Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Warzecha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Warzecha. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2022

Wiadro vs. Wiadro - remis bez wskazania

 

Wczoraj, zamieściłem tu notkę, w której przypomniałem kultową tu i ówdzie wypowiedź Łukasza Warzechy na temat różnicy między traktorzystą, a pilotem boeinga. Tekst Warzechy powstał w odpowiedzi na moje wcześniejsze uwagi, skierowane pod jego adresem, a ja, tak by na wieki wieków zakończyć ową przygodę sprzed grubo ponad już 10 lat, dołożę do tego wspomnianą notkę, która tak rozwścieczyła Warzechę, że uznał za stosowne zrobić z siebie wiecznego idiotę, tego samego, którego wszyscy znamy do dziś. Bardzo proszę.

 

      Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tę jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.

       Czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny, sposób z Tomaszem Wołkiem. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.

      Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.

      Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa. I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.

      Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy.” I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowanym. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.

      „Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

       Jutro niedziela i zapewniam, że będzie bardzo poważnie. Wreszcie. Zapraszam. Tymczasem jednak:

 


piątek, 23 września 2022

O traktorach, boeingach i nieszczęściu, które nas dusi

         Zmarł Tomasz Wołek, a ponieważ nie mam na jego temat do powiedzenia niczego dobrego, dziś pozwolę sobie więcej jego nazwiska tu wymieniać, natomiast, owszem, bardzo chętnie wspomnę pewne zdarzenie sprzed lat, którego drugim bohaterem był dziś nadzwyczaj aktywnie popularny red. Łukasz Warzecha, a na doczepkę nieskromnie i ja. Oto dawno dawno temu, w telewizji TVN24, wystąpił wspomniany Warzecha, w nadzwyczaj ostrym sporze zachował się jak rozlazłe gówno, które dbało wyłącznie o to, by  robić wrażenie czegoś wykształconego i kulturalnego, a wszystko po to by już w kolejnym dniu ogłosić, że po owym występie on nie może się odgonić od komentarzy, w których różni ludzie gratulują mu nadzwyczaj nieugiętej postawy.

         Był to czas, gdy byliśmy z Warzechą kolegami blogerami w Salonie24, a zatem napisałem mu, że niech się może uprzejmie zamknie, bo sam doskonale wie, że w owej debacie zachował się jak ostatni kretyn, a on mi na to odpisał, że to ja się powinienem zamknąć, bo on jest „pilotem boeinga” podczas gdy ja zaledwie „kierowcą traktora”. Ów traktor zdeptany przez boeinga został wówczas potraktowany jako niemal symbol tego co się działo między świeżo powstającą blogosferą, a dziennikarskim mainstreamem, i już po chwili Warzecha stracił wszystko co miał, albo co mu się wydawało że miał.

        Minęły lata, a ja, choć szczerze powiedziawszy nie wiem, czy Warzecha wciąż jest zapraszany przez TVN24 do komentowania polityki, to tu w Sieci natomiast, z tego co widzę, jest on już wyłącznie przedmiotem najbardziej okrutnych kpin. Gdy chodzi o mnie, to ja akurat o nim dziś już nie wiem prawie nic, natomiast wciąż pamiętam ten czas, kiedy on w Salonie24 zamieścił swój słynny tekst o różnicy między zawodowymi dziennikarzami , a hołotą ,do której oni łaskawie przemawiają. Z tej okazji, no i też przy okazji wspomnianego na początku tego tekstu odejścia, zachęcam do zapoznania się z tym, co Warzecha potrafił kiedyś i porównania z tym, co on ma do zaoferowania dziś.

 

       Jest kategoria ludzi, którą można określić mianem pogromców teleturniejów sprzed telewizora. Osoby takie są niezwykle mocne w każdej dziedzinie, z jakiej padają pytania, pod warunkiem, że siedzą wygodnie w fotelu w swoim przytulnym mieszkanku.

       Wyobraźmy sobie teraz, że trwa teleturniej, w którym zawodnikowi nieźle idzie. Dostaje w pewnej chwili wybór: albo zatrzyma wygrane właśnie 500 tys., albo gra dalej o milion, ryzykując, że straci wszystko. Zawodnik dokonuje racjonalnej kalkulacji i decyduje się poprzestać na pewnym już pół miliona. Dostaje gratulacje, odbiera czek i idzie do domu.

      Wyobraźmy sobie jednak, że spotyka owego pogromcę sprzed telewizora. Osobnik ów, jeśli jest człowiekiem rozsądnym, może mu powiedzieć: „No, panie Stefanie, ja to bym jednak grał dalej, ale rozumiem, że miał pan powody, dla których pan się zatrzymał na tych 500 tysiącach. Tak czy owak, gratuluję”. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z emocjonalnie nastawionym maksymalistą, który dopada zawodnika i wrzeszczy na niego: „Ty parszywy tchórzu, jak mogłeś się wycofywać?! Nie wiesz, co to jest honor? Co to jest walka do końca? Ty robaku, nie istniejesz dla mnie!”. Wobec takiego ataku możliwe są dwie postawy. Pierwsza – puknięcie się w głowę i pójście swoją drogą. Druga – narastająca irytacja, o ile mamy pewność, że nie spotkaliśmy się z wariatem. Skoro bowiem nie z wariatem mamy do czynienia, to oczekiwalibyśmy, że ten ktoś zda sobie sprawę, iż: atmosfera i sytuacja w studiu, gdzie rozgrywany jest teleturniej, jest zasadniczo odmienna od tej w pokoju z telewizorem, gdzie zasiada atakująca nas osoba i gdzie jest ona niezwykle mądra; sytuacja gracza może być taka, że bardziej opłaca mu się wziąć 500 tys. niż ryzykować; stacja telewizyjna nie jest głupia i pytanie za milion jest arcytrudne, właściwie nie do pokonania. Z jakiegoś jednak powodu pogromca sprzed telewizora tego wszystkiego nie bierze pod uwagę, za to dużo mówi o konieczności walki do końca i polegnięciu z honorem i pustym portfelem.

      Ja właśnie znalazłem się w sytuacji takiego zawodnika, zaatakowany w sposób wyjątkowo irytujący przez Toyaha (podkreślam słowo „zaatakowany”, choć Toyah zapewne uważa, że on tylko wyraził swoją opinię). Toyah zaprezentował tym samym w sposób modelowy, na czym polega postawa maksymalizmu moralnego (i jej szkodliwość).

       Poszło o mój poprzedni wpis. W wielkim skrócie – Toyah obejrzał program, o którym mowa, i doszedł do wniosku, iż nie spełniłem jego wyśrubowanych standardów, a zatem odznaczyłem się tchórzostwem, małością, miałkością i czym tam jeszcze. Gdyby Toyah nie był moralnym maksymalistą, ale człowiekiem rozsądnym (nie boję się tego słowa, bo choć komuna usiłowała mu nadać specyficzne znaczenie, dziś uważam, że właśnie zdrowego rozsądku najbardziej brakuje, a bojownikami o jego odzyskanie byli ludzie tacy jak Stanisław Bareja czy Maciek Rybiński), skomentowałby sprawę na moim blogu, pisząc coś w rodzaju: „Uważam, że mógł pan pana Wiadro potraktować ostrzej, jak na mój gust był pan za łagodny”. Ale nie – Toyah, siedząc wygodnie przed komputerkiem i klepiąc w klawiaturkę, nie uznaje kompromisu. W związku z czym tworzy sążnisty wpis, którego główną tezą jest, że Warzecha jest konformistą i mięczakiem, ponieważ we wspomnianym programie siedział (taka jest wizja Toyaha, nieco, moim zdaniem, oniryczna) jak mysz pod miotłą, zamiast… No właśnie – nie wiadomo właściwie, zamiast czego, bo tego Toyah nie precyzuje. Najbardziej byłby zapewne szczęśliwy, gdybym dał panu Wiadro w twarz, ewentualnie demonstracyjnie opuścił studio. Ostatecznie mógłby się pogodzić z tym, że poprzestałbym na nazwaniu pana Wiadro ubeckim pachołkiem albo czymś w tym rodzaju.

      (Przy okazji do wpisu Toyaha podłączyło się oczywiście natychmiast wiele osób, które z jakichś tam nieprzeniknionych powodów osobiście mnie nie cierpią i uznały, że mają od właściciela blogu przyzwolenie na poskakanie sobie po Warzesze, ale do tego już przywykłem.)

      Odpowiedziałem Toyahowi, że zachowuje się jak kierowca traktora, który poucza pilota boeinga, jak ma pilotować maszynę, czym on poczuł się oczywiście obrażony. Tymczasem tak jest faktycznie. Pilot boeinga nie ma prawdopodobnie pojęcia o prowadzeniu traktora, ale również na odwrót. Lecący samolotem kierowca traktora może mieć do pilota zasadną pretensję, że trochę rzuca, ale powinien przyjąć, że pilot stara się turbulencje ominąć. Może mu się akurat nie udaje, bo obszar turbulencji jest zbyt rozległy, komunikat nadszedł za późno albo zepsuł się radar meteo w maszynie. Jak jednak nazwać traktorzystę, który z oburzeniem wbiega do kabiny pilotów i woła: „Ty ćwoku, na niczym się nie znasz, jak prowadzisz samolot?! Nie rozumiesz, głąbie, że ma być gładko?!”. Wówczas pilot powinien wstać z fotela i oddać stery traktorzyście. Niech pokaże, jak świetnie sobie radzi.

      Żeby było jasne: sam wiele razy pisałem, że uprawianie danego zawodu nie jest warunkiem, aby móc pod adresem jego przedstawicieli wygłaszać krytykę. Dotyczy to zwłaszcza zawodów kluczowych dla funkcjonowania państwa. Taka postawa prowadzi do absurdów. Czym innym jednak jest krytyka, a czym innym aroganckie i agresywne wymądrzanie się z pozycji własnego fotela. Jeśli część blogerów zarzuciła mi pod wpisem Toyaha pychę, to niech teraz się zastanowią, czy prawdziwym przejawem pychy nie jest przypadkiem jego pouczanie z wyżyn moralnej doskonałości, gdzieś zza klawiaturki w przytulnym mieszkanku. Pouczanie, któremu przyklaskuje grupa innych anonimów, jak rozumiem – także moralnych diamentów i codziennych bojowników o moralną czystość. To drażni, zwłaszcza że nie chodzi o kwestie najwyższej wagi, jak niegdyś decyzja o podjęciu współpracy z SB. W takich wyjątkowych sprawach moralny maksymalizm jest naturalny i nawet pożądany. Ale nie o tym teraz mowa.

      Owszem, Toyah wyprowadził mnie z równowagi, dokładnie na tej zasadzie, na jakiej wyprowadza z równowagi pyszałek, który poucza innych, samemu mając o sprawie znikomą wiedzę. Toyah – jestem tego pewien – nie ma pojęcia o kulisach publicystycznych programów, o ich dramaturgii, a wreszcie nie jest w stanie pojąć, że takich Toyahów przed telewizorami, zwłaszcza w przypadku stacji, o której mowa, siedzi kilka promili. Reszta to ludzie, przyzwyczajeni do innego przekazu. I ci ludzie, słuchając mnie, mają mieć poczucie, że słuchają kogoś spokojnego i rozsądnego, kto jasno i bez przesadnych emocji wykłada swoje racje. Taki jest mój cel.

      I tu jest pies pogrzebany: ja bowiem myślę właśnie o tych widzach i za swoje zwycięstwo uznaję sytuację, gdy jestem w stanie przekonać jakąś część z nich, że pan Wiadro stawia błędne tezy. Toyah, jako moralny maksymalista, ma gdzieś wszelkie kalkulacje, a nawet to, że w ocenie pana Wiadro dokładnie się zgadzamy. Ten sojusz Toyah kompletnie zniweczył swoim atakiem. On mnie rozjedzie za to, że nie zastrzeliłem pana Wiadro na miejscu.

      Ciekawe, czy Toyah zdaje sobie sprawę, iż całe mnóstwo zapewne cenionych przez niego instytucji i przedsięwzięć funkcjonuje tylko dzięki temu, że kierującym nim osobom obcy jest patologiczny maksymalizm moralny w stylu Toyaha. Czy Toyah zdaje sobie np. sprawę, że kiedy na początku tej kadencji Sejmu pojawił się z inicjatywy marszałka Komorowskiego problem zasiadania Jana Ołdakowskiego jednocześnie w Sejmie i na fotelu dyrektora MPW, to Ołdakowski nie wszedł do gabinetu Komorowskiego i nie zwyzywał go od ubeckich szmat (jak zapewne chciałby Toyah), ale normalnie z nim pogadał, wskazując mu pewne pragmatyczne aspekty takiego lub innego wariantu? I dobrze zrobił, bo znacznie ważniejsze od moralnych uwzniośleń Toyaha jest dla mnie ciągłość i trwałość świetnej placówki muzealnej. Czy Toyah pomyślał, że nawet Mariusz Kamiński, pozostając na stanowisku szefa CBA przez dwa lata rządów PO, musiał iść na szereg drobniejszych porozumieć ze swoim szefem? Czy wreszcie Toyah napisał jakiś tekst, potępiający PiS za wejście w układ z SLD w kwestii mediów publicznych? Nie przypominam sobie.

      Sposób myślenia Toyaha jest nie tylko kompletnie nieżyciowy – także w punktu widzenia osiągania ważnych i szlachetnych celów, takich jak choćby wspomniane utrzymanie dobrej dyrekcji MPW – ale wręcz szkodliwy. Posługując się nim, nie sposób zdziałać niczego nigdzie – chyba że urzeczywistni się idealna republika Platona. Ale jest to także postawa kabotyńska, bo bardzo łatwo podniecać się własną moralną doskonałością i wytykać innym, że nie dostają, gdy się siedzi w ciepłym pokoiku za komputerkiem, anonimowo wklejając kolejne teksty o potrzebie moralnego wzmożenia.

 

      I to jest Warzecha. Część młodszych czytelników zastanawia się, o co chodzi z tym wiadrem. W tej sytuacji ja to wyjaśnię jutro, dziś natomiast skupmy się proszę na problemie znacznie szerszym niż ta w sumie strasznie nędzna wymiana, a mianowicie na relacjom między mediami mainstreamowymi i resztą świataa.

 


czwartek, 9 marca 2017

O tym, jak Łukasz Warzecha wjechał boeingiem w traktor

      Ponieważ ostatnio zrobiło się bardzo poważnie, a trochę kabaretu nigdy nie zaszkodzi, dziś po dłuższej przerwie zajmiemy się autorami niezłomnymi. Otóż ja wiem, że będzie nam w to trudno uwierzyć i to nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, z kim mamy do czynienia, ale w rzeczy samej stało się tak, iż znany powszechnie, wybitny prawicowy publicysta, Łukasz Warzecha został zaczepiony na Twitterze przez jednego z internautów, niejakiego Mariusza Holewiusza, który użył wobec niego słów „skurwysyn” oraz „parówa”. I teraz, zamiast wzruszyć ramionami i potraktować to co się stało tak jak się traktuje cały ten internetowy hejt, a więc wyniosłym milczeniem, Warzecha postanowił zagrać va banque i wezwał tego kogoś, by, skoro jest taki odważny, stanął z nim twarzą w twarz i owo oszczerstwo powtórzył. No i proszę sobie wyobrazić, że tak sprytnie przemyślany plan wziął z miejsca w łeb, bo ów Holewiusz pojawił się o umówionej porze i w umówionym miejscu i w dodatku nagrywając wszystko telefonem, powtórzył swoje zarzuty pod adresem Warzechy słowo w słowo. Rozmowa między dwoma panami wyglądała mniej więcej tak:

WARZECHA: Czekam, żeby pan mi powtórzył to co napisał.
HOLEWIUSZ: Za tę arogancję i pychę jest pan parówą i skurwysynem.
WARZECHA: A pan jest złamanym chujem o małym móżdżku, no i co teraz?
HOLEWIUSZ: No i normalnie jak byśmy byli gdzieś tam sobie, to byśmy się starli.
WARZECHA: Tak?
HOLEWIUSZ: Tak.
WARZECHA: No i co?
HOLEWIUSZ: No i nic.
WARZECHA: Pan jest cham.
HOLEWIUSZ: To pan jest cham.
WARZECHA: Trudno.
HOLEWIUSZ: Co trudno?
WARZECHA: Ciekawe.
HOLEWIUSZ: No właśnie, ciekawe.
WARZECHA: Pan się pokazał jak ostatni debil.
HOLEWIUSZ: A pan jak przedostatni chuj.
WARZECHA: No i dobrze.
HOLEWIUSZ: No i fajnie.

      Może akurat ta rozmowa wyglądała nieco inaczej, ale daję słowo, że sens oraz poetyka oryginału zostały zachowane, no i przede wszystkim kluczowe fragmenty zacytowałem dosłownie. Natomiast już po owym szczególnym spotkaniu okazało się, że sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ponieważ internauta Holewiusz komentując spotkanie z Warzechą wrzucił do sieci bardzo wesołego twitta, w którym wyraził opinię, że „Warzecha zasługuje na porządny wpierdol”, no i Warzecha, czując zapewne, że wcześniej zrobił z siebie idiotę i teraz chłopaki na podwórku będą za nim wołać „parówa”, przyjął poważny ton i poinformował, że choć „trzeba mieć nerwy ze stali, by wytrzymać to, co się w sieci pisze o publicystach” i on zwykle sobie w tym piekle nienawiści radzi, tym razem jednak, wobec tak poważnej groźby, jak pobicie, on zgłasza sprawę na policję.
A mnie ów incydent przypomniał coś, co miało miejsce jeszcze wiele lat temu, kiedy to Warzecha najpierw wystąpił w telewizji TVN24 wspólnie z Tomaszem Wołkiem i pozwolił by Wołek go bez cienia litości wdeptał w piasek, a na drugi dzień na swoim blogu przedstawił tekst, w którym przeprosił wszystkich, że był w stosunku do Wołka może zbyt brutalny, no ale ten Wołek naprawdę plótł takie farmazony, że Warzecha zwyczajnie nie wytrzymał. Wyśmiałem więc odpowiednio Warzechę, że po komedii, którą zaprezentował w rozmowie z Wołkiem, z tym zadartym do góry nosem wygląda wyjątkowo głupio i żeby może się zamknął, bo naprawdę na ten rodzaj bezczelności nawet on sobie nie zasłużył, no i wówczas Warzecha się na mnie obraził i sformułował, dziś już traktowane powszechnie jako kultowe, zdanie, że to ja się powinienem zamknąć, bo „on jest pilotem boeinga, podczas gdy ja zaledwie traktorzystą”.
      I teraz widzimy wszyscy tak wyraźnie, jak nigdy dotąd, jak to po tych wszystkich latach, Łukasz Warzecha wreszcie w pełnej krasie ukazał się nam, jako ów słynny „pilot boeinga”. On miewał swoje lepsze lub gorsze momenty, jednak musimy przyznać, że naprawdę musieliśmy się naczekać, by zrozumieć już tak do końca, o co wtedy Warzesze chodziło z tym „boeingiem”. Dziś ze wstydem przyznaję, że my traktorzyści tak ani nie potrafimy, ani nawet nie możemy marzyć, by kiedykolwiek osiągnąć ten poziom zawodowstwa. No ale jakie my tu na tym traktorze mamy życie? Nas nawet nikt nie chce porządnie zhejtować. Ktoś nam czasem powie, ze mamy przerośnięte ego i że przydałaby się nam odrobina pokory, no ale żeby „parówa”?
      Szacun dla Pana, Redaktorze. Dobra robota! I proszę pozdrowić kolegów. Jestem pewien, że ich też stać na wiele.

Zachęcam gorąco do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowanie moich książek. Już wkrótce Wielkanoc i nie zaszkodzi zaskoczyć kogoś bliskiego porządnym prezentem.

środa, 13 lipca 2016

Łukasz Warzecha, czyli systemowa mizofobia

Przebojem wczorajszego dnia w Sieci była wypowiedź, jakiej nam udzieliła na swoim Facebooku Agata Młynarska, kiedyś córka popularnego piosenkarza Wojciecha Młynarskiego, a dziś gwiazda telewizji, oraz wydawanego przez sieć Rossmann magazynu „Skarb”. Gdyby ktoś coś przegapił, przypomnę. Otóż podczas letniego wypoczynku nad morzem, Agata Młynarska zawitała do Władysławowa i to, co zobaczyła, zrobiło na niej takie wrażenie, że siadła do komputera i wygłosiła następujące oświadczenie:
„We Władysławowie jest totalny armagedon – zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi. Wszędzie gra muzyka, w każdej knajpie faceci w gastronomicznej ciąży opędzają się od swoich dzieci i umęczonych żon. Wiadomo, dobry browar to podstawa! Czy jest na to jakaś rada? Owszem. Przejażdżka rowerem wzdłuż Zatoki, no i joga na balkonie hotelu o zachodzie słońca”.
Ktoś się zapyta, skąd ten zgiełk. Czemu zwykła, dość prosta i w żaden sposób kontrowersyjna obserwacja wywołała aż taką reakcję. Otóż wbrew pozorom, sprawa jest znacznie bardziej interesująca, niż się wydaje. Przede wszystkim chodzi o Władysławowo. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Agata Młynarska, udając się na wypoczynek, nie wybrała Władysławowa, lecz tylko przez Władysławowo przejeżdżała w drodze do Gdańska, czy Sopotu. Jednak zastanówmy się, proszę, co trzeba mieć w głowie, jakie doświadczenia, jaki stan zwykłej ludzkiej świadomości, by nie wiedzieć, czym jest owo Władysławowo? To ja, kiedy jeszcze w głębokim PRL-u jeździłem z moją wówczas jeszcze ukochaną nad morze, owo Władysławowo omijaliśmy maksymalnie szerokim łukiem i pędziliśmy do Chałup, Kuźnic, czy do Jastarni. Władysławowo to zawsze i wyłącznie było miejsce dla rodzin z małymi dziećmi, które jedyne czego potrzebują, to pojeździć na karuzeli i napić się oranżady, a biednym rodzicom pozostaje jedynie znaleźć tę jedną chwilę, kiedy można usiąść i napić się piwa, lub jakiegoś drinka. To jest Władysławowo, a więc miejsce, którego normalny, pragnący wypoczynku, człowiek unika.
Z tego co czytamy na Facebooku Agaty Młynarskiej, ona nie dość, że tam się postanowiła zatrzymać, to jeszcze odwiedziła „wszystkie” knajpy, licząc na to, że tam spotka swoich znajomych z Warszawy, dyskutujących o szansach KOD-u na najbliższe lata, a tam, okazało się – Kiepscy.
Jak można skomentować postępowanie Agaty Młynarskiej? Pierwsze co przychodzi do głowy, to uznać, że ona jest jeszcze jedną idiotką, taką jak cała reszta jej znajomych z telewizji, tyle że od nich głupsza. Oni bowiem ani do Władysławowa, ani nad Białe Jezioro pod Włodawą, ani w ogóle nigdzie, gdzie mogą spotkać zwykłych ludzi, nie zaglądają i dalej spokojnie żyją złudzeniami. Drugie rozwiązanie, to zwrócenie się bezpośrednio już do Młynarskiej z pytaniem, czy ona nie zauważyła ciężkiego spięcia między tym co wyprawia jej umysł, a tłem na którym ona, w tak bezczelny sposób, zbudowała swoją karierę, a więc takimi choćby piosenkami jej ojca, jak „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia”, czy „Bynajmniej”. Można też ewentualnie uznać, że Agata Młynarska, podobnie jak jej były chłopak, Jarosław Kret, Daniel Olbrychski, czy Justyna Steczkowska, już od wielu lat nie są ludźmi, lecz klasycznymi alienami i to co oni mają w głowie, w ogóle nie powinno nas interesować. I ja, szczerze powiem, wybieram to ostatnie rozwiązanie. A zatem, o Młynarskiej koniec.
To natomiast, co jest warte uwagi, to reakcja na słowa Młynarskiej, jaką się popisał jak najbardziej „nasz” publicysta, Łukasz Warzecha. Otóż kiedy z każdej strony Agata Młynarska była obrzucana najbardziej okrutnym szyderstwem, pojawił się ów Warzecha i zakomunikował, że on się z Młynarska zgadza, z tą różnicą, że on pogardę do owej szczególnej, zgromadzonej na plażach i deptakach Władysławowa, części polskości czuł jeszcze wtedy, gdy to nie było modne. Właśnie tak: „Niestety, tu akurat Młynarska ma rację, a ja o tym pisałem, zanim to było modne”.
I to jest, moim zdaniem, temat – reakcja Łukasza Warzechy. Nie ta biedna, odmóżdżona przez los, jaki ją spotkał, istota, ale on, czołowy prawicowy publicysta i komentator, który wyskakuje jak te pajacyk z pudełka i ogłasza, że on głosił pogardę dla Polski wtedy, kiedy to jeszcze nie było modne. Ja na temat Łukasza Warzechy słyszałem już wcześniej różnego rodzaju, mniej lub bardziej, prywatnie formułowane informacje, i z nich zawsze wypływał obraz człowieka, który nigdy nie mówi dzień dobry, w obawie by mu się przy tym nie zachlapał sweterek. Przez lata też czytałem i słuchałem różnych wypowiedzi Warzechy, z których wynikało jednoznacznie, że jego poglądy ludzkość i świat nie różnią się w najmniejszym stopniu choćby od tych, parokrotnie, i jakże dobitnie, formułowanych przez Donalda Tuska i jego polityczne środowisko. A zatem, można by i nad jego tu obecnością machnąć ręką. Rzecz jednak w tym, że w momencie gdy on właśnie uznaje za stosowne zareagować na wystąpienie Agaty Młynarskiej tego typu laudacją, to tym samym ujawnia bardzo starannie dotychczas skrywaną część siebie, ale też, jak się obawiam, coś co najpewniej ukrywa większość reprezentowanego przez niego środowiska. Bo otóż jest bardzo duża szansa, że to wszystko stanowi zaledwie część wspólnej drabiny, której szczyt okupuje oczywiście Agata Młynarska, tuż pod nią siedzą przycupnięci wspomniana Justyna Steczkowska z Danielem Olbrychskim, trochę niżej Łukasz Warzecha, a zaraz pod nim jego koledzy choćby z redakcji „W Sieci”, czy „Do Rzeczy”, Karnowskich, czy Ziemkiewicza z tego towarzystwa nie wyłączając. A jedyne co ich wszystkich różni, to odwaga, z jaką jedni czy drudzy od czasu do czasu zapuszczają się w miejsca, gdzie można spotkać człowieka, i to nie daj Boże – Polaka.

Zapraszam wszystkich do księgarni państwa Maciejewskich pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Gorąco polecam.

środa, 3 lutego 2016

Warzecha, czy wiadrem w łeb

Od pewnego czasu, osoby, które trafiły na ten blog dzięki Twitterowi, pytają mnie, o co chodzi z owym „pilotem boeinga”, który pojawia się, ile raz na horyzoncie zauważymy Łukasza Warzechę. No i o co Warzecha się na mnie gniewa. Ponieważ nie mam możliwości odpowiadać wszystkim indywidualnie, pomyślałem, że powtórzę tu dawną już bardzo notkę, która spowodowała właśnie, że Łukasz Warzecha zaapelował do mnie, bym się nie ważył wchodzić z nim w polemikę, bo on jest „pilotem boeinga”, podczas gdy ja zaledwie „kierowcą traktora”. Oto więc tekst przed nami tekst, który doprowadził Warzechę do takiej pasji, że zrobił z siebie durnia na wieki wieków. Ponieważ dodatkowo ten sam Warzecha wczoraj właśnie ogłosił, że politycy Prawa i Sprawiedliwości tępią bogatych, ponieważ nie potrafią znieść, że komuś się lepiej powodzi, pozwolę sobie tę repryzę zadedykować właśnie jemu – Warzesze. Łukaszowi Warzesze.
Może ktoś wie, może nie wie tego nikt – nieważne – fakt jest jednak taki, że od pewnego czasu jestem w dyskretnym konflikcie z Łukaszem Warzechą. Wprawdzie ani na siebie nie bluzgamy (jeśli pominąć sytuację, kiedy to red. Warzecha porównał mnie do Azraela), a przy osobistych spotkaniach zachowujemy wobec siebie chłodną uprzejmość, fakt pozostaje faktem – napięcie istnieje. Z czego się to wzięło? Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że zacząłem ja, zarzucając Warzesze wykalkulowaną łagodność wobec jego kolegów-dziennikarzy, w sytuacjach kiedy zwykłe poczucie sprawiedliwości wymaga walnięcia pięścią, jeśli nie w nos, to w stół. Poszło mianowicie o to, że któregoś dnia, w telewizji TVN24, Warzecha dyskutował z Żakowskim, który traktował go w sposób tak skandalicznie nieprzyzwoity, że aż się prosiło o interwencję. Tymczasem Warzecha jedyne na co zwracał uwagę, to na to, by chamstwo Żakowskiego broń Boże nie przybrało na sile. Zwróciłem mu na tą jego słabość uwagę na blogu, za co zostałem przez Warzechę skarcony i poinformowany, że on ze mną nie życzy sobie więcej rozmawiać. Sytuacji dodatkowo pewnie nie poprawiła moja odpowiedź, w której wyraziłem nadzieję, że następnym razem, kiedy Warzecha spotka się w telewizyjnym studio z agresją swojego kolegi-dziennikarza, stać go będzie choćby na 10% tej stanowczości, na którą właśnie pozwala sobie wobec skromnego blogera.
Dziś czytam wpis Łukasza Warzechy, zatytułowany Pan Wiadro, w którym Warzecha rozprawia się w szalenie dowcipny, a przy tym bardzo brutalny sposób z Tomaszem Wołkiem http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro. Sprawa, krótko mówiąc, polega na tym, że kilka dni temu Warzecha spotkał się z Wołkiem w telewizyjnym studio, odbył z nim rozmowę na temat demonstracji robotników w Poznaniu, i ponieważ wciąż najwidoczniej czuje po tej dyskusji jakiś niedosyt, postanowił opowiedzieć nam dziś o tym, co on mianowicie sądzi o Wołku i tym wszystkim czym Wołek jest. Problem mój natomiast związany jest z tym, że ja oglądałem rzeczoną rozmowę i doskonale wiem, skąd u Warzechy te dzisiejsze niepokoje. I o tym chciałem teraz parę słów.
Każdy kto zna choć trochę Wołka i jego kolegów od mokrej roboty, może się domyślić, co ten dziwny człowiek wyprawiał. Jeśli istnieje jakiś standard zachowań opartych na bezczelnym chamstwie i cynicznym kłamstwie, ten właśnie standard przedstawił Tomasz Wołek. Niestety jednak, jeśli też możemy mówić o jakimś standardzie lękliwości i moralnej bezczynności wobec brutalnej arogancji, to ten z kolei standard pokazał Łukasz Warzecha. Kiedy z coraz większą rozpaczą słuchałem owej dyskusji, oczywiście doskonale wiedziałem, że Warzecha z Wołkiem się zasadniczo nie zgadza, jednak ta moja wiedza wynikała nie z tego, co mówił Warzecha, lecz mimo tego, co on mówił. Nie z jego reakcji, ale mimo jego reakcji. Niestety, taki czujny nie był już prowadzący rozmowę red. Knapik, który już by niemal zakończył ją radosną konstatacją, że jak to jest miło, gdy istnieje taka zgodność między dyskutantami, gdyby nie to, że Warzecha, niemal rzutem na taśmę, zdołał w końcu wydukać, że on się jednak z Wołkiem nie zgadza.
Dziś, Łukasz Warzecha odważnie, pryncypialnie i bezkompromisowo rozprawia się z Wołkiem na swoim blogu. Porównuje go do montypythonowskiego wiadra – bez poglądów, bez argumentów i w końcu bez sumienia – a ja się zastanawiam, czemu dopiero dziś. Czemu kilka dni temu, kiedy miał okazję go ośmieszyć oko w oko, przed szerszą publicznością, jeśli dał jakieś świadectwo, to wyłącznie świadectwo konformizmu i tchórzostwa? I to dodatkowo w sytuacji naprawdę dramatycznej, kiedy nie chodziło o jakieś głupie akademickie dyskusje na temat tego, czy lepszy jest PiS, czy Platforma, ale o Solidarność. O tę SOLIDARNOŚĆ.
Kończy swój okropnie odważny wpis Warzecha następującymi słowami: „Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, który widział wspomniany program. Powiedział, że widać było po mnie, jak bardzo byłem wkurzony. Nie sądziłem, że aż tak rzucało się to w oczy”. I to już jest moment naprawdę dramatyczny. Ja wiem jak jest. Pisałem tu o tym wielokrotnie. Znam i osobiste uwarunkowania ludzi, dla których dziennikarstwo jest pracą i utrzymaniem. Ja wiem, jak ciężko jest pogodzić różne żywioły, kiedy trzeba walczyć i z własnym charakterem i z obowiązkiem i ze świadomością, że się jest cały czas obserwowany. Jednak są granice, których nie tyle nie wolno przekraczać, ale zwyczajnie nie wypada. Nawet jeśli na szali, z jednej strony, stoją dobre koleżeńskie stosunki między dwoma dziennikarzami, z drugiej zwykły wstyd i wyrzuty sumienia, a z trzeciej tak zwana pozycja towarzysko-zawodowa.
„Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. To było z Pietrzaka. Jeszcze bardzo starego Pietrzaka. Bardzo starego. I że, cholera, akurat dziś trzeba mi ten wierszyk przypominać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie mamy wszystkie moje książki i nie tylko.

sobota, 31 października 2015

Ile kosztuje łóżko ze śniadaniem w Chobielinie?

Kiedy w swojej wczorajszej notce Coryllus zwrócił uwagę na fragment wypowiedzi Stanisława Janeckiego, w której ten zapewnia czytelników, że niezależne dziennikarstwo nie jest w żaden sposób uzależnione od bieżącej polityki, a kto uważa inaczej, ten kiep, od razu pomyślałem sobie o Łukaszu Warzesze. Kim jest Łukasz Warzecha wiemy wszyscy, i wszyscy też wiemy, że gdy chodzi o tak zwane „dziennikarstwo niepokorne”, a więc jeszcze bardziej niezależne, niż określają standardy, on akurat pełni rolę wręcz symbolu.
Parę dni temu Łukasz Warzecha zyskał pewien rozgłos przez swoje zaangażowanie na Twitterze i wymianę w jaką się wdał z żoną Radka Sikorskiego, Anne Applebaum. Poszło o to, że w ramach owej zabawy, gdzie wszyscy na okrągło gadają ze wszystkimi, Anne Applebaum napisała coś brzydkiego o Prawie i Sprawiedliwości – a co konkretnie, pozostaje oczywiście bez najmniejszego znaczenia – na co Warzecha w jednej chwili pojawił się na scenie i Applebaum przyłożył. No i pewnie nie byłoby o czym gadać, gdyby ona nie uznała za stosowne Warzechy nie lekceważyć i mu się nie odwinęła, przypominając, jak on jeszcze jakiś czas temu, a więc w pamiętnym roku 2007, spędził wiele kolejnych dni na majątku Sikorskich w Chobielinie, i gdzie zadawał szyku produkując tak zwany wywiad-rzekę z Sikorskim, ona go układała do snu, przynosiła mu do łóżka kawę, karmiła kiełbaskami i w ogóle dbała o to, by ten się tam czuł jak w domu, za co Warzecha nie zechciał jej na odchodne rzucić marnego słowa „dziękuję”. Warzecha jeszcze tylko zdążył stęknąć, że Applebaum niepotrzebnie miesza sprawy osobiste z polityką, i tak to sobie państwo porozmawiali.
I podczas gdy niektórzy mogą uważać, że nie ma sensu zajmować się awanturami między żoną Radka Sikorskiego, a jednym z prawicowych dziennikarzy, ja uważam, że owszem, sprawa jest warta naszej uwagi. I to po obu stronach owej bani z kisielem. Przede wszystkim robi wrażenie autentycznie wstrząsające informacja, że kiedy w roku 2007 Łukasz Warzecha, przeprowadzając swój wywiad-rzekę z Radkiem Sikorskim i tym samym biorąc udział w kampanii Platformy Obywatelskiej przeciwko PiS-owi, był człowiekiem do tej roboty w stu procentach wynajętym. I to, jak się dziś dowiadujemy, wynajętym do tego stopnia, że Sikorscy ugościli go na tę okazję w swoim domu, a pani Sikorska dzień w dzień zmieniała mu ręczniki, prała majtki i skarpetki, i podawała do stołu. Tu więc byśmy się mocno zbliżyli do kwestii związanych z zapewnieniami Janeckiego odnośnie niezależnego dziennikarstwa.
Jednak czymś niemal równie fascynującym jest format kulturowy, z jakim mamy okazję się zapoznać obserwując działania samego Warzechy. To akurat, że on Applebaum nie podziękował za gościnę, mnie nie dziwi. Ja już wcześniej słyszałem od osób, które miały wątpliwą przyjemność ocierać się z Warzechą łokciami, że jest to typ, który na przykład nie ma zwyczaju mówić dzień dobry i do widzenia wsiadając i wysiadając z windy. W tej sytuacji, musimy uznać za coś absolutnie normalnego, że kiedy on pomieszkiwał na majątku Sikorskich i pozwalał się obsługiwać, a jednocześnie pozostawał nieustannie w poczuciu wyjątkowości należnej jedynie dziennikarzom niezależnym, tym bardziej nawet mu do głowy nie przyszło, żeby za gościnę podziękować.
A zatem, to akurat nie dziwi. Jest czymś jednak absolutnie wstrząsającym, że mając chyba w końcu w pamięci te relacje sprzed w końcu nie tak wielu lat, ten dureń uznał za stosowne wyskakiwać z jakimiś złośliwościami w stosunku do osoby, która jest mu praktycznie znana jedynie z tego, że kiedyś, z czystej uprzejmości i zwykłej kindersztuby, przynosiła mu do łóżka kawę.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż z reakcji Applebaum wnoszę, że Warzecha i Sikorscy dziś już zaprzyjaźnieni nie są. Z tego co ona pisze, mogę wnioskować, że znajomość Warzecha – Applebaum to melodia przeszłości. A zatem chyba mogę też podejrzewać, że jeśli on dziś musi komentować w gruncie rzeczy pozbawione jakiegokolwiek znaczenia twitty Applebaum to znaczy, że on to robi dla zwykłego tak zwanego „lansu”. I to w dodatku beznadziejnie prowincjalnego.
No ale skupmy się na tej porannej kawie i owym twicie. Zastanówmy się mianowicie, jak on w ogóle w sytuacji, w jakiej się znajduje, ma czelność w ogóle odzywać do Applebaum w kwestiach politycznych i to w dodatku w formie charakterystycznej dla publicznej debaty? To jest mniej więcej ten typ bezczelności, na jaki ja bym sobie pozwolił, gdybym nagle oszalał i zaczął się odnajdywać na Facebooku z żoną mojego dobrego kumpla Lemminga, która od kilku dobrych lat – tak, tak – przy każdej nadarzającej się okazji gości mnie u siebie w domu, niemal kołysze mnie do snu, karmi wykwintnymi śniadaniami, i ją publicznie karcić za to, że się nie zgadza ze mną gdy idzie o politykę. A powinniśmy wziąć jeszcze przed uwagę, że ja akurat, ile razy się z nią żegnam, przepraszam ją za kłopot, oraz dziękuję za gościnę wielokrotnie i odpowiednio dobitnie.
No i jeszcze warto zauważyć, że moje relacje z Lemmingiem i jego żoną to nie są relacje służbowe, gdzie jednak pewien stopień wyższej elegancji jest wymagany.
A więc mamy tego Sikorskiego, tę Applebaum i kiedyś jeszcze ich partnera w interesach Łukasza Warzechę. Jeśli się temu wszystkiemu przyjrzeć, to można dojść do wniosku, że oni wszyscy sobie na swój los zasłużyli, jednak w jakiś dziwny sposób mam wrażenie, że Łukasz Warzecha tu akurat jest prawdziwą gwiazdą. A jeśli brać pod uwagę, że to osobnik tego typu będzie budował medialne wsparcie dla wielkiego dzieła odbudowy Rzeczypospolitej, obawiam się, że nie pozostaje nic innego jak tłuc ich po tych tępych łbach.

Tradycyjnie przypominam, że moją nową książkę pod tytułem „39 wypraw na dziewiąty krąg” można kupić w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Boeing kontra traktor - kolejne starcie

Kto czyta ten blog, nawet nie koniecznie od dawna, ale choćby w miarę systematycznie, musiał zwrócić uwagę na informację, jaka się tu pojawia stosunkowo często, a która dotyczy red. Łukasza Warzechy i jego rzekomych kompetencji, gdy chodzi o pilotowanie samolotów typu Boeing. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że jeszcze kilka dobrych lat temu Warzecha, wdawszy się ze mną w coś w rodzaju polemiki, poinformował mnie, że dla niego awanturowanie się ze mną jest czymś uwłaczającym, bo podczas gdy ja jestem zaledwie „traktorzystą”, on jest aż „pilotem Boeinga”. Ponieważ ów bon mot z Boeingiem stał się tu niemal natychmiast zjawiskiem wręcz kultowym, wielu z nas zaczęło go przy różnych okazjach cytować, i to już nawet nie bezpośrednio w odniesieniu do samego Warzechy, ale w ogóle przy okazji omawiania relacji między blogerami, a dziennikarzami zawodowymi, w tym sensie, że oni to „piloci Boeingów”, a my oczywiście możemy sobie najwyżej pojeździć białoruskimi traktorami. A to wszystko z tą myślą, że my tu faktycznie nie mamy nic do gadania, bo skoro tamci pilotują Boeingi, to o czym tu gadać?
Jednak, podczas gdy każdy, kto jako tako orientuje się w nastrojach, jakie panują na tym blogu, akurat wie, dlaczego Warzecha jest popularnie nazywany „pilotem Boeinga”, znacznie mniej prawdopodobna jest już szansa, że ktokolwiek z nas w ogóle pamięta, o co poszło między mną a Warzechą w pierwszej kolejności. A stało się tak, że Warzecha wystąpił był w telewizji TVN24 i starł się tam z Tomaszem Wołkiem. Starcie to polegało jednak nie na tym, że oni sobie wzajemnie wrzucali, ale sprowadzało się do tego, że Wołek traktował Warzechę z pełnego buta, Warzecha cały czas zerkał na studyjny monitor, by sprawdzić, czy nic mu się nie przesunęło, program się skończył, a widzowie pozostali ze swoim wstydem, zarumienieni i bezradni. I oto na drugi dzień Warzecha, czując prawdopodobnie swąd owej żenady, napisał na blogu w Salonie24 tekst o tym, jak to zadzwonił do niego kolega i zapytał, czemu on był w telewizji tak strasznie brutalny w stosunku do Wołka, no i w związku z tym, co kolega mu powiedział, on czuje się w obowiązku, by swoje zdanie na temat Wołka przedstawić publicznie, no i zmieszał Wołka satyrycznie z błotem (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro).
Ponieważ, jako że wówczas jeszcze oglądałem telewizję TVN24 dość namiętnie i byłem świadkiem owego strasznego wręcz upodlenia Warzechy przez Wołka, napisałem tekst (http://toyah1.blogspot.com/2009/10/wiadrem-w-pot.html) o tym, że skoro Warzecha jest dziś taki pyskaty, to ja nie rozumiem, czemu on nie mógł tego wszystkiego, czym się dziś popisuje na blogu, wygarnąć Wołkowi przed kamerami, zamiast się dać publicznie poniewierać. No i to właśnie w związku z moim tekstem, Warzecha powiedział mi, żebym się zamknął, bo on pilotuje Boeingi i nie należy mu przeszkadzać (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/134089,moralny-maksymalizm-z-fotela).
Ktoś się pewnie zapyta, co mi strzeliło do głowy, by nagle dziś, kiedy oto minęły Święta i jest tyle rzeczy do opowiedzenia, postanowiłem zająć się wklejaniem linków do starych tekstów moich i Warzechy. Otóż sprawa jest dokładnie tak samo błaha, jak i jej bohaterowie. A wszystko wzięło się stąd, że podczas przedświątecznych porządków, żona moja pokazała mi któryś numer tygodnika „W Sieci” i spytała: „Można to wyrzucić?” A ja wziąłem „to” do ręki, by zobaczyć, czy tam przypadkiem nie ma czegoś, na co można by było rzucić okiem, no i trafiłem na tekst, gdzie, proszę sobie wyobrazić, Warzecha rozlicza się z tego, co z niego zrobiono podczas występu w TVP, kiedy to niejaki Jarosław Kulczycki praktycznie kazał Warzesze wyjść ze studia, a ten znalazł w sobie tyle przynajmniej godności, by się nie uczepić zębami i pazurami tego głupiego stolika i zacząć beczeć, by mu pozwolono jeszcze chwilę się pomądrzyć, i faktycznie – inna sprawa, że najbardziej jak to było możliwe dyskretnie – wyszedł. Pisze Warzecha tak:
„Pytanie Jarosława Kulczyckiego, czy przypadkiem nie opłaca mnie sztab Andrzeja Dudy, padło na antenie TVP Info 7 lutego. I był to ostatni raz, kiedy ta stacja zaprosiła mnie na swoją antenę. Wcześniej bywałem tam przynajmniej raz w tygodniu.
Pomyślą państwo zapewne, że to skandal, iż Kulczycki prowadzi programy, a grubiańsko potraktowanego gościa wciąga się na jakąś czarną listę i przestaje zapraszać w roli komentatora. Otóż mylą się państwo! Nie ma żadnej czarnej listy i żadnego skandalu. Przeciwnie – TVP dba po prostu o mój komfort psychiczny. Mógłbym przecież spotkać na korytarzu redaktora Kulczyckiego i zrobiłoby mi się przykro, może i jemu również. A tak – nie ma problemu”.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Oto mamy tak zwaną „setkę” zaledwie z drobnym haczykiem i proszę zwrócić uwagę, ile tu wiadomości. Przede wszystkim okazuje się, że Warzecha, jeden z czołowych prawicowych „autorów niepokornych”, był dotychczas stałym komentatorem jednej z najbardziej obrzydliwej reżimowej stacji telewizyjnej i uważa to za powód do dumy; po drugie, Warzecha, którego w najbardziej chamski i oburzająco niesprawiedliwy sposób wyproszono ze studia, publicznie się żali, że on jest gotów tam się dalej udzielać w roli gwiazdy, tylko oni go nie chcą; po trzecie wreszcie – i tu przechodzimy do tak zwanego clou – Warzecha ni stąd ni z zowąd odstawia dokładnie ten sam numer, co przed laty z Wołkiem. Bowiem, kiedy już wszyscy mieliśmy okazję ujrzeć jego dramatyczny wręcz koniunkturalizm i tchórzostwo, mając przed sobą już tylko ekran komputera i zestaw klawiszy, z których żaden na pewno na niego szyderczo nie popatrzy i nie sprawi, że mu się kark spoci ze strachu, zaczyna śmiesznie podskakiwać i przechwalać się, co on zrobi człowiekowi, który go publicznie i całkowicie bezkarnie upokorzył, kiedy go tylko spotka. A i tego nawet nie jest w stanie wyartykułować z podniesioną głową, tylko coś tam stęka o tym, jak to komuś by się mogło zrobić przykro. Jakiż to straszny, upiorny wręcz wstyd!!!
Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak wszyscy wiemy, okres między rokiem 2009, a ową kompromitacją z 7 lutego, Warzecha wykorzystał naprawdę bardzo dobrze. Dzięki swojej przyjaźni z Grzegorzem Jankowskim, osobistym z kolei przyjacielem głównego szefa wydawnictwa Axel Springer, przez wiele lat zadawał szyku, jako druga osoba w dzienniku „Fakt”. Wprawdzie, z powodu będących tajemnicą poliszynela, politycznych zawirowań, ów układ się musiał posypać, jednak mogłoby się wydawać, że tego, co on tam zdobył, Warzesze nikt nie odbierze. I oto nagle okazuje się, że nic podobnego. Jedyne, co ten człowiek potrafił osiągnąć, to to, że go do siebie przygarnęli Karnowscy, a więc wynik, o którego nędzy świadczy najlepiej to, że on, aby się dobrze czuć, musi codziennie, nawet za cenę robienia z siebie szmaty, występować w telewizji. Czyli dokładnie to samo, co przed sześciu laty.
Pozostaje może już więc tylko ustalić, czemu on już nie prowadzi bloga. Czy jest możliwe, że dzięki swojej pracy w „Fakcie”, Warzecha poznał wreszcie wartość pieniądza i zrozumiał, że jeśli płacą i to płacą dobrze, można się nawet i puścić, natomiast za darmo to robią tylko frajerzy na traktorach?

Jak wiemy, Gabriel Maciejewski publikuje właśnie nowe wydanie swojej Baśni, w twardej okładce i innymi atrakcjami. Zachęcam wszystkich, by jeśli już postanowią sobie zrobić zakupy, dołączyli do nich i moje książki, których tam jest parę i które przez te Święta ani trochę nie zwietrzały. A wręcz przeciwnie. Księgarnia, jak zawsze pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

poniedziałek, 30 marca 2015

Zbieramy na auto dla Łukasza Warzechy

Oczywiście lepiej mi by było to ukryć, lub przynajmniej, broń Boże, do niczego się nie przyznawać, ale niech już będzie, powiem wszystko jak na świętej spowiedzi: niniejsza notka jest w znaczniej mierze wynikiem mojej wręcz rozpasanej zawiści i to zawiści wyjątkowo niskiej, bo skierowanej przeciwko samemu Łukaszowi Warzesze. A było tak, że w portalu wpolityce.pl znalazłem informację, że Jarosław Kaczyński udzielił Warzesze wywiadu i świadomość tego, że Warzecha gada z Kaczyńskim tak mnie zelektryzowała, że postanowiłem od razu sprawdzić, jak mogło dojść do czegoś tak niepojętego. Sprawdziłem, no i od razu się uspokoiłem, bo przede wszystkim najpierw okazało się, że Warzesze ten wywiad załatwił portal wp.pl, który Warzechę zatrudnia – co mnie oczywiście nieco uspokoiło – no a poza tym już chwilę później okazało się, że to jest zaledwie 15 minutowy klip, w którym Warzecha nie dość, że występuje w brązowych sztruksach do krawata, to jeszcze ów krawat ma zawiązany tak, jakby właśnie się zbudził po całonocnej popijawie. Ale jest jeszcze coś. Otóż to co przez te 15 minut rozmowy pokazuje Warzecha, to jest pokaz tak uderzającej nieporadności, że w pewnym momencie pojawia się autentyczny lęk, że Kaczyński przerwie ten cyrk i poprosi, by Warzechę wymienić na kogoś choćby odrobinę przytomnego. A już zwłaszcza w momencie, gdy Kaczyński tłumaczy Warzesze, że jeśli ktoś interesuje się światem, pewnych rzeczy nie wypada mu nie wiedzieć.
My akurat, jako osoby, które mają jako takie pojęcie, co się dzieje po tak zwanej „prawej” stronie sceny politycznej, wiemy mniej więcej też, co Łukasz Warzecha myśli sobie na temat świata, który go otacza, i że to jego myślenie sprowadza się, mówiąc krótko, do tego, co od 25 lat głosi Janusz Korwin Mikke, tyle że intelektualnie na poziomie kierowcy, który właśnie dostał mandat za złe parkowanie i uważa, że wszystkiemu winien ten pieprzony socjalizm. A więc od początku tej niezwykłej rozmowy, Warzecha próbuje zaczepiać Kaczyńskiego o coś, co w pewnych środowiskach przyjęło się uważać za „socjalistyczne skrzywienie PiS-u”. Kaczyński – też bez specjalnych rewolucji – tłumaczy Warzesze, że nie da się zbudować normalnego kapitalizmu, a tym samym stworzyć warunki powszechnego rozwoju, jeśli owo budowanie opiera się wyłącznie na zapewnianiu możliwości prowadzenia biznesów dla kumpli, A jedynym dowodem na to, że Warzecha słuchając, w ogóle żyje, jest to, że wzorem największych polskich dziennikarzy telewizyjnych cały czas coś bazgrze na kartce, którą ściska w dłoni. I jeśli ktoś myśli, że Warzecha przyjął taki sposób prowadzenia tej rozmowy, gdzie on będzie udawał durnia i w ten sposób umożliwi Kaczyńskiemu przedstawienie swoich tez, jest w oczywistym błędzie. A żeby to wiedzieć, wystarczy spojrzeć, jak Warzecha się podczas tej rozmowy zachowuje. Otóż on faktycznie wygląda, jakby jego jedyną troską nie było zmuszenie Kaczyńskiego do obrony, ale dbanie o to, by nie zapomnieć, co ma myśleć i o co ma pytać. No i pyta. Skąd PiS weźmie pieniądze na spełnienie wszystkich swoich obietnic? Przez stworzenie sprawiedliwego systemu, który uniemożliwi dalsze drenowanie budżetu przez gangi. No ale sprawiedliwego, czyli jakiego? Takiego, który sprawi, że wszyscy uczestnicy gry będą podlegać tym samym regułom. Na przykład? Czy pan się zastanawiał dlaczego powstaje coraz więcej sklepów wielkopowierzchniowych, skoro one przynoszą wyłącznie straty? Na szczęście nie jestem ministrem finansów, żeby odpowiadać na takie pytania, natomiast chciałem zapytać, czy PiS planuje jeszcze bardziej wziąć podatników za twarz. Nie. Chodzi tylko o to, by ci co nie płacą, zaczęli wreszcie płacić, zwłaszcza gdy są to podmioty obce. Trzeba uchwalić nowe prawo podatkowe, bo to, które mamy w tej chwili służy głównie drenowaniu budżetu za granicę. Chodzi o przykręcenie śruby?
I tak dalej i tak dalej, a ja, wbrew pozorom, nie piszę tego tekstu po to, by się po raz kolejny poznęcać nad Łukaszem Warzechą, ale by pokazać pewien mechanizm, który akurat w tym wypadku się bardzo wyraźnie ujawnia. Chodzi mi mianowicie o ów stary, nudny już do porzygania liberalizm, który nawet stając wobec oczywistego, jednoznacznego, bezczelnego wręcz rabunku nie jest w stanie wydusić z siebie nic ponad to jedno, powtarzane od lat hasło: „Mniej państwa, więcej rynku”. Państwa, podobnie zresztą, jak rynku, od dawna już nie ma, ich rolę przejęły setki mniej lub bardziej niezidentyfikowanych prywatnych grup interesów, które, jeśli się nie obronimy, zapewne już niedługo, z głodu zaczną się wzajemnie mordować i dojdzie do wojny, przy które cała ta propaganda o rosyjskim ataku będzie robić wrażenie bajki dla dzieci, a do nich nie dociera nic, bo w głowie mają tylko tę jedną myśl: „Mniej państwa, więcej rynku”. I jeden po drugi stają przed nami i pytają: „Czy naprawdę stęskniliśmy się za socjalizmem? Czy tak trudno zrozumieć, że jeśli chcemy więcej zarabiać, musimy więcej pracować?”
A więc tak naprawdę wcale nie chodzi ani o Łukasza Warzechę, ani o żadnego z nich pojedynczo. Przeciwko sobie bowiem mamy prawdziwą mafię złożoną z ideologicznie zaczadzonych durniów, którym ani do głowy nie przyjdzie, że tak naprawdę nie różnią się oni niczym od tych najbardziej tępych socjalistów, którym można było wszystko zaprezentować w full kolorze, w zwolnionym tempie i z dodatkowym komentarzem dla idiotów, a oni i tak wciąż powtarzali, że „cała władza w ręce ludu”. Żadnego ludu od wielu już lat nie było, a zamiast niego albo zarobieni do nieprzytomności „prole”, albo gnijące w nieznanych grobach trupy, a oni wciąż swoje: „Cała władza w ręce ludu”. I ci tu mają dokładnie tak samo, tyle że już nie z ludem, lecz rynkiem i wolnością.
Wspomniałem wcześniej, że dzisiejszy stan umysłu Łukasza Warzecha pozwala mu już tylko i wyłącznie na zastanawianie się, ile go kosztuje korzystanie z samochodu i co trzeba zrobić, żeby te wydatki mogły być mniejsze. I to wcale nie jest ani złośliwość, ani nawet taka sobie retoryka. Jeśli czytamy jego najnowszą publicystykę, to wiemy, że tam poza tym jego autem naprawdę nie ma wiele więcej. Ponieważ jednak mam wrażenie, że takich jak on jest znacznie więcej, niż nam się wydaje, mam propozycję dla Andrzeja Dudy na ostatni miesiąc kampanii. Może warto by było im któregoś dnia obiecać, że jak oni wybiorą Dudę, to autostrady będą za darmo i że się zlikwiduje straż miejską. Bzdura? Nie szkodzi. Jestem pewien, że jak oni to usłyszą, dostaną takiej gorączki, że zrobią wszystko, co im się każe. A potem im się najwyżej powie, że tak to już jest na wolnym rynku, że sprytniejszy wygrywa.

O liberalizmie i innych szatanach można sobie więcej poczytać w obu zbiorach felietonów z tego bloga, które są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. To są dwie solidne, pięknie wydane książki. Za dwie zapłacimy zaledwie 55 złotych plus przesyłkę. Na Święta jak znalazł. Polecam.

środa, 11 lutego 2015

O pilotach boeingów i lengłydżu w ściśniętym gardle

Pamiętam, jak w dawnych już bardzo czasach studenckich wysłano nas wszystkich na trzy tygodnie do Poznania na tak zwany „obóz językowy”. Jeśli ktoś widział film Zanussiego „Barwy ochronne”, wie, o co chodzi. Tam wprawdzie było jakieś jezioro i las, a tu Poznań, czyli miasto, idea była jednak podobna: wydziały anglistyki z całej Polski miały się spotkać w jednym miejscu i… no właśnie nie wiadomo, co. Nawet nie można było, gdyby ktoś miał na to ochotę, pójść popływać goło z dziewczynami. Towarzysko było jednak dość przyjemnie, a ponieważ w dodatku puszczono nam z kasety „Łowcę jeleni” i pokazano, co to takiego MTV, że nie wspomnę już o tym, jak to z moją wówczas jeszcze dziewczyną pojechaliśmy na festiwal do Jarocina, ów czas wspominam do dziś z wielką sympatią.
Oczywiście, kiedy się studiuje język, po pewnym czasie człowiek przestaje jego znajomość traktować, jako jakiś szczególny awans i dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie ma się w ogóle czym ekscytować. Są jednak tacy studenci, a niekiedy i asystenci, czy nawet profesorowie, dla których owa świadomość „przynależenia” jest tak silna, że oni tym angielskim już muszą żyć na codzień. I oto tam w Poznaniu właśnie był z nami pewien kolega, który tak bardzo się przejął swoją rolą, że któregoś dnia, kiedy staliśmy w kolejce po jedzenie w stołówce, on zwrócił się do kobiety, która te kartofle nam wydawała, z pytaniem „What’s the charge?” Myśmy oczywiście to usłyszeli, zarumieniliśmy się ze wstydu, no a później już do końca pobytu – w moim wypadku do dziś – na tego biedaka mówiliśmy nie inaczej jak „What’s the charge”. Ja już nie pamiętam, jak on wyglądał, ani, jak się nazywał, do dziś jednak wiem, że w tamtych dawnych peerelowskich latach na obozie językowym w Poznaniu, był z nami ten dureń „What’s the charge”. I jestem pewien, że gdybym dziś zapytał moją żonę, czy pamięta „What’s the charge”, ona by sobie go przypomniała w jednej chwili.
Jak mówię, ów „What’s the charge” to był dureń, jednak dureń szczególny. Z niego się wszyscy śmiali, a kiedy on szedł, to każdy udawał, że jest czymś zajęty, kiedy podchodził pogadać, to się go w najbardziej okrutny sposób lekceważyło, a kiedy to nie pomagało, to się go traktowało, jak szmatę. A wszystko przede wszystkim za to „What’s the charge” skierowane do pani w bufecie. A on nawet przez moment nie był w stanie nikomu z nas się postawić, bo z jednej strony wiedział, że jest zwyczajnie za słaby, a z drugiej, że zawsze trafi na kogoś, komu będzie mógł zaimponować znajomością języka i w ten sposób sobie te wszystkie straty jakoś zrekompensować.
I dziś przypomniał mi się ten nieszczęśnik, kiedy w portalu wpolityce.pl trafiłem na tekst Łukasza Warzechy komentujący sobotnie wystąpienie Andrzeja Dudy, a zatytułowany „Dobre wystąpienie Andrzeja Dudy, ale nie ulegajmy wishful thinking”. I proszę sobie nie myśleć, że ja tu teraz zacznę się znęcać nad Warzechą za to, że on wyskoczył z tym nieszczęsnym „wishful thinking” zamiast zwyczajnie nas zachęcić, byśmy nie ulegali pobożnym życzeniom. Mnie akurat to, że on tak właśnie zatytułował swój tekst, nie dziwi absolutnie, bo wiem, że to jest tak naprawdę wszystko, co mu pozostało, by się pokazać. Natomiast owszem, będę dziś pisał o Łukaszu Warzesze, bo ja nagle uświadomiłem sobie, że on faktycznie jest z nich wszystkich najgorszy – gorszy do Karnowskich, Goćka, Zaremby, Feusette, a nawet Mai Narbutt. Po prostu najgorszy. A przez to, że najgorszy, to zasługujący na te kilka słów prawdy.
Parę dni temu Warzecha wystąpił w telewizji TVP Info i tam któryś z tych telewizyjnych błaznów zapytał go publicznie, czy jemu PiS płaci za to, że on gada to co gada. Ja, oczywiście, gdybym był na miejscu Warzechy, w jednej chwili bym wstał, walnął w ten głupi łeb z tak zwanego liścia, wygłosił krótkie oświadczenie do kamery, a potem już tylko odcinał przysłowiowe kupony. To byłbym jednak ja. Warzecha zrobił to, co potrafi, a więc najpierw zaczął coś popiskiwać, a kiedy nastąpiła chwila przerwy, korzystając z tego, że nikt nie patrzy, szybko uciekł, a ja już się tylko zastanawiam, czy na odchodnym powiedział coś po angielsku. Jakieś „See ya later, fuckers”.
I powiem szczerze, że i to mnie nie dziwi, bo ja Warzechę znam od lat i wiem, co on potrafi, a co przekracza jego nędzne możliwości. Kiedyś wręcz napisałem na ten temat osobno, i to był właśnie tekst, po którym Warzecha wygłosił swoje dziś już kultowe oświadczenie, że on jest pilotem boeinga, podczas gdy ja traktorzystą. Przypomnę może króciutko, o co poszło. Otóż Warzecha wystąpił w telewizji TVN24, gdzie red. Knapik kazał mu dyskutować z Tomaszem Wołkiem. Tak się złożyło, że ja oglądałem ten program i widząc, jak Wołek traktuje Warzechę, a ten nie jest w stanie nawet mu spojrzeć w oczy, zwróciłem też uwagę na tekst, jaki na drugi dzień Warzecha opublikował na swoim blogu, gdzie Wołka bez żadnych już zahamowań wyszydził. Napisałem więc Warzesze, że teraz jest już za późno i że on miał się Wołkowi postawić wtedy, kiedy był na to czas, natomiast teraz z tymi swoimi pokrzykiwaniami, jest jeszcze bardziej żałosny, niż był wtedy, kiedy oglądała go cała Polska. No i to wtedy właśnie Warzecha przedstawił mi się, jako „pilot boeinga”.
Minęły lata i wygląda na to, że Warzecha wciąż, kiedy analizuje sytuację polityczną, nie potrafi nic więcej, jak tylko porównywać boeinga do traktora, snopowiązałkę do mercedesa, porche do poloneza, czy rakietę do furmanki. Ale też wszystko wskazuje na to, że on wciąż, gdy tylko trafia na zawodnika, którego mu przedstawiają, jako zawodowca, zaczyna robić w pory i jedyne co umie, to wiać, gdzie pieprz rośnie. Tak też było w programie TVP, kiedy to jakieś coś zapytało Warzechę, czy mu PiS płaci za to, że on wciąż tylko o tych samochodach, a on położył uszy po sobie, przy pierwszej okazji, gdy nikt nie patrzył, wyszedł ze studia, a potem zaczął się wymądrzać w Internecie, że on sobie na takie traktowanie nie pozwoli. I nie ma znaczenia, co było pierwsze: ucieczka ze studia, czy owo „wishful thinking”, które miało Warzesze pomóc się odkuć za owo upokorzenie. Rzecz bowiem w tym, że ja już dziś nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, z kim my tu mamy do czynienia. To jest najzwyczajniej w świecie nasz kumpel sprzed lat „What’s the charge”, tyle że w skali publicznej. Łukasz Warzecha to jest ktoś, kto tak naprawdę się czuje bezpiecznie, kiedy może sobie siedzieć spokojnie przy biurku i wystukiwać na laptopie jakieś idiotyzmy, najlepiej o Donku i Elce, z Grasiem w tle, ile razy natomiast zdarzy mu się stanąć przed szerszą publicznością, natychmiast drętwieje i nie jest z siebie wydusić słowa.
Piszę tę skromną przecież tak naprawdę notkę i wciąż mi w głowie siedzi to „wishful thinking”, i tak bardzo chciałbym wymyślić jakąś celną na to ripostę i jestem bezradny. Może więc spróbuję napisać coś bardziej merytorycznego. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy Andrzej Duda dał nam tę nadzieję na zwycięstwo, towarzystwo dotychczas skupione wokół patriotycznych mediów najwyraźniej poczuło niepokój. Nie wiem jeszcze, skąd ta reakcja, ale ją widać, słychać i czuć. Wczoraj na przykład redaktor Wikło na portalu wpolityce.pl napisał, że jeśli Duda nie zwróci się jednak o wsparcie do prawdziwych, zawodowych, ogólnopolskich mediów, przegra. Zdaniem Wikły, tak zwana „sprzedaż bezpośrednia” jest nieskuteczna i, jeśli chce się odnieść sukces, nie ma innej drogi, jak korzystanie z usług oferowanych przez zawodowe autorytety. I to, że Wikło wpadł mniej więcej w ten sam nastrój, co Warzecha, powiem szczerze, napawa mnie i radością i nadzieją. Jeśli oni wpadli w ten nastrój, to znaczy, że moje podejrzenia co do sposobu, w jaki Duda chce prowadzić swoją kampanię, są jak najbardziej słuszne. Obserwując reakcję przedstawicieli znacznej części prawicowego mainstreamu, mam dobre powody, by sądzić, że sztab Dudy z ich usług albo zrezygnował, albo je ograniczył do niezbędnego minimum. I oni już się o tym dowiedzieli. A, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ja się od lat najbardziej boję nie tyle tego, że po Platformie władzę w Polsce obejmie PiS, co ludzi, którzy ów PiS z każdej strony oblepią swoimi ryjami, to uważam, że dla nas, ludzi dobrej woli, byłaby to wiadomość wręcz fantastyczna.

Proszę zaglądać na stronę www.coryllus.pl i szukać moich książek. Jest ich tam aż sześć i każda lepsza od poprzedniej.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nasi się biorą za pedałów, a zwycięstwo za progiem

Dziś krótko, bo przyszedł moment, kiedy autentycznie czuję, że brakuje mi sił. Oto tygodnik „W Sieci” na dzisiejszy poranek zapowiedział sensację. Okazuje się mianowicie, że posłanka Anna Grodzka tak naprawdę nie jest ani transwestytą, ani transseksualistą, ani nawet skromnym pedałem, lecz zwykłym facetem, który na tych swoich niby-ekstrawagancjach zbija polityczną karierę. Czy mnie wiadomość ta zdziwiła? Raczej nie. Że zaskoczyła, to i owszem, natomiast gdy chodzi o zdziwienie, to ja od pierwszego momentu, gdy ujrzałem tę niby Grodzką, nie mogłem się opędzić od pytania, jak to możliwe że ktoś, kto wkłada tyle pracy, pieniędzy i przede wszystkim determinacji, by stworzyć tego typu projekt, jest w stanie go aż tak spieprzyć. Ponieważ jednak na to pytanie odpowiedzi znaleźć nie potrafiłem, postanowiłem na tę tak zwaną „Annę Grodzką” machnąć ręką i tematem się nie zajmować. No i dziś mamy ten tekst w „W Sieci”, z którego wynika, że Grodzka to, jak mawiają nasze dzieci, normalny „fake”.
Ale nie to jest dziś moim problemem. Jak mówię, ten rozwój zdarzeń podejrzewałem od pewnego już czasu i tylko mogę się dziwić, jak to się dzieje, że owi profesjonaliści ze stajni Karnowskich potrzebowali aż tyle czasu, by przeprowadzić swoje śledztwo. To co mnie natomiast zainteresowało, to wypowiedź redaktora Łukasza „Pilota Boeinga” Warzechy, komentująca wspomniany tekst, zanim on jeszcze się zdążył ukazać. Zaczyna więc Warzecha swoją refleksję od historii posła, niejakiego Wacława Kapały, który wystartował do Sejmu z jakiegoś niezwykle katolicko-patriotycznego ugrupowania, do owego Sejmu się dostał, jednak już po chwili okazało się, że on się regularnie łajdaczy, zmusza swoje kochanki do aborcji, uzależniony jest od pornografii i w dodatku pisze teksty dla portalu racjonalista.pl. Ponieważ przeczytawszy te informację pomyślałem sobie, że warto by było tego Kapałę sprawdzić, czy on przypadkiem nie trafił do naszych, już chciałem go sobie wyguglać, kiedy rzuciłem okiem na to jedno jedyne zdanie, w którym Warzecha – zresztą w sposób dla 99 procent czytelników zupełnie nie do przejrzenia – wskazuje na fakt, że to jest wszystko taka ironia i żadnego Kapały nigdy nie było, i ze spuszczoną wstydliwie głową zacząłem studiować dalszą część refleksji Warzechy. I oto Warzecha zaczyna nagle – nagle, ponieważ naprawdę nie ma żadnego powodu, by łączyć przypadek „posłanki Grodzkiej” i „posła Kapały” z tym człowiekiem – zaczyna pisać o prezydencie Słupska Biedroniu, że niby ten Biedroń to jest taki drugi Kapała, a także taka druga Grodzka, o czym jak się okazuje już wcześniej poinformował nas redaktor Sakiewicz ze swoją jak najbardziej polską gazetą. Ponieważ informacja, jakoby Biedroń swój homoseksualizm traktował wyłącznie jako humbug pomagający mu w politycznej karierze, postanowiłem sprawę sprawdzić u źródeł i okazało się, że znów pudło. Biedroń nie udaje, i jest pedałem jak najbardziej, tyle tylko że delegowani przez Sakiewicza dziennikarze przeprowadzili pewną bardzo cwaną prowokację, w ramach której zarejestrowali się jako pedały na niemieckim portalu dla pedałów, zwabili tam chłopaka Biedronia… no i teraz wszyscy widzimy, z kim to się ten Biedroń zadaje! Ze zwykłą, panie, dziwką! I to jest ta sensacja. Prawicowe dziennikarstwo pozostaje na posterunku.
Jak już zapowiedziałem na początku, dzisiejsza notka będzie bardzo krótka. Inna sprawa, że ja już naprawdę nie bardzo mam co pisać. Powiem może tylko, że skoro to, z czym my, polski elektorat prawicowy, mamy do czynienia, zaczynając od tygodnika „W Sieci”, idąc dalej przez portal wpolityce.pl, z redaktorem Warzechą jako ich pierwszą gwiazdą, a kończąc na Samuelu Perejrze i jego antygejowskich akcjach w niemieckim Internecie, ma się sprowadzać do tropienia erotycznego życia seksualnych partnerów Anny Grodzkiej i Roberta Biedronia, z zapewnieniem, że to wszystko tak naprawdę się dzieje z myślą o Polsce, to ja uroczyście oświadczam, że tegoroczne wybory są dla mnie wyborami ostatnimi, a od przyszłego roku będę was wszystkich traktował, jak Kasię Nosowską z zespołem Hej.

Jak zawsze serdecznie polecam kupowanie mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, która zawiera niemal sto najlepszych felietonów z początkowego okresu mojej tu działalności. To jest zaledwie 15 złotych plus przesyłka i jedno kliknięcie w obrazek tuż obok.

No i jeszcze jeden komunikat. Ponieważ nauczyciele w Katowicach mają ferie, od dziś do czwartku spędzam z panią Toyahową czas w samym centrum piekła, czyli w Pradze. Wprawdzie w środę moje dziecko umieści tu jeszcze jeden tekst, jednak w związku z brakiem dostępu do Internetu, proszę się nie gniewać, ale odpowiedzi na komentarze do czwartkowego wieczora nie będzie. Zachęcam również trolli wszystkich krajów do używania sobie, bo to naprawdę jedna z nielicznych okazji.

czwartek, 24 lipca 2014

O cnocie kłamstwa i jego ostatecznym triumfie

Kiedy dotarła do mnie informacja, że w Klubie Ronina wystąpił człowiek znany nam od wielu już lat, jako bloger Matka Kurka, przyznaję, że zrobiło mi się smutno. Jednak wcale nie dlatego, że do Klubu Ronina mam stosunek jakoś szczególnie nabożny (w końcu, trudno mieć stosunek jakikolwiek właściwie do projektu, który wszystkimi czterema łapami opiera się na nazwiskach takich jak Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, czy Stanisław Janecki, ani też z tego powodu, że sam miałem okazję tam dwa razy się pokazać, w tym raz, lądując ostatecznie w warszawskiej prokuraturze, ale dlatego, że od razu sobie pomyślałem, że osobą wprowadzającą owego Kurkę na te salony będzie zapewne mój kumpel, a jednocześnie człowiek, którego szanuję, czyli Józek Orzeł. Włączyłem więc z drżącym sercem film z tego spotkania… i odetchnąłem z ulgą. Matkę Kurkę do Klubu Ronina przyprowadził nie Orzeł, ale Łukasz Warzecha, a więc wszystko, że tak to ujmę, pozostało w rodzinie.
Oczywiście wszystkim nam jest w tym momencie znacznie lżej, co nie zmienia faktu, że problem jak najbardziej istnieje, zwłaszcza gdy obejrzymy sobie ów występ w całości, wraz z popisami zgromadzonej publiczności, i z tego co zobaczyliśmy, wyciągniemy odpowiednie wnioski. A wnioski to są jak najbardziej ponure.
Powiem szczerze, że to co się dziś buduje wobec Piotra Wielguckiego, poraża swoim szaleństwem nawet mnie, człowieka jak by nie było już starszego, doświadczonego i wydawałoby się odpornego na wszelkie prowokacje. Gdyby bowiem ktoś mi jeszcze pięć lat temu powiedział, że Wielgucki za rok czy za dwa stanie się szczerym polskim patriotą i naszym sojusznikiem w walce z Systemem, ja bym prawdopodobnie poprosił o następną historię, tyle że już może lepiej z Adam Michnikiem w roli głównej. Powiem więcej. Gdyby ktoś mnie po Katastrofie Smoleńskiej zaczął przekonywać, że na naszą stronę przeszli Jacek Żakowski, Waldemar Kuczyński, czy Piotr Najsztub, ja bym się oczywiście tą wiadomością przejął, ale widząc żywe dowody, musiałbym się jakoś w stosunku do niego ustawić. Przepraszam bardzo, ale jeśli idzie o Matkę Kurkę, on tu się mieści dokładnie tak samo jak niejaki Ketman, czy kpt. Leszek Piotrowski.
Matkę Kurkę, jako internetowego komentatora, poznałem jeszcze zanim sam zacząłem blogować, bliżej się już z nim zapoznałem, kiedy po praz pierwszy zacząłem się udzielać w Salonie24, ostatecznie nawet napisałem na jego temat jeden, może dwa teksty, w tym jedno hasło w swoim „Elementarzu”, i zawsze myślałem o nim, jako o czystym, doskonałym kłamcy; nie o kimś podłym, złośliwym, złym, głupim, ale o kimś, kto jest wręcz uosobieniem bezinteresownego, wręcz instynktowego wręcz kłamstwa. Stało się nawet tak, że ów tekst, który mu swego czasu poświęciłem, nosił tytuł „Matka Kurka, czyli o cnocie kłamstwa”, a teza owej notki była taka, że ów Kurka to człowiek, dla którego kłamstwo nie jest ani koniecznością, ani metodą, ani nawet wynikiem jakiegoś tam nie wiadomo choćby jak chorego procesu intelektualnego, ale naturą. Bożą naturą. Matka Kurka to człowiek, który kłamie, bo tak został stworzony.
No i dziś możemy sobie obejrzeć, jak to w Klubie Ronina ów Matka Kurka na pytanie blogerki Elig odpowiada, jak to on kiedyś był zwyczajnie głupi, bo nasłuchał się i naczytał reżimowych mediów i uznał, że wszystko, co oni tam piszą, to najprawdziwsza prawda, no ale w końcu, gdzieś tak w okolicach Smoleńska, ujrzał prawdę prawdziwą i dziś nie ma takiej siły, która by go od niej oddzieliła.
Przypominam sobie jeszcze jedną sytuację z tamtych, przedsmoleńskich jeszcze, czasów. Otóż zamykając już wspomniany tekst w Salonie24, wkleiłem zdjęcie, które znalazłem w sieci, a na którym obok siebie stoją wówczas dwaj, najwybitniejsi obok Kataryny, polscy blogerzy, Matka Kurka i Azrael, i ogłosiłem konkurs dla czytelników pod hasłem „Który to Kurka”, prosząc jednocześnie, by ci, którzy wiedzą, siedzieli cicho, bo to ma być tylko taka zabawa… no i wówczas, jako pierwszy pojawił się bloger Wszołek i cały figiel zepsuł, jak dziecko krzycząc coś w stylu: „Ja wiem. To ten gruby”. Oczywiście później się tłumaczył, że nie chciał psuć zabawy, ale nie mógł się powstrzymać i się nie pochwalić, a ja dziś już tylko powiem, że to są czasy naprawdę stare. Dziś Matka Kurka nie jest gruby. Powiem więcej, dziś, kiedy on tak siedzi obok Łukasza Warzechy w Klubie Ronina, wygląda nie tylko lepiej od Azraela, ale lepiej nawet od samego Warzechy. Dziś to jest najprawdziwsza gwiazda. Powiedziałbym za Grzegorzem Braunem, że gwiazda śmierci, ale przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda. Jeśli tylko Ruscy nie zrobią nam wojny, wszyscy się z całą pewnością o tym przekonamy.

Wszystkich czytelników i sympatyków tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. A przecież nie tylko. Szczere polecam i dziękuję. Również oczywiście bardzo mocno proszę wszystkich tych, którym sie te teksty podobają i dają te minimum codziennej satysfakcji, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Od tygodnia, mamy tu praktyczny dramat.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Friko i Koko plus Pilot Boeinga vs. Traktorzystka Marysia

Historia powstania niniejszej notki jest na tyle ciekawa, że wypada mi ją króciutko przedstawić. Otóż oryginalny plan na dzisiaj miałem zupełnie inny. Widząc mianowicie, jak wielu czytelników nie zrozumiało ironii zawartej w poprzednim tekście, i uznało, że faktycznie bloger Stary przepisuje stare, peerelowskie kawałki propagandowe, edytując je pod nowe czasy i zadania, chciałem przede wszystkim zapewnić wszystkich, że mój tekst od początku do końca był żartem, że ja nigdy nie pracowałem ani w „Trybunie Ludu”, ani w jej lokalnym wydaniu, czyli w „Trybunie Robotniczej”, że tekst, który zamieściłem, nie jest oryginalnym tekstem z PRL-u, który bloger Stary splagiatował, lecz, odwrotnie, ułożoną przeze mnie parodią jego najnowszego tekstu, i że jedyny powód, dla którego się za Starego wziąłem był taki, że nigdy chyba dotychczas nie spotkałem się z reżimową publicystyką, która by była tak ścisłym powtórzeniem starej ubeckiej retoryki, i to na takim poziomie, jak to miało miejsce u Starego właśnie. Ten bowiem rodzaj propagandowej agresji do tego stopnia przypomniał mi teksty sprzed lat, że przy pomocy prostego bardzo zabiegu podstawienia, postanowiłem wykazać, że Stary to przede wszystkim stara komunistyczna szkoła partyjnej agitacji. I to zrobiłem. Jak się okazuje, bardziej skutecznie, niż się mogłem spodziewać.
Tuż jednak zanim poszedłem spać, trafiłem w sieci na tekst Łukasza Warzechy, który w reakcji na decyzję swojego macierzystego tygodnika, by na okładkę najnowszego numeru dać Marysię Sokołowską, zadaje nam wszystkim, w jego głupim mniemaniu retoryczne, pytanie: „Czy naprawdę chcemy, żeby Marysia Sokołowska zajęła miejsce profesorów Krasnodębskiego, Thompson, Staniszkis, Zybertowicza?” Oczywiście, tekst Warzechy jest znacznie dłuższy i tam jest znacznie więcej kawałków robiących podobne wrażenie, jednak ten fragment mną tak wstrząsnął, że uznając, że tylko mój kolega Coryllus jest w stanie się do tego odnieść na adekwatnym poziomie, przesłałem mu link do tekstu Warzechy i poprosiłem, żeby to on coś na ten temat napisał, bo mi tu niestety brakuje odpowiednich talentów.
Jednak już w następnej chwili ogarnęła mnie taka fala inspiracji, że pomyślałem, że niech Coryllus pisze co tam sobie chce, natomiast Warzechą jednak zajmę się sam, no i natychmiast posłałem mu kolejny mail, informując, że plan się zmienił i o Warzesze piszę ja. Niestety, za późno. Coryllus bowiem już się ze sprawą zapoznał, odpowiednio zainteresował i postanowił jej już z rąk nie wypuszczać. Tyle wszystkiego, że umówiliśmy się na dwa osobne teksty, z których jeden, a mianowicie jego, będzie bardziej poświęcony wątkowi relacji między Warzechą a profesorami, a drugi, czyli mój, uzupełni całość, skupiając się na innym fragmencie komentarza Warzechy, a mianowicie tym, gdzie on pisze co następuje:
„Pytanie brzmi, czy my – konserwatywni publicyści i dziennikarze – chcemy promować taki sposób widzenia, analizowania i komentowania polityki? Czy życzymy sobie, żeby publiczny dyskurs kończył się na obrzucaniu się coraz mocniejszymi obelgami, zaś analiza polityczna kończyła się na sposobie widzenia rzeczywistości przez licealistów i gimnazjalistów?”
Ja o istnieniu Łukasza Warzechy dowiedziałem się przy okazji prowadzenia tego bloga. Otóż zanim w ogóle trafiłem na jakikolwiek jego tekst, czy telewizyjną wypowiedź, znałem go tylko jako blogera, który podobno jest też dziennikarzem, a więc jako kogoś w typie Jana Osieckiego. Ponieważ był to rok 2007, a więc sam początek tak bardzo niedobrych dla Polski, tak bardzo ją niszczących rządów Platformy Obywatelskiej, Łukasz Warzecha – być może licząc na jakieś nowe otwarcie z punktu widzenia swojej dziennikarskiej kariery – zajmował się głównie szydzeniem z Lecha Kaczyńskiego i organizowaniem klaki ministrowi Sikorskiemu. Któregoś dnia doszło między nami do takiego spięcia, że ja Warzesze nawrzucałem, no i on wtedy wygłosił zdanie, dzięki któremu przeszedł do historii, i zadeklarował, że będąc „pilotem boeinga”, on ze mną, jako „traktorzystą” nie ma honoru dyskutować.
Dopiero znacznie później trafiłem na normalne papierowe teksty Warzechy i to co mnie w nich uderzyło najbardziej, to to, że one, w odróżnieniu od tego, co się starał pisać na swoim blogu, jeśli stanowiły choćby minimalną próbę analizy, to na poziomie jakichś najbardziej oczywistych komentarzy odnośnie tego, co akurat przeczytał w gazecie, lub obejrzał w telewizji. Tam nie było ani jednej oryginalnej, czy choćby tylko ciekawej myśli. Wyłącznie jakieś najbardziej osłuchane kawałki na temat tego, że albo rząd Tuska jest mało skuteczny, albo skorumpowany, albo że telewizja TVN kłamie.
Główna jednak dziennikarska metoda Warzechy oparta była na starym kabaretowym pomyśle, znanym nam z radiowych występów duetu Friko i Koko, a która w jego wypadku sprowadzałaby się do następującej narracji:
- Koko, ja się ciebie pytam, czy ten Donek to ryży Niemiec?
- To ja ci, Friko odpowiadam, ze to jest ryży Niemiec.
- Ja cię, Koko, pytam czy Kopacz to niedomyte babsko?
- Tak, Friko, ja ci odpowiadam, że Kopacz to jest niedomyte babsko. I głupie.
- Ty mi, Koko, mówisz, że ona jest gupia?
- Tak, Friko, ja Ci odpowiadam, że ona jest głupia, jak Donek.
I tak właśnie wygląda publicystyka redaktora Łukasza Warzechy od paru już dobrych lat, publicystyka, która, swoją drogą, doprowadziła ostatnio do naprawdę poważnych zmian na naprawdę wysokim poziomie medialnego rynku w Polsce, gdzie doszło do starcia, o którym pisać nie będę, bo życie mi miłe.
I oto pojawia się Marysia Sokołowska, staje przed Donaldem Tuskiem ze śmiertelnie poważną miną i zadaje mu to straszne pytanie: „Czemu jest pan zdrajcą?” W pierwszej chwili wydawałoby się, że nie stało się nic takiego, a kto wie, czy nawet nie doszło do sytuacji nieco dla nas zawstydzającej. No bo, co to za dziwne pytanie? No a przede wszystkim, jaki jest sens jego stawiania? Czego się to dziecko spodziewało od Premiera usłyszeć? Nie prościej było stanąć tam z biało-czerwoną flagą i krzyknąć „Precz z komuną!”, albo rozwiesić transparent „Smoleńsk pomścimy”? To się pojawiło w pierwszym momencie. Jednak już po chwili ja przynajmniej uświadomiłem sobie, że to właśnie pytanie: „Dlaczego jest pan zdrajcą?” ma ciężar nie jednego, ale tysiąca siedmiokilogramowych liści. Dlaczego? Bo o ile tamte hasła można było potraktować ze wzruszeniem ramion, tu odpowiedź musiała paść. I to albo merytoryczna, która byłaby przyznaniem się do wszystkiego, albo w postaci najbardziej brutalnego medialnego ataku, który zresztą nastąpił. Pytanie, jakie Donaldowi Tuskowi zadała Marysia Sokołowska było czymś, czego ani przywoływani przez Warzechę profesorowie, ani tym bardziej on sam, nie byliby nawet nie wydusić z siebie, bo to są zaledwie drobni kombinatorzy, a nie wojownicy, ale choćby i wymyślić. A ona to zrobiła. Pomijając wszelkie pośrednie przystanki, wysiadła na ostatnim i zapytała: „Czemu jest pan zdrajcą?”
Dziś Warzecha przegrał walkę ze swoim kumplem Karnowskim i Marysia Sokołowska trafiła na okładkę tygodnika „W Sieci”. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że on na nią dziś patrzy i wyje z wściekłości i przerażenia. Dlaczego? Dlatego, że wie, że oto dzieje się coś, co go ostatecznie może wyrzucić z tej sceny. Karnowscy okazali się mieć przynajmniej ów odruch, by zareagować, ale i odrobinę sprytu, by nie iść jeszcze na całość, tylko próbować sprawę przenieść na poziom jakiegoś „manifestu”. On natomiast tego czegoś ani nie rozumie, ani nie zna sposobu, by to opanować. To coś, czego ten nieszczęśnik nie przewidział, licząc ślepo na to, że owe Archipelagi Polskości, które on ze swoimi kumplami stworzyli, załatwią za nich wszystko; wystarczy, że oni będą ludzi utrzymywać na poziomie najbardziej prymitywnych emocji i kazać im wierzyć, że mądrzejsi za nich wszystko załatwią.
Jak mówię, pytanie „Dlaczego jest pan zdrajcą?” już się zapisało w historii polskiego oporu przed Systemem. Jednak Marysia Sokołowska to coś znacznie więcej. Gdyby to chodziło tylko o to jedno pytanie, choćby i powtórzone, jeszcze nie byłoby o czym mówić. Tu jednak mamy ten ask.fm, na którym to dziecko, regularnie, oczywiście z odpowiednim umiarem – bo to i szkoła i rodzina i inne obowiązki – rozmawia z Diabłem. Jeśli ktoś dotychczas tam nie zaglądał, bo ma przekonanie, że to jest poniżej jego godności, gorąco polecam. Tam się dzieją rzeczy na takim poziomie dramatyzmu, jakiego przez te nieszczęsne 25 lat myśmy nie mieli okazji oglądać. Proszę tam zajrzeć. Jestem pewien, że Warzecha już to zrobił: zajrzał, skamieniał i się do dziś nie może otrząsnąć, bo wie, że w każdej chwili może przyjść moment, że TVN24 któregoś dnia zorganizuje spotkanie prawicowych dziennikarzy z Marysią Sokołowską, zaproszą do udziału w tym Warzechę, i ona jego i wszystkich pozostałych zwyczajnie zniszczy. Nie ośmieszy, nie zawstydzi, ale zwyczajnie zniszczy. On to wie. Lub może tylko czuje. Końcówkami nerwów. Nie zazdroszczę.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl sa do kupienia wszystkie moje książki, w tym dwa pierwsze „Toyahy”, po absolutnie wyjątkowej cenie 15 złotych za egzemplarz. To się już niedługo skończy, a więc szczerze zachęcam. jednocześnie, ja zawsze, bardzo prosze o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszego wsparcia, nie przeżyjemy.

wtorek, 3 czerwca 2014

O archipelagach polskości i głupiej ludowej satysfakcji

Powiem zupełnie uczciwie, a przy tym przyznam się do pewnej naiwności, że przez kilka dni zeszłego tygodnia byłem dość mocno przekonany, że tygodnik „W Sieci” wykona gest, jakiego dotychczasowa polityka redakcji nawet nie brała pod uwagę, a który moim zdaniem powinna wykonać, jeśli tylko zależy mu na sukcesie tak zwanej „polskiej prawicy”. Mam tu na myśli wyjście z ofertą do ludzi, na początek może przez wysłanie braci Karnowskich wraz z redakcyjnym reporterem do Gorzowa, przeprowadzenie rozmowy ze znaną nam wszystkim licealistką, Marysią Sokołowską i zamieszczenie jej w stałym, przeznaczonym na główne redakcyjne wywiady, miejscu.
Dlaczego uważałem, że wywiad z Sokołowską powinien otworzyć nowy rozdział w podejściu prawicowych mediów do czegoś, co one same swego czasu lansowały jako „archipelagi polskości”? Otóż dlatego, że moim zdaniem nie ma żadnej możliwości, by udało się pobudzić do życia nasze polskie społeczeństwo, ograniczając debatę do paru redakcji i kilku współpracujących z nimi osób. Nie ma żadnych szans na poruszenie emocji uśpionej części społeczeństwa, dopóki jedyną na to metodą ma być dzielenie redakcyjnych budżetów w ramach „rodziny”, z takim oto założeniem, że jeśli się ludziom po raz kolejny pokaże pisarza Rymkiewicza, czy prof. Nowaka i każe się im mówić to, co każdy z nich mówił już i tak dziesiątki razy, to Polacy któregoś dnia uznają, że są rzeczy ważniejsze, niż sklep i telewizor, otworzą szeroko okna i zaczerpną świeżego powietrza. Wydawało mi się, że skoro jakimś zupełnie niewiarygodnym i szczęśliwym trafem owa siedemnastolatka z Gorzowa pokazała nam wszystkim, jak wygląda ów dotychczas mityczny, a tu tak bardzo autentyczny „archipelag polskości”, nie ma już na co czekać, tylko iść za tym ciosem.
To, jeśli idzie o pytanie, dlaczego chciałem, żeby się tak stało. Teraz pora na to, by odpowiedzieć na kolejne, a mianowicie, dlaczego naiwnie uznałem, że tak się faktycznie stanie? Otóż, jak już pisałem wcześniej na tym blogu, ja dość dokładnie czytam dyskusję, jaką na swoim profilu na ask.fm prowadzi ze światem Marysia Sokołowska, i w ramach owego zaangażowania w pewnym momencie trafiłem na jej wypowiedź, w której obiecała, że więcej na temat jej ideowych i politycznych wyborów będziemy mogli się dowiedzieć w najbliższym wydaniu tygodnika „W Sieci”. Ktoś się Marysię Sokołowska spytał, co ona miała na myśli, mówiąc o zdradzie Tuska, a ona odesłała go do najbliższego numeru „W Sieci”. A ja sobie wówczas pomyślałem, że dobrze jest. Karnowscy po raz pierwszy zareagują, jak przystało na pierwszej klasy dziennikarzy i powiedzą Rymkiewiczowi, Nowakowi, Krasnodębskiemu, Hofmanowi, czy Rokicie, a przy okazji Łozińskiej, Adamskiemu i Feusette, że czas jest taki, że oni muszą poczekać, a co gorsza, że zupełnie nie wiadomo, ile to czekanie może potrwać, i zwrócą się z ofertą prosto do społeczeństwa.
Przyszły mi do głowy tego typu myśli i właściwie od razu wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Dlaczego? Bo oto niemal w tym samym momencie odezwał się Łukasz Warzecha i zakomunikował, że z tą Marysią Sokołowską to jest jakiś humbug, że to co ona zrobiła to rzecz bez znaczenia i że jeśli się mamy zajmować jakąś nieznaną nikomu licealistką z Gorzowa, która coś tam chlapnęła na Premiera, to równie dobrze możemy się emocjonować tym, co na czyjś temat uważa jakaś sprzedawczyni warzyw na placu. Dokładnie było tak:
„Sprowadzanie debaty o polskiej polityce do tego, czy Tuska można nazywać zdrajcą czy nie, oraz co można myśleć o autorce takiej opinii, będącej osobą całkowicie prywatną - jest, by tak rzec, ciut niepoważne. Czy jeśli pani Henia ze sklepu w sąsiedztwie też powie o Tusku, że jest zdrajcą, zrobimy jej podobną reklamę?”
Nie minął dzień, jak obok Warzechy pojawił się Łukasz Adamski, człowiek, któremu redakcja „W Sieci” regularnie odstępuje pół numeru na jakieś dyrdymały o tym, że zbawienie świata przyjdzie z Hollywood, i poparł go w całej rozciągłości. Tym razem jednak było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej:
„Niemniej jednak zdumiony jestem przykładaniem aż takiej uwagi mediów do opinii młodej dziewczyny, której można jedynie z ludową satysfakcją przyklasnąć, że miała cojones by w twarz naubliżać samemu premierowi. Co jednak wynika z jej słów? Kompletnie nic. Co wnoszą do debaty publicznej na istotne polityczne kwestie? Kompletnie nic. Co czytelnicy i dziennikarze o konserwatywnych poglądach by zrobili, gdyby premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu jakiś małolat powiedział, że jest zdrajcą Polski na usługach obcego państwa, powiedzmy o nazwie Watykan? To oczywiście pytanie nie wymagające odpowiedzi”.
Oczywiście, już pewnie w tym momencie wszyscy widzimy, na co z naszej strony sobie zasłużył Adamski, choćby w związku z ową „ludową satysfakcją”, ale nie mogę się powstrzymać przed jeszcze jednym fragmentem:
„Mamy problem z publiczną debatą, skoro prywatne opinii nieznanej szerzej licealistki wzbudzają taką dyskusję”.
A więc tu, jak widzimy wszystko się zaczyna i kończy – na „ludowej satysfakcji” i „nieznanych szerzej licealistkach”. Problem polskiej debaty, której w rzeczywistości nie ma, sprowadza się do tego, że społeczeństwo, zamiast kupować książki Adamskiego, czytać felietony Warzechy i pochłaniać z bijącym sercem diagnozy Rymkiewicza i Krasnodębskiego rejestrowane przez bliźniaków Karnowskich, czerpie „ludową satysfakcję” z jakichś dziwnych popisów „nieznanych szerzej” siedemnastolatek, i to w dodatku nawet nie z Warszawy.
To co odstawiło tych dwóch durniów jest dla mnie czymś tak wstrząsającym, że, prawdę powiedziawszy, nie mam już siły, żeby dalej pisać, no ale co się zaczęło, trzeba skończyć, a więc słuchajmy dalej. Otóż zgodnie z moimi obawami, „W Sieci” dała wywiady z Rymkiewiczem, z Krystyną Prońko, z Wojciechem Cugowskim, Janem Pietrzakiem, historykiem Eislerem, poza tym mamy cztery teksty Adamskiego, analizy Zaremby, Skwiecińskiego, młodego Łysiaka, Wencla, Pawlickiego, no i na koniec (jakżeby inaczej) kolejny „alfabet”, tym razem socjologa Żukowskiego. Jest też i owszem tekst Doroty Łosiewicz dotyczący „kwestii Marysi”, tyle że z niego ani nie wynika dla nas jakakolwiek dodatkowa wiedza poza tą, którą i tak już znamy z Internetu, ani nawet nie ma tam jednego śladu osobistej pracy Łosiewicz. Ona najwidoczniej nawet z Marysią Sokołowska nie miała okazji porozmawiać. Każde wypowiedziane przez Marysię słowo jakie ona cytuje, pochodzi z jej wypowiedzi dostępnych w Internecie, a jedyny przekaz tekstu Łosiewicz jest taki, że „licealistka z Gorzowa” z charakterystycznym dla siebie „młodzieńczym urokiem” dokuczyła Tuskowi i reżimowe media dostały w związku z tym cholery. To wszystko.
Jak już wielokrotnie pisałem, cała moja wiedza na temat Marysi Sokołowskiej i tego, co nią może kierować, oparta jest na bieżącym przekazie i własnej intuicji. Ze wspomnianego przekazu jak najbardziej dowiedziałem się najpierw, że ona dokładnie opowie, co miała na myśli, mówiąc, że Tusk to zdrajca w wypowiedzi dla tygodnika „W Sieci”, następnie, że ona jednak nie udziela na razie nikomu żadnych wywiadów, a dziś czytam na jej blogu, że wszystkie redakcje z jakimi ona rozmawiała ocenzurowały jej słowa, w których chciała wyjaśnić kwestię owej zdrady.
A więc wciąż jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Sam napisałem do Marysi Sokołowskiej dwukrotnie, raz bez szczególnego powodu, drugi raz z prośbą o dłuższą wypowiedź, odpowiedziała mi dwukrotnie, grzecznie dziękując za pamięć i dobre słowo, prośbę o wypowiedź pomijając milczeniem. Uważam, że jej zachowanie jest, jak na obecną sytuację, wyjątkowo mądre. Ani my nie znamy jej, ani ona nie zna nas, i póki co, tak musi pozostać. No może, z drobną zmianą z jednej strony. Ona pomału, mam wrażenie, coraz więcej się dowiaduje o nas. I tak, uważam, jest bardzo dobrze. Nie dla nas, bo my na nic dobrego już nie zasługujemy. Natomiast jak najbardziej dobrze dla niej.

Wszystkich zainteresowanych tymi tekstami zachęcam do zajrzenia na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wybór moich wcześniejszych felietonów pod pięknym tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 złotych. Nakład na ukończeniu, kolejny nie jest planowany. Polecam serdecznie. I wciąż proszę wszystkich przyjaciół tego bloga o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Jak zwykle walczymy z rachunkami i dna nie widać. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...