Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Schetyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Schetyna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2019

O tym jak przewodniczący Schetyna uzyskał lepszą pozycję dziobacza


Dziś może nie zaszkodzi nam na chwilę wrócić do politycznej czkawki, jaka zaatakowała Platformę Obywatelską  po niefortunnej wyprawie Donalda Tuska do Polski. Z tej okazji proponuję swój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”.

       Ledwo nasza uwaga została przesunięta ze strajku nauczycieli na codzienne życie, pojawił się temat, który oczywiście nie pozwoli nam się zajmować tym co najważniejsze. Wszystko bowiem wskazuje na to, że przez kilka następnych tygodni nasze życie będzie zdominowane przez wystąpienie, jakie na Uniwesrystecie Warszawskim wygłosił niejaki Leszek Jażdżewski.
        W czym rzecz? Otóż, jak pewnie większość z Czytelników się domyśla, poszło o to, że znany nam wszystkim aż nazbyt dobrze Donald Tusk wygłosił tam swój wykład, tyle że owo wystąpienie zostało poprzedzone wystąpienniem owego Jażdżewskiego i w tym momencie cały plan, sprowadzający się do tego, by Donald Tusk przybył do Polski na białym koniu i odzyskał władzę dla współczesnej Targowicy, spalił na panewce.
      Mało tego. Otóż, jak wiele na to wskazuje, pomysł, gdzie Donald Tusk zjawia się w Polsce z zapowiedzią wykladu, który przewróci scenę polityczną do góry nogami, został unieważniony w momencie gdy okazało się, że organizatorem owej imprezy jest jakiś trzeciej kategorii mason, który ma do powiedzenia tyle, że katolicy to świnie, a poza tym w życiu nie chodzi o nic więcej, jak o to, by ludzie mogli dowolnie nienawidzić. Rzecz w tym że owo wystąpienie, w którym został zaatakowany Kościół Katolicki, doprowadziło do tak wielkiego zamieszania, że każde kolejne kłamstwo – a wszyscy wiemy, że one potrafią być skonstruowane naprawdę profesjonalnie – jakie ów człowiek wypowiedział, bezlitośnie wyrzuciło wystąpienie Donalda Tuska w niebyt.
       A dziś dobrzy ludzie zastanawiają się nad jedną zagadką: jak to się stało, że towarzystwo o takiej pozycji politycznej, ale również społecznej, mogło dopuścić do tego, by wydarzenie tej rangi, jak wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, zostało obrócone w proch? Jak to się stało możliwe, że Donald Tusk, a więc wielka nadzieja totalnej opozycji, niemal w jednej chwili został zmieniony w zwykły śmieć, tylko dlatego, że ktoś postanowił skonfrontować jego mądrości z mądrościami jakiegoś, jak mówię, trzeciorzędnego masona?
         Pojawia się opinia, że oni są zwyczajnie tak głupi, że nie ma takiego idiotyzmu, który mógłby nas tu zaskoczyć. Osoby, które zapragnęły zorganizować ów występ Donaldowi Tuskowi okazały się tak dramatycznie głupie, że one faktycznie uznały, że nie ma lepszego sposobu, by wprowadzić go na polityczną scenę, jak przez pokazanie, co to z niego za Belzebub. I w tym momencie przegrały.
         Pozostaje już więc tylko jedna zagadka: czy te głuptaski postanowiły przeprowadzić tę operację same z siebie, czy może ktoś je do niej zachęcił? Otóż, moim zdaniem, to był plan, jaki wewnątrz tego towarzystwa przeprowadził sam Grzegorz Schetyna, by ostatecznie zniszczyć swojego pierwszego politycznego wroga. Moim zdaniem, jest dziś tak, że oni wszyscy doskonale wiedzą, że dziś ich jedynym celem nie jest odzyskanie władzy – bo to nie wchodzi w rachubę – ale uzyskanie jak najlepszej pozycji na terenie, gdzie się zaledwie dziobie.
       Powodzenia.



Niezmiennie zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. I jak zawsze zapraszam do kontaktu osobistego tych wszystkich, którzy życzą sobie książkę z dedykacją: k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 6 maja 2019

O tym jak Grzegorz Schetyna zadusił swojego starego kumpla Donalda Tuska


      Z autentyczną satysfakcją stwierdzam, że kiedy pisałem swoją notkę o wpływie, jaki wystąpienie wówczas jeszcze niejakiego Jażdżewskiego, a dziś już pełną gębą Leszka Jażdżewskiego we własnej osobie, musi mieć na dalsze losy tak zwanej „europejskiej kontrofensywy”, zdecydowana większość, jeśli wręcz nie całość, mediów zajmowała się analizowaniem tego, co w swoim wykładzie powiedział, względnie czego nie powiedział, Donald Tusk. Rzecz w tym, że ja, owszem, wysłuchałem jego przemówienia uważnie od początku do końca i choć przyznaję, że byłem pod wrażeniem niezwykłej wręcz spostrzegawczości mojej świętej pamięci cioci, która wiele jeszcze lat temu, oglądając Tuska w telewizorze, powiedziała: „Popatrz na niego. On stawia te oczy jak złodziej”, nie wiedziałem, że chwilę przedtem cały ów przekręt został skutecznie unieważniony przez wystąpienie wspomnianego już Jażdżewskiego.
      Oczywiście, w momencie gdy się dowiedziałem, w jaki sposób Donald Tusk został wprowadzony na ring, natychmiast opublikowałem swoją notkę, jednak, wbrew pozorom, nie potraktowałem jako kwestii najważniejszej tego, co ten cały Jażdżewski wygadywał na temat Kościoła i Jego trzody, ale to, że to on właśnie, wraz ze z reprezentowanym przez siebie towarzystwem, został wyznaczony jako główny organizator owego eventu.
      Przepraszam bardzo za porównanie, ale proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby trzy tygodnie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, któraś z organizacji narodowych zorganizowała Jarosławowi Kaczyńskiemu wykład na terenie toruńskiej uczelni ojca Rydzyka, ten by owo zaproszenie, jak kompletny idiota, przyjął, a jego wejście na scenę zostałoby przywitane przez odpowiednio hajlującą patriotyczną młodzież wyposażoną we flagi z celtyckimi krzyżami i wykrzykującą hasła w rodzaju „Polska dla białych”. Przede wszystkim, nawet gdyby Prezes swoje wystąpienie poświęcił jedynie cytowaniu fragmentów z Nowego Testamentu, ów dzień byłby i tak ostatnim dniem jego politycznej kariery.
      Ja oczywiście mam świadomość wszelkich istniejących tu proporcji, jednak z tego co widzę, pomijając pierwsze parę godzin, dziś o tym, co miał do powiedzenia Donald Tusk, nikt już nawet nie wspomina. Jego słowa, choćby te gdzie on się kompromitował w cytowaniu dawnych filozofów, stały się nagle kompletnie bez znaczenia, wyparte przez fakt, że całe to wydarzenie zostało sprokurowane przez bandę jakichś niedzielnych masonów. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że owo wystąpienie Tuska, które miało zwiastować wielką zmianę na polskiej scenie politycznej – a ja przyznaję, że ono zostało wygłoszone w sposób niemal doskonały – dziś nie jest nawet cieniem cienia. Wszyscy politycy i polityczni komentatorzy nie gadają dziś o niczym innym, jak o tym, co powiedział Jażdżewski i o tym, w jaki sposób całe polityczne spektrum kontestuje jego wystąpienie.
W swoim poprzednim felietonie zasugerowałem, że problem z nimi wszystkimi sprowadza się do tego, że oni są zwyczajnie głupi. Tymczasem wydaje się, że wcale niekoniecznie. Istnieje bowiem bardzo silne prawdopodobieństwo, że to my jesteśmy głupi, sądząc, że oni nie wiedzą co czynią. Jest bardzo prawdopodobne, że to z czym mieliśmy właśnie do czynienia, to zaledwie element walki o władzę między Grzegorzem Schetyną, a ludźmi Tuska. Jest, jak dziś sądzę, nadzwyczaj możliwe, że wypuszczając Tuska na Jażdżewskiego, Schetyna zapewnił sobie bezpieczną przyszłość jako lidera polskiej politycznej opozycji. Nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby się okazało, że Schetyna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najbliższe pięć, a kto wie, czy nie więcej lat, to niczym niezagrożona władza Prawa i Sprawiedliwości i w tej chwili jego walka ogranicza się wyłącznie do utrzymania władzy wewnątrz własnego obozu. A jeśli moje podejrzenia są słuszne, to pragnę poinformować, że Donald Tusk i całe to gadanie o jego ewentualnym powrocie, to melodia przeszłości. Oto właśnie Grzegorz Schetyna pokazał, kto tu jest pierwszym cwaniakiem.
      A ja się tu już tylko zastanawiam, jak się dziś czuje ta banda głupków, która najpierw zachwycała się każdym bon motem Jażdżewskiego, by chwilę później wrzeszczeć z zachwytu nad kolejnymi mądrymi minami Donalda Tuska, i by na samym końcu dowiedzieć się, że oni wszyscy od początku do końca byli tylko narzędziem w walce o władzę.
      A co z tego wszystkiego zostaje dla nas? Oczywiście Schetyna i wszystkie jego projekty nie mają jakiegokolwiek znaczenia, natomiast jest coś, na co moim zdaniem trzeba zwrócić uwagę. Otóż okazało się chwilę temu, że Donald Tusk to, tak jak zresztą podejrzewaliśmy od początku, zwykły głupek i że po raz kolejny potwierdza się stara mądrość, że każdy ma to, na co zasługuje.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, w tym tej najnowszej, o języku angielskim jako o zabójczej broni Brytyjskiego Imperium. Wszystkie są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, ale też można się kontaktować bezpośrednio ze mną mailowo pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

środa, 11 stycznia 2017

Koniec balu, panno Lalu - część druga i ostatnia

      No i wreszcie nadszedł ów z dawna wyczekiwany dzień 11 stycznia, i ja oczywiście chętnie przyznaję, że nie mam sposobu, by przewidzieć z całą pewnością, jak on się skończy, natomiast mam parę uwag, którymi chciałbym się podzielić i które, jak sądzę, wcale nie najgorzej można będzie zakwalifikować, jako antycypujące to, co się moim zdaniem stać musi. Moim mianowicie zdaniem, decydującą dla przyszłych losów opozycji w Polsce była reakcja Grzegorza Schetyny na tak zwaną „portugalska aferę” Ryszarda Petru, który zamiast chwycić się jak tonący brzytwy i tę chwilę bólu wytrzymać, postanowił nadal kluczyć i w efekcie znalazł się tu, gdzie jest dziś, czyli na obrzeżach polityki.
      No ale zanim pójdziemy nieco dalej w naszych analizach, przypomnijmy sobie to, co już na tym blogu zostało parokrotnie powiedziane. Otóż wydaje się, że ostatecznie nierozwiązywalnym problemem opozycji w Polsce jest to, że w jakikolwiek sposób oni będą prowadzić okupację sali plenarnej Sejmu – a jakoś ją prowadzić będą musieli – poniosą spektakularną porażkę. Zostaną tam przez jakiś jeszcze czas – ludzie ich autentycznie znienawidzą; ogłoszą koniec tego cyrku – psa z kulawą nogą nie będzie obchodziło, dokąd oni się następnie wybiorą. Dlaczego? Dlatego, że jedno i drugie będzie dowodem wyłącznie ich ciężkiej porażki.
      I oto w tym, wydawałoby się, beznadziejnym stanie rzeczy, Petru pojechał z tą swoją cizią na Maderę, a Schetyna otrzymał od losu prezent, na który sobie absolutnie nie zasłużył, ale który jednocześnie był zdecydowanie nie do pogardzenia i umożliwiał mu względnie honorową ucieczkę z tej matni. On mógł natychmiast zwołać Halickiego i jeszcze któregoś ze swoich kumpli, urządzić wspólną konferencję prasową i ogłosić, że ponieważ właśnie jego kolega Ryszard Petru przez swój brak opanowania skompromitował wspaniałą ideę sejmowego protestu, on ów protest przerywa i wzywa Jarosława Kaczyńskiego do poważnych rozmów na temat sposobów rozwiązania politycznego kryzysu. Oczywiście Kaczyński natychmiast by na te rozmowy przystał, Schetyna zostałby okrzyknięty faktycznym przywódcą opozycji, a Petru z tymi swoimi paniusiami i słodkimi wspomnieniami z Madery, zostałby na tej sali jak ostatnia fujara.
      Ktoś powie, że z tego by nic nie wyszło, bo Szczerba, Mucha i cała reszta tej menażerii natychmiast wskoczyłaby na sejmową trybunę i zaczęła śpiewać piosenki, a ponieważ ich by się nagle znalazło znacznie więcej, w sposób oczywisty Schetyna by to starcie przegrał. Otóż nie. To co by się liczyło, to wyłącznie portugalska afera Petru, mocny przekaz w postaci owej konferencji prasowej i wsparcie mediów, które na sto procent stanęłyby po jego stronie i ta banda durniów musiałaby w końcu uznać swoje miejsce w szyku. Oczywiście, sytuacja Platformy wobec PiS-u by się nie zmieniła, ale sam Schetyna przynajmniej zostałby uznany za faktycznego przywódcę całej opozycji.
      Zamiast więc wybrać jedyne sensowne rozwiązanie, Schetyna wystraszył się i postanowił poczekać aż to zamiast niego pisowskie media  zniszczą Petru i on przyjdzie na gotowe.  Przez chwilę wydawało się, że w błędzie Schetyny swoją szansę dostrzeże Petru i to właśnie on – oczywiście w odpowiedzi na skierowane pod jego adresem błagania Kaczyńskiego – zacznie negocjować z PiS-em zakończenie protestu i jakieś tam rozwiązanie kryzysu, a przez to zostawi Schetynę z palcem w nosie, no ale i on też, czy to przez naciski z wewnątrz partii, czy przez osobisty brak umiejętności rozeznania sytuacji, zrobił coś absolutnie najgłupszego i postanowił sprawdzić Prawo i Sprawiedliwość. Żeby chociaż przy tym zdzwonił się ze Schetyną i ustalił jakiś wspólny ruch, ale nie. Dziś oni są oczywiście na siebie ciężko obrażeni i każdy z nich już tylko pilnuje, by nikt nie uznał, że to on jest ten słaby, a co słychać u Szczerby, czy Pihowicz, nie wiedzą nawet ponownie kręcący się bez sensu, jak przez wszystkie poprzednie lata, po Sejmie dziennikarze.
      Już za chwilę rozpocznie się pierwszy po świątecznej przerwie dzień pracy w Parlamencie, wszyscy zapowiadają, że politycy szykują dla nas prawdziwe fajerwerki, a ja podejrzewam, że minionej nocy jedynie ludzie z Prawa i Sprawiedliwości spali naprawdę słodko. Dlaczego? Bo mają jak najbardziej słuszne poczucie, że cokolwiek się stanie, to oni właśnie wyjdą z tego starcia zwycięsko. W dodatku jeszcze bardziej wzmocnieni przez ostateczną anihilację opozycji, jako siły, która jest w stanie choćby teoretycznie wpływać na bieg wydarzeń. Poczekamy jeszcze parę dni i zobaczymy, jak do Prawa i Sprawiedliwości zaczną aplikować pojedynczy politycy PSL-u i Kukiz 16 i wtedy nagle zdamy sobie sprawę z tego, co potrafi władza, dla której tak naprawdę istnieje wyłącznie prawo, sprawiedliwość i mocne przywództwo.


Zapraszam wszystkich do korzystania z księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można 24 godziny na dobę kupować moje książki. Polecam z całego serca.

środa, 14 grudnia 2016

Dawno temu w Kraju Miłością Płynącym

       Dziś z samego rana w telewizji TVN24 wystąpił przewodniczący Grzegorz Schetyna i w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim skomentował wczorajsze demonstracje, ze szczególnym uwzględnieniem zachowania Jarosława Kaczyńskiego i jego zwolenników. Oto kluczowe słowa:
      „Brałem udział w wielu demonstracjach przez wiele dziesięcioleci ostatnich, i takie miałem wrażenie, jak widziałem twarze ludzi, którzy stali odgrodzeni kordonem policji z drugiej strony. Tam była naprawdę nienawiść. Hasła, krzyki, wyrazy twarzy – to byli ludzie, którzy nienawidzą. Pierwszy raz coś takiego zobaczyłem. […] I za to odpowiedzialność biorą ci, którzy dzisiaj w taki sposób prowadzą sprawy polityczne i publiczne w Polsce i w taki sposób łamią prawo i taką zwykłą ludzką przyzwoitość”.
        Wsłuchuję się w zatroskane słowa Grzegorza Schetyny, widzę jego ściśniętą wzruszeniem twarz, przeżywam sposób, w jaki on próbuje oddać cały sens tego, co się właśnie stało i oczywiście łączę się z nim w bólu. Zanim jednak strażnicy ognia wiecznej miłości wyciągną z szuflad tak zwaną „niezdaną broń”, o której ostatnio parę razy mieliśmy okazję słyszeć, i zaczną strzelać we wspomniane przez przewodniczącego Schetynę twarze, chciałbym zaproponować powrót do przyszłości, przed którą jakże słusznie ów dzielny mąż nas przestrzega. Oto mamy rok 2008, miasto Bielsko Biała przygotowuje się do wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a odświętną atmosferę relacjonuje specjalnie dla nas „Gazeta Wyborcza” (http://wyborcza.pl/1,76842,5793027,Prezydent_w_Beskidach__Ale_o_co_chodzi_.html). Przed nami duże kolorowe zdjęcie Prezydenta z głupkowato oczywiście wykrzywioną miną, a pod spodem podpis: „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje". Niżej, artykuł pani Ewy Furtak z lokalnej Gazety, w którym czytamy:
      „Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta – akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości".
     Po tym sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, a ja przytoczę tylko kilka najbardziej reprezentatywnych dla całości wypowiedzi. Wszystko jak najbardziej wiernie, poprawiłem jedynie co bardziej irytujące błędy językowe i literówki.

***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by ty k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów".
Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.


        Bardzo dobrze, że Grzegorz Schetyna przestrzega nas przed nienawiścią. Bardzo dobrze, że robi to z taką serdecznością. Szkoda tylko, że „Gazeta Wyborcza” uznała za stosowne po tych wszystkich latach usunąć ze swojej strony wszystkie powyższe komentarze. Szkoda, bo w ten sposób byłoby nam łatwiej zrozumieć, w jaki sposób miłość jest dobra, a nienawiść zła, no i przede wszystkim, jak to jest z tą wyżej wspomnianą „niezdaną bronią”.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

czwartek, 19 stycznia 2012

O dyletantach - głupich, głupszych i zawodowcach

Znaczenie słowa „dyletant”, jak każdy z nas pewnie wie, powszechnie traktowane jest jako pejoratywne. Dyletant to mianowicie niemal zawsze ktoś, kto się na danej kwestii nie zna, a jeśli zaczyna się nagle na jej temat wypowiadać, uznany zostaje automatycznie – i jak najbardziej słusznie – za osła. Są oczywiście dyletanci, którzy zdecydowanie się w pewnych sprawach nie orientują, tyle że zawsze potrafią wyprzedzająco wyznać, że wie pan, ja w tym akurat zakresie jestem całkowitym dyletantem, no i oni – naturalnie – za osłów uważani nie są. Tak się jednak składa, że, jeśli się zastanowimy nad faktycznym znaczeniem tego słowa, dojdziemy niechybnie do wniosku, że właściwie, bycie dyletantem nie musi być wcale czymś kompromitującym, nawet jeśli ów dyletant postanowi powiedzieć coś w temacie, co do którego jego dyletanctwo jest wręcz oczywiste. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że tak naprawdę dyletant to nie jest żaden cymbał, lecz ktoś, kto mimo braku wykształcenia w danej dziedzinie, dziedziną tą się pasjonuje i stara się ją systematycznie zgłębiać. To jest właśnie dyletant. I co w tym złego?
Co w tym złego, jeśli człowiek, poza swoim faktycznym wykształceniem, ma zainteresowania znacznie wykraczające poza to, co mu było dane poznać podczas wielu lat studiów i pracy zawodowej? Co złego w tym, że człowiek ma tych zainteresowań tak dużo, tak bardzo się stara zdobywać amatorską wiedzę – a jak czas i zdolności pozwolą, może i na w pół zawodową – w każdej dziedzinie, staje się dyletantem więc nałogowym? No chyba nic.
Przyznać jednak tu muszę, że dla mnie bycie dyletantem – nawet tym pozytywnym, a więc tym, który ze swoimi opiniami stara się nie wychodzić przed szereg – nie jest niczym bardzo sympatycznym. Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś kto ma rozległą wiedzę na wiele różnych – często niezwiązanych ze sobą – zagadnień, to postać jak najbardziej pozytywna, tyle że moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje na to, że tego typu ludzi raczej nie ma. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zdecydowana większość z nas ma pewne pojęcie w jednej, maksymalnie dwóch dziedzinach, a co do reszty – róbmy i mówmy sobie, co chcemy, byle nie publicznie. Dlatego że przynosimy wyłącznie wstyd. Sobie i innym. No i bardzo, ale to bardzo, irytujemy.
Uważam, że bycie dyletantem – w tym tak zwanym, pozytywnym sensie – niemal nigdy nie jest kwestią faktycznych talentów, czy realnej wiedzy, ale tylko i wyłącznie charakteru i temperamentu. Jest bowiem pewien typ ludzi, którzy zawsze i wszędzie starają się coś powiedzieć, a robią to w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że oto dzieje się coś naprawdę ważnego. Miałem kiedyś kolegę, który z wykształcenia był polonistą, natomiast – poza tym że był, jak najbardziej, znakomitym poetą i specjalistą od języka polskiego na poziomie literatury i gramatyki – znał się świetnie na komputerach, muzyce, samochodach, samolotach, broni, historii wojskowości, i każdej innej, oraz na kinie. I nie znał się na tym wszystkim tak jak ja, a więc ktoś, kto jest w stanie powiedzieć, że ta piosenka jest świetna, a tamta jak każda inna, czy że komputer działa wolno, lub szybko, ale autentycznie zawodowo. Oglądał on na przykład debiutującego wówczas „Szeregowca Ryana” i doskonale wiedział, czy guziki, które jakiś tam żołnierz miał przy swoim mundurze, są autentyczne, czy oszukane. Słuchał wystąepu Jimmiego Page’a już tylko z Robertem Plantem i natychmiast ogłaszał: „Oooooo… cieniutko. Paluszki już nie chodzą tak jak kiedyś”. Poza tym, grał świetnie na gitarze, pisał fantastyczne wiersze, no i po angielsku „wymiatał”.
Jak mówię, dyletantów z ambicjami nie lubię. Źle się w ich towarzystwie czuję, wciąż się tymi ich popisami irytuję, a, co najgorsze, mam nieustanne poczucie, że to co oni mówią, tak naprawdę nie jest warte choćby funta kłaków. Oni wyłącznie robią wrażenie. Wyłącznie, wykorzystując nasz brak wiedzy, zaledwie się popisują, i nawet jeśli sami w tę swoją fachowość wierzą – to tak naprawdę za nią stoi jedynie ta ich wiara. Do tego stopnia nie podobają mi się owi dyletanci, że sam wręcz przesadnie lubię podkreślać wszędzie, że ja się tak naprawdę nie znam na niczym innym, jak tylko na języku angielskim i w pewnym ograniczonym zakresie – polskim. Nie znam się na ekonomii, nie znam się na prawie, nie znam się na medycynie, nie znam się na budownictwie i historii, a nawet na filmie i muzyce. Nie znam się nawet na polityce, a jeśli wciąż o niej gadam, to wyłącznie na zasadzie wskazywania palcem na tych co kłamią, kłamią i kłamią. Od zawsze. A do tego, jak wiemy, nie trzeba zawodowego przygotowania. Wystarczy podstawowa wrażliwość i chłopski rozum.
Niestety – z mojego punktu widzenia, niestety – tak zwana blogosfera stanowi tu miejsce zdecydowanie podwyższonego ryzyka. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest jakoś tak, że tu co druga osoba, to czystej krwi dyletant w tym własnie sensie, że wprawdzie z zawodu jest on czy to nauczycielem religii, czy studentem socjologii, czy może lekarzem, ale poza tą swoją skromną dziedziną, zna się absolutnie na wszystkim. A w związku z tym, gdzie tylko pojawi się jakiś atrakcyjny temat, on natychmiast przychodzi i pokazuje swoją jakże specjalistyczną wiedzę. Powtarzam – ja nie mam żadnego sposobu, żeby każdego z nich merytorycznie oceniać, bo sam w tych wszystkich sprawach jestem ciemny jak tabaka w rogu, natomiast kilka dobrych razów zdarzyło mi się, że próbowałem tego typu doniesienia weryfikować u tak zwanego źródła i nieodmiennie okazywało się, że tam zawsze coś mniej lub bardziej nie grało.
Weźmy wspomnianego wcześniej kolegę, który znakomicie grał na gitarze i znał owej gitary najdrobniejsze tajniki. Ja bardzo lubię zespół Led Zeppelin i kiedy słucham jak gra Jimmy Page – mimo że z niego najprawdopodobniej satanista taki, że biedny Nergal mógłby mu najwyżej przyrządzać ziółka – nieodmiennie się wzruszam. I oto ów kolega słucha już mocno podstarzałego Page’a kiwa pobłażliwie głową i mówi, że „paluszki nie chodzą”. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z niejakim Antymosem Apostolisem – gitarzystą w zespole SBB. No i zapytałem go o te paluszki. No i on mi powiedział, że to jest jakiś kompletny absurd. Nie ma takiej możliwości, żeby Page’owi przestały chodzić paluszki. Wręcz przeciwnie. Na starość chodzą mu lepiej. Ja nie mówię, że ten Apostolis to jakiś wielka gwiazda, no ale, jak by nie patrzeć, dyletantem nie jest. Zarówno na poziomie praktyki, jak i doświadczenia.
Ktoś powie, że to są takie przykłady, które ja mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, bo ani to poważne, ani reprezentatywne. Ja jednak przede wszystkim uważam, że to nieprawda, bo one są właśnie bardzo reprezentatywne. Reprezentują one bowiem pewien typ charakteru, który niektórym ludziom każe wciąż robić mądre miny i się nieustannie popisywać jakoś mniej lub bardziej fikcyjną wiedzą. To przede wszystkim. Jest jednak coś jeszcze. Otóż ja tak naprawdę zdążam do czego znacznie poważniejszego niż to, że wśród nas trochę za bardzo się panoszą tak zwani niedzielni specjaliści. Z nimi sobie zawsze jakoś poradzimy. Gorzej jednak jest z grupą dyletantów zupełnie szczególnego typu, a mam tu na myśli tak zwanych lewych profesjonalistów. I tu już nie mamy do czynienia ani z paroma szkolnymi kolegami, czy paroma znajomymi blogerami, ale całym tabunem naprawdę groźnych kłamców. A są to najróżniejsi profesorowie, filologowie, redaktorzy, ekonomiści, prawnicy, socjologowie, lekarze, literaci, muzykolodzy, filozofowie, aktorzy, muzycy… a wspólne ich imię to Legion. I wystarczy choć przez moment posłuchać tego co oni robią, co mówią, jakie są efekty ich wytężonej pracy, by zdać sobie sprawę, że tam to jest dopiero pustka! I wcale nie chodzi mi o to, że taki redaktor Gursztyn czy Ziemkiewicz nie znają się na muzyce, czy teatrze, ale że nie znają się na jak najbardziej swojej robocie. Nie chodzi o to, że ten cierpiący na ADHD gówniarz z TVN-u nie zna angielskiego, ale że nie ma pojęcia o tym, za co, jak by nie było, bierze pieniądze, a więc o ekonomii. Nie chodzi nawet o to, że literat Kuczok, czy Pilch to półgłówki, ale że są oni zwyczajnie złymi i nieciekawymi pisarzami. Można by zresztą wymieniać. Jak mówię – imię ich Legion. Oto przed nami cała masa tak zwanych zawodowców, którzy zostali tymi zawodowcami wyłącznie na takiej zasadzie, że gdzieś tam było wolne miejsce i ktoś ich tam wpuścił.
Wspomniałem nagle tego Gursztyna i chciałbym akurat o nim parę słów powiedzieć, w ramach pewnej swojej jednak kompetencji. Przyznam Odr razu, że nie wiem, czy on też, obok Ziemkiewicza i Semki, należy do tak – przez siebie głównie – zwanych „dziennikarzy niepokornych”, czy może dopiero tam aspiruje. W każdym razie nazwisko już ma, no i przede wszystkim pisze w prowadzonym przez owych rycerzy tygodniku „Uważam Rze”. W ostatnim numerze tego pisma ukazał się jego tekst poświęcony Grzegorzowi Schetynie, w którym oczywiście, ujawnia on największe tajemnice owej mafii, której dumną częścią Schetyna od lat już jest. Ujawnia sekrety tej mafii, tyle że z jakiegoś powodu wszystko to przedstawia najbardziej klasycznym plotkarskim tonem, zupełnie jakby nie opowiadał o przestępczej organizacji, która jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności położyła swoją łapę na całym wielkim narodzie, ale o biznesie, gdzie wiadomo przecież, że zawsze ktoś jest na górze, a kto inny na dole. A zatem mamy tam takie popisy dziennikarskiej retoryki jak „Czy znaczy to, że Tusk mu wybaczył i ułaskawił?”, „Donald uwierzył Angeli Merkel, że będzie dla niego miejsce w strukturach europejskich”, „Przeciw Schetynie stanie też Ewa Kopacz”, „Trzeba pielęgnować więzi w środowisku”, „Widać, że Rafał jest lojalny, choć Donald, mianując go szefem klubu, postawił go w rozkroku”, „Matejuk, policjant z Wrocławia, od zawsze był kojarzony ze Schetyną”, „Minister Budzanowski ma ważne zadanie: dokładnie wyciąć ludzi Grzegorza”… I tak dalej i zawsze w tym stylu. A kiedy w tym swoim reporterskim śledztwie, dochodzi wreszcie do momentu gdzie widzimy jak Jan Krzysztof Bielecki niszczy wpływy nielubianego przez siebie Schetyny, to mamy okazję poczuć niemal literaturę: „Najboleśniejsze straty Schetyna poniósł na zupełnie innym odcinku. Chodzi o urzędy i spółki Skarby Państwa obsadzone przez związanych z nim ludzi”.
Czy coś może z tego wynika? Czy Gursztyn może przedstawia nam jakieś wnioski? Czy może choć jednym zdaniem tworzy coś na kształt refleksji. Mowy nie ma! Choć, przepraszam – raz coś jest. Otóż w pewnym momencie okazuje się, ze całkowicie wbrew statutowi partii, Donald Tusk już od trzech miesięcy nie zwołuje zarządu krajowego partii. Przepisy każą mu go zwoływać co najmniej raz w miesiącu, ale tym razem wszyscy są zajęci czym innym. I wtedy oto właśnie red. Gursztyn pozwala sobie na zadumę: „Nikt jednak przez ostatnie trzy miesiące nie śmiał przypomnieć Tuskowi o jego obowiązku”.
A ja się zastanawiam, kogo Gursztyn – dziennikarz niepokorny – miał na myśli, mówiąc „nikt”. Wygląda na to, że ani siebie, ani żadnego ze swoich kolegów dziennikarzy. Oni w końcu mają swoją robotę i, jak widać, ona ich absorbuje po brzegi. A może mu chodziło o posła Halickiego, lub posłankę Pomaskę? No chyba też nie. W końcu cały artykuł Gursztyna jest o tym, jak oni wszyscy są zapracowani, jak jasna cholera. Myślę i myślę, i w końcu wychodzi na to, że jemu musiało chodzić o mnie. Zapaleńca i dyletanta – jednego z tych bałwanów, co się przejmują jak dzieci, zamiast rozejrzeć się za czymś w miarę pewnym. Jemu na sto procent musiało chodzić o mnie. To ja, zdaniem Gursztyna, powinienem pójść na najbliższą konferencję prasową Donalda Tuska i mu to wszystko wygarnąć. Żeby wiedział, jak wygląda społeczna kontrola władzy.
No i zatoczyliśmy, jak zwykle zresztą, koło. Zaczęło się od tego, że jesteśmy tacy beznadziejni i tacy marni, a na końcu i tak musimy dojść do wniosku, że czym wyżej, tym gorzej. I że zdecydowanie lepiej być nikim niż kimś. Szczególnie takim kimś.

Poszło ostatnio parę książek, za co dziękuję, a jednocześnie nowym posiadaczom gratuluję dobrego wyboru. Jednocześnie bardzo proszę każdego, kto lubi czytać te teksty o, w miarę swoich możliwości, zasilenie naszego konta. Jutro już piątek, a od popołudnia weekend - jak to weekend - bez pracy. Numer jest obok z prawej strony i słowo daję, że każda wpłata zostanie sumiennie i uczciwie wydana na same najbardziej podstawowe rzeczy. Dziękuję.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

O zemście bezgwiezdnej i czarnej jak Biblia

O pułkowniku Juriju Budanowie po raz pierwszy w życiu – a przynajmniej w taki sposób, by to nazwisko zapamiętać – usłyszałem w minioną sobotę. Dokładnie rzecz biorąc, nawet nie tyle usłyszałem, co przeczytałem w Rzeczpospolitej. I nie umiem powiedzieć, czy to wina moja i mojego braku zainteresowania sprawami ważnymi, czy może historia tego człowieka nie została potraktowana w Polsce z na tyle należną mu uwagą, by stać się własnością publiczną. Faktem pozostaje jednak to, że o Budanowie, jeszcze do soboty nie wiedziałem nic.
Dziś, jak czytam, Budanow nie żyje. Został zastrzelony przez niezidentyfikowanego zamachowca w centrum Moskwy. Zabity został w biały dzień, na oczach przechodniów, z całą pewnością przez profesjonalistów, którzy po dokonaniu egzekucji natychmiast zniknęli i ślad po nich zaginął. Patrzę na zdjęcie zamieszczone w gazecie, widzę leżące w kałuży krwi ciało w czarnych spodniach i w niebieskiej koszuli, obok jakichś dwóch, diabli wiedzą co za jednych, Rosjan, a wokół nich niewielkie żółte, policyjne tabliczki z oznaczeniami: 1, 2, 3. I tyle.
Pisze Rzeczpospolita, że kiedy Budanow wychodził z kancelarii notarialnej, z białego mitsubishi lancera wyskoczył okapturzony mężczyzna, strzelił do niego sześciokrotnie, następnie wskoczył do samochodu, gdzie już czekał na niego wspólnik, i obaj razem odjechali. I tyle. I tyle.
Kim był Jurij Budanow? Nie wykluczam, że wielu z czytających te słowa osób, odpowiedź na to pytanie zna świetnie, niemniej na wszelki wypadek krótko opowiem, co to za gagatek. Otóż jeszcze w roku 2000 na wojnie czeczeńskiej dowodził on pułkiem czołgów, i tak mu się któregoś dnia tak przytrafiło, że w miejscowości Tangi zatrzymał 17-letnią dziewczynę o nazwisku Eliza Kungajewa, uznał ją za ostrzeliwującego Rosjan snajpera, i w konsekwencji, czepiwszy się już tej diagnozy, najpierw to dziecko osobiście torturował, następnie osobiście zgwałcił, a w końcu, również jak najbardziej osobiście, udusił.
Przez jakiś czas wydawało się, że Budanow za to co uczynił, zgodnie z ruską tradycją, zostanie uznany za narodowego bohatera i dostanie medal, jednak jakimś cudem, dzięki zaangażowaniu przeróżnych broniących praw człowieka ugrupowań, Budanow został wyrzucony z wojska, zdegradowany, pozbawiony orderów, skazany na 10 lat więzienia, po 9 latach warunkowo zwolniony i wrócił na łono rodziny i niewykluczone, że i jakichś kochanek, które czuły potrzebę kontaktu z prawdziwym silnym człowiekiem.
Rzeczpospolita informuje, że przez całe lata, mimo swojej przeszłości – a może właśnie dzięki niej – był jednak Budanow uważany przez wielu Rosjan za bohatera, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że Rosja wykazała taką słabość wobec Zachodu, że zgodziła się rzucić mu na pożarcie kogoś tak dzielnego i wybitnego, jak Budanow. Z drugiej jednak strony – i tu będziemy teraz przechodzić do sedna tych refleksji – w samej Czeczenii było mnóstwo ludzi, dla których to, że Budanow został wyrzucony z wojska, że pozbawiono go orderów, że wreszcie spędził 9 lat w więzieniu, i że ostatecznie przepieprzył swoje nędzne życie, to wszystko nie stanowiło żadnej jakościowej różnicy. Mam już osobiste dziś wrażenie, że dla nich nie miało nawet znaczenia to, że on ostatecznie zgubił ten jeden jeszcze rok odsiadki. Powiem więcej, mam osobiste przekonanie, że w Czeczenii wciąż żyli ludzie, dla których nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby nawet Budanow w Rosji dostał 50 lat więzienia. Taką mam wiarę.
Pisze rzeczpospolita dalej, że w roku 2001, specjalnie ze względu na osobę Budanowa… no i z całą pewnością też ze względu na pamięć o tamtym dziecku, czeczeńscy partyzanci zaproponowali Imperium pewien układ – otóż zwrócili się do Rosjan, żeby im wydali Budanowa, obiecując, że w zamian za niego, oni z kolei puszczą wolno kilkunastu rosyjskich żołnierzy, którzy wcześniej niefortunnie wpadli w zastawioną przez nich pułapkę. Rosjanie oczywiście – proszę zwrócić uwagę na to, jak oni są okropnie przywiązani do swojej tradycji – na układ nie poszli, Budanowa posadzili na dziewięć lat, Czeczeńcy rosyjskich żołnierzy, bez oczywiście mrugnięcia okiem, wymordowali i czas ruszył do przodu.
Dziś czytam w Rzeczpospolitej, że właśnie się zatrzymał. Dziesięć lat minęło od roku 2000. Dziesięć lat minęło od czasu jak Budanow zgwałcił i zamordował tamto czeczeńskie dziecko, sam zdążył jeszcze przez chwilę pożyć nadzieją, że jakoś może uda mu się wykręcić, następnie zdążył spędzić 9 lat za kratkami, potem jeszcze pewnie coś tam pokombinować z tym notariuszem, no i nastąpiło czyste i krystalicznie jednoznaczne „do widzenia z panem”. 10 lat – wydawałoby się, że to szmat czasu. Tyle że znów, z pewnego punktu widzenia – tak jak to było w przypadku tego relatywnie wcale nie tak małego wyroku – należy pamiętać, że są ludzie, którzy mogą czekać i dwa, i trzy i może i cztery razy dłużej.
Co mi strzeliło do głowy, żeby akurat dziś zajmować się sprawą tego mordercy? Powiem uczciwie, że wprawdzie mam pewne podejrzenia, ale tak do końca to nie wiem. Myślę jednak, że wpływ na to, że w ogóle zacząłem o nim pisać, miała przede wszystkim sobotnia wypowiedź Grzegorza Schetyny na temat zamordowanego w Smoleńsku Macieja Plażyńskiego, że niby on dziś z nieba patrzy na tę bandę gangsterów, która w pewnym bardzo szczególnym sensie go do tego nieba wysłała, i życzy im wszystkiego dobrego i, będący tej wypowiedzi konsekwencją, protest rodziny śp. Marszałka wobec tego rodzaju bezczelnej uzurpacji. Myślę, że jakimś dziwnym trafem, to właśnie to wszystko sprawiło, że pomyślałem o tym Budanowie.
Wielu z nas z całą pewnością zna piosenkę Jimiego Hendriksa ‘Hey Joe’ – to ta, co ją każdego roku na rynku we Wrocławiu, cała kupa gitarzystów gra by bić jakiś kolejny rekord Guinessa, czy coś w tym guście. Otóż warto poznać tekst owej piosenki. Jest on skandalicznie prosty, prosty wręcz prymitywnie. A brzmi on tak:
„Hej Joe! Dokąd się to wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Hej Joe! No powiedz, dokąd to się wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Idę zastrzelić moją kobietę za to, że kombinowała na boku z innym mężczyzną”.
No i tak dalej. Niby zwykle love story, ale ileż za tą przygodą uniwersalnych znaczeń! Ileż ukrytych przekazów na temat sprawiedliwości, prawa i na temat prastarej, czarnej jak Pismo Święte zemsty. Jak mówię, lub jak to mówią na boisku w Sopocie – krótka piłka.
A co my z tego mamy? Jaka to dla nas płynie nauka z tej opowieści? Otóż, moim zdaniem, podwójna. Pierwsza to taka, że wielu z nas przez te wszystkie doświadczenia minionych lat fatalnie stwardniało. Kiedyś naprawdę byliśmy grzeczni i otwarci na wszelkie możliwe propozycje. Wielu z nas dziś już z tamtych serdecznych uścisków nie zachowało nic. Stwardniały nasze serca i stwardniały nasze dusze. Czy to dobrze? Nie sądzę. Uważam wręcz, że to może i jest bardzo źle i w związku z tym modle się codziennie, by Dobry Bóg darował mi ten gniew.
Druga natomiast lekcja nadchodzi w sposób bardziej demokratyczny i obejmuje swoim zasięgiem nie tylko mnie, nie tylko nas, ale również i ich. Tych wszystkich, co tam się na nas zaczaili i warczą w naszą stronę i ostrzą swoje zęby i czekają na odpowiedni moment, żeby nas zabić. Otóż niech wiedzą, że nie ma takiego czasu, o którym można by powiedzieć, że jest zbyt długi, albo zbyt krótki. Z czasem jest bowiem tak jak ze wszystkim. Każdy go widzi i przeżywa na swój sposób. Podobnie jak i sposób w jaki zechce go wykorzystać, gdy rozlegnie się dzwonek.

I już na sam koniec gorąca prośba do przyjaciół. Skoro nie chce Wam się ze mną gadać, to przynajmniej wspierajcie ten blog (numer konta macie tuż obok) i wszystko co za nim stoi. Lub leży. Będę wiecznie zobowiązany.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

A jednak się nie pomylili: to rzeczywiście koniec

A jednak muszę się uderzyć w piersi. Kiedy kardynał Nycz, a za nim paru innych biskupów, zatroskanych o to, by nasze zszarpane nerwy i obolałe serca nie wyrządziły nam zbyt wielkich szkód, ogłosili koniec żałoby, pomyślałem sobie, że oni się mylą. Że z tym swoim ni to apelem, ni komunikatem, zdecydowanie wyprzedzili swój i nasz czas, lub, jak to niektórzy mówią, wyszli przed szereg. Lub, jeszcze okrutniej, zupełnie niepotrzebnie przytulili się do zwycięzców. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że tymi swoimi słowami oni, nie dali świadectwa prawdzie, lecz kłamstwu. Jakiż byłem nieroztropny! Jak ich źle oceniłem! Dziś, kiedy minął już cały tydzień od 10 kwietnia, a na naszych rozdziawionych oczach mija właśnie rok od pamiętnych krakowskich uroczystości pogrzebowych Prezydenckiej Pary, wygląda na to, że słowa naszych biskupów stanowiły czystą i niczym nie skażoną prawdę. Żałoba właśnie dobiegła końca. I świadczy o tym każda chwila każdego z mijających dni. I trzeba to nam się było upierać?
Ktoś powtórzyć dziś może za tym, co tu już powiedziano, że żałoby tak naprawdę nigdy nie było, więc nie ma się też czego kończyć. A jednak to nieprawda. Dziś widać to bardzo wyraźnie. Jeśli to co się działo przez miniony rok nie było żałobą, to jak nazwiemy to, co mamy dziś? Wesołe miasteczko? Cyrk? A może zapasy w kisielu? Otóż nie. Wcześniej była żałoba, a dziś mamy wreszcie normalność. No i długo wyczekiwaną dyskusję. Dopiero dziś widzimy, z jakim umiarem i skupieniem i szacunkiem tylu wybitnych uczestników życia społecznego zachowywało przez długie miesiące dyskretny spokój. Owszem, pojawiały się to tu, to tam głosy, bardzo odosobnione, kwestionujące dorobek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a nawet sugerujące jego winę za smoleńską katastrofę, jednak dopiero dziś widzimy, z jakim to wszystko było prowadzone z umiarem. Prawdziwą debatę mamy dopiero dzisiaj. Oto autentyczny panel i oto jego uczestnicy.
Weźmy marszałka Grzegorza Schetynę, kiedy on dziś wchodzi na krzesło i oświadcza, że ponieważ żałoba się skończyła, on wreszcie powie, co mu leży na sercu. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak on przez ten rok cierpiał, powstrzymując się od wyrażenia swojej szczerej opinii na temat czy to wątpliwych zasług Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta, czy sensowności – lub raczej bez-sensowności – pogrzebu na Wawelu. Jak mu musiało być przykro i źle, kiedy tak bardzo chciał, a wiedział, że nie może wyrazić tego, co sobie myśli choćby na temat pomnika upamiętniającego osobę prezydenta Kaczyńskiego. I dziś dopiero mógł poczuć powiew prawdziwej wolności. I wyrzucić z siebie to wszystko, co go tak dusiło. Wszystko na raz. I to nie dlatego, ze jest złym człowiekiem o złych myślach. O nie! Dlatego jedynie, że skończyła się żałoba i nadszedł czas na dyskusję o państwie i jego sprawach.
A zwróćmy uwagę, że to nie tylko Grzegorz Schetyna wykazał się taką kulturą. Z wielu stron dochodzi do nas ów powiew wolności. Z Sejmu, z kancelarii pana premiera, z Pałacu Prezydenckiego, z mediów… A możemy być pewni, że w najbliższych dniach usłyszymy jeszcze więcej głosów niosących tę wieść: Prezydent Kaczyński był złym prezydentem. Nie zasłużył na pomnik. To był człowiek zły i głupi. Jego żona też nie była szczególnie mądra i dobrą kobietą. Nie zasłużyła na tulipany. On i Ona nie byli ludźmi w żaden sposób szczególnymi na tyle, by spocząć akurat na Wawelu. Bo jeśli oni – to kto nie? Dziś można to powiedzieć oficjalnie i głośno. Można to zrobić choćby tak, jak to było możliwe na samym jeszcze początku, kiedy prawdziwa żałoba jeszcze się nie rozpoczęła, a już młodzi ludzie wyszli na ulice naszych miast, żeby wstawić się za Wawelem i jego królewskim przepychem. Pomyślmy tylko, jak ten odruch czystych serc, ledwo co zaistniał, musiał zostać tak brutalnie przygnieciony przez niemal 12 miesięcy żałoby. I dopiero dziś można zdjąć te kajdany. I może to zrobić już każdy. Nie tylko Janusz Palikot, nie tylko Stefan Niesiołowski, nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Magdalena Środa, nie tylko pan wielmożny profesor Władysław Bartoszewski i równie wielmożny Andrzej Wajda, nie tylko Jakub Wojewódzki, nie tylko Kazimierz Kutz i Jerzy Urban, nie tylko wreszcie być może najbardziej cisi bohaterowie tego ruchu – Dominik Taras i Hubert H. Demokratyczne społeczeństwo nie dyskryminuje swoich posłańców. Minął rok – dopiero dziś to widać wyraźnie – jak bardzo uprzejmego milczenia. I pomyśleć, że to właśnie nasi biskupi tak pięknie ten czas przewidzieli. Koniec żałoby. Skąd oni to wiedzieli?
W niedawnej notce zwróciłem uwagę na słowa pewnego księdza, który dzielił się z nami swoją niewiarą w cuda. Dziś wiemy wszyscy, że może i cudów nie ma, ale to że rzeczy niewyjaśnione i dziwne się dzieją, to fakt. Pokazali to z taką mocą nasi biskupi. Zanim żałoba się ostatecznie skończyła, wypowiedzieli to zdanie. To jedno zdanie… i słowo stało się ciałem. Kto chce, niech na to mówi „przypadek”. Dla wielu z nas, pozostanie to jednak prawdziwym cudem. Jednak Kościół to potęga.

Wszystkich, którzy wciąż potrzebują tych słów i znajdują w nich sens, nadzieję i jednak pocieszenie, proszę niezmiennie o wsparcie. Bóg mi świadkiem, że nie jest lekko.

sobota, 2 kwietnia 2011

Sława bohaterom pracy socjalistycznej!

Właśnie dotarła do mnie informacja, że w zeszłym roku, w trzech kolejnych ratach, Prezydium Sejmu przyznało sobie nagrody pieniężne za, jak to się wyraził marszałek Schetyna, „ciężką pracę po smoleńskiej katastrofie”. O nagrodach, jak się właśnie dowiaduję, kilka dni temu poinformował Super Express, a po Super Expressie, wieść tę powtórzyła Gazeta Wyborcza i inne media. Zaglądam do Sieci i czytam, że pieniądze zostały podzielone w następujący sposób: ówczesny marszałek Komorowski otrzymał 22 tys. złotych, obecny marszałek Schetyna, oraz wicemarszałkowie Wenderlich i Kuchciński po 36 tys. złotych, natomiast wicemarszałkowie Niesiołowski i Kierzkowska po 50 tys.
W artykule, który wyświetla się na moich oczach, nie jest wyjaśnione, skąd się wziął akurat taki podział. Mogę się jednak domyślać, że ponieważ Niesiołowski i Kierzkowska byli tymi jedynymi wicemarszałkami, którzy nie zginęli w Smoleńsku i swoje funkcje pełnili nieprzerwanie przez 12 miesięcy, należała im się cała suma. W wyniku śmierci prezydenta Kaczyńskiego, Komorowski wymienił się funkcjami ze Schetyną, a ponieważ przez znaczną część roku był i marszałkiem i prezydentem, i musiał otrzymywać jakieś dodatki z innej puli, więc stąd dla niego tylko 22 tys. Schetyna z kolei był marszałkiem Sejmu tylko przez pół roku, ale za to aż marszałkiem, więc dostał tyle samo co Wenderlich i Kuchciński, którzy wicemarszałkami byli nieco chyba od niego dłużej, ale za to tylko wicemarszałkami. Innego wyjaśnienia znaleźć nie potrafię, ale to mnie jak najbardziej satysfakcjonuje.
Jest jednak coś jeszcze, co może mieć znaczenie dla takiego, a nie innego podziału premii. Otóż, jak słyszę, na ten temat wypowiedział się również Stefan Niesiołowski i opowiedział, jak to przez to, że w Smoleńsku zginęli Szmajdziński i Putra, on z Kierzkowską i Komorowskim musieli przez bardzo długie tygodnie harować też za tych dwóch. A więc, to prawda, że Komorowski od lipca już był prezydentem, natomiast tego co on musiał przeżywać w dniach, gdy nie dość że szykował się do prezydenckiej kampanii, następnie w tej kampanii brał udział, w międzyczasie oczywiście musiał marszałkować w Sejmie, no i jakoś tam starał się odciążyć Kierzkowską i Niesiołowskiego, możemy się jedynie domyślać. A wszystko przez to, że nagle dwóch wicemarszałków – owszem, nie do końca z własnej winy, ale jednak – nie stawiło się do pracy. I prawdą jest też to, że Niesiołowski i Kierzkowska, ponieważ wreszcie podesłano im Kuchcińskiego i Wenderlicha, już po paru miesiącach mogli trochę wyprostować kości. Jednak co się namęczyli w trójkę, to tego im odebrać nie sposób.
Żona moja, której właśnie o tych premiach powiedziałem, wyraziła opinię, że jej akurat sposób w jaki tę całą operację przeprowadzono, nie do końca się podoba. Bo jak gdyby za mało została tu uwzględniona destrukcyjna rola wicemarszałków Putry i Szmajdzińskiego, a przy okazji zdecydowanie niepotrzebnie nagrodzono posłów Kuchcińskiego i Wenderlicha. Zwłaszcza Kuchcińskiego, który wicemarszałkiem Sejmu był zaledwie od sierpnia, a więc przyszedł na gotowe wtedy, gdy było już spokojnie i fajnie. Głównie jednak oburza ją to, że polskie państwo nie obciążyło w jakiś sposób za to zamieszanie rodzin zmarłych w Smoleńsku wicemarszałków Putry i Szmajdzińskiego. Ona uważa, że koalicja powinna była przegłosować jakąś ustawę – albo nakazującą obu rodzinom złożenie się na nagrody dla Kuchcińskiego i Wenderlicha, albo ci dwaj akurat nie powinni dostać nic, a to co by się na tej operacji zaoszczędziło, równo rozdzielić między Komorowskiego, Niesiołowskiego i Kierzkowską. Jak idzie natomiast o Schetynę można mu zostawić to co dostał, nawet nie tylko ze względu na to, że od lipca jest tym marszałkiem, ale choćby biorąc pod uwagę fakt, jak on się musi użerać z Donaldem Tuskiem i gangiem ministra Grabarczyka.
A ja sobie myślę, że jest jak zawsze. Stefan Niesiołowski ze swoim gangiem ofiarują Polsce i Europie swój codzienny trud, ja się na ten temat na bieżąco mądrzę, a pani Toyahowa – również na bieżąco – zbija punkty. No i jest jeszcze coś w miarę stałego. Media informują. Sprawa premii wprawdzie przez grube miesiące leżała sobie cichutko pod dywanem, ale w końcu stało się coś, że Super Express zauważył te pieniądze i podniósł rwetes. Ciekawe w tym wszystkim jest jednak to, że ja nawet tego rwetesu nie spostrzegłem. Ani nie zwróciłem uwagi na to, że napisał o tym Super Express, ani nie doszły do mnie odgłosy ze strony Gazety Wyborczej, ani nie znalazłem tej informacji na wp.pl, który to portal staram się w miarę regularnie sprawdzać, ani też moje dzieci nie przyniosły mi tego newsa z Onetu, ani nie dowiedziałem się o owej jakże szczególnej wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego. Nic. Zero. Wokół mnie panowała przez ten czas kompletna cisza.
A przecież nie było tak, że nikt o tym nie wspomniał. Z pewnością jednak też nie stało się tak, że ja przez kilka ostatnich dni jakoś mniej uważnie śledziłem to wszystko, co się w Polsce dzieje. News zatem z całą pewnością poszedł, tyle że jakoś zniknął pod ciężarem innych, społecznie prawdopodobnie znacznie ważniejszych zdarzeń i wypowiedzi. Tak właśnie musiało się podziać. Instytucje i ludzie odpowiedzialni za informowanie społeczeństwa nas temat tego, co się dzieje, z całą pewnością poinformowali i o tych premiach, tyle że jakimś niezwykłym cudem zrobili to tak, byśmy – ani ja, ani tym bardziej większość z nas – się o nich, broń Boże, nie dowiedzieli. A jeśli ja dziś o tym wszystkim piszę, to wyłącznie dlatego, że nasz kolega Kazef usłyszał o tych premiach od Antoniego Macierewicza, i dał znać nam, tu na tym blogu.
O czym to może świadczyć? Tylko o jednym. Oto istnieją już bardzo wyraźnie dwa osobne obiegi informacji. Obieg oficjalny i podziemny. Jak za starej komuny. Dokładnie, jak za starej komuny. I jedyną różnicę, jaką możemy tu dostrzec, stanowi to, że to wszystko organizowane jest dziś znacznie bardziej perfidnie i profesjonalnie. O ile bowiem kiedyś informacje zakazane były dostępne jedynie w podziemnej prasie i w zagranicznych radiostacjach – a tym samym nosiły z dumą miano zakazanych – dziś są one dostępne jak najbardziej i oficjalnie. Tyle że przez cały system ich reglamentacji, współczesny obywatel, nie mając do niech dostępu, żyje w przekonaniu, że i tak wszystko co ma wiedzieć – wie. Natomiast nawet jeśli czegoś nie wie, to wiedzieć ani nie musi, ani nie potrzebuje. I to działa idealnie, nawet jeśli ceną za to musi być to, że społeczeństwo nie dowie się, jaką to premię przyznał sobie w zeszłym roku poseł Kuchciński (PiS).
Niby nic nowego, ale jakoś zawsze, za każdym razem, i znów od nowa, to kłamstwo robi wrażenie wciąż tak bardzo świeżego. Jak syberyjski wiatr.

niedziela, 27 lutego 2011

O zbrodni bezwstydnej

Parę razy ostatnio przyszło mi siebie i innych zadręczać pewnym bardzo szczególnym rodzajem zakłamania. Przejawia się ono systematycznie w wykpiwaniu przez System i jego przeróżne agendy czegoś, co powszechnie nazywa się ‘spiskową teorią dziejów’. Mówiąc o owej spiskowej teorii, mam na myśli nie mniej ni więcej, tylko to, jest na co dzień obecne w naszych myślach i rozmowach, gdy tylko zaczniemy się pochylać nad Polską i sytuacją, do jakiej została ona w ostatnich, powiedzmy, dwudziestu latach doprowadzona. Mówiąc natomiast o zakłamaniu, patrzę na tę bezczelność z jaką pokazuje się nam jednocześnie, jak to ta sama Polska jest opleciona niezbadaną pajęczyną ciemnych interesów ludzi, dla których nie liczy się ani jedna, ani druga, ani trzecia, ani tak naprawdę jakakolwiek władza. Pokazuje się nam to wszystko i z uniesionym w górę palcem, ostrzega się nas, byśmy uważali na każdy nasz ruch, każda myśl, każde słowo. Bo każda chwila może przynieść cios, spod którego się nie podniesiemy.
Mogliśmy ten proceder obserwować przez kilka ostatnich lat choćby w odniesieniu do tego, co swego czasu spotkało rodzinę Olewników. Według wszelkich obowiązujących teorii, Polska jest nowoczesnym, rozwijającym się europejskim krajem, w którym wszystkie służby sa pod pełną kontrolą sprawnego państwa, a której pozycja pozwala jej choćby pouczać co do standardów sąsiednią Białoruś. Oczywiście, to tu to tam, napotykamy na pewne trudności, które jednak natychmiast są opisywane przez czujne media i sukcesywnie regulowane przez odpowiednich urzędników, lub jak trzeba, to i nawet przez rząd. Nie ma więc najmniejszego powodu, by się jakoś bardziej niepokoić, a tym bardziej by traktować poważnie, lub wręcz tolerować, kasandryczne uwagi różnych tropicieli spisków. Tymczasem nie ma praktycznie tygodnia, by niemal równocześnie z tym przekazem pojawiał się inny: że oto gdzieś ktoś w niewyjaśnionych okolicznościach wpadł pod rozpędzonego TIR-a, albo się powiesił w celi, albo wreszcie chce nam powiedzieć parę słów, tyle że z jednym zastrzeżeniem – że jego twarz, głos i miejsce pobytu zostaną skutecznie ukryte. Bo strach jest taki, że ani pan policjant, ani pan prokurator, ani pani sędzia, ani nawet pan prezydent nie są w stanie się wobec niego zachować.
I to właśnie jest owo zakłamanie i owa bezczelność, która mi nie daje spokoju, bo ten rodzaj dysonansu właściwie jest już niemal tożsamy z tym, co nam opisał Orwell w swojej słynnej powieści. Gdzie wszystko jest piękne, prawdziwe i z jasną przyszłością, a jakiekolwiek plotki o tym, że istnieje jakakolwiek druga, równie realna, przestrzeń są bzdurą w ustach jakichś niezrównoważonych wariatów. Tyle że przy okazji z każdej strony temu czystemu obrazowi towarzyszy jedna stała zapowiedź: I dziś, tak jak wczoraj, nie zaśniesz w spokoju. Ciężko to znieść.
I w tym wszystkim, zupełnie niepostrzeżenie, pojawiło się coś, wprawdzie nie tak oczywistego i nie tak barwnego, ale pod pewnymi względami może jeszcze bardziej skandalicznego. Kiedy ukazał się nowy tygodnik wydawany prze grupę skumplowanych ze sobą redaktorów Rzeczpospolitej, ze względów w które tu nie mam ochoty wchodzić, a które już wyjaśniłem na swoim blogu, nie znalazłem najmniejszego powodu, żeby kupować to pismo, ani nawet czytać zamieszczane tam teksty. I oto wczoraj nagle, oczywiście przez Internet – niedługo wszystko będzie do nas dochodziło przez Internet – dowiedziałem się, że ktoś z nich przeprowadził wywiad z Grzegorzem Schetyną i podczas owej rozmowy doszło do następującej wymiany. Najpierw Schetyna zakomunikował, że jego zdaniem polityczna mobilizacja po stronie elektoratu Platformy – czy może lepiej, przeciwników PiS-u – uległa wyraźnemu osłabieniu, a za moment, na pytanie naszych wywiadowców, czy to znaczy, że trzeba będzie odnowić wojnę, odpowiedział szczerze jak dziecko, że wojna już nie wystarczy. Dokładne słowa Schetyny zabrzmiały następująco: „Dziś się nie uda. Wojna to za mało, by znowu wygrać.”
Oczywiście – i to jest jeden z powodów, dla którego wolę czytać cokolwiek, niż wydawać jakieś złotówki na projekty z gruntu fałszywe – dziennikarze tygodnika Rzeczypospolitej, ani nie pociągnęli tego tematu, ani, co gorsze, nawet prawdopodobnie nie zwrócili uwagi na to, że w ogóle cokolwiek ciekawego się stało. Myślę sobie, że za tym nie stoi zła wola, lecz zwykłe i stare jak świat zjawisko, polegające na tym, że człowiek przyzwyczaja się do zła i po pewnym czasie nawet zaczyna je traktować jako część uznanej rzeczywistości. Panowie redaktorzy świetnie wiedzą, że degenerująca, i, w efekcie, tak naprawdę rujnująca nasze życie publiczne – zwał jak zwał – wojna czy nienawiść, to część bardzo starannie zaplanowanej politycznej akcji promocyjnej na rzecz Platformy Obywatelskiej. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że całe to popularne gadanie o tym, że to PiS rozpoczął tę wojnę, to propagandowe kłamstwo na rzecz utrzymania władzy, i że za niechęć, jaką jest kierowana z poważnej strony społeczeństwa przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a wcześniej jeszcze przeciwko jego bratu, odpowiadają ludzie wspierający Platformę od tak zwanej strony eksperckiej. Wiedzą, że to nieprawda, że – jak to bardzo zabawnie definiują reżimowi komentatorzy – bez PiS-u Platforma by nie istniała, natomiast prawdą jest, że Platforma by nie istniała bez tego kłamstwa. I wreszcie, że bez tego kłamstwa, dziś żyłby nie tylko Lech Kaczyński, ale wielu innych biednych, Bogu ducha winnych ludzi.
Dlaczego więc tego nie mówią? Dlaczego nie biją w dzwony? Dlaczego wreszcie, w ramach swoich zwykłych dziennikarskich obowiązków, nie zapytają Grzegorza Schetyny, o jakiej to on wojnie mówi, i w jaki sposób ta wojna nagle miała przez tyle lat służyć jego kolegom i jego politycznej karierze? Ktoś powie, że za tym stoi ich perfidia i uwikłania. Że oni nigdy nie powiedzą więcej niż można. Z tym jednak się nie zgodzę. Oni nie są złośliwymi kłamcami. Uważam że za tym, tak jak wcześniej napisałem, nie stoi jakaś parszywa natura tych ludzi, lecz zalediwe lenistwo, głupota i przyzwyczajenie.
Problem natomiast z nami pozostaje. Otóż, jak się dowiadujemy, Grzegorz Schetyna praktycznie oficjalnie przyznaje, że upadek, do którego zostało doprowadzone polskie społeczeństwo, a który przejawia się już nawet nie tylko w tym, że giną ludzie, ale że podzielone są rodziny, że dzieci źle myślą o swoich rodzicach, rodzice o dzieciach, brat o bracie, że ludzie nie są w stanie ze sobą normalnie rozmawiać, to zaplanowana na rzecz politycznej kampanii akcja. Grzegorz Schetyna, człowiek który był przy tej tak naprawdę zbrodni od początku, mówi zupełnie otwarcie, że on i jego koledzy odnieśli polityczny, osobisty i zawodowy sukces dzięki wojnie i dzięki nienawiści. Wojnie przeciwko społeczeństwu i nienawiści do zwykłych, mieszkających obok na ludzi.
Oczywiście, wielu z nas – nie tylko paru pokręconych moralnie dziennikarzy – świetnie sobie zawsze z tego faktu zdawało sprawę. Wiedzieliśmy, że ani Lech Kaczyński, ani Jarosław Kaczyński, ani Beata Kempa, ani Zbigniew Ziobro, Joachim Brudziński – można wymieniać w nieskończoność, nie zapominając też o tych, którym winy zostały już darowane – ale też Prawo i Sprawiedliwość jako partia i ludzie ją wspierający, nie są intruzami, których prawa należy maksymalnie ograniczyć, a jeśli się to nie uda, to stworzyć wokół nich taką atmosferę szyderstwa i pogardy, która ich ostatecznie publicznie zabije. Wiedzieliśmy, że to jest tylko czarny plan, w którym nic się nie liczy. Ani człowiek, ani rodzina, ani życie, ani nawet państwo. Tylko władza. Wiedzieliśmy to i nad tym płakaliśmy. A kiedy z przeciwnej strony dochodziła do nas wciąż ta sama informacja, że ich ręce i sumienia są czyste, że tak naprawdę oni się bronią przed bezwzględną nienawiścią, i starają się budować wspólne dobro, pozostawaliśmy już tylko ze swoją porażoną bezradnością.
I oto dziś przychodzi do nas Grzegorz Schetyna i rzuca nam wręcz od niechcenia, jak jakiś nicnieznaczący ochłap, informację, że tak, owszem, to była wojna, którą oni skutecznie prowadzili przez lata, ale niestety ostatnio coś się zaczyna kruszyć. I jemu też naturalnie – prawdopodobnie tak samo jak dziennikarzom ze stajni Lisickiego – nawet do głowy nie przyjdzie, że on kładzie głowę pod topór. Mówię „prawdopodobnie”, bo jest jeszcze jedna możliwość: on jest tak głupi i bezczelny, że doszedł do wniosku, że można gadać wszystko i że papier to wszystko świetnie wchłonie. Lub jeszcze coś: On wie, że to co mówi, jest głupie i bezczelne, ale jest już do tego stopnia zaczadzony tą pogardą do człowieka, że już się nawet nie zastanawia nad słowami.
Oczywiście Karnowscy – w końcu jednak musiało paść to nazwisko – wiedzą tyle ile wiedzą, myślą tyle ile myślą i przejmują się tyle ile się przejmują, ale my wciąż stoimy. I wszystko słyszymy, wszystko widzimy i nie zapominamy jednego słowa i jednego gestu. I nie będziemy udawać, że jest lekko. Że ta agresja nas nie dotyka i że do wszystkiego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie będziemy twierdzić, że to iż Grzegorz Schetyna tak otwarcie i nie do końca zrozumiale, przyznał się do tego, że jego środowisko polityczne, jedynie dla utrzymania władzy, przez minione 5 lat doprowadziło Polskę do moralnego koszmaru, nas cieszy. Ta satysfakcja wcale nie jest ciepła i miękka w dotyku. Wręcz przeciwnie – jest szorstka i zimna jak śmierć. Stoimy na samym środku kompletnie zrujnowanego społeczeństwa, otoczeni całą sforą obłąkanych, plujących nienawiścią nieszczęśników, których tak naprawdę jedyną winą było to, że dali się tak naiwnie nabrać bandzie ruskich kanciarzy. A w tym nie ma nic satysfakcjonującego. Nawet jeśli już wiemy na pewno, że od początku znaliśmy prawdę.
Natomiast z tego co się stało, mamy co najmniej trzy oczywiste korzyści. Ta bezczelność będzie jeszcze długo podtrzymywać nasz gniew, a on nam z całą pewnością jeszcze nie raz się przyda. Również dobrze jest wiedzieć, że oni słabną. Zarówno fizycznie jak i moralnie. No i trzecia rzecz: Pogłoski, jakie kiedyś wokół nas krążyły, a następnie jakoś zostały przez nowe czasy przykryte szarym kurzem, że nienawiść jest nienaturalna, a więc człowiekowi obca, a więc skazana na ostateczną klęskę, były jak najbardziej prawdziwe. Zgodne z prawdą. Nienawiść naprawdę jest nędzna i bezużyteczna. I dla tej wiedzy, warto było nawet przeczytać wywiad braci Karnowskich z Grzegorzem Schetyną w tygodniku Uważam Rze.

Tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

czwartek, 20 stycznia 2011

Titanic - reaktywacja

W poprzednim tekście o prawdzie tryumfującej, wspomniałem o tym, jak to pewien mój przyjaciel, który miał okazję oglądać z bliska, bez pośrednictwa kamer telewizyjnych, różnych przedstawicieli reżimu, opowiedział mi, że z tego strachu, w jakim oni niewątpliwie żyją od miesięcy, ich twarze zmieniły się w autentyczne maski, a sposób w jaki się zachowują świadczy o tym, że oni autentycznie dygoczą. Mówił mi ów kolega, że taki na przykład Paweł Graś, kiedy spojrzy się na niego z bezpośredniej odległości, budzi już tylko przerażenie. Te kilogramy pudru, które mu wraz z potem spływają z twarzy, by zostać zastąpione przez kolejne jego warstwy, pokazują najwyraźniej jak tylko można, że to już jest ostatni etap. Sam oczywiście nie miałem okazji, ale myślę, że mogę sobie ten stan wyobrazić. Pamiętam choćby finałową scenę ze Śmierci w Wenecji Viscontiego, kiedy to na plaży samotnie umiera wypomadowany Dirk Bogarde, a po jego policzkach spływa szminka zmieszana z czarnym tuszem. I myślę, że to musi być mniej więcej coś takiego.
Pewnie bym zapomniał o tej informacji, ale akurat wczoraj też, dzięki temu, że własnie oni, ta upudrowana masa, skutecznie pozbawiła mnie normalnej możliwości utrzymania rodziny, miałem okazję oglądać posiedzenie Sejmu w sprawie smoleńskiej katastrofy, i przy okazji musiałem raz na jakiś czas oglądać sylwetki członków rządu siedzących w tym swoim czarnym kąciku. Wprawdzie kamery nie pokazywały ani tuszu, ani szminki, ani nawet obraz nie skakał ze zdenerwowania, ale to co widziałem, w pewien szczególny sposób mi wystarczyło. Kiedy przemawiał Jaroslaw Kaczyński, a i po nim inni, to co tam się wyprawiało stanowiło obraz, który być może kiedyś będzie pokazywany na szkoleniach dla adeptów psychiatrii.
Właściwie tylko siedzący z przodu Donald Tusk i minister Miller utrzymali stałą, mniej więcej kontrolowaną pozycję, taką w jakiej ich ustawili specjaliści od wizerunku. To jednak co już się działo obok i bardziej z tyłu, z mojego punktu widzenia, niosło wieść bardzo radosną. Że to już jest prawdziwy koniec. Dziś, to już są wyłącznie stymulowane jakimś ruskim prądem trupy, lub polską kokainą pół-trupy. Minister Rostowski i pani minister Fedak nieustannie – nieustannie! – rozmawiali, utrzymując się w stanie permanentnego rozbawienia. Kaczyński mówi „polscy piloci byli błędnie informowani”, a Rostowski w śmiech. Kaczyński mówi „Polska”, a Fedak oczy w słup i chichot, ewentualnie… głowa na kolano i coś tam grzebie.. I to zupełnie niezależnie od tego, co mówił Kaczyński i co robili ich koledzy. Od czasu do czasu, oboje się uspokajali i wtedy tylko z głupim uśmiechem na twarzach patrzyli gdzieś w przestrzeń.
Minister Ewa Kopacz przez cały czas – też niezależnie od tego, co mówił Kaczyński i co wyprawiali siedzący obok niej Fedak i Rostowski – kręciła głową i robiła na zmianę dwie miny – jedna pod tytułem „No nie! To się nie mieści w głowie”, a druga „No nie! Ja już nie mam do niego siły”. W pewnym momencie nagle zerwała się z miejsca, jakby chciała gdzieś pobiec, ale Rostowski z uśmiechem ją ściągnął na fotel, patrząc na nią, jakby chciał powiedzieć: „Daj pani spokój, tu mam jeszcze trochę”. Radek Sikorski natomiast siedział z zasępionym czołem i cały czas ze zrozumieniem kiwał głową, zupełnie obok tego, czy słowa, które do niego płynęły, wymagały jakiejkolwiek reakcji, czy nie. No a z samego przodu ten Tusk, cały czas nieruchomy, z zasępioną twarzą, w jednej fotograficznej pozycji zamyślonego Lenina. Dobre. Bardzo dobre.
Słuchałem najpierw Kaczyńskiego, potem Kamińskiego, potem Dorna, Macierewicza, Brudzińskiego – obojętne – a na tej pijanej swoim obłędem galerii toczył się ten niezwykły spektakl. Tusk, podparty w tym swoim zasępionym pochyleniu, obok niego sztywny Miller z wyrazem twarzy sytuującym go gdzieś pomiędzy Lepperem, a lokalnym wójtem z PSL-u, dalej ten kiwający bezmyślnie głową Sikorski, za nim roztrzęsiona Kopacz, a jeszcze dalej Fedak zabawiająca się z Rostowskim. I właśnie wtedy pomyślałem sobie, że oto tu, w tym właśnie momencie, układają się dwa plany – jeden ten, którego obserwować nie byłem w stanie, a który dopiero pewnie pojawia się, kiedy popatrzymy z bliska, a więc albo w postaci śladów białego proszku pod nosem, lub tej wymieszanej z potem szminki, a drugi już zupełnie realny – a więc wypełniony przez najbardziej oczywisty strach i szaleństwo.
No i jeszcze coś – coś co się pojawiło troszkę później, kiedy za marszałkowskim stołem zasiadł Stefan Niesiołowski, a na scenę zaczął wchodzić rozochocony tym pomyślnym wiatrem pisowski plankton, by rzucać w stronę tych obłąkańców wszelkie możliwe odmiany tego samego pytania: „Czy wy wiecie, jaka przyszłość przed wami?” Otóż chodzi mi o Niesiołowskiego. On już mianowicie nie był w stanie z siebie wykrzesać nic, jak tylko to, by z tym pijanym spojrzeniem, raz na 60 sekund, naciskać przycisk wyłączający mikrofon kolejnym posłom. Jak pięcioletnie dziecko. Jak wściekłe, zawzięte w swoim szczeniackim obłąkaniu, dziecko.
Doprawdy nie wiem, jak to się wszystko skończy, a tym bardziej kiedy. Ale wiem, że to już nastąpi bardzo niedługo i pewnie bardzo nagle. Czy to się stanie tak, że któryś z nich nagle umrze, czy może w sposób już najbardziej widoczny zwariuje? Może być różnie. Ale wczoraj widziałem jak nigdy dotąd jasno, że ten dzień jest już bliski. Sam mogę tylko zgadywać. Mogę nawet ogłosić zabawę. Kto z nich będzie pierwszy i w jaki sposób? Mój typ jest taki: Kopacz. Zacznie wrzeszczeć. Do udziału w moim konkursie zachęcam marszałka Schetynę. To niegłupi człowiek. On musi wiedzieć dużo. Ostatnio udowadnia to niemal codziennie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...