Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 czerwca 2025

O ludziach głodnych porażki

 

         Jednym z bardzo moim zdaniem interesujących skutków wyborczego zwycięstwa Karola Nawrockiego jest gwałtowny wzrost ego wyborców Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, którzy przez to, że ostatecznie poszli po rozum do głowy i zagłosowali przeciwko Rafałowi Trzaskowskiemu, doprowadzając tym samym do jego porażki, uznali, że to im w tej chwili należą się od nas podziękowania, za ów polski sukces. Najbardziej drastycznym przejawem tego wariactwa było niedawne wystąpienie wspomnianego Mentzena, który ni mniej ni więcej, jak zaprosił Jarosława Kaczyńskiego na spotkanie, w celu omówienia sytuacji i zakreślenia wspólnych planów. Prezes naturalnie Mentzena postawił do kąta, grzecznie mu tłumacząc, że oczywista różnica pokoleń jaka obu dzieli z jednej strony może wprawdzie usprawiedliwiać jego brak ogłady, niemniej  jednak nie wypada zapominać, kto tu jest Donem, a kto w najlepszym wypadku specem od brudnej roboty. To jest oczywiście tylko – i aż – Mentzen, ale z tego co widzę wynika, że ów nastrój triumfalizmu panuje wśród znacznej części aktywnych w Sieci wyborców Konfederacji i Brauna, którzy do znudzenia, jak jakąś mantrę, powtarzają w kółko: Gdyby nie my, gdyby nie my, gdyby nie my…

        Słucham tego zgiełku i zastanawiam się, czemu nie słyszę nigdzie tych samych słów ze strony działaczy Solidarności, rolników, Kół Gospodyń Wiejskich, mieszkańców wiosek i małych miejscowości, górali z Jackowa i z Greenpointu, tych wszystkich byłych wyborców PSL-u, którzy machnęli ręką na Kosiniaka Kamysza i wsparli w tych wyborach Polskę, ale też tych wszystkich wyborców Konfederacji i Brauna, którzy do tego by głosować na Nawrockiego nie potrzebowali ani zachęty, ani tym bardziej zgody z czyjejkolwiek strony. I wiem oczywiście czemu. Otóż powód jest taki, że wszyscy oni wiedzą bardzo dobrze, że Polska ma dziś swojego prezydenta przede wszystkim dzięki niebywałym talentom i wielkiej pracy Karola Nawrockiego i jego sztabu, dzięki mądrości tych ponad 10 milionów Polaków, dzięki oczywiście niezwykłej przenikliwości Jarosława Kaczyńskiego, ale może też przede wszystkim wsparciu św. Andrzeja Boboli, który, jak widać, dotrzymuje obietnic. Oni to wiedzą, i w odróżnieniu od tej części elektoratu Konfederacji i Brauna, dla której liczy się przede wszystkim dobro swojego politycznego projektu, wiedzą też, że wybory wygrała Polska, a nie łaskawy gest, Metzena, Brauna, czy Korwina-Mikke.

        Chciałbym tu jednak parę uwag poświęcić temu, o czym już tu pisałem kilka dni temu, a co w zamieszaniu przedwyborczym mogło nam umknąć. Otóż jest coś jeszcze co zapewne wiedzieli ci wyborcy tak zwanej „prawdziwej prawicy”, którzy dziś nie oczekują braw pod swoim adresem, bo swoją decyzję podjęli nie na gwizdek ze strony swojego kandydata, ale przez własną roztropność. Otóż – pomijając fakt, że oni faktycznie mogli bardzo nie chcieć, by prezydentem Polski został Rafał Trzaskowski – musieli też mieć świadomość, że jeśli wybory wygrają Niemcy z Brukselą, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Jarosław Kaczyński z całym kierownictwem Prawa i Sprawiedliwości wylądują w więzieniu, partia zostanie zdelegalizowana i na scenie pozostaną tylko nowa i stara lewica, Koalicja Obywatelska i po prawej stronie, tzw. faszyści, czy Mentzen i Braun z kolegami. I wtedy, ponieważ połowa zwykłej, że tak to ujmę, polskiej Polski nie będzie miała politycznego projektu, z którym będzie mogła się identyfikować i może, owszem, z braku wyboru zagłosuje na Konfederację, czy jak to się będzie wtedy nazywało, albo ulegnie powszechnej propagandzie i uzna, że skoro nie może być inaczej, niech już będzie ta Europa. I wtedy Mentzen i cała reszta znajdzie się w sytuacji rodziny Le Pen, AfD, czy tych pozostałych europejskich prawicowych partii od Szwecji po Portugalię, które choćby nie wiadomo jak bardzo chciały udowodnić, że chodzi im tylko o rodzinę, tradycję i wartości, w powszechnym odbiorze będą zawsze traktowane jako faszyści. I nigdy przenigdy nie zdobędą władzy.

           Wszyscy ci wyborcy Mentzena i Brauna, którzy głosowali na Nawrockiego z własnej nieprzymuszonej woli, wiedzą bardzo dobrze, że tylko zwycięstwo Nawrockiego, a wraz z nim powodzenie Prawa i Sprawiedliwości daje ich marzeniom i popieranym przez nich projektom szansę na to, że one, na ile to jest możliwe, będą miały szansę na realizację. Ci wszyscy z kolei, którzy dziś pomstują na nas za to, że nie chcemy uznać przywództwa Sławomira Mentzena i zapowiadają, że już za dwa lata zagłosują przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, już dziś kopią sobie swój grób.



czwartek, 11 kwietnia 2024

O porażkach zbyt późnych i zwycięstwach za wczesnych

 

     Krótko po pażdziernikowych wyborach rozmawiałem z pewnym znajomym, od lat blisko w ten czy inny sposób związanym ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, a przez ostatnie lata zatrudnionym w jednej z powszechnie znanych, kontrolowanych przez  Państwo spółek. Mój znajomy, człowiek nadzwyczaj uczciwy i głęboko ideowy, powiedział mi wówczas, że z jego punktu widzenia porażka Prawa i Sprawiedliwości nadeszła w ostatnim momencie, który pozwoli jeszcze zachować nadzieję na to, że polska prawica w dającej się przewidzieć przyszłości odzyska władzę i w dodatku, jeśli Bóg nie machnie na nią Swą Boską Ręką, w zdecydowanie lepszej kondycji moralnej, niż dotychczas. Powiedział mi też mój znajomy, że obserwując coraz większą z każdym kolejnym rokiem arogancję władzy PiS-u, zarówno na poziomie państwowym, jak i osobistym, zarówno on, jak i wielu jego znajomych, wręcz modliło się o to, by PiS wreszcie skutecznie oberwał po głowie, i to jak najszybciej, bo na tym poziomie zepsucia kolejne cztery lata okażą się latami ostatnimi, a po Prawie i Sprawiedliwości, w sensie formalnym, ale przede wszystkim praktycznym, nie pozostanie już nawet kurz.

        No i jeszcze jedno w trakcie pamiętnej rozmowy usłyszałem. Otóż, zdaniem mojego znajomego, szansa na to, że Prawo i Sprawiedliwość w miarę szybko podniesie się z w pełni zasłużonego upadku, będzie tym większa im bardziej nowa władza będzie pozostawała sobą, w każdym znanym nam aż nazbyt dobrze aspekcie swego bytowania.

       I oto nie minęły nawet cztery miesiące od powołania nowego rządu, jak doszło do pierwszej poważnej weryfikacji przywołanych powyżej diagnoz, w postaci mianowicie lokalnych wyborów i ich wyników. Jak wiemy, mimo październikowej porażki, a co za nią idzie utraty niemal całej władzy państwowej, mimo przejęcia przez reżim publicznej telewizji, papierowych i elektronicznych mediów lokalnych, mimo pozbawienia opozycji wszelkich istotnych narzędzi propagandowych, mimo wreszcie powszechnego wprowadzenia owego, jak to wyjątkowo celnie określił Prezydent, „terroru praworządności”, Prawo i Sprawiedliwiość wybory samorządowe wygrało, zdobywając władzę w co najmnniej pięciu województwach i najpewniej w zdecydowanej większości powiatów, a więc... w Polsce.

      Często jest tak, że jeśli w którymś z europejskich krajów dochodzi do wyborów parlamentarnych, wkrótce potem przychodzą wybory lokalne i owe wybory wygrywa zwycięska partia. I to jest zrozumiałe do tego stopnia, że jeśli nagle zaledwie parę miesięcy po objęciu władzy partia rządząca bierze lanie w samorządach, to jest to news na całą Europę. A zatem my dziś również mamy do czynienia z wydarzeniem na skalę europejską, tym większym, w moim przekonaniu, że tu akurat porażkę poniosła nie jakaś tam Platforma Obywatelska, czy Obywatelska Kolaicja, czy jakiś Donald Tusk, ale Europa właśnie, reprezentowana przez Niemcy i Francję, stowarzyszone w ten czy inny sposób z Putinowską Rosją i Białorusią Łukaszenki. Jeśli po zaledwie czterech mięsiącach rządzenia władza uzyskuje wynik, który wspomniane cztery miesiące wcześniej nie dałby jej w żaden sposób pamiętnego zwycięstwa, to znaczy, że nie tylko sama władza, ale również jej zagraniczni sponsorzy nie posiadają nic poza arogancją połączoną z dramatyczną wręcz niekompetencją.

         I tu, by zakończyć te króciutkie powyborcze refleksje, chciałbym wrócić do swojej rozmowy z moim znajomym i refleksji z niej wypływających. Otóż wygląda na to, że, wbrew wspomnianym wcześniej nadziejom na to, że pażdziernikowa porażka da politykom Prawa i Sprawiedliwości czas i okazję na ogarnięcie się i doprowadzenie swojego morale do jako takiego porządku, tego czasu nie dostaliśmy wystarczająco dużo. Obawiam się, że jedynym efektem owej nędzy, jaką zaprezentował Donald Tusk ze swoją ferajną, tu i w Niemczech,  będzie to, że Jarosław Kaczyński uzna, że przeciwnik zwyczajnie nie istnieje. I jeśli tak się stanie, będzie bardzo źle.

          Osobiście jednak liczę, że nawet jeśli tego czasu okaże się obiektywnie zbyt mało, to nie dla niego. Nie dla Prezesa. Przynajmniej na tyle, by uznał za nie cierpiące zwłoki rozwiązanie struktur PiS-u w Katowicach i wprowadzenie tu kogoś na miarę choćby śp. Przemysława Gosiewskiego, niech spoczywa w pokoju.




      

         

niedziela, 29 października 2023

O memach i diabłach na ostrzu noża

 

      Dzień przed wyborami zamieściłem tu króciutką notkę, w której napisałem, że być może najbardziej bolesnym efektem objęcia władzy przez Donalda Tuska będzie to, że nienawiść, która nas truje od tylu już lat nie zniknie, a być może nawet urośnie. A komentarz Tomasza Lisa o konieczności wyciągnięcia konsekwencji wobec wyborców prawicy, czy tekst w „Gazecie Wyborczej”, w którym owi wyborcy nazywani są „małpoludami”, to zaledwie ułamek całości. Dziś wprawdzie pojawiają się znaki dające nadzieję, że po owym „zwycięstwie” już za chwilę nie pozostanie choćby kupka popiołu, póki co jednak liczę na to, że wielu z nas dobrze widzi, co konkretnie miałem na myśli. Jak zatem sytuacja się rozwinie, tego oczywiście nie wiemy, natomiast ja wciąż zachodzę w głowę, co takiego się stało, że niemal rzutem na taśmę Koalicja Obywatelska z przyległościami znalazła się w miejscu, gdzie zaczyna się robić naprawdę groźnie.

       Wyjaśnień jest wiele, zaczynając, jak zawsze, od zarzutów kierowanych pod adresem samej kampanii, przez utratę niemal bez walki mediów społecznościowych, po oczywiście telewizję publiczną, która to, zdaniem wielu, była pierwszym grabarzem kampanii Prawa i Sprawiedliwości. A ja, choć, owszem, wszystkie te błędy widzę, to przypominam sobie kampanię z roku 2007, kiedy to upadł rząd i władzę na długie osiem lat przejęła tak ładnie opisana przez Jarosława Kaczyńskiego „partia zewnętrzna” i odtwarzam sobie niemal jak film całą serię kolejnych memów, których jedynym celem było wypełnienie sceny pop niczym innym jak nienawiścią zagłuszaną powszechnym rechotem.

       Próbuję sobie przypomnieć, co było na początku i wydaje mi się, wszystko zaczęło się od „kaczora”. Aż trudno uwierzyć, że coś w sposób ewidentny tak głupiego, a jednocześnie niewinnego, jak przekręcenie czyjegoś nazwiska (Kaczyński – kaczor, Baranowski – baran, Kurowski – kura, Gruszkowski – gruszka... można wymyślać w nieskończoność) może na całe dziesięciolecia wykształcić w ludziach czystą nienawiść do jednego człowieka w postaci różnego rodzaju „kaczymów”, „kaczafich”, „kaczych fuhrerów”, „polowań na kaczki”, „kaczek po smoleńsku” i tak dalej i tym podobnie, przeplatanych „kurduplami”, „kotami”, czy „mlaskaczami”. Później, i to też na długie lata, pojawił się niesławny „borubar”, a po nim lawina wręcz kolejnych memów, czasem tylko na parę dni, czy tygodni, ale też niekiedy na długie lata, i zawsze, dzięki wykorzystaniu kultury popularnej, sięgających po najbardziej egzotyczne zakątki społeczeństwa. Wszyscy pamiętamy przecież niegdysiejsze „wieśmaki”, „małpki” prezydenta Kaczyńskiego, czy oczywiście przezabawny rysunek Andrzeja Mleczki na którym widzimy prezydencką limuzynę ciągnącą toi-toia, ale też pamiętamy jak już nie tylko artysta Mleczko, ale cała Polska ryczała ze śmiechu na myśl o Prezydencie ze sraczką. No a skoro juz wspomniałem wybory roku 2007, to też słynną skołowaną babcię w moherowym berecie, która nie umie znaleźć dowodu osobistego. I o ile sobie przypominam, od roku 2005, nie został nam tu oszczędzony choćby jeden dzień. W ten muł nie można było włożyć szpilki.

        No właśnie: wybory. Popatrzmy na bilans obu kampanii roku 2023 i tego wszystkiego co do niej przez minione lata prowadziło. W jaki sposób przez ten czas Prawo i Sprawiedliwość dotarło nie do rozumu, nie serc, nie resentymentów, ale do samej duszy społeczeństwa? Z tego co pamiętam, to na dłuższą metę zapisał się Donald Tusk jako „rudy niemiec” i to naprawdę wszystko. A biorąc pod uwagę fakt, że ów mem miał zasięg ograniczony właściwie tylko do najbardziej żywo zainteresowanych, to było jedno wielkie nic, gdyż i tak cała przestrzeń była już zajęta przez osiem gwiazdek.

      Oto minione wybory. Proszę popatrzeć, co mieliśmy po tamtej stronie: „PiS = drożyzna”, „po ile wizy”, „piekło kobiet”, „konstytucja”, „wolne sądy”, „wolne media”, „jebać PiS”, "dziura Morawieckiego"... no i wieczny „kaczyzm” oraz „pisowskie państwo”. A co tu u nas? Niemiec, Niemcy, emigranci, Tusk, Tusk, Tusk...

       A zatem, tu polegliśmy na całej linii, jednak to co w tym najgorsze, to fakt, że dzięki kulturowym i cywilizacyjnym różnicom między wszelkiej maści lewactwem i społeczeństwem konserwatywnym, kultura popularna i jej niezwykły talent w przejmowaniu najbardziej wulgarnych, a jednocześnie nadzwyczaj nośnych memów, innego wyniku trudno sie było spodziewać. I wcale nie jest tak, że zapominam o roku 2005, 2015, czy choćby jeszcze 2019, kiedy to przecież tamci nie dali rady. Oczywiście że nie dali, podobnie jak w pewnym sensie nie dali też rady i przed dwoma tygodniami, jednak nie oszukujmy się: bez owego popululturowego wsparcia, Prawo i Sprawiedliwość od roku 2005 rządziłoby większością konstytuacyjną, a po Donaldzie Tusku i jego szajce nie pozostałoby już nawet wspomnienie.

      Co mam na myśli, wspominając o kulturze i cywilizacji? Otóż trzeba nam wiedzieć, że wspomniane osiem gwiazdek, to nie był jakiś szczególny wykwit inteligencji i wyobraźni zatrudnianych przez Platformę Obywatelską specjalistów od reklamy. Hasło „Fuck Trump”, tańczyło po całej Ameryce lata wcześniej, i to nie tylko w postaci gwiazdek, ale w najróżniejszych i najprzedziwniejszych konfiguracjach. Któryś z nich to zobaczył, wymyślił, że to się sprawdzi i u nas, no i lawina ruszyła. I to z sukcesem, który czujemy do dziś na plecach. Czy problem w tym, że tamci nas wyprzedzili? Że okazali się szybsi? Sprytniejsi? Że podkradli nam wspaniałe hasło, typu „Jebać Tuska”, czy „Jebać TVN”? Możliwe że byli szybsi, ale przede wszystkim nie widzę osobiście możliwości, by którykolwiek z polityków, czy wyborców prawicy choćby pomyślał o tego typu upadku. Czy można sobie wyobrazić, by w powszechnym użyciu po prawej stronie sceny pojawił się mem z nazwiskiem Kierwiński przekręconym dajmy na to na Kurwiński, lub by prawicowa scena internetu powszechnie wrzucała zdjęcia Tuska z dorobionym hitlerowskim ząbkiem i wąsikiem. Oczywiście, z patologią mamy do czynienia wszędzie, ale ja tu mówię o trendzie powszechnym, sięgającym po uniwersytety.

        Czy zatem jest już po nas? Możliwe. Możliwe bardzo, niemniej jest pewne światło nadziei, i wbrew temu co można by sądzić, możemy je dostrzec nawet i dziś, nawet jeśli nie w szansie zebrania sejmowej większości, to w tym, że tamto zło, tamto zdziczenie i tamto kłamstwo, jest jednak bardzo rozdrobnione i oni, zanim zbudują jakąś realną siłę, to się zagubią w liczeniu, ile to diabłów może się zmieścić na ostrzu noża.

    


 

środa, 6 września 2023

Plazma napada - część druga i ostatnia

 

Jak nam powszechnie wiadomo, wybory – jak to potwierdzają obie strony politycznej sceny – najważniejsze od roku 1989, już za niespełna dwa miesiące, i przy tej okazji każdy z nas szuka sposobu by znaleźć to coś, co będzie można przekuć w zwycięstwo, albo przynajmniej dodać to jedno słowo, które to zwycięstwo przybliży. A ja, krążąc w ten czy inny sposób wokół dzisiejszego tematu, przypomniałem sobie parokrotnie tu wspominany fragment wypowiedzi dziś już zmarłego prof. Pawła Śpiewaka, w którym ten przedstawił porażającą wręcz prognozę rządów Platformy Obywatelskiej po ewentualnie wygranych wyborach jesienią 2011 roku. A owe słowa brzmiały tak:

„[Jeśli PO wygra jesienne wybory], ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą. Ja się [tego] nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

[...]

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami”.

       Przypominałem ową wypowiedź człowieka przez całe nasze współczesne czasy związanego zarówno emocjonalnie jak i politycznie z obozem dziś podpisującym się ośmioma gwiazdkami, natomiast przyznaję, że całości owej wypowiedzi – z dzisiejszego punktu widzenia nie do przecenienia – nie pamiętałem i przypominac sobie szczególnej ochoty nie miałem. Dziś jednak, zupełnym przypadkiem temat tamtej diagnozy wrócił, a ja odnalazłem w Sieci treść całej wypowiedzi ś.p. Profesora i uznałem, że ona jest warta przypomnienia i ze względu na jej niebywały wręcz cynizm, ale też na diagnozę właśnie. Diagnozę, która dziś, w ocenie aktualnej sytuacji politycznej Kraju, może być dla nas wręcz kluczowa.

       Oto przed nami cała rozmowa, jaką 8 stycznia 2011, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, dla dziennika „Rzeczpospolita” przeprowadził z prof. Śpiewakiem red. Robert Mazurek. Gorąco zapraszam do uważnej lektury i zachęcam serdecznie wszystkich, którzy mają swój rozum, by go użyli, bo on się nam dziś przyda jak rzadko kiedy.

       Przy okazji, obiecuję, że o ile nie nastąpią jakieś szczególne i nieoczekiwane zdarzenia, dzisiejszy tekst zostanie tu już aż do po wyborach.

 

 

Rz: W co, po dziesięciu latach istnienia Platformy Obywatelskiej, wierzy Donald Tusk?

Paweł Śpiewak: Tusk jest konsekwentny, głosząc, że Platforma nie może trzymać się żadnej stałej idei, programu. I ta zasada jest realizowana. Platforma Obywatelska to wielki wehikuł władzy i do tego jest Tuskowi potrzebna.

Niewiele jak na wyznanie wiary. Myślałem, że powie pan o liberalizmie, modernizacji… Tusk nie wierzy w nic z tego, co mówi?

Myśli, że PiS to zagrożenie dla Polski, ta jej gorsza część, której się boi. Ta nienawiść wobec Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd wzajemna, jest autentyczna, głęboka i co ważniejsze, uzasadniona. Nie ufa im i już nigdy nie zaufa.

W Platformie nie ma żadnej autentycznej idei?

Platforma Obywatelska jest zawsze po tej części Polski, która jest względnie optymistyczna, zadowolona i widzi zmiany na lepsze. Tyle tylko, że to nie zakłada istnienia żadnej stałej ideologii, to raczej nadążanie za dominującymi stylami myślenia. Jeśli istotnie są dwie Polski, to PO jest właśnie jedną z nich.

Jaka to Polska, poza tym, że zwycięska, bo jej się udało?

To Polska indywidualistyczna, czyli zgodna z mentalnością większości Polaków. To Polska, która wierzy w rynek, a jej podstawowym kryterium etycznym jest sukces rodziny. Każdy z nas nauczył się, że w sytuacjach trudnych nie ufamy instytucjom państwa, bo te nie działają, ale szukamy dojść, załatwiamy to na własną rękę.

Rządy PO nie przeorają więc świadomości Polaków, jak rządy Thatcher przeorały mentalność Brytyjczyków?

Zdecydowanie nie. One wręcz są skonstruowane na tej zasadzie, by wzmocnić w Polakach to, co w nich już jest, czyli tę skłonność do indywidualizmu, rodzinności, obchodzenia świata i instytucji, popierają etos dawania sobie rady, pewnej specyficznej przedsiębiorczości gdzieś między kompetencją a cwaniactwem. Polityka Donalda Tuska sankcjonuje i afirmuje taką postawę.

Nie wymagamy od Polaków, tylko ich chwalimy?

Dowartościowuje ich, mówiąc, że przy wszystkich naszych wadach w gruncie rzeczy jesteśmy OK, jesteśmy fajni. I na tym polega sukces Tuska. To polityka nie tyle wymagań, ile akceptacji.

I sekret jego popularności? Bo kto nie lubi słuchać miłych rzeczy…

Nawet jego unikanie niepopularnych reform w tym się mieści. Tusk wybrał taki model uprawiania polityki i odnosi w nim sukcesy. Doceniam podwyżki dla lekarzy i nauczycieli, ale czy stworzył coś innego? Nic mi o tym nie wiadomo…

Niczego nie dokonał?

Z pewnością nie zbudował nowych instytucji państwa. Bo jeśli sukcesy odnosi Urząd Komunikacji Elektronicznej, to dzięki sile jego szefowej Anny Streżyńskiej, która jest silna siłą poprzedniej epoki. W końcu była mianowana za PiS. To dobry przykład, bo widać, że potęga tej instytucji nie płynie z decyzji Tuska, z jego chęci autonomizacji poszczególnych sfer życia, ale jest spadkiem po Kaczyńskim.

Skąd ta programowa mimikra PO?

Tusk doskonale odczytuje stan napięć społecznych i doskonale pamięta, że na hasłach ideologicznych zawsze przegrywał: tak było w 1993 roku i tak było później. I dlatego sądzi, że ten typ myślenia jest nikomu niepotrzebny i niczemu nie służy.

W USA regularnie wygrywa prezydent z silnym przekazem: tacy byli Reagan, Clinton, nawet młody Bush czy Obama. A my jesteśmy inni niż reszta świata, nie chcemy żadnej idei?

W Polsce jest partia bardzo silnego przekazu – to Prawo i Sprawiedliwość. Nawet jeśli teraz trudno ten przekaz zdefiniować, to w takiej aurze psychologicznej jest coś takiego, co każe patrzeć na PiS jak na ugrupowanie ideowe.

Przecież ten brak programu nie jest od zawsze.

Pamiętam, jak w 2005 roku Rokita obraził się na Tuska, że nie ma żadnych dokumentów programowych, że są puste szuflady. Ja uważałem, że to katastrofa, a Tusk w ogóle się tym nie przejął, bo uznał, że to w ogóle nie jest ważne.

A co było ważne?

Zdobycie władzy. Formułował zasadę, że partia nie może być ideologiczna, nie może wykluczać ludzi.

Do tego stopnia, że dziś w PO mieszczą się i Marian Krzaklewski, i Danuta Huebner.

Tam może się znaleźć każdy. Ikoną PO jest dziś Ewa Kopacz, która z równym powodzeniem mogłaby być w Samoobronie. Pani Gronkiewicz-Waltz raz była z Wałęsą, potem przeciw niemu i właściwie mogłaby być w każdej partii, ale wszyscy ci ludzie spotkali się właśnie w PO.

Więc liczy się tylko władza? Tak oskarżać można wszystkich.

Nie oskarżam, wszak celem polityka jest zdobycie władzy. Sam premier nie jest przejęty hasłami programowymi i od lat mówił: „Po co programy, skoro wyborcy i tak tego nie czytają”. Przekonywał, że ludziom wystarczają hasła, obrazy, przywódcy, a posiadanie programu to ozdobnik życia politycznego. I w 2007 roku Platforma, dochodząc do władzy, nie miała, realnie rzecz biorąc, żadnego programu.

Tusk miał rację. Ludzie nie czytają programów wyborczych.

I z nich nie rozliczają. Minister wojny ogłasza, że będzie dowodził połową Afganistanu, a po dwóch latach okazuje się, że nie dowodzi nawet własnym obozem wojskowym. I nic. PO mówiła, że należy ułatwić życie przedsiębiorcom. Po trzech latach okazuje się, że nic w tej dziedzinie nie zrobiono i nikt nie ma pretensji.

To akurat wynik słabości mediów, środowisk opiniotwórczych i opozycji, które nie potrafią rozliczyć rządzących.

Po części tak, nikt tego nie robi. Po trzech miesiącach rządzenia Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że jesteśmy gotowi na reformę służby zdrowia. Mijają trzy lata, a w ministerstwie wciąż trwają prace nad tą reformą. Tak samo jest z koncepcją budowy dróg i tak naprawdę z każdą inną sprawą. Ta partia nie ma pomysłów.

Mało to optymistyczne.

Sądzę, że ta bezprogramowość jest założona. To część koncepcji oportunizmu wyborczego głoszącej, że najważniejsze jest, byśmy wygrali wybory, a dokonamy tego, pokazując się jako ludzie przyjaźni, życzliwi. I do oczekiwań wyborczych dobieramy przywódców, hasła i pomysły, a robimy tylko to, czego ludzie chcą.

Skąd wiemy, czego chcą?

Tu kłania się nadmierna wiara w socjologię zakładająca, że jeśli zbadamy oczekiwania społeczne, to będziemy wiedzieć, co wyborcom mówić. I jeśli z badań wynika, że ludzie lubią sytuacje konfliktu, to konstruujemy im świat z konfliktem. Boją się PiS? To w roli głównego oponenta obsadzamy PiS, czyniąc go alibi dla nas. W tej koncepcji kandydaci do parlamentu mają się podobać i nie mogą być trudni, konfliktowi.

Co obiecywała Polakom Platforma, kiedy powstawała?

Przede wszystkim zmianę jakości polityki – miało nie być partyjniactwa, dominacji partyjnego języka. Kandydaci mieli pochodzić z terenu, a nie z nominacji szefów w Warszawie, stąd pomysł na prawybory. Pojawiały się też hasła wrogie politykom, słynne słowa Tuska o „walce z klasą próżniaczą”… Chcieli nie być klasyczną partią, a bardziej ruchem społecznym spoza Warszawy, i to się jakoś udało. Ale, paradoksalnie, przy tak często głoszonej niechęci do partii, PO stała się jedną z najlepiej zorganizowanych i najbardziej scentralizowanych maszyn do rządzenia państwem. Jej statut jest tak skonstruowany, że trzy, cztery osoby mają pełnię władzy, a główne skrzypce gra jeden. Jest on nie tylko liderem partii, ale jej twarzą i zwierciadłem. To w nim mamy się przejrzeć, by wiedzieć, jaki jest choćby Waldy Dzikowski czy ktokolwiek inny.

Tak jest wszędzie. PiS też ma twarz Kaczyńskiego.

Owszem, ale jeżeli można powiedzieć, że coś jest wszędzie, to w Platformie jest to bardziej. Kiedy PO startowała w wyborach 2001 roku, i tak wszyscy wiedzieli, że wygra SLD.

A jednak politycy PO mieli poczucie silnej przegranej. Sondaże były lepsze i liczono na dużo więcej niż to 12 procent.

Może, ale wtedy od PO nie wymagano fajerwerków programowych. W 2005 roku PO program już miała i był to program jawnie liberalny z podatkiem liniowym. Szczerze mówiąc, ja tego liberalizmu tam nie dostrzegałem. Trzy razy piętnaście, czyli cały podatek liniowy, to była koncepcja Zyty Gilowskiej i ona przetrwała w partii siłą bezwładu. Już nikt podatku liniowego nie traktował w PO serio, ale jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, że to już nieaktualne.

Może jak na pana oczekiwania to za mało, ale w 2005 roku PO określała się jako partia liberalna, tyle że niektórzy do słowa liberalizm dodawali konserwatyzm.

Byłem wtedy wewnątrz Platformy Obywatelskiej i naprawdę nie przypominam sobie żadnego konsekwentnego myślenia liberalnego. Mało tego, Tusk, a zwłaszcza Rokita, powtarzali, że my nie jesteśmy partią liberalną. Za wszelką cenę starali się odkleić od tradycji KL-D, które im ciążyło.

Panu, zadeklarowanemu liberałowi, nie żal, że PO od tego odeszło?

To naturalne, że czuję się politycznie osierocony, ale też w Polsce nie ma miejsca na poważną, silną partię, która byłaby jednocześnie liberalna światopoglądowo i gospodarczo. Doszło do rozszczepienia i jeden liberalizm, ten światopoglądowy, poszedł w stronę lewicy, a drugi – gospodarczy – do konserwatystów. I tego już się nie da zszyć. Może sobie istnieć taka partia ostentacyjnie liberalna, ostatnio próbował tworzyć ją Palikot, ale nie ma na nią zapotrzebowania społecznego.

Liberalizmu nie ma i nie będzie. A co z modernizacją, o której PO ciągle mówiła?

Platforma od początku była usytuowana w nurcie modernizacyjnym, ale też trochę na kontrze wobec elit, z nutą antyestablishmentową. Bo w 2005 roku była antykorporacyjna, a establishment zżymał się na hasła w rodzaju „Nicea albo śmierć”. Dodajmy do tego bardzo silny język antykomunistyczny i będziemy mieli oblicze tej partii sprzed kilku lat. A dziś? Nawet program modernizacyjny dałoby się przedstawić jako ideę. Tusk mógłby powiedzieć: „Chcę być Kazimierzem Wielkim, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił z szerokopasmowym Internetem pod każdą strzechą”. Ale nawet tego nie ma. Jednocześnie udało mu się ten program, a raczej język, zawłaszczyć. Każda następna partia, która przyjdzie i powie: „modernizacja”, nie zostanie wysłuchana. Przecież jeśli ktoś ogłosi, że chce budować żłobki, to ludzie odpowiedzą, że przecież Tusk też chce żłobków, mówił o tym. „Wy chcecie modernizacji nauki, a my to robimy” – zawsze może w podobny sposób odpowiadać.

Porozmawiajmy o samym Tusku. Ma szansę dwukrotnie wygrać wybory, przejść do historii. Jak chciałby się w niej zapisać?

To bardzo dobre pytanie, które też mnie nurtuje. Być może on to sobie tłumaczy w ten sposób, że pierwsza dekada naszej niepodległości to był czas rewolucji, wyzwalania i odbudowania państwa, dekada druga to okres tworzenia instytucji, umocowania Polski w Unii Europejskiej, w NATO, a teraz przyszedł czas na wyzwania modernizacyjne.

Ale nie zostawia pan na nim suchej nitki.

Tusk dziś jest człowiekiem potwornie zmęczonym i wypalonym rządzeniem, stąd jego nieustanne poirytowanie. Niech pan sobie wyobrazi takie życie: przez dwa tygodnie przed wyjazdem do Kopenhagi na szczyt w sprawie redukcji CO2 człowiek uczy się o ochronie środowiska, wraca zmęczony, a tu jakiś pożar, bo mu policja staje, bo trzeba łatać deficyt budżetowy. Może i on osobiście ma jakieś pomysły, ale zarazem czuje czy wie, że obecne państwo jest bezsilne wobec wyzwań najbliższego dziesięciolecia.

To po co mu to wszystko? Gdybym nie miał poczucia żadnej misji, to rzuciłbym to wszystko w cholerę.

Sam zadaję dziś pytanie: jaki był sens tego platformerskiego udziału we władzy przez ostatnie cztery lata, poza osiągnięciem sytuacji, że Donald Tusk, jako szef tego ogromnego aparatu partii, jest jego niewolnikiem i musi spełniać jego postulaty? Nie może zrezygnować, bo ten aparat go potrzebuje, bez niego wszystko by stracił.

Ale jakie on osobiście cele sobie stawia?

Może i za tymi ustawami o szkolnictwie wyższym czy systemie zdrowotnym ma jakąś wizję, ale chyba nauczył się, że państwo jest bardzo trudno zmienić. Rząd ma w gruncie rzeczy niewielki wpływ na zachowania ludzkie, ich decyzje.

I stąd ten minimalizm Tuska? Nie robię, bo i tak niewiele mogę?

Pragmatyzm jest silniejszy niż wszystko inne. Każdy rząd po Buzku w gruncie rzeczy niewiele robił.

Nie, żeby wszystko robił dobrze, ale rząd Kaczyńskiego…

Ale co on takiego zrobił poza ustanowieniem nowej instytucji kontrolnej czy porządkami w służbach specjalnych? Owszem, zmienił naszą wrażliwość na przykład na korupcję, ale instytucje pozostały niezmienione. I w tym sensie wciąż aktualne pozostaje to wezwanie z lat 2004 – 2005, że to państwo potrzebuje radykalnej zmiany. Potrzebujemy IV Rzeczypospolitej tak samo jak wtedy.

Dawno nikt nie wzywał do budowy IV Rzeczypospolitej.

Nie skupiajmy się na haśle, ale na projekcie zmiany państwa, który ono firmowało. Dziś widać jeszcze wyraźniej, jak bardzo jest potrzebne to potrząśnięcie i zbudowanie nowej struktury życia społecznego. I to w każdym wymiarze. Ta wizja sześć lat temu była prosta i nawet miała prawo do pewnej nieodpowiedzialności politycznej, dlatego że wtedy była potrzeba idei. Dziś trzeba by to dokładniej dopracować.

Nie ma potrzeby, bo nikt już nie chce budować IV RP. Co dziś buduje Platforma?

Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że Polską nie wszędzie rządzą ludzie Platformy Obywatelskiej.

A kto?

Sporo mają do powiedzenia ekonomiści i eksperci skupieni wokół Jana Krzysztofa Bieleckiego, a tam platformersów nie ma. Tak samo nie ma ich wielu w otoczeniu Tuska w Kancelarii Premiera. Trzecią grupą, która, realnie rzecz biorąc, rządzi Polską, są wiceministrowie, i dopiero tam znajdzie się kilku polityków PO, jak i ludzi PSL, ale jest też wielu pozapartyjnych fachowców.

Trudno sobie wyobrazić PO bez Tuska. Co jeśli rzeczywiście spełni swoje zapowiedzi i odejdzie w 2015 roku?

Dziś jedyną osobą, która mogłaby przejąć po nim Platformę Obywatelską, jest Grzegorz Schetyna, ale czy człowiek, który w polityce jest od 20 lat, może wnieść jakąś nową jakość? Nie wiem.

To może ktoś inny, młodszy?

W całej Platformie nie widzę ani jednej osoby, która reprezentowałaby jakiegoś nowego ducha, dyskusję, która się tam toczy. Ta partia nie ma dziś żadnej takiej potencji. To już nawet PZPR wytwarzał jakieś antyciała, kontrelity, budował skrzydła, a Platforma jest monolitem bez wyrazu.

W 2007 roku żaden program nie był PO potrzebny, bo wyzwalała kraj spod pisowskiej okupacji.

Teraz też się użyje PiS, do czegoś się przyda.

A co będzie, jak wygrają?

Gdyby Tuskowi zadać pytanie: co dalej, to pewnie mówiłby o trudach rządzenia, a nie o tym, co trzeba zrobić. W ciągu trzech lat rządów nie wygłosił żadnego samodzielnego przemówienia. Oczywiście miał długie exposé, które było nudnym referatem, zlepkiem pobożnych życzeń.

Jeśli PO wygra jesienne wybory…

To ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą.

Obawia się pan tego?

Ja się nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

Jak miałby funkcjonować?

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami.

 


 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

... do you, Mr. Trump?

 

      Pamiętam że długo zanim w ogóle zorientowałem się, czym jest tak zwany Tweeter, nie mówiąc już o tym jak to sam zdecydowałem się założyć tam konto – nie mając bladego pojęcia po co to robię i w jaki sposób będę miał się na owym Tweeterze poruszać – wiedziałem oczywiście że coś takiego istnieje i że w ów projekt zaangażowane są osoby, których można podejrzewać o wiele, ale na pewno nie o to, że będą czuły potrzebę by tam dzień w dzień się kręcić i wrzucać owe mini-komentarze. Przyszedł jednak moment kiedy ktoś mnie zachęcił by tam stworzył sobie konto, moja młodsza córka, na moje pytanie, co ja mam tam robić, poinformowała mnie, że mam tam wrzucać krótkie komentarze, ewentualnie zdjęcia, dotyczące tego co akurat wpadło mi do głowy, licząc na to, że owe refleksje kogoś zainteresują. Po co? Po nic. Dla zwykłej zabawy.

      Zrobiłem to co mi dziecko kazało i tak już tam pozostałem na długie lata, nie zmniejszyło to jednak mojej ciekawości co do tego, co tam robią i z jaką myślą ludzie dla których ta ich aktywność w żaden sposób nie może być wynikiem albo potrzeby zabicia codziennej nudy, ewentualnie pragnienia rozrywki. I oto, proszę sobie wyobrazić, mam wrażenie że zrozumiałem cały sens istnienia tego rodzaju medium, gdy właściciele Twittera zdezaktywowali konto samemu Donaldowi Trumpowi, wciąż jeszcze aktualnemu i legalnie funkcjonującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, dzięki czemu ja nagle znalazłem się w miejscu, gdzie nie mam bladego pojęcia o tym, co Donald Trump aktualnie porabia, co sobie myśli, a nawet czy w ogóle jeszcze żyje.

      Chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę na tę ostatnią kwestię, wydawałoby się że najbardziej absurdalną. W końcu, ktoś powie, co jak co, ale o tym że Donald Trump umarł, popełnil samobójstwo, czy został zamordowany, z całą pewnością by nas najpierw poinformowały światowe, a za nimi lokalne media, więc nie przesadzajmy w tym szaleństwie. Otóż w obliczu ostatnich – ale też i przedostatnich – wydarzeń, nie uważam, by do tego rodzaju sytuacji, gdzie wobec braku bezpośredniej obecności Donalda Trumpa, my nie możemy mieć pewności co do jego losu, nie mogło dojść. Przepraszam bardzo, ale – znów w obliczu wydarzeń minionych miesięcy – jaką gwarancję tego że w sytuacji kryzysowej – a nie muszę nawet wspominać o tym, że z kryzysową sytuacją w sposób oczywisty mamy dziś do czynienia – światowe media, takie jak z jednej strony „New York Times”, „Washington Post” , BBC, czy CNN, a z drugiej Novosti, Xinhua, czy „Jerusalem Post” miałyby tu przejąć zadania tak zwanych „mediów społecznych”? Właściciele Tweetera, ale również Facebooka, oraz wielu mniejszych ośrodków – że już nie wspomnę o wszechpotężnym Google LLC przeprowadzili przy pomocy jednego krótkiego gestu proces usunięcia Prezydenta Stanów Zjednoczonych z dotychczas, wydawałoby się jedynej wolnej przestrzeni informacyjnej jaką jest Internet, i świat nawet nie westchnął; a jeśli westchnął, to my o tym nawet nie musimy nic wiedzieć. A ja mam wrażenie, że jeśli ów Twitter miał dla nas jakiekolwiek znaczenie to tylko – ale i aż – takie, byśmy mogli poinformować świat, że żyjemy i mamy się lepiej lub gorzej. I dziś okazuje się, że to straciliśmy. To albo przekonanie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

      Wystarczyło parę chwil, byśmy się też dowiedzieli, że dotychczas powszechnie uważany za najpotężniejszego człowieka na Ziemi, Prezydent Stanów Zjednoczonych nie dość że wcale nie jest najpotężniejszy, nie dość że w ogóle nie jest potężny, ale tak naprawdę jest kimś kogo można w jednej chwili poddać kompletnej publicznej anihilacji. A ja się już tylko zastanawiam nad tym, że skoro nikim, to nikim wobec kogo; lub czego. Pytanie które mnie od kilku dni prześladuje jest takie, że skoro Prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest jednak najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi, to kto mu to wreszcie tak naprawdę pokazał? Jak sądzę, najprostszą odpowiedzią byłoby odwołanie się do powszechnego w naszym kręgu przekonania, że nad wszystkim kontrolę sprawuje tak zwany „Rząd Światowy”, a więc z jednej strony najwyraźniej nieśmiertelnych staruszków takich jak Henry Kissinger, George Soros, czy Królowa Elżbieta II, a z drugiej grupa najbogatszych ludzi na Ziemi, co ciekawe, swoją drogą, wszyscy w ten czy inny sposób związani z Internetem, czyli, krótko mówiąc, Szatan. A ja, choć oczywiście teoria ta jest mi przynajmniej niekiedy bardzo bliska, coraz mocniej skłaniam się do podejrzeń, że ów „Światowy Rząd” to zwykła maska, za którą kryją się media. A w konsekwencji – i przynajmniej takiego stanu umysłu dziś doświadczam – w moim bardzo mocnym przekonaniu za sfałszowaniem prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych stoją tylko i wyłącznie media, nawet nie koniecznie kontrolowane przez kogoś z zewnątrz, ale funkcjonujące dziś jako autentyczne perpetuum mobile. Oczywiście biorę pod uwagę, że był taki moment kiedy ktoś – a nie wykluczony, że był to sam Szatan – wpadł na pomysł, że drogą do skutecznego zniewolenia społeczeństw będzie stworzenie mediów jako tak zwanej „czwartej władzy” i to czego doświadczamy dzisiaj jest już tylko wynikiem tamtego zagrania. To co jednak mnie absorbuje gdy pisze ten tekst, to nie szperanie w historii, lecz skupianie się na owej Sile, której, jak się okazuje, nikt nie jest w stanie się przeciwstawić.

      Ktoś powie, że to nie media sfałszowały wybory w kolejnych stanach, lecz ludzie i lokalne organizacje, którzy nienawidzili Trumpa do tego stopnia, że zaryzykowali aż tak bezczelne oszustwo; to nie media ostatecznie uznały wyniki głosowania w Georgii, Pensylwanii, Teksasie, czy w Virginii, lecz Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, w którym znaczącą bardzo przewagę miał obecny prezydent; to nie media wreszcie zdecydowały, by uznać głosy elektorskie wskazujące Joe Bidena jako kolejnego prezydenta, lecz sam najwierniejszy z wiernych Mike Pence. Facebook, Twitter, „New York Times”, CNN, a nawet cały Hollywood na czele z Jimmym Fallonem nie mieliby w tym wypadku nic do gadania, gdyby powołani przez Republikanów sędziowie, a w ostateczności wiceprezydent Mike Pence walnęli pięścią w stół i zawołali: „Dość!”. Otóż tak się niefortunnie składa – a dziś to widać aż nazbyt jasno – że jedynym szaleńcem, który się pojawił na tej scenie był sam Donald Trump, cała reszta natomiast doskonale wiedziała, że przy sile prezentowanej przez media właśnie, odwrócenie oficjalnego – swoją drogą, proszę zwrócić uwagę na to w jak prosty sposób nieoficjalne stało się nagle oficjalnym – wyniku wyborów musi się zakończyć katastrofą, której Ameryka, a przy okazji cały świat nie przeżyje.

         W dniu gdy Mike Pence jak Piłat umył ręce, na Kapitolu doszło do zdarzeń, które historycy prawdopodobnie będą wspominali jako jeden z największych zamachów na demokrację. My dziś oczywiście wiemy, że w tym akurat dniu Kapitol, jak nigdy wcześniej, był niemal kompletnie pozbawiony zwyczajowej ochrony, a demonstranci zostali tam w sposób oczywisty celowo sprowadzeni, ale wiemy też, że ów historyczny akt terroryzmu trwał zaledwie parę godzin i zakończył się po tym jak prezydent Trump w swoim ostatnim tweecie zaapelował do protestujących o powrót do domu, ale nie musimy mieć ani szczególnej historycznej wiedzy, ani też wyobraźni, by wyobrazić sobie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby Mike Pence ogłosił, że decyzję Kolegium Elektorów poddaje pod rozwagę parlamentów stanowych, w efekcie czego Wujek Joe już do końca życia mógłby przeglądać pedofilskie strony w jak najbardziej wolnym Internecie. My to wiemy, prawda?

        Wciąż jednak pozostaje pytanie, co z tym wspólnego mają media? Otóż w moim przekonaniu, jeśli owe setki milionów lewaków, ogarniętych kompletnie nieprzytomną nienawiścią do świata jaki znamy, były gotowe spalić świat, to w żadnym wypadku nie na gwizdnięcie Sorosa, Kissingera, czy Gatesa, ale byli już oni odpowiednio w tym kierunku wytresowani od wielu, wielu lat przez media właśnie. To media, czy to przez zwykłą propagandę, czy też przez odpowiednio sformatowany popkulturowy przekaz, doprowadziły do tego, że pod naporem owej popkulturowej propagandy współczesna cywilizacja rozpadła się jak domek z kart.

        Nie wiem co się dziś dzieje z prezydentem Trumpem, co on sobie myśli na temat tego co się stało, jakie ma plany i co słychać u tych grubo ponad 70 milionów Amerykanów, dla których on wciąż jest prezydentem. Myślę zwłaszcza o tym legionie, ale też oczywiście powiększonym o tych wszystkich, których prezydentem został pół żywy sklerotyk pedofil, a oni, jak to oni, uświadomią to sobie z odpowiednim opóźnieniem i się przerażą. Ale myślę też o nas tu w Polsce i bardzo wierzę, że te wszystkie tak śmieszne przepowiednie dotyczące tego, jacy to jesteśmy specjalni i wybrani, okażą się nagle jakimś cudem prawdziwe.


 

środa, 6 stycznia 2021

O nieznośnej potędze Systemu

 

        Piszę ten tekst, jednym okiem oraz drugim uchem obserwując relację CNN z tego co się akurat dzieje w Waszyngtonie i pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że Trump został załatwiony na czysto. Oglądam rozmowę z „byłym urzędnikiem administracji Obamy”, słyszę jak ten sugeruje że nadszedł czas by uznać prezydenta Trumpa za niezdolnego do sprawowania urzędu, odwołać go ze stanowiska i oskarżyć o zdradę, i owa pierwsza myśl, że prezydent Stanów Zjednoczonych, rzekomo „najpotężniejszy człowiek na świecie”, został ostatecznie pokonany przez System, wraca jak ponury żart.

      Patrzę na ten obraz i wydaje mi się, że oto pierwszy raz od czasu rozruchów lat 60-tych, gdy ich organizatorami są Biali. Od wielu wielu lat zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że ile razy dochodzi do agresji oraz zniszczeń na tym poziomie, za nimi stali niemal wyłącznie Czarni. Ale jeszcze coś. Zdążyliśmy się też przyzwyczaić, że ile razy mieliśmy do czynienia z tego rodzaju agresją, tak zwana „opinia publiczna” niezmiennie trzymała stronę protestujących, a w najlepszym wypadku ich usprawiedliwiała.

      Patrzę na to co się dzieje, słucham sposobu w jaki wydarzenia relacjonuje telewizja CNN i zaproszeni przez nią komentatorzy i staram się z jednej strony wyobrazić coś co pewnie już się nie zdarzy, a z drugiej jeszcze coś, co jest nadzwyczaj prawdopodobne. Otóż chciałbym zobaczyć, w jaki sposób światowe media na czele oczywiście z telewizją CNN relacjonowałyby te zdarzenia, gdyby jednak wiceprezydent Pence zdecydował się poprzeć apel Prezydenta, Bidenowi odebrano zwycięstwo, a przed Kapitolem zebrały się setki tysięcy czarnych bandytów z bronią i żądaniem nie powtórzenia wyborów, nie przeliczenia głosów, ale śmierci.  To jest jedno. Jednocześnie – i to jest coś absolutnie przerażającego – wyobrażam sobie co się stanie jeśli jakimś cudem za trzy lata dojdzie do sfałszowania wyborów w Polsce i nagle staniemy wobec rozstrzygnięcia porównywalnego ze skandalem z jakim od kilku miesięcy mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych. O nieograniczonej władzy Systemu piszę tu od lat, ale nagle zobaczyłem wyraźnie jak nigdy dotąd jaka to jest potęga.

      Oglądam relację CNN, przed chwilą Donald Trump zaapelował do protestujących, by mimo swojego rozgoryczenia tym co się stało w tym roku w Ameryce, zachowując w sercach ów żal, wraz z nim wrócili do swoich domów, i od tego czasu pojawiają się nowe komentarze, jeden po drugim wypełnione w stosunku do Donalda Trumpa nienawiścią na takim poziomie intensywności, gdzie jest już jasne, że oni nie spoczną dopóki go nie skażą za zdradę stanu. Włączam Twitter, oglądam jeszcze raz apel Prezydenta do protestujących do spokojnego powrotu do domu i widzę, że tam się pojawiło coś zupełnie nowego. Oni już nie tylko ostrzegają, że Trump kłamie, nie tylko dołączają komentarz przedstawiający oficjalny obraz zdarzeń, ale blokują retweetowanie, komentowanie, czy nawet polubianie tego wystąpienia.

       Powtarzam: oni go załatwili jednym krótkim zagraniem. Wystarczyło wycofać ochronę sprzed Kapitolu. Już jest po nim.   



niedziela, 8 listopada 2020

Idzie wojna, idzie wojna, idzie krwawa rzeź, czyli media przestały kłamać

 

        Główne amerykańskie stacje telewizyjne poinformowały, że ostatecznie policzyli głosy i z owych wyliczeń wyszło im, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Joe Biden. Muszę przyznać, że choć minione dni przyniosły nam wiele bardzo ciekawych informacji na temat stanu w jakim znalazła się ostatnio słynna amerykańska demokracja, to że wynik prezydenckich wyborów ogłaszają media, jest wydarzeniem nieznanym chyba nigdzie na świecie. Nawet u nas, takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza” czy Onet ograniczały się regularnie i niezmiennie do informowania o komunikatach PKW, cytowania sondaży, lub ewentualnie publikowania wewnętrznych redakcyjnych opinii, ale żadne z nich nie pozwoliłoby sobie na to, by jako pierwsze podawać oficjalne komunikaty. Ale to nie wszystko, nawet gdyby powiedzmy taki Tomasz Lis, w swoim zwyczajowym amoku, w powyborczy poniedziałek wypuścił kolejny numer swojego tygodnika z kolorowym zdjęciem i wielkim tytułem na okładce, nikt – poza może jakimiś nawiedzonymi internautami –  nie potraktowałby go poważnie,  z całą pewnością światowi przywódcy nie słaliby do rzekomego zwycięzcy listów gratulacyjnych, a światowe media nie informowałyby o tym że oto w Polsce prezydentem został ten czy tamten. Wczoraj Ameryka pokazała swoją nową zupełnie twarz. Oto ktoś gdzieś tam ogłosił, że zakończono liczenie głosów w Pensylwanii i w Nevadzie, tym samym Joe Biden uzyskał wymagane 270 głosów elektorskich, a zatem to on właśnie został prezydentem, i wieść poszła w świat. Nieważne że przed oboma kandydatami jeszcze szereg zarówno standardowych jak i już zapowiadanych specjalnych procedur, nieważne że  wciąż nie wiadomo co z tymi wszystkim głosami z Pensylwanii, które wpłynęły po 3 listopada i które Sąd Najwyższy nakazał oddzielić od reszty, nieważne że wreszcie sam Donald Trump od minionej środy zapowiada szereg wyborczych protestów i to nie będą ot takie sobie protesty, jakie zawsze się przy tego typu okazjach pojawiają, Joe Biden jest już prezydentem, a Donald Trump może się już pakować i odchodzić w niesławie.

        Dotychczas stan obłędu, który doprowadził do tego, co się właśnie w Stanach wydarzyło miałem zwyczaj nazywać po prostu i zwyczajnie obłędem. Dziś wydaje mi się, że za tym wszystkim stoi coś znacznie, znacznie większego i poważniejszego. Oto proszę sobie wyobrazić, że Joe Biden, gdy tylko wczoraj otworzył telewizor i usłyszał, że owe głosy elektorskie ma już w kieszeni, pierwsze co zrobił, to wszedł na swojego Twittera i natychmiast zmienił sobie opis na „prezydent-elekt”. Mało tego. Również kobieta, którą on sobie wyznaczył na wiceprezydenta, uznała że i ona od tej chwili jest już wiceprezydentem-elektem i poinformowała o tym na swoim twitterowym profilu. A to jest już coś zupełnie niezwykłego. Bo oto jest tak, że nawet gdyby o tym że Biden wygrał te wybory poinformowały nie media, ale odpowiednie instytucje, to i tak jeszcze przez pewien czas oni nie byliby żadnymi elektami, tylko zaledwie... ja wiem? Ludźmi w poczekalni? I znów, wie to każdy polityk na świecie. Myślę że nawet Rafał Trzaskowski, gdyby w niedzielny wieczór sondaże pokazały jego zwycięstwo, nie zacząłby o sobie mówić, że jest prezydentem-elektem. Joe Biden i ta cała jego wice, owszem, weszli w to jak w masło.

       I teraz pojawia sie pytanie, dlaczego. Najprościej byłoby powiedzieć, że oni cierpią na tę samą przypadłość jak co fani na całym świecie, a więc żaden obłęd, ale prawdziwe czyste opętanie. Podobnie jak cała reszta, zarówno Biden jak i Harris, zwyczajnie nie wytrzymali i wpadli w ową nigdy nie kończącą się otchłań. Ja jednak myślę, że w tym szaleństwie, jak mawiał stary Will, jest metoda. Moim zdaniem rację tu ma Donald Trump, który powiedział, że ponieważ oni czują, że tak naprawdę już przegrali, bardzo chcą wyprzedzić czas i udawać, że oni tam gdzie są już byli od dawna; że za tym ich zachowaniem stoi tylko jedna myśl, żeby zakrzyczeć prawdę i ewentualnie odpowiednio przygotować ów kłębiący się tłum na nieuchronną wojnę.

       I jeśli koś myśli, że ja się tu zaledwie bawię z własnymi myślami i na podparcie swoich tez nie mam nic konkretnego, to już służę. Oto jest tak, że od dłuższego czasu, śledzę na Faccebooku kongresmena Petera Kinga, no i tak się złożyło, że wpadłem wczoraj na komentarz, który on zamieścił w reakcji na relacjonowane przeze mnie nowe otwarcie. Mówiąc w skrócie, pisze King że wynik wyborów nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszony i wszystko się może zmienić, zwłaszcza że kampania Trumpa kwestionuje sposób liczenia głosów w kilku stanach, jeśli jednak sądy uznają, że wszystko odbyło się lege artis i Joe Biden zostanie ogłoszony prezydentem, on zachęca wszystkich, by ów werdykt przyjęli ze spokojem i od tego momentu traktowali Bidena jako Prezydenta Stanów Zjednoczonych, bo jest demokracja i takie tam. I proszę sobie wyobrazić, że w momencie gdy chciałem ten wpis podać dalej, stało się coś, czego w całej swojej internetowej karierze nie doświadczyłem, a mianowicie otrzymałem informację, że zanim to zrobię, powinienem zapoznać się z odpowiednim objaśnieniem, jak na to wszystko patrzy Facebook. Szczęśliwie udało mi się ten krok pominąć i wszystko zakończyło się pomyślnie.

      Ponieważ jednak nadal chciałem wiedzieć co w trawie piszczy, udałem się na twitterowy profil prezydenta Donalda Trumpa, licząc na to, że przynajmniej stamtąd dowiem się, w jakim on jest nastroju. I tam z kolei spotkały mnie dwie rzeczy, obie nadzwyczaj pozytywne. Przede wszystkim, każdy kolejny  tweet Prezydenta był ukryty za ostrzeżeniem, że w trosce o moją intelektualną kondycję, Twitter ostrzega mnie, że to co za chwilę przeczytam może mnie wprowadzić w błąd, a więc lepiej będzie jeśli sobie pójdę gdzie indziej. Oczywiście zlekceważyłem owo ostrzeżenie i co się okazało? Tam bieżących komentarzy raczej nie ma, zaledwie kilka ostatnich zapowiadających składanie protestów, i to wszystko. Czemu napisałem, że obie informacje uznałem za pozytywne? Przede wszystkim to że Donald Trump najwyraźniej nie popadł w jakąś niebezpieczna histerię, świadczy moim zdaniem o tym, że on jest przede wszystkim zajęty, a skoro zajęty, to zapewne zajęty w bardzo konkretnym celu. Jednak to co naprawdę mnie ucieszyło to to, że oni, nawet kiedy już ich zdaniem jest po wyborach i Joe Biden został ich prezydentem, stają na głowie, by żaden obcy akcent nie został bezkarnie przemycony do bieżącej dyskusji. I myślę sobie, że jeśli oni tak bardzo dbają o to, by nikt sobie nie pomyślał, że podawany przez nich wynik wyborów jest wciąż niepewny, to znaczy, że on faktycznie jest niepewny, a jeśli Donald Trump nie histeryzuje, a już z pewnością nie histeryzuje w takim stopniu jak towarzystwo prowadzącego Joe Bidena do Białego Domu, to znaczy że on jest wciąż znacznie mocniejszy niż różni tacy próbują nam wmawiać.

       Parę dni temu, kiedy prezydent Trump wygłosił telewizyjne wystąpienie do narodu w sprawie wyborów, telewizja CNBC je przerwała, a prowadzący dziennikarz oświadczył, że stacja nie może pozwolić na to, by Bogu ducha winni ludzie byli wystawiani na manipulacje. A ja sobie myślę, że sytuacja jest taka: CNBC przerywa wystąpienie walczącego o kolejną kadencję prezydenta Trumpa, by on nam nie mieszał w głowach; Twitter zasłania jego tweety, by nas ochronić przed groźną nieprawdą; wreszcie Facebook uprzedza mnie, że jeśli poślę dalej wypowiedź kongresmena Kinga, mogę nie wiedzieć co czynię. I o tym wszystkim informują mnie media, które od czasu jak sięgam pamięcią nie dbają o nic innego, jak o to bym cokolwiek czynił, czynił to, nie wiedząc co czynię. Po tych wszystkich latach sączenia w umysły wspomnianych Bogu winnych ludzi najbardziej perfidnych kłamstw, po tych wszystkich latach gdy z każdym dniem coraz głośniej krzyczy owa prawda, że media żywią się kłamstwem i dzięki kłamstwu jeszcze istnieją, po tych wszystkich wreszcie latach gdy stopniowo wszyscy byliśmy przyzwyczajani do tego, że prawda tak naprawdę nie istnieje, ci kłamcy przychodzą do mnie i zatroskanym głosem ostrzegają mnie bym nie ulegał manipulacjom, bo manipulacje to zło.

           W tej sytuacji ja mam do powiedzenia już tylko jedno: coś czuję że zbliża się wojna i czuję też, że owej wojny najbardziej boją się ci, którzy ją wywołają.




 

     

      

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

O frustracji która zabija


         Wydaje mi się, że nie muszę o tym przypominać, bo pewnie większość z nas pamięta i bez mojej pomocy, jak to przez całą minioną kampanię prezydencką ogromna część z nas była nieustannie w obawach, że stanie się coś, co sprawi, że Andrzej Duda z Trzaskowskim jednak przegra. Osobiście znałem też nawet takich, którzy twierdzili, że nie mamy szans i trzeba się przygotować na kilka kolejnych lat walki. Skąd te obawy? Otóż pomijając nasze pretensje do bezkompromisowej postawy Telewizji Polskiej, do ciągłych wybryków prawicowych mediów, do całej serii kompromitacji poszczególnych polityków Zjednoczonej Prawicy, no i oczywiście potęgi propagandy dostarczanej przez połączone siły antypolskich mediów, za owym lękiem stała też zawsze tak bardzo charakterystyczna właśnie dla nas ostrożność i spokojny, wynikający z wieloletniej obserwacji zachowań społecznych, swego rodzaju pesymizm. Baliśmy się tej porażki, jednak byliśmy na nią gotowi i pełni – tu aż nazbyt paradoksalnie – jednak jakiegoś optymizmu, każącego nam wierzyć, że i z tej porażki jak niegdyś Orban się otrząśniemy i wrócimy.
       Z drugiej strony – i tu też jestem przekonany, że większość z nas to zauważyła – strona, która po publicznej kompromitacji Kidawy-Błońskiej wystawiła do boju Rafała Trzaskowskiego, robiła wrażenie jakby była najgłębiej przekonana, że po odbiciu Senatu, przed nimi tylko prezydentura Trzaskowskiego, a potem już tylko ostateczne przejęcie władzy i zemsta, zemsta, zemsta. I tu ową postawę prezentowali wszyscy, poczynając od samego kandydata i jego sztabu, a kończąc na aktywnym zarówno na ulicy jaki i w mediach elektoracie. Wystarczyło bowiem, że Trzaskowski z szyderczą śliną na ustach groził dziennikarzom, co z nimi zrobi, kiedy już zostanie prezydentem, przez teksty w „Wyborczej”, „Newseeku”, czy w TVN24, a kończąc na wspomnianej ulicy, natychmiast przewalał się wrzask tryumfu, którego nikt i nic nie było w stanie zatrzymać. Oni wszyscy w pewnym momencie już wręcz przestali dopingować Trzaskowskiego w jego kampanii, ale zajmowali się wyłącznie wymyślaniem wszelkich możliwych przykrości, jakie będą mogli wyrządzić PiS-owi, kiedy już wreszcie te wybory się zakończą.
       Nie pamiętam, czy o tym pisałem osobno, czy może tylko parokrotnie przestrzegałem swoich znajomych tak bardzo pewnych tego, że Trzaskowski jest już prezydentem, a Duda siedzi w więzieniu, na pewno jednak zdarzało mi się pisać, że moim zdaniem nieszczęście tak zwanego „antypisu” polega głównie na tym, że oni od parudziesięciu już lat poruszają się po najbardziej egzotycznych kieszeniach emocji, od euforii, przez rozpacz, po wreszcie wściekłość. Zwracałem na to uwagę i apelowałem do nich, by jednak się aż tak nie nakręcali, bo ten rodzaj braku umiarkowania sprawia, że oni są wiecznie sfrustrowani, a owa frustracja w pewnym momencie prowadzi ich do autentycznej psychicznej choroby, a niekiedy, jak wiemy, nawet zabija. Na nic. Oni nadal zajęci byli tylko snuciem opowieści o tym, jak to Duda z Kaczyńskim i Morawieckim będą wyprowadzani w kajdankach.
        Ale jak mówię, w tych marzeniach utrzymywali ich sami politycy opozycji. Przecież to nikt inny jak Roman Giertych zapewniał, że każdy polityk PiS-u, który w ciągu 24 godzin poprze Trzaskowskiego może liczyć na amnestię, to Trzaskowski zapewniał mieszkańców Katowic, że im już dziś zazdrości wspaniałej Pierwszej Damy, to sztab Trzaskowskiego zapłacił za plakaty z okładką „Newsweeka”, na której jako „Nasza Pierwsza Para” przedstawiony został Rafał z Gośką. A cały uliczny antypis chłonął ów przekaz i już się nie mógł doczekać tej niedzieli.
       Co się działo w poniedziałek – no może we wtorek, bo oni jeszcze jakiś czas byli przekonani, że to się nie dzieje – albo wiemy z autopsji, albo się możemy domyślać. No ale nie minęło tych parę dni, jak ruszyła akcja masowego zaskarżania wyniku wyborów, raz w nadziei, że Sąd Najwyższy tysięcy skarg nie zdoła w terminie rozpoznać, a dwa, w przekonaniu, że oni mają tak mocne argumenty, że te wybory zostaną unieważnione, następnie powtórzone, no i tym razem wreszcie wygrane. Przyznam, że zbyt uważnie tego co się w tych biednych łbach działo nie śledziłem, natomiast wczoraj zobaczyłem, że na Twitterze najważniejszym hasłem jest #Sąd Najwyższy, a tam... daję słowo, że takiego rozżalenia, takiego zawodu, takiej niekiedy furii nigdy w życiu nie widziałem, chyba nawet wtedy, gdy wbrew ich – to są zawsze ci sami ludzie – powszechnemu przekonaniu, Tadeusz Mazowiecki nie został prezydentem w pierwszej turze. A daję słowo, że sam takich znałem.
         Czytałem wczoraj owe tweety i powiem szczerze, że choć one mnie trochę śmieszą, to w ostatecznym rozrachunku jestem w lekkim strachu. Nie wiem, ile dziś w Polsce jest osób, którzy przez tych parę tygodni były zupełnie spokojne, że sąd zarządzi powtórkę wyborów, a może – kto wie? – nawet przyzna zwycięstwo Trzaskowskiemu, ale obawiam się, że przy tym poziomie zawodu, nawet tysiąc osób może spróbować coś zrobić. Co? No,  tego już akurat zwyczajny człowiek przewidzieć nie potrafi. W każdym razie, zachęcam zupełnie szczerze: śpijmy z jednym okiem otwartym.


      

środa, 15 lipca 2020

O nich i o demokracji, którą gardzą


       Ja oczywiście od dawna wiem, czego, gdy chodzi o politykę, mogę się spodziewać po ludziach prostych, zajętych sprawami dnia codziennego, a zatem nie dziwi mnie też zupełnie to, gdy oni przy każdej kolejnej próbie analizy tego co się dzieje na tej naszej politycznej scenie, wygłaszają opinie, które nijak się mają do rzeczywistości. Nie mam zresztą do nich o to pretensji, bo wiem, że gdy chodzi o bezpośrednie podejmowanie wszelkich życiowych decyzji, oni radzą sobie znakomicie, a to, że w sytuacji gdy trzeba się wypowiedzieć na temat owych zawiłości, jakich nam dostarcza życie,  sobie zwykle nie radzą. I nic nie szkodzi. To bowiem jest zajęcie dla nas, wariatów, dla których i tak już nie ma miejsca w tym świecie.
     A zatem, jak mówię, nie oczekuję tu jakichś demonstracji szczególnej przenikliwości z tej akurat strony, natomiast wydaje mi się, że mam prawo liczyć na to, że durniami nie okażą się ludzie, którzy zajmują się polityką zawodowo. O co chodzi? Otóż – nie po raz pierwszy zresztą w naszej najświeższej historii – po niedzielnych wyborach pojawiły się przeróżne wyliczenia, prezentowane po wszystkich możliwych stronach jak najbardziej profesjonalnej politycznej sceny, z których mieliśmy się dowiedzieć, że Andrzej Duda wygrał wyłącznie dzięki głosom albo tak zwanej „ściany wschodniej”, albo rolników, albo wieśniaków, albo ludzi bez wykształcenia, albo bezrobotnych mieszkańców małych miasteczek, albo wreszcie – a to jest coś co na mnie zrobiło wrażenie szczególne – głosom wyborców Konfederacji, która w związku z tym sukcesem oczekuje dziś od Prawa i Sprawiedliwości jakichś szczególnych gratyfikacji.
       Ja oczywiście rozumiem to myślenie. Gdyby je odwrócić, to w roku 2007, 2011, czy w owym strasznym roku 2010, moglibyśmy powiedzieć, że Platforma Obywatelska, czy sam Bronisław Komorowski odnieśli zwycięstwo dzięki wsparciu wyborców SLD, świeżej emigracji, czy aspirujących pracowników wielkich miejskich korporacji. Tymczasem prawda wówczas wyglądała tak, że zarówno Platforma Obywatelska jak i Bronisław Komorowski – choć gdy chodzi o niego mamy, jak wiemy, wciąż pewne kwestie do wyjaśnienia – wygrali dlatego, że dostali więcej głosów niż strona przeciwna, a owe głosy nie pochodziły ani wyłącznie od komuchów, ani od młodych wykształconych z wielkich ośrodków. Nie tylko.
      Podobnie też dziś, kiedy słucham choćby przedstawicieli środowisk narodowych, którzy mi tłumaczą, że jeśli Andrzej Duda jest dziś prezydentem, to wyłącznie dzięki temu, że część z nich w pewnym momencie się ogarnęła i przypomniała sobie o tym, czym jest Polska, to ogarnia mnie z jednej strony autentyczne niedowierzanie, a z drugiej bierze jasna cholera, bo wiem, że za tym szaleństwem musi stać metoda. Przepraszam bardzo, ale sprawy mają się tak, że Andrzej Duda został prezydentem ponieważ zagłosowało na niego niemal 10,5 miliona Polaków i doprawdy naprawdę niewielka ich część to byli ci wyborcy Konfederacji, którzy niemal w ostatniej chwili zdecydowali się oprzytomnieć, czy też owi symboliczni już rolnicy, a to z tego prostego powodu, że 10,5 miliona to nie w kij dmuchał. I jeśli mamy stosować logikę, którą stosują ci durnie, to ja równie dobrze mogę oświadczyć, że Andrzej Duda został prezydentem wyłącznie dzięki mojemu poparciu, poparciu mojej rodziny i poparciu moich znajomych, ludzi wykształconych, płacących podatki i zamieszkujących duże miasta, ale również dzięki poparciu tych 15 procent osób które w pierwszej turze zagłosowali na Roberta Biedronia. To my i oni daliśmy zwycięstwo Andrzejowi Dudzie, a nie Krzysztof Bosak ze swoimi kompleksami. A gdy chodzi natomiast o rolników i mieszkańców wiosek na wschodzie Polski, to ich zasługa dla zwycięstwa Andrzeja Dudy jest równie ważna jak głos mojej młodszej córki. Bo tak wygląda demokracja, że każdy głos ma taka samą moc, a to co się w ostatecznym rozrachunku liczy to zwykła przytomność umysłu, która ma oczywiście swoje szczególne ścieżki, ale nikomu nie odbiera szansy na opamiętanie.
         I powiem uczciwie, że to jest coś co mnie zwyczajnie obezwładnia. Kiedy słyszę te wszystkie głosy na temat tego, kto konkretnie doprowadził Andrzeja Dudę do tego zwycięstwa, chce mi się wyć. I autentycznie nie potrafię uwierzyć, że ci wszyscy eksperci, rozdzielający owe zasługi to tu to tam, są naprawdę szczerzy. Jak bowiem możemy twierdzić, że jesteśmy w stanie autorytatywnie stwierdzić, skąd konkretnie pochodziły owe pół miliona głosów, które dały Andrzejowi Dudzie drugą kadencję? Od rolników, od Bosaka, od małomiasteczkowej hołoty? Przepraszam bardzo, ale czemu nie ode mnie? Czy ja przypadkiem może nie głosowałem?
       I to jest moim zdaniem problem naszej elity intelektualnej – zamieszkującej zresztą najróżniejsze części tej naszej przestrzeni – że oni kompletnie nie są w stanie pojąć, czym jest demokracja. Tymczasem ona sprowadza się do tego, że każdy głos ma tę samą wagę i każdy jest tak samo ważny dla ostatecznego wyniku jakiejkolwiek rozgrywki. To jest tak oczywiste, że przyznam, że jest mi autentycznie wstyd, że muszę to wyjaśniać. Jest mi autentycznie wstyd tłumaczyć ludziom, wydawałoby się bardziej ode mnie autoryzowanych do tego by komentować sprawy publiczne, że gdyby nie głosy moje, mojej rodziny, moich znajomych i milionów zwykłych obywateli od morza do tatr i od Bugu do Odry – często obrzydliwie bogatych i wykształconych – rolnicy spod Włodawy, Nowego Targu i Ropczyc, ale również ta nędza od Korwina Mikkę i Brauna zwyczajnie nie mieliby nic do gadania i dziś prezydentem byłby Rafał, a pierwszą damą niejaka Gośka.



wtorek, 14 lipca 2020

O ludziach osadzonych w aresztach, brytyjskich parkach i w bieszczadzkich lasach


     Jedna z pierwszych wiadomości, jaka dotarła do mnie w powyborczy poniedziałek i która zrobiła na mnie pewne wrażenie to ta, że w Areszcie Śledczym w Katowicach Andrzej Duda otrzymał 17 procent głosów, oddanych na niego przez 58 osadzonych osób. Informacja że 73 procent owego więziennego towarzystwa głosowała na Trzaskowskiego,  to coś czego się oczywiście spodziewałem, pamiętając znakomicie, że w każdych wyborach, jakie miały miejsce w Polsce po roku 1990, więźniowie głosowali tak samo jak większość tak zwanych „młodych, wykształconych z dużych miast”. Pamiętałem też oczywiście, że w każdym z tych głosowań, statystycznie rzecz biorąc, osoby chore, oddające swój głos w szpitalach, demonstrowały wrażliwość bardzo podobną do tej, jaką możemy obserwować u osób mieszkających w miastach, miasteczkach i wioskach we wschodnich rejonach kraju. Dlatego nie zdziwiły mnie doniesienia o tym, że w Katowicach, gdzie Andrzej Duda przegrał, a Rafał Trzaskowski odniósł dość wyraźne zwycięstwo, więźniowie masowo zagłosowali na Trzaskowskiego, a ludzie chorzy na Dudę. Czemu tak? Szczerze powiem, że gdy chodzi o szpitale, nie mam bladego pojęcia, zwłaszcza że, jak wiemy, szpitale nie są wcale tylko dla ludzi starszych i że tam jest miejsce dla każdego. A zatem owa systematyczność pozostawia mnie kompletnie bezradnym. Niemal jednak bezradnym, bo kiedy piszę ten tekst, chodzi mi po głowie taka oto myśl, że ludzie spędzający czas w szpitalu tworzą pewną bardzo żywą społeczność, dużo ze sobą rozmawiają, są wobec siebie szczerzy i tam nie działa system, jaki znamy z dużych miast, gdzie tak trudno o zwykłą szczerą rozmowę i gdzie człowiek staje często zupełnie samotny wobec bezlitosnej propagandy. Tego jednak czy tak jest nie mogę być pewien, natomiast, owszem, wiem, jak to jest z osadzonymi. Oni w życiu nie poprą politycznego projektu, który deklaruje dbałość o prawo i sprawiedliwość. Oni nigdy nie poprą człowieka ze sztandarem, na którym są wypisane słowa
„Bóg, Honor, Ojczyzna”. 
      A zatem, nie zdziwiło mnie niedzielne zachowanie pensjonariuszy Aresztu Śledczego przy ulicy Mikołowskiej w Katowicach, natomiast przeżyłem w pewnym sensie ową zagadkę, kim jest tych pięćdziesięciu ośmiu, którzy zagłosowali za prawem i za sprawiedliwością. Pisałem o tym troszeczkę wczoraj, jednak już chwilę później dotarła do mnie kolejna informacja, ta mianowicie, że Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii przebili o dobrych kilka procent nawet osoby spędzające swój czas w tym „moim” areszcie. Bo oto, jak się dowiaduję, na Wyspach Rafał Trzaskowski otrzymał 83,24% wszystkich głosów. I to jest wynik, który przewyższa wszystko, co miało miejsce w Polsce. Może coś przegapiłem, ale wydaje mi się, że to jest absolutny rekord. Gdyby okręgi wyborcze zorganizowane w Wielkiej Brytanii potraktować jako część polskiego terytorium, to trzeba by uznać, że tam nienawiść do Polski jest nie tylko większa od tego co się zdarzyło we wsi Cisna w Bieszczadach – gdzie dziś mieszkają głównie osoby, które uznały, że ten świat w którym żyją jest podły i  wyemigrowały z wielkich miast – ale również w polskich więzieniach.
        A ja mam wielką ochotę by sobie pomyśleć, że zarówno owi nowi mieszkańcy Cisnej, jak i osadzeni w areszcie w Katowicach, ale również mieszkający w Wielkiej Brytanii Polacy, to swego rodzaju emigranci, którzy swego czasu podjęli pewne życiowe decyzje, a dziś, mając coraz większe przekonanie, że ów wybór dał im tylko ponure wykorzenienie, od którego oni, choćby nie wiadomo jak się starali, nie potrafią się już uciec, wpadają w stan, gdzie ich przeżera najpierw prosta złość, a potem już tylko rozgoryczenie i ów typowy psychologiczny mechanizm, gdzie za winę za swoje błędy przypisujemy innym i zaczynamy ich zwyczajnie nienawidzić. Tym razem, co jest celem tej agresji? Oczywiście do Polski, która to ich zdaniem, w stan w którym się ostatecznie znaleźli, tak naprawdę wpędziła.
       Myślę przy tym najbardziej o tych tysiącach Polaków, którzy wyjechali z Polski za chlebem i dziś z jednej strony widzą, że nie jest wcale tak jak miało być, a z drugiej tak strasznie się boją wracać, bo zwyczajnie nie są gotowi na to ryzyko. W efekcie, zaczynają w sobie nakręcać tę nienawiść do Polski, tej Polski, która im cały czas mówi: „Wracajcie, tu będzie wam lepiej”. Czemu? Bo ona tak strasznie zadręcza ich sumienie.
       Gdy myślimy o Polakach na emigracji, najczęściej myślimy o Stanach Zjednoczonych i o Wielkiej Brytanii. Polonia amerykańska została już wielokrotnie i bardzo skutecznie opisana. Gdy chodzi o Wielką Brytanię, sytuacja jest szczególna. Otóż tam miały miejsce dwie fale: pierwsza zmuszona do tej rozłąki po wojnie, nadzwyczaj patriotyczna, tęskniąca za Polską, Polskę kochająca i Polsce wierna. Niestety, większość z tych ludzi już nie żyje. Są oczywiście ich dzieci i wnukowie, którzy niosą dalej tamtą historię, czasem nawet potrafią mówić po polsku i są dumni, że są Polakami, jednak oni są już najczęściej obywatelami brytyjskimi i tu w Kraju już nie głosują. Ale jest też oto tak zwana nowa emigracja, która wyjechała z Polski najczęściej nie dlatego, że ich życie i historia do tego zmusiły, lub dlatego, że wyjechali tam i odkryli swoją nową szansę, czy wreszcie tak wyszło, ale dlatego, że oni nigdy nie czuli jakiegokolwiek związku z Polską i uznali że skoro Polskę opuszczą, to sobie zwyczajnie zaszaleją. Nie chcę tu popadać w zbyt łatwe insynuacje, ale mam tu na myśli ludzi takich jak tych dwoje, którzy w Coventry zamęczyli na śmierć swoje dziecko i dziś zdychają w brytyjskim więzieniu. Nie sugeruję więc też, że choćby niewielka część brytyjskich Polaków, którzy przedwczoraj zagłosowali na Trzaskowskiego, to potencjalni mordercy, natomiast mam bardzo duże podejrzenie, że to jest banda sfrustrowanych, kompletnie samotnych nieudaczników, którzy kiedy słyszą słowo „Polska” dostają ciężkiej cholery, i głosują na Rafała Trzaskowskiego, bo on im przynajmniej powie, by ją ***** i w ten sposób poczują moc.
      I w tym właśnie przypominają osadzonych w Areszcie Śledczym w Katowicach, no i tę nędzę, która swego czasu wyjechała w Bieszczady, a dziś czuje, że może zamiast zdychać tu z nudów, może lepiej było wyemigrować do Wielkiej Brytanii.
     A ja i tak wciąż myślę o tych 58 bohaterach. Na miejscu Andrzeja Dudy wypuściłbym ich w jednej chwili. Tyle że jak to zrobić, skoro gdyby ich spytać, który z nich popiera PiS, to zgłosiliby się oczywiście wszyscy, a głosowanie było tajne? Pozostaje więc im życzyć dużo sił; podobnie jak tym, którzy sobie tak pięknie poradzili i na Wyspach i w innych miejscach na świecie, gdzie ich życie rzuciło.


         

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...