Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eluana Englaro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eluana Englaro. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 stycznia 2021

Mijają lata, a my znów mamy się zamknąć?

 

Jeśli ktoś z nas jeszcze od czasu do czasu ogląda Wiadomości TVP, z całą pewnością miał okazję obejrzeć krótką scenę z jednego z brytyjskich szpitali, gdzie w chwili gdy piszę ten tekst jest z zimną krwią zabijany przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości pewien człowiek, tak się tym razem składa że nasz rodak. Kto miał okazję widzieć tę scenę, podobnie jak ja musiał przeżyć widok owej zalanej łzami twarzy człowieka, który, jak wiele na to wskazuje, przynajmniej czuje że jest prowadzony na egzekucję i nie ma już żadnej nadziei, że – tak jak to wielokrotnie zdarzało się skazanym na śmierć okrutnym mordercom – w ostatniej chwili przyjdzie rozkaz wstrzymania owej fatalnej procedury. Większość z nas wreszcie zapewne wie, że choćby nasz rząd – tak dzielnie interweniujący u brytyjskich władz w kwestii wstrzymania tej egzekucji i zgody na powrót naszego rodaka do Polski – zagroził w odwecie Wielkiej Brytanii wymordowaniem wszystkich przebywających na terenie naszego kraju Brytyjczyków, oni tu akurat nie ustąpią. Dlaczego? Bo z jednej strony, zdają sobie znakomicie sprawę z tego, że gdy chodzi o stan w jakim znajduje się ów człowiek, a z drugiej, że gdyby to się miało okazać, to w ten sposób nie dość, że owa kultura obozu koncentracyjnego, jakiej oni od lat hołdują, uległaby pełnej kompromitacji i za wiele wcześniejszych, podobnych aktów, trzeba by było odpowiedzieć. Módlmy się więc za pana Sławomira, by Miłosierny Bóg zechciał przyjąć go do Siebie, a ja tymczasem jedyne co mogę zrobić, to przypomnieć pewien swój tekst jeszcze z lutego 2009 roku.

 

 

 

 

      Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia życia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych czasach chodzi po mojej biednej głowie.

      I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.

      Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.

      Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że – szczęśliwie – sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia „Gazety” – brudnym i nieszczerym.

      Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.

      Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje moja żona zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie właśnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.

      I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby – umierając – miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…



 


poniedziałek, 31 lipca 2017

Tonąca w radości i rozpaczy historia o spóźnionym sprzątaniu

Ponieważ skutkiem pewnej szczególnej serii zdarzeń, wszystko nam się opóźniło, wyszło tak, że ten tydzien otworzymy tekstem wspomnieniowym, jeszcze z roku 2009. Ale za to jakim! Polecam bardzo gorąco. Tu jest wszystko, co nas dziś powinno interesować.


      Nie wiem, ile może być jeszcze osób, które wciąż, do dziś, pamiętają, że 9 lutego roku, który nam się niedługo skończy, w miejscowości Udine we Włoszech zmarła kobieta nazwiskiem Eluana Englaro. Niektórzy mówią, że ona nie zmarła, ale została zamordowana. Są jednak też i tacy, którzy mówią, że ona w żaden sposób nie została zamordowana, ale sobie cichutko zmarła, i to dzięki wsparciu ludzi, którzy nie mieli nic innego na myśli, jak tylko to, żeby owej Eluanie ulżyć w przykrościach, które ona – biedna – musiała znosić. Prawda jest akurat taka, że choć ona nie została zamordowana, to wcale nie umarła sobie cichutko. Umarła z hukiem, od którego wprawdzie świat się jakimś cudem nie zawalił, ale jeśli nie wiemy dlaczego, to tylko dlatego, że nie znamy tak naprawdę bożych ścieżek. I jesteśmy tu głupi jak przysłowiowa klozetowa deska.
      Eluana Englaro ani nie została zamordowana, ani też nie umarła cichutko, i to akurat wiemy na pewno. Wiemy tez jeszcze coś. To mianowicie, że na początku, zdecydowany plan, żeby ją zabić, istniał z całą pewnością, i że, mimo iż ostatecznie jednak ów plan nie wypalił, jej śmierć sprawiła, że w wielu miejscach tego naszego świata, już chwilę potem, wystrzeliły korki szampana. No i z tej informacji wynika jeszcze jedna. Że ten świat już nie żyje, dokładnie tak samo, jak ta biedna kobieta. A co gorsza, zmarł ten nasz świat w sposób jak najbardziej zasłużony.
      Kiedy Eluana Englaro została doprowadzona do zawału serca, napisałem tu, w Salonie tekst, który do dziś uważam za swój może i najważniejszy, a poświęcony właśnie jej śmierci i tym korkom, a który zatytułowałem pytaniem: „I znów mamy się zamknąć?” http://toyah.salon24.pl/88280,i-znow-mamy-sie-zamknac. Kto chce, może do niego zajrzeć i sobie poczytać. Myślę, że nawet mogłoby się to teraz okazać dość pożądane. Nie wykluczam nawet, że właściwie, biorąc pod uwagę to, że wielu czytelników tego bloga śledzi na co dzień to, co się dzieje w świecie, mogłoby to się też okazać jedyną rzeczą, którą warto teraz zrobić. No ale napiszę jeszcze coś, co czuję, że musi być napisane. Więc, kto chce, niech czyta. Kto nie chce, niech płacze. To jest bowiem na to idealny moment.
      Powód, dla którego w lutym napisałem i umieściłem tu ów tekst był jednoznaczny. Chodziło o to, że za tą śmiercią, która mną osobiście bardzo poruszyła, pojawiły się głosy satysfakcji. I rzecz nie wtym nawet, że z radości podskoczyła Kazimiera Szczuka i jej znajomi, ale że nawet tu na blogu, znaleźli się tacy, którzy poczuli się zmuszeni do tego by ze szczęścia zagulgotać. Nie mówię tu o jakiejś szczególnej satysfakcji. Nie takiej, jaką się czuje, kiedy nasi siatkarze zdobędą medal, lub gdy polska drużyna piłkarska wlepi Kanadzie. Satysfakcji skromnej. Mówię o zwykłej, prostej satysfakcji z tego powodu, że udało się skutecznie doprowadzić do kolejnej niewinnej śmierci, i że ta tak niewinna śmierć, przeszła jak trzeba. Czysto i gładko.
      Napisałem więc ten tekst, głownie po to, żeby powiedzieć tym wszystkim, którzy się cieszą, że ich radość nie może być pełna z jednego tylko, ale bardzo znaczącego powodu. Otóż, kiedy Cywilizacja odmówiła Eluanie Englaro posiłku, z takim zamiarem, że jeśli ona nie będzie jadła i piła, to po prostu umrze, ta nieszczęsna kobieta – tak wyszło – nie umarła ani z głodu, ani z pragnienia, ale zanim jej organizm nie wytrzymał tego braku, nie wytrzymało jej serce. A rozpadło się jej ono właśnie z tej rozpaczy, z tego strachu, z tego nieszczęścia i z tego – być może – bólu. Ktoś mi powie, że bólu nie, bo Cywilizacja – w swojej pełni – do samego końca podawała jej środki ów ból uśmierzające. Więc niech będzie, że bólu nie. Przynajmniej nie tego, który taka Kazimiera Szczuka, lub pewien internetowy kometator, mogą objąć swoją bardzo szczególnej myślą.
      Napisałem ten pełen najgorszej rozpaczy tekst i zakończyłem go następującymi słowami: „I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby - umierając - miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…”
      Czemu tak? Otóż dlatego, że, kiedy dowiedziałem się, że ona nie umarła z głodu i z pragnienia, lecz na zawał serca, z przerażeniem pomyślałem sobie, ze ona – w tej swojej bezradności, w tym swoim bezruchu i w tej swojej nieszczęsnej samotności – doskonale wiedziała, co się dzieje. Że ona świetnie słyszała tych wszystkich ludzi, włącznie ze swoim ojcem, jak szykują dla niej ten upiorny koniec. I że, kiedy poczuła głód i pragnienie, domyśliła się, co się stało i umarła. Tak sobie pomyślałem. I napisałem ten tekst.
      I oto w tych dniach, dochodzi do nas informacja, ze w Belgii, po dwudziestu trzech latach nawiązano kontakt, czy, jak wolą niektórzy, wyprowadzono ze stanu wegetatywnego, pewnego mężczyznę. Zapamiętajmy jego nazwisko – Rom Houben. To nazwisko i tamto – Eluana Englaro. Otóż stało się tak, że ów Rom Houben, po ponad dwudziestu latach stanu, który dla wielu jest stanem nie zasługującym ani na litość, ani nawet na współczucie, odzyskał świadomość i pierwszą rzeczą, jaką powiedział, to ta, że on przez te dwadzieścia trzy lata, dzień za dniem, doskonale wiedział, co się wokół niego dzieje. I że tak bardzo pragnął coś powiedzieć, ale nikt go nie słyszał. Opowiada, jak krzyczał wniebogłosy ( W NIEBO GŁOSY) – ale nikt go nie słyszał. I o tym też dziś mówi. Jak strasznie chciał powiedzieć, że on wszystko wie i wszystko czuje, a jednocześnie z coraz większym bólem i rozpaczą wiedział, że to wszystko na nic. Bo nikt go ani nie rozumie, ani nie słyszy, ani nawet nie planuje usłyszeć. Ale powiedział coś jeszcze. Że to jest stan straszny nie do opisania.
I wszyscy się dziś tym niezwykle ciekawym zdarzeniem emocjonujemy. Wszyscy strasznie się ekscytujemy, że jakież to jest niesamowite, że dzieją się takie rzeczy. Że ileż to jeszcze tajemnic kryje przed nami współczesna medycyna i współczesna nauka. Patrzcie państwo! Toż to się w głowie nie mieści! Taka niby roślina, a wszystko wiedział. No, no. A my tu myślimy, że już wszystko wiemy. Oj ten człowiek! Ileż to jeszcze zagadek przed nami ten nasz świat kryje!
       Piszę ten tekst, a za chwilę wkleję go na tym blogu. I nie wiem kompletnie, czy ludzi, którzy pamiętają, co się stało w lutym tego roku we Włoszech, jest dużo, mało, lub czy w ogóle ktokolwiek jeszcze wie i pamięta. A jeśli pamięta, to czy pamięta też, że Eluana Englaro nie zmarła z głodu, ale z rozpaczy. I już wiem, że nawet jeśli jest ich więcej, niż się mogę spodziewać, to ta wiedza i ta pamięć nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Że ta wiedza jest psu na budę. Że ta wiedza jest gówno warta! Z tej prostej przyczyny, że świat, w którym żyjemy, tego typu zdarzenia traktuje wyłącznie jako kolejny news. Jako to bowiem wyłącznie świetny powód, by dzień, który właśnie minął uznać za pełny i udany. A doszło do tego z tego marnego i jakże prostego powodu, że świat w którym żyjemy nie jest już więcej cywilizacją życia, lecz cywilizacją śmierci. Z tego wreszcie nieszczęsnego powodu, że kiedy o cywilizacji śmierci wspominał Jan Paweł II, to on się nie bawił kolejnymi bon motami, lecz przekazywał wiadomość, którą myśmy uznali za coś równie interesującego i poruszającego, jak szlagwort Pokolenie JP II. Oto świat, oto cywilizacja, gdzie to o czym dziś piszę, nie jest ani znakiem, ani przestrogą, lecz wyłącznie towarem. Dokładnie takim jak jogurt na cholesterol, kolagen na zmarszczki, czy piątka na Orkiestrę.
      Przepraszam bardzo, ale muszę kończyć, bo czuję, jak każde następne słowo prowadzi mnie nawet jeśli nie do bardzo spektakularnego podpalenia się w głupim i niemym proteście, to do wybuchu gniewu, który mnie z tego miejsca – w absolutnej zgodzie z regulaminem – zwolni. Jakież to szczęście, że Dobry Bóg, nie tylko obdarzył nas i naszą nędzą i naszą wielkością, ale dał nam przy tym jeszcze tę umiejętność przystosowania się. I do jednego i do drugiego.

Książki jak zawsze są do kupienia w naszej ksiegarni. Kto chce, znajdzie.


piątek, 27 listopada 2009

O czasach dobrych i złych i bzdurnych

Zupełnie ostatnio napisał mi ktoś, że ludzie, komentując rzeczywistość, przyjmują dwie perspektywy. Albo patrzą na świat przez pryzmat swoich emocji, a następnie to spojrzenie starają się racjonalizować, albo patrzą na świat po prostu racjonalnie i tylko czasami dokonują pewnych emocjonalnych korekt. Tak tę diagnozę odczytałem, i choć biorę pod uwagę, że czegoś nie zrozumiałem, bo w ogóle rozumiem stopniowo coraz mniej, postaram się ją skomentować, choćby po to, żeby od niej przejść do czegoś bardziej, moim zdaniem, znaczącego. Pozostanę jednak chwilę przy tej przywołanej wyżej opinii. Otóż ów komentator, w uzupełnieniu tego co napisał wcześniej, poinformował mnie, że jeśli ja nawet w jakiś sposób odstaję od tych, którzy na świat patrzą, kierując się głownie emocjami, to tylko w ten sposób, że jestem od nich sprawniejszy intelektualnie i warsztatowo, więc ta – fałszywa, bo wymuszona – racjonalizacja przychodzi mi łatwiej.
Choć przedstawioną wyżej sekwencję ocen uważam za wyjątkowo niemądrą i nawet nie zasługującą na polemikę, to jednocześnie sądzę, że jest w niej coś takiego, co może bardzo skutecznie zainspirować do pewnych ogólnych już bardzo refleksji. A mówiąc „coś”, mam na myśli pewien kulturowy fenomen, który, na swoim początku, jest wynikiem tego, do czego nieszczęśliwie doszedł dzisiejszy świat, a u swego końca przejawia się takim szczególnym przekonaniem, że nie ma już konfliktu między dobrem a złem, lecz wyłącznie między tym co słuszne, a co niesłuszne. Przy tym słuszne jest to, co jest zracjonalizowane od początku, a niesłuszne to, co stara znaleźć dla siebie jakąś racjonalizację już po fakcie. Praktyczny efekt tego szczególnego myślenia jest taki, że mamy rację nie dlatego, że wyznajemy jakieś wartości i emocjonalnie ich bronimy, lecz dlatego, że jesteśmy mądrzy, rozsądni i opanowani i dzięki temu każdą rzeczywistą wartość jesteśmy w stanie natychmiast rozpoznać. A jeśli ją postanowimy bronić – choćby i emocjonalnie – to mamy z góry tę przewagę, którą uzyskaliśmy właśnie przez swoją racjonalność.
Uczciwie powiem, że nie wiem zupełnie, odnośnie czego został przedstawiony ten komentarz. Nie wiem, bo nie pamiętam, czy on dotyczył konkretnego mojego poglądu (czy może przejawu mojej histerii), czy został skierowany do mnie tak ogólnie, w tym sensie, że ja – owszem – ładnie piszę, tyle że to w cokolwiek tam sobie wierzę, jest niepoważne, bo nie poparte poważnym zastanowieniem. Nie wiem i też nie bardzo zależy mi na tym, żeby to zbadać, choćby dlatego, że – jak już wspomniałem wyżej – tego typu myśl odbieram jako bardzo marną i niewartą nawet polemiki. Natomiast uważam za ciekawą, próbę opowiedzenia jak to jest z wartościami, i dlaczego przywiązanie do wartości może się niekiedy okazać tak silne, że aż prowadzące do tego, że człowiek najpierw zaczyna się emocjonować, by następnie dojść do przekonania, że właśnie teraz zrozumiał, że tylko to co ujrzał i czego jest teraz gotów bronić, jest prawdziwie racjonalne.
W odpowiedzi na wspomniany komentarz, przyznałem, że – owszem – kieruję się emocjami i być może zupełnie nierozsądnym zacietrzewieniem, wyłącznie co do jednej rzeczy. Mianowicie kłamstwa. Jeśli prowadzę ten blog i wciąż piszę te teksty, na najróżniejsze tematy, a jednocześnie operuję na takim poziomie czystego krzyku, to wyłącznie po to, żeby wskazać palcem powszechne, niewyobrażalnie rozpanoszone kłamstwo. Oczywiście, mam swoje sympatie (to są właśnie te wspomniane emocje) i pewnie też obsesje, niemniej jeśli cokolwiek mnie naprawdę zmusza do zabierania głosu, to poczucie porażenia kłamstwem.
Wpis, który zebrał tu największą liczbę komentarzy, dotyczył zdarzenia niezwykle mało istotnego, i osoby jeszcze mniej istotnej, a jednak wplątanego w tak nieprawdopodobnie intensywne kłamstwo, że trudno jest mi się jeszcze teraz z niego otrząsnąć. Nie chodzi bowiem ani o to, że jakiś piosenkarz jest zwyczajnie kiepski, ani o to, że jego piosenka stała się dziwaczną sensacją, ani nawet o to, że ludziom podoba się coś, co jest po prostu marne. Zmartwieniem moim było to, że ci, którzy mają moc decydowania i w których rękach jest w gruncie rzeczy i los naszego kraju i jego pamięci, odstawiają najzwyklejszą partaninę, pokazują ją, i mówią wszystkim, że oto Ojczyzna, oto Historia, i oto jej Dziedzictwo. Ledwie wczoraj, moj bardzo bliski kolega wspomniał mój stary wpis, dotyczący tzw. sprawy Cugier-Kotki i poinformował mnie, że on by się raczej po mnie spodziewał poważniejszych odniesień. A ja wciąż pamiętam, jak kłamstwo, które przecież jest wokół nas codziennie, w tamtych dniach stało się harde i bezczelne. I to całkowicie niezależnie od tego, czy tamta kobieta piła już wcześniej, czy może dopiero później się rozpiła. I czy najpierw była z PO, a później z PiS-em, czy odwrotnie. Ale podobnie i teraz, kiedy płaczę nad losem kobiety zamęczonej na śmierć przez jej własnego ojca i przez świat, w którym przyszło jej żyć, to też nie dlatego, że uważam życie za wartość aż tak uniwersalną , lub jej cierpienie za tak wyjątkowe, że warte aż takiego alarmu. Lecz dlatego, że to co się stało jest oficjalnie i publicznie i powszechnie przedstawiane jako właśnie tryumf słuszności, a więc dobra. Ale o tym za chwilę.
Słyszę opinie, że moje zawodzenia nad tym, co się stało ze światem i co się stało z nami są niepoważne, choćby dlatego, że jeśli spojrzymy na historię człowieka, to zobaczymy, że jest ona od samego początku usiana grzechem, występkiem i cierpieniem. Najczęściej zupełnie niezawinionym. Że zło miesza się z dobrem od początków dziejów i nie możemy całkowicie uczciwie powiedzieć, że dopiero teraz stoimy wobec zdarzeń, które stanowią punkt ostateczny. I ja oczywiście doskonale wiem, o co chodzi. Wiem, że los tej zamęczonej na śmierć kobiety jest pewnie nawet nieporównywalny z losem tych wszystkich, którzy w jakimś momencie swojego życia musieli stanąć wobec zła niewyobrażalnego w swojej bezlitości. Ja też znakomicie rozumiem, że każde kłamstwo, z którym mamy do czynienia dziś, na poziomie czy to polityki, czy życia społecznego, jest niczym wobec kłamstw, z którymi ci, którzy przed nami odeszli musieli się zmierzyć. Jednak ja emocjonuję się czymś zupełnie innym i jeśli wciąż tu podnoszę zgiełk i – zdaniem niektórych – zwyczajnie histeryzuję, to w związku nie z samym pierwotnym kłamstwem i samym pierwotnym złem, ale w związku z tym, jak to pierwotne kłamstwo i pierwotne zło zostało współcześnie zaakceptowane i oznaczone jako nie słabość, błąd, czy skutek uboczny, lecz jako nasz sukces i dowód osiągniętego przez nas postępu. I jeśli dziś wpadam w tak wysoki ton, to też nie tylko dlatego, że publicznie i oficjalnie ten sukces został odtrąbiony, ale dlatego też, że ta wiadomość została powszechnie przyjęta z dumą i radością przez ludzi, którzy na co dzień nie są ani mordercami, ani oszustami, ani nawet głupcami.
Nie do końca kompetentnie, a być może w ogóle niekompetentnie, jednak jakoś tam orientuję się w dziejach świata. Wiem co człowiek wyprawiał za czasów Cesarstwa Rzymskiego, co człowiek pokazał za czasów renesansowej Anglii i francuskiej rewolucji, czy wreszcie, do czego człowiek był zdolny przez cały XX wiek. I wiem, że, jak idzie o poziom nienawiści, w połączeniu z prostymi ambicjami, a to wszystko w połączeniu ze zwykłym opętaniem karmiącym ludzką wyobraźnię, nie mamy się czym szczycić. Natomiast nie ulega dla mnie wątpliwości, że jeśli zobaczymy, co człowiek może zrobić, jeśli idzie o jego rozum i jego szczególne poczucie kulturowej i cywilizacyjnej misji, to weszliśmy właśnie w czas ostateczny. Mogę się mylić. Może się okazać, że moja wyobraźnia jest komicznie uboga, a wiara siłę swojej oceny zabawnie rozbuchana i, jeśli tylko dożyję, to mogę się bardzo zdziwić. Może tak. Ale tego akurat nie wie nikt. Z perspektywy, którą dziś zajmuję, jest najgorzej.
Dlaczego najgorzej? Dlatego mianowicie, że mamy czasy, gdzie w pewien bardzo przewrotny sposób, wszystko to, co dotychczas, w epoce rozwoju nauk, ekologii i wzmożonego poczucia moralnego obowiązku wobec świata i człowieka, zostało uznane za błąd i plamę na naszej historii, jest jednocześnie, jak gdyby tylnymi drzwiami, przyjmowane z bardzo poważnie formułowanym uzasadnieniem, że dla pewnych, bardzo ważnych przyczyn, powinniśmy jednak uznać, że w tych akurat okolicznościach i w tych akurat warunkach, kłamstwo nie jest kłamstwem, zabójstwo nie jest zabójstwem, kradzież nie jest kradzieżą, a zdrada oczywiście też nie jest zdradą. I nie jest to głoszone dla jakichś doraźnych celów, czy mniej lub bardziej prywatnych porachunków. To w ogóle już nie jest przykrym sposobem na coś piękniejszego. Nie. To już jest drogą i ostateczną odpowiedzią.
Eluana Englaro została doprowadzona do śmierci nie dlatego, że sprawiała kłopot, albo że komuś przyszło do głowy, że dzięki tej śmierci będzie można coś wygrać. Za tą śmiercią i za tą zbyt powszechną radością z powodu tej śmierci, nie stały czyjeś mroczne interesy, czy nawet czyjeś osobiste zło. Ta śmierć została sprowokowana, a następnie oklaskana, wyłącznie dlatego, że ona właśnie wyznaczyła tryumf współczesnej moralności i otworzyła na oścież bramę do świata, który dopiero teraz będzie, nie prawdziwie zły, ale właśnie prawdziwie dobry. I to nie dobry dla wybranych, ale dobry dla wszystkich. Każde zło – bo to, wbrew temu co nam mówią, jest zło – jest dziś egzekwowane nie w imię innego zła, ale właśnie w imię przyszłego dobra. A przez to właśnie poświęcenie, to zło staje się automatycznie dobrem. Bo służy czemuś znacznie lepszemu, niż to cośmy dotychczas mogli sobie wyobrazić. Bo dobrem jest już właściwie wszystko, z wyjątkiem tego, co stoi na przeszkodzie temu, by to dobro wprowadzać i o jego zachowanie walczyć.
I to jest właśnie to kłamstwo, o którym piszę, a jest to kłamstwo, moim zdaniem największe. Bo kłamstwo to nie uderza w pojedyncze zjawiska, pojedyncze zdarzenia, czy w pojedynczych ludzi. To kłamstwo opanowuje i niszczy całą strukturę człowieka i całe środowisko, w którym człowiek żyje. Jest to kłamstwo troszkę przypominające kłamstwo z Orwella, tyle że nawet tam, ono albo było wynikiem wojny, albo było tej wojny stymulatorem. A skoro wojny, to jednak sytuacji skrajnej. Wojny, nawet jeśli tylko istniejącej w propagandowej ułudzie. Dziś nikt już nawet nie musi mówić o wojnie, czy o sytuacji wyjątkowej. Dziś jest po prostu dobrze i ma już być tylko lepiej.
Więc jeśli ktoś dziś przychodzi i prosi mnie o umiar, przez wzgląd na wszystko to zło i cało to kłamstwo i wszelkie to cierpienie, które nam towarzyszy od zawsze, to ja go proszę, by nie trywializował ani tych cierpień, ani tych kłamstw, ani tego zła. Bo, oczywiście, zło jest złem, choćby dlatego, że na jego początku stoi naturalnie zawsze ten sam Szatan. Ale jeśli nagle widzimy jak na dłoni, że Zły się bardzo sprofesjonalizował i jednocześnie poczuł mocno zdesperowany, nie mówmy, że nic nie dzieje się takiego, co nie działo się wcześniej, bo to nieprawda, a poza tym nieładnie. Choćby wobec tych, którzy nie mogąc być bohaterami, już tylko mogą liczyć na świętość. A może nawet – jako część tego świata – nawet i nie na to.
Nie trywializujmy więc tego zła, bo strywializowane zło ma za sobą już tylko ścianę. A ze ścianą za plecami, ono jest zdolne do wszystkiego. W odróżnieniu od strywializowanego dobra, które może nam wyłącznie pokazać różowe okulary Jerzego Owsiaka, czy pozwolić wysłuchać religijnej pogadanki Szymona Hołowni. I to akurat, na szczęście, też tylko od czasu do czasu i na krótko.

środa, 11 lutego 2009

I znów mamy się zamknąć?

Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia zycia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych chodzi po mojej biednej głowie.
I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.
Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy zyciu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.
Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie Gazety – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że - szczęśliwie - sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia Gazety – brudnym i nieszczerym.
Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje Toyahowa zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie własnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.
I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby - umierając - miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...