Zgodnie z wcześniejszymi naszymi podejrzeniami, sprawa „taśm Wprostu” powoli przestaje nas zajmować, na rzecz choćby czy to zębów Luisa Suareza, czy umazanych krwią włosów łonowych w jakimś argentyńskim przedstawieniu. Ja tymczasem chciałbym już sprawę zamknąć swoim najświeższym felietonem dla „Warszawskiej Gazety”, który wprawdzie nie wnosi zbyt wiele do naszej dotychczasowej wiedzy, natomiast, mam wrażenie, że przynajmniej zwraca uwagę i mocno podkreśla to, co z tej „afery” jest dla nas najważniejsze i co jednak w ten czy inny sposób pozostanie. Zapraszam do refleksji:
W swoim poprzednim felietonie, pisanym tuż po ujawnieniu pierwszych taśm, na którym „kurwują” Belka z Sienkiewiczem i Nowak z tym drugim, skoncentrowałem się nie tyle na tym, co tam tym dziwnym ludziom wypełza z ich czarnych ust, ale na samej organizacji całego przedsięwzięcia i jego celach. Już jednak na drugi dzień po tym, jak ów tekst wysłałem do Redakcji, pojawiły się kolejne fragmenty rozmów, kolejni ich autorzy i kolejne słowa, a ja nagle odnoszę wrażenie, że dziś sytuacja nie sprowadza się już ani do tego, kto gada, ani o czym gada, ani oczywiście tym bardziej, kto to wszystko uruchomił i po co, ale wyłącznie do kwestii – być może jedynej w tym wszystkim realnej – jak gada. Tak to właśnie widzę: sposób, w jaki oni rozmawiają, dziś dla mnie stanowi jedyną w tym wszystkim naprawdę realną, a zatem interesującą kwestię.
O ile w pierwszym numerze „Wprostu” mieliśmy tego Belkę, Sienkiewicza, czy Nowaka, a więc twarze i nazwiska jednak z pierwszych stron gazet, dziś przy stoliku restauracji „Sowa i Przyjaciele” zasiadają ludzie, o których ja przynajmniej dotychczas nie słyszałem. Jacyś byli politycy, dziś biznesmeni, a może kiedyś drobni biznesmeni, a dziś politycy, czasem ani jedni, ani drudzy, jakiś kelner, który, jak się okazuje, jest tam osobą jedną z najważniejszych, i oni wszyscy związani są ze sobą i z innymi siecią tak nieprawdopodobnie ścisłych powiązań, że my z tego wszystkiego nie jesteśmy w stanie zrozumieć już nic, poza jednym – tymi „kurwami”.
Proponuję, byśmy przeprowadzili następujący eksperyment: otwórzmy sobie najnowszy numer tygodnika „Wprost” i zacznijmy czytać po kolei te rozmowy – dokładnie, linijka po linijce. Jestem pewien, że dla większości z nas, już po pierwszych trzydziestu minutach, z tego co tam jest, nie pozostanie w głowie nic, jak tylko owe „kurwy”. O czymkolwiek by oni nie rozmawiali, jakichkolwiek by interesów nie załatwiali, na samym końcu zostaje tylko to niewyobrażalne wręcz chamstwo. I nie oszukujmy się: to nie jest tak, że kiedy mężczyźni rozmawiają, to rozmawiają właśnie w ten sposób (znam bardzo wielu mężczyzn, którzy tak nie rozmawiają); nie jest też tak, że w ten sposób rozmawiają menele i margines (znam meneli i ludzi z marginesu, którzy przy Belce i Sienkiewiczu sprawiają wrażenie lordów). Tak rozmawiają ludzie, którzy albo zostali w ten sposób wychowani, czyli ci, którzy słowo „kurwa” poznali jeszcze zanim poznali słowo „mama”, oraz mafia, dla której ten język jest wyłącznie rodzajem kodu, który pozwala im się rozpoznawać. Przychodzi jeden do drugiego i mówi: „Cześć, kurwa”, na co drugi odpowiada: „Kurwa, cześć” i te słowa są jak hasło i odzew.
Jeśli chodzi o tych miłośników piklowanych rzodkiewek, myślę, że oni ze swoimi żonami, rodzicami i dziećmi tak nie rozmawiają. Najwyżej ich leją w pysk. Żeby rozładować napięcie ciężkiego tygodnia.
I to tyle. Jeśli wśród czytelników tego tekstu są osoby jakoś tam religijne, mam dziś prośbę wyjątkową. Proszę o modlitwę w intencji dzieci z domu dziecka Villa Infantil Federico Ozanam w Chilca w Peru. I to tyle na dziś.
Przez chwilę zamiar miałem taki, by dziś, zamiast tradycyjnej notki, wstawić tu tylko poniższy film, zachęcić do refleksji i ewentualnie, jeśli komuś przyjdzie do głowy coś mądrego – komentowania. Ponieważ jednak, jak widzę, od wczoraj, a więc, od kiedy mi syn mój pokazał to coś, sprawa nabrała pewnego rozpędu, a w związku z tym siłą rzeczy pojawiły się jakieś tam obce komentarze, uznałem, że zrobię tak, że ów film faktycznie tu wkleję, poproszę wszystkich, by go sobie obejrzeli, a kiedy już wszyscy złapiemy pierwszy, czy może trzeci oddech, podzielę się z nimi swoimi refleksjami. A zatem proszę spojrzeć; to jest zaledwie parę minut:
Pamiętam, jak kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w katowickiej Hali Parkowej, dziś wykorzystywanej przez niejakiego Mazgaja na pomieszczenia dla supermarketu Alma, znajdowało się kino, no i myśmy tam wtedy, jako że bilety były tanie, regularnie chodzili. Pewnego dnia wyświetlano tam jeden z moich do dziś ulubionych filmów, western Petera Fondy, z nim w roli głównej, pod tytułem „The Hired Hand”, czyli po polsku „Wynajęty człowiek”, no i ja – ponieważ na to akurat chodziłem przy każdej okazji – poszedłem i wtedy. Jest w „Wynajętym człowieku” scena, kiedy źli ludzie, chcąc zabrać mu konia, zabijają pewnego sympatycznego chłopaka, ów chłopak cały zakrwawiony i zapłakany, dusi się tą śmiercią, by jeszcze na sam koniec wydusić z siebie słowo „Mamo”. Okropna jest ta scena, z jednej strony bardzo wzruszająca, makabrycznie realistyczna, a z drugiej, być może ze względu na sam charakter filmu, niemal poetycka. No i stało się tak – a ja to pamiętam do dziś – że kiedy ten chłopak krztusi się tą krwią, próbuje coś powiedzieć, no i w końcu pada to ledwo zrozumiałe słowo „Mamo”, ktoś z sali krzyczy: „Ale się najeboł!”, a więc w tłumaczeniu ze śląskiego na polski: „Ale się nawalił!”
Pamiętam to zdarzenie do dziś, trochę oczywiście przez to, że film „Wynajęty człowiek” to, jak już wspomniałem, jeden z moich ulubionych filmów, no a scena ta jest naprawdę wstrząsająca, ale przede wszystkich może dlatego, że ja do dziś nie potrafię się nadziwić, że są wśród nas ludzie, którzy autentycznie, wcale nie dla zademonstrowania jakiejś niby-siły, ale naprawdę szczerze i bez śladu ironii, wykazują kompletny brak tak zwanej empatii. Chodzi mi o ludzi, którzy widząc ludzkie nieszczęście, wzruszają ramionami i mówią: „A co mnie to obchodzi? Niech spierdala!” Ludzi, którzy kiedy słyszą historię o tych dwóch chłopcach, którzy przychodzą do lokalnego spożywczaka, kładą na ladę dwa złote czterdzieści groszy i proszą o kilogram ziemniaków i dwa jajka, wybuchają śmiechem. Mówię o ludziach, którzy, słuchając naszej opowieści o tym, jak potrafi być ciężko, gdy z jednej strony wiesz, że musi być jakieś wyjście, tylko że akurat nie jesteś w stanie znaleźć odpowiednich drzwi, bo albo jesteś już tym szukaniem zmęczony, albo już ci głowa pęka od tak zwanych „dobrych rad”, mówią: „Możesz powtórzyć, bo nie słuchałem?” Mam tu na myśli oczywiście też ludzi, którzy na słowo „Smoleńsk” zaczynają rechotać i wymyślać kolejne bon moty na temat tych z nas, którzy już nie żyją, i nie ma ludzkiej siły, by ich zmusić do choć chwili refleksji. Ja wiem, że lekarze mają na tego typu mentalność swoje nazwy, faktem jest jednak to, że ja się wciąż nie mogę się przestać dziwić.
No i mamy ten film, wyprodukowany na zamówienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Proszę zwrócić uwagę, że człowiek – to z pewnością był konkretny człowiek – który napisał scenariusz tego filmu, miał kilka zdecydowanie lepszych sposobów przedstawienia problemu. On mógł ów autobus od początku pokazać, jako jakiegoś jeźdźca apokalipsy, który mimo że cały rozklekotany i ledwo żywy zabija te dzieci; mógł na końcu zamiast tego motylka wrzucić jakiegoś złego trolla, który naciska ten guzik „stop”; mógł też, zamiast tego okropnego babska na końcu i tej prasy, wrzucić jakieś zwykłe cmentarzysko z setkami podobnych, starych autobusów, które zostały wycofane z dróg; mógł wreszcie choćby nie dawać na koniec tego idiotycznego „nie miej litości!”. Tymczasem, mamy co mamy.
Z tego co czytam, powszechny odbiór tego filmu jest taki, że jego autor i samo ministerstwo, jako zleceniodawca, to banda głupków. Otóż moim zdaniem tak nie jest. To wcale nie chodzi o to, że oni są wszyscy głupi. Problem w tym, że oni są chorzy. Moim zdaniem to nie jest banda głupców – to jest banda psychopatów. To są dokładnie tacy sami psychopaci, jak tamten ktoś sprzed lat, który w katowickiej Hali Parkowej wrzasnął: „Ale się najeboł!”.
To są wreszcie ludzie tacy jak oni wszyscy, a więc ci ministrowie, prezesi, biznesmeni, których rozmowy ostatnio publikuje tygodnik „Wprost” – ludzie których jedyną refleksją na wszystko co spotykają na swojej drodze, jest rechot połączony ze słowem „kurwa”. Mam wrażenie, że w natłoku tych wszystkich informacji, zgubiła się nam ostatnio być może najważniejsza z nich. Otóż dysponenci tych taśm i animatorzy ich publikacji zadecydowali, by nie ujawniać tego, co tam mówiono na temat „osób zmarłych”. A my oczywiście doskonale wiemy, że to wcale nie chodzi o to, co minister Sikorski, biznesmen Krawiec, czy podejrzany Nowak mówili na temat swoich zmarłych rodziców, dziadków, rodzeństwa, czy nawet Wojciecha Jaruzelskiego. Tu musiało chodzić o ich opinie na temat Sławomira Skrzypka, Anny Walentynowicz, Lecha Kaczyńskiego, czy oczywiście – może tu najbardziej – Przemysława Gosiewskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że redakcja „Wprost” nie publikuje tej części rozmów właśnie ze względu na ten punkt programu. A co tam się wyprawia, tego się już pewnie nie dowiemy, natomiast jestem pewien, że gdyby wyciekł choćby fragment tych akurat refleksji, siła uderzenia byłaby tak wielka, że żadna „kurwa” w wykonaniu biznesmena Krawca, ani żaden przekręt żony ministra Nowaka, nie miałaby tu najmniejszych szans. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę, jak Sieć zareagowała na wyprodukowany przez MSWiA film o smutnym autobusie. Stąd, że ja, rozumiejąc poziom politycznych kontrowersji, wiem akurat, że nie ma takiej siły, która normalnie żyjących i myślących ludzi, zmusiłaby do tego, by na widok ludzkich strzępów, wołali… no właśnie, wołali co? Cóż oni mogli sobie tam opowiadać? Jak mówię, tego nie wiemy, natomiast możemy się tego domyślić. A już z pewnością nie sądzę, żeby była jakakolwiek przesada w założeniu, że każde ich słowo może być idealnie wręcz symbolizowane przez ów końcowy napis powyższego filmu: „Nie miej litości!”
Na sam koniec, jeszcze jedna refleksja, która z tematem tej notki nie ma niemal nic wspólnego, ale nie mogę się powstrzymać. Dziś robiłem zakupy w lokalnym supermarkecie i na półce z gazetami zobaczyłem najnowsze wydanie „Newsweeka”, gdzie Lis rozmawia ze wspomnianym wcześniej Nowakiem. Proszę sobie wyobrazić, że wziąłem to do ręki, przeczytałem niemal w całości i uderzyły mnie dwa fragmenty. Pierwszy to ten, gdzie Nowak, pytany o najpiękniejszy moment swojej politycznej kariery, odpowiada, że jest to dzień, w którym po wygranych wyborach 2007 roku Platforma przejmowała władzę, a on widział „trzęsącego się jak galareta” Błaszczaka. Tego widoku, i tej satysfakcji, jak sam mówi, nikt mu do końca życia nie odbierze. Drugi moment to ten, gdy Lis pyta go o to, jak na jego polityczny upadek reagują jego dzieci. Odpowiada Nowak z dumą, że jego córka go pociesza i mówi mu, nie martw się tato, wszystko będzie dobrze, i na to – jak jakiś Filip z konopi – wyskakuje Lis i pyta go, czy w ten sposób on musiał pocieszać swoje dziecko… no i w tym momencie Nowak, jak się domyślamy, zaczyna beczeć.
Bardzo to ciekawe. Bardzo. Moim zdaniem ciekawe do tego stopnia, że osobiście, gdybym był nieco młodszy i bardziej naiwny, byłbym skłonny nawet uznać, że tak naprawdę każdy film musi się skończyć happy endem, gdyby nie jedno wspomnienie. Otóż, kiedy chodziłem jeszcze do mojej słynnej męskiej podstawówki, miałem kolegę Zbyszka, który był największym i całkowicie bezlitosnym bandytą. Do dziś pamiętam, jak któregoś dnia cała klasa została wezwana do gabinetu higienistki, gdzie miano nam pobrać krew z palca. I proszę sobie wyobrazić, że mój kolega Zbyszek, kiedy zobaczył tę kropelkę krwi na swoim palcu, zemdlał. Autentycznie i zwyczajnie zemdlał. Padł na ziemię i trzeba go było zbierać. Pamiętam to niemal tak dobrze, jak tamten okrzyk w Hali Parkowej na filmie „Wynajęty człowiek”. Tak samo dobrze, jak już do końca życia będę pamiętał owe wykrzywione tępym szyderstwem twarze wpatrujące się w to błoto.
Jak zwykle zachęcam do zaglądania na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż jeszcze można kupić moje dwie pierwsze książki po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. I bardzo, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Kończy sie miesiąc, a my jesteśmy maksymalnie do tyłu.
Nie dam głowy, że odbyło się to dokładnie tak, jak opisuję, a szperać po Internecie, zwłaszcza gdy idzie o ten poziom zdarzeń, zwyczajnie mi się nie chce, sens owego zdarzenia jednak z pewnością odtwarzam wiernie. Otóż na drugi dzień po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” rozmów prowadzonych przez ministra Sienkiewicza z prezesem Belką, Monika Olejnik zaprosiła do studia TVN tego drugiego i w pewnym momencie doszło do takiej mniej więcej wymiany:
O: Jak można używać tak wulgarnego języka?
B: Rozumiem, że kiedy pani sobie rozmawia prywatnie ze znajomymi, to rozmawiacie inaczej?
O: No tak, tyle że nas nikt nie podsłuchuje.
B: A skąd ta pewność, he, he?
Wbrew pozorom jednak nie chodzi mi wcale ani o ów końcowy fragment wystąpienia prezesa Belki, ani nawet o jego akurat słowa, ale o to, że Monika Olejnik w całej praktycznie rozciągłości potwierdziła, że owa karczmarność stylu i języka, jaką ci ludzie prezentują i która dziś robi na nas takie wrażenie, jest w tym środowisku czymś całkowicie naturalnym. Wygląda na to, że oni, rozmawiając ze sobą prywatnie, „kurwują”, „chujują” i „pierdolą” w sposób całkowicie naturalny, i to naturalny do tego stopnia, że nawet już tego nie zauważają. A ja nagle dochodzę do wniosku, i muszę powiedzieć, że traktuję to jako pewne ważne dla mnie odkrycie, że jeśli mijamy na ulicy jakiegoś durnia w bejsolówce i jego wystrojoną dziwkę z tatuażem na tyłku, a oni, rozmawiając ze sobą, właściwie nie używają innych słów, niż „kurwa”, to nie mamy wcale do czynienia – jak nam się to dotychczas wydawało – z kulturowym czy cywilizacyjnym upadkiem, ale z czymś, co możemy nazwać środowiskowym rytuałem, a może nawet kodem, który pozwala tym ludziom rozpoznawać się w obcym i anonimowym tłumie. Oczywiście, jest też możliwe, że ten chłopak, czy jego koleżanka, mówią tak jak mówią ponieważ w ten sposób rozmawiali ich rodzice i znajomi rodziców, a później ich koledzy w szkole i na podwórku, i dziś już inaczej nie potrafią, ale ja jednak biorę pod uwagę możliwość, że język jakiego oni używają stanowi zaledwie ów pewien kod, który pozwala im się skutecznie rozpoznawać w sytuacjach, gdzie wygląd czy środowiskowy kontekst nie wystarczy. Moim zdaniem, może chodzić o to, że kiedy ona mu się podoba i on nie wie, jak zacząć rozmowę, to wystarczy, że rzuci: „Cześć, kurwa, zrobisz mi laskę?”, by ona sobie pomyślała, że z niego jest fajny i wesoły gość i w ten sposób będzie bardziej otwarta.
Uważam, że bardzo podobnie wygląda sytuacja, z którą mamy do czynienia w ostatnich dniach. Jest oczywiście prawdopodobne, że prezes Orlenu, prezes NBP, czy polscy ministrowie spraw wewnętrznych i zagranicznych znaleźli się na poziomie, który dzięki mediom mamy okazję obserwować z bliska, dlatego, że to jest poziom, jaki oni wynieśli z domu. Biorę pod uwagę taką możliwość, że kiedy Radek Sikorski, będąc jeszcze dzieckiem rozlał mleko, czy potłukł kubek, jego mama lała go w pysk i krzyczała” „Patrz, kurwa, coś narobił”, no i to mu zostało. Jednak nie sądzę, żeby to tak wyglądało. Moim zdaniem, Radek Sikorski – podobnie zresztą, jak Paweł Graś, czy ten jakiś Krawiec – miał bardzo kochających rodziców, dobry dom, gdzie wszyscy byli dla siebie życzliwi i uprzejmi, co więcej również później on potrafił budować zdania bez nieustannego powtarzania słowa „kurwa”. Powiem więcej: jestem pewien, że kiedy on dziś rozmawia ze swoimi dziećmi, czy żoną, tego języka nie używa, i nie musi się przy tym jakoś szczególnie wysilać. Co innego, gdy dochodzi do rozmów, że tak powiem, biznesowych.
I tu do chodzę do sedna moich dzisiejszych refleksji. Moim zdaniem, to, że oni wszyscy, czyli Rostowski, Graś, Sienkiewicz, Belka, Krawiec, Sikorski, a ze słów Moniki Olejnik wynika, że ona też, no i też zwykła logika każe wierzyć, że cała reszta tego towarzystwa, rozmawiają w ten szczególny sposób, nie jest zdeterminowane ani ich osobistą kulturą, chamstwem, które odziedziczyli, czy zwykłym zbydlęceniem, do którego doprowadziła ich praca w tej dziwnej korporacji pod nazwą Platforma Obywatelska, ale pewnym właśnie wewnętrznym kodem, którego oni muszą przestrzegać, jeśli tylko liczą na to, że będą traktowani jako element systemu.
Spotyka się Sikorski z tym Krawcem, Krawiec mówi: „Witam, panie ministrze”, na co Sikorski odpowiada: „Dzień dobry, bardzo się cieszę, że pana widzę”… i w tym momencie wiadomo już, że panowie sobie nie pogadają. Jeden na drugiego patrzy i już tylko myśli, co jest do cholery? Co on kombinuje? Co innego jednak mamy, gdy Krawiec wchodzi do tej knajpy i od wejścia rzuca: „Cześć, kurwa”, na co Sikorski natychmiast odpowiada: „Kurwa, cześć” i od razu atmosfera się robi niemal rodzinna.
Ponieważ zauważyłem, że wbrew moim wstępnym intencjom, tekst ten zrobił się trochę kabaretowy, chciałbym powiedzieć parę słów, które mogą nam nieco popsuć nastrój, jednak bez nich się nie obejdzie. Otóż pojawiły się tu i ówdzie opinie, że język, jakiego podczas zarejestrowanych przez Służby rozmów używają politycy, to język meneli i ulicznej hołoty. Chciałem więc publicznie przeciwko tej opinii zaprotestować. Menele w ten sposób nie rozmawiają. Jak już jakiś czas temu na tym blogu pisałem, mam kolegę Krzysia, który jest menelem w klasycznym znaczeniu tego słowa i który udzielił mi nawet osobistej autoryzacji na używanie w stosunku do niego tego słowa – menel. Ponieważ Krzysio jest moim kolegą, moimi kolegami są też jego koledzy. Daję najszczersze słowo honoru, że ja nigdy w życiu nie słyszałem, żeby czy to on, czy to którykolwiek z jego zmenelowanych kumpli, kiedykolwiek użył słowa „kurwa”. Powiem więcej, ja nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich użył kiedykolwiek słowa „dupa”, czy nawet „cholera”. Nigdy. Ani razu. A przyznać trzeba, że oni nie mają lekkiego życia. Weźmy Krzysia. Od czasu gdy o nim pisałem po raz ostatni, on stracił już jedną nogę i stopę drugiej, i jeździ na wózku. Dodatkowo jeszcze strasznie się zaniedbał i nie dość, że wygląda naprawdę tak źle, jak nigdy dotąd, to okropnie cuchnie i powiem uczciwie, że się na moich oczach rozkłada. Dziś, kiedy krążyłem między Urzędem Skarbowym a szkołą, w której pracuje moja żona, wpadłem na niego, a on mnie spytał, czy nie mam jakichś krótkich spodni, tyle że takich żeby pasowały na niego, bo ty Krzysiu jesteś trochę gruby. I proszę sobie wyobrazić, że on użył dokładnie tych słów: „Bo ty, Krzysiu jesteś trochę gruby”. Ani jednej „kurwy”, ani jednego „chuja”. Tylko tyle: „Bo ty, Krzysiu, jesteś trochę gruby”. No a ja oczywiście poszedłem do domu i coś tam dla niego znalazłem, zaniosłem mu, ale i też, proszę sobie wyobrazić, kiedy mu je dawałem, nie powiedziałem: „Masz tu, kurwa, spodnie”. Dlaczego? To chyba jasne. My, aby się odnaleźć i rozpoznać w tym świecie, używamy zupełnie innego kodu. No ale to z kolei jest najwidoczniej świat, do którego ani Donald Tusk, ani jego znajomi nie mają dostępu. I proponuję, żebyśmy zostali w tym przekonaniu, spokojnie czekając aż nadejdzie ten wiatr.
Bardzo wszystkich proszę o zaglądanie na stronę www.coryllus.pl gdzie można kupić wszystkie moje książki, a wśród nich dwa pierwsze „toyahy” po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Dziękuję.
Przy okazji proszę o stałe wspieranie tego bloga. Wciąż jesteśmy jakieś 3 tysiący w plecy i powiem szczerze, ze jest to sytuacja nie do wytrzymania. Bez Was się nie podniesiemy. Dziękuję.