent nagrania, Tom Wilson poprosił swojego kumpla, Koopera właśnie, żeby wpadł do studia i im potowarzyszył. Kooper nie miał grać na płycie – Dylan miał już odpowiedniego gitarzystę – Mike’a Bloomfielda. Chodziło tylko o to, żeby sobie tam z nimi pobył. Jednak Kooper, już wtedy niezwykle zdolny, a przede wszystkim bardzo ambitny, gitarzysta, wziął ze sobą gitarę i tylko czekał na okazję, żeby się podłączyć. Tak się jednak zdarzyło, że w pewnym momencie usłyszał Bloomfielda w akcji, i tak się okropnie zawstydził, że szybko ze swoją gitarą uciekł gdzieś w kąt.
Jednak myśl, żeby nie zaprzepaścić tej szansy i jakoś na tej płycie zaistnieć, była w nim tak silna, że korzystając z okazji, że oryginalny organista na chwilę przesiadł się do fortepianu, podszedł do Wilsona i zaczął go zapewniać, że właśnie wpadł mu do głowy fantastyczny pomysł na partię organ, i że on jest im gotów to zagrać. „Al, przecież ty nie grasz na organach” – zaprotestował Wilson. „Ależ oczywiście, że gram” – odpowiedział Kooper. I właśnie wtedy, kiedy Wilson miał już go ostatecznie pogonić, zadzwonił telefon, Wilson na jakiś czas odszedł, a Kooper, znów korzystając z okazji, szybciutko usiadł przy klawiszach, i kiedy zespół zaczął się przymierzać do kolejnej wersji piosenki, zaczął z nimi grać… No i w tym momencie okazało się, że to jest jakiś dramat, bo oto Dylan krzyczy: „You used to laugh about, everybody that was hangin’ out!”, a Kooper – będąc gitarzystą oczywiście, a nie organistą – gra kompletnie obok, wyprzedzając zespół o ten ułamek chwili, jakby się bał, że Wilson zaraz wróci i go wyrzuci.
No i stało się. Podczas odsłuchiwania kolejnych wersji numeru, Dylan nagle usłyszał grającego na organach Koopera, no i zdecydował: „Dajcie te organy głośniej”. I tak właśnie powstała ostateczna wersja piosenki Dylana „Like A Rolling Stone”, no a na kolejnej płycie Dylana „Blonde On Blonde”, Bloomfielda już nie ma, natomiast Kooper jak najbardziej. I gra oczywiście… na organach.
Czemu uważam tę historię za aż tak znaczącą i aż tak wartą ponownego opowiedzenia? Otóż przede wszystkim dlatego, że mi ogromnie zaimponowała reakcja Koopera na grę Bloomfielda. Przecież to nie było tak, że Kooper był słaby, lub że jeszcze wtedy był muzykiem zaledwie aspirującym. Skoro on tam się wówczas znalazł, to on nie mógł być byle kim. A jednak usłyszał Bloomfielda i się zawstydził. Usłyszał Bloomfielda – wcale nie jakiegoś starego mistrza, ale chłopaka ledwo parę lat starszego – i schował tę swoją gitarę do futerału.
Ale jest jeszcze coś. I wcale nie mam tu na myśli reakcji Dylana. Kto go zna, nie takie rzeczy widział. Chodzi mi mianowicie o to, że na następnych wiele lat Bloomfield i Kooper zostali bliskimi przyjaciółmi i jeszcze bliższymi współpracownikami. I chodzi mi też o to, że dwa lata po tamtej tak ważnej dla nas wszystkich sesji, to Al Kooper właśnie założył zespół Blood Sweat & Tears, dał im ten swój nieprawdopodobny wręcz głos, napisał dla niech szereg znakomitych kompozycji, w tym nieśmiertelne, dedykowane Otisowi Reddingowi, „I Love You More Than You Will Ever Know”, i mimo że wprawdzie już po roku dostał na nich cholery i zostawił ich samych na pastwę losu, oni sobie fantastycznie poradzili i – nie obchodzi mnie, co mówią specjaliści – ale dla mnie jest rzeczą bezdyskusyjną, że to dopiero oni tak naprawdę rozpoczęli coś, co można z czystym sumieniem nazwać jazz rockiem. Nie Graham Bond, nie Soft Machine, oczywiście też nie Paul Butterfield, ale właśnie oni. I – mimo że ich drugi album był jeszcze lepszy od pierwszego – wierzę, że to on za tym wszystkim od samego początku stał. I wcale nie jestem pewien, czy gdyby nie on i nie Blood Sweat & Tears, mielibyśmy choćby Colosseum, If, Chicago, czy Chase, nie mówiąc już o tych mniejszych. A skoro tak, zawsze jest miło zobaczyć, jak tak wielki talent rozkwitał od samego początku. I ile najwspanialszej muzyki by nas ominęło, gdyby nie on właśnie. A zatem, dla Ala Koopera: Trzykrotne hip hip hurra! Za wszystko.

I taka to historia. Na koniec bardzo chciałbym prosić wszystkich zainteresowanych, by zechcieli otworzyć sobie poniższy link. Oczywiście wolałbym, żeby zamiast niego pojawił się tu gotowy klip, ale ze względów o których łatwo się jest już za chwilę przekonać, jest to niemożliwe. A zatem, bardzo serdecznie zachęcam, również do korzystania z kursorów. Czegoś takiego chyba jednak dotychczas nie było:
http://video.bobdylan.com/desktop.html

Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut.

sobota, 24 stycznia 2015

Arctic Monkeys, czyli podwójny nokaut

23 stycznia 2006 roku zespół Arctic Monkeys wydał swój debiutancki album Whatever People Say I Am, That's What I'm Not, który w ciągu paru tygodni wyprzedził dotychczasowego rekordzistę w szybkości sprzedaży Elastikę i otworzył zespołowi drzwi do kariery, jakiej nie było i chyba długo nie będzie. Ponieważ moja młodsza córka lubi Arctic Monkeys do tego stopnia, że na Facebooku na przykład przedstawia się, jako żona Aleksa Turnera, mieliśmy tu wczoraj małe obchody owej rocznicy, sprowadzające się głównie do obejrzenia pierwszego koncertu zespołu na festiwalu w Glastonbury. Mieliśmy więc ten rok 2007, te grube setki tysięcy fanów, z których każdy każdą piosenkę z albumu znał na pamięć, a ona nagle powiedziała, że ona sobie nie przypomina, by ktokolwiek kiedykolwiek osiągnął coś takiego w ciągu roku i to w dodatku praktycznie bez żadnych pośredników, bez żadnej promocji, zwracając się bezpośrednio do słuchacza.
Jak niektórzy wiedzą, w księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest do kupienia moja książka o muzyce. Mamy tam ponad 70 refleksji na przeróżne muzyczne tematy, między innymi zespołu Arctic Monkeys. Niemal od dnia, kiedy pojawiły się pierwsze reakcje na tę książkę, wielu czytelników zaczęło mnie namawiać, bym napisał jej kolejną część, bo zabrakło im tam tego i owego. Na początku zdecydowanie odmawiałem, uważając, że projekt pod tytułem „Podwójny nokaut” jest zamkniętą całością, ale ostatnio mam już właściwie gotowy cały kolejny tom. Plan jednak jest taki, że najpierw musimy sprzedać to co jest, a potem się ewentualnie będziemy zastanawiać nad „Podwójnym nokautem” nr 2. Jak będzie, zobaczymy. Na razie uczcijmy może jakoś 9 rocznicę tego niezwykłego debiutu i poczytajmy sobie o zespole Arctic Monkeys, oczywiście z muzyką w tle.

Nie ma wątpliwości, że jeśli chcemy zachować opinię wiecznie młodych, otwartych na świat ludzi, i nie narażać się na to, że każde kolejne nasze słowo będzie traktowane wzruszeniem ramion, nie wypada nam ogłaszać, że, jak idzie o muzykę pop, czy, jak to wolą niektórzy, rock and roll, wszystko się skończyło pod koniec lat 60. Wygląda jednak na to, że zasadniczo tak się właśnie sprawy mają, i inaczej być nie chce. No bo spójrzmy na wspomniane lata 60. W Anglii mamy oczywiście najpierw Beatlesów, Rolling Stonesów, Animalsów, Kinksów, by już nie wspominać o jakichś Troggsach, czy The Hollis, w Ameryce Lovin’ Spoonful, Dylana, Beach Boys, The Mamas and the Papas, a później już – choć to wciąż lata 60 – i tu i tam, Hendrixa, Jethro Tull, Doorsów, King Crimson, Led Zeppelin, Black Sabbath… można by wymieniać. Nie oszukujmy się więc. Od czasu gdy Doorsi nagrali „Light My Fire”, czy „The End” minie niedługo 50 lat. Podobnie rzecz się ma z „Purple Haze” Hendrixa, czy z „Pet Sounds” Beach Boysów, o rok jeszcze starszym. Czy istnieje jakakolwiek sensowna odpowiedź na pytanie, dlaczego moja 20-letnia córka – a przecież nie tylko ona – stojąc wobec naprawdę dużej oferty, nie jest dziś w stanie przestać słuchać „Riders On The Storm” i przełączyć się na coś innego? Siedzę tu i piszę ten tekst, za ścianą ona przygotowuje się do matury, a ja już po raz może dwudziesty słyszę to „Riders On The Storm” i, wnioskując z tego, co miałem wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu, jutro historia się powtórzy. Ja będę pisał kolejny rozdział tej książki, a ona będzie wciąż słuchała Doorsów. Czemu mnie to nie dziwi? I czemu nie denerwuje?
Otóż tak. Owa odpowiedź na te pytania jak najbardziej istnieje. Rzecz w tym, że jeśli się zna tamte piosenki, naprawdę trudno znaleźć sens, żeby zrezygnować z nich na rzecz czegokolwiek, co przyniosły nam lata późniejsze. Oczywiście, można – i też nie ma za bardzo sposobu, by to wszystko nagle zacząć lekceważyć – słuchać nowszej muzyki, zwłaszcza że znaleźć tam można naprawdę mnóstwo prawdziwych wspaniałości, jednak fakt pozostaje faktem. Nie ma żadnego widocznego sposobu, by dziś ktokolwiek był w stanie choćby się zbliżyć do tamtego poziomu.
Będę jednak sprawiedliwy. Owszem, w większości to, co dostajemy, to zwykłe gówno, lub w najlepszym wypadku próby odtworzenia tego, co już nie wróci. Wciąż jednak, przez te wszystkie lata, mieliśmy okazję słuchać muzyki naprawdę znakomitej. Lata 80. przyniosły nam Sonic Youth, The Smiths, Pixies, później pojawili się Bjork, Pearl Jam, Portishead, czy Radiohead, no i wreszcie Arctic Monkeys. Właśnie Arctic Monkeys. I to od nich pozwolę sobie zacząć, by złożyć szacunek ludzkiemu geniuszowi, który pokonuje to, czego wydawałoby się pokonać nie da, a więc naturalny bieg historii.
Arctic Monkeys mają już dziś na koncie cztery pełne płyty, każda wybitna, i każda od początku do końca bez jednej chwili słabości, ale to co sprawia, że oni są wyjątkowi w wymiarze właśnie historycznym, to sposób w jaki zrobili karierę. Otóż kiedy oni mieszkali jeszcze w tym swoim Sheffield i mieli po 16 lat, założyli sobie zespół i zaczęli grać gdzie popadnie. Podczas tych swoich koncertów rozdawali nagrane przez siebie płyty, które z kolei ci, którzy je zechcieli kupić, zamieszczali w Internecie. I tak to trwało przez trzy lata. Nagrywali te swoje płyty, wypalali je tak jak my i dziś je wypalamy, rozdawali je na koncertach, a resztę już robił Internet. O tym, w jaki sposób dokładnie rodził się ten sukces, można by było napisać osobny tekst, w każdym razie stało się tak, że kiedy oni wreszcie wydali swój pierwszy oficjalny album, w ciągu pierwszego tygodnia, ludziom, którzy nie znali ich ani z gazet, ani z telewizji, ale z Internetu i koncertów, sprzedali 363,735 egzemplarzy, bijąc w ten sposób, jak idzie o najlepiej sprzedawany debiut wszechczasów, rekord wszechczasów.
Ktoś zapyta, cóż to za szczególna muzyka. Otóż to nie jest nic w żaden sposób niezwykłego. Zwykły rock’n’roll, w dodatku utrzymany bardziej w stylu lat 60., niż odpowiadający temu, co się dzieje na muzycznej scenie dziś, tyle że zagrany bardzo nowocześnie, z niezwykłą wręcz energią, no i przede wszystkim – sprawa zupełnie podstawowa – każda dokładnie z tych piosenek jest lepsza niemal od wszystkiego, co się dziś pojawia. To są po prostu fantastyczne piosenki. Fantastyczne melodie, świetne teksty, niezwykłe serce. Wydaje się, że, pomijając oczywiście Beatlesów czy The Smiths, nie było zespołu, który byłby w stanie ze wszystkich swoich piosenek stworzyć komplet pod nazwą The Best Of. Nawet Dylan, nawet Rolling Stonesi, Doorsi, nawet Led Zeppelin nie mogą się pochwalić takim wynikiem. Dlatego myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że, jak idzie o nich, ten rodzaj kolekcji się nigdy nie ukaże. Fani by się nad tym pozabijali. Pozostaje nam słuchać wszystkiego na okrągło, no i znów, zastanawiać się, jak wielki talent musiał stać za tym zjawiskiem, że udało mu się w tak niezwykły sposób pokonać rynek.

piątek, 6 czerwca 2014

Wolność? Wyeksportujcie ją sobie. Gdziekolwiek

Oto z wielkim hukiem minęła 25 rocznica wyborów 1989 roku, a jednocześnie – tyle że już, o dziwo, z pełna dyskrecją, ogłoszono nam powstanie nowego narodowego święta – Święta Wolności. A ja pamiętam, że w tamtym roku miałem o dwadzieścia pięć lat mniej i byłem bardzo szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, ponieważ czułem ten wiatr, byłem pewien, że to jest dobry wiatr, a przede wszystkim czekałem na ten wiatr całe długie lata. Ciekawe jednak jest to, że w tamtym czasie byłem przy tym wszystkim jak najgłębiej przekonany, że moje emocje są dzielone przez niemal wszystkich Polaków. W tamtych dniach znajdowałem się w nastroju tak podniosłym, że nawet w głowie mi się nie mieściło, że ów nastrój święta mógłby przejść gdziekolwiek niezauważony. Byłem więc bardzo zdziwiony, kiedy się okazało, że w tych wielkich, wspaniałych wyborach wzięło udział mniej niż 63% uprawnionych obywateli. Jeszcze bardziej szokujące było to, że kiedy po tym pierwszym, cudownym i tak podnoszącym na duchu zwycięstwie, kiedy okazało się, że to wszystko się dzieje naprawdę, doszło do drugiej, uzupełniającej rundy 18 czerwca, i w tym głosowaniu wzięło udział już zaledwie 25% wyborców.
Proszę sobie wyobrazić sytuację, którą dziś mam w głowie. Po 50 latach niewoli, najpierw niemieckiej, a później sowieckiej, dochodzi do pierwszego, wreszcie przynajmniej pozornie, aktu demokracji i okazuje się, że – pomijając ten pierwszy nastrój emocji – całym tym wydarzeniem zainteresowanie wykazuje zaledwie co czwarty głosujący Polak. I nie mówię tu o najróżniejszego autoramentu intelektualistach – takich choćby jak Cezary Michalski – którzy cokolwiek robią, i tak jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Nie mówię tu też o najbardziej zaczadzonych polityką obywatelach, którzy nie potrafią ani na chwilkę wyjść poza swoje najbardziej partykularne obsesje. Oni w tamtych dniach, naturalnie, zajęci byli czym innym. Ja mam na myśli ludzi. Zwykłych ludzi, którzy sobie żyją z dnia na dzień i – jak się wówczas, przed 25 laty okazało – nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do jednego ludzkiego odruchu, o ile nie pokaże się im tego jednego ludzkiego powodu, dla którego ten ruch warto wykonać. Nie zrobią tego nawet po to, by jeszcze raz, demonstracyjnie choćby, skreślić całość tej cholernej listy krajowej. Tak jakby wiedzieli, że to i tak już jest bez sensu.
Dziś, kiedy za oknem – i tym realnym i tym sztucznym oknem telewizora – toczy się debata o tym, co się w Polsce wydarzyło dwadzieścia pięć lat temu i co w związku z tym słychać teraz, w roku 2014, bardzo chciałbym wiedzieć, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy 18 czerwca 1989 roku, w tę piękną czerwcową niedzielę powiedzieli sobie i Polsce, że oni to wszystko mają, najzwyczajniej w świecie, w nosie. Ciekawy jestem, czy oni dziś żałują, że wtedy zostali w domu, czy może czują z tego powodu wyłącznie złośliwą satysfakcję, czy może nawet tamtego czerwca nie pamiętają? Chciałbym wiedzieć, czy oni dziś interesują się w ogóle polityką, czy głosowali na przykład w maju w wyborach europejskich i czy – jeśli oddali ważny głos – oddali go na Platformę Obywatelską, czy może na PiS, czy może na Korwina? I dlaczego tak, a nie inaczej? Bardzo bym chciał wiedzieć, co sobie myślą właśnie oni. Tamte 75 % Polaków, którzy w momencie gdy – jak się zdawało – przyszedł czas rewolucji, wzruszyli tylko ramionami. Ale nie wiem.
Mogę dziś mówić wyłącznie w swoim imieniu. W imieniu kogoś, kto właśnie w tej chwili pisze swój kolejny tekst, a jednocześnie gdzieś tam czyta słowa wypowiadane przez człowieka o nazwisku Bronisław Komorowski, który ogłasza, że minione 25 lat to najlepszy okres w całej polskiej historii. Człowieka, który – jestem głęboko przekonany – dwadzieścia lat temu głosował tak jak ja. Otóż ja sobie myślę nie najlepiej. I podobnie nie najlepiej się czuję. Przez te dwadzieścia pięć lat otrzymałem niemal wszystko to, na co liczyłem, że dostanę tamtej czerwcowej niedzieli. Mam dziś więc przede wszystkim wolność bezkarnego – przynajmniej jak na razie – pyskowana. Mam paszport – inna sprawa, że już od kilku lat nieważny – w pudełku na szafce. Mam również graniczące z pewnością poczucie, że mijający na ulicy policjant nie da mi bez powodu po pysku. No i przede wszystkim jednak – mam te już przysłowiowe banany. Banany wprawdzie ostatnio dwa razy droższe niż jeszcze parę lat temu, ale za to w ilościach dowolnych i w dowolnych niemal miejscach.
Czy to dużo? Skoro to jest – jak już wspomniałem – prawie wszystko, na co kiedyś liczyłem, to chyba bardzo dużo. W takim razie, czemu jestem dziś w tam marnym nastroju? Czemu się więc nie cieszę, tak jak choćby dziennikarze stacji TVN24, którą – tak na marginesie – dostałem wraz z całą resztą w komplecie? Czy jest tak, że to co dostałem, po tych dwudziestu pięciu latach okazało się wcale nie tak potrzebne, jak mi się wtedy wydawało? Czy może chodzi o to, że jakość tego co dostałem jest niższa od zapowiadanej? Czy może sęk w tym, że na miejsce ówczesnego milicjanta przyszedł ktoś zupełnie inny? O wiele straszniejszy? A może problem leży w tym, że właśnie ta jedna, jedyna rzecz, której tamten wiatr jednak nie przywiał, była tym jednym jedynym gwarantem tego, że cała reszta będzie w ogóle miała jakiekolwiek znaczenie? I sens? Czy to możliwe, że to czego – jak się w końcu okazało – jednak nam poskąpiono, załatwiło całą sprawę odmownie?
Czy może być tak więc, że te najpierw 35, a potem już 75% dorosłego społeczeństwa odmówiło udziału w wyborach w czerwcu roku 1989, bo oni wciąż czekali na ten jeden prosty – tak bardzo prosty – znak? I go nie zobaczyli?

Słuchajcie. Jest konkurs i trzeba głosować. Jest tak, że tam w tym finale znalazła się ta Daria i moja Zosia (z jakiegoś powodu przedstawiona jako Olesiejuk), ale ponieważ praca Darii jest znacznie mocniejsza, one – jako koleżanki – postanowiły nie rozdrabniać głosów, połączyć siły, nie rozbijać głosów i głosować tylko na Darię. Nagroda jest podwójna, a więc i tak się podzielą. Bardzo proszę wejść na link:

http://www.eska.pl/news/konkurs_wygraj_meet_greet_z_davidem_guetta_-_glosuj_na_najlepszy_portret/99902/5

i klikać pracę nr 6 Darii Sznapki. Mamy czas do 8 czerwca, Sprawa jest o tyle czysta, że już na pierwszy rzut oka widać, że ona jest najlepsza, no ale potrzebujemy mieć pewność. Dziękuję.

piątek, 11 kwietnia 2014

Mars zaatakował forum Agory?

Minęła wczoraj czwarta rocznica zbrodni w Smoleńsku, a ja, jak oczywiście wielu czytelników tego bloga zauważyło, nawet słowem się na ten temat nie zająknąłem, że już nie wspomnę o poświęcaniu temu wydarzeniu osobnej notki. No, może akurat nie do końca jest to prawda, bo z pewnego punktu widzenia, wczorajszy tekst o tym, jak to polskie środowiska artystyczne skupione wokół między innymi idei symbolizowanej przez pamięć o Smoleńsku, walczą o to, by prezydent Komorowski z małżonką pozwolili im zorganizować koncert ku czci III RP i odrobinę na nim zarobić, stanowił jakąś tam odpowiedź na te cztery lata, które właśnie minęły. No ale fakt pozostaje faktem: na temat samej Katastrofy nie padło ani jedno słowo.
Czemu tak. Otóż mam wrażenie, że ja już trochę na ten temat pisałem, a wszystko sprowadza się do tego, że ma moim zdaniem świętą rację Coryllus, kiedy mówi, że w momencie gdy w roku 2010, przy jak najbardziej aktywnej pomocy Kościoła, usunięto z Krakowskiego Przedmieścia modlących się ludzi, to co mogło jedynie skutecznie chronić pamięć o Smoleńsku w kształcie nieskażonym zostało bardzo skutecznie zniszczone. Od czasu gdy najpierw poszli stamtąd księża, następnie zniknął Krzyż, a na samym końcu odeszli też ludzie z różańcami, owa pamięć została całkowicie spacyfikowana do przestrzeni kontrolowanych medialnie i propagandowo miesięcznic i telewizyjnych transmisji z posiedzeń Zespołu Parlamentarnego, które tym samym, siłą rzeczy, stały się niczym innym, jak częścią propagandowej fikcji. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale o czym tu pisać, o czym rozmawiać, co nowego powiedzieć? Że to nie była zwykła katastrofa, ale zamach, czy może powinienem od razu walić z grubej rury i pisać, że Waldemar Kuczyński to ruska swołocz?
No więc, to jest jeden powód, dla którego nawet nie bardzo mam ochotę wydawać w formie książkowej swoich posmoleńskich felietonów, i to już niezależnie od tego, że Coryllus, który jest, jak wiemy, moim wydawcą, i tak już bardzo się temu sprzeciwia. Ale jest tu jeszcze coś więcej, i bardzo możliwe, że to jest podstawowy powód mojej niechęci do zajmowania się Smoleńskiem. Otóż ja nie wiem oczywiście do końca, jakie czarne intencje za tym stoją, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że ludziom naprawdę złym – i nie mam tu na myśli różnego rodzaju naiwnych bałwanów, takich jak choćby część moich kolegów blogerów – bardzo zależy na tym, żebyśmy temat Smoleńska wciąż na okrągło wałkowali, i to na maksymalnie dużym poziomie emocji. A skoro tak, to chyba jest jasne, że ja się w realizację tego planu wpisywać ani nie muszę, ani nie będę.
Jak wygląda dokładnie ten plan, miałem okazję zaobserwować wczoraj, zachęcony przez jednego z blogerów do zapuszczenia się na forum dyskusyjne gazety.pl. Otóż pod informacją na temat listu, jaki do Jarosława Kaczyńskiego wystosował ojciec poległego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka, który to fakt już sam w sobie mógłby nas zachęcać do tego, żeby natychmiast uciekać do domu i zamykać drzwi na trzy spusty, w gazecie.pl rozwinęła się debata, podczas której przez parę godzin mogliśmy czytać dziesiątki komentarzy, pisanych jeśli nawet nie tą samą ręką, to pochodzących z całą pewnością z jednej szkoły, z takim oto mniej więcej przesłaniem (cytat oczywiście oryginalny): „kiedy wreszcie zdechniesz żoliborski podwórku uczynił nam te łaskę,proszę cię o to”. Naprawdę. Nic nie koloryzuję.
Jak mówię, w ten sposób napisanych komentarzy, o tym samym poziomie agresji i identycznej stylistyce, było kilkadziesiąt jeden po drugim, bez choćby jednej skromnej przerwy na zaczerpnięcie oddechu, i nagle one się skończyły jak ręką odjął, i w jednej chwili zostały zastąpione przez inne, reprezentujące już drugą stronę debaty, tyle że wciąż w sposób oczywisty pisane przez tę sama osobę, ewentualnie stanowiące część tego samego projektu. Proszę, oto próbka, też, ma się rozumieć, z zachowaniem oryginalnego kształtu:
„Opcja ruska,ktora Putin zgwalcil-tak mozna powiedziec o PO i jej faryzeuszach.Mam nadzieje ze nie zatarl im zaworow,bo ropy u nich mnogo.Dzis dupa i lep peka wiec zmienili wajche nie moga zapomniec gwaltu na zywca.Oto PO w pelnej krasi”
.Ja nie mam zamiaru przeklejać linku do tej wymiany, jednak proszę mi uwierzyć na słowo: tu też mamy kilkadziesiąt identycznych bluzgów, jeden po drugim, bez chwili przerwy na oddech. Najpierw więc ten zalew najbardziej ohydnego, nie cofającego się przed niczym gówna wylewanego na głowę Jarosława Kaczyńskiego, a potem to samo dokładnie gówno, tyle że już wrzucane na głowy Donalda Tuska i jego szajki. W jednym i drugim wypadku, z tego samego kibla i z tym samym zaangażowaniem. I jeszcze raz: tam nie ma innych rąk. Przygotowując się do pisania tej notki przejrzałem niemal każdy z zamieszczonych tam od wczoraj komentarzy i nie znalazłem ani jednego, który byłby napisany przez osobę przypadkową. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że to forum dyskusyjne nawet nie należy do Agory, ale jest outsourcingowane z jakiegoś Kazachstanu.
Wspomniałem wcześniej, że nie znam planu, jaki za tym wszystkim stoi, ale to jedno wiem na pewno: im bardzo zależy, żeby temat Smoleńska nie schodził z porządku każdego kolejnego dnia. I to możliwie w wydaniu hard-core. Tak więc wczoraj mieliśmy tego biednego Karpiniuka, a dziś – tak, tak – egzorcyzmy, które, jak słyszę, wczoraj na Krakowskim Przedmieściu odprawiał ksiądz Małkowski, następnie sprawę szerokiej publiczności, już za pośrednictwem TVN24, objaśniał poseł Błaszczak, a teraz, kiedy piszę te słowa, czego już nie sprawdzałem, ale jestem pewien, że odgaduję prawidłowo, na portalu gazeta.pl już za chwilę nastąpi zmiana warty i ci, co pisali, że „Ten Karpiniuk to pamiętam, był zakapior, coś na kształt Palikota. Widać że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Like father, like son”, pójdą zajarać, a na ich miejsce wejdzie ktoś, kto zapyta, dajmy na to: „czy oddzialy SS (sekty smolenskiej) pod wodza Maciereqicza juz zajely jakies budynki rzadowe tak jak to ropia ruscy w doniecku?”
Proszę więc mnie zrozumieć. Ja nie mogę w tym brać udziału, choćbym nawet miał do powiedzenia coś niezwykle głębokiego i oryginalnego. Nie mogę, bo tu nawet nie chodzi o poziom. Ja nie sądzę bowiem, że tam, gdzie ta dyskusja ma swoje początki, zalecenie jest takie by pisać dużo i głupio. Nie. To jest takie głupie, bo, choć owszem, tego ma być dużo, wszystko ma się dziać przede wszystkim szybko, a, nie oszukujmy się, do tej roboty garnie się najgorszy element. No i ma się dziać. Od czasu gdy miejsce, gdzie przez pewien czas na Krakowskim Przedmieściu stał ów krzyż, opuściła ostatnia osoba z różańcem, a zamiast biskupów pojawił się ksiądz Małkowski ze swoimi egzorcyzmami, pozostało już tylko to paplanie plus oczywiście Szatan, którego to wszystko zapewne bardzo, ale to bardzo bawi.
Przepraszam więc, ale nic z tego. Jednak gdyby ktoś planował tu przyjść i zapytać mnie, jak to ostatecznie jest? Czy ja ostatecznie uważam, że prezydent Kaczyński w Smoleńsku poległ w walce, czy że zginął w wypadku komunikacyjnym, to, acz robię to bardzo niechętnie, odpowiem już teraz. Poległ. Podobnie jak Sebastian Karpiniuk zresztą. I żeby to wiedzieć, nie muszę ani nikogo prosić o dowody, ani się nimi z nikim dzielić.

Ja wiem, że niełatwo jest w to uwierzyć, proszę jednak sobie wyobrazić, że zbliżają się Święta i mamy bardzo wyraźną szansę, że zwyczajnie nie będziemy mieli za co ich urządzić. Po raz pierwszy od wielu lat. Przepraszam, ale stoimy pod ścianą. Mamy tuż obok ten nieszczęsny numer konta i jesli tylko ktoś może sobie pozwolić, proszę o pomoc. Dziękuję.




piątek, 13 kwietnia 2012

Moje Kinderszenen

Poniższy tekst już tak naprawdę był tu przedstawiony, tyle że w nieco innej wersji. I, mimo że jego charakter zdecydowanie bardziej odpowiada temu co się dzieje tutaj niż w Salonie24, wstawiłem go jednak na tamten blog, wiedząc, że tam znajdzie więcej czytelników, którzy go nie mieli okazji jeszcze czytać. A wierzę, że on jest na tyle mocny, ze nie wypada go za bardzo chować. Zwłaszcza w dniach takich jak te.
No i stało się tak, że nasz kolega raven59 – być może też z tego powodu, że go wcześniej nie miał okazji czytać – zaczął mnie bardzo naciskać, by go wkleić tutaj. Tłumaczyłem mu, że on już tu w pewnym sensie był – na nic. A więc ponieważ co rozkaz to rozkaz, bardzo proszę, przeczytajcie go sobie i mam nadzieję, że zarówno ci, którzy go sobie tylko przypomną, jak i ci, którzy go wcześniej nie znali, będą mieli podobną satysfakcję. No i jeśli tak się stanie, będę wdzięczny za każdy grosz. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.
Od tamtej soboty minęły już dwa lata, ale wiemy przecież świetnie, że czas płata różne figle i wcale nie tak rzadko dochodzi do sytuacji, że człowiek kładzie się spać wieczorem, rano wstaje, i z przerażeniem widzi, że mijają kolejne tygodnie, a za chwilę miną kolejne miesiące, a ten dzień, kiedy to w smoleńskiej mgle rozbił się samolot z polską szachownicą, a 96 osób znajdujących się w środku, wśród nich Lech i Maria Kaczyńscy, zostali rozszarpani na strzępy, będzie nam stał przed oczami jakby to było wczoraj.
Ktoś mnie zapyta, czemu ja z zawziętością godną lepszej sprawy powtarzam słowa o tej masakrze? Czemu ja nie mogę normalnie powiedzieć, że oto minęły cztery miesiące od katastrofy pod Smoleńskiem, albo – skoro już muszę gadać o Prezydencie – nie powiem normalnie, że właśnie dziś obchodziliśmy drugą rocznicę jego śmierci? Czemu ja wciąż przypominam te ciała, te porozkradane spinki, skrawki ubrań, zegarki, karty kredytowe? Czemu ja wciąż, z maniakalnym zawzięciem, wspominam to biedne, zdeformowane do granic wyobraźni szczątki Przemysława Gosiewskiego? Czemu ja wciąż gadam o tej krwi?
Powiem że sam się nad tym zastanawiam i nie do końca wiem, co odpowiedzieć. Najprościej byłoby powiedzieć, że ja wciąż o nich myślę, i że każdy kolejny dzień mijający od tego udręczenia wypełniam głosami, obrazami i wspomnieniami związanymi z tamtymi ludźmi, z tym co się z nimi stało, a nawet i z tymi, którzy po nich zostali. Być może najprościej byłoby powiedzieć, że za tym moim zaplątaniem stoją tamte tak już wydawałoby się stare zdjęcia Ewy Kaczyńskiej w dniu pogrzebu, które wciąż tworzą pulpit i mojego komputera i telefonu. A może to chodzi o to, że ja zwyczajnie o tym dniu i o tych ludziach nie potrafię zapomnieć, ale też zapomnieć nie chcę. Co więcej, ja chcę o nich pamiętać w wymiarze, który uważam akurat tu za podstawowy. A więc w wymiarze który mam ochotę nazywać męczeństwem.
Pamiętam publiczne reakcje jakie wywołała publikacja książki Jarosława Marka Rymkiewicza o warszawskiej masakrze roku 1944, zatytułowanej ‘Kinderszenen’. Pamiętam, że to właśnie w stosunku do niej formułowano tego typu zarzuty, które sprowadzały się do jednego – że Rymkiewicz nurza się w krwi i że tu jest chore. Pamiętam, że kiedy ja czytałem tę książkę, byłem wypełniony niczym więcej jak tylko pełnym wzruszenia uniesieniem, jednak ani nie wiedziałem, skąd ono się bierze, ani jednak też tego wiedzieć nie potrzebuję. Dziś, kiedy myślę o tym rozbitym na rosyjskim błocie polskim samolocie, wiem, że to jest dokładnie to samo, a ja jestem emocjonalnie zanurzony w tym samym wymiarze, który opisywał w swojej książce o Powstaniu Warszawskim Rymkiewicz. Ale wiem też coś więcej – że wściekłość jaką u niektórych wzbudzały tamte emocje, i wściekłość, jaką budzą emocje – przecież nie tylko moje – dzisiejsze, to jest dokładnie ta sama wściekłość. Jest to wściekłość skierowana przeciwko wydawałoby się kompletnie obcej kulturze, czy może wręcz obcej cywilizacji, która nagle przestaje być czymś, co oglądamy przez szybę samochodu, lub przez turystyczną lornetkę, ale która nagle agresywnie wkracza w nasze życie i pokazuje się jako jak najbardziej alternatywna oferta.
Kiedy dziś słuchamy pełnych oburzenia komentarzy dotyczących politycznych rzekomo źródeł tej tak fatalnie przedłużającej się żałoby, kiedy słyszymy najróżniejszych komentatorów serdecznie ubolewających nad tym, jak to źli, podli i zakłamani ludzie bezwzględnie wykorzystują ból rodzin osób pogrzebanych w podsmoleńskim błocie, kiedy słuchamy apeli o to, żeby wreszcie już skończyć z rozgrzebywaniem tej tragedii, żeby usunąć te krzyże, zdmuchnąć świeczki, żeby zabrać te zdjęcia, żeby wrócić do normalnego życia, a sprawy zostawić doświadczonym rosyjskim i polskim prokuratorom, mamy naturalną skłonność do tego, żeby sądzić, że za tym wszystkim kryje się polityka. Zwyczajna polityka. Jak zawsze od tylu już lat. I nie tylko za tym, ale za wszystkim. Że nawet jeśli jedni wciąż apelują o to, by wysprzątać tę krew i wydrapać ten wosk, bo boją się, że i ta krew i ten wosk ich w końcu pochłonie, to drudzy wciąż gadają o kwietniowej tragedii, bo w ten sposób chcą zdobyć kilka dodatkowych punktów w sondażach, a ten sposób – bo to jest tylko sposób – wydaje się do tego celu zwyczajnie i po prostu najlepszy.
Otóż nie mam pewności jak jest u innych, ale jeśli idzie o mnie i ludzi mi bliskich, jestem absolutnie pewien, że tu polityka nie ma nic do rzeczy. Jak idzie o nas, ja po prostu wiem, że ta katastrofa to znak, symbol i doświadczenie, znacznie przekraczające wszystko to, co może nam dać doraźna polityka. To jest właśnie coś na miarę tego opisanego przez Rymkiewicza wybuchu z okupowanej Warszawy roku 1944. Dopiero co pisałem tekst o inwazji protestanckiej pobożności, i przy tej okazji znów przypomniał mi się film Mela Gibsona o męce Jezusa i cała ówczesna histeria skierowana pod adresem tego co Gibson pokazał i w jaki sposób to pokazał. A więc ten jeden stały argument: Po co w ogóle o tym gadać? I to jeszcze gadać w sposób tak nieprzyjemny? To jest właśnie ten sam wymiar. Wcale nie polityczny, ale kulturowy.
Minęły dwa lata od katastrofy rządowego tupolewa i od śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Wszystko co się stało przez te miesiące, każe mi mieć pewność, że ta śmierć i to męczeństwo nie było wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale że za nimi stała czyjaś podła, najpodlejsza myśl. Ale też wszystko, co się przez te miesiące dzieje, każe mi się obawiać, że jest całkiem możliwe, że nigdy już się nie dowiem, czy moje podejrzenia są słuszne, czy nie, i że już do końca moich dni, będę skazany na kłamstwa i bezczelne pomówienia. I jest mi oczywiście z tego powodu bardzo źle. Natomiast jest coś znacznie ważniejszego niż to, czy przyczyny tej katastrofy zostaną wyjaśnione, a nawet czy źli ludzie zostaną ukarani, a ofiary tego zła otrzymają swoją sprawiedliwość. Myślę sobie, że z pewnego punktu widzenia, dla mnie i dla wielu ludzi, których znam, najważniejsze pozostaną i tak już tylko te ostatnie sekundy przed ostatecznym końcem tego lotu, myśli i słowa ludzi zgromadzonych w tym jednym, tragicznym miejscu, ten strach, ten ból, ta bezradność i wreszcie ta krew i to cierpienie. Ta – znów muszę wrócić do tego nieszczęsnego ciała Przemysława Gosiewskiego – niewyobrażalna rzeź. Ten znak, ten symbol, ten głos umęczonej Ojczyzny.
Tak więc to cośmy otrzymali, widzę jako karę i jako dar. I, przepraszam bardzo, ale jeśli dziś jakiś wyżelowany dziennikarz mówi mi, żebym przestał, bo moje gadanie go denerwuje, to ja oczywiście rozumiem jego zdenerwowanie. Powiem wręcz, że ja je rozumiem bardzo dobrze. Rozumiem je, bo wiem świetnie, jak to jest kiedy człowiek się boi, ale wiem też że od strachu jeszcze gorszy bywa kontakt z obcym.
„Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co to jest. Prawda, panie Jones?”

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

A jednak się nie pomylili: to rzeczywiście koniec

A jednak muszę się uderzyć w piersi. Kiedy kardynał Nycz, a za nim paru innych biskupów, zatroskanych o to, by nasze zszarpane nerwy i obolałe serca nie wyrządziły nam zbyt wielkich szkód, ogłosili koniec żałoby, pomyślałem sobie, że oni się mylą. Że z tym swoim ni to apelem, ni komunikatem, zdecydowanie wyprzedzili swój i nasz czas, lub, jak to niektórzy mówią, wyszli przed szereg. Lub, jeszcze okrutniej, zupełnie niepotrzebnie przytulili się do zwycięzców. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że tymi swoimi słowami oni, nie dali świadectwa prawdzie, lecz kłamstwu. Jakiż byłem nieroztropny! Jak ich źle oceniłem! Dziś, kiedy minął już cały tydzień od 10 kwietnia, a na naszych rozdziawionych oczach mija właśnie rok od pamiętnych krakowskich uroczystości pogrzebowych Prezydenckiej Pary, wygląda na to, że słowa naszych biskupów stanowiły czystą i niczym nie skażoną prawdę. Żałoba właśnie dobiegła końca. I świadczy o tym każda chwila każdego z mijających dni. I trzeba to nam się było upierać?
Ktoś powtórzyć dziś może za tym, co tu już powiedziano, że żałoby tak naprawdę nigdy nie było, więc nie ma się też czego kończyć. A jednak to nieprawda. Dziś widać to bardzo wyraźnie. Jeśli to co się działo przez miniony rok nie było żałobą, to jak nazwiemy to, co mamy dziś? Wesołe miasteczko? Cyrk? A może zapasy w kisielu? Otóż nie. Wcześniej była żałoba, a dziś mamy wreszcie normalność. No i długo wyczekiwaną dyskusję. Dopiero dziś widzimy, z jakim umiarem i skupieniem i szacunkiem tylu wybitnych uczestników życia społecznego zachowywało przez długie miesiące dyskretny spokój. Owszem, pojawiały się to tu, to tam głosy, bardzo odosobnione, kwestionujące dorobek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a nawet sugerujące jego winę za smoleńską katastrofę, jednak dopiero dziś widzimy, z jakim to wszystko było prowadzone z umiarem. Prawdziwą debatę mamy dopiero dzisiaj. Oto autentyczny panel i oto jego uczestnicy.
Weźmy marszałka Grzegorza Schetynę, kiedy on dziś wchodzi na krzesło i oświadcza, że ponieważ żałoba się skończyła, on wreszcie powie, co mu leży na sercu. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak on przez ten rok cierpiał, powstrzymując się od wyrażenia swojej szczerej opinii na temat czy to wątpliwych zasług Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta, czy sensowności – lub raczej bez-sensowności – pogrzebu na Wawelu. Jak mu musiało być przykro i źle, kiedy tak bardzo chciał, a wiedział, że nie może wyrazić tego, co sobie myśli choćby na temat pomnika upamiętniającego osobę prezydenta Kaczyńskiego. I dziś dopiero mógł poczuć powiew prawdziwej wolności. I wyrzucić z siebie to wszystko, co go tak dusiło. Wszystko na raz. I to nie dlatego, ze jest złym człowiekiem o złych myślach. O nie! Dlatego jedynie, że skończyła się żałoba i nadszedł czas na dyskusję o państwie i jego sprawach.
A zwróćmy uwagę, że to nie tylko Grzegorz Schetyna wykazał się taką kulturą. Z wielu stron dochodzi do nas ów powiew wolności. Z Sejmu, z kancelarii pana premiera, z Pałacu Prezydenckiego, z mediów… A możemy być pewni, że w najbliższych dniach usłyszymy jeszcze więcej głosów niosących tę wieść: Prezydent Kaczyński był złym prezydentem. Nie zasłużył na pomnik. To był człowiek zły i głupi. Jego żona też nie była szczególnie mądra i dobrą kobietą. Nie zasłużyła na tulipany. On i Ona nie byli ludźmi w żaden sposób szczególnymi na tyle, by spocząć akurat na Wawelu. Bo jeśli oni – to kto nie? Dziś można to powiedzieć oficjalnie i głośno. Można to zrobić choćby tak, jak to było możliwe na samym jeszcze początku, kiedy prawdziwa żałoba jeszcze się nie rozpoczęła, a już młodzi ludzie wyszli na ulice naszych miast, żeby wstawić się za Wawelem i jego królewskim przepychem. Pomyślmy tylko, jak ten odruch czystych serc, ledwo co zaistniał, musiał zostać tak brutalnie przygnieciony przez niemal 12 miesięcy żałoby. I dopiero dziś można zdjąć te kajdany. I może to zrobić już każdy. Nie tylko Janusz Palikot, nie tylko Stefan Niesiołowski, nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Magdalena Środa, nie tylko pan wielmożny profesor Władysław Bartoszewski i równie wielmożny Andrzej Wajda, nie tylko Jakub Wojewódzki, nie tylko Kazimierz Kutz i Jerzy Urban, nie tylko wreszcie być może najbardziej cisi bohaterowie tego ruchu – Dominik Taras i Hubert H. Demokratyczne społeczeństwo nie dyskryminuje swoich posłańców. Minął rok – dopiero dziś to widać wyraźnie – jak bardzo uprzejmego milczenia. I pomyśleć, że to właśnie nasi biskupi tak pięknie ten czas przewidzieli. Koniec żałoby. Skąd oni to wiedzieli?
W niedawnej notce zwróciłem uwagę na słowa pewnego księdza, który dzielił się z nami swoją niewiarą w cuda. Dziś wiemy wszyscy, że może i cudów nie ma, ale to że rzeczy niewyjaśnione i dziwne się dzieją, to fakt. Pokazali to z taką mocą nasi biskupi. Zanim żałoba się ostatecznie skończyła, wypowiedzieli to zdanie. To jedno zdanie… i słowo stało się ciałem. Kto chce, niech na to mówi „przypadek”. Dla wielu z nas, pozostanie to jednak prawdziwym cudem. Jednak Kościół to potęga.

Wszystkich, którzy wciąż potrzebują tych słów i znajdują w nich sens, nadzieję i jednak pocieszenie, proszę niezmiennie o wsparcie. Bóg mi świadkiem, że nie jest lekko.

O tym jak System nas pokochał

W swoich refleksjach sprzed tygodnia zwróciłem uwagę na rażącą niestosowność w wypowiedziach tych biskupów, którzy, uznając, że nasza pamięć o smoleńskiej tragedii stała się należycie spełniona, zaapelowali o koniec żałoby i powrót do codziennych zajęć. Kiedy pisałem ten tekst, to co nasi biskupi zamierzali nam powiedzieć, znałem wyłącznie z medialnych doniesień i z pojedynczych wypowiedzi samych księży. Dopiero w zeszłą niedzielę – tak się nieszczęśliwie złożyło, że dokładnie w dzień rocznicy – podczas Mszy Św. miałem okazję zapoznać się z całością tej szczególnej analizy i tego apelu. Dziś zatem mogę do tego co powiedziałem przed tygodniem, dodać jeszcze jedną rzecz: Trzeba przyznać, że gadać to oni potrafią najlepiej.
Pisałem o tej kończącej się żałobie i wspominałem pierwsze dni po smoleńskiej katastrofie, kiedy to zaledwie w pierwszym odruchu świadomości, że ta śmierć zaczyna tworzyć pamięć, której już nic nie powstrzyma, System postanowił ową dopiero co rodzącą się pamięć wyszydzić i zniszczyć. Pisałem o słowach biskupów i starałem się umieścić je na tle atmosfery właśnie tamtych pierwszych dni, kiedy pokazano nam najdobitniej jak tylko można było, że nie liczy się nic – ani ludzka śmierć, ani cudze łzy, ani narodowa żałoba właśnie, jeśli zagrożona jest władza ludzi bezwzględnych. Przytaczałem słowa tej szczególnej – bo zwróconej przeciwko słabym i prześladowanym – biskupiej nauki i nie mogłem się nadziwić, jak to się mogło stać, że przez cały ten rok pasterze naszego Kościoła jednym nawet słowem nie potępili tryumfującego zła i nie wsparli swoją obecnością tych, którzy tak bardzo jej wypatrywali.
I minęła ta rocznica. I myślę sobie, że gdyby nawet ludzie pobożni i pokornie oddani swoim biskupom, jakimś niedobrym cudem chcieli tego ich apelu wysłuchać i zacząć ten tydzień tak jakby nic nigdy się nie stało, a wszystko to co widzą wokół siebie było tylko wynikiem jakiejś brzydkiej iluzji, to już wiadomo, że tego co się stało przed rokiem, z całym tej tragedii dramatycznym pokłosiem, zatrzymać się nie da. I to wcale nie dlatego, że nasza wiara jest aż tak bardzo marna, a nasze posłuszeństwo wobec Kościoła tak słabe, ale właśnie dlatego, że dziś widać jeszcze wyraźniej niż na początku, że System tej eksplozji żalu nam nie wybaczy. I będzie jej każdy przejaw tropił i niszczył w zarodku. Dopóki go nie zadręczy na śmierć. A ponieważ już dziś widać, że nie zadręczy, to przyszłość jest jedna. Wojna.
Pamiętamy wszyscy znakomicie pierwsze dni po katastrofie, kiedy to nawet ci najbardziej trzeźwo myślący z nas i najmniej skłonni do rozczulania się, mieli nadzieję, że oto nadszedł ostateczny kras tej nienawiści. Że to co się stało, bezmiar tego nieszczęścia, w dodatku nieszczęścia, którego pierwsza przyczyna była aż za bardzo oczywista, sprawi, ze nikt już się nie poważy na to, by dręczyć Bogu ducha winnych. No i wystarczyło zaledwie parę dni, właśnie tamtych dni, kiedy zło przekonało się, że ta śmierć, wbrew pierwszym zamierzeniom, nie stało się końcem czegoś ale zaledwie początkiem czegoś nowego, by to poczucie porażki eksplodowało ze złością tak zimną i okrutną, jak nigdy wcześniej. W tekście sprzed tygodnia podawałem liczne przykłady manifestacji tej złości i nie mam zamiaru tego wszystkiego dziś powtarzać. Powiem tylko, że reakcja Systemu na tę demonstrację pamięci, jaka miała miejsce w dniu rocznicy, pokazuje tym wszystkim, którzy jeszcze się łudzą, że może jakoś dojdziemy do siebie, tylko jedno – lepiej już było.
Kiedy słuchamy odgłosów tego plucia, jakie do nas dochodzą z tamtej strony, można by może było pomyśleć, że faktycznie, rok to bardzo długi okres czasu i że przez ten czas naprawdę wiele się zmieniło. A zwłaszcza już wtedy, gdy damy sobie wmówić, jak to pierwsze miesiące naszej wspólnej żałoby upływały nam w skupieniu, modlitwie i wzajemnym zrozumieniu. Kiedy oglądamy w telewizji stare filmowe ujęcia pokazujące rozmodlony i zapłakany tłum na Krakowskim Przedmieściu, a do tego wsłuchamy się w komentarze tłumaczące nam, jak to wówczas było prawdziwie, spokojnie i pięknie, możemy pomyśleć, że rzeczywiście od tego czasu zrobiliśmy poważny krok w stronę narodowej tragedii. Tyle że my pamiętamy. Pamiętamy wszystko bardzo dokładnie. Dlatego między innymi właśnie, że nasza pamięć była przez ten rok wystawiana na cierpienia, które zapomnieć już nam nigdy nie pozwolą. My bowiem nigdy nie zapomnimy, i nie zmienią już tego żadne choćby najsłodsze refleksje bezwzględnej propagandy na temat tego, jak to miłość zamieniła się w nienawiść, co jak tę naszą miłość potraktował wówczas System z jego całym czarnym zapleczem. My bowiem świetnie pamiętamy, jak ten właśnie System potraktował wtedy tę rodzącą się pamięć, którą dziś z takim rozrzewnieniem wspomina.
Dziś przedstawia nam się tamte zdjęcia i daje się je nam jako przykład tego, w jaki sposób należy czcić pamięć swoich bohaterów, a my pamiętamy choćby film Solidarni 2010, który został ocenzurowany przez wszystkie główne polskie media zanim się jeszcze na dobre ukazał. Film Solidarni 2010, którego z pogwałceniem wszystkich cywilizacyjnych reguł oficjalnie pozbawiono możliwości reklamowania. Film, który jakimś niezwykłym błędem cenzury został pokazany jedynie raz przez państwową telewizję, a następnie został wpisany na listę obrazów zakazanych i niebezpiecznych. Film, który przez oficjalna opinię publiczną został określony, jako nieuczciwy, tendencyjny, nieobiektywny, a przede wszystkim wzywający do nienawiści. Wreszcie film, który jako jeden z nielicznych został oficjalnie potępiony przez Radę Etyki Mediów, a jego autorzy skazani na towarzyski i zawodowy bojkot. Czy wspomniany dokument, pokazujący polską pamięć o ofiarach smoleńskiej katastrofy wysławiał może ową tak dziś potępianą rocznicową nienawiść? Czy on może nagłaśniał pełne gniewu wezwania Jarosława Kaczyńskiego do rozprawienia się ze zdrajcami narodu? Czy on może wzywał do rewolucji? W żadnym razie. On przez te półtorej godziny pokazywał wyłącznie zapłakany i rozmodlony tłum, tonący wśród płonących zniczy i kwiatów, w spokojnej rozpaczy i najbardziej łagodnym, pragnieniu prawdy. A więc coś, czym dzisiaj nas tak bardzo chcą wzruszyć psy Systemu. Dziś. Właśnie dziś, kiedy się zorientowały, że lepiej już było.
A więc taki to kierunek obrała nasza dzisiejsza historia. Kiedy wszyscy ludzie płakali – System szalał. Kiedy zmasakrowane ciała Lecha i Marii Kaczyńskich składane były na Wawelu, System pluł szyderstwem i złością. Kiedy Jaroslaw Kaczyński nieprzytomny z rozpaczy milczał – System go zadręczał najpodlejszym śmiechem. Kiedy po raz pierwszy nieśmiało się odezwał – rozległo się powszechne rżenie. A wszystko to z jednoznacznym i nieznoszącym sprzeciwu żądaniem kończenia tej cholernej żałoby. A dziś, kiedy Naród już zaczyna powoli mieć dość tej pogardy i tego lekceważenia i kiedy się okazuje, że ten protest jest większy, niż to się mogło wydawać jeszcze na początku, okazuje się, że jednak powinniśmy wrócić do tego co było rok temu.
Niedawno w telewizji wystąpił Adam Bielan, i w odpowiedzi na pełne oburzenia zarzuty dziennikarza wobec ludzkiej agresji, jaką wywołują obchody rocznicy smoleńskiej katastrofy, zasugerował, ze jest wciąż spokojnie. Że jeśli porównać sceny na polskich ulicach z tym, co się dzieje choćby w Londynie, przy okazji studenckich protestów, nasz gniew jest wręcz niewidoczny. Dziennikarz wciąż cytował treść przyniesionych przez ludzi transparentów, Bielan tłumaczył, że to przecież nic wielkiego, a ja sobie myślałem, że tak niewiele naprawdę brakuje do tego, by ten tłum demonstrujący zaledwie pragnienie prawdy, przełamał te wszystkie barierki i depcząc po uzbrojonych policjantach i strażnikach miejskich, wtargnął i do Pałacu Prezydenckiego i do Kancelarii Premiera i do budynku Sejmu i zaczął wszystko po kolei niszczyć. Tak niewiele już brakuje, żebyśmy nie mieli do czynienia tylko z grupką zdesperowanych ludzi rozbijających na ulicy skromny namiot i wołających o prawdę, lecz z gotowym na wszystko tłumem, niszczącym wszystko co im stanie na drodze. Gdzie już nie będzie ani znaków, ani symboli, ani zniczy, ani kwiatów, tylko jedno podstawowe pragnienie sprawiedliwości. I zemsty. Której ani jeszcze nie było, ani o której nawet nikt, nawet sam Jarosław Kaczyński nawet nie wspomina, ale która, przy tym rozwoju wypadków będzie musiała w końcu nadejść. Czy to w formie zaledwie skromnego buntu, czy też aż rewolucji.
I obawiam się, że nadejdzie. I to wcale nie dlatego, ze my tacy jesteśmy brutalni i nieokrzesani. I nie dlatego, że Jarosław Kaczyński ma jakiś podły plan. I też nie dlatego, że nie wiemy, jak się obchodzi żałobę. Ale też nie dlatego, że nie chcemy słuchać naszych biskupów. Ona nadejdzie. Ta rewolucja w końcu nadejdzie, bo System nie dał nam nic w zamian. I myślę, że oni już to wiedzą. Świadczy o tym choćby to, że tak im się nagle spodobał film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego o Solidarnych roku 2010. A jeśli jednak nie wiedzą, a te ich wzruszenia nad czasami, które już minęły są równie szczere jak wszystko cała reszta, to chciałem im dziś powiedzieć, że najwyższy czas żeby im się tamte tłumy jednak spodobały, bo takiej okazji już mieć nie będą. Bo to co ich czeka, będzie tak straszne, że z tym samym rozrzewnieniem będą wspominać ledwo co minione obchody rocznicy zbrodni, która już zawsze będzie obciążać ich sumienia.

Tekst jednocześnie do czytania w Warszawskiej Gazecie.

środa, 13 kwietnia 2011

Don Paddington: odtruwanie podwójne

Jak już wspomniałem przy którejś z okazji, moje dzieci minioną niedzielę spędziły w Warszawie, kręcąc się po kluczowych dla naszej sprawy miejscach i szerząc nienawiść. Jest mi z tego powodu oczywiście bardzo przykro, szczególnie w sytuacji, gdy mam świadomość, że ta nienawiść ogarnęła ich już po raz drugi w ciągu roku. Pierwszy raz, niemal dokładnie rok temu, kiedy to przez całe nocne godziny stały przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, by dostarczać paliwa Ewie Stankiewicz i Janowi Pospieszalskiemu, a dziś, by złośliwie pokazać światu, że, jeśli mu się wydaje, że gorzej już być nie może, to oto właśnie jest gorzej. I że to i tak wciąż nie jest jeszcze wersja ostateczna.
Myślę, że tę demonstrację gniewu – demonstrację jak najbardziej aktywną i w stanie systematycznego rozwoju – świat dostrzegł, i, jak się zdaje, zadrżał. Świadczyć o tym mogłoby chociaż to, że nagle – pomyśleć tylko, że trzeba było na to czekać zaledwie kilka miesięcy – owa nienawiść sprzed roku stała się niczym więcej jak wzruszającym gestem żalu i łagodnej pamięci. Oglądam dziś telewizję, wsłuchuję się w refleksje ludzi, którzy jeszcze wiosną zeszłego roku cenzurowali telewizyjne zapowiedzi filmu Stankiewicz i Pospieszalskiego, a ich samych skazywali na wieczną towarzyską i zawodową pogardę, a dziś, z tym samym, prostym i nieruchomym spojrzeniem, mówią mi jak to wtedy było godnie i pięknie, i myślę, że oto nadchodzi czas, byśmy tamten film obejrzeli w telewizji TVN24, w cyklu Ewa Ewart poleca, z entuzjastycznym komentarzem Autorki.
Bo oto moje dzieci pojechały do Warszawy obchodzić rocznicę tamtej tragedii i pokazały komu trzeba, że jeśli ktoś liczył na to, że to już koniec, to się grubo pomylił. Bo ten koniec coraz bardziej się oddala, a każdy kolejny dzień tej gonitwy dowodzi jedynie tego, że ten gniew i ta nienawiść, nawet dziś nie są niczym szczególnie interesującym, jeśli na nie spojrzeć z tej strasznej perspektywy, która wciąż jest przed nami.
Co się zmieniło od tamtej wiosny? Oczywiście, jak można sądzić choćby po histerycznej reakcji Systemu, nie tak mało. Ale myślę, że o pewnym interesującym elemencie tej zmiany – a więc o tym, że część nas gwałtownie spoważniała – może świadczyć też to, co się przydarzyło mojej najmłodszej córce w minioną niedzielę podczas Mszy Św. Ponieważ do archikatedry, ze względu na zbyt liczne tłumy, wejść nie było sposobu, udała się ona ze swoim bratem i siostrą do Kościoła Św. Anny. I dziś mi opowiada, że dotychczas – mimo naprawdę wielu podobnych okazji – nie zdarzyło się jej uczestniczył w czymś tak najgorszym. Że ksiądz wygłaszający kazanie, tymi swoimi „siarami”, „pikusiami”, „kolesiami” i całym wachlarzem wszelkich możliwych figur, mających przekonać zebraną młodzież, że Kościół jest „fajny”, „gostek” o imieniu Jezus jeszcze „fajniejszy”, a on sam już zupełnie „najfajniejszy”, sprawił, że ona nie wytrzymała i wyszła. Zwyczajnie wyszła z kościoła przed końcem mszy. Wyszła nie dlatego, że ona nie wie, co to „siara” i nie rozumie, dlaczego na dźwięk tego słowa zebrana młodzież uważa za stosowne wznosić ręce ku niebu. Ona wie to bardzo dobrze. I wiedząc to, wie na przykład też to, że skoro tam się dzieją takie rzeczy, to może się okazać, że akurat Kościół Św. Anny ma swój własny sposób na końcowe błogosławieństwo. Kto wie, czy nie w postaci uniesionego w górę kciuka i zawołania „Siema, ziomy!”. Ale wie też coś jeszcze – że między tym księdzem, tą rozmodloną młodzieżą, i choćby owym szczególnym planem sprzed miesięcy, by krzyż sprzed Pałacu przenieść właśnie tam, do tego przybytku równie szczególnej jak tamten plan religijności, do Kościoła Św. Anny, pod czuła opiekę ziomów naszego Kościoła, biegnie linia prosta.
Myślę o tym wydarzeniu sprzed paru dni i tak bardzo bym chciał sprawić, by moja córka mogła jak najszybciej na swojej drodze spotkać księdza, który ma więcej wiary, ale i rozumu od niej samej i jej kolegów. Może jej się uda, a może trzeba będzie jeszcze jakiś czas cierpliwie poczekać. Pewnie dlatego wpadło mi dziś do głowy, żeby odwołać się do naszego Don Paddingtona i któregoś z jego wcześniejszych komentarzy. Jakiegokolwiek. Jako odtrutki. Lub lepiej może - przeciwjadu. Na wszelki wypadek w dawce od razu podwójnej.

DAWKA NR 1:
Pewien mój kolega remontował zabytkowy kościół. Renowacja zabytku nie jest co prawda tak trudna i dołująca jak tłumaczenie dowcipów, ale jak wiem z własnego doświadczenia, też może doprowadzić do męczącej chryi. Konserwator Zabytków pyta bowiem: „Dlaczego robicie tak tanio i dlaczego tak mało?” Kuria biskupia zanim zapytasz już odpowiada: „Niestety, wsparcie finansowe jest w tej chwili niemożliwe”. Parafianie natomiast, ciepło obgadując proboszcza mówią za jego plecami: „Za drogo to wszystko i w ogóle niepotrzebnie”.
Wspomniany na wstępie kolega, tocząc boje z Konserwatorem, Kurią i Parafianami, remont kościoła doprowadził do szczęśliwego końca. I w związku z owym końcem opowiedział mi następującą – tęczy dotyczącą – historię:
W rzeczonym kościele (kościół niewielki, ale rzeczywiście bardzo zabytkowy) łuk tęczowy (to takie miejsce między prezbiterium a nawą główną) ozdobiony był gzymsem. Gzyms ów był w pewnym miejscu w widoczny i rażący sposób krzywy, stąd też mój kolega chciał przy okazji remontu, jak to wdzięcznie określił: „krzywiznę jego mać wyprostować”. Wojewódzki Konserwator, przed którym kolega nieopatrznie ze swym zamiarem się zdradził, do onego pomysłu zgłosił stanowcze veto argumentując, że owa krzywizna jest świadectwem, w jaki sposób nasi XV-wieczni przodkowie budowali i jak radzili sobie z oporem materii.
Zgodnie więc z zaleceniem Pana Konserwatora, gzyms pozostał takim jakim był, czyli w widoczny i rażący sposób krzywym.
Gdy renowacja się zakończyła, wszyscy odnowionym kościołem byli uradowani. Wszyscy za wyjątkiem Pana Miecia, dobiegającego osiemdziesiątki emerytowanego murarza, który będąc fachowcem i krytycznie przyglądając się robocie, przyszedł w końcu do proboszcza z pretensjami. Pretensje dotyczyły oczywiście tęczowego gzymsu, jego krzywizny i straconej okazji by to brzydactwo poprawić. Mój kolega tłumaczył Panu Mieciowi, że Konserwator, i że świadectwo budowania, i że XV-wieczni przodkowie z oporem materii.
Pan Mieciu na te tłumaczenia jeszcze bardziej się zdenerwował i wykrzyczał co następuje (cytuję w wersji przekazanej przez kolegę): „Księże Proboszczu! Jaki kurwa XV wiek? To ja, razem ze szwagrem, 40 lat temu, po robocie, ten gzymsik wymurowałem. Ale ja wtedy ostro brałem, no i szwagier też. Narąbani byliśmy tak, że o mało co, a z rusztowania byśmy spadli. No i po pijaku ten gzymsik nam taki wyszedł. A ś.p. ks. Kanonik, co nas najął do tej roboty, niedowidział i tej fuszery nie zauważył. Ludzie powiedzieli mu o tym, gdy już rusztowanie było zdemontowane. Opierdolił mnie jak św. Michał diabła i powiedział, że będę patrzył na ten gzyms do końca życia i do końca życia będę się wstydził. No i wyprorokował…”
Tak naprawdę nie wiem, czy ta historia – o nieporozumieniu, niewiedzy, ludzkiej małości, konsekwencjach swoich czynów i wstydzie - do czegokolwiek w notce i pod notką Szanownego Gospodarza pasuje. Mam także wątpliwości, czy jest dowcipna. Ale wątek tęczowy jest zachowany. Bo tęcza – łącząca niebo z ziemią – jest tutaj najważniejsza…

DAWKA NR 2:
W minioną niedzielę, dzieci z mojej parafii przystąpiły do 1 Komunii Świętej. No a teraz trwa tzw. Biały Tydzień. Dzieci codziennie, w białych strojach, przychodzą do kościoła, uczestniczą we Mszy Świętej i pobożnie jednoczą się z Panem Jezusem.
Piszę o tym, ponieważ wczoraj, gdy przed Eucharystią siedziałem – bezrobotny – w konfesjonale i przypatrywałem się dzieciom, zajmującym miejsca w kościelnych ławach, zdałem sobie nagle sprawę, że te dzieci (skądinąd dobre i pobożne), są takie jakieś inne, w porównaniu z dziećmi sprzed np. 20 lat. Różnica polega na tym, że gdy 20 lat temu, w czasie Białego Tygodnia siedziałem w konfesjonale, to nie byłem bezrobotny. Właściwie codziennie przychodziło wtedy choć kilkoro dzieci (z tych pierwszokomunijnych), by wyznać swoje grzechy. Byłem wtedy młodym księdzem i trochę się na to zżymałem, bo przecież tak naprawdę, żadne z tych dzieci nie miało z czego się spowiadać. Każde było w łasce uświęcającej. Ale chciały skorzystać z Sakramentu Pokuty, bo się obawiały, że jakieś wypowiedziane w ciągu dnia słowo, jakiś uczynek, czy zrodzona w głowie myśl, o których sądziły, że były bardzo złe spowodują, że jeśli się nie wyspowiadają, to przystąpią do Komunii Świętej świętokradzko. Te dzieci, zupełnie niepotrzebnie ustawiające się w kolejce do konfesjonału na 10 minut przed Mszą Świętą, były w oczywisty sposób irytujące („Nadepłam mrówkę. Więcej grzechów nie pamiętam.”), ale też w jeszcze bardziej oczywisty sposób piękne.
To, że mówię o irytacji wcale nie oznacza, że księża z tym zjawiskiem walczyli. Wcale nie. W zjawisku tym istotne bowiem były nie tyle skrupuły sumienia, co raczej wielka cześć dla Najświętszego Sakramentu i równie wielka dbałość, by przyjąć Go jak najgodniej.
Księża więc cierpliwie owe dzieci spowiadali, mając świadomość, że ta nadzwyczajna wrażliwość moralna po jakimś czasie minie i jeśli dziecko regularnie przystępować będzie do Spowiedzi Świętej (najlepiej raz w miesiącu), to nie będzie miało kłopotu z właściwą oceną swego postępowania. A cześć wobec tego co święte pozostanie. A mówiąc o owej czci, nie mam na myśli tylko i wyłącznie szacunku wobec tego, co święte w wymiarze religijnym. Bo przecież – zwłaszcza dla wierzących – cześć dla Boga, jest fundamentem miłości do Ojczyzny i szacunku wobec bliźniego.
Nie wiem, kiedy zniknęło owo zjawisko nadmiernie skrupulatnego sumienia u dzieci pierwszokomunijnych. A że zniknęło, zdałem sobie sprawę dopiero wczoraj, gdy przypatrywałem się moim dzieciom. I złapałem się na tym, że od wielu już lat idąc w Białym Tygodniu do konfesjonału, jestem właściwie pewny, że żadne pierwszokomunijne dziecko do Spowiedzi nie podejdzie. I zatęskniłem za tą swoją niegdysiejszą irytacją i za wrażliwymi, dziecięcymi sumieniami.
Czy każde z tych dzieci, które kiedyś odczuwały tak wielki lęk przed sprofanowaniem tego co święte, wyrosło na dobrego człowieka? Oczywiście, że nie. Niektórzy z nich zapewne pogubili się w życiu. Ale nawet jeśli zostali pijaczkami, albo wulgarnymi kibolami owo doświadczenie pierwszokomunijnej wrażliwości mogło na nich wpłynąć w ten sposób, że jeśli się tego ktoś od nich domaga, to potrafią zachować się przyzwoicie (przyzwoicie wobec Boga, przyzwoicie wobec Ojczyzny, przyzwoicie wobec bliźniego). Piszę „mogło”, bo oczywiście nie daję żadnej gwarancji, że owo doświadczenie miało wpływ na cokolwiek. Wiem jednak, że już od bardzo, bardzo wielu lat, owo doświadczenie jest dzieciom obce i jeśli dzisiaj jest jeszcze coś, co choć hipotetycznie „mogłoby” skłonić niektórych ludzi do przyzwoitych zachowań, to na pewno nie jest tym czymś wrażliwe sumienie.

niedziela, 10 kwietnia 2011

O zabójcach bez serca i cnotliwych tchórzach

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o słowach kardynała Nycza ogłaszających koniec żałoby po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, Marii Kaczyńskiej, oraz 94 pozostałych osób, które zginęły w smoleńskiej rzezi 10 kwietnia ubiegłego roku, zrozumiałem je bardzo dobrze. Mógłbym nawet powiedzieć, ze zrozumiałem je zbyt dobrze. Że zrozumiałem je tak dobrze, że pewnie lepiej by dla mnie było ich nie zrozumieć w ogóle, czy ich wręcz nie zauważyć. Niestety, zrozumiałem je i niemal z każdym kolejnym dniem, rozumiem je coraz lepiej. Z prawdziwym bólem serca muszę też dziś przyznać, że równie dobrze rozumiem słowa, jakie do mnie skierowali inni biskupi, tym razem już nie w swoim imieniu, lecz jako tak zwana Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski. Zrozumiałem każde słowo z tego przesłania, z tej nauki i z tego, jak by nie było, świadectwa. Czytam te słowa i niemal słyszę ten głos. I, jak mówię, rozumiem wszystko od początku do końca.
Dlaczego tak bardzo potrzebuję tu deklarować swoje zrozumienie dla tego, co mi powiedzieli moi biskupi? Otóż poszło między innymi o to, że, jak czytam dziś w portalu wp.pl, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Jarosław Kalinowski wyraził opinię, że wszyscy zrozumieli co chce im powiedzieć arcybiskup Nycz, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego. Jego słowa zrozumieli wszyscy, tylko nie Kaczyński. A mnie się zdaje, że poseł Kalinowski się fatalnie myli. Że on niesprawiedliwie ocenia umiejętności intelektualne Jarosława Kaczyńskiego. Że, wbrew temu co Kalinowski sądzi, Jarosław Kaczyński zrozumiał równie dobrze jak ja, zarówno apel biskupów, jak i wcześniejszą deklarację Kazimierza Nycza. I znacznie lepiej niż sam Kalinowski, tyle że on jeszcze o tym nie wie. Może oczywiście też być tak, że Kalinowski jednak wie, tyle że tak się przyzwyczaił do komfortu miejsca, jakie sobie wymościł, że nie dość że nie życzy sobie czuć tego bólu, to nawet nie chce o nim myśleć. Inna sprawa, że to już nie jest naszym problemem i naszym dylematem. Czy on zdechnie wiedząc, czy nie wiedząc – pozostaje już jego problemem i jego sumienia.
Słowa biskupów są proste, jak w niegdysiejszej piosence Wojciecha Młynarskiego: „Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste. Myśli są trzeźwe, słowa są ostre, i ranią. Cholernie mnie ranią”. Tu nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby wiedzieć, co to za myśl, co to za moc. Wsłuchajmy się w słowa biskupów:
„Zewnętrzne przejawy bólu z powodu trudnego doświadczenia są normalnymi, ludzkimi reakcjami. Ważne jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymali i uczynili jeden krok dalej - krok wiary, tzn. powierzyli Panu Bogu bolesną rzeczywistość oraz siebie samych. Dopiero wtedy cierpienie nie tylko nie będzie nas niszczyć, ale uczyni nas bogatszymi wewnętrznie. […] Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zgromadziły się spontanicznie tłumy ludzi. Składano kwiaty i wieńce, palono znicze, odmawiano modlitwy. W wielu miastach były celebrowane msze święte w intencji ofiar katastrofy. Odbyły się marsze pamięci, wiążące się też z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. W pogrzebie Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii, który odbył się 18 kwietnia w Krakowie, uczestniczyły dziesiątki tysięcy osób; uroczystość oglądały w telewizji miliony. Kraj ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły. [..] W naszej Ojczyźnie zawsze będzie po nich puste miejsce. Ile czasu potrzeba, aby dobrze przeżyć czas pożegnania bliskich nam osób? […] W sumie jednak nie tyle ważna jest długość czasu poświęconego na żałobę, ile sposób, w jaki zdołamy ten czas przeżyć. Właściwe granice żałobie wyznacza miłość. […] Cmentarz nie może stać się naszą świątynią, ani naszym domem. Nie pomożemy zmarłym zatrzymując się w nieskończoność przy grobie. Nie odnajdziemy tam naszych bliskich, ponieważ oni przeszli już do wieczności i odtąd miejscem spotkania z nimi jest wiara i ufna modlitwa, a także podjęcie ideałów ich życia. Natomiast samo doświadczenie żałoby może zaowocować naszą większą dojrzałością duchową. […] Wtedy to cześć dla naszych zmarłych nie będzie tylko i wyłącznie powierzchownym kultem w postaci pomników, tablic, lampek i kwiatów oraz łez żalu. […] Niech ta katastrofa umocni wzajemne więzi w naszej Ojczyźnie, Europie i świecie. Niech świadomość tej wspólnoty pozwoli nam zespolić serca, ideały i czyny, by nasz świat stawał się coraz bardziej ludzki. […] Bracia, nie oczerniajcie jeden drugiego. Kto oczernia brata swego lub sądzi go, uwłacza Prawu i osądza Prawo. Skoro zaś sądzisz Prawo, jesteś nie wykonawcą Prawa, lecz sędzią. […] Dziękując Bogu za bohaterskie życie ofiar Katynia oraz dobro służących Ojczyźnie ofiar katastrofy smoleńskiej uszanujmy pamięć ich czynów. Niech one pobudzą nas do mądrej i bezinteresownej służby na rzecz dobra wspólnego. Módlmy się jednocześnie do miłosiernego Boga, aby wzbudził nowych synów i córki Ojczyzny, pragnących służyć ofiarnie i odważnie ludziom nowych czasów”.
Ponieważ, jak już to zdeklarowałem, rozumiem te słowa bardzo dobrze, ale – co może ważniejsze – jestem pewien, że rozumieją je przynajmniej wszyscy ci, którzy odwiedzają ten blog, ani już słowa więcej na ten temat. Niech one same wołają o boże miłosierdzie, czy o pomstę do nieba, czy o co tam sobie chcą. Ja już tu nie muszę mówić nic. Natomiast to co mogę zrobić, to przypomnieć możliwie najpełniej, jak wyglądała owa żałoba, do której zakończenia wzywają moi biskupi i jak w tym bolesnym czasie wyglądał ten kraj, który, jak to pięknie opisuje wystosowany przez nich list, „ogarnęła narodowa żałoba, także dlatego, że ta śmierć ujawniła nam prawdziwą wartość osób, które zginęły”.
Już kilka dni po tamtym nieszczęściu, na wieść o planach pochowania Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, środowiska nieprzyjazne zmarłemu prezydentowi, we współpracy z ogólnopolskimi mediami zaczęły organizować demonstracje, podczas których jego pamięć została po raz pierwszy brutalnie podeptana. Dwóch popularnych dziennikarzy, Wojewódzki i Figurski, napisało, wykonało i wyemitowało w przestrzeń ogólnopolską piosenkę, wyszydzającą pomysł pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. W tym samym mniej więcej czasie, w jednym z wywiadów, Władysław Bartoszewski, też uznał za stosowne wyrazić zdziwienie, że „prezydent Warszawy” ma być pochowany właśnie tam, w Krakowie, na Wawelu. On to powiedział tuż po śmierci Lecha Kaczyńskiego, a jego słowa zostały publicznie ogłoszone. Myśl tę zresztą uzupełnił informacja, że on nie rozumie, skąd tyle szumu, skoro gdzieś zawsze jakieś samoloty się rozbijają.
Mniej więcej w tym samym czasie, z otwartym listem wystąpił Andrzej Wajda i zaprotestował przeciwko chowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, a po nim przyszedł Kazimierz Kutz i oświadczył, ze dość już tej żałoby – jak Eminencja widzi, on był znacznie wcześniej przed Eminencją, proszę Eminencji – bo młodzi „chcą się bawić i chodzić do kina”. Do odłożenia na bok kwestii pochówku wezwała katolicka – tak proszę Eminencji, katolicka, związana z katolickim Tygodnikiem Powszechnym – publicystka Halina Bortnowska, bo, jak powiedziała, na to czas przyjdzie po wyborach. To właśnie wtedy zaczęły krążyć pogłoski o możliwym usunięciu ciał Lecha i Marii Kaczyńskich z Krakowa. Jeszcze w kwietniu, kiedy na tym blogu, jeszcze w kwietniu i jeszcze w Salonie24, zamieściłem serię żałobnych zdjęć Prezydenta i jego rodziny, cały wpis na żądanie Agory został usunięty pod groźbą sądowego procesu. W przestrzeni publicznej żądania zakończenia żałoby nabrały już takiej intensywności, że swoim przeżyciom dałem wyraz, publikując na blogu tekst zatytułowany „Koniec żałoby, czyli panie do środeczka”. Było to 5 maja, niecały miesiąc po katastrofie. Zaledwie parę dni później, wciąż jeszcze w pierwszym miesiącu po katastrofie, w telewizji TVN24 wystąpił wówczas prominentny polityk Platformy Obywatelskiej Kazimierz Kutz i publicznie zrugał Elżbietę Jakubiak za to, że ona założyła czarną bluzkę, „bo przecież żałoba się już skończyła”.
W drugim miesiącu po Smoleńsku, Stefan Niesiołowski, w oficjalnej wypowiedzi, zbeształ Martę Kaczyńską za to, że ona pokazuje się na czarno, chcąc w ten sposób wymusić na Polakach współczucie. Dziś tan sam Stefan Niesiołowski, wicemarszałek Sejmu, ogłasza, że PiS bezczelnie wymusił na Polsce dla „swojego prezydenta” miejsce na Wawelu, i niech już więcej na nic nie liczy, bo Lech Kaczyński był prezydentem fatalnym. Mam wrażenie, że to też właśnie wtedy, w maju mniej więcej, ruszyła energiczniej kampania piwna pod hasłem „Zimny Lech” i chyba też gdzieś wtedy właśnie w pobliżu Wawelu rozciągnięto wielki billboard z tym właśnie hasłem. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej szefowa kampanii Bronisława Komorowskiego, Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała, że jej zdaniem, normalna żałoba powinna trwać tydzień – kolejna osoba, która ubiegła Eminencję. Dzień przed drugą turą wyborów, do Krakowa przybyła Hillary Clinton, wzięła udział w spotkaniu przedwyborczym organizowanym przez środowiska nieprzyjazne Lechowi Kaczyńskiemu, i nie uznała za stosowne nawet przyjść na Wawel i złożyć kwiaty na grobie Lecha i Marii Kaczyńskich – widocznie poinformowano ją, że jest już po żałobie. Też jeszcze w lipcu, Magdalena Środa, osoba powszechnie znana, której opinie są wysłuchiwane i cytowane, publicznie oświadczyła, że to bardzo dobrze, że Kompania Piwowarska umieściła swój billboard z „zimnym Lechem” u stóp Wawelu, bo Lech Kaczyński sobie na to szyderstwo „zasłużył”. Dziś, jak się dowiaduję, ta sama Środa została laureatką nagrody Europejczyka Roku 2010, obok wielu innych, podobnie jak ona, zasłużonych Polaków.
Dosłownie od pierwszego dnia po katastrofie, główny nurt medialny, z większą lub mniejszą intensywnością głosił informację, że odpowiedzialność za śmierć Prezydenta, jego małżonki i innych poległych w Smoleńsku spoczywa albo na samym Lechu Kaczyńskim, albo na pilotach, albo na pijanym generale. Opinia ta była niemal codziennie, od rana do wieczora powtarzana we wszystkich możliwych mediach i w różnorakiej formie, od rana do wieczora. Niekiedy, do grupy osób winnych tragedii dorzucany był Jarosław Kaczyński. Apogeum tego ataku nastąpiło, kiedy w popularnym programie Moniki Olejnik została zaprezentowana opinia, że egzekucja Lecha Kaczyńskiego została zaplanowana i przeprowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego. Do dziś, ta sugestia jest powtarzana zarówno przez Lecha Wałęsę, Janusza Palikota, Kazimierza Kutza, ale też przez część komentatorów, którzy żądają ujawnienia treści ostatniej telefonicznej rozmowy obu braci.
Słyszymy niemal codziennie, właściwie od pierwszego dnia po katastrofie, i słyszymy wciąż, historie o obłąkanych pilotach, pijanym samolocie, i jeszcze bardziej pijanym prezydencie. Opinie te wygłaszają powszechnie znani dziennikarze, zapraszani przez nich politycy i lotniczy eksperci. Dzień w dzień od rana do wieczora, od początku. A jednocześnie, codziennie, możemy obserwować nieszczęsny, porzucony wrak polskiego samolotu, tonący w smoleńskim błocie, okradany przez okolicznych złodziei, obszczywany przez okoliczne psy, niszczony przez okoliczne deszcze i wiatry. Jedyną znaną mi reakcją na tę profanację ze strony polskiego rządu, były przeprosiny zaadresowane w języku rosyjskim i skierowane przez rzecznika polskiego rządu pod adresem rosyjskich władz, za ocenione jako nieuprzejme słowa, wypowiedziane w związku ze wspomnianym traktowaniem. Ze strony polskiego Kościoła natomiast wciąż słyszałem jedynie wezwania do modlitwy, do usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, i o niewykorzystywanie tragedii Smoleńskiej do polityki.
Jednocześnie, ludzie oddający cześć poległym w Smoleńsku, błagający o odpowiednie uszanowanie ich pamięci – czy to krzyżem, czy pomnikiem, czy choćby nie odbieraniem im możliwości palenia lampek i modlitwy – są notorycznie wyszydzani, wykpiwani, obrażani przez prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej, przez ogólnopolskie media, przedstawicieli kultury popularnej, przez organizowane przez nich wszystkich bandy chuliganów, ale także niestety przez samych przedstawicieli Kościoła.
Polski Kościół niemal jednym słowem nie wstawił się za tymi ludźmi. Ale też ani jednym słowem nie wstawił się za pamięcią i prawdą o poległych w Smoleńsku. Ani jeden list pasterski nie wziął w opiekę tych wszystkich, których uczucia przez cały rok były obrażane i kaleczone, ale też ani jeden list pasterski nie znalazł w sobie odwagi, by zadać to jedno, proste pytanie: Co się naprawdę stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku? Jeśli gdzieś pojawiło się zdanie o potrzebie czczenia pamięci i modlitwy za zmarłych, natychmiast było równoważone dziesięcioma, wzywającymi do tego by ta modlitwa i ta pamięć broń Boże nie miała pretekstu politycznego, i żeby pod żadnym pozorem nie towarzyszył jej obraz rozerwanego na strzępy samolotu. Ani jeden list pasterski nie został skierowany pod adresem tych, którzy pamięć o Prezydencie i prawdę o katastrofie wielokrotnie i w tak straszny sposób obrażali. Nie znam jednego w miarę jednoznacznego stanowiska Kościoła upominającego tych wszystkich, którzy przez niemal już rok w najbardziej bezlitosny sposób dręczą ludzi z takim bólem przeżywających tamtą śmierć. Nie znam jednego prostego stanowiska Kościoła przedstawionego z zamiarem napomnienia tych wszystkich, którzy tak brutalnie zadręczają tonących w bólu bliskich ofiar tamtej tragedii. Każdy znany mi list pasterski skupiał się przede wszystkim na napominaniu ludzi wiernych, pobożnych i cierpiących. Od samego początku polscy biskupi w decydującej swojej części stanęli po stronie władzy. A więc po stronie dzisiejszych agresorów i zwycięzców. Zajęli stanowisko motywowane towarzysko i politycznie, i w ramach tej szczególnej filozofii, odwrócili się do Krzyża plecami. I dziś jest tak samo. Wciąż tylko wznoszą idealnie abstrakcyjne apele o modlitwę, o wzajemny szacunek i przede wszystkim o nieangażowanie Krzyża do polityki. A przy okazji, uznając z satysfakcją, że zrobili wszystko co do nich należało, apelują o koniec żałoby.
Jak mówię, wszystko świetnie zrozumiałem. Bóg zapłać. Z rady nie skorzystam. Nie umiem. Wchodzę w kolejny rok tej żałoby. I co ciekawsze, spowiadać się z tego nie będę.


Powyższy tekst, w wersji pierwotnej, można też czytać w Warszawskiej Gazecie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...