Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldemar Łysiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waldemar Łysiak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2011

Jeszcze raz o wilgotnym kroczu

Niedawno temu, syn mój znalazł w Sieci informację na temat filmu pod tytułem „Szpieg”. Nie bardzo wiem, co to za film, bo ostatnio jakoś odpadłem, ale domyślam się, że jest to jeden z tych nowych amerykańskich filmów, które oczywiście są najlepsze na świecie, tyle że wszystko w nich przebiega tak szybko, że ktoś taki jak ja, nie jest w stanie się zorientować już nawet nie w intrydze, ale w ogóle w tym, co się aktualnie dzieje. Wszystko to zaczęło się wraz z czwartą „Szklaną pułapką”, i z każdą kolejną produkcją jest już tylko coraz gorzej. Informacja na temat tego filmu była przyozdobiona cytatami z kilku fachowych recenzji. Najpierw „The Spectator” – „Doskonały”. Dalej „The Wall Street Journal” – „Olśniewający”.
No i wreszcie nasz „Filmweb” – „Dwugodzinny orgazm”.
Ktoś komu akurat ten ostatni tekst bardzo się podoba, powie, że ze mnie już stara pierdoła, więc nie ma się co dziwić, że straciłem całą radość życia, i na odgłosy seksu reaguję ziewaniem, tyle że to akurat jest nieprawda, a poza tym, przypominam, że to nie ja, ale mój syn – który radzi sobie zupełnie dobrze – przyszedł do mnie z tą rewelacją. I to on przede wszystkim uznał, że ktoś tu ma zdecydowanie pomieszane we łbie. A ja tę diagnozę zaledwie potwierdzam.
Wczoraj zamieściłem tu tekst poświęcony swojemu statutowi, jako kogoś, kto prowadzi ten blog i traktuje to zajęcie bardzo poważnie, ale też ogólnej sytuacji na rynku księgarskim. Zwróciłem przy tym uwagę na fakt, że – przynajmniej jak idzie o zacytowany przez redakcję „Uważam Rze” większy jej fragment – nowa powieść Waldemara Łysiaka traktuje przede wszystkim o wilgotnych kroczach, sterczących kutasach, i plazmowatych i śliskich mózgach. Czemu mnie to tak zainteresowało? Trochę oczywiście dlatego, że ja autentycznie nie mogę zrozumieć, jak to jest, że jeden z najwybitniejszych podobno polskich autorów, nawet kiedy jest w pracy, nie jest w stanie zapomnieć o tym co u niego słuchać w spodniach. Ale również dlatego, że od pewnego czasu mam wrażenie, że owe seksualne obsesje zaczynają coraz bardziej determinować nasze życie publiczne, i to zupełnie niezależnie od politycznych barw i orientacji.
Weźmy takiego Ziemkiewicza. Ja znam wprawdzie wyłącznie jego bieżącą publicystykę i trochę powszechnie znanej politycznej literatury, takiej jak „Michnikowszczyznę”, czy „Polactwo”, ale ponieważ kiedyś chciałem sprawdzić, co z niego za artysta pióra, jak idzie o zwykłą już, tradycyjną powieść, podczas jednego z pobytów w EMPiK-u zajrzałem na początek stronę czegoś, co on akurat napisał, i okazało się, że jest o dupczeniu. Co tam Ziemkiewicz! Któregoś dnia dowiedziałem się, że również Bronisław Wildstein – nasz Bronisław Wildstein! – został pisarzem. Zaglądam do środka, a tam tak zwane „lody”. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem wywiad z pisarzem Kuczokiem, a ponieważ ów wywiad zrobił na mnie wrażenie, pomyślałem, że napiszę o Kuczoku osobny tekst. Aby jednak zorientować się, co z niego za pisarz, wbiłem jego nazwisko do Sieci i wyszedł mi fragment którejś z jego powieści o tym, że jakiś człowiek wraca z przyjęcia, ciągnąc za sobą kompletnie pijaną kobietę, ale ponieważ nagle zaczyna mu się zbierać, przyprowadza ją do siebie do domu i tam ją próbuje wykorzystać.
Niedawno, duże wrażenie na wielu z nas zrobił spot reklamowy promujący przy okazji zbliżającego się nieuchronnie Euro 2012 Warszawę. Gdyby ktoś dotychczas nie miał okazji, krótko opowiem. Otóż pomysł jest taki, że ulicami naszej Warszawy biegnie dziewczyna. W pewnym momencie na jej drodze pojawia się mężczyzna w spodniach od dresu i wybitnie wyeksponowanym wzwodem. No i zaczyna te dziewczynę gonić. Biegną więc oboje przez Warszawę, ona ucieka, on ją goni, a każdy z nas, obserwując ten pościg, może podziwiać, jak nam stolica wypiękniała. Na koniec okazuje się, że człowiek ze wzwodem nie jest wcale żadnym gwałcicielem, lecz prężnym biznesmenem, a ona też nie jakaś biedną ofiarą, lecz równie prężną bizneswoman. Taka ta nasza Warszawa. Tyle.
I oto okazuje się, że nieco wcześniej, w związku z nadchodzącą olimpiadą, Londyn też postanowił zrobić clip promujący miasto. Pomysł klipu polega na tym, że przez Londyn biegnie dziewczyna, a ponieważ jest śliczna i biegnie naprawdę zgrabnie, wszyscy ci, których ona mija, są nią w najbardziej oczywisty sposób zachwyceni, i w jednej chwili nabierają życia. Zwyczajnie życia. Najciekawsze jest jednak to, że wśród osób, obok których ona przebiega, są najwięksi brytyjscy celebryci, od Rogera Moora, przez Helen Mirren, do Davida Beckhama. No a na tle tego wszystkiego, widzimy Londyn. Piękny, nowoczesny Londyn. A zatem mamy tu dokładnie to samo, co w wyprodukowanym odpowiednio później w Polsce clipie o Warszawie, tyle tylko że oni mają Helen Mirren, a my sterczącą pałę.
Pod wspomnianym wcześniej tekstem, swój komentarz zamieścił nasz kolega Juliusz Wnorowski i zamieścił w nim link do artykułu we wspomnianej „Gazecie Wyborczej” na temat tego, że my wprawdzie mamy kilku noblistów, ale są to ludzie już starsi, natomiast nas by interesowało, jakie są szanse na przyszłość. W związku z tym, „Wyborcza” postanowiła przeprowadzić wśród najwybitniejszych znawców polskiej literatury, odpowiedni rekonesans, i na jego podstawie ustaliła listę dziesięciu najznakomitszych autorów młodego pokolenia, a jednocześnie kandydatów do Nagrody Nobla w roku 2040. Na dziesiątym miejscu jest Kuczok, na pierwszym Masłowska – reszty nie znam.
Myślę jednak sobie, że jak idzie o ten clip promujący miasto, to jest niewykluczone, że my oprócz pały, też jednak mamy celebrytów. Biorę bardzo poważnie pod uwagę, że kiedy ten człowiek z drągiem goni tę dziewczynę, a obok nich przesuwa się dostojnie sylwetka Stadionu Narodowego, w tłumie, jaki obok nich się przesuwa, jest ta nieznana mi ósemka. Fiedorczuk, Dehnel, Bargielska, Witkowski…
Ponieważ od pewnego czasu zanudzam czytelników tego bloga sprawami w gruncie rzeczy mało istotnymi, chciałbym na sam już koniec wrzucić coś naprawdę ważnego. Otóż, skoro już się nam zgadało o pisarzach, jak już wspomniałem, na pierwszym miejscu przeprowadzonego przez „Gazetę Wyborczą” sondażu, wylądowała pisarka Masłowska. A zatem mamy jej śliczne zdjęcie, a pod spodem wywiad, a właściwie fragment wywiadu. Proszę posłuchać:

Dlaczego pani posyła córkę na religię?

- Bo z etyką były jakieś komplikacje logistyczne. I stwierdziliśmy, że niech popróbuje, pointeresuje się, że może ona na przykład na to reaguje dobrze? Poza tym to część kultury, nie może całe życie na kościół mówić ''zamek''.

Ja zostałam wychowana w kontekście silnej, dość okrutnej ludowej religijności mojej babci. Groźny Bóg, pachnący wilgocią kościół i wizja piekła, co we mnie, osobie wrażliwej, ewoluowało w takie konstrukcje logiczne, mentalne i moralne, przed którymi chciałabym dziecko ochronić.

Z drugiej strony, jak wspominałam, to część naszej kultury, obyczajowości, historii. Trudno wychować dziecko w abstrakcji od tego, że każdy dorosły sto razy dziennie mówi w tym kraju ''o Boże'', albo ''Jezus, Maria''.

Rozmawiacie o Bogu?

- Oczywiście jest wysyp pytań. Tłumaczę, że Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.

A ona pyta: mamo, a ty?

- Podkreślam, że jeżeli człowiek wierzy w Boga, to ten Bóg bezsprzecznie istnieje. Jeżeli nie wierzy, to bezsprzecznie nie istnieje. Że religia to pewien sposób rozumienia świata, pewna jego wersja i że ludzie w różnych częściach świata wyobrażają sobie to wszystko nieco inaczej. Wydaje mi się, że to jest ważne.

Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji”.

Mokre krocze i śliski mózg. Oto przyszłość. Oto zapowiedź autentycznej apokalipsy.
Póki co jednak, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, która jest sprzedawana wyłącznie w Internecie i można do niej dojąć, klikając w okładkę tu zaraz z lewej strony. Serdecznie polecam. To jest naprawdę świetna ksiązka. Pod każdym względem. No i oczywiście, jak zawsze, proszę o wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 2 sierpnia 2011

O Julku i Radku, czyli raz jeszcze o niebezpiecznych związkach

Każdy kto przeczytał już sam tytuł dzisiejszej notki, może się słusznie zaniepokoić, bo, choćbyśmy nie wiem, co sobie myśleli o komuniście Fucziku, to porównywanie go z Radosławem Sikorskim wygląda na grubą przesadę. Zresztą, można sytuację odwrócić i powiedzieć, że jest niesprawiedliwe porównywać ministra Sikorskiego, choćby i przy uwzględnieniu jego najświeższej transformację, do jakiegoś bolszewika. I to też musi spowodować, że tytuł ten będzie powodował przynajmniej uniesienie brwi. Przynajmniej gdzie niegdzie.
A mimo to, tytuł zostaje. Już wyjaśniam, dlaczego, najpierw jednak powiem, skąd się w ogóle dowiedziałem o tym Fucziku, no i – może jeszcze ważniejsze – kto to taki. Otóż, jak już tu parę razy wspominałem, Waldemar Łysiak i jego pisarstwo zawsze mi było, i pozostaje do dziś, całkowicie obojętne. W związku z tym, książek Łysiaka praktycznie nie znam, a jego felietonów zamieszczanych w niektórych gazetach nie czytam. O ile mi wiadomo, Łysiak akurat nie występuje jako polityczny komentator w żadnej z telewizji, ale nawet gdyby występował, też bym nie poświęcał mu więcej uwagi, niż występom choćby Pawła Lisickiego. Stało się jednak tak, że, pewnym mało interesującym zbiegiem okoliczności, zapoznałem się z jego niedawnym felietonem w tygodniku „Uważam Rze” i – szczerze powiem – poczułem do Łysiaka, przelotną, jak się zresztą wkrótce okazało, nić sympatii, a, co może ważniejsze, popadłem w stan bardzo praktycznej zadumy.
We wspomnianym felietonie, pięknie zatytułowanym „Ulica im. Gestapo” – swoją drogą, podejrzewam tu Łysiaka o plagiat z naszego kolegi Coryllusa – Waldemar Łysiak pisze o tym, jak to czeski komunista nazwiskiem Fuczik został patronem jednej z warszawskich ulic. I nie chodzi o to, że ów Fuczik jest takim sobie komunistą, jak powiedzmy jakiś Buczek, czy inny Zientek, ale komunistą szczególnym. Zdaniem Łysiaka – a podobno nie tylko – Fuczik jest komunistą, który w sposób do tego stopnia stały i gorliwy współpracował z Gestapo, że za jego oddanie, Niemcy go tak polubili, że mu na resztę jego życia załatwili nową tożsamość i szczęśliwą starość w Paragwaju, obok innych ocalałych z powojennych rozliczeń niemieckich zbrodniarzy. Wedle Łysiaka, oburzające jest to, że Warszawa daje nazwę jednej ze swoich ulic dmuchanemu bohaterowi Czerwonej Rewolucji, który wedle legendy, zmarł zatłuczony przez Niemców w praskim więzieniu, podczas gdy nie dość, że nie został zatłuczony, to w ogóle nie był tłuczony, a jeśli był bohaterem, to raczej bohaterem rewolucji czarnej, a nie czerwonej.
Informacje podane przez Łysiaka mnie ucieszyły, z jednego prostego powodu. Ponieważ moja pogarda i nienawiść do ludzi typu Fuczik – nawet pozbawionych owego niemieckiego suplementu – została przez mnie wyssana z mlekiem matki, wszelkie informacje uzupełniające już dostępny wizerunek w sposób taki, w jaki to zrobił Łysiak, wprawiają mnie tylko w zachwyt i upojenie. I choć o samym Fucziku – wbrew sławie, jaką on się przez całe lata rzekomo cieszył – wcześniej nie słyszałem, to po przeczytaniu felietonu Łysiaka zrobiło mi się niemal tak przyjemnie, jak po uzyskaniu pierwszych informacji na temat niejakiego Wolskiego.
Jako że jednak do Waldemara Łysiaka mam stosunek, w najlepszym wypadku, ambiwalentny, od razu postanowiłem sprawdzić tego Juliusza – bo Juliusz mu było – Fuczika w Internecie, i ku mojemu rozczarowaniu – i ubolewaniu – najpierw dowiedziałem się, że jeśli on jest czymkolwiek bohaterem, to już chyba tylko najbardziej nieprzytomnych staruszków z sierpem i młotem w klapie, a co gorsza, nie są dostępne jakiekolwiek informacje o tym, by jego historia była taka, jak informuje Łysiak. Oczywiście, wciąż – zgodnie z moim antykomunistycznym kompleksem – biorę pod serdeczną uwagę możliwość taką, że on faktycznie został przez Niemców wysłany do tego Paragwaju i zmarł tam w roku 1994, a nie, jak chcą wierzyć prawdziwi komuniści, w niemieckim więzieniu podczas wojny, niemniej, jak mówię, śladu tej informacji w Internecie nie znalazłem. Co więcej, na temat jego życia, czy w ogóle istnienia, tych informacji jest uderzająco mało. Nawet tak dobrze zwykle poinformowana Wikipedia o nim dyskretnie milczy. A to by świadczyło o tym, że albo Waldemar Łysiak wie coś, czego nikt poza nim nie wie, albo wie tyle co wszyscy, tylko mu się zdaje, że jest inaczej, i chce nas na to swoje przekonanie złapać.
I tu już zbliżamy się do Radosława Sikorskiego, a więc człowieka jak najbardziej realnego i jak najbardziej z duszą i ciałem, jednak wciąż proszę o chwilę cierpliwości. Wpisałem więc w ramkę wyszukiwarki nazwisko Juliusz Fuczik i pierwsze co zobaczyłem to odniesienie do czegoś, co funkcjonuje w sieci jako www.kompol.org. Otóż trzeba nam wiedzieć, że – uwaga, uwaga – kompol.org to oficjalny portal Polskiej Partii Komunistycznej, i to tam właśnie, jeśli ktoś jest naprawdę zainteresowany, znajdzie wszelkie niezbędne informacje na temat owego Fuczika, z punktu widzenia oczywiście Fuczika – nie jako bolszewickiej swołoczy, lecz jako bohatera czerwonego luda. Jednak teraz, skoro wszystko, co na jego temat zostało już powiedziane, i wszystko wskazuje na to, że powiedziane zostało i tak już dużo za dużo, z Fuczikiem kończymy, natomiast przechodzimy do naszej krajowej bolszewii. Jak się okazuje, żywej i walczącej.
Otóż każdy kto zajrzy na stronę Komunistycznej Partii Polski, zauważy z zainteresowaniem, że jest to miejsce w żaden sposób nie zapuszczone i zaniedbane, tak jak to się dzieje w przypadku wielu podobnych miejsc w Internecie, które kiedyś, w wyniku czyichś pasji, lub tylko interesów, zostały stworzone, lecz po pewnym czasie w sposób naturalny, umarły. Portal Polskiej Partii Komunistycznej, nie dość, że na bieżąco działa i jest niemal codziennie aktualizowany, to jest bardzo zadbany, estetycznie bardzo starannie opracowany, wszystko jest bardzo kolorowe i wyraźne. Sierp i młot oślepia nas swoim złotem, podobnie godło Związku Sowieckiego, a w środku znajdziemy całe mnóstwo ruskich propagandowych plakatów, gdzie radziecki żołnierz, lub robotnik rozrywa nożem na strzępy faszystowskie potwory. Są też piękne, kolorowe zdjęcia Fidela Castro, Kadafiego i innych komunistycznych bohaterów. No, jest po prostu wszystko, co komunistyczne serce może sobie zamarzyć. A jeśli ktoś tę ofertę polubił i ma ochotę się do tego towarzystwa zapisać, to jest nawet podany adres gdzieś w Dąbrowie Górniczej.
Mógłbym długo zachwalać internetową stronę Komunistycznej Partii Polski, bo daję słowo, że jest o czym pisać, ale ponieważ trzeba iść dalej, więc idę dalej. Ponieważ, jak mówię, strona kompol.org jest na bieżąco aktualizowana i uzupełniana odpowiednimi felietonami i artykułami w kwestiach interesujących całą społeczność międzynarodową, znajdujemy tam też refleksje na temat kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego i w ogóle przy tej okazji – samego Powstania. Oczywiście, jak się możemy domyślać, kwestia rocznicy, nie jest czymś tam najważniejszym, ponieważ prawdziwi komuniści patrzą na sprawę globalnie. A zatem urodziny Kadafiego, odradzanie się norweskiego faszyzmu, czy walka greckiego proletariatu, nasze Powstanie przykryć muszą, ale trzeba przyznać, że temat zaznaczony jest już na głównej stronie portalu wyraźnym tytułem „Powstanie Warszawskie, a rozum polityczny” i lidem o następującej treści: „Powstanie skierowane było militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciw ZSRR, faktycznie przeciwko Polsce”.
I to jest własnie moment, kiedy dla Radosława Sikorskiego możemy otworzyć już drzwi na oścież. Ja oczywiście wiem, że ponieważ on swoją wypowiedzią na Twitterze uruchomił taką falę skierowanych przeciwko swojej osobie ataków, i to już nie tylko ze strony Prawa i Sprawiedliwości, ale również swoich kolegów z prawa i lewa, to walenie go po jego pustym łbie jeszcze na tym blogu, nie może przynieść wiele satysfakcji. Ja go oczywiście z wielką przyjemnością mogę i obrażać i wyśmiewać, tyle że faktycznie, w sytuacji kiedy na niego się już rzucił sam poseł Wenderlich – ba! sam dziadzio Bartoszewski uznał za stosowne mu dokuczyć – jest mi jakoś niezręcznie. No ale, jak by nie patrzeć, fakt pozostaje faktem. Z Radosławem Sikorskim się z całą pewnością coś dzieje i tego nie można w żaden sposób lekceważyć. Siedzi on ze swoją żoną na tym Twitterze i wypluwają z siebie na zmianę najróżniejsze myśli na różne tematy. A nam, skoro już tak tu sobie codziennie różne rzeczy komentujemy, wypada skomentować i to.
A zatem mam do ministra Sikorskiego pewną propozycję. Ja wiem, że Twitter to medium znacznie bardziej uniwersalne i szanowane, niż portal Komunistycznej Partii Polski. Jednak nie trzeba być szczególnie wrażliwym obserwatorem, by zauważyć fakt oczywisty – strona KPP jest o wiele bardziej wesoła i estetycznie atrakcyjna. Jestem przekonany, że gdyby Radosław Sikorski postanowił – nie mówię, żeby miał on się od razu Twittera na kompol.pl przenosić – ale choćby swoją ofertę poszerzyć, i wszelkie mysli i komentarze publikować również u ludzi z Dąbrowy Górniczej, byłoby to z korzyścią dla nas wszystkich. Nie mam wątpliwości – sądząc po tym, co na przykład na temat Powstania Warszawskiego sądzi Radosław Sokorski i prawdziwi komuniści z kompol.pl – że nie byłoby tu mowy o jakimkolwiek dysonansie a odrobina ładu w tym poplątanym świecie wszystkim nam by się z pewnością tylko przysłużyła.
Przy okazji też może by minister Sikorski – zainspirowany najpierw przeze mnie, a potem, ko wie, czy nie przez swoich nowych radzieckich przyjaciół – coś poszperał też na temat Juliusza Fuczika i poinformował nas w wolnej chwili, co mu chodzi po głowie również i na jego temat.

Bardzo proszę wszystkich, którym powyższe refleksje się spodobały, o wspieranie tego bloga, albo przez klikanie w okładkę tej pięknej książeczki tuż obok, a następnie jej kupowanie, albo przez akcję bezpośrednią, w postaci wpłacania co łaska pod podanym obok numerem konta. Dziękuję za każdy dobry gest.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...