Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Terlikowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Terlikowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

17 mgnień wiosny, czyli o funkcji dupy i pieniądza w życiu człowieka pobożnego

 

       W ostatnich dniach prawa strona internetu wzburzyła się niezmiernie na wieść, że Tomasz Terlikowski wraz ze swoją małżonką Małgorzatą podpisali deklarację wspierającą Misterstwo Edukacji w jego planach indoktrynowania naszej dzieciarni w kwestii onanizmu, bezpiecznej kopulacji, a jeśli coś nie pójdzie tak jak trzeba, to i równie bezpiecznej aborcji. Ludzie się wzburzyli, a ja sobie pomyślałem, ile lat muszą wyżej wymienieni państwo jeszcze poświęcić na niekończące się ględzenie na temat wartości śluzu i spermy w życiu pobożnej rodziny, zanim przynajmniej część z nas nie zrozumie, że gdy chodzi akurat o tych dwoje, powinniśmy porzucić wszelkie nadzieje i uznać, że mamy do czynienia z klasycznymi opętanymi seksem wariatami i jeśi tam kiedykolwiek dojdzie do jakiejś refleksji, to ona wyprowadzi ich na jeszcze bardziej uświnione tereny.

      Ja siłą rzeczy obserwuję publiczną działalność Terlikowskiego, a od pewnego też czasu, jego żony, od pewnie z 15 już lat i jeśli z owej działalności uznałem za stosowne coś zapamiętać na zawsze, to wspomniany śluz pani Małgosi, spermę pana Tomasza w buteleczce, no i pewne niezwykłe wspomnienie zrelacjonowane w „Gazecie Wyborczej”, jak oni oboje, jeszcze gdy byli dziećmi i wspólnie chodzili w pobożnych pielgrzymkach, któregoś dnia Tomek dostał takiego wzwodu, że nie wytrzymał i rozprawiczył Małgosię. Oni się oczywiście natychmiast z tego wyspowiadali, no ale było jak było i pani Małgosia zechciała nam się owym wspomnieniem podzielić. Przypomniałem sobie tamtą rozmowę, skonfrontowałem ją z dzisiejszą aktywnością Terlikowskich w odniesieniu do zapowiedzi minister Nowackiej wprowadzenia do szkół nowego przedmiotu i pomyślałem sobie,  że może napiszę na ten temat tekst pod tytułem „Czego się Tomek nie nauczył, Tomasz nie będzie wiedział”, o tym jak to braki w edukacji seksualnej doprowadziły jego i jego przyszłą żonę do grzechu nieczystości, i w ten sposób wskażę na to, jak bardzo ich dzisiejszy entuzjazm w stosunku do planów Ministerstwa jest czymś absolutnie naturalnym i w gruncie rzeczy jedynie logiczną kontynuacją dawnych kompleksów i obsesji.

        Już sie miałem za to brać, gdy przypomniałem sobie, że bardzo podobne teksty pisałem jeszcze w dawnych bardzo latach, a ostatnio w roku 2018, no i postanowiłem, że najlepiej będzie go tu powtórzyć w dokłądnym brzmieniu, z apelem o opamiętanie, co ciekawe, nie ich.

 

      Jak słusznie zauważył we wczorajszej notce Coryllus, zajmowanie się małżeństwem Terlikowskich to zajęcie na tyle kłopotliwe, że pomijając sytuacje zupełnie wyjątkowe, lepiej już jest pisać o bieżącej polityce Ministerstwa Kultury. Wygląda jednak na to, że do wspomnianych wyjątkowych sytuacji należy poczyniona przez Tomasz Terlikowskiego uwaga na temat  cudu jakiego na aktorce Figurskiej rzekomo uczynił Sługa Boży Wenanty Katarzyniec, zsyłając na nią deszcz pieniędzy, za który ona i jej mąż mogli sobie kupić większy samochód. Najpierw więc sprawą zająłem się ja, dalej pociągnął ją Coryllus, no a teraz ja czuję, że są jeszcze kwestie, które przed ostatecznym zamknięciem tematu, należy poruszyć.

      Oto pisze Coryllus, że z tekstów Terlikowskiego płynie prosty komunikat: „Jeśli sami udacie się do błogosławionego Wenantego, albo innego jakiegoś świętego i nie dostaniecie pieniędzy od razu, to znaczy, że musicie jeszcze długo nad sobą pracować. Ja nie muszę, bo zbliżam się do doskonałości”. I to, moim zdaniem, jest komunikat, który płynie nie tylko z tekstów Terlikowskiego, ale w ogóle z całej „duszpasterskiej” działalności owego dziwnego małżeństwa. Tomasz Terlikowski, jak się domyślam, dzięki życzliwości zaprzyjaźnionych proboszczów, wydaje po pięć książek rocznie, głównie o sobie i swojej nadzwyczajniej pobożności, podczas gdy Małgorzata Terlikowska opanowała rynek elektronicznych i papierowych mediów, od „Gościa Niedzielnego”, przez TVN, po ‘Wysokie Obcasy”, gdzie od lat już opowiada o tym, jak wygląda życie prawdziwie katolickiej rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem problemu masturbacji, seksualnego podniecenia, orgazmu, konsystencji kobiecego śluzu, oraz oralnego seksu. Rozmawialiśmy tu już kiedyś o owym śluzie, odwołując się do wywiadu, jakiego Terlikowska udzieliła wspomnianym „Wysokim Obcasom”, a ja, zainspirowany uwagą Coryllusa na temat owej rzekomej wyjątkowości katolicyzmu u ludzi takich jak Terlikowscy, zajrzałem raz jeszcze do tej rozmowy, przeczytałem ją od deski do deski i proszę popatrzeć, jakie informacje do nas z niej docierają. Kolejno:

1.      Kiedy Małgorzata ma płodny okres, a Tomasz pragnie seksu, to oni siadają na kanapie i się przytulają. Czasem to przytulanie sprawia, że Tomasz dostaje jeszcze większego wzwodu, no ale wtedy oboje tłumaczą sobie, że nie są zwierzętami i jakoś dają radę;

2.      Małgorzata nie chce mieć piątego dziecka, bo i tak już jest zarobiona po łokcie prasowaniem koszul Tomasza, a poza tym nie chce znów się narażać na zaczepki na ulicy, że się nie potrafi zabezpieczać, oraz pytania ze strony nieznajomych: „Czy te wszystkie dzieci były planowane?”

3.      Małgorzata przez lata nie mogła zajść w ciążę, przez co wciąż była molestowana przez znajomych, czy to jest świadoma decyzja, czy wynik bezpłodności (Polacy są tacy niedelikatni), jednak lekarze ustalili, że ma za mało prolatyny, przepisali jej tabletki, ona w ciążę zaszła, tyle że w jej wypadku to nie przez tabletki, ale za sprawą cudu, jakiego dla Terlikowskich uczynił święty ksiądz Escriva;

4.      Choć dla katolika przedmałżeńska czystość to sprawa nadzwyczaj ważna, Terlikowskim nie udało się jej dotrzymać, ale, jak wiemy, człowiek jest człowiekiem, a nie zwierzęciem i kiedy upada, to zawsze powstaje;

5.       Kiedy Małgorzata ma bolesny okres, Tomek jest bardzo opiekuńczy i zawsze pyta, czy ona nie chce odpocząć a czasem nawet zrobi jej kanapkę;

6.      Katolickie małżeństwo różni się od niekatolickiego tym, że wie, iż jest na siebie skazane do śmierci;

7.      Terlikowscy są sobie wierni, bo bardzo się pilnują, by nie skoczyć w bok, i kiedy któreś z nich zauważy, że ma ochotę na kogoś innego, zrywa znajomosć;

8.      Tomasz książkę o Harrym Potterze postawił na najwyższej półce, żeby jego dzieci po nią nie sięgnęły i nie dały się zwieść Złemu;

9.      Terlikowscy wysłali dzieci do szkoły katolickiej, bo do szkół katolickich chodzą wyłącznie dzieci takie jak dzieci Terlikowskich i tam nie ma zagrożeń pedalstwem i satanizmem;

10.  Małgorzata ma ogromny problem z wytłumaczeniem dzieciom, że homoseksualizm jest zły, bo choć on jest faktycznie zły, to jednak wiadomo, że szacunek należy się nawet pedałom i lesbijkom;

11.  Jeśli Marysia zostanie lesbijką, Małgorzata jej powie: „Marysiu, kocham cię jak dotąd, ale nie zgadzam się, byś przychodziła na Wigilię z partnerką”;

12.  Jeśli Marysia zobaczy prezerwatywę i zapyta, co to jest, Małgorzata jej powie, że „chłopak zakłada to na siusiaka, żeby nie mieć dzieci, ale my tego nie akceptujemy”;

13.  Kiedy czteroletni syn Terlikowskich bawił się siusiakiem, Terlikowscy odwracali jego uwagę książeczką;

14.  „Dupa, czyli seksualność, jest integralną sferą życia. Niesamowicie ważną. To nie są głupie szczegóły. To są fundamenty”;

15.  Życie jest ciężkie i pełne wyczerpujących zajęć, jednak mimo to, nie było jeszcze takiego miesiąca, żeby Terlikowscy musieli zrezygnowac z seksu;

16.  Terlikowski jest o Małgorzatę chorobliwie zazdrosny, ale kiedy go za bardzo poniesie, kupuje jej kwiaty i mówi „przepraszam”;

17.  Terlikowski jest chorobliwie zazdrosny, bo jest osobą bardzo znaną i dla niego to byłby wielki kłopot, gdyby się okazało, że w jego małżeństwie nastąpił kryzys.

 

      W swoim wczorajszym tekście Coryllus napisał coś takiego: „Wyobraźmy sobie, że człowiek, który przez całe życie karmił się treściami z GW i TVN, nagle stwierdził, iż są one niekompatybilne z jego codziennym, praktycznym doświadczeniem, a także obserwacjami czynionymi na bardzo podstawowych poziomach. Zrezygnował więc z pochłaniania tych treści i rozpoczął poszukiwanie nowych. Zamyślił się i powiedział sam do siebie – a może w tym całym Kościele mają coś interesującego? No i sięgnął po pierwszą rzecz z zakresu publicystyki katolickiej jaka mu się w sieci nawinęła. Była to recenzja książki Terlikowskiego o Wenantym Katarzyńcu umieszczona na stronach portalu prowadzonego przez Targalskiego, kolejnego tuza myśli prawicowej. Koniec. Nasz hipotetyczny poszukujący prawdy czytelnik, dokończył lekturę, po czym ze spokojem powrócił do GW i TVN, bo uznał, że to jest jednak jakiś poziom, nawet jeśli go oszukują, to czynią to w sposób nie ubliżający zarówno inteligencji, jak i emocjom. No może czasem, ale to jest doprawdy nic, w porównaniu z tym co robi Terlikowski”.

      Moim zdaniem Zarząd Agory ma pełną świadomość słuszności tego, co pisze Coryllus i dlatego właśnie zlecili red. Sroczyńskiemu przeprowadzenie rozmowy z Małgorzatą Terlikowską. Nie oszukujmy się. Oni doskonale wiedzą, że przeciętne polskie katolickie małżeństwo, starannie praktykujące swoją wiarę, modlące się wspólnie z dziećmi przed zaśnięciem, chroniące dzieci przed tym co złe i wychowujące je na ludzi uczciwych i porządnych, tą są dokładnie tacy sami ludzie jak oni, tylko znacznie, znacznie lepsi, a przede wszystkim szczęśliwsi i w najmniejszym stopniu nie przypominające tej parki freaków. I oni zrobią wszystko, by świat się tej prawdy nie poznał. I dlatego do skutecznej realizacji tego swojego poplątanego planu potrzebują kogoś, kto ten styl życia skutecznie światu obrzydzi, a do tego potrzebują ludzi takich jak Terlikowscy, którzy dostarczą mu zaledwie dwóch informacji. Pierwszej takiej, że typowy polski katolik modli się głównie o to, by Bóg im zesłał pieniądze na nowy samochód, ewentulanie większy telewizor, a kiedy już się to uda załatwić, żeby pozwolił mu na czysto rozwiązać dylematy związane z integralną i jakże fundamentalną sferą życia, jaką jest dupa. Wystarczy.




 

czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




środa, 3 kwietnia 2013

Państwo Terlikowscy obserwują śluz

Przypuszczam, że większość z nas wciąż jeszcze pamięta, jak to swego czasu, dzisiejszy redaktor naczelny tygodnika „Uważam Rze”, Jan Piński, został wydelegowany do przeprowadzenia próby umieszczenia na rynku prawicowych mediów czegoś co wówczas nosiło roboczą nazwę „Wręcz Przeciwnie”, a co zakończyło swoją karierę na jednym, pierwszym numerze. Czemu owo pismo zakończyło swoją karierę jeszcze zanim zdążyło na dobre wystartować? Powód był jeden i bardzo prosty. Otóż poszło o okładkę, na której zostali przedstawieni przebrani za księży Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Okazało się, że autorzy nowego projektu, próbując przejąć część prawicowej opinii publicznej, nie wzięli pod uwagę tego, że nawet ta jej część, do której nowy magazyn miał być adresowany, to durnie zaledwie potencjalnie, i że nad nimi dopiero trzeba popracować. No i szlag cały ów projekt, wraz wydanymi na niego pieniędzmi, w jednej chwili trafił.
Tygodnik „Wręcz przeciwnie” już na starcie zebrał całą śmietankę tak zwanej „prawicowej” publicystyki, zaczynając od Korwina-Mikke, a kończąc na Robercie Gwiazdowskim, jednak autorem, który stał się prawdopodobnie głównym sprawcą owego jednodniowego tryumfu i jednocześnie upadku pisma był nie kto inny, jak Tomasz Terlikowski. Otóż, jak się okazało, autorem okładkowego tekstu, który – jak się możemy domyślać – miał otwierać główną bramę do podstawowego profilu pisma, a który miał się sprowadzać do hasła „Dość już cynicznego wykorzystywania Kościoła przez polityków wszystkich opcji!” był ów właśnie publicysta. To on właśnie miał zaproponować prawicowemu czytelnikowi nowe spojrzenie na polską politykę, gdzie podejrzanym już nie tylko jest Donald Tusk, ale również Jarosław Kaczyński, i że jeśli my, polska prawica, mamy prowadzić moralną rewolucję, to powinniśmy ją skierować przeciwko wszystkim wrogom naszej wiary i naszego Kościoła.
Jak już jednak przypomniałem, plan się nie powiódł z tej prostej przyczyny, że jego autorzy zabrali się za jego wdrażanie od tyłu, i skierowali go do ludzi na ten przekręt całkowicie nieprzygotowanych. Dziś, kiedy mamy zarówno odnowione „Uważam Rze”, czy odpowiednio opracowane „Do Rzeczy”, kiedy swoje pierwsze sukcesy odnotowuje obywatelski ruch Pawła Kukiza, widać wyraźnie, że z dawnych błędów zostały wyciągnięte wnioski i że wszystko jest prowadzone z odpowiednią czujnością i rozwagą.
Przyznaję, że nie mam żadnych informacji co do tego, jaką rolę tym razem przewidziano dla Tomasza Terlikowskiego, niemniej, wnioskując z rozmowy, jakiej niedawno magazynowi „Wysokie Obcasy” udzieliła jego żona, muszę uznać, że on akurat przeskoczył od razu trzy kolejne szczeble, i zamiast piąć się po drabince kariery, poszedł na skróty i od razu wylądował na samym szczycie, a więc w okolicach tak zwanej „Gazowni”. A robiąc to, wykazał się taka gorliwością, że zdębieliśmy nie tylko my, ale chyba nawet sami organizatorzy tego szczególnego przedsięwzięcia i ich pierwszoszeregowi pracownicy.
Rozmowa „Wysokich Obcasów” z Terlikowską stanowi ewenement na skalę dotychczas nieznaną. Kiedy już się przez to wszystko przebrnie, a daję słowo, że jest przez co, jedyne co normalny człowiek jest w stanie uczynić, to wziąć zimną kąpiel, zrobić rundkę po śniegu wokół domu, a następnie zadać to jedno, jedyne narzucające się pytanie: „Dlaczego?” Dlaczego Terlikowska – rozumiem, że jednak po wcześniejszych konsultacjach ze swoim mężem – postanowiła pójść do Agory i opowiedzieć tym ludziom o tym, jak to my katolicy regularnie spędzamy czas w naszych łazienkach i obserwujemy rozciągliwość i barwę śluzu z pochw własnych, lub naszych żon.
Ja świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że w tym momencie, zdecydowana większość osób, które nie miały okazji czytać wynurzeń Terlikowskiej dochodzą wniosku, że ja fantazjuję. Że ja oto mam jakiś dziwny, bardzo pokrętny plan, do realizacji którego jest mi potrzebne przesadne wykpienie Terlikowskiej, a tym samym lekkie naciągnięcie jej wypowiedzi w takim kierunku, by ją można było skompromitować, a ten tekst odpowiednio uwznioślić. Otóż nie. Ja nie wiem, jak dokładnie długi jest wspomniany wywiad, bo znam go wyłącznie z Sieci, ale to jest rozmowa bardzo długa i faktem jest to, że ona niemal w całości jest skoncentrowana na tym śluzie. Terlikowska opowiada o tym, jak to ona współżyje ze swoim mężem Terlikowskim, jak to owo współżycie się fantastycznie realizuje, jaką rolę w owym współżyciu pełni wspomniany śluz, a jeśli temat na moment schodzi na liczne Terlikowskich potomstwo, to czytamy o synku tych państwa i o jego zabawach „siusiakiem”, by już za chwilę skoncentrować się na tym, jak to red. Terlikowski, aby, dla jakiejś nieistotnej akurat dla nas przyczyny, oddać swoją spermę do analizy, nie uprawiał grzesznego samogwałtu, ale zwyczajnie seks z panią Terlikowską przy użyciu prezerwatywy.
Ktoś mnie spyta, o co ja mam pretensję? Że Terlikowska szczerze opowiada o swoim życiu małżeńskim i erotycznym? No tak, zgadza się, ja mam do niej o to bardzo poważne pretensje. Uważam bowiem, że, jak idzie o tego typu tematykę, najlepiej byłoby ją zostawić na przykład Danielowi Olbrychskiemu i ewentualnie jednej z jego licznych żon. Że wówczas nie pojawiłby się problem konsystencji śluzu z pochwy pani Olbrychskiej? A jakiż to jest dla nas kłopot? Jestem pewien, że nasze życie na tym szczególnie by nie ucierpiało, a ewidentna korzyść z tego byłaby taka, że czytelnicy „Wysokich Obcasów” nie mieliby tak zwanej „beki”. I to nie byle jakiej „beki”, bo skierowanej wobec pobożnych katolików.
Bo na tym to właśnie od początku do samego końca polegało. Taki był oryginalny cel projektu pod tytułem „Życie katolickich talibów w relacji Małgorzaty Terlikowskiej”. Agora, za pomocą swoich emisariuszy, zwróciła się do Terlikowskiej o tę rozmowę, mając na celu tylko jedno: swoim może bardziej wymagającym czytelniczkom pokazać, co to za banda pajaców ci katolicy, a tym, którzy oczekują wyłącznie wspomnianej „beki” jej skutecznie dostarczyć. Na tym to właśnie polega, a jeśli Terlikowski i jego żona tego nie rozumieją – w co szczerze wątpię – to znaczy, że oni zatracili podstawową orientację w realnym świecie.
Inna sprawa, że jeśli ja mam rację i oni wiedzą, co czynią, nie mamy innego wyjścia, jak uznać, że ten ich cały katolicyzm to gówno warty biznes, dla powodzenia którego oni już są gotowi na wszystko, a bez którego i on i ona równie dobrze mogą się zapisać do Towarzystwa Świetlistych Kręgów, gdzie nie będzie miał znaczenia ani śluz, ani woda święcona, dzięki której on jest zawsze taki jak trzeba.

Tradycyjnie, wszystkich tych, którym się ten tekst spodobał, proszę o wsparcie dla tego bloga. Co komu zbywa proszę kierować na podany obok numer konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...