Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Osiejuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Osiejuk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2015

Van Morrison - człowiek z zastawioną duszą

Ponieważ, jak zawsze, kazali nam się zamknąć, nie pozostaje nic innego, ja sobie posłuchać piosenek. Ale zanim się zasłuchamy, proponuję jeden z rozdziałów swojej książki o muzyce. Van Morrison. Tylko i aż.


Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Gdy chodzi o samą książkę, ona nosi bardzo, jak się okazuje, mylący tytuł „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i jest do nabycia za jedyne 25 złotych tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Polecam.
A teraz już tylko słuchamy.


środa, 21 maja 2014

Warszawskie Targi Książki, czyli do Stolicy po sól

Jak już to miał okazję zapowiadać Gabriel, od jutra do niedzieli w Warszawie na Stadionie Narodowym odbywają się kolejne targi książki. Będzie też tam i nasze stoisko pod tradycyjna nazwą „Coryllus”, a na nim wszystkie plus zupełnie najnowsze książki Gabriela, wszystkie – w tym ta najnowsza o listonoszu – moje, i wiele jeszcze książek innych autorów. Ostatecznie postanowiłem, że pojadę do Warszawy, jednak tylko na jeden dzień, mianowicie jutrzejszy czwartek. W piątek, sobotę i niedzielę sprawdzamy rozszerzone matury i muszę być na miejscu. Wszystkich, którzy chcieliby kupić moje książki i otrzymać dedykację, zapraszam więc jutro. Będę tam od 10 do 18, a więc przez cały boży dzień.
Jak można było się już dowiedzieć od Gabriela, uruchomił on właśnie nową serię wydawniczą pod tytułem „Małe książki o wielkich sprawach”, a jako pierwszą z nich fantastyczne refleksje historyczne, w pięknej twardej oprawie, zatytułowane „Irlandzki Majdan”. Otóż chciałem poinformować, że sam aktualnie pracuje nad długim tekstem, który powinien się znaleźć w kolejnej części serii, a poświęcony jest soli. Soli tym razem w Indiach i temu, jak przy pomocy tej skromnej soli, Brytyjskie Imperium było w stanie trzymać za twarz jeden wielki naród przez całe wieki. I więcej na razie ani słowa. W związku z tym jednak, że muszę się trochę bardziej poświęcić pracy nad tym tekstem, dziś jeszcze nie uda mi się napisać kolejnego. Wszystkich, którzy na niego czekają, bardzo przepraszam i mimo wszystko proszę o mnie nie zapominać.

Jednocześnie, jak zawsze ostatnio, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga. Zdarzyło się ostatnio klika nieprzewidzianych zupełnie finansowych nieszczęść, które nas załatwiły na dobre, i w tej chwili cały wysiłek kieruję na to, by się do końca miesiąca chocby częściowo pozbierać. Numer konta jest tuż obok,. Jesli ktoś jest w stanie nam pomóc, bardzo będę zobowiązany.

poniedziałek, 24 marca 2014

Jak się nie bać angielskiego listonosza, raz jeszcze

Zapowiadałem wprawdzie, że już nie będę nic pisał na temat książki o angielskim listonoszu, licząc na to, że to co napisałem dotychczas, wystarczy na tyle, by każdy zainteresowany resztę mógł sobie sprawdzić już indywidualnie. Jednak dziś z samego rana nasz kolega Gabriel Maciejewski poszedł na rozmowę do Radia Wnet, i zapytany w pewnym momencie o owego „listonosza”, niezależnie od komplementów, który sprawiły mi naturalną satysfakcję, powiedział, że książka ta opisuje problemy, z jakimi zmaga się w Polsce nauczyciel angielskiego i pokazuje, że język to jest coś, czego się nie trzeba bać, jednak z uwagi na ogólny temat owej rozmowy, tematu bardziej już nie rozwinął. A z mojego punktu widzenia, sprawa wymaga bezwzględnego wyjaśnienia, przynajmniej co do tego, o jakich problemach mówimy, jakim nauczycielu i czego dokładnie nie należy się bać i dlaczego.
Otóż pomysł na książkę, o której rozmawiamy oparty był na trzech podstawach. Przede wszystkim, tak jak każda z czterech poprzednich, ona ma przede wszystkim bawić i wzruszać. Czytamy książki, oglądamy filmy, słuchamy muzyki przede wszystkim po to, by się rozerwać i wzruszyć. Jeśli nie będzie nic ponad to, damy radę. Bez tej rozrywki natomiast i już bez tego wzruszenia, nie ma się w ogóle co napinać, i z jednej i z drugiej strony.
Ponieważ jednak moje plany jako autora zakreślone zawsze były znacznie szerszej, zależało mi również, by ta książka – podobnie jak wszystkie wcześniejsze – dostarczyła czytelnikowi refleksji, jakich on w przestrzeni, która go otacza na co dzień nie znajdzie. I tu dochodzimy do punktu, o którym Gabriel w Radio Wnet niestety tylko wspomniał. Książka o tym, żeby się nie bać angielskiego listonosza, ma za zadanie każdego kto już ją przeczyta zostawić bogatszego o pewne ważne przemyślenia.
No i wreszcie – i tu mamy do czynienia z wymiarem zupełnie nowym – ona ma spełniać funkcje czysto praktyczną, a więc zwyczajnie i po prostu uczyć. Ponieważ jednak ten wymiar został już tu wielokrotnie i wystarczająco jasno opisany, o nim ani słowa więcej. Chciałbym natomiast szerzej opowiedzieć o wszystkich tych wspomnianych wcześniej pułapkach i sposobach ich uniknięcia. Otóż chodzi o to, że organizacja całego systemu nauczania języka angielskiego – na innych się nie znam – w Polsce i na świecie jest dziś oparta na jednym podstawowym założeniu: ucznia należy przywiązać do szkoły językowej, lub do korepetytora na możliwie najdłuższy czas, a najlepszym sposobem osiągnięcia tego celu jest zorganizowanie nauki w taki sposób, by on z jednej strony nigdy się tego języka nie nauczył, a z drugiej nie porzucił choć na moment przekonania, że ów brak wyników to wyłącznie jego wina i tego że się albo za mało, albo za krótko stara. Cel ów realizowany jest wspólnie na wszystkich zaangażowanych w cały proces frontach i w pewnym sensie przypomina klasyczną pętlę, która polega na tym, że nauczyciele, którzy jako ostatnie ogniwo owej pętli realizują dziś ów plan, są wykształceni przez system, którzy następnie sami tworzą. I to by właściwie zamykało całą sprawę, gdyby nie należało się nam wyjaśnienie, o jak dokładnie zbudowanym systemie mówimy. Otóż jest to system złożony ze szkół językowych i wydawnictw, których jedynym sensem bytu jest nieustanne stwarzanie i mnożenie potrzeb, i to zarówno skierowanych do wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wszyscy ci, którzy już ów system finansują, są przy użyciu wszelkich, choćby najbardziej nieuczciwych zabiegów, zachęcani do tego, by z owego finansowania nie rezygnować, a ci co wciąż jeszcze pozostają na zewnątrz, przez zastosowanie równie perfidnych metod – a systematyczne obniżanie poziomu szkolnictwa publicznego jest tylko jedną z nich – zmuszani do tego by się przyłączyć.
Jak to wygląda w praktyce? Otóż bardzo prosto. Do obsługi ucznia wyznacza się nauczyciela kiepskiego, ale za to młodego i sympatycznego, najlepiej jeśli jest to ładna i wesoła dziewczyna, lub jakiś długowłosy, lekko zdziwaczały chłopak, który ze wszystkimi natychmiast przechodzi na ty, wyposaża ich w jeden z setek obecnie funkcjonujących na rynku podręcznik, których zadaniem nie jest skuteczne uczenie, lecz wyłącznie robienie dobrego wrażenia, a dalej już się tylko pilnuje, by z każdym kolejnym rokiem sprzedać uczniowi kolejny, najlepiej jeśli wręczony przez nowego nauczyciela – równie ładnego czy ekstrawaganckiego, jak ten poprzedni, tyle że już nie tak zużytego.
I to jest właśnie system, który chciałem, i mam nadzieję, że bardzo dokładnie opisałem w książce o angielskim listonoszu, który wcale nie jest tak bardzo straszny. A żeby dowieść, jak to właśnie nie trzeba się go bać, znalazło się tam też kilka ściśle technicznie zorientowanych rozdziałów, które pokazują jakie to wszystko jest proste, jeśli tylko się skupimy na nauce, a nie na naiwnym i bezwolnym finansowaniu kolejnego biznesu.
I taka to jest ta książka, gdyby ktoś z nas jeszcze potrzebował się o to dopytywać. To jest coś co wynika prosto z zasady wyrażanej przy pomocy hasła przez wszystkie te lata tak już na wszystkie strony poobracanego, że dziś już nie przyjmowanego inaczej jak tylko z ironicznym przymrużeniem oka. Bardzo głupio i niesłusznie, bo cóż jest zasługującego na ironię w idei, że sztuka ma wzruszać, uczyć i wychowywać. Czyż nie?

A zatem, zachęcam serdecznie do kupowania książki o angielskim listonoszu, do nabycia na stronie www.coryllus.pl i wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 29 października 2013

Niech żyje intuicja, czyli jak się nie dać zbałamucić


Umarł piosenkarz Lou Reed, a ja, widząc, jak wokół tego odejścia robi się atmosfera wręcz nie do zniesienia fałszu, pomyślałem sobie, że właściwie szkoda, że ani jemu, ani zespołowi Velvet Underground w mojej książce o rock and rollu nie poświęciłem ani jednego słowa, bo tu by się naprawdę przydało parę słów prawdy, no i w Salonie24 zamieściłem specjalny na tę okoliczność tekst. Jednocześnie jednak, uznając za stosowne wyjaśnić, jak to się stało, że owa, co by nie powiedzieć, ikona rock and rolla nie trafiła do książki, jak by nie było, o rock and rollu, napisałem, że ja zwyczajnie o Reedzie i całej reszcie tej warholowskiej zbieraniny zapomniałem. Na to przyszedł nieznany mi komentator i napisał, że skoro ja traktuję zespół Velvet Underground z pogardą, nie zasługuję nawet na splunięcie i oddalił się z godnością.
A ja uważam, że to jest fantastyczny wręcz argument za tym, żeby moja książka w ogóle powstała. Dlaczego? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ona w – mam wielką nadzieję – bardzo bezpośredni i stanowczy sposób pokazuje, jak bardzo szkodliwe jest uleganie propagandzie. Propagandzie każdej i jakiejkolwiek. Cały plan, jaki stał na początku powstania wspomnianej książki opierał się właśnie na tym, by zwrócić uwagę tym z nas, którzy mają wciąż jeszcze szczere intencje i są wciąż jeszcze otwarci na argumenty, że nic nie jest tak ważne, jak nasza wrażliwość i intuicja, i że powinniśmy zarówno jedno jak i drugie szanować i chronić. Przynajmniej wtedy, gdy utrzymujemy, że muzyka jest dla nas czymś bardzo ważnym. Przynajmniej wtedy.
Zespół Velvet Underground od samego początku stanowił zaledwie artystyczny projekt Andy’ego Warhola, i, choć wiem, że wśród nas są tacy, co uważają, że sztuka tego akurat artysty to syf i oszustwo, osobiście twierdzę, że to co on robił jako malarz i grafik, bez porównania przewyższało wszystko, co kiedykolwiek za jego inspiracją zrobił Lou Reed, John Cale i cała ta reszta narkomanów. Velvet Underground to cztery płyty, dwie piosenki i Nico, która akurat była tak od nich inna i tak bardziej od każdego z nich samodzielna i utalentowana, że możemy ją traktować, jako wartość osobną. Gdyby nie Nico, tam nawet nie byłoby o czym gadać.
A mimo to, zespół Velvet Underground to w pewnych środowiskach przedmiot kultu, a Lou Reed to ktoś niemal pretendujący do roli głównego czarodzieja. Cztery płyty, wydane jeszcze w latach 60-tych, dwie piosenki, cała kupa bardziej lub mniej prawdziwych historii o tym, jak to oni wszyscy po kolei umierali od czy to narkotyków, czy jakichś paskudnych chorób związanych w ogóle z uprawianym przez nich stylem życia na pograniczu perwersji i zbrodni, i oto dziś umiera Lou Reed – człowiek, który jedyne co osiągnął na poziomie artystycznym, to ów mit kogoś szczególnego i wyjątkowego, z którym każdy się bardzo liczy, jednak zapytany o konkrety, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego sensownego zdania. A kiedy ja piszę, że tam naprawdę nie było nic poza tą warholowska propagandą, zaczynają w moją stronę lecieć pomidory. No bo przecież każdy wie, że Velvet Underground to historia.
W tej tak zwanej „książce o zespołach” wprawdzie Lou Reeda nie ma, ale jest wystarczająco dużo przykładów tego samego typu legend, które przez lata powstały, i jakimś, nie wiadomo jakim, cudem zdołały przekonać wielu do tego, że za nimi stoi jakaś prawda. Jest tam więc rozdział o zespole Metallica, o Guns’N’Roses, o Amy Winehouse, Franku Zappie, i o wielu innych fastfoodowych artystach, w tym nawet o zupełnie najświeższym oszustwie o skali wręcz nieopisanej, a mianowicie niejakim Rodriguezie. Ale też chciałem tam opowiedzieć o tych artystach, którzy odnieśli autentyczny, niewyobrażalny wręcz, a przy tym jak najbardziej zasłużony sukces, a których, właśnie w wyniku głupiej propagandy, owa podobno bardziej inteligentna część opinii publicznej uważa za swój święty obowiązek wyszydzać. Jest więc tu i Justin Bieber, i Kylie Minogue, Miley Cyrus, a nawet Lady Gaga – artyści którym zarówno Lou Reed, jak i jakiś Zappa mogą zwyczajnie, jak to się pięknie mówi, „nagwizdać”.
Nie ma tego w książce, bo sprawa jest bardzo świeża, ale niedawno mieliśmy do czynienia z fantastyczną wręcz demonstracją tego, jak tak naprawdę wyglądają te relacje. Miley Cyrus nagrała nową płytę i postanowiła, że będzie ja promować mocno erotycznie zorientowanymi klipami. Na to odezwała się Sinead O’Connor, skądinąd kiedyś świetna, a dziś skutecznie upadła, piosenkarka i wysłała do Cyrus list, w którym ją upomniała, że to co ona robi jest złe i nieprzyzwoite. Na to Cyrus ją naturalnie zwyczajnie spuściła i tym samym, z wyżyn swojego artystycznego autorytetu, sprawę zamknęła. I tak to właśnie wygląda. Możemy sobie myśleć, co nam przyjdzie do głowy, prawdziwych proporcji jednak nie ukryjemy. A proporcje są takie, że to Miley Cyrus jest gwiazdą i to gwiazdą autentycznie niekwestionowaną – podobnie zresztą jak Justin Bieber, czy ostatnio nawet zespół o nazwie One Direction – i choć nikt nie każe nam ani ich lubić, ani choćby tylko słuchać, pamiętajmy, że nie ma nic gorszego, jak się zagubić we własnych, przez nas samych zresztą zaakceptowanych, mitach.
Tak sobie myślałem o tym wszystkim, kiedy nagle na blogu mojego kolegi Coryllusa pojawił się najpierw temat człowieka nazwiskiem Piesiewicz, a potem od razu za nim przyszedł reżyser Zanussi. Kim jest Zanussi, wiemy wszyscy. To jest człowiek, który nakręcił całą kupę filmów, z których zaledwie dwa, czyli „Życie rodzinne” i „Barwy ochronne” są filmami dobrymi – i to jakimś cudem, bardzo dobrymi – w dodatku człowiek, którego publiczne zachowanie przez ostatnie lata dyskwalifikuje go jako partnera nawet nie do rozmowy, ale do przebywania z nim we wspólnym pomieszczeniu. I oto okazuje się, że ta czarna legenda – inna sprawa, że ciągnąca się za nim jak najbardziej słusznie – skaziła nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie ocenić czegoś, co tak naprawdę jest dziecinnie proste i oczywiste. Dlaczego? To jasne. Bo my wiemy to, to i tamto, a skoro już wiemy to, to i tamto, to wiemy też jeszcze coś innego, i nie ma takiej ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by nas nagle postawiła na nogi i nam wytłumaczyła, że daliśmy się zagadać własnemu lenistwu.
Daję słowo, że ciekawa bardzo jest ta moja książka o rock and rollu – rock and rollu rozumianym nawet nie jako muzyczny gatunek, ale jako coś, co stanowi szczególny rodzaj prawdy o nas i o naszym życiu. Bardzo bym chciał, żeby każdy z nas, którzy będziemy mieli okazję ją przeczytać, a już zwłaszcza ci z nas, którzy uważają, że potrafią zrozumieć jej cel i sens, potrafili się też przyjrzeć samym sobie, i zastanowić, czy przypadkiem to co tam stoi jak byk, nie jest te skierowane też do nich.

Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach przyszli tu ze szczodrą pomocą, i proszę o nas pamiętać. To wszystko są naczynia połączone. Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę naszej księgarni coryllus.pl


piątek, 7 października 2011

O ludziach z pistoletami i o u Bogu, który kule nosi

Zbliżają się wybory, i, zdaniem wielu, mają one w sobie coś szczególnego. Bardziej szczególnego, niż jakiekolwiek wcześniejsze. Czy tak jest rzeczywiście? Owszem. Te wybory są wyjątkowe w sposób absolutnie jednoznaczny. Też tak to czuję i też tę prawdę staram się głosić. Są one jednak moim zdaniem wyjątkowe nie dlatego, że ich wynik wpłynie na przyszłość Polski bardziej, niż wynik wyborów poprzednich. Nie są one też takie bardzo niezwykłe, że to one właśnie zdecydują o przyszłym układzie sił w Polsce. Zawsze tak bowiem było, że, ile razy szliśmy głosować i ile razy to nasze głosowanie było dla nas tak bardzo ważne, zawsze chodziło o to samo. By zmienić Polskę i by zniszczyć zło, które od tylu lat ją dręczy.
A mimo to, faktem jest, że dziś stoimy przed sytuacją jedyną w swoim rodzaju. A to co sprawiło, że ta sytuacja jest tak bardzo jedyna, to 10 kwietnia 2010 roku. Owa niezapomniana sobota. Ów niezapomniany ranek, który – nie oszukujmy się – wypełnił naszą polską historię wydarzeniem na miarę dziejów. Bo to, co się stało 10 kwietnia minionego roku, to nie była jakaś tam katastrofa. To nawet nie był jakiś tam zamach. To nawet nie buło jakieś tam morderstwo. To było i wciąż jest wydarzenie historyczne na skalę epoki. I wiem, że przyjdzie taki czas, że ono zostanie w ten sposób potraktowane z wszelkimi honorami.
Zeszłoroczne wybory prezydenckie mogły się stać bardzo spektakularną demonstracją tego przekonania. Mogły, ale się nie stały. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Istnieje opinia taka, że, owszem, Naród dokonał wyboru i ogłosił swoją suwerenność, jednak ponieważ System wciąż jeszcze miał na tyle siły, żeby się przed tą demonstracją obronić – to się obronił. Jednak pamięć 10 kwietnia jest wieczna i to właśnie ze względu na nią, najbliższa niedziela jest taka ważna. To właśnie ta niedziela przyniesie nam kolejną próbę i da nam kolejną szansę ogłoszenia niepodległości, i nawet jeśli i tym razem, okaże się, że siły Ciemności wciąż mają nad nami przewagę, będą próby następne i kolejne szanse. Aż w końcu nastąpi zwycięstwo.
Żeby zrozumieć sytuację w jakiej się znaleźliśmy, należy zrozumieć to, co się stało w tamtą sobotę. Jak mówię, to nie był wypadek, to nie było też zwykłe morderstwo. To było piekło na ziemi. I to też nie piekło, które spadło na nas tak nagle, tak niespodziewanie, tak przez przypadek. To było piekło, które nam zgotował System i które System przygotowywał od dawna. Pisałem już o tym jakiś czas temu na swoim blogu, ale w sposób tak – przyznaję – dyskretny, że fakt kompletnego braku reakcji na ten krzyk chociaż mnie zmartwił, to nie zaskoczył. Mijają jednak dni, a ja wciąż nie mogę się doprowadzić do porządku nad tym, co się stało 10 kwietnia. Oczywiście, bardzo chętnie przyznaję, że z każdym mijającym dniem, nabieram coraz większego przekonania, że moje wcześniejsze podejrzenia co do tego, że to nieszczęście miało swój sens, były jak najbardziej słuszne, i że to zwycięstwo – a przecież to właśnie o to zwycięstwo od początku najbardziej chodziło – jest już właściwie w zasięgu ręki. Mimo to jednak, wciąż ta smoleńska mgła mnie dręczy, nie pozwala ani żyć, ani spać, ani się zwyczajnie wyprostować i zaczerpnąć nowego jesiennego powietrza.
Oto fragment wywiadu, jakiego jeszcze jakiś czas przed katastrofą, kiedy wszystko wydawało się zupełnie inne, niż w rzeczywistości było, udzieliła „Rzeczpospolitej” swego czasu Zyta Gilowska. Proszę posłuchać:

„ – Wracając do tych tajemnic polskiej polityki. Nie jest dla pani tajemnicza rezygnacja Tuska z kandydowania na prezydenta?
– Trochę tak. Można to tłumaczyć obawami przed przegraną, ale to mnie nie przekonuje. Można tłumaczyć zamiarem utrzymania władzy premiera – też mnie nie przekonuje.
– Dlaczego to panią nie przekonuje?
– Przede wszystkim dlatego, że Donald Tusk przez minione cztery lata zachowywał się jak osoba, która otwarcie i bardzo konsekwentnie zmierza do prezydentury. Taka wolta, na dokładkę niezbyt serio objaśniana tymi żyrandolami, ma skrywany komponent, jakąś tajemnicę.
– Może więc to jakiś kaprys Donalda Tuska?
– Nie. Tego typu kaprysy mają tylko bardzo młode dziewczyny na pograniczu gimnazjum i liceum.
– Czyli na gruncie wiedzy istniejącej w domenie publicznej nie sposób tej rezygnacji wytłumaczyć?
– Tak. I odpowiadając wprost na pani pytanie: moim zdaniem jest w tym jakaś tajemnica.
– Tym, którzy przyczyny analizują, brakuje więc może jakiegoś elementu tej układanki, jakiejś wiedzy?
– Sądzę, że tak właśnie jest.
– A to kiedyś się wyda?
– Generalnie żywię takie XIX-wieczne i chyba naiwne przekonanie, że kiedyś wszystko się wyda. Myślę więc, że wyda się i to”.
Kiedy dziś czytam te słowa, oczywiście świetnie pamiętam moje oryginalne poruszenie, kiedy je czytałem po raz pierwszy. To przecież nie jest tak bardzo codzienna sprawa, gdy ktoś, kto niewątpliwie jest zorientowany i wie znacznie więcej, niż ktokolwiek z nas może sobie wymarzyć, mówi takie rzeczy. Wydawałoby się, że kwestia rezygnacji Donalda Tuska, jakkolwiek dziwna i ekscentryczna, miała jakieś swoje wytłumaczenie, i nawet jeśli nasze podejrzenia nie są słuszne, to z pewnością ktoś inny jest w stanie przedstawić odpowiednią ocenę i wszystko się jakoś ułoży. I na to wszystko przychodzi Zyta Gilowska i twierdzi, że za tym się kryje tajemnica, co do której można mieć tylko nadzieję, że się kiedyś wyjaśni. Że wszelkie próby racjonalnego wytłumaczenia faktu, ze Donald Tusk nagle przestał marzyć o prezydenturze, spełzły na niczym i stoimy już tylko wobec zagadki, i to zagadki jak na razie nie do rozwiązania.
I to jest właśnie to, co mnie od 10 kwietnia 2010 roku dręczy. Ów bardzo silny niepokój – niepokój wręcz fizyczny – że ta szczególna tajemnica, którą wtedy, w swej bezradności, przedstawiła Zyta Gilowska, się nagle przejaśniła. I to, że wcale nie trzeba było na tę chwilę czekać długo. Bo zaledwie do 10 kwietnia. Do 10 kwietnia, kiedy to dowiedzieliśmy się, że samolot wiozący na uroczystości katyńskie naszego prezydenta, rozbił tuż przed lądowaniem, i że Prezydent nie żyje. A chwilę potem, dotarła do nas informacja, że tak się szczęśliwie złożyło, że na pokładzie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Który też miał tam podobno być, ale ostatecznie go zabrakło. I wtedy zrozumiałem. Bo mama i obowiązki. I to co zrozumiałem, dręczy minie do dziś, z każdym dniem coraz bardziej.
Jak mówię, wspominałem już o tym jeszcze w ubiegłym roku, ale ten przekaz gdzieś się zagubił. A więc dziś powiem to bardzo dobitnie. Mam bardzo mocne podejrzenie, że jakiś czas przed tym, jak Donald Tusk ogłosił rezygnację z ubiegania się o fotel prezydenta, przyszedł do niego ktoś – ktoś, kogo ja oczywiście ani nie znam, ani znać nie chcę – i poinformował go, że musi pozostać premierem. Że ma zapomnieć o prezydenturze, bo sytuacja jest taka, że jego udział w tym wyścigu jest niepotrzebny. Że on będzie pilnował spraw na poziomie rządu i partii, natomiast całą resztą już zajmą się ci, co wiedzą więcej. A jeśli ma jakieś obawy, to może być spokojny. Kwestia przyszłej prezydentury zostanie odpowiednio załatwiona. I to bez względu na to, czy kandydatem będzie Komorowski, Sikorski, czy nawet – jeśli komuś to pasuje – jakiś przedstawiciel świata kultury. Bo konkurencji się nie planuje.
Widzę te scenę. Jak Donald Tusk dowiaduje się, że jeszcze nie dziś. Że może nawet nigdy. Ale że nic nie może zrobić, bo ci którzy go wymyślili i dają mu żyć, mają wobec niego i wobec całego tego interesu inne plany. Widzę tę scenę, widzę tego Tuska, i widzę też go parę tygodni później, już po tym, jak dowiedział się co się stało… i widzę, jak on szarzeje ze strachu. Bo zrozumiał, że tu nie ma żartów. Że to nie jest piłeczka. I że to nawet nie jest jego ukochany Sopot i cała ta przygoda.
Tyle że, jak uczy mądrość ludowa, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Ja wiem, co oni wszyscy muszą czuć dziś od czasu, gdy na to smoleńskie błoto spłynęła ta krew. Kiedy się zorientowali, że może się bardzo szybko okazać, że to, iż ten plan nie do końca się udał, ma znaczenie podstawowe. Jak oni muszą się od tego czasu okropnie bać. Zwłaszcza że mają autentycznie związane ręce. Nie mają już w tej chwili żadnego ruchu. Mogą tylko kłamać, kłamać, kłamać…
Pewnego dnia, przy bardzo podobnej okazji, przypomniałem scenę z „Ojca Chrzestnego”, gdzie Don ostrzega innych szefów rodzin, że jeśli cokolwiek się stanie jego synowi, jeśli zachoruje, jeśli wpadnie pod samochód, a nawet jeśli zabije go piorun, to on będzie o to miał pretensje do któregoś z tych panów. I tak jest z nami. Przed nami wybory. Jest pewna szansa, że Polska te wybory wygra i że to zwycięstwo otworzy nam drogę do zwycięstwa jeszcze większego. Do zwycięstwa nie tylko prawa i Sprawiedliwości, ale do zwycięstwa – po prostu – prawa i sprawiedliwości. A więc do czegoś, na co czekaliśmy tyle lat. Czy może się stać coś, co to zwycięstwo powstrzyma? Owszem. Choćby i to, że to wciąż jeszcze nie ten czas. Ale są też możliwości inne. Choćby i ta, że komuś przyjdzie do głowy, by powtórzyć historię.
W tej sytuacja mam apel do tych, których serca są czarne a dusze jeszcze czarniejsze. Lepiej o niego dbajcie. Uważajcie więc bardzo, żeby, broń Boże, włos mu z głowy nie spadł. Bo jeśli i on odejdzie, to będzie jednocześnie i wasz koniec.
Wszystkich tych, którym spodobał się powyższy tekst, stale zapraszam na swój blog pod adresem www.toyah.pl.

środa, 21 września 2011

Będzie wojna!

Przyznam szczerze, że nawet ja się tego nie spodziewałem. Zostało nam 18 dni do wyborów, a miasto pozostaje uśpione dokładnie tak jak uśpione było, kiedy pierwszy raz na ten bezruch zwróciłem uwagę. Oczywiście, pokazało się trochę więcej billboardów, i jeszcze parę tablic ze zdjęciami kandydatów, natomiast, jak idzie o całą resztę – panuje, jak mówię, czysty bezruch. Nieskromnie muszę podkreślić, że ja już od pewnego czasu wiem, że ten rok jest rokiem szczególnym w tym sensie, że ludzie, którzy żyją wśród nas, i wśród których żyjemy i my, są w nastroju jak najdalszym od emocjonowania się już nie tylko polityką, ale w ogóle światem zewnętrznym. Mam wrażenie, że to co kiedyś, jeszcze za czarnego Peerelu, nazwaliśmy „emigracją wewnętrzną” zrealizowało się tak naprawdę dopiero za III RP. A tak już do końca – własnie dziś. W tych dniach. Nazywaliśmy to kiedyś „emigracją wewnętrzną”, a ostatnio mój syn określił ten stan słowami – też już tu przywoływanymi – „Popatrz, tatusiu. Oni wszyscy są tak samo zmartwieni, jak ty”.
Dość dużo chodzę ostatnio po ulicach Katowic i okolic, i wszędzie widzę dokładnie to samo. Na każdym niemal rogu, na każdej niemal latarni, czy drzewie, wisi wciąż ten sam od miesiąca plakat z twarzą pewnej Ewy z PO, i podpis, że ona jest gryfna dziołcha ze Śląska, czy coś w tym kierunku, no a obok niej, od czasu do czasu, jeszcze jakieś inne twarze, czy to z Platformy, czy z PiS-u, z – jeśli w jakikolwiek sposób bardziej przemyślną adnotacją – to tą, że gospodarka ma być prężna, a wysiłek wspólny. No i , naturalnie, jak zawsze od 20 lat, na kamienicy, której właścicielem jest poseł Rzymełka, lub ktoś z jego rodziny – wisi ta sama stara biała szmata z jego nazwiskiem. A poza tym – nic. Popatrz, tatusiu. Oni wszyscy są tak samo zmartwieni, jak ty.
Mogę się oczywiście mylić, bo ostatnio zdarza mi się to częściej, niż do tej pory, jednak mam wrażenie, że to akurat jest coś nowego. Wydaje mi się, że przy okazji wcześniejszych wyborów, na trzy tygodnie przed głosowaniem, przynajmniej czuło się jakieś napięcie. Dziś „Gazeta Wyborcza” na głównej stronie daje tytuł., że były minister Kaczmarek, twierdzi, że Kaczyńscy chcieli zniszczyć Wałęsę, a ludzie – którzy jakimś cudem w ogóle podniosą oczy na tę informację oczy – zwyczajnie rzygają. Na szczęście działa Internet. Strona zatytułowana http://slask.naszemiasto.pl, o której wcześniej nie słyszałem, ale na którą uwagę moją zwrócił nasz kolega Kazef, urządziła jakieś swoje prawybory, gdzie zainteresowani ich wynikiem mają glosować na poszczególnych kandydatów. I oto, zupełnie dla mnie nieoczekiwanie, kandydat Krzysztof Osiejuk, a więc Wasz wierny dostarczyciel codziennej porcji świeżych dreszczy, wysunął się tam na drugie miejsce, przegrywając wyłącznie z człowiekiem o nazwisku Gosiewski. No dobra. Niech będzie, że to zasługa tego bloga. Jednak to, co mnie w tym najbardziej uderzyło, to fakt, że niemal sto procent zamieszczonych pod informacją o konkursie komentarzy, to jednoznacznie brzmiące ataki na kandydata Osiejuka. Wygląda na to, że – przynajmniej z punktu widzenia osób najbardziej zainteresowanych wyborami w Katowicach – nie ma większego problemu, niż start w wyborach człowieka nazwiskiem Krzysztof Osiejuk.
Doszło wręcz do tego, że odezwał się tam dziś już starszy pan, ale kiedyś – w końcu kiedyś wszyscy byliśmy piękni i młodzi – pewien niegdysiejszy młodzieniaszek i lokalny intelektualista, który swego czasu czynił nieskuteczne awanse pod adresem pani Toyahowej, i, jak widać, wciąż cierpi. A to już jest coś, czyż nie?
Mało tego. Jakiś inny wyborca, zorganizował tam konkurs w konkursie, pod tytułem „Czy w sondażu sląsk.naszemiasto.pl, Krzysztof Osiejuk uzyska ponad 100 głosów ”. Ale jak mówię – poza tym mizeria.
Oczywiście, to co się wyprawia na stronie z owymi prawyborami, jest dla mnie interesujące. Z tego choćby powodu, że wszystko, co tam mam okazję obserwować, pozwala mi tez wierzyć i mieć nadzieję, że poziom anty-toyahowych emocji urośnie w pewnym momencie do fazy, w której również redaktorzy „Gazety Wyborczej”, czy choćby lokalnego „Metra”, nie będą mieli innego wyjścia, jak zająć się sprawą i pozwolić mi zaoszczędzić te 150 zł, jakie wcześniej postanowiłem wydać na kampanię, a dziś czuję, że to byłby występek wobec bieżących interesów rodziny. No ale tu akurat pewności mieć żadnej nie możemy, więc pozostaje robić swoje. A owo swoje związane jest z tym, co zostało zaplanowane już jakiś czas temu.
Chodzi o to, że kampania ma być. A w ramach tej kampanii, udało się dotychczas uzyskać dwie ważne rzeczy: pomysł na akcję plakatową i poparcie Przemysława Gintrowskiego. Jak pewnie niektórzy zauważyli, zostało zmienione motto naszego bloga, a sam Gintrowski zgodził się, by na czas kampanii jego nazwisko było wykorzystywane tu do woli. No więc to my z Gintrowski jesteśmy zdecydowanie dalej, niż oni z tym swoim Bono i – wciąż bardzo sowim – muzycznym gustem, który za tymi ich marzeniami stoi. Problem natomiast polega na tym, że – jak już zauważyliśmy – do wyborów pozostały niecałe 3 tygodnie, a, jak wszystko na to wskazuje, ludzie są naszą kampanią kompletnie niezainteresowani. A to mogłoby świadczyć o dwóch rzeczach: albo decyzje zostały już podjęte, i całe to gadanie o tym, kto, po co i dlaczego, nie ma najmniejszego sensu, albo cały wysiłek należy skierować na ostanie dwa tygodnie. A kto wie, czy wręcz nie na ostatni tydzień. Mam bowiem bardzo silne przekonanie, że wszystko co na poziomie akcji kampanijnej odbywa się dzisiaj – być może z wyjątkiem pięknych pisowskich billboardów z zapewnieniem, że Polacy zasługują na więcej – to czysta strata energii.
A zatem, pragnę uspokoić wszystkich tych, którzy bardzo od początku kibicują mojej kandydaturze i bardzo nalegają na to, by działać na wszystkich możliwych frontach. Na wszystko przyjdzie czas. Wedle mojego wyczucia sytuacji, uważam, że dziś jest jeszcze za wcześnie. Ale dzień, w którym pokażemy, kim jesteśmy i o co walczymy, w końcu nadejdzie, i mam nadzieję, że będzie to moment najbardziej odpowiedni. Proszę jednak nie zapominać. Na liście kandydatów Prawa i Sprawiedliwości do Sejmu w okręgu nr. 31 są 24 nazwiska. Krzysztof Osiejuk zajmuje miejsce 21., a każdy obok niego, równie bardzo liczy na wygraną. A, jak należy się domyślać, każda z pozostałych osób ma w swoim otoczeniu znacznie więcej znajomych, przyjaciół, współpracowników, którzy są gotowi na nich oddać swój głos. Nam zostaje Internet i ten blog. Może się uda, może nie. Tak czy inaczej, najważniejsze jest, by wygrał PiS. Nawet jeśli żaden z przyszłych posłów nie będzie tak porządny, tak uczciwy, tak zdeterminowany, jak kandydat Osiejuk, I to co w tym wszystkim jest naprawdę wiadomością radosną, to fakt, że wszystko zmierza naprawdę w dobrym kierunku. Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory i utworzy rząd. A wtedy… niech ci co bać się mają – bać się zaczną.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że nasi nowi liberałowie, na widok kogoś, kto prosi o solidarność, dostają torsji. Doświadczam tego zjawiska zwłaszcza ostatnio. Niemniej jednak, wciąż i niezmiennie, proszę o kupowanie mojej książki i wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...