Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Tarczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Tarczyński. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2019

Gdzie Dominik Tarczyński spędzi tegoroczne wakacje?


       Pomijając właściwie tylko nokaut, jaki spadł na tępe łby kandydatów ugrupowania przedstawiającego się jako Konfederacja, to co zrobiło na mnie w minionych dniach wrażenie największe, to przypadek Dominika Tarczyńskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, przypominam bardzo krótko, że Tarczyński to poseł Prawa i Sprawiedliwości, który jeśli wciąż utrzymuje zaufanie prezesa Kaczyńskiego, to chyba tylko przez to, że płynnie posługuje się językiem angielskim, a jak wiemy, Prezesowi tego typu umiejętność zawsze bardzo imponuje, a którego głównym przedmiotem aktywności jest kręcenie się po Twitterze i rozglądanie się za towarzystwem na najbliższy wieczór. Tarczyński to również człowiek, który w Prawie i Sprawiedliwości pełni funkcję podobną do tej, jaką w Platformie Obywatelskiej pełnił swego czasu Stefan Niesiołowski, z tą tylko różnicą, że Niesiołowski, co by o nim nie mówić, był zdecydowanie bardziej inteligentny oraz dowcipny.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że Dominik Tarczyński dostał się do Parlamentu Europejskiego z najgorszym możliwym wynikiem i to wyłącznie dzięki temu, że awantura między Unią a Wielką Brytanią się bezsensownie przedłuża i Diabeł jeden wie, czy będzie w tym bałaganie miejsce dla niego. Póki co jednak jest tak, że choć on do czasu aż Wielka Brytania nie wystąpi oficjalnie z Unii nie może oficjalnie objąć funkcji posła, to zgodnie z prawem owym posłem do Europejskiego Parlamentu jak najbardziej jest i przysługują mu dokładnie takie same prawa, jak, nie przymierzając, Januszowi Lewandowskiemu, czy jakiemuś innemu gangsterowi.
     Co w związku z tym? Wygląda na to, że nie dość że ten cwaniak został niemal rzutem na taśmę owym posłem, to jeszcze w stosunku do nich wszystkich znalazł się w pozycji wyjątkowo uprzywilejowanej. Z tego co zasugerował podczas ostatniej konferencji prasowej przewodniczący PKW wynika niezbicie, że Dominik Tarczyński, jako pełną gębą poseł do PE, choć wciąż poseł nieaktywny, będzie mógł liczyć na wszystkie należne owym urzędnikom apanaże.
      Co to oznacza? A więc wedle informacji jakie dochodzą do nas już od dłuższego czasu, Dominik Tarczyński, snując się po brukselskich knajpach i zbijając klasyczne bąki, będzie otrzymywał miesięczną pensję w wysokości 6710 euro miesięcznie na rękę, plus 4416 euro na różnego rodzaju wydatki związane z poselską działalnością.  Dodatkowo, będzie otrzymywał niemal 4 tys. euro miesięcznie na wszelkie inne wydatki poniesione w czasie pełnionej kadencji. Tarczyński może naturalnie zatrudnić też sobie asystentów, lub jeszcze lepiej, asystentki i na ten cel otrzyma dodatkowe nawet 24 tys. zł miesięcznie z budżetu Unii Europejskiej. Już nie będziemy wspominać o emeryturze, którą Tarczyńskiemu Europa będzie wypłacała już po roku posłowania po ukończeniu 63 roku życia. Nie 60, ani nawet 65, ale właśnie 63. Bardzo to ciekawe, prawda?
      No ale o tym już wielokrotnie dyskutowaliśmy i w sumie żadna z podanych liczb nie robi na nas najmniejszego wrażenia. Natomiast w sytuacji w jakiej jesteśmy dziś, z Tarczyńskim w dodatku w tle, przychodzi nam się wyjątkowo zupełnie zastanowić nad tym, co to za projekt, z którym mamy do czynienia. I znów, to też nie stanowi dla nas jakiejś szczególnej nowości, niemniej dziś nagle widzimy z całą , że zacytują poetę, jaskrawością, że ta Unia Europejska to najbardziej oczywisty biznesowy przekręt, którego celem jest tylko i aż wyprać możliwie jak najwięcej pieniędzy, z takim skutkiem, że ci, którzy do owego projektu zostaną dopuszczeni, będą mogli już do końca życia leżeć do góry brzuchem, nie próbując nawet dotknąć jakiejkolwiek uczciwej pracy.
      Jak mówię, myśmy to albo wiedzieli, albo czuli podskórnie od samego początku funkcjonowania tego czegoś, jednak przypadek Dominika Tarczyńskiego, przynajmniej dla mnie, stanowi swego rodzaju przełom poznawczy. I teraz, jak się domyślam, ktoś zapyta, że skoro tak, to w takim razie czemu ludzie, wydawałoby się porządni i uczciwi, decydują się brać udział w tym przekręcie. Otóż ja wiem, czemu mnie tam nie ma. Otóż nie ma mnie tam dlatego, że ani nikt mi tej fuchy nie zaproponował, ale też przez to, że ja mam inne sprawy na głowie niż kręcenie się po politycznych salonach i telewizyjnych studiach. Ale też nie ma mnie tam dlatego, że ja bym prawdopodobnie po kilku dniach tej aktywności, albo zwariował, albo zwyczajnie wykitował, a tego akurat nie chcę. Natomiast owszem, mam wielki szacunek dla tych wszystkich polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mieli tę odwagę i determinację, by zrobić coś, co zrobić trzeba, a czego z czysto ludzkiego punktu widzenia zwyczajnie robić nie warto, nawet mimo tych pieniędzy, które tam leżą i czekają, by ktoś je sobie zabrał.
      Naprawdę bowiem nie jest łatwo przyłączyć się do projektu od początku do końca w sposób oczywisty zakłamanego,  nawet jeśli – i to powtórzę raz jeszcze – w pewnym sensie jest to jedyne co można w tej sytuacji zrobić.



Zapraszam do kupowania moich książek. Okładki są wyświetlone tuż obok, wystarczy kliknąć. Bardzo polecam.

niedziela, 28 października 2018

Dominik Tarczyński - kielecka reaktywacja


      Kampania przed wyborami samorządowymi ledwo co przekroczyła półmetek, a poseł Prawa i Sprawiedliwości Dominik Tarczyński, zapragnąwszy zaangażować się w walkę o prezydenturę Kielc dla popieranego przez PiS obecnego prezydenta, całkowicie bezprzytomnie zarzucił kandydatowi Koalicji Obywatelskiej Bogdanowi Wencie, że ten jako funkcjonariusz ZOMO w stanie wojennym pałował walczących o wolność Polaków. Wenta naturalnie Tarczyńskiego pozwał, ten zmuszony został przez sąd do tego by swoje łgarstwa odszczekać, a ja na tym blogu napisałem, że ów wybuch zidiocenia może kosztować PiS utratę, jak się zdaje, bardzo dobrze zarządzanych Kielc.
      Oczywiście, zgodnie z moimi obawami, obecny prezydent Kielc, Wojciech Lubawski, jak słyszę, prezydent dobry i jak dotychczas przez kielczan stosunkowo lubiany, w pierwszej turze z Wentą wyraźnie przegrał, a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że owa porażka jest przede wszystkim reakcją na wybryk Tarczyńskiego. Z moich obserwacji bowiem wynika jednoznacznie, że czy to prezydentów miast, czy burmistrzów, czy sołtysów, nie jest w stanie pozbawić władzy w wyborach nikt i nic, z wyjątkiem śmierci w gangsterskich porachunkach. Lubawski z Wentą przegrał i za samo już to moim zdaniem Prezes powinien Tarczyńskiego wyrzucić z partii na zbitą mordę.
      A przecież to niestety, jak się dowiadujemy, nie koniec aktywności tego durnia. Oto kiedy obaj kandydaci zaczęli się przymierzać do rozstrzygającej rundy, Tarczyński jak gdyby nigdy nic uznał, że bez niego nic się nie dzieje i opublikował w Sieci zdjęcie wyborczego plakatu Wenty, gdzie ten prosi mieszkańców Kielc, by na niego głosowali, tyle, że ów apel był sporządzony w języku niemieckim. Ponieważ ow fejk został srobiony na tyle profesjonalnie, że część internautów uznała Wente za Niemca, spadła na niego taka fala hejtu, że zrobiła się z tego sprawa. W tej sytuacji Tarczyński zdecydował się zareagować i swój wpis usunął, przy tym jednak, z głupim uśmiechem, wyjaśnił, że to co on zrobił, to zaledwie „Mem. Fejk zwykły. Żart”, i żeby mu nie zawracać głowy głupstwami.
       Na Kielcach się nie znam. Byłem tam raz i przyznam, że wróciłem do domu pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Mam też w Kielcach kolegę, który na temat swojego miasta nie wspomniał przy mnie jednym marnym słowem. Pytałem go też o ich prezydenta i tu podobnie nie usłyszałem jakichkolwiek skarg. Dziś wszystko wskazuje na to, że poseł Prawa i Sprawiedlwości załatwił Kielcom rewolucję. W tej sytuacji, wręcz rzutem na taśmę, proszę mojego kumpla z Kielc, by zechciał zaapelować do, wciąż jeszcze prezydenta, Lubawskiego, by ten publicznie i odpowiednio głośno przeprosił Wentę za zachowanie Tarczyńskiego, oświadczył, że darzy Wentę szacunkiem i jest mu przykro z powodu wiochy, którą ten bałwan odstawił, i poprosił mieszkańców Kielc, by ci się nad swoim miastem zlitowali.
      Czarno to widzę, ale kto wie? W końcu, ludzie, dajcie spokój! Po co wam ten Wenta?

Jak zawsze zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Jeśli ktoś ma ochotę na książkę z dedykacją, to proszę o kontakt pos adresem k.osiejuk@gmail.com.

środa, 26 września 2018

Czy artysta estradowy Adam Darski pomoże w nawróceniu swojej suczki Stelli?


        Zaprzyjaźnieni internauci poinformowali mnie, że na Twitterze ukazał się kuriozlny apel. Otóż któryś z patriotycznie uwarunkowanych użytkowników zwrócił się z osobistą prośbą do posła Dominika Tarczyńskiego, by ten zainterweniował w sprawie filmu, jaki na Youtubie zamieścił znany nam artysta estradowy występujący pod pseudonimem Nergal, na którym ów Nergal karmi swojego psa, a przy okazji sam też podjada, ciasteczka w kształcie krzyżyków. Ponieważ informacja wydała mi się bardzo interesująca, obejrzałem ów filmik, przy okazji wysłuchałem wygłoszonego przy okazji  przez Nergala komentarza, jak się zdaje, w języku angielskim, i powiem szczerze, że mnie ów występ nie oburzył. Otóż, jak wiemy, Nergal to zadeklarowany satanista, a zatem bardziej bym się po nim spodziewał, że on swojego psa będzie karmił na przykład swastykami, lub ulepionymi z jajek i mąki herbatniczkami w kształce sierpa młota. Tymczasem, on nie dość że z apetytem wcina krzyżyki, to jeszcze je zachwala, jako bardzo smaczne, zdrowe, pożywne, a nawet ekologiczne.
      Weźmy mnie. Ja sobie nie wyobrażam, bym karmił swojego psa wspomnianymi swastykami, czy choćby ciasteczkami w kształcie kozich łbów. Mowy nie ma. Ja bym przede wszystkim nie chciał robić mu, wykorzystując jego psią ignorancję, tego typu przykrości, no ale też zwyczajnie bałbym się, że on się po zjedzeniu czegoś takiego rzuci na mnie i przegryzie mi gardło. Podobnie też sam bym za nic na świecie nie zjadł czegoś takiego, ze strachu, że nagle coś we mnie wstąpi i oszaleję. No a tu proszę, Nergal opycha swego psa i siebie tymi krzyżykami i cieszy się jak głupi. A ja sobie już tylko myślę, że to będzie figiel jak nagle na dźwięk dzwonów kościelnych jego pies zacznie merdać ogonem, a on sam nagle otworzy oczy i zobaczy, że klęczy przed ołtarzem i płacze rzewnymi łzami.
      No dobra, ale skończmy już z tym bałwankiem i wróćmy do wspomnianego na początku apelu. Czy ktoś może wie, o co chodzi z tym Tarczyńskim? Wszyscy pamiętamy, jak on jeszcze całkiem niedawno interweniował w Stanach Zjednoczonych, by miejscowe władze zwolniły z więzienia i oddały Polsce jakąś bandę satanistów, którzy zostali tam zamknięci pod zarzutem zbiorowego gwałtu. I co? Nagle się okazuje, że on robi za męża zaufania w walce z kimś takim jak Nergal?
      Wygląda na to, że Tarczyńskiemu, ale również tym, którzy traktują go jak zbawcę, przydałoby się wysępić od Nergala po paczuszce tych herbatniczków, a potem je zażywać przez tydzień po trzy razy dziennie.

Dziś na portalu Prawy Górny Róg ukazała się moja trzecia z kolei pogadanka, tym razem o książce o piosenkach i okolicach. Bardzo polecam: https://prawygornyrog.pl/tv/2018/09/krzysztof-osiejuk-toyah-o-ksiazce-rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut/



czwartek, 14 grudnia 2017

Czy poseł Dominik Tarczyński potrafi growlować?

            Jak informują mnie moi inspiratorzy w terenie, lokalne media poinformowały, że sędzia Sądu Najwyższego w mieście Spokane w amerykańskim stanie Washington, Julie McKay, postanowiła wyznaczyć dla siedzących tam za gwałt muzyków polskiego zespołu Decapitated kaucję w wysokości 100 tysięcy dolarów i tym samym nasi utalentowani sataniści, Wacław Kiełtyka, Rafał Piotrowski, oraz Hubert Więcek są już na wolności. Gdyby komuś umknęła cała historia, krótko przypomnę, że Kiełtyka, Piotrowski i Więcek po koncercie, jaki akurat przyszło im grać w owym Spokane, zwabili do swojego autokarku którąś z fanek zespołu i tam ją seksualnie poturbowali. Czy ona ich o to, by ją zechcieli zwabić, bardzo prosiła, a potem postanowiła, że teraz to z kolei ona ich wykorzysta, czy może to była jakieś kompletnie oczadziałe tą czarną muzyką nieszczęście, które chciało tylko sobie z artystami zrobić zdjęcie, a ci zrobili to, co już wcześniej, kompletnie bezkarnie, zdarzało im się dziesiątki, a może i setki razy – tego oczywiście nie wiemy i wiedzieć nie będziemy. Faktem jest, że ona prosto z tego autokaru pobiegła na policję, no i w związku z tym, ci biedacy siedzą tam na tej amerykańskiej prowincji i czekają na to co im zgotuje przyszłość.
      I pewnie nie byłoby się czym ekscytować –  w końcu, jak wiemy, to Rolling Stonesi zostali jako pierwsi ukarani za publiczne oddawanie moczu, a Led Zeppelin nie musieli się wozić cuchnącymi autokarami, tylko do zabawy służył im własny samolot, w dodatku z pięknie wykaligrafowanym podpisem – gdyby nie fragment owej wiadomości, który z naszego punktu widzenia jest naprawdę poruszający. Oto bowiem, jak donoszą wspomniane media, wnioskując o wypuszczenie wspomnianej trójki za kaucją, obrona przedstawiła w sądzie list – i jak dziś twierdzi, to ów list został przez sędzię McKay potraktowany najpoważniej – od znanego nam aż nazbyt dobrze Dominika Tarczyńskiego, w którym ten  pisze co następuje: „Piszę ten list w interesie swoich rodaków, apelując o zwolnienie ich z aresztu za kaucją, tak by do czasu aż ich sprawa się wyjaśni, mogli oni przebywać na wolności. Zapewniam, że wszyscy traktują stawiane im zarzuty bardzo poważnie, a ja osobiście jestem bardzo zainteresowany tym, by byli oni dobrze traktowani i liczę na to, że warunki, w jakich przebywają będą dobre”.
      Jak się okazuje, obok Tarczyńskiego, w obronie naszych rodaków również stanął członek muzycznej grupy o podobnie co Decapitated adekwatnej nazwie Thy Art Is Murder i przedstawił osobiste świadectwo, w którym zeznał, że zgwałcona przez Polaków kobieta jeszcze podczas konceru zachowywała się jak szalona, czym Diabłu ducha winnych artystów sprowokowała.
      Niektórzy z nas pamiętają być może jeszcze przypadek pewnego Tomczaka, który przez sąd w Exeter został skazany na podwójne dożywocie za brutalny gwałt i w konsekwencji zabójstwo miejscowej kobiety. Kiedy brytyjski sąd wydał zgodę na to, by Tomczak odsiadywał wyrok w Polsce, polski sąd natychmiast zmniejszył mu wyrok do 22 lat więzienia, a media uruchomiły bardzo szeroko zakrojoną akcję, mająca na celu doprowadzenie do ułaskawienia Tomczaka, jako osoby rzekomo niewinnie oskarżonej. Zapytano wówczas wtedy jeszcze prezydenta, Lecha Kaczyńskiego, czy  rozważa zastosowanie wobec Tomaczaka prawa łaski. Odpowiedź była prosta: „Gwałcicieli nie ułaskawiam”.
      Od tego czasu minęło wiele lat i w ogóle wiele też się w Polsce zmieniło. Tomczak wprawdzie wciąż siedzi, natomiast prezydent Kaczyński nie żyje, a na politycznej scenie pojawili się ludzie pokroju Dominika Tarczyńskiego. No i jest jeszcze coś. Prawo i Sprawiedlwiość zanotowały sondażowy sukces, jakiego Polska nie zaznała chyba od czasu złotych dni tandemu Miller – Kwasniewski.
       My jednak zachowujemy pełen skromności spokój. Jak to, również wczoraj, w stacji TVP Info, powiedział kolega Tarczyńskiego, poseł  Prawa i Sprawiedliwości, Łukasz Schreiber, „My nie uważamy, że postradalismy wszystkie rozumy”. W tej sytuacji, ja jednak nie mogę się powstrzymać i nie złożyć gratulacji dla wszystkich państwa. Forza Polonia!

(http://www.spokesman.com/stories/2017/dec/12/polish-death-metal-bandmembers-released-from-jail-/)


W gorącym okresie przedświątecznym zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i wybierania kolejnych fantastycznych prezentów.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Czy Dobra Zmiana zna pojęcie wstydu?

      Gdyby ktoś mi jeszcze parę tygodni temu powiedział, że Dominik Tarczyński, prominentny poseł Prawa i Sprawiedliwości, zostanie po raz kolejny bohaterem którejś z tych notek – nie uwierzyłbym. Dlaczego? Dlatego, że dotychczasowe doświadczenia, jakie przyszło mi mieć z tym dziwnym człowiekiem, wydawały się wyczerpywać wszelkie możliwości inspiracji i istniała obawa, że każde kolejne słowo na jego temat doprowadzi do jeszcze większego nieszczęścia, niż samo pojawienie się jego nazwiska.
      W czym rzecz? Otóż można odnieść wrażenie, że cała dotychczasowa publiczna działalność posła Dominika Tarczyńskiego, jeśli nawet w jakimś stopniu powodowana była pragnieniem zwiększenia popularności władzy Prawa i Sprawiedliwości, to  na pierwszym miejscu zawsze stała myśl podstawowa, a którą swego czasu tak pięknie wyraził może Jimmy Page, a może któryś z innych wybitnych artystów rock and rolla: „Postanowiłem założyć zespół, żeby móc sobie dupczyć do woli”.
     Na Dominika Tarczyńskiego, pierwszoligowego posła Prawa i Sprawiedliwości, trafiłem na Twitterze, gdzie ten był od pewnego czasu na tyle aktywny, by w pewnym momencie zacząć wokół siebie tworzyć atmosferę polityka, który chce być bliżej ludzi, i to do tego stopnia nawet, by mieć z nimi kontakt najbardziej bezpośredni. Pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę, było udostępnienie przez Tarczyńskiego swojego prywatnego numeru telefonu, drugą natomiast stało się notoryczne zamieszczanie przez niego anonsów w rodzaju: „Mam podwójny bilet na koncert Sade. Czy ktoś ma ochotę?”, ewentuanie „Czy zna ktoś jakąś dobrą egzotyczną knajpę w Warszawie? Zapraszam na kolację”. Oczywiście ja zdaję sobie sprawę, że już w tym momencie powinienem był się najeżyć i zacząć coś podejrzewać, no ale się nie najeżyłem, natomiast postanowilem przede wszystkim sprawdzic, czy jemu faktycznie zależy, byśmy do niego dzwonili. Zadzwoniłem więc pod podany numer, ku memy zaskoczeniu, Tarczyński, owszem, od razu się zgłosił, coś tam sobie w dosć suchy sposób poopowiadaliśmy, a ja nagle wtedy zrozumiałem, że on z całą pewnością spodziewał się zupełnie innego telefonu. Wszyscy świetnie wiemy, jak to jest gdy chcemy z kimś pogadać i z drugiej strony otrzymujemy bardzo jasny przekaz, że to nie teraz i nie tak. Tak zatem wyglądała ta moja rozmowa z Tarczyńskim – nie teraz i nie tak. On zdecydowanie liczył na coś innego.
     Tymczasem twitterowa akcja pod tytułem „Poseł wychodzi do swoich wyborców” się rozwijała, a Tarczyński w dalszym ciągu prosił, by do niego dzwonić i umawiać się z nim do kina, do teatru, na koncert, czy do restauracji na kolację. Ostatecznie machnąłem na Tarczyńskiego ręką, gdy któregoś dnia na jego Twitterze pojawiła się wiadomość, którą dziś już muszę cytować z pamięci – „Panie Pośle, dziękuję za cudowny wieczór”. Zrozumiałem bowiem wreszcie tak do końca, z czym tu mamy do czynienia.
     Dziś piszę o Tarczyńskim, bo pewną karierę w Sieci zrobiła wiadomość, jaka pojawila się na twitterowym profilu Tarczyńskiego, a mianowicie seria zdjęć jakiejś nimfy w bikini, oraz informacja: „Takich temperatur nie mieliśmy! 42 stopnie! To wspaniały czas i chcemy się z Wami nim podzielić. Moja Aga ’72 w formie”. A my patrzymy na te zdjęcia i zastanawiamy się, czemu on nie napisał bardziej szczegółowo, jak to było z tą Agą i tą jej formą. Zastanawiamy się, bo tego typu dylemat podpowiada nam serce, rozum natomiast nam mówi, że poseł Dominik Tarczynski tak napisać nie mógł, bo choć w sposób jednoznaczny on oszalał, wciąż ma świadomosć, że jeszcze jeden krok, a może stracić wszystko.  A my mamy już tylko nadzieję, że on dobrze kalkuluje i nie okaże się, że on cały ten czas mógł spać spokojnie, bo to już zaszło zbyt daleko, a rząd Dobrej Zmiany ma na głowie sprawy znacznie ważniejsze niż dbanie o tak zwaną reputację.
      Jeśli ktoś ma w tym momencie pytanie, czemu ja znów zajmuje się jakimiś głupstwami, zamiast walczyć za Ojczyznę, odpowiem słowami maleńkiego Coutinho: „It’s not about me, it’s about the team”.
    


poniedziałek, 3 lipca 2017

Jak hartuje się stal, czyli Internet w służbie dobrej zmiany

      Jak być może co uważniejsi czytelnicy tego bloga pamiętają, poseł Prawa i Sprawiedliwości, Dominik Tarczyński, stawał się jego bohaterem dwukrotnie. Do szczegółów wracać nie mam ochoty, wspomnę jednak, że jego tu obecność, zarówno za jednym, jak i za drugim razem, dla nas, wyborców Prawa i Sprawiedliwości, wiązała się z poczuciem, najdelikatniej rzecz ujmując, najgłębszego rozczarowania. Przyznam zupełnie uczciwie, że zwracając uwagę na postępki owego dziwnego człowieka, liczyłem bardzo, że on nam w bardzo krótkim czasie zniknie z oczu i przynajmniej ten jeden problem będziemy mogli uznać za załatwiony. Niestety tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że od tamtego czasu Tarczyński poczuł się znacznie pewniej i dziś jest już na prostej drodze, by stać się jedną z głównych medialnych twarzy Dobrej Zmiany.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, że parę tygodni temu doszło do wydarzenia, które, z jednej strony, potwierdziło nasze najgorsze podejrzenia, gdy chodzi o wspomnianego posła, a z drugiej, napełniło nas smutkiem, którego zapewne, jeśli nic się nie zmieni, nie złagodzą choćby i wieczne rządy Prawa i Sprawiedliwości. Pewnego dnia mianowicie na youtubie ukazał się filmik przedstawiający wywiad, jakiego Tarczyński rzekomo udzielił stacji BBC World, i gdzie, jak zapowiada już sam jego tytuł, ten sam Tarczyński, przedstawiając polskie stanowisko na tak zwany „problem uchodźców”, dziennikarkę BBC dosłownie „miażdży”. Proszę rzucić okiem:



       Powiem uczciwie, że po wysłuchaniu tej rozmowy, moja pierwsza myśl była taka, że ten cały Tarczyński, co by o nim nie mówić, przede wszystkim zna język, no a co więcej, potrafi z języka korzystać, w czym się odróżnia choćby od takiego Janusza Korwina-Mikke. A to jest już coś. Po chwili jednak zaczęły mnie ogarniać pewne bardzo poważne wątpliwości, które się dodatkowo nasiliły po rozmowie z moim synem. Otóż dziecko moje zwróciło mi uwagę na fakt, który ja jak najbardziej przegapiłem, ten mianowicie, że owa dziennikarka, gdy chodzi o język obowiązujący w BBC zdecydowanie się nie mieści w znanym nam standardzie. Po paru dniach dodatkowo syn mój poinformował mnie, że poza tym jednym filmem na youtubie, swoją drogą wrzuconym przez kogoś podpisującego się nickiem „Masakracja”, żadnego śladu po owym wywiadzie dla BBC nie ma. Owszem, liczni prawicowo zorientowani internauci z całej Europy wrzucają ów „wywiad” do sieci, próbując w ten sposób dołożyć kolejny argument do swojej walki o bezpieczną i w miarę cywilizowaną Europę, jednak za każdym razem jedyny adres prowadzi nas do wspomnianej „Masakracji”. O żadnym BBC mowy nie ma.
      Ktoś tak naiwny jak ja powie pewnie, że my tu chyba nie chcemy sugerować, że wspomnianego wywiadu nigdy nie było, że to wszystko zostało zaaranżowane i wyprodukowane przez Tarczyńskiego i jakichś wynajętych przez niego mądrali. Są w końcu granice bezczelności, czy, jak to ładnie określają nasi starsi bracia w wierze, hucpy. Otóż wygląda na to, że jest gorzej niż mogliśmy podejrzewać. Wygląda na to, że owe granice nawet jeśli istnieją, to są one systematycznie przesuwane, a to czego w tych dniach dokonał poseł Prawa i Sprawiedliwości, Dominik Tarczyński, bije wszystko na głowę. Wygląda na to, a moje podejrzenia potwierdzają pojawiające się w sieci kolejne – zupełnie niezależnie od naszych – wątpliwości co do autentyczności owego „wywiadu”, a przede wszystkim być może reakcja na nie samego Tarczyńskiego, który konsekwentnie każde kolejne pytanie w tej sprawie obraca w żart, że całość została od początku do końca zaaranżowana przez niego samego. To on bowiem, jak wszystko na to wskazuje, ową„rozmowę”, wymyślił, on zlecił jej nakręcenie, on ją kazał wrzucić do Sieci jako „wywiad dla BBC”, on dziś wreszcie idzie na tyle daleko, by udzielić w tej sprawie specjalnego wywiadu Radiu Maryja, gdzie przed niczego nie spodziewającym się księdzem chwali się swoim rzekomym międzynarodowym sucesem.
     Oczywiście, muszę się tu zastrzec, że mimo iż mam wszelkie powody do podejrzliwości, tak naprawdę wciąż zaledwie dmucham na zimne i biorę pod uwagę taką ewentualność, że może się w końcu zdarzyć, że sam Dominik Tarczyński ujawni przynajmniej nazwisko owej dziennikarki BBC, której podobno udzielił wywiadu. Póki co jednak ostrzegam: jest duża szansa, że stoimy wobec praktyk, które przy szczególnie niekorzystnych wiatrach mogą nas zaprowadzić w rejony, od których najprostszą drogą ucieczki będzie ta prosto w ramiona… nie mówię, że Platformy Obywatelskiej, bo jak widzimy, jest już raczej po nich – ale zwykłej nicości. A to by oznaczało, że znaleźliśmy się w tak zwanej „czarnej dupie”.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl kupujemy moje książki. Polecam jak najbardziej uczciwie i szczerze.


     

środa, 15 czerwca 2016

Dominik Tarczyński, nasz człowiek w Sieci (felieton doraźny)

Jest mi bardzo niezręcznie zajmować się tu jednym z posłów na Sejm, a tym bardziej kimś takim jak Dominik Tarczyński, ponieważ jednak nastąpiła ostatnio pewna szczególna seria zdarzeń, którą nasz kumpel Coryllus postanowił podsumować, zmuszony jestem, jako jeden z jej bohaterów, krótko się odnieść.
Na Tarczyńskiego po raz pierwszy zwróciłem uwagę na Twitterze, kiedy syn mój mi doniósł, że ów Tarczyński zaczął go obserwować. A było tak, że Tarczyński wrzucił jakąś piosenkę, syn mój odpowiedział piosenką naszego ulubionego zespołu Portishead, no i Tarczyński zaczął moje dziecko followować. Po raz kolejny zwróciłem uwagę na Tarczyńskiego, kiedy on zaczął followować mnie. No a dalej poszło z górki, bo w ten sposób miałem już go na co dzień. To co mnie zaciekawiło w Tarczyńskim, to akurat nie jakieś szczególny poziom jego komentarzy, czy wyjątkowa inteligencja, czy dowcip, ale sam fakt, że on tam wciąż jest i to jest na podobnej zasadzie, jak prezydent Duda, czyli w samym środku tego internetowego kotła.
Proszę mnie dobrze rozumieć. Jak wiemy, osoby publiczne, a więc politycy, dziennikarze, czy artyści w takich miejscach jak Facebook, Twitter, czy choćby blogi, z zasady nie schodzą poniżej swojego towarzystwa. A zatem, jeśli ktoś taki jak Joachim Brudziński, czy Rafał Ziemkiewicz, czy Zbigniew Hołdys podejmują z kimkolwiek rozmowę, to wyłącznie ze sobą. Przypadki, kiedy ktoś za tamtej strony zareaguje na słowa kogoś spoza tej paczki, można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli ja od czasu do czasu gadam z marszałkiem Kuchcińskim, lub byłą minister Kluzik, to wyłącznie dlatego, ze jesteśmy dobrymi znajomymi, a nie dlatego, że oni są tacy otwarci.
I w tym wszystkim nagle pojawia się najpierw Andrzej Duda, a następnie nasz bohater, Dominik Tarczyński i zaczynają z nami porozmawiać. Nie żeby jakoś szczególnie mądrze, czy interesująco, a już na pewno od serca, no ale rozmawiają. Ja wcześniej tego Tarczyńskiego, jak już wspomniałem, nie znałem, no ale kiedy zobaczyłem, jak on się to tu to tam udziela, pomyślałem sobie, że on jest naprawdę cwany, skoro jako nieomalże jedyny z tego towarzystwa zorientował się, że jeśli chce zrobić karierę, to najtaniej będzie, jeśli pójdzie za przykładem Prezydenta. A kiedy zobaczyłem, jak on się nagle zaczyna pojawiać w mediach, nie miałem wątpliwości, że jemu jednak pewnego rodzaju uznanie się należy.
Pewnego dnia wszedłem z nim w jakąś rozmowę o muzyce i to mnie doprowadziło do tego, że pomyślałem, że mu podaruję swoją książkę o podwójnym nokaucie. Zapytałem go oczywiście, czy w ogóle ją chce, on powiedział, że jak najbardziej, podał mi swój prywatny adres, a ja mu ją zadedykowałem, wysłałem, a wczoraj otrzymałem z powrotem. Resztę już właściwie dokładnie opisał Coryllus.
Od razu chciałbym wszystkich zapewnić, że to, że Tarczyński mnie wystawił do wiatru wpisuję w koszta i o sprawie zapominam. Oczywiście jest mi trochę wstyd, że się dałem nabrać na tę jego gadkę, ale też bez przesady. Mam 60 lat i powodów do wstydu nazbierało mi się przez całe życie znacznie więcej i znacznie poważniejszych, by wspomnieć choćby Wałęsę. To co mnie tu ciekawi, to to, że ów Tarczyński okazuje się nagle jeszcze większym durniem, niż jego koledzy posłowie. I znów nie dlatego, że nie docenił mojego gestu, ale dlatego, że się tak bardzo zaangażował w to, żeby zdobyć sobie popularność w Sieci, jak sam Prezydent, i wszystko przez zwykłą gnuśność stracił. Coryllus twierdzi, że on nie mógł odebrać tej książki i napisać mi, że jest fajna, bo w ten sposób by mnie uwiarygodnił, a oni na to nie mogą sobie pozwolić. Otóż nie zgadzam się. Z punktu widzenia kariery, którą Tarczyński chce robić w Sieci, a przez to i w polskiej polityce, to by mu tylko dodało punktów. Choćby zaledwie dwóch, czy trzech, ale jednak. Dzisiejsze teksty Coryllusa i mój wyłącznie mu zaszkodzą. I jak mówię, on do tego doprowadził z czystej gnuśności. Po prostu mu się nie chciało.
No ale jest coś jeszcze, co gdyby miało się okazać prawdą, całe to moje gadanie o bezdurnocie Tarczyńskiego nie będzie miało sensu. Otóż z tego, co zauważyłem, gdy chodzi o jego twitterową aktywność, biorę mocno pod uwagę, że Tarczyńskiemu nie tyle może chodzić o politykę, co o tak zwaną „dupę”, a to by potwierdzało starą zasadę, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze… ewentualnie o wspomniane „dupy”. No ale o tym akurat od lat pisze Coryllus, więc ja mu się nie będę wcinał.
Jutro kolejny list od Zyty Gilowskiej.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...