Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2014

O flaszkę dla Grzegorza Brauna

W trakcie przesłuchania w warszawskiej prokuraturze, jakiemu zostałem swego czasu poddany w związku ze swoim udziałem w debacie w Klubie Ronina, gdzie Grzegorz Braun zapowiedział wieszanie zdrajców, pani prokurator zapytała mnie, dlaczego, kiedy Braun wygłaszał te swoje groźby, ja i Gabriel Maciejewski, zamiast zapłonąć świętym oburzeniem, śmialiśmy się. Na to ja odpowiedziałem – jak najszczerzej oczywiście – że nie wiem, jak Gabriel, ale ja się śmiałem, bo mnie tyrada Brauna najzwyczajniej w świecie rozśmieszyła. Powiedziałem, skądinąd niezwykle sympatycznej i bystrej, pani prokurator, że Grzegorz Braun ma to do siebie, że kiedy on mówi, cały świat zamiera w skupieniu. Grzegorz Braun ma ten rodzaj talentu oratorskiego, że, jeśli ktoś planuje spędzić noc w dobrym towarzystwie i miłej atmosferze, powinien złożyć się na parę flaszek, zaprosić Grzegorza Brauna i już tylko chłonąć, chłonąć, chłonąć. A zatem, kiedy Grzegorz Braun opowiadał o tej „gwieździe śmierci”, o tych strzelnicach, o t

Co to za wolność? To zwykłe porno!

To, o czym postanowiłem dziś opowiedzieć, może robić wrażenie kompletnej bzdury, niewartej nawet splunięcia, mam jednak wrażenie, że tak zupełnie tego zlekceważyć nie wypada. A zatem, bardzo krótko. Otóż przyszedł do mnie wczoraj mój syn i przekazał wiadomość, że w 3 programie Polskiego Radia, w kultowym gdzieniegdzie programie zatytułowanym „W tonacji Trójki” wystąpił Wojciech Mann z jakąś Anną Gacek i Mann był przy tym kompletnie pijany. Nagranie z tego występu jest publicznie dostępne, ja go wysłuchałem dwukrotnie i potwierdzam: Mann, będąc w pracy, prezentując się publicznie iluś tam tysiącom radiosłuchaczy, był tak nawalony, że z trudem składał słowa, podobnie jak zresztą czysty bełkot stanowiła merytoryczna część owej wypowiedzi. Elementem jednak równie ciekawym tej prezentacji było zachowanie współprowadzącej z Mannem program Anny Gacek. Otóż ona nie próbowała Manna ani uspokoić, ani jakoś sprytnie zwolnić z obowiązku gadania, ani zagadać tych jego wybryków, ale zachowywała z ka

Z pamiętnika najmłodszego syna Bencjona Segala

Myślę, że już o tym tu wspominałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Otóż ja nie mam bladego pojęcia, jak to się zaczęło, a tym bardziej z czego owa fascynacja wynika, ale moja żona od kilku już dobrych lat wykazuje coś, co mógłbym nazwać filosemityzmem w wersji turbo… gdyby nie fakt, że każdy, kto ją zna, wie, że z niej dokładnie taki sam antysemita, jak z każdego z nas. Na czym więc miałby polegać ten jej turbo-filosemityzm? Na tym mianowicie, że jeśli spojrzymy na jej podstawowy kanon lektur, to zobaczymy, że jest to głównie literatura żydowska, i to nie żydowska w tym sensie, że tworzona przez redaktorów „Warszawskiej Gazety” i zaprzyjaźnionych z „Warszawską Gazetą” badaczy, a traktująca o Żydach i ich wyssanej z mlekiem matki podłości, ale oryginalna literatura, pisana przez Żydów, przez Żydów firmowana, autoryzowana i często wręcz wydawana. Moja żona doszła już do tego stanu, że jeśli ktoś chce jej zrobić dobry prezent na urodziny, czy imieniny, to najlepiej będzie, jeśli to będą

Dlaczego amerykańskie sputniki latają tylko nad Ukrainą?

No to jeszcze jeden tekst od Bachurskiego. Tym razem mój cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że zainspiruje. Może ktoś już wcześniej zwrócił na to uwagę, ja jednak, mimo że staram się uważnie czytać wszystkie komentarze, zwłaszcza odnośnie Smoleńska, tu akurat szczególnego wzmożenia nie zaobserwowałem. Ale też jestem pewien, że gdyby ktoś sprawę zanalizował i wyciągnął z analizy odpowiednie wnioski, dyskusja na temat, czy ów Smoleńsk to morderstwo, czy nieszczęśliwy wypadek, byłaby bezprzedmiotowa. O co chodzi? Otóż nie wiem, czy ktoś z nas to zauważył, ale natychmiast po katastrofie malezyjskiego samolotu nad Ukrainą, kiedy jeszcze nawet nie było pewności, czy doszło do jego zestrzelenia, czy on runął na ziemię z innych przyczyn, zostaliśmy poinformowani, że ów lot był pod nieustanną obserwacją amerykańskich satelitów i moment, w którym on zniknął z radarów, został z całą pewnością zarejestrowany. Moment wystrzelenia rakiety, uderzenia, a nawet osoba, któr

XXI wiek stuleciem Afryki. I Polski

Poniższy tekst ukazał się w wydawanym przez Piotra Bachurskiego piśmie „Polska Niepodległa”. Powiem uczciwie, że nie miałem dotychczas tego w ręku, więc nie mam tu nic do powiedzenia. No ale myślę, że skoro niepodległa, to dobrze. W końcu, to tak samo jak ten blog. Sam nie potrafię w to uwierzyć, ale jest tak, że u nas w domu ostatnio, zamiast zwyczajowych starych egzemplarzy tygodnika „W Sieci”, czy nawet „Warszawskiej Gazety”, walają się trzy ostatnie numery „Wprostu”, te z taśmami. Ponieważ na dodatku cała moja rodzina zabrała się z domu i rozjechała się po różnych miejscach kraju i świata, zostawiając mnie samego z psem, a on, jak wiemy syf, który w związku z tym tu zapanował, z prawdziwą przyjemnością akceptuje, numery tej szmaty są w takim stanie, jakby zostały mu wyjęte z gardła. Ja ich jednak wciąż używam, czy to przy krojeniu chleba, czy do stawiania na nich kubka z mlekiem, czy zwyczajnie, do zabijania nudy przy samotnym jedzeniu. I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwie w

... jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć

Stało się tak wreszcie, że nasz przyjaciel ojciec Antoni Rachmajda OCD został przeniesiony z Poznania do Wrocławia, w związku z czym, od dziś mówimy o nim jako o „naszym człowieku we Wrocławiu”. Rzecz jednocześnie w tym jednak, że owe wspaniałe, redagowane dotychczas przez Rachmajdę „Zeszyty Karmelitańskie”, przeszły pod inną redakcję, a ja miałem ten zaszczyt, że w zamykającym tę wieloletnią misję numerze mogłem zamieścić swój tekst, który dziś, dla dobra wspólnego, przedstawiam i tu. Ani nie jestem teologiem autoryzowanym, ani, jak część z tak zwanych dziennikarzy katolickich, teologiem samozwańczym, ani, co więcej, nie mam nawet tak skromnych ambicji, by objaśniać ludziom najprostsze zagadki naszej wiary, takie choćby, o których dzieci uczą się – czy choćby powinny się uczyć – na lekcjach religii, jednak tym razem chciałbym zaryzykować pewną teorię dotyczącą słynnego fragmentu Pisma Świętego, znanego nam z krótkiej bardzo sekwencji: „Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Ot

O cnocie kłamstwa i jego ostatecznym triumfie

Kiedy dotarła do mnie informacja, że w Klubie Ronina wystąpił człowiek znany nam od wielu już lat, jako bloger Matka Kurka, przyznaję, że zrobiło mi się smutno. Jednak wcale nie dlatego, że do Klubu Ronina mam stosunek jakoś szczególnie nabożny (w końcu, trudno mieć stosunek jakikolwiek właściwie do projektu, który wszystkimi czterema łapami opiera się na nazwiskach takich jak Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, czy Stanisław Janecki, ani też z tego powodu, że sam miałem okazję tam dwa razy się pokazać, w tym raz, lądując ostatecznie w warszawskiej prokuraturze, ale dlatego, że od razu sobie pomyślałem, że osobą wprowadzającą owego Kurkę na te salony będzie zapewne mój kumpel, a jednocześnie człowiek, którego szanuję, czyli Józek Orzeł. Włączyłem więc z drżącym sercem film z tego spotkania… i odetchnąłem z ulgą. Matkę Kurkę do Klubu Ronina przyprowadził nie Orzeł, ale Łukasz Warzecha, a więc wszystko, że tak to ujmę, pozostało w rodzinie. Oczywiście wszystkim nam jest w tym momencie zn

Jadźka czyli życie

Ledwo jakoś daliśmy sobie radę z tym durniem z Uniwersytetu Warszawskiego Tomaszem Sobierajskim, kiedy to na owym małym ekraniku Salon24 TV pojawiło się coś – zaznaczam, że mnie osobiście znane mniej więcej tak samo, jak szwagier tego faceta z psem z naprzeciwka – co zostało nam przedstawione, jako Magda Femme i jej nowa płyta. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego ja uznałem za stosowne, może nie wysłuchać, co ma do powiedzenia owa Magda Femme, bo aż takim desperatem to ja nie jestem, ale wejść na Youtube’a i sprawdzić poziom muzyki, którą jacyś cwaniacy kazali jej wykonywać, przyznaję, że nie umiałbym znaleźć uczciwej odpowiedzi. No, nie wiem, coś mnie, cholera, podkusiło. Wysłuchałem jednak, co to za nieszczęście i pomyślałem sobie od razu, że opowiem tu pewną historię, którą dotychczas planowałem zachować dla siebie… ale co mi tam. Może będzie warto. Jak już wspominałem wcześniej, mam kuzyna, który jest dla mnie niemal jak brat, z którym się spotykam każdego roku w wakacje, i z którym

Uniwersytet Warszawski otwiera Freak Department

Czytelnicy mojego bloga na toyah.pl mogą tego nie wiedzieć, natomiast jestem pewien, wszyscy ci z nas, którzy zdecydowali się korzystać z Salonu24, zauważyli z pewnością, że tu od pewnego czasu, ile razy chce się czy to opublikować jakiś tekst, czy tekst ów przeczytać, czy wrzucić jakiś komentarz, czy na komentarz odpowiedzieć, połowę czasu trzeba poświęcić na to, by spróbować wyłączyć coś, co się nazywa Salon24 TV. Co to jest takiego owa Salon24 TV? Otóż jest to mały ekran na górze strony, a na nim jakiś krótki filmik, filmik jakikolwiek, na jakikolwiek temat, który włącza się po każdym kliknięciu, na którym ktoś coś mówi. Może to być jakiś polityk, albo jakiś naukowiec, albo jakiś artysta, aktor, czy dziennikarz – często, tak się złożyło, jest to Tomasz Terlikowski – który gada, natomiast do nas należy albo tego kogoś wysłuchać 10, 50, 100, czy 200 razy dziennie, albo spróbować błyskawicznie ową transmisję zatrzymać. Uczciwie powiem, że ponieważ jestem osobą bardzo cierpliwą, a w dod

Dla mojej córki - raport z kraju mleka i miodu

Ponieważ sprawa przybrała wymiar sprawy państwowej, a ja nieszczególnie mam ochotę czekać aż wszyscy czytelnicy tego bloga uznają mnie za nie dość że prowokatora, to jeszcze durnia, chciałbym najpierw coś wyjaśnić, potem przedstawić kolejny tekst, by wreszcie na sam koniec dorzucić parę ważnych słów. Jak już pisałem w jednym z komentarzy, a co zostało oczywiście kompletnie zlekceważone, moja notka o PRL-u była wyłącznie reakcją na pytanie, jakie kilka dni temu zadał mi mój syn, czy za komuny też były kolejki do opieki medycznej. Powiem więcej, kiedy zabierałem się do pisania tekstu, który wstrząsnął podstawami tego bloga, miałem – co mi się zdarza bardzo rzadko – owo pełne winy uczucie, że wklejam tekst może nie tyle niepotrzebny, czy zły, ale raczej mało ważny, czy zwyczajnie niepoważny. Ot, taka trochę zabawa. Wyszło inaczej i muszę się teraz z tym męczyć. Przyznaję się do jednego autentycznego błędu. Ja oczywiście, doskonale wiedząc, że większość Polski przed rokiem 1990 telefonów

O jednej zbrodni i jednej sukcesji

Mam nadzieję, że czytelnicy mi to wybaczą, ale dziś dalej będzie o PRL-u i III RP. Tym razem krótko, bo to są cotygodniowe 444 słowa dla „Warszawskiej Gazety”. Zapraszam: Taśmy z podsłuchami zorganizowanymi przez Służby w celu odsunięcia Donalda Tuska od władzy, wzbudziły zainteresowanie, jednak to co – poza oczywiście kwestią podstawową, czyli antyreżimową akcją Systemu – w tych rozmowach jest dla nas najbardziej interesujące, najczęściej jest ukryte pod najróżniejszymi drobnymi interesami, owym nieprawdopodobnym chamstwem, oraz tymi tysiącami wydanymi na jakieś ośmiorniczki, czy flaszki po kilka stów. Oto dowiadujemy się choćby o istnieniu człowieka nazwiskiem Sławomir Cytrycki i jestem pewien, że gdyby nam się tylko chciało znaleźć czas na chwilę refleksji, moglibyśmy śmiało dojść do wniosku, że oto zupełnie niespodziewanie pojawiają się kwestie, które naszą wiedzę na temat III RP doprowadzają niemal pod ścianę. Każde bowiem kolejne słowo musi już w nas tylko wywoływać wzruszenie

Dla mojego syna - raport z czasów terroru

Ja wiem, że to może robić wrażenie czegoś okropnie wstydliwego, do czego lepiej albo się nie przyznawać, albo co w ogóle wyprzeć z pamięci, no ale skoro już postanowiliśmy wspólnie, że blog ten będzie wręcz stanowił gest czystej szczerości, opowiem coś o swoim synu. Otóż spędziliśmy ostatnio wspólnie tydzień u mnie na wsi, zajadając się na zmianę jajecznicę na smalcu ze skwarkami, i zupą, którą moja ciocia robi ze wszystkiego, co ma pod ręką, a która smakuje, jak żadna inna zupa na świecie, oraz oczywiście prowadząc najróżniejszego typu debaty z ludźmi, którzy przewalają się regularnie nieustannie przez to święte miejsce, kiedy nagle syn mój zadał mi pytanie: „Czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza?” Ja oczywiście wiem, że każdy z nas, kto ma na tego typu kwestie perspektywę szerszą niż moje dziecko, wybuchnie szyderczym śmiechem i zapyta mnie, jak to możliwe, że ja tak niestarannie wychowałem swojego syna? Jak to możliwe, że ja – katolik, patriota i Polak – doprowadziłe

Czy redaktora Lisa dręczą zmazy nocne?

Nie wiem, czy to tylko ja zauważyłem, czy może sprawa zainteresowała wielu z nas, tyle że ja się sprawą przejąłem, na wszelki wypadek jednak chciałbym zwrócić uwagę na pewien uprawiany z zadziwiającą zawziętością przez szereg reżimowych mediów proceder polegający na kuszeniu nas rzekomo poważnymi, socjologicznymi analizami, a dotyczącymi najróżniejszego typu patologii, jakie podobno zżerają polski naród. I broń Boże nie chodzi o to, że my Polacy jesteśmy głupi, leniwi, zabobonni, czy choćby zbyt pobożni. W żadnym wypadku. Można by wręcz powiedzieć, że całkiem na odwrót. Oto nagle okazuje się, że na przykład znakomita większość młodych wykształconych mieszkańców Warszawy korzysta z usług luksusowych burdeli i że zjawisko to ma nawet już swoją unikalną nazwę; chwilę później w którymś z tak zwanych tygodników opinii znajdujemy raport, że owi wykształceni pracownicy warszawskich korporacji uzależnili się od szybkiego seksu w porze lunchu i w tej chwili ów proceder – też już mający swoją j