Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory do Sejmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory do Sejmu. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2011

O fartuszku za dwie dychy i końcu wakacji

Długi weekend minął mi dokładnie tak samo jak długi tydzień i długi miesiąc, a więc tak sobie, tyle że może szybciej, niż działo się to jeszcze rok temu. Mogłoby to oczywiście świadczyć o tym, że się starzeję, ale mówią mi mądrzy ludzie, że życie stawia przed nami tyle ofert, a każda z nich ciekawsza od drugiej, że szybki upływ czasu wcale już nie dotyczy ludzi starszych, ale w ogóle każdego, kto jakoś tam w to życie się angażuje, włączając w to nawet małe dzieci. Inna sprawa, że ja tych ofert za bardzo nie widzę, no ale kto wie, czy one nie są jakoś tak sprytnie ukryte, że niby ich nie ma, a jednak są. I przyśpieszają to moje życie właśnie tak dyskretnie.
Wymieniłem sobie dziś mailową korespondencję z naszą koleżanką Marylką i poskarżyłem się jej, że gniję, na co ona zapewniła mnie o tym, że mnie świetnie rozumie, ponieważ kiedyś sama bardzo skutecznie przeżywała ów stan gnicia. Oczywiście zrobiło mi się raźniej, tyle że przy tym, nagle przypomniałem sobie coś z bardzo już zamierzchłej przeszłości i to wspomnienie stało się tak intensywne, ze nie dość, że podzieliłem się nim z samą Marylką, to wygląda na to, ze będę się musiał nim podzielić i z tymi, którzy jakimś cudem jeszcze czytają te wpisy.
Otóż jeszcze w pierwszej połowie lat 70-tych, kiedy nie dostałem się na studia, poszedłem pracować do takiego typowego peerelowskiego domu handlowego w Katowicach, gdzie przyszło mi sprzedawać obywatelom popsute telewizory, popsute radia i z jakiegoś jednak powodu na ogół sprawne magnetofony. Jeśli ktoś planuje od razu mi przypomnieć, że ja już o tym pisałem i powinienem szybko zmienić temat, to od razu odpowiadam, że wiem, tyle że ja dziś nie o tym, ale o czymś obok tego. Przyszedłem więc pierwszy raz do pracy, stanąłem ładnie przy ladzie, w takim bardzo gustownym granatowym fartuszku, pojawił się pierwszy klient i zapytał, czy są magnetofony ZK-120. Ponieważ nie wiedziałem, powiedziałem grzecznie, że zapytam, poszedłem do mojego kierownika, spytałem, czy są magnetofony ZK-120, on mnie na to z porozumiewawczym mrugnięciem poinformował, że są w magazynie, ja wróciłem do mojego pierwszego klienta, powiedziałem mu, że zaraz przyniosę, no i mu przyniosłem. Kiedy on już odchodził z dokonanym zakupem, włożył mi do kieszeni mojego granatowego fartuszka jakieś pieniądze. Trudno mi jest dziś powiedzieć, ile to było, bo w ogóle słabo pamiętam, jakimi sumami obracaliśmy w tamtych czasach, ale powiedzmy, że jakieś 20 zł.
Ja oczywiście, ani nie byłem przygotowany na coś takiego, ani tym bardziej nie liczyłem na to, że on mi w ogóle będzie dawał jakiekolwiek ekstra pieniądze, ale, jak się okazało, ten akurat klient był zaledwie pierwszym z całego szeregu klientów, którzy z jakiegoś powodu uznawali, że sprzedawcy należy dać napiwek za to, że ich uprzejmie obsłużył. Po pewnym czasie doszło do tego, że klienci wrzucali mi do kieszeni tego mojego fartuszka tyle pieniędzy, że ich wielkość zaczęła parokrotnie przewyższać to, co ja tam w tym sklepie zarabiałem oficjalnie. Przychodził więc człowiek, kupował telewizor o nazwie Beryl, wychodząc dawał mi te 50 zł, na drugi dzień wracał z tym telewizorem, bo mu się zepsuł, ja mu dawałem nowy, on mi wtedy dawał kolejne 50 zł, na trzeci dzień przychodził z następnym, i dawał mi złotych 20, a ja sobie nagle myślałem: „A co to ma znaczyć? Czemu tylko 20? A co mu się nagle nie podoba?”
Ktoś może pomyśleć, że ja mam z powodu tego mojego zachowania jakieś wyrzuty sumienia i że ten tekst jest już kolejnym w temacie takiej taniej ekspiacji za dawne grzechy. Otóż nie bardzo. Nie widzę tu żadnej swojej winy. Przede wszystkim było tak, że ja, jeszcze na początku mojej pracy sprzedawcy, bardzo się opierałem przed tym wkładaniem mi ręki do kieszeni, a więc to, że te pieniądze tam wciąż lądowały nie było ani moją inicjatywą, ani nawet moim współsprawstwem. Tyle wszystkiego, że faktycznie, kiedy nagle tych pieniędzy z jakiegoś powodu nie było, to mogłem bardzo wyraźnie zauważyć, jak wygląda porządna tresura. I każda refleksja związana dziś z tamtym ciągiem zdarzeń, z pewnego punktu widzenia może być niezbyt komfortowa.
Powód dla którego opowiedziałem Marylce o tamtych czasach był bardzo ściśle określony, natomiast nie będę go tu w tej chwili powtarzał, bo i jakoś mi niezręcznie, a poza tym to, że opowiadam o tym fartuszku i tej kieszeni teraz, ma przyczyny zupełnie inne i daleko bardziej prozaiczne. Jak już wspomniałem, ów miniony długi weekend zostawił mnie w tak fatalnej rozsypce psychicznej, że ja od rana myślę sobie, że wypada cos nowego napisać, i nic mi nie przychodzi do głowy. To znaczy, do głowy przychodzą mi różne rzeczy, tyle że żadna z nich albo nie jest na tyle ciekawa, by się nią tu chwalić, albo może i jest ciekawa, natomiast ja nie umiem z niej wykroić nic większego, niż to jedno, czy powiedzmy dwa zdania.
Wczoraj na przykład oglądałem troszeczkę uroczystość składania wieńców przed pomnikiem w Warszawie, patrzyłem na kolejne delegacje, słuchałem głosu tej pani, która informowała, że oto idzie prezydent Komorowski, a teraz idzie premier Tusk, a za nim idzie marszałek Schetyna, i tak dalej i tak dalej, i w pewnym momencie pojawił się wojskowy attache Ambasady Brytyjskiej w Polsce, niejaki Nigel Phillips, a owa kobieta przedstawiła go jako „nigiel filips”. Dokładnie tak. Nie „najdżel”, ale „nigiel”. Śmialiśmy się z moim synem troszkę, bo to „nigiel” zabrzmiało rzeczywiście zabawnie. On nawet w pewnym momencie zaczął się zastanawiać, jak to się stało, że ona wiedziała, jak się czyta słowo „Phillips”, ale uznaliśmy, że pewnie ma w domu telewizor marki Philips i ponieważ jej mąż zawsze mówi do niej: „Zapuść Filipsa”, to ona tego akurat się nauczyła. Natomiast ten Nigel ją zaskoczył.
A więc wymyśliłem sobie, że może warto by było wziąć ten incydent z Nigelem, i spróbować od niego wyjść i dokądś dojść, ale nic z tego mi nie wyszło. Dziś natomiast, już w pełnej desperacji, zajrzałem na Onet i tam zobaczyłem dwie informacje. Pierwsza to taka, że „‘Zadymiarz’ z ‘S chce kandydować z list PiS”, o tym, że działacz stoczniowej Solidarności Karol Guzikiewicz ma czelność pójść śladem ludzi tak poważnych i powszechnie szanowanych, jak Julia Pitera, czy Stefan Niesiołowski, i też kandydować do Sejmu. Druga natomiast to ta, że Platforma Obywatelska skonstruowała „tajną broń”, dzięki której Polacy mieszkający na Wyspach Brytyjskich dadzą jej kolejne cztery lata władzy, i że ta broń nazywa się Jan Vincent Rostowski. No ale i jedno i drugie nie zainspirowało mnie w najmniejszym stopniu, no bo przede wszystkim, jak można komentować sposób myślenia, za którym stoi przekonanie, że dla zadymiarzy w Sejmie miejsca nie ma, bo wszystkie dostępne zajęli polityczni chuligani i bandyci, no a nawet jak już ktoś przedstawi na to jakąś w miarę poukładaną logikę, to już zupełnie nie ma sposobu, by uznać, że brytyjska Polonia jest już tak durna, że skoro nie chcą się dać nabrać na Donalda, to się dadzą nabrać na Vincenta? Zacząć rechotać? Przepraszam bardzo, ale tu na to miejsca nie ma.
A zatem, przejrzałem ten Onet i też stanąłem w miejscu. A pisać trzeba, bo, cokolwiek by o dzisiejszej sytuacji nie sądzić, to jakiejś oczekiwania wciąż wobec tego bloga istnieją. No i jednak pomyślałem sobie, że opowiem o tym niebieskim fartuszku i jego przepastnych kieszeniach, bo, wbrew pozorom, jest to opowieść wiele bardzo mówiąca nam wszystkim o nas wszystkich. I, jak ktoś chce, może ją nawet potraktować jako łamigłówkę. A skoro już System dostał cholery, że posłem może zostać solidarnościowy działacz Guzikiewicz, to przyszło mi do głowy coś jeszcze. Otóż proszę sobie wyobrazić, że o ile Guzikiewicz, jak sam mówi w wypowiedzi cytowanej przez Onet, jeszcze nie wie, czy się ostatecznie znajdzie na listach Prawa i Sprawiedliwości do Sejmu, bo on na razie jest tylko tak zwanym „kandydatem na kandydata”, to ja mogę powiedzieć, że jeśli idzie o mnie, to ja już jestem kandydatem niemal pełnym. Niemal, czyli jeszcze bez ostatecznego miejsca na liście. Ale owszem – będę kandydował w Katowicach do Sejmu z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.
I teraz chciałem powiedzieć zupełnie uczciwie, że nie mam pojęcia, jak się ta walka skończy. Pewnie łatwo nie będzie. Ale jeśli jakimś cudem uda mi się do Sejmu wejść, to ci co ich mam w tej chwili w głowie, mogą się zacząć denerwować już bardzo naprawdę. Bo ani śp. Andrzej Lepper, ani dzisiejszy Guzikiewicz nie pokazali dotychczas nawet 10% z tego, co oni zobaczą, kiedy się ta kampania szczęśliwie dla mnie zakończy. Oni wtedy zobaczą, jak wygląda bezkompromisowość w wydaniu turbo. I zobaczą, jak to jest, kiedy rządzi lud. Lub jak mówią Anglicy gmin, czy ludzie zwyczajni.
Jest jeszcze coś. Podobnie jak wydanie przez mnie książki, najwyraźniej tylko pogorszyło moją sytuację finansową, może się zdarzyć, że powyższe oświadczenie też tylko mi zaszkodzi. W końcu posłom naprawdę nie trzeba sponsorować niczego. No ale, mogę jeszcze parę dni z tą wiadomością czekać, a w końcu i tak wszystko wyjdzie na jaw. A zatem, najuczciwiej jak potrafię, przypominam wszystkim zainteresowanym: ten blog jest w tej chwili jedynym źródłem mojego utrzymania. Bardzo więc proszę, kto chce i może, niech kupuje książkę – naprawdę warto – a kto już ja ma, niech łaskawie wspiera ten blog w inny sposób. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...