Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezduszność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezduszność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2010

Jeszcze jeden na drogę

Wpadło mi dziś w oko coś, co właściwie nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, a jeśli już zdarzy się to coś uznać za godne pewnego zainteresowania, to ostatnią rzeczą jaką można zrobić, byłoby wyciąganie jakikolwiek wniosków ogólnych. Mimo to, myślę o tym nieustannie, i czym dłużej myślę, tym bardziej jestem poruszony. Może to być spowodowane tym, że w ogóle od pewnego czasu tkwię w nastroju chorobliwie refleksyjnym, i nie zdziwię się, jeśli nagle któregoś dnia wstanę z łóżka, spojrzę na tę poranną mgłę i się rozpłaczę. Ale może też być tak, że za tym coś stoi. Jakieś głębsze znaczenie, które tym bardziej nabiera swojej głębi, im bardziej doświadczamy tego co nas otacza.
Żeby już dłużej nie utrzymywać tego zawieszenia, powiem, że mam na myśli list, jaki do premiera Tuska napisała jakaś dziewczynka z Łodzi i odpowiedź, jaką otrzymała z tuskowej kancelarii. Dziś – i jak znam życie tylko dziś – sprawa jest dość szeroko komentowana w mediach, więc pewnie część z osob, które czytają te słowa, wie o czym mówię. Na wszelki wypadek jednak opowiem. Otóż najpierw należy powtórzyć to co zostało powiedziane nieco wyżej: sprawa jest całkowicie prozaiczna. W Łodzi mieszka mama z dziesięcioletnią córką i z mężem, który odszedł. Mama jest matematyczką i nie ma pracy. Próbuje szukać jakiegoś zajęcia, ale nic z tego. Zero. Ponieważ rodzina klepie biedę, dziesięcioletnia córka tej pani, niejaka Natalia – dziecko uzdolnione, ambitne i jak na swój wiek mądre – wymyśliła, że ona napisze list do Donalda Tuska i go poprosi, żeby znalazł pracę jej mamie. Skąd jej taki idiotyzm przyszedł do głowy? Otóż, ponieważ, jak wspomniałem, ona jest dość wyjątkowa, gdzieś się dowiedziała, że ruski premier Putin dostał podobny list od jakiegoś dziecka i w try miga wszystko załatwił. A więc w pewnej chyba desperacji – możliwe, że widząc jak mama płacze – pomyślała, że taka inicjatywa może przynieść skutek, no i napisała ten list.
My tu na blogu jesteśmy strasznie mądrzy i naturalnie świetnie wiemy, jak tragicznie bezsensowny był ten jej gest, no ale raz, ze ona nie wiedziała, a dwa, że na jej list nadeszła odpowiedź i zrobiła się jednodniowa afera. Oto całe sedno tego wpisu, a więc coś, co można by było za Mrożkiem zatytułować „Dwa listy”, ale sobie tego typu żartów oszczędzimy. Proszę bardzo:


"Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka (...). Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda. Natalia"


"Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera".


Jestem w stu procentach przekonany, że powyższa wymiana – mimo całej swojej bezsensownej treści, a przede wszystkim zamiaru – robi wrażenie. Albo inaczej – może robić wrażenie. Ja na przykład zaczynam tracić głos, kiedy widzę to słowo „mamusia”. Komu innemu może zadrżeć warga, kiedy przeczyta, że „mój tata od 7 lat z nami nie mieszka”. Jeszcze ktoś może się autentycznie wzruszyć, kiedy zaledwie przeczyta to „Dzień dobry”, zamiast zwyczajowego „Witam”. Ten list robi wrażenie. I mam też niewzruszona pewność, że jeszcze większe wrażenie robi odpowiedź, jaka jakiś urzędnik z Kancelarii wklikał w klawiaturę swojego komputera. A może oni korzystali z Poczty Polskiej? Obojętne.
I znów. Może nie tyle robi wrażenie, ale z pewnością może wrażenie robić. Ja, na przykład, dostaję jasnej cholery, kiedy widzę to „Droga Pani!” Kto inny, być może, zaciśnie dłonie w rządzy mordu, widząc ten internetowy adres www.praca.gov.pl. A jeszcze ktoś inny zwyczajnie przeczyta całość tej niezwykłej odpowiedzi i zaklnie najgrubiej jak tylko można sobie wyobrazić.
A ja, choć, jak wspomniałem, sam nie jestem tu bez winy, uważam wszelkie tego typu reakcje za kompletnie niesprawiedliwe i pozbawione sensu. W końcu wiemy wszyscy świetnie, że Polska jest postkolonialnym krajem rządzonym przez bandę pozbawionych najbardziej podstawowych zdolności zaprzańców. Ale wiemy też, że nawet gdyby dziś rządzili najwybitniejsi, najbardziej charyzmatyczni i najbardziej uczciwi politycy, to też żaden z nich, poza bezpośrednim politycznym interesem, nie jest w stanie w tego typu sprawie zrobić nic. Bo premier rządu – każdego i wszędzie – nie załatwia obcym ludziom pracy. No a urząd to urząd, i trudno się spodziewać, że tam ktoś w ogóle myślał. A mimo to, wciąż – czytając tę niezwykły dialog dwóch kompletnie obcych światów – czujemy, że tam jest jeszcze coś. Coś bardzo szczególnego, wręcz egzotycznego, coś kompletnie wyjątkowego, co sprawia, że to biedne dziecko całkowicie zatraciło swój kompas. Bo ona ten list powinna była napisać do mnie, a nie do Tuska. Ona mogła go napisać do mnie, bo ja bym przede wszystkim jej odpisał, adresując swoją odpowiedź „Droga Natalio”, a nie tym skurwysyńsko-burackim „Droga Pani”, a poza tym zaapelował na tym blogu, żeby może do czasu aż jej mama nie znajdzie pracy, pieniądze, które łaskawie wpływają na moje konto, wysyłać właśnie dla tych dwóch biednych kobiet.
Ktoś więc może się spytać, po jasną cholerę ja próbuję atakować ten rząd, uciekając się do czegoś tak niskiego. Czy nie mam innych powodów i innych argumentów? Oczywiście że mam. Argumentów i powodów, żeby gnoić tych kosmitów, mam całe mnóstwo, i nawet gdybym miał pisać dziesięć takich tekstów dziennie od rana do wieczora, nie zabrakłoby mi wyobraźni. To jest jednak znak. Ten list, a szczególnie ta odpowiedź, to znak. Niemal tak samo mocny i dźwięczny, jak niedawna katastrofa dostawczego samochodu z osiemnastoma niewolnikami w środku, czy też całkiem świeża wiadomość o tym, jak to prezydent Komorowski zapytany przez studentów o możliwość rządowej dotacji do mleczno-barowych obiadów, opowiedział wszystkim parę anegdot, jak to on za studenckich czasów nie chodził do żadnych głupich barów, ale normalnie – na piwo.
No i jeszcze coś. Gdyby taki numer jak z tą Natalią przydarzył się cztery lata temu polskiemu premierowi, lub prezydentowi, nie mam najmniejszej wątpliwości, że obok Irasiada, Borubara i odwróconego szalika, mielibyśmy jeszcze jeden super-greps do opowiadania przy stole w dużych polskich miastach, przez niezwykle starannie wykształconych Europejczyków z aspiracjami. I choćby ze względu na oczywistość tego przeczucia, warto było rzucić tym kamieniem. Z nadzieją, że trafi prosto w skroń. Lub przynajmniej w ryj.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...