Po raz kolejny wrócił do nas stary już
temat, który przed wieloma laty udało mi się sformułować krótko i moim zdaniem dość
celnie, że dowolna wiadomość, choćby nie wiadomo jak obiektywnie istotna,
przedostaje się do powszechnej świadomości dopiero po tym, gdy zostanie
przepuszczona przez tak zwany pop. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz,
opowiem krótko na przykładzie. Pamiętamy, jak przed paru laty w Bangladeszu
runął budynek, w którym prowadzona była produkcja tekstyliów na rzecz wielkich
sieci, takich jak z jednej strony amerykański Wal-Mart, czy z drugiej, nasz
Diverse, w wyniku czego życie straciło ponad tysiąc zatrudnionych w owej
fabryce ludzi. Przez niemal tydzień światowe media starały się – jak wszyscy
rozumiemy na prośbę zainteresowanych firm – o tym, co się stało nie informować,
jednak kiedy liczba ofiar zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do wspomnianego
tysiąca, to tu to tam coś na ten temat zostało powiedziane, w efekcie czego
światowe media mogły się ostatecznie pochwalić, że o sprawie jak należy
poinformowały. Owo nieszczęście do dziś stanowi przykład prawdopodobnie
największej budowlanej katastrofy w historii współczesnego świata, jednak gdy
chodzi o powszechną świadomość, ów fakt nie jest w stanie się nawet równać z
tym, że Minister Spraw Zagranicznych w polskim rządzie, Witold Waszczykowski,
wspominając nazwę pewnego małego państwa na Karaibach, zamiast San Cristóbal
użył nieistniejącej nazwy San Escobar. Dziś, gdyby polscy socjologowie mieli
ambicje wykraczające poza nękanie obywateli pytaniami typu: „Czy Pan/Pani uważa,
że sytuacja w Polsce idzie w dobrym kierunku?” i zapytali ich najpierw, czy
wiedzą, gdzie została wyprodukowana ich koszula, czy bluzka, i ile w związku z
tym musiało umrzeć niewinnych osób, a następnie, z czym im się kojarzy nazwa
„San Escobar”, jestem absolutnie przekonany, że wyniki owego testu
powiedziałyby nam znacznie więcej na temat sytuacji, w jakiej się znajduje
Polska i polskie społeczeństwo, niż którykolwiek z przeprowadzonych ostatnio
sondaży.
Ale nie tylko Polska i nie tylko my, ale
cały tak naprawdę świat. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że to właśnie
pokazuje, w jaki sposób wszystko, co wiemy, czym żyjemy i co uważamy za realne,
jest nam najpierw zadane, a następnie skutecznie i z najlepszym wynikiem
egzekwowane. Ten nasz tak bardzo lokalny przykład ilustruje najlepiej jak tylko
można, moją oryginalną tezę, że news nabiera pełnego kształtu dopiero wtedy,
gdy zostanie wyrażony w postaci maksymalnie czytelnego mema. Bez tego, nawet
wiadomość o śmierci tysiąca niewinnych istot nie jest niczym więcej, jak
westchnieniem między drugim daniem, a deserem. Bez tego, nawet wiadomość o tym,
że Jarosław Kaczyński znów pokazał się z rozwiązanymi sznurówkami pozostanie
czymś całkowicie bez znaczenia.
Proszę zwrócić uwagę, jak przez minione
paręnaście lat strasznie zmienił się świat, gdy chodzi o dostęp do informacji.
Najpierw powstanie, a następnie szeroki dostęp do Internetu, zmusiły wielkie
sieci medialne do zaproponowania czegoś, co by im pozwoliło skutecznie
rywalizować w walce o publiczną świadomość i w ten sposób informacja stała się
częścią pop-kultury. A skoro tak, to i tu doszło do powstania swoistego rynku,
na którym ścierają się dokładnie takie same interesy, jak choćby na rynku
literatury, czy muzyki popularnej. Kto wymyśli ciekawszą okładkę, czy
zaprezentuje ładniejszą fryzurę, wygra. No i, co może najważniejsze, kto się
albo będzie stawiał, albo nie będzie orientował w hierarchicznych układach,
zostanie w jednej chwili i bez najmniejszych ceregieli unieważniony. A nie
zapominajmy, że oferta jest na tyle bogata, że nie ma mowy o jakiejkolwiek realnej
konkurencji, choćby z tego powodu, że wszystko, co mogłoby te równowagę
zakłócić i tak już dawno zostało wypchnięte na zewnątrz.
Dawna zasada, że wygrywa oferta lepsza i
ciekawsza, dziś już stanowi prehistorię. Dziś wygrywa oferta, która ma wygrać,
a my, biedni ludzie, do których ona jest kierowana, ani nie mamy nic do
gadania, ani nawet nie chce nam się otwierać ust. No bo po co, skoro przecież
nikt nam nie zabrania wybierać?
Rozmawialiśmy wczoraj trochę o tym, jak
miasto Warszawa przewaliło 40-milionowy budżet na, jak się okazuje, całkowicie
fikcyjną modernizację Sali Kongresowej. W pewnym momencie jeden z komentatorów
zauważył, że, wbrew temu, co nam się wydawało, sprawa była jednak omawiana w
niezwykle drapieżnym programie Anity Gargas w TVP, jakoś tak w październiku
ubiegłego roku i przy tej okazji red. Gargas wskazała nawet po nazwisku osoby,
które są za ten przekręt odpowiedzialne. Co więcej, ona niezwykle odważnie
ujawniła też fakt, że ludzie, którzy przez minione dwa lata przychodzili dzień
w dzień na to gruzowisko, tylko po to, by się dowiedzieć, że mają wracać do
domu i przyjść znów jutro, wciąż czekają, tyle że już tylko na to aż dostaną
obiecane pieniądze.
I co z tego? Oczywiście nic. Jak na dziś,
tematem publicznej debaty jest to, czy w kolumnie samochodów wiozących ministra
Macierewicza z miejsca na miejsce znajdował się niejaki Misiewicz. A jutro i
tak już sobota i kolejny konkurs skoków. Chyba w Bangladeszu. Nie. Nie w
Bangladeszu. W Willingen. Zresztą i tak wszystko jedno.
Zachęcam do odwiedzania księgarni
pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam.