Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyńśki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyńśki. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2011

O śmierci naszej i nie naszej

Sprawa jest już sprzed paru dni, niemniej stanowi wydarzenie tak, moim zdaniem, szokujące, że należy się nim zająć i tutaj. Oto w publicznej domenie toczy się debata nad wolnością opluwania polityków z jednej i drugiej strony i, tak jak to zwykle bywa, jedna z tych stron gapi się na sytuację z szeroko otwartymi oczami i pyta z dziecięcym zdumieniem: „Kto? My?”
Bezczelność tego typu zachowań jest szalona do tego stopnia, że, jakby tego było mało, pojawiły się obok tego nagle głosy, robiące wrażenie wulgarnej parodii, a w rzeczywistości – jeśli tylko weźmie pod uwagę nasze dotychczasowe doświadczenia – najprawdopodobniej całkowicie szczere, streszczające się do jeszcze jednej kwestii: „Ciekawe, co by to było, gdyby ktoś nagle zechciał tak obrażać Lecha Kaczyńskiego?”
Oto na portalu Nowy Ekran umieszczony został filmik z youtuba, nakręcony i zrealizowany i zagrany przez jakiegoś młodzieńca z Katowic, podpisującego się ‘dallas studios’, a przedstawiający kreację o nazwie Sprinter Cell, gdzie ów Sprinter Cell obiecuje wymordować wszystkich tych, którzy popierają Jarosława Kaczyńskiego, i z okna hotelu właśnie w Katowicach przeprowadza zamach na jakąś kobietę wyprowadzającą psa na spacer. Film jest niezwykle brutalny, pełen wyzwisk i wulgarnych słów, skierowanych do potencjalnych wyborców PiS-u. Autor filmu się nie ukrywa. Widać jego twarz, słychać jego głos, wydaje się być całkowicie odsłonięty. Film wisi sobie bezpiecznie tu.
Oczywiście sama postać tego chłopaka jest interesująca. Film z symulacją zamachu na kobietę z psem, która została skazana na śmierć, bo w wyborach prezydenckich głosowała na Jarosława Kaczyńskiego, jest zaledwie jednym z wielu filmików autorstwa tego ‘dallas studio’, i, jeśli wziąć pod uwagę całość twórczości owego internauty – w większości nawet nie brutalnej, lecz zaledwie płaskiej i głupiej – dowodzi on nawet nie tego, że mamy do czynienia z groźnym psychopatą, ale wyłącznie faktu, że popularna kultura, w kształcie jaki zaczyna u nas dominować, niszczy już nawet to, czego wydawało się, zniszczyć nie ma jak. Oto przed nami uczeń, a może już student, z całą pewnością o większych intelektualnych i, co ciekawe, nawet artystycznych, ambicjach, niż te najbardziej powszechne wśród jego kolegów z osiedla, dla którego wszystko jest wyłącznie popularną zabawą i zabawy tej parodią. A skoro tak, to nic nie stoi na przeszkodzie, by w ramach tej zabawy wziąć i zwyczajnie zamordować jakiegoś pisiora i na dokładkę jego psa. Albo, jeśli nie zamordować, to pokazać, jak to można fajnie zrobić.
Jednak to, co jest w tym wszystkim najciekawsze, to to że ten filmik tam na tym youtubie sobie spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, wisi. Nie to, że wśród nas mieszka jakieś dziecko z zaburzeniami osobowości. To akurat, jak wiemy, bywa. Natomiast to, że ten film nie spotkał się z reakcją właścicieli portalu, którzy – jak powszechnie wiadomo – monitorują systematycznie jego zawartość, jest czymś bardzo poruszającym. Parę dni temu mój syn, zakochawszy się w twórczości muzycznego zespołu o nazwie Bon Iver, postanowił jedną z ich piosenek umieścić właśnie na youtubie. Piosenka została natychmiast przez administrację portalu usunięta, a konto mojego syna automatycznie zablokowane. Jednocześnie otrzymał informację, że ponieważ złamał regulamin, nie może aktywnie korzystać z youtuba, i jedynym warunkiem zdjęcia blokady jest wypełnienie przez niego jakiejś ankiety, gdzie będzie się mógł wykazać znajomością obowiązków, jaki każdy obywatel posiada, czy jakoś tak. Symulacja zamachu na kobietę popierającą Prawo i Sprawiedliwość jest przez administrację youtuba tolerowana. Tolerowana już od ponad roku. A to co dla mnie jest może jeszcze bardziej poruszające, to fakt, że takich filmów zapewne na youtubie i gdzie indziej, jest dużo więcej. Tyle że nie o wszystkich napisano nam na Nowym Ekranie.
Dlaczego myślę, że ich jest dużo więcej? I dlaczego uważam, że one wiszą tam niczym nie niepokojone? Otóż odpowiedź mogła by brzmieć: „Bo czemu nie?” Wszyscy mamy oczy, uszy i jakoś udało nam się przeżyć najbardziej ciężki okres, kiedy to tyle z nich zostało skutecznie zalepionych tą straszną, nieludzka mazią. Widzimy od wielu lat bardzo wyraźnie, ze nienawiść do braci Kaczyńskich i wszystkiego, co się z nimi kojarzy, stała się częścią popularnej kultury. Czymś tak oczywistym jak sklep, telewizor, czy kolorowe czasopismo. W efekcie tego procesu, doszło do tego, że nie jest już w ogóle czymś poruszającym, że ktoś nagle życzy Jarosławowi Kaczyńskiemu śmierci, lub cieszy się, że nie żyje Lech Kaczyński, ale już znacznie bardziej to, że ktoś o jednym czy o drugim powie parę dobrych słów. Dlatego właśnie, jak sądzę, dziś, kiedy gniew przeciwko rządowi i prezydentowi zaczyna narastać i manifestuje się w przeróżnych aktach wrogości, wiele osób jest szczerze przekonanych, że oto pojawiła się w naszym życiu publicznym jakaś nowa jakość, polegająca na tym, że się lży osoby publiczne.
Jestem pewien, że wiele z osób, kiedy zadają nam pytanie, co by to było, gdyby ktoś chciał obrażać Lecha Kaczyńskiego, ma naprawdę przekonanie, że Lecha Kaczyńskiego nikt nigdy, nawet przez moment nie obrażał. O Lechu Kaczyńskim się wyłącznie rozmawiało, tak jak się rozmawia o pogodzie, czy o bieżących wydarzeniach. Obraża się dopiero dziś. Donalda Tuska, mówiąc na niego, że jest „matołem” i prezydenta Komorowskiego, że jest „głupkiem”. I postępowanie administracji youtuba stanowi wyłącznie potwierdzenie tego, co wyżej napisałem. Gdybym ja umieścił tam film, na którym pokazałbym, jak się strzela do działacza Platformy Obywatelskiej, ten film by został natychmiast usunięty, moje konto by zostało na stałe zablokowane, i niewykluczone, że po paru dniach wpadliby do mnie funkcjonariusze ABW z pretensjami. Informacji zawartej w żarcie o nazwie Sprinter Cell ani administracja youtube, ani w ogóle nikt inny nawet nie zauważył, ponieważ on zniknął w powodzi tysięcy podobnych, jakie nas zalewają od lat.
A zatem uważam, ze takich filmików na youtubie musi być znacznie więcej. Natomiast ci, którzy powinni się nimi interesować, kolekcjonują je, to tu to tam, wyłącznie dla swojej prywatnej rozrywki. Jakiś czas temu pisałem tu o zamieszczonym na portalu Joe Monster, wciąż tam obecnym i – podobnie jak dowcip o strzelaniu do wyborców Jarosława Kaczynskiego – przez nikogo nie niepokojonym, gdzie pada propozycja, by Kaczyńskiego powiesić na drzewie. Opisywałem też tu inny żart, tym razem nie w wykonaniu jakiegoś półprzytomnego gówniarza, lecz ważnego polskiego polityka, Janusza Palikota, zamieszczony na jego blogu. Też już dawno dość i też wciąż tam obecny. I też, jak się zdaje, nie zagrożony jakąkolwiek krzywdą. Tu już nie powiem ani słowa. Proszę rzucić okiem
Już nic nie powiem. Bardzo proszę to obejrzeć. I proszę się nie wykręcać. Proszę się nie popisywać retoryką typu: „Palikot? No wiesz! A kto to jest Palikot?” Bo to jest świadectwo czasów. To trzeba znać. To i tamto i jeszcze parę innych rzeczy. Trzeba to znać, pamiętać pewne nazwiska, pewne słowa. Trzeba nie zapominać. Przyjdzie czas, że nasza pamięć może się okazać bezcenna.

czwartek, 5 maja 2011

Z punktu widzenia mojego psa

Obiecywałem sobie, ze nie będę już wracał do spraw Śląska, Ślązaków i tak zwanej śląskości z dwóch powodów. Przede wszystkim, przez wzgląd na moich przyjaciół, którzy ze Śląskiem czują się związani emocjonalnie i wszystko co w ich regionalny patriotyzm uderza, traktują jako osobistą przykrość. A ja swoim przyjaciołom przykrości sprawiać nie chcę. Po drugie, chodziło mi o swoją własną reputację. Zdaję sobie mianowicie sprawę z tego, że napięcia są tak duże, że często przesłaniają zdrowy rozsądek. A w związku z tym mam prawo obawiać się, że jeszcze jeden mój gest przeciwko tak zwanej śląskości, a ja, przynajmniej w oczach niektórych z nas, stracę całkowicie. Obiecywałem sobie, i niestety, nic z tego nie będzie.
Cóż takiego się stało? Otóż i stało się i się dzieje. Dzieję się niemal codziennie, i nie ma w tym nic dziwnego. Ja tu w końcu mieszkam i musiałbym być głuchy i ślepy, żeby pewnych rzeczy nie zauważać. Wczoraj na przykład przechodziłem sobie obok kiosku z gazetami i zauważyłem, bardzo zresztą wyeksponowany, nowy tytuł, a mianowicie coś, co się nazywa Nowa Gazeta Śląska. A tam, już na pierwszej stronie, uderzył mnie w oczy wielki tytuł informujący o tym, że dekret KRN znoszący autonomię Śląska jest nielegalny. Oczywiście gazety nie kupiłem, natomiast wyszukałem sobie ich stronę w Internecie, i tu z kolei uderzył mnie adres – nie nowagazetaslaska.pl, lecz nowagzetaslaska.eu. Oczywiście, ktoś mi powie, że to akurat jest bez znaczenia. Obecnie mnóstwo adresów jest podpiętych pod domenę ‘eu’. No ale oni sobie wybrali tę, a nie inną, a ja to zauważyłem. I koniec gadki. Wszyscy pozostajemy przy swoim.
Ale ja nie chciałem o Nowej Gazecie Śląskiej. To był tylko pierwszy z brzegu przykład tego, co się dzieje. Kiedy siadałem do tego tekstu, miałem w głowie coś nieco ciekawszego. Otóż, jak już być może wspominałem, mamy psa. Najmłodsza Toyahówna skończyła ostatnio 18 lat i jej koleżanki z tej okazji postanowiły się złożyć i kupić nam psa labradora. Nie żebym narzekał. Pies jest prześliczny, kochany, ma smutne oczka i już nawet nie sika w domu i nie robi kupy. A teraz nawet śpi, spał też i wcześniej, a jak go znam, resztę dnia też spędzi – śpiąc. Natomiast jeden fakt jest taki, że trzeba z nim niekiedy wychodzić, a drugi taki, że wychodzić z nim mam też ja, głównie ze względu na to, że jestem już stary i mam dbać o zdrowie. Wychodzę więc z nim i na nowo odkrywam świat.
Być może pierwszym moim zaskoczeniem było to, że nasze śląskie ulice są w sposób absolutnie dramatyczny zaśmiecone. Kiedy jeszcze nie miałem psa, chodziłem sobie tam i z powrotem i, jeśli przychodziło mi do głowy, żeby patrzeć pod nogi, to wyłącznie w obawie przed psimi kupami. Dziś widzę, że kupy, to akurat jest drobiazg. Prawdziwe nieszczęście to potworne ilości najróżniejszych śmieci – papierki, jakieś stare folie, skórki od chleba, resztki jedzenia, jakichś ogryzków, ości z ryb, resztki jarzyn, obierki z ziemniaków, i już zupełnie niezidentyfikowany syf. Ale głównie jakieś jedzenie. Moje miasto pokryte jest od horyzontu, po horyzont wyrzuconym przez ludzi jedzeniem. Wyrzuconym przez ludzi, którzy tu mieszkają.
Ale, kiedy szedłem sobie na spacer z naszym psem, korzystając z tego, że on się wciąż zatrzymuję, a ja mam czas, żeby raz na jakiś czas też przystanąć i się rozejrzeć, na jednym z budynków zauważyłem coś niezwykłego. Wmurowaną tablicę poświęconą pamięci Jana Mitręgi. Starsi czytelnicy być może wiedzą, kim był Jan Mitręga, ale na wszelki wypadek – no i z myślą o tych młodszych – przedstawiam odpowiednią informację:
Urodził się 21 kwietnia 1917 w Michałkowicach, w polskiej rodzinie o tradycjach powstańczych i narodowych. W 1935 wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), a w 1936 do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP). Od 1937 pracował na KWK Michał (Siemianowice Śląskie). W czasie II wojny światowej był współorganizatorem akcji strajkowej wymierzonej w politykę Niemiec, sprzeciwiającej się 10 godzinnemu systemowi pracy. W 1945 stanął na czele konspiracyjnej Rady Zakładowej, czuwającej nad tym by Niemcy nie zniszczyli zakładu pracy podczas swojej ewakuacji. W latach 1947–1952 był szefem Rady Zakładowej KWK Michał. W 1952 został powołany do pracy jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. W tym czasie ukończył także Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. W tym czasie powołał Międzyresortową Komisję Węgla Kamiennego. Wstąpił do PZPR (1952–1990). W latach 1945–1970 był członkiem Zarządu Głównego Związku Zawodowego Górników (ZZG), w latach 1955–1975 prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Inżynierów i Techników. W latach 1961–1975 członkiem KC PZPR, w latach 1962–1975 posłem na Sejm PRL III, IV, V i VI kadencji. Od 1935 był członkiem (seniorem)ZHP. W roku 1972 otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Działał w katowickim kole Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Był uważany za człowieka Władysława Gomułki, którego uważał za największego polskiego patriotę po 1945. Wspierał działania generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Teksty Jana Mitręgi zamieszczał lewicowo-narodowy Tygodnik Ojczyzna.
W 2007 obchodzono jubileusz 90-lecia Jana Mitręgi. Otrzymał on z rąk prezydenta Siemianowic Śląskich Jacka Guzego przyznany mu przez Radę Miasta tytuł Honorowego Obywatela Siemianowic Śląskich. Zmarł 7 listopada 2007 roku”.
Życiorys jak życiorys. Pełno takich w powojennej historii Polski i pewnie każde jego zdanie – tak jak każde zdanie w tamtych życiorysach – jest jak najbardziej prawdziwe i ścisłe, włącznie z tym współorganizowaniem akcji strajkowej przeciwko Niemcom w czasie okupacji i wspieraniem działań (co to musiały być za działania!) generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Mnie dziś jednak bardziej od Mitręgi interesuje ta tablica. Otóż jest ona wmurowana na ulicy Powstańców, naprzeciwko dawnego Ministerstwa Górnictwa, a dziś Kompanii Węglowej, pod którą od czasu do czasu przychodzi jakaś demonstracja z udziałem cegieł i kilofów, i później tę wizytę relacjonuje telewizja TVN24, na frontowej ścianie czegoś co się nazywa Stowarzyszenie Techników i Inżynierów Górnictwa. Tablica jak tablica, a więc widzimy twarz Mitręgi, pod twarzą napis: „Jan Mitręga (1917-2007) twórca nowoczesnego przemysłu węglowego i energetyki w Polsce. Wybitny Ślązak, wielki patriota. Szanował ludzi, wiernie im służył”, a pod napisem mnóstwo pięknych, kolorowych kwiatów. Właśnie tak.
Stałem tam pod tą tablicą z moim psem i myślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sprawa z tym Mitręgą. U nas na Śląsku wielkich Ślązaków, których czcimy i z których jesteśmy dumni, mieliśmy zawsze dość znaczną ilość. Osobiście mam wrażenie, że właściwie nie ma Ślązaka, który byłby w jakiś sposób osobą publiczną, i nie był jednocześnie przez jakąś inną grupę Ślązaków. uważany za postać wielką i wybitną. Czy to Korfanty, czy Morcinek, czy Arka Bożek, Ligoń, Rymer, czy jacyś inne dzieci tej ziemi, o bardziej egzotycznie brzmiących nazwiskach, jak Wilhelm Martin Kutta, czy Johann Georg III von Oppersdorff – wszyscy oni to tu to tam są przez śląskich patriotów czczeni i uwielbiani. Powiem szczerze, że osobiście większości z nich nie znam, a jeśli nawet znam, to nic o nich nie wiem, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla wielu, śląskość ma to do siebie, że ona sama stanowi przepustkę do historii. Jeśli ktoś ma śląskie papiery, a jednocześnie jego nazwisko pojawiło się parę razy publicznie, w dowolnym okresie naszej historii, dla porządnego Ślązaka ten koś automatycznie staje się ikoną.
Jak mówię, Morcinek to dla mnie przede wszystkim ten gość od Łyska z pokładu Idy i Stalinogrodu, Korfanty to ktoś kogo podobno nienawidził Piłsudskiego – i wzajemnie, Ligoń to z kolei patron ulicy Ligonia, a ten Johann Georg III von Oppersdorff, to z kolei nikt. Ale jest też paru Ślązaków, których znam świetnie, wiem o nich znacznie więcej niż o Arce Bożku, a którzy dla prawdziwego śląskiego patrioty są Ślązakami wybitnymi w co najmniej takim samym stopniu jak Bożek. Co najmniej, a kto wie, czy nie bardziej nawet. Mam tu na myśli przede wszystkim Jerzego Ziętka, Barbarę Blidę i teraz Jana Mitręgę. Ktoś powie – komuchy. Nieprawda. Komuchem się jest poza tą ziemią. Tu wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Solą tej ziemi.
Śląskiego fenomenu Jerzego Ziętka nie rozumiałem nigdy. Człowiek, który nie dość, że był najwierniejszą i wieczną częścią naszej rodzimej bolszewii, to jeszcze – jak mówią ci co wiedzą – cieszył się takim zaufaniem Centrali, że nie było w Polsce nikogo na tyle dzielnego, żeby mógł go zaczepiać od kątem jego przedwojennej przeszłości. A gdy tylko zmarł, stał się śląską ikoną, bohaterem i świętym. Naszym Panem Wojewodą. Naszym Jorgiem. No ale do niego wszyscy jakoś się przyzwyczailiśmy. Z Blidą sprawa wydawałaby się prosta. Ona przez to, że poniosła śmierć z rąk Jarosława Kaczyńskiego i jego watah, stała się w jednym momencie jedną ze śląskich błogosławionych i tu nie ma dyskusji. Ale to nie do końca musi o to tylko chodzić. Jak wsłuchać się we wspomnienia o „naszej Basi”, tam znajdziemy wszystkich – nie tylko przedstawicieli pierwszego frontu antykaczystowskiego. Będzie więc i miejscowy ksiądz, ksiądz arcybiskup, muzyk z Siemianowic Józef Skrzek – można by wymieniać – dla nich wszystkich, nawet jeśli ona nie padła ofiarą polityki PiS-u – to z pewnością umarła za Śląsk. Za te kopalnie, za ten trud. I teraz nagle pojawił się ten Mitręga. To znaczy, jak się okazuje, pojawił się już jakiś czas temu, ale dziś pięknie jakoś się do naszej sytuacji dopasował.
A ja się zastanawiam, czemu akurat on? Czemu nie Zdzisław Grudzień, czy Edward Babiuch, czy wreszcie czemu nie Edward Gierek? Ktoś powie, że to już jednak z drugiej strony Brynicy, i ja to rozumiem. Gierek, Babiuch i Grudzień to gorole. No ale przecież, jak by nie patrzeć – wybitni. No i Mitręga też nie tylko Gomułkę i Moczara, ale i ich z całą pewnością szanował. Czy jego słowo tu nie wystarczy? Czy jego autorytet tu nie ma znaczenia? No a poza tym, to naprawdę zaledwie parę kilometrów. No i oni jednak – może z wyjątkiem Gierka – mieli w glosie tę specyficzną nutkę. Czy to się nie liczy?
Więc jednak nie. Na Śląsku wielkość to kategoria bardzo wyśrubowana. Tu liczy się każdy kilometr. Co ja mówię „kilometr”? Centymetr się liczy. Śląski patriotyzm to nie zabawa, to nie żart. To jest prawdziwa walka, a z tą walką idzie prawdziwa duma. I tu nie ma kompromisów. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Bo na szali jest przyszłość. Tego miejsca, tych ludzi i tej historii.
Jan Mitręga. Wybitny Ślązak i wielki patriota. Ten który nam stworzył nowoczesny przemysł węglowy. Mitręga, Ziętek, Blida, w przyszłości oczywiście Kazimierz Kutz. A poza nimi, oczywiście wielu, wielu innych – wybitnych bardziej, mniej, lub w ogóle, ludzi wspaniałych, ale też podłych, których łączy jedno – przez pewne środowiska na Śląsku oni wszyscy zostali uznani za synów tej ziemi, a więc nietykalnych. I w ten sposób, znaleźli się poza historią, poza Polską i w właściwie poza światem.
Wspomniałem tu parę dni temu, jak to w zeszłym tygodniu w telewizji wystąpiła Anita Werner i zapytała jednego ze swoich gości, jak jego zdaniem zareagowałby Jan Paweł II, gdyby dziś żył i usłyszał Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten mówi o śląskości jako o ukrytej opcji niemieckiej. Parę osób zdążyło się to tu to tam na to jej zachowanie pooburzać, natomiast ja mam wrażenie, że ta sprawa przede wszystkim się coś za długo ciągnie. Wydawało się, że sprawa owej „śląskości” została już dokładnie i do końca wyjaśniona. W międzyczasie też pojawiło się mnóstwo różnych równie atrakcyjnych okazji, by może nawet jeszcze skuteczniej gnoić Kaczyńskiego i jego środowisko. Myślę sobie w tej sytuacji, że może, skoro oni są aż tak zażarci, dobrze by było postawić sprawę jasno i powiedzieć, że tu w ogóle nie chodzi o jakąś opcję „ukrytą”. Ta opcja w żadnej mierze nie jest ukryta. To wszystko jest jak najbardziej otwarte i oficjalne. I ten kierunek jest jak najbardziej precyzyjnie określony.
Niedawno miałem okazję gościć w pewnym śląskim domu w Chorzowie. Od razu muszę powiedzieć, że ci moi śląscy znajomi to bardzo mili ludzie. Naprawdę mili i przyznaję uczciwie, że ich towarzystwo jest mi sympatyczne. Lubię tam bywać i oni chyba tez lubią, kiedy ja tam u nich jestem. Otóż jest tak, że ich synek w pokoju ma powieszoną niemiecką flagę z napisem Deutschland, a jak wychodzi się od nich na korytarz, na drzwiach naprzeciwko wisi wielkanocna ozdoba w postaci zajączka i napisu „Willkommen”. Wychodzę z tego domu, udaję się na przystanek tramwajowy i od razu – jak już zdarzyło mi się to parę razy wcześniej – słyszę, jak z pobliskiego sklepu muzycznego biegną do mnie dźwięki najbardziej typowych niemieckich szlagierów. O nie! Ta opcja w żaden sposób się nie ukrywa. Ona całkowicie otwarcie się obnaża i jest w tym obnażeniu bezwstydna coraz bardziej. A prawdziwe nieszczęście polega na tym, że im bardziej nasza Polska będzie stanowiła dla nich wyłącznie zawód – a przyznać musisz, Polsko, że ostatnio jakoś się fatalnie staczasz – oni coraz częściej będą się zwracać w kierunku Niemców. W końcu, cóż im pozostaje innego? Hrabia Bronisław Komorowski? Nie żartujmy.
I tu musi się, już na sam koniec pojawić pewna jeszcze refleksja. Cokolwiek by o Ślązakach mówić, nie da się zaprzeczyć, że potrafią czcić swoich bohaterów. Dziś sobie więc myślę, że w pewien paradoksalny sposób, szkoda wielka, że Lech Kaczyński nie był Ślązakiem. Przede wszystkim miałby już w każdym śląskim mieście i miasteczku swój pomnik, swoją tablicę i jakiś obiekt – szkołę, szpital, stadion, rondo, ulicę – nazwany swoim imieniem. Tak jak choćby wspomniany wcześniej Ziętek. A biorąc pod uwagę, że tzw. śląska agenda potrafi być naprawdę ekspansywna, niewykluczone, że Gorzelik z kolegami nawet by wymusili na Warszawie, by i tam dla pierwszego Prezydenta-Ślązaka stanęło coś dużego. Niestety, prezydent Kaczyński Ślązakiem nie był, a ponieważ nasza polska szlachta ma jego pamięć i jego samego w dużej pogardzie, będzie się jeszcze przez ileś tam lat po tej Polsce, wśród tych Polaków, tułać. Właśnie po Polsce. Bo, trzeba Wam wiedzieć, i Tobie też, Moja Droga Ginewro, że ten tekst jest w tym samym stopniu o Ślązakach, co i o Polakach.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

A jednak się nie pomylili: to rzeczywiście koniec

A jednak muszę się uderzyć w piersi. Kiedy kardynał Nycz, a za nim paru innych biskupów, zatroskanych o to, by nasze zszarpane nerwy i obolałe serca nie wyrządziły nam zbyt wielkich szkód, ogłosili koniec żałoby, pomyślałem sobie, że oni się mylą. Że z tym swoim ni to apelem, ni komunikatem, zdecydowanie wyprzedzili swój i nasz czas, lub, jak to niektórzy mówią, wyszli przed szereg. Lub, jeszcze okrutniej, zupełnie niepotrzebnie przytulili się do zwycięzców. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że tymi swoimi słowami oni, nie dali świadectwa prawdzie, lecz kłamstwu. Jakiż byłem nieroztropny! Jak ich źle oceniłem! Dziś, kiedy minął już cały tydzień od 10 kwietnia, a na naszych rozdziawionych oczach mija właśnie rok od pamiętnych krakowskich uroczystości pogrzebowych Prezydenckiej Pary, wygląda na to, że słowa naszych biskupów stanowiły czystą i niczym nie skażoną prawdę. Żałoba właśnie dobiegła końca. I świadczy o tym każda chwila każdego z mijających dni. I trzeba to nam się było upierać?
Ktoś powtórzyć dziś może za tym, co tu już powiedziano, że żałoby tak naprawdę nigdy nie było, więc nie ma się też czego kończyć. A jednak to nieprawda. Dziś widać to bardzo wyraźnie. Jeśli to co się działo przez miniony rok nie było żałobą, to jak nazwiemy to, co mamy dziś? Wesołe miasteczko? Cyrk? A może zapasy w kisielu? Otóż nie. Wcześniej była żałoba, a dziś mamy wreszcie normalność. No i długo wyczekiwaną dyskusję. Dopiero dziś widzimy, z jakim umiarem i skupieniem i szacunkiem tylu wybitnych uczestników życia społecznego zachowywało przez długie miesiące dyskretny spokój. Owszem, pojawiały się to tu, to tam głosy, bardzo odosobnione, kwestionujące dorobek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a nawet sugerujące jego winę za smoleńską katastrofę, jednak dopiero dziś widzimy, z jakim to wszystko było prowadzone z umiarem. Prawdziwą debatę mamy dopiero dzisiaj. Oto autentyczny panel i oto jego uczestnicy.
Weźmy marszałka Grzegorza Schetynę, kiedy on dziś wchodzi na krzesło i oświadcza, że ponieważ żałoba się skończyła, on wreszcie powie, co mu leży na sercu. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak on przez ten rok cierpiał, powstrzymując się od wyrażenia swojej szczerej opinii na temat czy to wątpliwych zasług Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta, czy sensowności – lub raczej bez-sensowności – pogrzebu na Wawelu. Jak mu musiało być przykro i źle, kiedy tak bardzo chciał, a wiedział, że nie może wyrazić tego, co sobie myśli choćby na temat pomnika upamiętniającego osobę prezydenta Kaczyńskiego. I dziś dopiero mógł poczuć powiew prawdziwej wolności. I wyrzucić z siebie to wszystko, co go tak dusiło. Wszystko na raz. I to nie dlatego, ze jest złym człowiekiem o złych myślach. O nie! Dlatego jedynie, że skończyła się żałoba i nadszedł czas na dyskusję o państwie i jego sprawach.
A zwróćmy uwagę, że to nie tylko Grzegorz Schetyna wykazał się taką kulturą. Z wielu stron dochodzi do nas ów powiew wolności. Z Sejmu, z kancelarii pana premiera, z Pałacu Prezydenckiego, z mediów… A możemy być pewni, że w najbliższych dniach usłyszymy jeszcze więcej głosów niosących tę wieść: Prezydent Kaczyński był złym prezydentem. Nie zasłużył na pomnik. To był człowiek zły i głupi. Jego żona też nie była szczególnie mądra i dobrą kobietą. Nie zasłużyła na tulipany. On i Ona nie byli ludźmi w żaden sposób szczególnymi na tyle, by spocząć akurat na Wawelu. Bo jeśli oni – to kto nie? Dziś można to powiedzieć oficjalnie i głośno. Można to zrobić choćby tak, jak to było możliwe na samym jeszcze początku, kiedy prawdziwa żałoba jeszcze się nie rozpoczęła, a już młodzi ludzie wyszli na ulice naszych miast, żeby wstawić się za Wawelem i jego królewskim przepychem. Pomyślmy tylko, jak ten odruch czystych serc, ledwo co zaistniał, musiał zostać tak brutalnie przygnieciony przez niemal 12 miesięcy żałoby. I dopiero dziś można zdjąć te kajdany. I może to zrobić już każdy. Nie tylko Janusz Palikot, nie tylko Stefan Niesiołowski, nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Magdalena Środa, nie tylko pan wielmożny profesor Władysław Bartoszewski i równie wielmożny Andrzej Wajda, nie tylko Jakub Wojewódzki, nie tylko Kazimierz Kutz i Jerzy Urban, nie tylko wreszcie być może najbardziej cisi bohaterowie tego ruchu – Dominik Taras i Hubert H. Demokratyczne społeczeństwo nie dyskryminuje swoich posłańców. Minął rok – dopiero dziś to widać wyraźnie – jak bardzo uprzejmego milczenia. I pomyśleć, że to właśnie nasi biskupi tak pięknie ten czas przewidzieli. Koniec żałoby. Skąd oni to wiedzieli?
W niedawnej notce zwróciłem uwagę na słowa pewnego księdza, który dzielił się z nami swoją niewiarą w cuda. Dziś wiemy wszyscy, że może i cudów nie ma, ale to że rzeczy niewyjaśnione i dziwne się dzieją, to fakt. Pokazali to z taką mocą nasi biskupi. Zanim żałoba się ostatecznie skończyła, wypowiedzieli to zdanie. To jedno zdanie… i słowo stało się ciałem. Kto chce, niech na to mówi „przypadek”. Dla wielu z nas, pozostanie to jednak prawdziwym cudem. Jednak Kościół to potęga.

Wszystkich, którzy wciąż potrzebują tych słów i znajdują w nich sens, nadzieję i jednak pocieszenie, proszę niezmiennie o wsparcie. Bóg mi świadkiem, że nie jest lekko.

środa, 2 lutego 2011

Raz jeszcze o ludziach z kosą

Ja oczywiście świetnie sobie zdaję sprawę, że wśród przyjaciół tego bloga jest wielu takich, którzy, kiedy widzą, że ja znów zaczynam pisać o ludziach, czy miejscach, które są nam wszystkim nieprzyjazne, czy wręcz obrzydliwe, tracą cierpliwość i zaczynają ziewać. Tyle że tak się składa, że ostatnie dni przynoszą tak bardzo wyraźną zmianę jakości ataku, jaki System i jego służby kierują w stronę polskiej narodowej świadomości, że nie sposób milczeć. A skoro nie można milczeć, to siłą rzeczy nasze słowa muszą być kierowane również pod adresem tych wszystkich, którzy za tym atakiem stoją. A tam – jak wszystkim wiadomo – nie ma błękitnych duszków, ale żywi ludzie. I to niemal wyłącznie podli i niscy. A zatem, nawet jeśli komuś to co tu się dziś dzieje nie odpowiada, pozostaje mi tylko wyrazić żal, i z uporem trzymać się kierunku, który uważam za słuszny. Tak widzę naszą walkę i mam tylko nadzieję, że się tu bardzo nie mylę.
A zatem w minioną niedzielę do Szkła Kontaktowego – kultowego programu systemowej inteligencji – zadzwonił pewien człowiek i zaczął opowiadać historię: „Było sobie dwóch braci. Jeden był wysokim urzędnikiem państwowym, a drugi ważnym partyjnym przywódcą. Pewnego dnia, kiedy urzędnik państwowy leciał sobie samolotem, szef partii wymyślił sobie, że ponieważ jego brat nie ma żadnych szans na wygranie najbliższych wyborów…”
W tym momencie, prowadzący program przerwał tę opowieść i powiedział, że on właściwie domyśla się, o co może chodzić, i że jego zdaniem lepiej jest już tę narrację zakończyć. Panowie troszkę się poprzekomarzali, ale ostatecznie dziennikarz zwyciężył i nie usłyszeliśmy ciągu dalszego.
Jednak nie ostatecznie i też nie na długo. Otóż wczoraj w programie telewizji TVN24 ‘Kropka nad i’ wystąpił Kazimierz Kutz i w pewnym momencie swojego wystąpienia wyciągnął z kieszeni wycinek z gazety ‘Przekrój’, poinformował, że jest to felieton wybitnego polskiego pisarza Jerzego Pilcha i on by chciał odczytać fragment. I oto usłyszeliśmy, jak Jerzy Pilch opowiada, że u siebie na wsi ma znajomego – lokalnego filozofa i mędrca – który przedstawił mu taką oto refleksję. Otóż Jarosław Kaczyński z całą pewnością musiał wiedzieć, że Lech Kaczyński nie ma żadnych szans na wygranie wyborów prezydenckich po raz drugi i jeśli znów wystartuje, to ta walka może dla niego oznaczać najgorszy rodzaj kompromitacji. I wtedy, jako bardzo przenikliwy i inteligentny polityk, Jarosław Kaczyński doszedł do wniosku, że lepszy zmarły bohater niż żywy trup, no i wymyślił co wymyślił.”
Niestety nie mam pojęcia, czy znajomy Jerzego Pilcha powiedział coś więcej, a jeśli powiedział, to czy Jerzy Pilch miał odwagę, żeby tę myśl poprowadzić odrobinę dalej. A to z tego mianowicie powodu, że w tym momencie Kazimierz Kutz odłożył papier i uśmiechnął się tylko chytrze. Kutz ani nic nie mówił, ani Olejnik też nie dopytywała, a więc wreszcie sam Mistrz nas ostatecznie uświadomił: „Ukazanie się raportu Millera w sprawie smoleńskiej katastrofy może wywołać burzę, szczególnie jak idzie o zapis ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich”. Powiedział Kutz co powiedział i znów dyskretnie zamilkł, a Monika Olejnik zmieniła temat.
A ja się zastanawiam, czemu ona Kutza nie dopytała. Czy dlatego, że bała się – podobnie jak pan ze Szkła Kontaktowego parę dni wcześniej – że Kutz stanie się bardziej wylewny i będziemy mieli kłopot, czy może ona jest już tak głupia, ze w ogóle nie wie, co się dzieje. A może ani jedno, ani drugie, natomiast prawdą jest to, że ona jest doświadczonym pracownikiem mediów, i doskonale wie, w czym bierze udział. A więc i świetnie wiedziała o tym telefonie do Szkła Kontaktowego, i doskonale znała felieton Pilcha, i nawet już wcześniej słyszała o tym wiejskim mędrcu i jego teoriach. Tyle że jej zadaniem było uporządkowanie tego wszystkiego. A więc ona tylko pozostawiła społeczeństwu ten cień tajemnicy. To napięcie. Ten dreszcz, jaki zawsze powoduje udział w prywatnym śledztwie. Żeby ludzie jeszcze przez jakiś czas siedzieli i dumali… i wreszcie wykrzyknęli: „Jest! Wiem! On go zwyczajnie zamordował!”.
To ja powiem krótko. Najpierw Jerzy Pilch – oczywiście sprytnie zasłaniając się jakimś lokalnym fantomem – zasugerował, następnie Kazimierz Kutz rozpropagował na całą Polskę, i wreszcie Monika Olejnik – już w ramach swojej zwykłej codziennej dziennikarskiej roboty – powiedzieli publicznie i oficjalnie, że podczas swojej ostatniej rozmowy z bratem, Jarosław Kaczyński, wiedząc, że lądowanie w smoleńskiej mgle może się zakończyć wyłącznie śmiercią wszystkich pasażerów, wydał mu polecenie, by kazał pilotowi lądować. Zrobił to przede wszystkim dla swojej politycznej korzyści, ale przy okazji z chorej miłości i dbałości o wieczną sławę dla swojego brata. I mówiąc to, ja ani odrobinę nie przesadzam. Tak było. Każdy mógł to usłyszeć na własne uszy. A jak nie usłyszał, to niech wie. To co pozostaje zagadką, to jaką rolę w tym pełnił ów człowiek dzwoniący w niedzielę do Szkła Kontaktowego? I kim on był? Na którym końcu tego czarnego przekazu on stał?
Tego nie wiemy i już pewnie się nie dowiemy. Natomiast wiemy, że doszliśmy do pewnego szczególnego momentu, za którym już tylko rozciąga się czarna noc. I są dwie możliwości – albo zrobimy ten krok dalej, albo jakoś uda nam się pozostać tu i jednak powalczyć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...