Niedawno temu, syn mój znalazł w Sieci informację na temat filmu pod tytułem „Szpieg”. Nie bardzo wiem, co to za film, bo ostatnio jakoś odpadłem, ale domyślam się, że jest to jeden z tych nowych amerykańskich filmów, które oczywiście są najlepsze na świecie, tyle że wszystko w nich przebiega tak szybko, że ktoś taki jak ja, nie jest w stanie się zorientować już nawet nie w intrydze, ale w ogóle w tym, co się aktualnie dzieje. Wszystko to zaczęło się wraz z czwartą „Szklaną pułapką”, i z każdą kolejną produkcją jest już tylko coraz gorzej. Informacja na temat tego filmu była przyozdobiona cytatami z kilku fachowych recenzji. Najpierw „The Spectator” – „Doskonały”. Dalej „The Wall Street Journal” – „Olśniewający”.
No i wreszcie nasz „Filmweb” – „Dwugodzinny orgazm”.
Ktoś komu akurat ten ostatni tekst bardzo się podoba, powie, że ze mnie już stara pierdoła, więc nie ma się co dziwić, że straciłem całą radość życia, i na odgłosy seksu reaguję ziewaniem, tyle że to akurat jest nieprawda, a poza tym, przypominam, że to nie ja, ale mój syn – który radzi sobie zupełnie dobrze – przyszedł do mnie z tą rewelacją. I to on przede wszystkim uznał, że ktoś tu ma zdecydowanie pomieszane we łbie. A ja tę diagnozę zaledwie potwierdzam.
Wczoraj zamieściłem tu tekst poświęcony swojemu statutowi, jako kogoś, kto prowadzi ten blog i traktuje to zajęcie bardzo poważnie, ale też ogólnej sytuacji na rynku księgarskim. Zwróciłem przy tym uwagę na fakt, że – przynajmniej jak idzie o zacytowany przez redakcję „Uważam Rze” większy jej fragment – nowa powieść Waldemara Łysiaka traktuje przede wszystkim o wilgotnych kroczach, sterczących kutasach, i plazmowatych i śliskich mózgach. Czemu mnie to tak zainteresowało? Trochę oczywiście dlatego, że ja autentycznie nie mogę zrozumieć, jak to jest, że jeden z najwybitniejszych podobno polskich autorów, nawet kiedy jest w pracy, nie jest w stanie zapomnieć o tym co u niego słuchać w spodniach. Ale również dlatego, że od pewnego czasu mam wrażenie, że owe seksualne obsesje zaczynają coraz bardziej determinować nasze życie publiczne, i to zupełnie niezależnie od politycznych barw i orientacji.
Weźmy takiego Ziemkiewicza. Ja znam wprawdzie wyłącznie jego bieżącą publicystykę i trochę powszechnie znanej politycznej literatury, takiej jak „Michnikowszczyznę”, czy „Polactwo”, ale ponieważ kiedyś chciałem sprawdzić, co z niego za artysta pióra, jak idzie o zwykłą już, tradycyjną powieść, podczas jednego z pobytów w EMPiK-u zajrzałem na początek stronę czegoś, co on akurat napisał, i okazało się, że jest o dupczeniu. Co tam Ziemkiewicz! Któregoś dnia dowiedziałem się, że również Bronisław Wildstein – nasz Bronisław Wildstein! – został pisarzem. Zaglądam do środka, a tam tak zwane „lody”. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem wywiad z pisarzem Kuczokiem, a ponieważ ów wywiad zrobił na mnie wrażenie, pomyślałem, że napiszę o Kuczoku osobny tekst. Aby jednak zorientować się, co z niego za pisarz, wbiłem jego nazwisko do Sieci i wyszedł mi fragment którejś z jego powieści o tym, że jakiś człowiek wraca z przyjęcia, ciągnąc za sobą kompletnie pijaną kobietę, ale ponieważ nagle zaczyna mu się zbierać, przyprowadza ją do siebie do domu i tam ją próbuje wykorzystać.
Niedawno, duże wrażenie na wielu z nas zrobił spot reklamowy promujący przy okazji zbliżającego się nieuchronnie Euro 2012 Warszawę. Gdyby ktoś dotychczas nie miał okazji, krótko opowiem. Otóż pomysł jest taki, że ulicami naszej Warszawy biegnie dziewczyna. W pewnym momencie na jej drodze pojawia się mężczyzna w spodniach od dresu i wybitnie wyeksponowanym wzwodem. No i zaczyna te dziewczynę gonić. Biegną więc oboje przez Warszawę, ona ucieka, on ją goni, a każdy z nas, obserwując ten pościg, może podziwiać, jak nam stolica wypiękniała. Na koniec okazuje się, że człowiek ze wzwodem nie jest wcale żadnym gwałcicielem, lecz prężnym biznesmenem, a ona też nie jakaś biedną ofiarą, lecz równie prężną bizneswoman. Taka ta nasza Warszawa. Tyle.
I oto okazuje się, że nieco wcześniej, w związku z nadchodzącą olimpiadą, Londyn też postanowił zrobić clip promujący miasto. Pomysł klipu polega na tym, że przez Londyn biegnie dziewczyna, a ponieważ jest śliczna i biegnie naprawdę zgrabnie, wszyscy ci, których ona mija, są nią w najbardziej oczywisty sposób zachwyceni, i w jednej chwili nabierają życia. Zwyczajnie życia. Najciekawsze jest jednak to, że wśród osób, obok których ona przebiega, są najwięksi brytyjscy celebryci, od Rogera Moora, przez Helen Mirren, do Davida Beckhama. No a na tle tego wszystkiego, widzimy Londyn. Piękny, nowoczesny Londyn. A zatem mamy tu dokładnie to samo, co w wyprodukowanym odpowiednio później w Polsce clipie o Warszawie, tyle tylko że oni mają Helen Mirren, a my sterczącą pałę.
Pod wspomnianym wcześniej tekstem, swój komentarz zamieścił nasz kolega Juliusz Wnorowski i zamieścił w nim link do artykułu we wspomnianej „Gazecie Wyborczej” na temat tego, że my wprawdzie mamy kilku noblistów, ale są to ludzie już starsi, natomiast nas by interesowało, jakie są szanse na przyszłość. W związku z tym, „Wyborcza” postanowiła przeprowadzić wśród najwybitniejszych znawców polskiej literatury, odpowiedni rekonesans, i na jego podstawie ustaliła listę dziesięciu najznakomitszych autorów młodego pokolenia, a jednocześnie kandydatów do Nagrody Nobla w roku 2040. Na dziesiątym miejscu jest Kuczok, na pierwszym Masłowska – reszty nie znam.
Myślę jednak sobie, że jak idzie o ten clip promujący miasto, to jest niewykluczone, że my oprócz pały, też jednak mamy celebrytów. Biorę bardzo poważnie pod uwagę, że kiedy ten człowiek z drągiem goni tę dziewczynę, a obok nich przesuwa się dostojnie sylwetka Stadionu Narodowego, w tłumie, jaki obok nich się przesuwa, jest ta nieznana mi ósemka. Fiedorczuk, Dehnel, Bargielska, Witkowski…
Ponieważ od pewnego czasu zanudzam czytelników tego bloga sprawami w gruncie rzeczy mało istotnymi, chciałbym na sam już koniec wrzucić coś naprawdę ważnego. Otóż, skoro już się nam zgadało o pisarzach, jak już wspomniałem, na pierwszym miejscu przeprowadzonego przez „Gazetę Wyborczą” sondażu, wylądowała pisarka Masłowska. A zatem mamy jej śliczne zdjęcie, a pod spodem wywiad, a właściwie fragment wywiadu. Proszę posłuchać:
„Dlaczego pani posyła córkę na religię?
- Bo z etyką były jakieś komplikacje logistyczne. I stwierdziliśmy, że niech popróbuje, pointeresuje się, że może ona na przykład na to reaguje dobrze? Poza tym to część kultury, nie może całe życie na kościół mówić ''zamek''.
Ja zostałam wychowana w kontekście silnej, dość okrutnej ludowej religijności mojej babci. Groźny Bóg, pachnący wilgocią kościół i wizja piekła, co we mnie, osobie wrażliwej, ewoluowało w takie konstrukcje logiczne, mentalne i moralne, przed którymi chciałabym dziecko ochronić.
Z drugiej strony, jak wspominałam, to część naszej kultury, obyczajowości, historii. Trudno wychować dziecko w abstrakcji od tego, że każdy dorosły sto razy dziennie mówi w tym kraju ''o Boże'', albo ''Jezus, Maria''.
Rozmawiacie o Bogu?
- Oczywiście jest wysyp pytań. Tłumaczę, że Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.
A ona pyta: mamo, a ty?
- Podkreślam, że jeżeli człowiek wierzy w Boga, to ten Bóg bezsprzecznie istnieje. Jeżeli nie wierzy, to bezsprzecznie nie istnieje. Że religia to pewien sposób rozumienia świata, pewna jego wersja i że ludzie w różnych częściach świata wyobrażają sobie to wszystko nieco inaczej. Wydaje mi się, że to jest ważne.
Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji”.
Mokre krocze i śliski mózg. Oto przyszłość. Oto zapowiedź autentycznej apokalipsy.
Póki co jednak, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, która jest sprzedawana wyłącznie w Internecie i można do niej dojąć, klikając w okładkę tu zaraz z lewej strony. Serdecznie polecam. To jest naprawdę świetna ksiązka. Pod każdym względem. No i oczywiście, jak zawsze, proszę o wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.