Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Biedroń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Biedroń. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2020

Polityka, czyli o chorobach psychicznych typu bezobjawowego


Dzisiejszy tekst chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy w minionych dniach zechcieli wesprzeć mnie w mojej potyczce z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Wyniki owej akcji przerosły moje najśmielsze oczekiwania i dziś mogę powiedzieć, że moje zaległości wobec ZUS-u zostały niemal w pełni pokryte przez ten blog i jego czytelników. Bardzo wszystkim dziękuję, a każdy z nas z pewnością wie, że to jest kierowane specjalnie  do niego. Bardzo proszę, bądźcie ze mną, a ja, póki jakoś ciągnę, będę z Wami.


      Jak niektórzy pewnie wiedzą, po tym jak z domu wyfrunęła najpierw nasza starsza córka, a potem syn, zostaliśmy tu w trójkę, a ja osobiście w swoim egoizmie mam nadzieję, że tak już zostanie. Tym razem jednak chciałem opowiadać nie do końca o tym, a wręcz w pewnym sensie nawiązać do bohatera mojej wczorajszej notki. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że moje najmłodsze dziecko podczas jednej z naszych jak najbardziej poważnych rozmów, wyraziło opinię, że każdy kto ma choćby odrobinę rozumu powinien mieć świadomość, że aby zostać, jak najbardziej słusznie zresztą, zakwalifikowanym jako pierwszej klasy zboczeniec, wcale nie trzeba być gejem, lesbijką, czy innym pedofilem. Jej mianowicie zdaniem, gdybyśmy tylko mieli możliwość zobaczyć co się dzieje za ścianą choćby mieszkania obok, moglibyśmy się bardzo zdziwić. Zdaniem mojej córki, cała masa ludzi jak najbardziej heteroseksualnych, a często owymi „zboczeńcami” zwyczajnie gardzących, w swoim domowym zaciszu odstawiają takie sztuki, że wielu z owych przebierańców poczułoby niekłamaną zazdrość.
       Pisałem zresztą już o tym, że moim zdaniem istnieją dwa żywioły, które jeśli tylko wymkną się spod kontroli, mogą prowadzić do absolutnie najgorszych wynaturzeń, a mam tu na myśli religię i seks. To właśnie seks i religia mają w sobie tak nieprawdopodobną moc, że w odpowiednim ujęciu mogą doprowadzić do śmierci... co ja mówię do śmierci? Wręcz do masakry. Przykłady znamy z mediów.
        A zatem, tu sprawa jest jasna: różnego rodzaju wariatów jest u nas pod dostatkiem i, powtórzę to raz jeszcze, by się zakwalifikować do owej dziwnej drużyny nie trzeba być tak zwanym gejem.
       Jeśli natomiast ktoś mnie spyta, co sprawiło, że postanowiłem tu dziś wspomnieć o moim dziecku, to już chętnie odpowiadam. Wcale nie chodzi ani o nią, ani tym bardziej o tych zboczeńców, ale o politykę, jak zawsze. Otóż stało się tak, że, jak słyszę, w telewizji TVN24 wystąpił, ostatnio już chyba pełną gębą profesor, Ireneusz Krzemiński, swoją drogą powszechnie znany gej, i ogłosił że kandydat w wyborach na prezydenta Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, ponieważ zamiast wycofać się z kandydowania i przekazać swoje głosy Rafałowi Trzaskowskiemu, on z uporem godnym lepszej sprawy próbuje wciąż bez sensu walczyć o jak najlepszą polityczną pozycję. Dziennikarz, który prowadził z Krzemińskim rozmowę, znany nam aż nazbyt dobrze Andrzej Morozowski s.Mordechaja Mozesa, zamiast zwrócić Profesorowi uwagę na niestosowność jego wystąpienia, poparł go w całej rozciągłości i potwierdził, że faktycznie Robert Biedroń, nie rezygnując z kandydowania na rzecz Rafała Trzaskowskiego, musi być osobą psychicznie chorą.
        Dziś – niestety głównie tylko Internet – żyje owym wydarzeniem, a część wyborców Andrzeja Dudy wręcz wieści nieuchronną klęskę jego największemu rywalowi Rafałowi Trzaskowskiemu, który ni stąd ni zowąd okazał się kandydatem osób psychicznie chorych. A jeśli ktoś mnie spyta, o co chodzi, chętnie odpowiem. Otóż w moim mniemaniu, problemem największym wcale nie jest Robert Biedroń, który – a ja tu jestem jak najbardziej otwarty na dyskusję – jak najbardziej może zostać zakwalifikowany jako osoba ciężko zaburzona, ale cała masa innych, pozornie jak najbardziej ułożonych polityków i osób związanych z branżą obu płci, których twarze codziennie oglądamy w telewizji i których słów z mniejszą lub większą irytacją wysłuchujemy w jednej czy drugiej telewizji. Otóż moim, nadzwyczaj zresztą pewnym swego zdaniem, oni wszyscy są nie mniej, a kto wie czy nawet nie znacznie bardziej, psychicznie zaburzeni niż wspomniany wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście, ja biorę też pod uwagę taką możliwość, że część z nich doskonale panuje nad miejscem, w którym się znaleźli i kiedy to się już wszystko skończy, oni wrócą do swoich zwykłych zajęć i znów staną sie normalnymi ludźmi, podejrzewam przy tym jednak, że wśród nich – a jest ich z całą pewnością znaczna większość – znajdują się pierwszej klasy wariaci. I w tym momencie, jestem gotów przyznać nawet i to, że zarówno prof. Krzemiński, jak i red. Morozowski mają absolutną rację twierdząc, że Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, natomiast nie ma absolutnie najmniejszej szansy, by oni choćby wspomnieli coś w tym temacie, że również oni, jak jeden mąż, są najprawdopodobniej ludźmi ciężko umysłowo zaburzonymi.
        W czym rzecz? Opisywałem tu niedawno sytuację, kiedy to poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki wszedł na sejmową mównicę i zwyczajnie zemdlał. Poinformowałem tu przy tej okazji, że gdybym to ja był posłem do Parlamentu i to mnie by się zdarzyło nagle walnąć na swój pisowski ryj – przy okazji, pozdrowienia dla pisarki Nurowskiej, jeszcze jednej z owej wesołej gromadki, której poświęcony jest dzisiejszy tekst –  podczas sejmowego wystąpienia, moja żona i dzieci zrobiliby wszystko, bym się w to gówno dłużej nie angażował. Poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki natomiast w jednej chwili się pozbierał i wrócił do swoich codziennych zajęć, a na dowód tego że czuje się świetnie, oświadczył że jest wciąż w lepszej formie niż polski rząd.
        Jeśli ktoś wciąż nie rozumie, do czego zmierzam, pragnę oświadczyć że, moim zdaniem, znaczna część osób zaangażowanych w bieżącą politykę – czy to po stronie samej polityki, mediów, czy trybun – to są ludzie ciężko psychicznie zaburzeni. A w tej sytuacji, mam już tylko jedną uwagę, a przy okazji i apel, do tych wszystkich, co się obrazili na Roberta Biedronia: odpieprzcie się od pedała, bo jest całkiem możliwe, że on jest wciąż jeszcze najbardziej normalny z was wszystkich.





        

środa, 17 czerwca 2020

Czy Andrzej Duda słusznie twierdzi, że jesteśmy mądrzy?

      Myślę, że oryginalny plan był taki, że na fali szaleństwa spod znaku LGBT, Robert Biedroń i jego mama grzecznie poproszą prezydenta Dudę o spotkanie, na którym oni pokażą mu jak wygląda miłość dziecka do matki, oraz matki do dziecka, niezależnie od tego czy dziecko jest gejem, lesbijką, czy transseksualistą, i jak bardzo potrafi boleć okrucieństwo z jakim Andrzej Duda traktuje Bogu ducha winnych ludzi, a ten w odpowiedzi wzruszy z pogardą ramionami i powie im, że ze „zboczeńcamii” nie rozmawia.
      Początek wyglądał jak dwustuzłotowy banknot:
„Proponuję prezydentowi Dudzie spotkanie, chętnie spotkam się, przyjdę z moją mamą, z moim partnerem porozmawiam z prezydentem Dudą, jak żyje się z osobom LGBT. Panie prezydencie, proszę o spotkanie, przyjdę z moją mamą. Pan powie mojej mamie, że wychowała kogoś innego, niż człowieka, tak jak pan to powiedział, albo wyjaśnimy sobie te sprawy”
      Jak mówię, pomysł był naprawdę bardzo dobry, niemal wręcz doskonały i pewnie przyniósłby przeciwnikom obecnego Prezydenta niezmierzone szkody, gdyby nie owo „niemal”. Otóż, jak wszyscy wiemy, Andrzej Duda, zamiast wydąć pogardliwie wargi i poinformować media, że jest zajęty kampanią i nie ma czasu na próżne pogawędki, podanie o spotkanie rozpatrzył pozytywnie i zaprosił Biedronia z mamą do Pałacu Prezydenckiego. W tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Z jednej strony, Prezydent został zaatakowany przez dotychczasowych – przynajmniej tak wynika z ich deklaracji – zwolenników za to, że spotykając się ze wspomnianymi „zboczeńcami” zsunął się do poziomu Rafała Trzaskowskiego, a jednocześnie pokazał swoją prawdziwą, tęczową duszę; z drugiej natomiast, obóz kandydata Biedronia wpadł w panikę, słusznie zresztą bardzo zauważając, że to co oryginalnie miało przynieść Dudzie niechybną porażkę, zostanie wykorzystane przez niego ściśle propagandowo i w efekcie pozwoli mu się zaprezentować, jako człowiek nie dość że otwarty, to jeszcze na tyle wyluzowany, że on nawet w ogniu kampanii może sobie pozwolić na niezaplanowane spotkania z tymi, którzy nagle zażyczyli sobie z nim pogadać, choćby i „pedałami”. Wpadł zatem Robert Biedroń w panikę, błyskawicznie napisał swojej mamie krótki tekst, w którym ta – szczerze jak dziecko – poinformowała że zaproszenia nie może przyjąć, bo nie będzie brała udziału w działaniach, których jedynym celem jest promocja kandydatury takiej jak Andrzeja Dudy – rasisty i homofoba.
     Ups!
     Ja oczywiście nie jestem w stanie już teraz przewidzieć, jak się teraz potoczy propagandowe rozgrywanie sytuacji, wedle wszelkiej logiki, dla Prezydenta zwycięskiej, a dla jej autorów kompromitującej, bo przede wszystkim jest całkiem prawdopodobne, że rozpowszechniana zapewne przez opozycyjne media plotka pozwoli wielu z nas uwierzyć, że to Andrzej Duda zapragnął spotkać się z tą dziwną parką, to oni z godnością pokazali mu plecy i wreszcie to on teraz wyszedł z tym swoim głupim zaproszeniem, jak Adrian na na mydle. To jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, ale nie można też wykluczyć czegoś jeszcze gorszego. Otóż ci wszyscy rzekomi i autentyczni wyborcy Andrzeja Dudy, którzy po oficjalnej zapowiedzi wspomnianej audiencji, uznali go za kogoś kto tylko po to, by się podlizać towarzystwu spod znaku „gender”, gotów jest wystąpić przeciwko tym, którzy go wybrali, nawet nie spróbują zauważyć swojego błędu. Jest całkiem możliwe, że oni wręcz uznają, że Prezydent został w gruncie rzeczy wystrychnięty przez Biedronia na dudka, który to wszystko w taki właśnie sposób zaplanował i dostał dokładnie to czego chciał.
        Ktoś się mnie zapyta, dlaczego wbrew temu co głosi sam Andrzej Duda, że Polacy są mądrzy i nie dadzą się łatwo oszukać, próbuję sugerować, że jest wręcz odwrotnie? Otóż przyznaję, że choć bardzo bym chciał się mylić, aż nazbyt często czuję, że tu akurat mój prezydent się fatalnie myli i pokłada w nas zbyt dużą wiarę. W takich też sytuacjach naprawdę jestem szczęśliwy, że istnieje telewizja TVP Info w kształcie zaprojektowanym przez było nie było pierwszej klasy cwaniaka, Jacka Kurskiego, i oni jakimś cudem potrafią przemówić do resztek rozumu przynajmniej części z tych cymbałów.



sobota, 12 stycznia 2019

Za co lubię Roberta Biedronia


        Nie dość, że trzeba pisać książkę, co zabiera resztki czasu, jaki mam w ciągu dnia, to jeszcze wczoraj Hanka urodziła mi drugą wnuczkę i to mnie z kolei bardzo angażuje emocjonalnie. W tej sytuacji wciąż proszę Czytelników o wybaczenie, ale nic nowego nie dam rady napisać, natomiast, owszem, mamy najnowsze wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój zabawny felieton.       
        


      Telewizję TVN24 oglądałem bardzo regularnie przez całe lata wyznaczające czas, kiedy to, jeśli ktoś w ogóle miał ochotę oglądać telewizyjne programy informacyjne, miał do wyboru wyłącznie wspomniane TVN24 oraz TVP, która wówczas była jeszcze gorsza. Przyznać muszę, że nie traktuję tamtych lat jako straconych, choćby z tego względu, że przy moim naprawdę dużym zainteresowaniu polityką, nikt chyba tak jak owa stacja nie zapewniłby mi tego poziomu doznań i jak najbardziej pozytywnych refleksji. Kiedy jednak Dobra Zmiana przejęła w Polsce władzę i tym samym to co najgorsze zostało ograniczone praktycznie już tylko do TVN24, machnąłem na nich ręką i praktycznie tam już nie zaglądam. I tu podobnie, nie uważam, żeby działa mi się jakakolwiek krzywda - nawet przy pełnej świadomości nędzy, jakiej Jacek Kurski z kolegami nam nie oszczędzają - tyle że dziś, kiedy piszę te słowa, czuję pewien brak.
      O co chodzi? Otóż, jak uważni czytelnicy zapewne pamiętają, w zeszłym tygodniu skomentowałem występ w owej telewizji trzech byłych polityków, a mianowicie Marka Borowskiego, Ludwika Dorna, oraz Marka Migalskiego. Obejrzałem fragment - oczywiście że tylko fragment - wspomnianego programu i pomyślałem sobie, że ci z nas, którzy pozostali wierni owej ofercie muszą znajdować się w bardzo ciekawym stanie emocjonalnym, skoro to co mają do powiedzenia ci trzej panowie ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Z nimi naprawdę musi być coś nie tak, skoro oni gotowi są wyrwać ze swojego życia 15 minut, czy niekiedy i całe pół godziny, by dowiedzieć się co siedzi w głowie kogoś, kto od dawna praktycznie już nie istnieje. No i od razu pomyślałem, że jedynym powodem, by się zachowywać aż tak irracjonalnie, jest pragnienie, by usłyszeć jak ktoś - ktokolwiek tak naprawdę - w telewizji mówi brzydko o PiS-ie. Innego rozwiązania tej zagadki nie widzę.
      Wspomniałem o braku. Jaki brak mam na myśli? Otóż chodzi o to, że ja nie wiem, czy to, że telewizja TVN24, jako swojego prime time commentator bierze kogoś takiego jak Marek Borowski, to wypadek, czy standard, a przez to, że nie oglądam owej stacji, tego oczywiście wiedzieć nie mogę. Od czego jednak mamy Internet? Otóż przeprowadziłem w tej sprawie dochodzenie i oto czego się dowiedziałem. Przed nami zestaw zaproszonych gości z ostatnich miesięcy, poza już wspomnianymi:
      Ryszard Kalisz, Paweł Kowal, Kazimierz Marcinkiewicz, Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Marek Dukaczewski, Janusz Zemke, Michał Ujazdowski, Andrzej Olechowski, Adam Rotfeld, Ryszard Bugaj, Jerzy Hausner, Barbara Labuda, Grzegorz Kołodko, Leszek Balcerowicz, Jerzy Buzek, Stanisław Ciosek, Joanna Senyszyn, Marek Belka, Ryszard Schnepf, Waldemar Pawlak, Krystian Legierski.
      Właśnie tak: Krystian Legierski. Przepraszam bardzo, ale cokolwiek byśmy sobie nie myśleli na temat TVP, my przynajmniej mamy Biedronia. A to mi w pełni wystarczy, żeby się modlić o to, by stare nie wróciło.

Przypominam o swoich książkach, które są do kupienia w znanych już nam chyba wszystkim miejscach, a jeśli ktoś ma wątpliwości, to proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 12 października 2018

Czy Robert Biedroń zadusi III RP?


       Obiecywałem, że przed weekendową przerwą wrzucę tu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a następnym razem zobaczymy się po niedzeli,  i słowa dotrzymuję, bo faktycznie następnym razem zobaczymy się już w poniedziałek. Niestey nie wyszło z felietonem, bo zaskoczyły mnie sprawy bieżące i przyszło mi dziś pisać o czymś, co by mi jeszcze wczoraj nawet do głowy nie przyszło. Ale może zacznijmy od początku.
        Otóż bardzo dobrze pamiętam, jak jeszcze chyba w złotych  latach 90., kiedy Polska dopiero dołączała do wielkiej rodziny krajów europejskich i wszystko było prowadzone ze znacznie większą niż dziś ostrożnością, nagle doszło do prawdziwej rewolucji i w przestrzeni medialnej pojawiło się trzech tak zwanych „gejów”: Murzyn z Koniakowa Krystian Legierski, długowłosy intelektualista z Warszawy Szymon Niemiec, oraz takie milusie ciasteczko z Rymanowa pod Przemyślem, Robert Biedroń. Mimo że wydawałoby się, że najlepiej z tamtych czasów powinienem zapamiętać Murzyna, w pamięci pozostał mi Robert Biedroń, a to z tej okazji, że trafiłem kiedyś w telewizorze na jakąś z nim rozmowę i uderzyło mnie to, że on wystepował na tle plakatu z gołym chłopem. Pomyślałem sobie wtedy, że to jest bardzo dziwne, że on się zdecydował na tego typu dekorację, z tego względu, że jest chyba oczywiste, że gdyby ktokolwiek z nas, osób heteroseksualnych, wystąpił w telewizji i za swoimi plecami powiesił plakat z gołą babą, to chyba każdy by uznał nas za zboczeńca, a co najmniej ciężkiego onanistę. A tu, proszę. Mamy tego Biedronia, na ścianie goły facet i cała sala śpiewa.
      No ale to już jest historia. Rzecz w tym, że lata mijały, w środowisku – tak samo zresztą, jak to się dzieje w polityce – doszło do przetasowań, Niemiec ściął włosy, otworzył swój własny kościół i został księdzem, czy może nawet biskupem, Murzyn poszedł, jak się zdaję w biznesy, no i na scenie został ów człowiek z plakatem, czyli Robert Biedroń. Otóż muszę od razu przyznać, że ja z tego rozwoju zdarzeń jestem bardzo zadowolony, bo Biedronia zwyczajnie lubię. Oczywiście nie znam go osobiście, ale jeśli mam go oceniać jako osobę, którą spotykam w telewizji i czasem słyszę jak mówi, to ja mu daję zdecydowane osiem punktów na dziesieć, a te dwa mu zabieram wyłącznie dlatego, że jest zboczony i się w dodatku z tym obnosi. Poza tym, on jest dla mnie bez zarzutu. Czemu go lubię? Tak naprawdę z jednego powodu. To jest bardzo miły człowiek. Na tyle na ile go mogę ocenić z tej odległości, on ma wszystko, co trzeba mieć, by być uważanym za człowieka uprzejmego, wesołego i sympatycznego. Ja lubię oglądać Biedronia, lubię jego uśmiech, lubię słuchać jak mówi. A zatem, krótko mówiąc, wśród wielu polskich polityków, Biedroń jest dla mnie jednym z najsympatyczniejszych.
     I z tego co wiem, nie jestem w tym wrażeniu odosobniony. Znam naprawdę dość dużo osób, które czują do Biedronia podobną sympatię. Znam ludzi, którzy polityką zajmują się o tyle o ile, na ruchy LGBT patrzą co najmniej z dystansem, na temat politycznej wojny między PiS-em, a Platformą nie mają zbyt wiele do powiedzenia, z którymi przy okazji różnych spotkań można rozmawiać naprawdę o wszystkim, nawet nie zahaczając o politykę, i którzy mi mówią, że gdyby mogli, to głosowaliby na Biedronia jako przyszłego polskiego prezydenta. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna. Bo to jest bardzo miły i fajny człowiek. Może coś jeszcze? Nic. Tylko to. Biedroń jest super. Poza tym nie ma znaczenia nic. Czy on będzie kłamał, kradł, czy z Polski urządzi kraj płynący miodem i mlekiem, czy rują i poróbstwem, a może w ogóle on się Polską zajmować nie będzie, a zarząd przekaże w ręce tych, którzy plan mają? To nie jest w ogóle temat. Tematem nie jest nawet to, że on jest zboczony.
     Gdy Biedroń niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z kolejnej kadencji jako prezydent Słupska, pojawiły się głosy, że za tą decyzją stoi strach przed porażką, która nad Biedroniem wisi od czasu gdy mieszkańcy Słupska zorientowali się, że on jest patentowanym bałwanem i leniem, pod którego okiem miasto gnije. A ja sobie natychmiast pomyślałem, że celem tego niespodziewanego manewru wcale nie musi być powrót na z góry upatrzone pozycje, bo Biedroń, gdyby wystartował w wyborach, zachowałby swoje stanowisko z palcem w nosie. Jest wręcz przeciwnie, ruch Biedronia to atak na pozycje dotychczas zajęte przez tę bandę nieudaczników, którzy nazywają siebie „opozycją totalną” i wyparcie ich ze sceny. Kiedy Biedroń po raz pierwszy ogłosił brak zainteresowania lokalnymi wyborami, byłem niemal pewien, że on może jeszcze nie szykuje się do walki o prezydenturę kraju, ale o to by stanąć na czele głównego lewicowego ugrupowania i wejść z odpowiednim hukiem do Parlamentu – bo czemu nie?
      I oto, proszę sobie wyobrazić, zwróciłem w tych dniach uwagę na Biedronia dwukrotnie. Pierwszy raz parę dni temu, kiedy on się pokazał w TVP Info w ekskluzywnym wywiadzie dla Michała Rachonia i przez te paręnaście minut nie zrobił jednego fałszywego ruchu, nie popełnił jednego choćby drobnego błędu. Mimo tego że Rachoń nie był w stanie ukryć wyrazu obrzydzenia na twarzy, mimo nieustannych z jego strony zaczepek, Biedroń był jak zawsze grzeczny, sympatyczny, uśmiechnięty, wręcz radosny. No i, jakby tego było mało, wczoraj media poinformowały, że w wypowiedzi dla tej szczujni TOK FM, zapowiedział stworzenie nowej, prawdziwej lewicowej siły, która wyprze ze sceny Platformę i Nowoczesną, a wraz z nimi tych wszystkich dawnych bohaterów nowoczesnego socjalizmu, którzy dali się im „wytresować”. 
      No i się zaczęło. Atak jaki jest w tym momencie prowadzony przeciwko Biedroniowi z tamtej strony jest rzekomo spowodowany tym, że on mówiąc o „tresurze” miał na myśli Barbarę Nowacką i w ten sposób okazał się podłym szowinistą i chamskim pedałem, który nienawidzi kobiet.  Jednak nie oszukujmy się, Nowacka jest tu wyłącznie pretekstem, a tak naprawdę za tą agresją stoi wyłącznie świadomość, że oto Biedroń zapowiedział właśnie ich koniec, i to koniec znacznie bardziej spektakularny niż ten, który od pewnego czasu już zapowiadają kolejne sukcesy Dobrej Zmiany.
     Jak mówię, Robert Biedroń nie szykuje się na urząd Prezydenta RP, a przynajmniej jeszcze nie tym razem. Nie sądzę, by on liczył też na to, że w najbliższych wyborach odsunie PiS od władzy.  Cokolwiek by bowiem o nim nie mówić, on nie robi wrażenia głupiego. Natomiast, owszem, z pewnością doskonale czuje, że przyszedł moment, kiedy to on stanie na czele opozycji. Dla Platformy Obywatelskiej i całej tej hałastry jest to wiadomość zdecydowanie ponura. A dla nas? Na najbliższy czas wręcz znakomita, przez to, że gwarantująca nam uzyskanie w najbliższych wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną. A potem? To się zobaczy. W każdym razie jedno jest pewne. Wszystko jest w naszych rękach. Im nie zostało już nic, poza ewentualnie naszymi błędami.

Jak już zapowiadałem, wyjeżdżamy do Zakopanego na weekend i wracamy w niedzielę. Do tego czasu proszę korzystać z pięknego końca pięknego roku i do zobaczenia w poniedziałek. Jak ktoś ma chwile, niech sobie kupi którąś z moich książek. Jak to zrobił, tłumaczyłem ostatnio parokrotnie.
   

środa, 3 czerwca 2015

Dlaczego prezydent Duda nie jest w typie Roberta Biedronia?

Pamiętam, jak jeszcze wiele lat temu, kiedy problem obecności osób homoseksualnych w ogólnopolskich mediach dopiero – przepraszam wszystkich gejów za wyrażenie –raczkował, w telewizji pojawił się jeden z tych „wesołków” i opowiadał, co sądzi o różnych mniej lub bardziej związanych z owym zboczeniem kwestiach. Nie pamiętam dziś, kto to był, ale mam bardzo mocne przekonanie, że dzisiejszy prezydent Słupska, Robert Biedroń. To co mnie uderzyło w jego wystąpieniu, to akurat nie były wygłaszane przez niego opinie, z których dziś i tak nie pamiętam już ani jednej, ale to, że on występował na tle plakatu, na którym widać było prężącego się gołego mężczyznę w wersji po angielsku określanej nazwą „full frontal nudity”, albo po prostu „full monty”.
Ale i tu, refleksje, jakie ów plakat we mnie wywołał, nie były związane z tą, z mojego punktu widzenia, obrzydliwością, ale z tym, że ja sobie zacząłem myśleć, jak by to było, gdyby telewizja postanowiła przeprowadzić rozmowę z którymś z heteroseksualnych polityków, a on uznałby za stosowne swojej wypowiedzi udzielać na tle zdjęcia tak zwanej „gołej baby”. Jestem pewien, że gdyby jakiś Ryszard Czarnecki, Grzegorz Schetyna, czy nawet Ryszard Kalisz, wystąpili publicznie na tle jakiegoś aktu, cała Polska wybuchnęła by najpierw śmiechem, a potem każdego z nich zwyczajnie zniszczyła. Za co? A za to, że się głupio ujawnił, jako pospolity onanista.
Tymczasem tu mamy zdeklarowanego homoseksualistę, który ani nie pokazuje się na tle półki z książkami, ani mapy świata, ani obrazu Kossaka, ani nawet kominka w wiejskiej chałupie, ale najzwyczajniej na świecie, wywalonego na wierzch penisa. Czy mnie to dziwi? Otóż nie. Może kogoś, owszem, natomiast mnie ani trochę. Ja od dawna bowiem jestem przekonany, że bycie homoseksualistą wiąże się z jednym i z tylko jednym rodzajem intelektualnej aktywności. Homoseksualny pisarz, artysta, czy polityk ma na uwadze tylko dwie kwestie: prawną możliwość adopcji dzieci i uruchomienie publicznych toalet z przeznaczeniem tylko dla mężczyzn. Gej zdobywa miejsce w parlamencie i nie interesują go ani podatki, ani budżet na obronę, edukację, służbę zdrowia, ma głęboko w nosie ustawę o partiach, czy o wspieraniu rodzin wielodzietnych – to co go naprawdę porywa, to wyłącznie prawa osób homoseksualnych.
Parę dni temu miałem obejrzeć rozmowę ze wspomnianym Biedroniem. I o czym oni rozprawiał? Czy o wykorzystaniu europejskich pieniędzy w rozwoju Słupska, a może organizacji pracy w Ratuszu, a może o sytuacji w kraju w związku z wyborami? Ależ skąd! Biedroń gadał niemal wyłącznie o sposobach uprawiania seksu w środowiskach gejowskich i lesbijskich, o książce, którą na ten temat wydał i o aplikacji, jaka ma zainstalowaną w telefonie, która go na bieżąco informuje o erotycznych ofertach. To jest tak, jakbym ja, zostając posłem do parlamentu, czy prezydentem miasta, zajmował się wyłącznie prawną legalizacją konkubinatu, opodatkowaniem prostytucji, szerokim dostępem do pornografii, ewentualnie też zniesieniem monogamii, no i co chwilę sprawdzał, co słychać na giełdzie.
Syn mój, który, jak tu wcześniej wspominałem, zarabia więcej niż potrzebuje, spędził ostatnio upojny tydzień w Barcelonie na festiwalu Primavera. I opowiadał mi o koncercie jednego ze swoich ulubionych muzycznych zespołów pod nazwą Antony and the Johnsons. Sam koncert, od strony muzycznej, był oczywiście znakomity, natomiast faktyczny problem polegał na tym, że – jak się należy domyślać, ze względu na homoseksualną orientację owego Antony’ego – cała oprawa występu była tak obrzydliwa, że tego się zwyczajnie nie dało oglądać. Wedle relacji mojego syna, to co się działo na scenie, stanowiło pokaz najbardziej ohydnej perwersji, tak ekstremalnej, że człowiek staje już tylko w obliczu ściany. Thurston Moore i Patti Smith opowiadał coś o walce z kapitalizmem, Swans i Sunn O))) zabawiali się swoim satanizmem, reszta tym, co tam akurat im w głowach grało, natomiast Antony pokazywał ludzi kopulujących ze świniami.
Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy, by w tych jakże szczęśliwych dniach zajmować się zboczeniami. Otóż odpowiedź jest prosta. W weekendowym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Andrzej Duda, pytany o swój stosunek do homoseksualistów, odpowiedział, że on ma w nosie, jakie kto ma upodobania seksualne i to do tego stopnia, by nie widzieć przeszkód, by w jego kancelarii był zatrudniony jakiś gej, o ile tylko nie będzie przychodził do pracy pół goły. No i podniosła się z dawna wyczekiwana wrzawa. Bo jak to tak można, zarzucać gejom upodobanie do aż tak niestandardowych zachowań? Czyż oni nie są takimi samymi ludźmi, jak każdy z nas? Skąd taki pomysł, że którykolwiek z nich będzie tam po korytarzach biegał w stringach? A w jaki to niby sposób geje się różnią od ludzi heteroseksualnych?
Otóż ja tym razem jestem gotów nieco skrytykować mojego prezydenta. On chyba jednak niepotrzebnie operuje aż na tak wysokim poziomie. W końcu wchodzimy w czas miłości i łagodności. Trzeba było odpowiedzieć Mazurkowi, że on nie ma żadnego problemu ani z pedałami, ani z onanistami wszelkiej innej maści, byleby tylko w swoich gabinetach na ścianach nie wieszali plakatów z umięśnionymi byczkami bez majtek, lub wypiętymi ciziami. Myślę, że to by musiało przejść.

Serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki. I od razu przestrzegam onanistów wszelkiej maści: o seksie nie ma tam ani jednego słowa.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nasi się biorą za pedałów, a zwycięstwo za progiem

Dziś krótko, bo przyszedł moment, kiedy autentycznie czuję, że brakuje mi sił. Oto tygodnik „W Sieci” na dzisiejszy poranek zapowiedział sensację. Okazuje się mianowicie, że posłanka Anna Grodzka tak naprawdę nie jest ani transwestytą, ani transseksualistą, ani nawet skromnym pedałem, lecz zwykłym facetem, który na tych swoich niby-ekstrawagancjach zbija polityczną karierę. Czy mnie wiadomość ta zdziwiła? Raczej nie. Że zaskoczyła, to i owszem, natomiast gdy chodzi o zdziwienie, to ja od pierwszego momentu, gdy ujrzałem tę niby Grodzką, nie mogłem się opędzić od pytania, jak to możliwe że ktoś, kto wkłada tyle pracy, pieniędzy i przede wszystkim determinacji, by stworzyć tego typu projekt, jest w stanie go aż tak spieprzyć. Ponieważ jednak na to pytanie odpowiedzi znaleźć nie potrafiłem, postanowiłem na tę tak zwaną „Annę Grodzką” machnąć ręką i tematem się nie zajmować. No i dziś mamy ten tekst w „W Sieci”, z którego wynika, że Grodzka to, jak mawiają nasze dzieci, normalny „fake”.
Ale nie to jest dziś moim problemem. Jak mówię, ten rozwój zdarzeń podejrzewałem od pewnego już czasu i tylko mogę się dziwić, jak to się dzieje, że owi profesjonaliści ze stajni Karnowskich potrzebowali aż tyle czasu, by przeprowadzić swoje śledztwo. To co mnie natomiast zainteresowało, to wypowiedź redaktora Łukasza „Pilota Boeinga” Warzechy, komentująca wspomniany tekst, zanim on jeszcze się zdążył ukazać. Zaczyna więc Warzecha swoją refleksję od historii posła, niejakiego Wacława Kapały, który wystartował do Sejmu z jakiegoś niezwykle katolicko-patriotycznego ugrupowania, do owego Sejmu się dostał, jednak już po chwili okazało się, że on się regularnie łajdaczy, zmusza swoje kochanki do aborcji, uzależniony jest od pornografii i w dodatku pisze teksty dla portalu racjonalista.pl. Ponieważ przeczytawszy te informację pomyślałem sobie, że warto by było tego Kapałę sprawdzić, czy on przypadkiem nie trafił do naszych, już chciałem go sobie wyguglać, kiedy rzuciłem okiem na to jedno jedyne zdanie, w którym Warzecha – zresztą w sposób dla 99 procent czytelników zupełnie nie do przejrzenia – wskazuje na fakt, że to jest wszystko taka ironia i żadnego Kapały nigdy nie było, i ze spuszczoną wstydliwie głową zacząłem studiować dalszą część refleksji Warzechy. I oto Warzecha zaczyna nagle – nagle, ponieważ naprawdę nie ma żadnego powodu, by łączyć przypadek „posłanki Grodzkiej” i „posła Kapały” z tym człowiekiem – zaczyna pisać o prezydencie Słupska Biedroniu, że niby ten Biedroń to jest taki drugi Kapała, a także taka druga Grodzka, o czym jak się okazuje już wcześniej poinformował nas redaktor Sakiewicz ze swoją jak najbardziej polską gazetą. Ponieważ informacja, jakoby Biedroń swój homoseksualizm traktował wyłącznie jako humbug pomagający mu w politycznej karierze, postanowiłem sprawę sprawdzić u źródeł i okazało się, że znów pudło. Biedroń nie udaje, i jest pedałem jak najbardziej, tyle tylko że delegowani przez Sakiewicza dziennikarze przeprowadzili pewną bardzo cwaną prowokację, w ramach której zarejestrowali się jako pedały na niemieckim portalu dla pedałów, zwabili tam chłopaka Biedronia… no i teraz wszyscy widzimy, z kim to się ten Biedroń zadaje! Ze zwykłą, panie, dziwką! I to jest ta sensacja. Prawicowe dziennikarstwo pozostaje na posterunku.
Jak już zapowiedziałem na początku, dzisiejsza notka będzie bardzo krótka. Inna sprawa, że ja już naprawdę nie bardzo mam co pisać. Powiem może tylko, że skoro to, z czym my, polski elektorat prawicowy, mamy do czynienia, zaczynając od tygodnika „W Sieci”, idąc dalej przez portal wpolityce.pl, z redaktorem Warzechą jako ich pierwszą gwiazdą, a kończąc na Samuelu Perejrze i jego antygejowskich akcjach w niemieckim Internecie, ma się sprowadzać do tropienia erotycznego życia seksualnych partnerów Anny Grodzkiej i Roberta Biedronia, z zapewnieniem, że to wszystko tak naprawdę się dzieje z myślą o Polsce, to ja uroczyście oświadczam, że tegoroczne wybory są dla mnie wyborami ostatnimi, a od przyszłego roku będę was wszystkich traktował, jak Kasię Nosowską z zespołem Hej.

Jak zawsze serdecznie polecam kupowanie mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, która zawiera niemal sto najlepszych felietonów z początkowego okresu mojej tu działalności. To jest zaledwie 15 złotych plus przesyłka i jedno kliknięcie w obrazek tuż obok.

No i jeszcze jeden komunikat. Ponieważ nauczyciele w Katowicach mają ferie, od dziś do czwartku spędzam z panią Toyahową czas w samym centrum piekła, czyli w Pradze. Wprawdzie w środę moje dziecko umieści tu jeszcze jeden tekst, jednak w związku z brakiem dostępu do Internetu, proszę się nie gniewać, ale odpowiedzi na komentarze do czwartkowego wieczora nie będzie. Zachęcam również trolli wszystkich krajów do używania sobie, bo to naprawdę jedna z nielicznych okazji.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

O "pedałach od Palikota", czyli triumf serca nad nienawiścią

Mój syn zrobił ostatnio coś, czego – w odróżnieniu choćby ode mnie – zwykle nie robi, a więc udał się z wizytą do Warszawy. Efekt tej eskapady jednak był taki, jak w przypadku aż nazbyt częstych wizyt w tym mieście, jakie stały się moim udziałem, a które sprowadzały się do refleksji, że Warszawa to jest tak straszny „syf”, że nie ma wątpliwości co do tego, że Hanna Gronkiewicz-Waltz będzie tam rządziła wiecznie. Daję słowo, że nic nie przesadzam. To jest dokładnie to, co mi powiedziało moje dziecko – podkreślam, że w żaden sposób przez mnie do Warszawy nieuprzedzone, bazujące wyłącznie na swoich osobistych doświadczeniach i wynikających z owych doświadczeń refleksjach: Warszawa to miasto do tego stopnia w swej nędzy specyficzne, że zamieszkujący ją elektorat do końca świata będzie stawał na głowie, by tam było dokładnie tak jak jest dziś. Za każdą cenę.
Gdy chodzi o mnie, ja do Warszawy z różnych powodów jeżdżę bardzo często i przyznaję bez bicia, że tam mi się nie podoba niemal wszystko, zaczynając od krajobrazu, a kończąc na ludziach. Gdy chodzi o krajobraz, wystarczy wspomnieć fakt, że, pomijając oczywiście to, co zostało z różnych powodów zaniedbane i skazane na ostateczne gnicie, to jest zwykła karykatura prowincjonalnej galerii handlowej, a więc czegoś, co może zaimponować wyłącznie ludziom, którzy uznając, że owa prowincja to dla nich za mało i że oni akurat potrzebują czegoś większego, udali się do owej Warszawy i są z tego powodu bardzo szczęśliwi, bo to co mają, z jednej strony sprawia, że czują się jak w domu, a z drugiej, pozwala im zyskać przekonanie, że ci których zostawili za sobą, coś jednak tracą. To właśnie jest to, czym jest dla mnie Warszawa: miasto ludzi szczęśliwych szczęściem tych, co zamienili siekierkę na kijek, a uważają głupio, że ów kijek to prawdziwa szpada, albo coś jeszcze lepszego.
Byłem tam ledwo co, przy okazji targów książki, i wrażenie, które starałem się opisać powyżej – a które mój syn wyraził w opinii, że oni nigdy nie dopuszczą do tego, by im to odebrano – było szczególnie dojmujące. Jechałem metrem z Centrum do Arsenału, a następnie z Arsenału tramwajem na Stare Miasto, mijałem ludzi i miejsca i nie mogłem przestać myśleć, że wszystko to, co obok mnie, ale również dalej, aż po Kabaty, czy Kampinos , to dla tych, co Warszawę zamieszkują, to szczęście do tego stopnia najwyższe, że oni go sobie nie dadzą odebrać za żadne skarby świata. To metro, ta jego druga nitka, te tramwaje, te koncerty, wystawy, teatry, te uniwersytety, te knajpy, te ścieżki rowerowe, ta piękna młodzież snująca się po Złotych Tarasach, te sklepy, ten most na tle tego stadionu – to jest ich całe życie, i na samą myśl o tym, że przyjdzie ktoś, kto im z jednej chwili to odbierze, oni umierają z przerażenia.
I oto wczoraj zakończyła się druga tura wyborów, i nagle widzę, jak ja strasznie się myliłem. Oczywiście, pewna część tego, co powiedziałem zachowuje swoją ważność, jednak nagle się okazuje, że przede wszystkim 60 procent Warszawian to wszystko – prawdopodobnie niestety włącznie z tymi moimi refleksjami – ma w głębokiej pogardzie, a z tych pozostałych 40 procent, niemal połowa jak najbardziej wie, że tu od samego początku chodziło o coś kompletnie innego. Że to metro, ten stadion i te Tarasy, to brechty i bzdury dla biednych durniów, którzy nigdy nie potrafili sobie wyobrazić nic lepszego.
A to co robi wrażenie naprawdę szczególne, to fakt, że im to – poza oczywiście ich osobistą wrażliwością – pomógł zrozumieć ktoś taki jak Jacek Sasin, człowiek wprawdzie jakoś tam zasłużony i rozpoznawalny, jednak na tle owej strasznej propagandy będący kompletnym zerem. Przyszedł ów Sasin, stanął na samym środku tej fikcji, proklamował ją z siłą wręcz porażającą, a dziesiątki tysięcy ludzi mądrych i wrażliwych owe słowa prawdy przyjęły i potraktowały jak swoje. Jak mówię, jeszcze parę dni temu wracałem z Warszawy w nastroju wyjątkowo, gdy chodzi o losy tego miasta, marnym, a dziś nagle widzę, że to miasto żyje, a skoro żyje, to musi się odrodzić.
A obok Warszawy mamy ów Słupsk, który staje się symbolem tego, co z Polski uczynili ci gangsterzy, a dla mnie on paradoksalnie stanowi źródło dość przewrotnej nadziei. W czym rzecz? Otóż po pierwszej rundzie wyborów, kiedy okazało się, że tam do finału dotarli znany działacz gejowski Robert Biedroń i polityk Platformy Obywatelskiej Zbigniew Konwiński, natomiast na trzecim miejscu wylądował jakiś Robert Kujawski z PiS-u, pomyślałem, że rzucę na nich wszystkich okiem, i w ten sposób zobaczę, co mieli w głowach mieszkańcy owego Słupska. Otóż, przepraszam bardzo, ale, jeśli opierać się tylko na zdjęciach, Biedroń jest zwycięzcą oczywistym i bezdyskusyjnym. Darujmy sobie już nawet tego Kujawskiego, który, jaki jest, każdy widzi, i porównajmy obu liderów. Spójrzmy na Biedronia i Konwińskiego: przecież tu się nawet nie ma nad czym zastanawiać, a jeśli się w dodatku Biedronia zna z telewizji, jako człowieka sympatycznego, uśmiechniętego, grzecznego, wyszczekanego, na swój sposób inteligentnego, sprawa jest rozstrzygnięta już na samym starcie.
Sprawdźmy teraz drogę, jaką przeszedł Robert Biedroń do tego sukcesu. Po pierwszej turze na prowadzeniu był mocno Konwiński, Biedroń zajmował drugie miejsce, a ten Kujawski został z tyłu. Ja to rozumiem w ten sposób, że elektorat PiS-u, znając Kujawskiego zbyt dobrze, znacznie lepiej, niż znamy go my, ludzie spoza Słupska, został w domu. Ci mieszkańcy Słupska, którzy z jednej strony nienawidzą „Kaczora”, a z drugiej tak zwany „rozwój cywilizacyjny” do tego stopnia zlasował im mózgi, że bez świadomości, że nad wszystkim czuwa „big brother” z Platformy, nie są w stanie wyjść z rana z łóżka, głosowali na to swoje nieszczęście (zdjęcie dostępne w Internecie). Cała reszta natomiast, a więc ci, których życie nauczyło obowiązku i do wyborów chodzą choćby nie wiadomo co tam mieli zrobić, zagłosowali zupełnie naturalnie na Biedronia.
Jeszcze ciekawiej, jak się okazuje, zrobiło się w finale: tam ów Konwiński nie miał żadnych szans. Powtórzę to co napisałem wcześniej: jeśli ludzie, którzy uznali za swój obowiązek głosować, mieli do wyboru Biedronia i Konwińskiego, musieli dać zwycięstwo Biedroniowi, z tej prostej przyczyny, że on jest lepszy w sposób bezdyskusyjny. W momencie gdy nie było już na polu walki PiS-u, a więc odpadły sztuczne emocje i ciężkie obsesje, pozostał już tylko Biedroń. Jeszcze raz muszę wszystkich przeprosić, ale ja – gdybym musiał iść do tych wyborów i nie miał sumienia oddać głosu nieważnego – bym też głosował na Biedronia, nie dlatego, że nienawidzę Platformy, ale z czystej intelektualnej uczciwości. A gdyby finał wyglądał tak, że tam by trzeba było wybierać między Biedroniem, a Kujawskim, zostałbym w domu, dokładnie tak, jak 70 procent mieszkańców Słupska, i nikt by mnie do tego lokalu nie zaciągnął.
Do czego zmierzam? No i dlaczego mówię, że wyniki wyborów w Słupsku są dla mnie źródłem nadziei. Otóż wydaje mi się, że tu właśnie bardzo wyraźnie pokazało się, że jeśli chce się wygrać, wystarczy mieć kandydata, który może być nawet „pedałem od Palikota”, byle tylko był grzeczny, sympatyczny i w miarę inteligentny. Ale tu właśnie, w tym nieszczęsnym Słupsku, wyszło na to, że kiedy Platforma traci to co ma najcenniejszego, a więc tę swoją nienawiść do PiS-u, przegrywa z każdym: nawet kimś tak wydawałoby się niewybieralnym, jak ów wspomniany „pedał od Palikota”. Porażka, jaką tam uzyskała Platforma Obywatelska, gdzie 70 procent wyborców pozostała niezainteresowana w domu, a większość głosujących wybrała Biedronia, pokazuje, że ów projekt jest już ostatecznie skończony. To co ich jeszcze jakoś trzyma, to antypisowska obsesja, którą zaszczepili części obywateli.
Otóż właśnie obsesja. W Warszawie Jacek Sasin osiągnął znakomity wynik i pokazał zarówno Gronkiewicz-Waltz, ale też wszystkim w miarę przytomnym warszawianom, że Platforma w stolicy to kolos na bardzo glinianych nogach. A ja jestem pewien, że jeśli Sasin – od Gronkiewicz-Waltz lepszy o niebo – przegrał, to tylko dlatego, że jest z PiS-u. Gdyby tam, w Warszawie właśnie, doszło do sytuacji takiej jak w Słupsku, i naprzeciwko siebie stanęliby Gronkiewicz i Biedroń, Biedroń zostałby prezydentem. Ale także, gdyby wczoraj doszło tam do pojedynku Sasin – Biedroń, Biedroń nie miałby najmniejszych szans.
Czemu tak? Bo, wbrew wszystkim tym kalkulacjom, wyborcom zawsze pozostają tylko dwie rzeczy: albo nienawiść, albo serce. Kiedy nie ma serca, pozostaje nienawiść, kiedy nie ma nienawiści, triumfuje serce.

Jak słyszę, Gabriel jednak został przez chorobę pokonany i nie bardzo wiem, jak wygląda dla nas nadchodzący tydzień. Jest obawa, że nasz wyjazd na targi we Wrocławiu zostanie odwołany. Miejmy jednak nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a póki co, zapraszam wszystkich, jak zawsze, do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...