Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radosław Sikorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radosław Sikorski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2023

O tym jak czwarta władza zainteresowała się naszym Radkiem

       Nie muszę tu nikogo specjalnie zapewniać, że o dziennikarzach wszelkiego typu i o dowolnej proweniencji politycznej mam od zawsze zdanie jak najgorsze. I nie mam tu na myśli jedynie dziennikarzy polskich i wyłącznie współczesnych, ale w ogóle dziennikarzy jako bandę najbardziej zgnuśniałych i skorumpowanych bałwanów. W moim głębokim przekonaniu, dziennikarze jako grupa zawodowa, ale też jako ludzki gatunek, mimo że powszechnie uważani są za tzw. czwartą władzę, są jeszcze głupsi niż artyści, czy nawet politycy. Każdy artysta, co by o nim nie mówić, jednak ma jakiś – nawet jeśli tylko jeden i nawet jeśli bardzo marny – talent, no a jeśli uzyskał jakąś pozycję, to w jakimś stopniu przez to, że włożył w ten sukces jakiś wysiłek, no i w efekcie okazał się lepszy od innych. Z politykami sprawa jest prosta, bo tu liczy się tylko jedno – trzeba wykazać się na tyle, czy to sprytem, czy jakimś tam, choćby i oszukanym urokiem, żeby wygrać wybory i zajść tam, gdzie inni nie potrafili. I to już jest coś. Dziennikarze to najczęściej zupełnie przypadkowa zbieranina zdemoralizowanych leni, którzy ani nic nie potrafią, ani potrafić nie mają ambicji i jeśli uzyskają jakoś pozycję, to wyłącznie dlatego, że lepsi i mądrzejsi od nich potrafili ich wykorzystać dla własnych interesów i to wszystko. Proszę zwrócić uwagę, że nawet tych dwoch gagatków z „Washington Post” jedyny sukces jaki w życiu odnotowali nie wynikał z ich pracowitości, czy talentów, ale z intrygi, jaką przeciwko Nixonowi uknuł nienawidzący go osobiście któryś z agentów FBI, a oni już tylko byli pionkami w jego rękach, które wykonały dla niego tę część roboty. Gdyby nie on, to oni nie ruszyliby tyłków ze swoich redakcyjnych foteli. A o Polsce nawet nie mam ochoty wspominać, a wystarczyłoby choćby przypomnieć, jak to przed kilku laty grupa satanistów umówiła w krakowskich kościołach serię bluźnierczych koncertów, które by się niechybnie odbyły, gdyby nie interwencja moich dzieci, reakcja Kurii, oraz tekst, który zamieściłem tu na blogu. O odwołaniu festiwalu, pisały, zapewne za podpuszczeniem jego organizatorów, media na całym świecie, natomiast tu w Polsce, pozostawione, z wyjątkiem „Wyborczej” oczywiście, same sobie redakcje, zarówno z lewej jak i z prawej strony sceny, nawet się nie zorientowały, że coś takiego miało miejsce. Czemu? Bo nikt im nie pokazał palcem, a na to by zainteresować się tym, co krąży choćby w Internecie, to oni byli zbyt leniwi.

I oto ledwie wczoraj wydarzyło się coś bardzo znaczącego, a jednocześnie kompletnie niezauważonego przez świat mediów, oraz, konsekwentnie, opini publiczną. Oto któraś z holenderskich gazet opublikowała tekst, w którym „ujawniła” [sic!] informację, że Radosław Sikorski od pięciu lat pozostaje na garnuszku rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jako członek Rady Doradczej konferencji Siri Bani Yas Forum, z wynagrodzeniem 100 tys. dolarów rocznie. Oczywiście, ani ja, ani zapewne nikt z czytających ten tekst, o tym nie miał bladego pojęcia i to jest zrozumiałe. Oczywiście to że Sikorski prowadzi różne mniej lub bardziej tajne interesy na całym świecie i że owe biznesy pozwalają mu się dziś cieszyć wielkim majątkiem, stanowiło wiedzę powszechną, ale Siri Bani Yas Forum? Co to za cholera, tego już nie wiedział nikt. I oto nagle okazuje się, że o sprawie napisali Holendrzy i polskie media – inna sprawa, że z pewnymi znaczącymi wyjątkami – podniosły krzyk że patrzcie państwo, jaka to sensacja: „Jak donosi holenderska gazeta”, „Według holenderskiej gazety”, „Z przeprowadzonego przez holenderską gazetę śledztwa wynika...”.

      Oczywiście, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o owym Siri Bani Yas Forum, natychmiast wpisałem sobie tę nazwę w swoją wyszukiwarkę i dowiedziałem się na jej temat tego czego dwiedzieć się było można. Ale mało tego: syn mój poszedł krok dalej i wszedł na internetową stronę wspomnianego Forum i oto okazało się, że aby zrobić krok kolejny i zobaczyć czym oni się, trzeba mieć unikalny login i hasło, a więc trzeba być „one of the gang”. I w tym momencie stało się coś jeszcze. Oto syn mój umieścił na swoim twitterowym koncie odpowiedni zrzut ekranu, trafił na niego nasz poseł Radosław Fogiel i – przynajmniej jeden myślący – natychmiast poinformował o tym znalezisku podczas konferencji prasowej. A my się już pewnie domyślamy, że za tą informacją na równe nogi zerwał się świat krajowych mediów, by opowiedzieć o tym, jak to nie ma sposobu by się zorientować, czym się konkretnie zajmuje Radosław Sikorski w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, o ile się nie zna hasła. Aż się boję pomyśleć, co by to było, gdyby moje dziecko było tak leniwe, jak ta banda nierobów.

       Jest jednak jeszcze coś i to uważam za clue programu. Oto i ja poszperałem w Sieci i trafiłem na tekst, jeszcze z 1 czerwca 2021 roku, umieszczony na internetowej stronie TVP Bydgoszcz, gdzie jak byk stoi tak:

„Europoseł ma też fortunę zgromadzoną w akcjach (16 tys.411) amerykańskiej spółki Silvair Inc, która tworzy oprogramowanie dla rozwiązań z zakresu internetu rzeczy. Jest notowana na warszawskiej giełdzie, kurs za jedną akcję to teraz 6,30 zł.

Jak podaje wprost.pl, Radosław Sikorski ‘zarobił w ubiegłym roku 107,5 tys euro brutto jako poseł do Parlamentu Europejskiego i 100 tys, dolarów jako członek Rady Doradczej konferencji Siri Bani Yas Forum’”.

      Chcę być dobrze zrozumiany. Kiedy w roku 2021 o tym Siri Bani Yas wspomniało wprost.pl, a za nim TVP Bydgoszcz, żaden z tych leni nawet nie pomyślał, by pójść za tropem i sprawdzić, co to takiego. Bo kogo obchodzi jakieś siri bani srani? A my już wiemy, że oto minął już piąty rok, kiedy to Sikorski robi swoje najbardziej ciemne interesy na Półwyspie Arabskim, natomiast ja bym chciał znać nazwisko tego dziennikarza najpierw „Wprostu”, a potem TVP Bydgoszcz, który doszedł już tak daleko, że jedyne co mu pozostało to paść ze zmęczenia i się upić. I dopiero dziś, jak rozumiem, podniósł swój znużony łeb i zawołał: „O cholera! Faktycznie coś takiego kiedyś było. Holendrzy ukradli nam temat”. A reszta? Reszta nie wie nawet i tego.

     Przepraszam. Jak się okazuje, o sprawie od paru tygodni wiedzą też dziennikarze OKO Press. Dziś oni to tu to tam się chwalą, że holenderska informacja  o Siri Bani Yas to wynik wspólnego śledztwa OKO i holenderskiej gazety, a ja oczywiście zaglądam do ich tekstu, a tam informacje żywcem przepisane z Wikipedii. Dziennikarskie śledztwo. A ja już dziś, skoro, jak widać, za Sikorskiego na poważnie postanowiła się już wziąść nawet Agora – swoją drogą, tam musi być naprawdę ciekawie – , to ja już tylko czekam aż nasze media nagle podadzą absolutnie sensacyjny news, że Sikorski nie ma nawet matury.

   


 

     

    

 

     

 

      

piątek, 30 września 2022

Czy Radek Sikorski to prosty psychopata?

 

      Od kilku dni, jak pewnie wszyscy zdążyliśmy zauważyć, pierwszą gwiazdą aktualnych doniesień jest Radosław Sikorski, obecnie eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, a wcześniej minister obrony w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, oraz spraw zagranicznych u Donalda Tuska. Czyli, jak pewnie każdy z nas rozumie, osoba nie z ostatniej półki. Poszło o to, że kiedy jasny szlag trafił wszystkie cztery nitki rusko-niemieckiego rurociągu pod Bałtykiem, ów Sikorski ogłosił na Twitterze, że jest to robota służb specjalnych Stanów Zjednoczonych i zrobiła się z tego międzynardowa afera.

      Czy chodziło o to, że Sikorski powiedział nieprawdę, pozostaje oczywiście kwestią bez znaczenia. Kto to zrobił, tego póki co nie wiemy, choć ostatnio wahadło się zdecydowanie przechyla na stronę rosyjskiej prowokacji. No ale, jak wiemy, bywa różnie, więc niewykluczone, że to jednak Amerykanie wzięli ów niemiecko-rosyjski za pysk. A zatem, wciąż jest niewykluczone, że Sikorski – nie on zresztą jeden – trafił w dziesiątkę. Jednak, jak mówię, nie w tym rzecz. Rzecz bowiem w tym, że Radosław Sikorski, jeden z najważniejszych polskich, ale również przez małżeństwo z Anne Applebaum światowych, polityków oficjalnie oskarżył zaprzyjaźnione Stany Zjednoczony, prowadzące praktycznie wojnę przeciwko Rosji, o gospodarczy terroryzm i wywołał tym samym międzynardowy skandal.

        Komentatorzy zachodzą więc w głowę, czemu Sikorski, w końcu osoba przynajmniej teoretycznie przytomna, dopuściła się tego rodzaju wybuchu zidiocenia i odpowiedzi jest kilka, a wśród nich na czoło wysuwają się trzy, Pierwsza to ta, że Sikorski jest ciężko uzależniony od alkoholu i wspomniany komentarz jest wynikiem tego, że on nie wiedział co robi. Druga jest taka, że on jest zwyczajnym idiotą i w swojej wyobraźni uznał, że skoro jego zdaniem rurociąg zniszczyli Amerykanie, to on musi natychmiast się tą myślą podzielić ze światem. Jest wreszcie trzecie podejrzenie, a mianowicie to, że Sikorski to ruski agent, który od lat działa na zlecenie Kremla, dostaje za to bardzo duże pieniądze, no i tym samym wspomnianego tweeta podyktował mu rzecznik Pieskow.

      A ja, powiem szczerze, nie wiem, jak to wszystko wygląda. Przyznam się, że sam osobiście lubię wierzyć w to, że Radosław Sikorski to klasyczny psychopata, a zatem wszystko co robi, mówi i wyświetla na swojej twarzy umyka naszym ocenom. To jest swoisty alien i my tu nie mamy nic do gadania. Pamiętam jak Amerykanie zabili Bin Ladena i Sikorski w jednej chwili zareagował na to wydarzenie tweetem – swoją drogą świadczącym o tym, że z jego angielskim jest nie do końca tak, jak się wiuelu z nas zdaje – „Yes, we did”. Dziś on robi praktycznie to samo. Dochodzi do eksplozji na wszystkich czterech nitkach Nord Stream, a on w tej samej chwili wrzuca tweeta: „Thank you USA” i jest siebie strasznie zadowolony, że stał się częścią wielkiej międzynarodowej operacji. Pijak? Idiota? Agent? Nie sądzę. Moim zdaniem, zwyczajny psychopata.

        Po co zatem ten dzisiejszy tekst? Powód jest, moim zdaniem, bardzo poważny. Oto ja już wiele, wiele lat temu zamieściłem tu tekst, do dziś całkowicie zlekceważony przez tych, którzy, jak się zdaje, powinni trzymać rękę na pulsie, a który, moim zdaniem może, nawet jeśli nie wyjaśnić, to bardzo prostą drogą prowadzić do wyjaśnienia zagadki Radosława Sikorskiego. A zatem, pozwolę sobie fragment tamtego tekstu tu dziś odtworzyć. Proszę posłuchać i proszę też nie mieć większych nadziei, że tym razem pojawi się ktoś, kto to przeczyta i zawoła: O! A to figiel! I pomyśli, że tu jest wszystko, czego nam przez lata brakowało.

 

 

      Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.

Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):

„Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.

      I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.

      Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.

      I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego zyciu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.

      Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!

       Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.

       Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

 



sobota, 23 października 2021

O przepraszaniu za ćwierć grosza lub jedno splunięcie

 

Zanim przejdziemy do dzisiejszego felietonu – swoją drogą ostatecznie zamykającego moją wieloletnią współpracę z „Warszawską Gazetą” – chciałbym dodać parę świeżych słów do poruszonej niżej kwestii. A słowa te przyszły mi do głowy ledwie co wczoraj, czy przedwczoraj. Otóż, jak może niektórzy z nas wiedzą, posłanka do Europarlamentu Beata Kempa, zwróciła się do swojego kolegi posła Radosława Sikorskiego per „Herr Lord”, co doprowadziło wspomnianego Sikorskiego do takiej utraty zmysłów, gdzie ten publicznie zarzucił posłance Kempie, że nie myje włosów, przez co one są wiecznie tłuste. Tego typu bon mot jest oczywistym chamstwem, a, co gorsza, dowodem kompletnego skretynienia jego autora, ale ja dziś nie o tym. Rzecz w tym, że w odpowiedzi na wybryk Sikorskiego, pojawiły się publiczne żądania by ów Kempę przeprosił, na co Sikorski się zawziął i zakomunikował, że owszem, ale tylko pod warunkiem, że Kempa go przeprosi za owo „Herr Lord”. A ja sobie w tym momencie myślę, że, pomijając oczywistą absurdalność całej sytuacji, a w tym też fakt, że kiedy Sikorskiemu zarzuca się, że w swojej aktywności politycznej  reprezentuje interesy nie-polskie, a on na to plecie coś na temat tłustych włosów, to mamy też do czynienia z tak zwanym „przypadkiem”, to co wysuwa się na pierwsze miejsce, to owo przepraszanie, jako dla wielu bariera nie do przejścia. Zastanówmy sie bowiem przede wszystkim, po cholerę Kempie owo „przepraszam” z ust kogoś takiego jak Sikorski, no ale również, co komuś takiemu jak Sikorski, a więc człowiekowi, jak wiemy, pozbawionemu jakichkolwiek zdolności honorowych, szkodzi wspomniane „przepraszam” w stosunku do kogokolwiek wypowiedzieć. Popatrzmy jeszcze raz na opisaną sytuację. Kempa określa Sikorskiego epitetem „Herr Lord” na co ten mówi jej że ma tłuste włosy, i w tym momencie oboje żądają od siebie wzajemnych przeprosin. Co w tej sytuacji zmieni fakt, że Sikorski ogłosi natychmiast, że Kempa jest osobą w najwyższym stopniu zadbaną, a jej włosy ślnią świeżością, a ona w rewanżu poinformuje świat, że Skorski to wielki polski patriota? Nic. Wszystko pozostanie dokładnie takie jakie było na początku, czyli Kempa będzie wyglądała tak jak zdecydowana większość kobiet w Polsce i na świecie, a Sikorski i tak do usranej swojej śmierci pozostanie tym kim wszyscy wiemy, że jest.  A tu, mimo faktu że sprawy robią wrażenie zupełnie oczywistych, owo szaleństwo z przepraszaniem trwa w najlepsze. I o tym był mój felieton dla „Warszawskiej Gazety” który poniżej.

 

 

        Dzisiejszy felieton zacznę być może od wątku bardzo trywialnego, a co gorsza, być może, przesadnie osobistego, no ale jest jak jest i muszę to powiedzieć, że ile razy moja żona ma do mnie o cokolwiek pretensje, a jak inni małżonkowie wiedzą aż nazbyt dobrze, one bardzo często wywołują autentyczne piekło, to gdy zdarzy się od czasu do czasu, że to ja miałem rację, a nie ona, i do tego owa moja racja jest oczywista w sposób bezdyskusyjny nawet dla mojej żony, to ona mówi „przepraszam”, jednak wypowiada to słowo takim tonem, jakby jednocześnie chciała mi powiedzieć, że jeśli się natychmiast nie zamknę, to nie przeżyję kolejnej minuty.

       Przychodzi mi do głowy owa scena za każdym razem, gdy przysłuchuję się współczesnym debatom politycznym, gdzie media zawsze są nadzwyczaj dbałe o to, by uczestnicy owych debat byli w stosunku do siebie w takim stanie nienawiści, że jeśli oni nie rzucają się na siebie z nożami, to tylko dzięki temu, że ów konflikt jest jak najbardziej udawany i tworzony jedynie pod tak zwaną „publiczkę”. I ja to wszystko rozumiem i akceptuję, to jednak co pozostaje tu dla mnie niezgłębioną zagadką to moment kiedy od czasu do czasu pojawi się pytanie: „Czy przeprosi pan, panie pośle?” i jak dotychczas chyba nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć, by którykowiek z nich zachował się jak moja żona i powiedział: „Proszę bardzo, przepraszam. Zadowolony?” Zamiast tego, słucham wciąż tak żałosnych wykrętów, by nie wypowiedzieć tego jednego nicnieznaczącego słowa, że aż   mnie zatyka. Gdybym ja siedział na miejscu tych durniów, to bym mówił wszystko co mi na sercu leży i to w formie takiej, by każde moje słowo wbiło się w mózg tego do którego było adresowane, i bym go bez dyskusji przepraszał  i to po wielokroć, a robiłbym to w taki sposób, by go krew zalała.

      Część z nas pewnie już się domyśla, w związku z czym ten dzisiejszy temat. Gdyby trzeba jednak było, to powiem, że chodzi mi o sytuację kiedy Donald Tusk zaproponował Jarosławowi Kaczyńskiemu debatę, a Prezes poinformował tego nieszczęśnika, że bardzo chętnie, o ile tylko on przeprosi za to wszystko co przez ostatnie 30 lata uczynił Polsce. I stało się tak, że w tym momencie, niemal w jednej chwili, Tusk napisał na Twitterze: „Przepraszam Jarku. A teraz miejsce i datę debaty poproszę”.

          Oczywiście prezes Kaczyński, czy może bardziej jego służby, sobie z Tuskiem odpowiednio poradziły, ja natomiast myślę sobie, że chyba po raz pierwszy raz od wspomnianych 30 lat Donald Tusk mi czymś zaimponował, a jednocześnie załatwił dla mnie pewien problem. Otóż mam nadzieję, że po tym jego, moim zdaniem pierwszej klasy wybryku, nikt już od nikogo nie będzie wymagał przeprosin. Pozostanie wyłącznie prawo pięści, ewentualnie buta.  



niedziela, 8 sierpnia 2021

Radek Sikorski, człowiek który zamieszkał na dziewiątym kręgu

Dziś proponuję Państwu swój ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety", z istotnym uzupełnienieniem. Z przyczyn oczywistych zachowanie Radka Sikorskiego musiałem lepiej czy gorzej opisać, tu natomiast dołączam odpowiedni filmik, a Państwo mogą ocenić, czy mój opis był celny.

       


      Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się wymienić w tym miejscu nazwisko Radka Sikorskiego, ale zakładam, że bez tego chyba się jednak obyć nie mogło. Niemniej, jak mówię, nie pamiętam. Dziś jednak to jemu chciałbym poświęcić te kilka słów. Otóż, nie wiem, czy Państwo zwrócili to zauważyli, ale w Internecie pewną karierę w tych dniach robi filmik, na którym widzimy wspomnianego Sikorskiego, jak w jakiejś oficjalnej sytuacji zachowuje się jak... no nie wiem. Znają Państwo ów obraz człowieka, który idzie ulicą i całym swoim zachowaniem pokazuje, że jest pod wpływem tak zwanych „dopalaczy” i każdy ruch, każdy gest, jaki wykonuje, sugeruje, że chce wyrzucić z siebie coś co w nim siedzi i go dręczy wręcz nie do wytrzymania. Ze względów oczywistych nie jestem tu w stanie zaprezentować tego obrazu, ale tak to właśnie wygląda: siedzi ów Sikorski za jakimś stołem, obok innych jemu podobnych, ktoś tam coś mówi, a on się zachowuje jakby chciał wyrzucić z siebie złego ducha. Mam nadzieję, że mogą to sobie Państwo wyobrazić.

       No a gdy chodzi o mnie, to ja ogladam tę scenę i się nie dziwię. Gdy chodzi o mnie, to moim zdaniem ten nieszczęśnik już dawno sprzedał duszę Diabłu i jedyne co dla nas w tym wszystkim może być zagadką, to jak do tego doszło i w którym momencie to się zaczęło. Myślę o tym od dawna i za każdym razem wracam do tego momentu gdy ukończywszy w swojej Bydgoszczy trzecią klasę liceum, nasz Radek – jeden z przywódców szkolnych strajków roku 1981 – otrzymał najpierw paszport, a następnie brytyjską wizę, by udać się na Wyspy w celu podszkolenia się w języku angielskim. Tam, w momencie gdy wypadało wrócić do Polski, by kontynuować edukację i szykować się do matury, ów młodzieniec zostaje w Anglii, prosi o polityczny azyl i niemal od razu zostaje przyjęty na studia w Oxfordzie, które oczywiście kończy z sukcesem.

        Ale już w następnej kolejności myślę o owym nowojorskim Żydzie, Applebaumie, który uznaje za dobry geszeft, by oddać swoją córkę nie dość że jakiemuś Polakowi, to jeszcze zdeklarowanemu patriocie i katolikowi. Myślę o nim i daję słowo, że odpowiedzi na gnębiące mnie pytania nie znajduję.

       No i znów po raz nie wiem który oglądam ów dzisiejszy filmik, na którym Radosław Sikorski w sposób oczywisty nie jest ani pijany, ani chory, ale do tego stopnia opętany, że przyczyną owego opetania może być już tylko omyłkowo wydany towar, względnie sam On, a więc TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnej Okazji. No i wracam myślą do jeszcze wcześniejszego wspomnienia, a więc owego zdjęcia, gdzie Radek Sikorski stoi gdzieś w białym garniturze, a na spodniach, w okolicach kroku, widać paskudną ciemną plamę. Wspominam to zdjęcie i myślę sobie, że to jest naprawdę człowiek-zagadka.



poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Jak rozpoznać chiński czosnek, czyli o autentyczności Światowej Organizacji Zdrowia


      Wspominany tu ostatnio parokrotnie nasz wybitny kolega Orjan zauważył wczoraj, że „piłka krąży coraz szybciej”, a mnie w tym stanie rzeczy nie pozostaje nic innego jak potwierdzić ów fakt. A to zwłaszcza kiedy obserwuję swoje własne myśli związane czy to z koronawirusem, czy w ogóle z ogólnym wzmożeniem po wszystkich stronach sceny, po której się poruszamy. Miałem niemal pewność, że dziś wreszcie umieszczę tu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” – który, tak na marginesie, wywołał w red. Bachurskim autentyczny entuzjazm – gdy nagle uznałem, że o tym w ogóle nie ma mowy, skoro nie mogę nie skomentować pewnego bardzo wyraźnego wzmożenia po stronie zwolenników tak zwanych testów.
      No i kiedy już szykowałem się do kontynuacji naszych ostatnich żalów w temacie pewnego tekstu opublikowanego przez portal onet.pl, okazało się, że organizacja o nazwie Global Citizen oraz jej szef i założyciel, niejaki Ryan Gall, zorganizowali transmitowany przez wszystkie telewizje świata event, gdzie reprezentujący absolutnie pierwszą ligę branży pop artyści oddają swój hołd w pierwszej kolejności zaangażowanym w walkę z koronawirusem pracownikom służby zdrowia, a w tle, skromnie i bez niepotrzebnych słów, Światowej Organizacji Zdrowia. Siła rażenia owego happeningu była tak wielka, że w ciągu zaledwie paru dni w owe przedsięwzięcie zechciały się zaangażować również i nasze gwiazdy wszelkich możliwych odmian tak zwanej „kulturalnej rozrywki”, i oni również wyrazili swoją wdzięczność pracownikom służby zdrowia, no i oczywiście Światowej Organizacji Zdrowia, bez której ofiarności, jak wiemy, nic nie byłoby takie jak jest.
      Pisałem tu niedawno o epidemii AIDS, tak pięknie i bez jakichkolwiek zbędnych komentarzy odłożonej do szufladki z napisem „zgon z przyczyn naturalnych”, i zupełnie niespodziewanie, wczoraj właśnie, poczułem się jakbym przeżywał autentyczne deja vu. W jednym momencie przypomniałem sobie tamto szaleństwo, w tym pamiętny koncert Live Aid, podczas którego Freddy Mercury śpiewał na rzecz wszystkich tych nieszczęśliwie dotkniętych wirusem HIV, i pomyślałem sobie – przepraszam za ewentualny brak elegancji – że to jest coś autentycznie niezwykłego, jak oni są przekonani, a może też po prostu zwyczajnie wiedzą, że nie ma końca dla możliwości robienia nas w dupę, i to robienia całkowicie bezkarnie i bez wywoływania najmniejszych podejrzeń.
       Oglądałem więc ów wczorajszy event, z każdą chwilą popadając w coraz większą rozpacz, i pewnie, widząc jak czy to Rolling Stonesi, czy Elton John, czy Jennifer Lopez, poświęcają swój cenny czas, by podziękować Światowej Organizacji Zdrowia za jej bezinteresowną działalność na rzecz naszego wspólnego szczęścia po wyzwoleniu się ze szczęk koronoawirusa,  bym ostatecznie najpierw się upił, następnie porzygał, a w końcu umarł na kilka kolejnych dni, gdyby nie wspomnienie wydarzenia sprzed paru dni, kiedy to prezydent Trump ogłosił wstrzymanie finansowania tego nieprawdopodobnego wręcz przekrętu. Bo, jak wiemy, zrozumieć, to niekoniecznie wybaczyć, ale przede wszystkim odzyskać upragniony spokój.
      A zatem ja już wiem dokładnie, co takiego się stało, że oni wszyscy nie dość, że stawili się karnie na jedno gwizdnięcie, to jeszcze postarali się wydeklamować tę parę bardzo ciepłych słów pod adresem lekarzy, pielęgniarek, oraz oczywiście Światowej Organizacji Zdrowia, jednak wciąż, mimo tego wszystkiego, potrzebuję trochę czasu, by ów przekręt krótko i zwięźle opisać. Przede wszystkim bowiem będę musiał sprawdzić jaką część budżetu owego geszeftu pokrywały dotychczas Stany Zjednoczone.
      W tej sytuacji zatem, zmieniam kompletnie nastrój i wracam zupełnie na spokojnie do oryginalnego planu i przedstawiam swój zaległy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. W tej sytuacji, jak się okazuje, zawstydzająco lekki. A o testach robionych nam przez Onet będzie jutro.

        
      Powiem uczciwie, że gdy chodzi o Radosława Sikorskiego, ministra w dwóch dawno już minionych rządach, a dziś europosła Koalicji Europejskiej, problem jaki z nim mam sprowadza się praktycznie do jednej tylko kwestii: Jak to jest, że on w roku 1981, ze świadectwem ukończenia trzeciej klasy liceum, obciążony przewodniczeniem szkolnemu strajkowi, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii na wakacyjny kurs języka angielskiego, a następnie, antycypując wybuch Stanu Wojennego, poprosił o azyl i bez średniego wykształcenia, bez matury i prawdopodobnie bez bardziej znaczących umiejętności, dostał się na Oxford i tam rozpoczął karierę, która dziś go doprowadziła do miejsca, z którego może się przed nami popisywać. Poza tym, przyznaję, z mojego punktu widzenia Radosław Sikorski mógłby w ogóle nie istnieć. Stało się jednak coś, na co zwróciłem uwagę i choć tak naprawdę ów dziwny człowiek pozostaje tu wyłącznie pretekstem do refleksji szerszych, muszę w jakiś sposób od niego zacząć. Oto, proszę sobie wyobrazić, że ów Sikorski, pragnąć w jakiś sposób zaznaczyć teren na którym przebywał podczas minionych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, opublikował na swoim profilu na Twitterze zdjęcie Całunu Turyńskiego oraz następującą refleksję:
      „Czy średniowieczny falsyfikat może zatrzymać pandemię?”
      Zupełnie naturalnie, wystąpienie europosła Sikorskiego spotkało się z nadzwyczaj emocjonalną reakcją ze strony zarówno internautów, jak i mainstreamowych mediów, gdzie przede wszystkim zwrócono uwagę na fakt, że nawet w środowiskach kwestionujących sens wszystkiego, co nieracjonalne, zagadka Całunu Turyńskiego pozostaje zagadką, a poza tym wytknięto mu to, że jeszcze dwa lata temu, bawiąc z wizytą w Turynie, skorzystał z tego samego Twittera i opublikował komentarz nie dość że zupełnie inny, to jeszcze w dwóch językach:
      „W Turynie pokłoniłem się jednej z najświętszych relikwii chrześcijaństwa. I've paid my homage to the Turin shroud”.
      Zdaniem komentatorów, owa rozbieżność jest dowodem na zakłamanie Sikorskiego i go ostatecznie kompromituje, ja natomiast chciałbym dziś powiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że wystąpienie Sikorskiego, gdy chodzi akurat o niego, ani nie wnosi niczego nowego, ani też oczywiście go w najmniejszym stopniu nie kompromituje, bo nie da się skompromitować czegoś, co wszelkie granice kompromitacji już dawno przekroczyło i dziś jest tylko eksponatem wypożyczonym z Muzeum Ludzkiej Porażki. Wspominam natomiast o owym tweecie Sikorskiego, bo uważam, że on wskazuje na zjawisko znacznie szersze. Nie chodzi tu już bowiem o to, że oni są albo głupi, albo podli, ale o to, że znaleźli się na pewnym nadzwyczaj stromym zjeździe, gdzie pozostają im już tylko odruchy; co gorsza nie zwykłe odruchy warunkowe mające na celu ratowanie się od śmierci, ale te pozbawione jakiegokolwiek celu, jak choćby u świątecznego karpia.
      Jest więc Radosław Sikorski zaledwie jednym z bardziej głośnych przedstawicieli owego wymierającego gatunku polityków antypolskiej opozycji, którzy w obliczu nadchodzącej katastrofy potrafią już tylko wydawać z siebie ten dziwny syk.





czwartek, 2 maja 2019

O lewych czarusiach z Klubu Bullingtona


      Akurat – co uważam za wydarzenie wręcz symboliczne – w dniu Święta Pracy, media podzieliły się z nami informacją, że były minister, a dziś kandydat do Europarlamentu, Radosław Sikorski, w zamieszczonym na Twitterze  komentarzu nazwał posłankę Krystynę Pawłowicz „wariatką”. Czemu on, pomijając oczywisty fakt, że mamy do czynienia z osobnikiem psychicznie niezrównoważonym, tak zrobił, już spieszę wyjaśniać. Otóż poszło o to, że Sikorski – jak najbardziej na wspomnianym Twitterze – pochwalił się, że w czasie gdy on w latach 80 spędzał czas na uniwersytecie w Oxfordzie, tam też studiował dzisiejszy cesarz Japonii i to jest dla Sikorskiego powód do chwały. Pawłowicz, jak to ona, natychmiast zareagowała, zwracając Sikorskiemu uwagę na oczywisty fakt, że tego rodzaju przypadek jest wręcz niewarty uwagi, no i w tym momencie Sikorski wyskoczył ze wspomnianą „wariatką”.
      Ja nie mam pojęcia, czy Sikorski, podczas swojego pobytu na uniwersytecie w Oxfordzie, miał z obecnym cesarzem Japonii jakikolwiek kontakt, jednak, biorąc pod uwagę jego dyskrecję w tym temacie, oraz fakt, że oni studiowali w dwóch różnych koledżach, podejrzewam że nie. Chciałbym jednak poinformować przy tej okazji – po raz pierwszy zresztą i w sposób absolutnie wyjątkowy –  że kiedy podczas studiów odbywałem obowiązkowe szkolenie wojskowe, moim kolegą był obecny ambasador RP w Stanach Zjednoczonych, Piotr Wilczek. I podkreślam, on nie był jedynie moim kolegą z roku; Wilczek był moim kumplem. Czy to w jakikolwiek sposób świadczy o mnie? Oczywiście że nie. Czy on mnie dziś jeszcze pamięta? Jest to mocno wątpliwe. Z tego też powodu, nawet do głowy mi wcześniej nie przyszło, by o tym pisać.
      Ktoś powie, że cesarz Japonii to coś zdecydowanie więcej niż ambasador RP w USA. Otóż przede wszystkim nie mam co do tego pewności, ale chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że z całą już pewnością bloger Toyah to też nie to samo, co były minister Radosław Sikorski, i zaapelować, byśmy dbali jednak o proporcje.
      No ale mamy tego nieboraczka Sikorskiego, jego nędzny szpan z cesarzem Japonii, reakcję posłanki Pawłowicz, no i tę eksplozję wieśniactwa, której nie jest już w stanie nic usprawiedliwić. A mi – przyznaję bez bicia – nie przychodzi do głowy żaden odpowiedni komentarz. W tej sytuacji, proponuję swój tekst sprzed lat o tym, jak to było z tym Sikorskim na Oxfordzie i jak zawsze mam nadzieję, że ktoś wreszcie poza mną, zwróci uwagę na tę przedziwną zagadkę.


       Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
      Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!):
      „Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
       I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
        Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał.
      Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”.
       Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
       I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego życiu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
       Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
       Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
       Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.




Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o języku angielskim jako broni masowego rażenia Brytyjskiego Imperium. Kontakt jest prosty: k.osiejuk@gmail.com


     

środa, 24 czerwca 2015

Koka i melonik (na odejście marszałka Sikorskiego)

Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem dwóch zdarzeń i obu niezwykle radosnych. Pierwsze z nich to sposób, w jaki, korzystając z najwidoczniej już kompletnej utraty instynktu zachowawczego przez polityków Platformy Obywatelskiej, władzę w Sejmie przejął znany nam skądinąd poseł Wenderlich, a drugie, to ostateczny upadek Radosława Sikorskiego. Mimo że obie okazje traktuje, jako powód do świętowania, muszę przyznać, że ze względu na pewne istotne zaszłości, sprawa Sikorskiego jest dziś dla mnie zupełnie podstawowa. Satysfakcja jaką dziś czuję, to jest coś, dla czego w pewnych momentach mojego życia byłem gotów poświęcić naprawdę wiele. Chciałbym więc uczcić ten dzień przez przypomnienie pewnego starego już bardzo tekstu, jeszcze z roku 2011, a dotyczącego wydarzeń jeszcze starszych, bo sprzed Katastrofy. Rzućmy proszę okiem i zadumajmy się nad ludzkimi losami.


Chciałem dziś przypomnieć, trochę na zachętę, a trochę po to, byśmy po raz kolejny wbili sobie do głowy prawdę o tym, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, pewną scenę sprzed lat. To nie jest tamten tekst. Tamten tekst nawet nie był o Sikorskim, ale o Leszku Kołakowskim i o kłamstwie. To jest tylko tamta historia i zupełnie nowe refleksje. Proszę posłuchać.
Otóż jeszcze w grudniu 2008 roku, premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale to akurat nie ma dla nas większego znaczenia. To co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku.
A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że nasi politycy siedzieli przy stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.
Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.
Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...
A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.
Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.
Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – po raz drugi nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.
Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?
A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski, i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.
Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.

Tyle już lat minęło. Pisząc powyższy tekst, zapowiadałem też wydanie mojej pierwszej książki o siedmiokilogramowym liściu. Minęły cztery lata i ona już została sprzedana. Nie wiem, czy będzie dodruk, póki co jednak informuję, ze mam tu u siebie jeszcze kilka egzemplarzy, więc jeśli ktoś sobie życzy, bardzo proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

niedziela, 9 marca 2014

Twitter, czyli zaznaczanie terytorium

Jutro obiecuję napisać coś oryginalnego z myślą tylko o tym blogu, dziś jednak wciąż pozostajemy z „Warszawską Gazetą” i z moim najnowszym felietonem. Tym razem na tapetę bierzemy Twitter i jego użytkowników. Polecam.

Bardzo niedawno, ale zanim Rosja zaatakowała Ukrainę, a minister Sikorski z delegacją europejskich ministrów właśnie podpisał najkrócej obowiązujące porozumienie w historii świata, na twitterowym profilu Sikorskiego pokazało się jego zdjęcie, jak stoi pod przewróconym pomnikiem Lenina, a obok tekst w języku angielskim który w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco: „Na pustynię: pod dachem przyczółkowym bez Lenina. Dziś poszły kolejne trzy”.
Pośmialiśmy się trochę z ministra Sikorskiego, głównie przez to, że pozując na oxfordczyka i pierwszego Anglika wśród Polaków, prezentuje znajomość języka na poziomie, który osiągnął wtedy, gdy po raz przyjechał pierwszy na wakacje do Anglii, a jeśli od tego czasu się poprawił, to tylko na tyle, by się z niego nie śmiali Polacy pracujący w Anglii na budowach. Ale był jeszcze jeden, kto wie, czy nie bardziej istotny powód do tego, by z Sikorskiego poszydzić. Otóż mamy ważnego ministra, przedstawiciela Unii Europejskiej do rozmów w sprawie poważnego kryzysu, który, chcąc skomentować swoje osiągnięcia, strzela jakieś słitfocie i wrzuca je na Twittera wraz z głupimi komentarzami.
No i przy tej okazji wrócił problem owego Twittera, a więc pewnego szczególnego miejsca w Internecie, które służy ludziom o pewnej szczególnej intelektualnej konstrukcji do spotykania się i albo wymieniania się uwagami bez znaczenia, lub zaledwie – co świetnie zrozumie każdy posiadacz psa – do oznaczania terytorium. Właśnie tak. Mam wrażenie, że jeśli idzie o Twittera, mamy do czynienia z tego rodzaju atawizmem. Ludzie, którzy tam potrzebują się udzielać, zachowują się jak psy, które nie są w stanie przejść spokojnie paru metrów, żeby nie zostawić po sobie choćby najmniejszego śladu.
No bo, zastanówmy, się, czemu minister Sikorski uznał za stosowne napisać ów tekst o pustyni i frontalu – tekst, zwróćmy uwagę, kompletnie bezużyteczny, nikomu niepotrzebny, nieciekawy, nawet nie dowcipny – i go zamieścić na Twitterze wraz z tym zdjęciem, na którym poza jego twarzą praktycznie nic nie widać? On z całą pewnością nie mógł mieć na myśli nic więcej, jak tylko „obsikanie” wcześniejszych sików. Gdyby było inaczej, on by się w przynajmniej minimalnym stopniu do tej notki przyłożył, a nie kompromitował się jakimś bełkotem.
Przyznam się szczerze, że na ową teorie z zaznaczaniem miejsca wpadłem dopiero niedawno. Wcześniej wydawało mi się, że tam może chodzić o coś znacznie wyższego, czego ja nie rozumiem. I oto wczoraj kolega podesłał mi „twit” zamieszczony przez samego Premiera. Proszę rzucić okiem:
@premiertusk: nigdy przyszłe pokolenie by nam nie wybaczyły, gdybyśmy z powodów osobistych ambicji formułowali działania nieadekwatne.Nie oszukujmy się. Tu w ogóle nie chodzi ani o Oxford, ani o język, ani zwykłe wieśniactwo. Tu nawet nie chodzi o to, że ktoś ma nam coś do powiedzenia. To z czym mamy do czynienia, to już prawdziwy obłęd. Ludzie transformują się w psy. I to te gorsze.

Czekając w napięciu na książkę o uczeniu języka, zachęcam wszystkich do kupowania tego, co już od pewnego czasu znajduje się w ofercie księgarni Coryllusa. Niezależnie od tego, proszę o bezpośrednie wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 26 marca 2013

Posłaniec

Poprzedni tekst, o energetycznym przekręcie, uważam za jeden z ważniejszych, jakie udało mi się napisać, a w związku z tym chciałbym, żeby on tu jednak jeszcze trochę powisiał. No ale, jak wiemy, człowiek nie tylko żyje sprawami poważnymi, i trzeba się od czasu do czasu trochę zabawić, a więc dziś, bardzo proszę rzucić okiem na ten króciutki felieton, który zamieściłem w ostatnim wydaniu Warszawskiej Gazety. Mam nadzieję, że się spodoba. No ale o tym się dowiem być może jutro. Prawda? Dziękuję.

Dla każdego, kto wie, kim jest Radek Sikorski, a przy okazji być może, zna jego rozliczne intelektualne i czysto biologiczne możliwości, wydaje się, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby, jak idzie o tego szczególnego człowieka, zaskakiwać. Ja na przykład nigdy nie zapomnę, jak jeszcze przed laty, zanim im się skutecznie udało wyeliminować ze sceny Prezydenta, podczas pewnej konferencji prasowej z udziałem jego właśnie, premiera Tuska i właśnie Sikorskiego, podczas wystąpienia Lecha Kaczyńskiego, ów Sikorski robił wszystko, by – skutecznie zresztą – rozśmieszyć Donalda Tuska, do tego stopnia, że w końcu Lech Kaczyński poczuł się zmuszony, by zwrócić mu publicznie uwagę. Pamiętam to i obiecuję, że kiedy przyjdzie wreszcie czas, gotów jestem wystąpić w tej sprawie, jako świadek oskarżenia.
A więc pamiętam naprawdę wiele i to wcale niekoniecznie z czasów całkiem świeżych. Otóż śpieszę donieść, że do tej czarnej kolekcji dziś właśnie doszedł kolejny przypadek. Otóż rzeczony Radek Sikorski, polski Minister Spraw Zagranicznych udzielił publicznej wypowiedzi, i poinformował nas, że Rosjanie dlatego nie chcą oddać nam gnijącego w smoleńskim błocie wraku tupolewa, ponieważ boją się, że kiedy go oddadzą, zabierze się za niego Antoni Macierewicz ze swoim Zespołem i ogłoszą, że znaleźli na nim ślady bomby atomowej.
Skąd Sikorski to wie? Otóż podobno poinformowali go o tym radzieccy towarzysze, a on nam tę informacje przekazuje. Powiem szczerze, że ja do końca nie wiem, czy Sikorski mówi prawdę, czy sobie stroi żarty. Z jednej strony, o ile go znam, on zupełnie spokojnie może w ten sposób żartować, z drugiej jednak strony – też na ile go znam – on może faktycznie występować w roli emisariusza władz rosyjskich. On się tam z kimś spotkał, ten ktoś mu powiedział, co powiedzieć chciał, a ten wrócił do Polski i co trzeba nam przekazał.
Ponieważ sprawa jest bardzo poważna, a ja bardzo bym nie chciał uważać naszego ministra – i to w dodatku nie jakiegoś przyszywanego, ale bardzo ważnego – za idiotę, zakładam, że on tym razem nie żartuje, ale rzeczywiście bardzo serio przekazuje nam wiadomość od Rosjan.
A w tej sytuacji ja już mam tylko jedną refleksję, związaną ze znanym nam wszystkim filmem pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. Otóż, jak może niektórzy z nas pamiętają, pod koniec filmu, kiedy Ojciec Chrzestny już się dawno wycofał, a szefem rodziny jest Michael, któregoś dnia Don bierze go na bok i mówi, że ma bardzo uważać na to, kto, gdy nadejdzie czas, zjawi się, jako emisariusz nowojorskich rodzin z propozycją spotkania. Tak właśnie brzmi ta nauka: Ten, kto wystąpi w imieniu rodzin, będzie zdrajcą. Właśnie tak. Zdrajcą będzie ten, kto przyjdzie z wiadomością od nich.
No i mamy deja vu. Przychodzi ten człowiek i przekazuje nam wiadomość. A my słuchamy i od dziś śpimy z jednym okiem otwartym.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Precz z komuną!

Budynek filologii angielskiej, którą kiedy byłem młody studiowałem, graniczył z budynkami innych filologii, a więc wszyscy, którzy w tamtym czasie mieli życzenie studiować anglistykę, romanistykę, język rosyjski, czy niemiecki, tłoczyli się mniej więcej w jednym miejscu, a więc siłą rzeczy, wszyscyśmy się lepiej lub gorzej znali. Ponieważ już nawet w tamtych czasach, wydział tak prowincjonalny jak nasz, zatrudniał tak zwanych native speakerów, a więc nauczycieli – tak naprawdę oni nie byli nauczycielami w sensie klasycznym, ale zaledwie ludźmi znającymi język – którzy przyjechali do Polski z Włoch, Francji,. Anglii, czy Stanów Zjednoczonych, żeby nam pokazać, jak to wszystko brzmi naprawdę, wielu z nich zostało naszymi chwilowymi kumplami.
My angliści naturalnie kolegowaliśmy się z bliższą nam kulturowo bandą, ale ponieważ życie towarzyskie przenosiło się często poza budynek wydziału i poza godziny nauki, znaliśmy się wszyscy. Był tam wśród tych native speakerów, czy jak to tam inaczej ich nazywają we Francji czy we Włoszech, pewien Włoch właśnie – chyba Ricardo – z którym sobie czasem przy kieliszku gawędziłem. Zapytałem go więc kiedyś, jak to jest, że Włochy, taki demokratyczny, kapitalistyczny i cywilizowany kraj, nie jest w stanie utrzymać jednego premiera i jednego rządu przez dłuższy czas, niż kilka miesięcy. I, proszę sobie wyobrazić, że ów Ricardo, powiedział mi, żebym się tak o nich nie martwił, bo przede wszystkim oni sobie świetnie radzą, a poza tym, to nie jest mój interes. Moim interesem natomiast dobrze by było, żeby pozostała Polska. Ponieważ już nawet wtedy Polska była od dawna moim głównym interesem, nie wziąłem sobie tej części jego uwagi do serca, natomiast, owszem, jakoś zapamiętałem ten fragment, żebym się nie wtrącał.
Ale zauważyłem w tej wypowiedzi, i zapamiętałem do dziś, coś jeszcze. Mianowicie to, że ten mój znajomy Włoch nawet nie dał mi nawet szansy na to, byśmy sobie wspólnie ponarzekali na Włochy. I ja jednocześnie świetnie zrozumiałem, że gdybym to nie ja tam siedział prze tej flaszce, lecz jakiś inny Włoch, to pewnie by tam coś z tej rozmowy wyszło. Ja zostałem z tego już na samym początku wyłączony. I to było czymś niezwykle uderzającym. Bo oto, jak pamiętam, myśmy wciąż tylko szukali okazji, żeby im – temu Ricardo, tej Cynthii, temu Jeffreyowi – powiedzieć jak najwięcej na temat tego, jaki my tu w Polsce mamy syf, i żeby oni nas oczywiście w tym naszym biadoleniu mogli skutecznie wesprzeć. Ktoś powie, że to jest demagogia, ponieważ Polska była krajem zniewolonym i myśmy naprawdę nie dość że nie mieli powodu, by Polskę kochać, to nie mieliśmy też powodu, by ją bronić przed wścibskimi językami. No a poza tym – do kogo mogliśmy wówczas iść z naszymi żalami? Może więc tak to własnie wyglądało. Może i tak. Ale proszę jeszcze przez chwilę posłuchać.
Mój znajomy Włoch, Ricardo, nie miał ochoty wciągać mnie w ciemne sprawy swojej ojczyzny, ale nie tylko on. Jak sobie przypominam, większość moich zagranicznych przyjaciół, jeśli udało im wreszcie jakoś przerwać nasze narzekania, o swoim kraju opowiadali wyłącznie z sentymentem. A to – proszę pamiętać – nie byli durnie, którym do szczęścia był potrzebny hamburger i puszka coli. To byli w większości ludzie bardzo refleksyjni, no i fakt, że oni zdecydowali się wyjechać do Polski, często na bardzo długie lata, żeby tu uczyć, a niekiedy nawet po to, żeby tu zamieszkać, też coś tam o nich mówi. Oni świetnie wiedzieli, że z tą ich Anglią, z Ameryką, czy… no tu, nie mam pewności, ale niech będzie, że z Francją też coś jest nie tak. Mam też wrażenie, że każdy z nich potrafiłby wiele powiedzieć na temat, co to jest takiego. A mimo to, tu akurat rozmowy nie było.
Był jednak wyjątek. Była – drobna bo drobna, ale była – grupa obcokrajowców, snujących się po wydziale filologicznym w Sosnowcu, która pluła na swój kraj bardzo chętnie. I to byli ci, na których mówiliśmy, że są komunistami. Z nimi gadać się nie dało, bo cośmy im wspominali o Gierku, to oni zaraz o Carterze, co my o Pyjasie, to oni natychmiast o tym, że u nich też kogoś policja zabiła, my że stan wojenny, a oni, że w Ameryce stan wojenny jest już od lat. My im mówimy, że media kłamią, a oni, że to tak jak u nich. My, że wszędzie kolejki, a sklepach i tak nic nie ma, a oni na to, że u nich sklepy są tylko dla bogatych. My się cieszymy, że Thatcher wysłała okręty na Falklandy, a oni na to, że ona jest faszystką, gorszą niż Jaruzelski. A więc byli i tamci i ci, jedni i drudzy bardzo lubili mieszkać w Polsce i nie bardzo lubili mieszkać u siebie w kraju, jedni i drudzy byli niezmiennie bardzo sympatycznymi ludźmi, a to co ich różniło, to to, że jedni pluli na swoje państwo, a inni albo o nim milczeli, albo, skoro już mówili, to mówili z szacunkiem.
I to chyba jakoś tak o tamtego czasu trzymam się dwóch zasad. Pierwsza to taka, że jeśli do mnie przyjdzie ktoś kto mieszka poza Polską i zacznie kierować do mnie pretensje o to jaka ta Polska jest i jaka ona powinna być – i to niezależnie od tego, czy jego pretensje dotyczą Kaczyńskiego, czy Komorowskiego – to ja nieodmiennie mu mówię, żeby albo zajął się swoimi problemami, albo żeby się o nas nie martwił, bo sobie świetnie radzimy, a poza tym, że Polska i tak jest najlepszym miejscem na Ziemi. A druga to taka, że jednak, w miarę możliwości, staram się samemu nie wtrącać się w sprawy, które mnie nie dotyczą. I jest też tak, że jeśli ktoś robi jedno albo drugie, a więc albo biegnie do chętnych obcych, żeby sobie poplotkować na temat tego, jak to w Polsce jest beznadziejnie, albo zaczyna załamywać ręce na temat tego, jacy to na przykład Amerykanie są głupi, zadłużeni, albo grubi, to zaczynam w najlepszym wypadku ziewać.
Stało się jednak ostatnio coś, co każe mi złamać tę zasadę przynajmniej w jednym punkcie. W tym mianowicie, że nie należy się wtrącać. Ktoś zapyta, co mi więc strzeliło do głowy? Proszę bardzo. Już odpowiadam. Otóż uważam, że to co się ostatnio dzieje w Londynie i w okolicach – mam tu na myśli dewastowanie miasta przez bandy czarnych muzułmanów – z wielu względów, przynajmniej ogólnie zahacza o to, co można ogólnie nazwać naszą sprawą. I choć ta myśl przyszła mi do głowy jeszcze zanim onet.pl., informując o tym, że tamten bandytyzm przeniósł się już do naszego, polskiego Ealingu, uznał za stosowne zorganizować wśród swoich fanów sondę pod tytułem „Czy obawiasz się, że w Polsce może dojść do podobnych zamieszek jak w Wielkiej Brytanii?”, to – muszę przyznać – uważam, że ta sprawa dotyczy też w pewien sposób i nas, właśnie ze względu, między innymi na onet.pl. Choć nie tylko. Najpierw powiem parę słów na temat owego „nie tylko”.
Już jakiś czas temu, wspominany tu przeze mnie wielokrotnie, piosenkarz o nazwisku Morrissey, zaśpiewał piosenkę pod tytułem „Bengali in Platforms”, która została przez wielu uznana za pierwszy manifest takiego najbardziej nieprzyjemnego, bo idealnie okrutnego w swojej łagodności, rasizmu. Otóż idzie sobie Morrissey londyńską pewnie ulicą i nagle mija go tytułowy Bengali, co tam u nich powszechnie jest stosowane jako pogardliwy epitet pod adresem pewnego typu imigranta z południowej Azji. Morrissey patrzy na tego mężczyznę i czuje tragiczne zmęczenie jego wyglądem, postawą, krokiem spojrzeniem – wszystkim. Widzi te jego buty na potężnych, cytrynowych platformach, z jakaś ohydną srebrną obwódką i błyszczącą gwiazdą kostce, i jedyne co mu ma do powiedzenia to to, żeby ów Bengali wracał do tego swojego Bangladeszu czy Indii, bo tym swoim przedziwnym lansem budzi tu tylko w normalnych ludziach irytację. Morrissey ani jednym słowem go nie obraża. Mówi mu tylko grzecznie, że ta gwiazda na jego kostce go oślepia i żeby on to zechciał zrozumieć. Trochę to okropne, ale tak to właśnie było w roku 1997.
Od tego czasu upłynęło już niemal 15 lat, a Bengali, nie dość, że z Anglii nie wyjechał, to nagle postanowił, że z innymi swoimi czarnymi kolegami Anglię spali. Dlaczego? Bo mu się ta Anglia nie podoba. A przynajmniej nie podoba mu się Anglia taka, jaka dotychczas jest. I teraz pojawia się pytanie, co mi do tego? Otóż do tego mi jest to, że, kiedy nasze media po raz pierwszy – a pewnie też i drugi, piąty i dziesiąty – poinformowały, że w Londynie wybuchły te nieszczęsne zamieszki, ani słowem się nie zająknęły, że miasto palą czarni muzułmanie. Wciąż czytaliśmy i słuchali wyłącznie o jakiejś niezidentyfikowanej młodzieży, która się wciekła na policję, a kiedy wreszcie już dłużej nie można było trzymać się tej kompletnie chorej politycznej poprawności, zaczęto nam tłumaczyć, że warunki w jakich ci czarni tam żyją, są tak straszne, że w sumie nie ma się czemu dziwić, że oni są tacy agresywni. Wczoraj, kiedy z jednej strony mieliśmy okazję oglądać te płonące dzielnice i bandy kolorowych bandytów demolujących wszystko co im Anglia tam pobudowała, to z drugiej, otrzymywaliśmy wykład jakiegoś mądrali, który nam opowiadał, jak to on kiedyś miał okazję odwiedzić taką dzielnicę i aż nie mógł uwierzyć, że zaledwie 20 minut jazdy metrem od centrum miasta można znaleźć taką nędzę. Że ten Londyn niby taki światowy, a tu tymczasem nagle się okazuje, że to tylko pozory. No a dziś Onet z tym swoim bezczelnym uśmiechem, od którego już się wyłącznie chce rzygać, pyta, czy my się nie boimy, że u nas też takie zamieszki mogą wybuchnąć. A otumaniona publiczność już nawet nie ma siły, by spytać, kto niby miałby je wywołać – czarni muzułmanie, czy może białe mohery? No bo, jak wiemy, młodzi wykształceni z dużych miast w rachubę nie wchodzą. Grunt już został przygotowany. W końcu sam nasz tak zwany „szef dyplomacji” ogłosił – jak najbardziej w Londynie – że Polacy to w dużej części naród psychopatycznych morderców.
I to jest własnie punkt, w którym sprawa zamieszek w Anglii staje się też moją sprawą. To właśnie w tym momencie, kiedy patrzę na zamieszczone gdzieś w Internecie zdjęcie jakiejś czarnej pary, gdzie kobieta stoi w rozradowanej pozie na tle płonącego samochodu, a jej towarzysz robi jej pamiątkowe zdjęcie aparatem, który prawdopodobnie ukradł parę dni wcześniej w którymś z tych sklepów, które dziś ze swoimi kumplami podpala, czuję że to tak czy inaczej powoli staje się moją sprawą. Bo w tym właśnie zdjęciu odbija się cała symbolika tego, o czym próbowałem opowiedzieć na początku tej notki. Chodzi mi o nienawiść do własnego państwa, która staje się z jednej strony tak wielka, że trzeba je niszczyć, a z drugiej tak chora, że nie można na nie machnąć ręką i się stąd wynieść, a tym, którzy się tu czują dobrze dać święty spokój. I świadomość tego obrzydlistwa jest z mojego punktu widzenia tak dojmująca, że chce mi się wyć.
Nie będę się jednak wygłupiał i w moim zaawansowanym wieku wrzeszczał przez okno na ulicę, natomiast chętnie powiem, co ja bym na tego typu sytuację – jak mówię, sytuację międzynarodową – proponował. Otóż, choć wiem, że to jest pomysł nie do zrealizowania, marzy mi się takie rozwiązanie, by brytyjskie władze wyłapały tych wszystkich czarnych, którym tam jest tak źle, wyczarterowały tyle ile tam będzie trzeba samolotów i wysłały tę całą bandę do Afryki. Tam, na pierwszym lepszym lotnisku, w Somalii czy Etiopii, brytyjscy piloci by ich wysadzili, każdemu z nich na pamiątkę dali po jednym batoniku mars, żeby mieli co wspominać, a sami odlecieli do domu, do Londynu. Ale jest jeszcze coś. Żeby, lecąc z tą dziczą do Afryki, wpadli do Polski i zabrali ze sobą paru naszych. Mogliby zacząć od tego idioty z Onetu, który wpadł na pomysł, żeby zapytać ludzi, czy się nie boją, że Polska nagle pokaże, że nie jest żadną Polską, tylko jakąś sparszywiałą, katolicką zapewne, kolonią.

Na koniec, każdego, komu powyższy tekst przypadł do gustu, tradycyjnie już, bardzo proszę o kupowanie mojej książki „O siedmiokilowym liściu i inne historie”, a także – na ile kto może – finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

O ludziach na linie i o tych co wokół

Nie wiem, co jest takiego w Radosławie Sikorskim, że jego osoba ani na moment nie może przestać zatruwać przestrzeni publicznej, i że on musi ją wypełniać w stopniu o wiele większym, niż ma to miejsce w przypadku innych ministrów w rządzie Donalda Tuska. Nawet mnie się tu zdarza o nim wspominać po raz już chyba ostatnio trzeci, a nikt mi nie powie, że tematów brakuje. W minioną sobotę doszło wręcz do tego, że w programie telewizyjnym „Babilon” sprawa dokonywanych przez niego wpisów na Twitterze niemal nie przykryła samobójstwa – i niech tylko ktoś odważy się pisnąć, że nie-samobójstwa – Andrzeja Leppera. A piszę „niemal”, bo tylko dzięki prawdziwie kobiecej zawziętości Magdaleny Środy i niejakiej Mirosławy Grabowskiej (nowej gwiazdy na firmamencie feministycznego obłędu), plucie na to zawieszone na bokserskim worku ciało, musiało zaliczyć odpowiednio długą rundę i Sikorskiemu jednak przyszło swoje odczekać. Jednak jestem pewien, że gdyby to się powiesił na przykład senator Piesiewicz, to cały program wypełniłyby już tylko złote myśli Sikorskiego i jeszcze bardziej złote komentarze obydwu pań.
Ktoś powie, że to przez ten Twitter, no ale przecież, o ile się orientuję, tam urzęduje nie tylko on, ale wielu jego równie nowocześnie zorientowanych znajomych. Może więc paść opinia, że to chodzi o to, że jego akurat wypowiedzi są bardziej bulwersujące od innych, i to oczywiście brzmi, jak jakieś wyjaśnienie, natomiast – jak znam życie – gdyby poszperać trochę głębiej, to stwierdzenie, że Powstanie Warszawskie to „katastrofa” mogłoby się okazać idiotyzmem zupełnie przeciętnym. Osobiście nie zdziwiłbym się zupełnie, gdyby na przykład Kidawa-Błońska, czy jakiś Olszewski, czy choćby ta wspomniana już Grabowska, poinformowali na swoich profilach – domyślam się, że też mają – że Powstanie Warszawskie to „polski wstyd i hańba”, a jednocześnie pies z kulawą nogą by się na temat tej refleksji nie zająknął. Natomiast z Sikorskim jest tak, że co on powie, lub zrobi głupiego, natychmiast zbiega się całe towarzystwo z kamerami i mikrofonami i każdy każdego pyta, co na temat Sikorskiego ma do powiedzenia.
Wydaje mi się, że tu musi jednak chodzić o samego Sikorskiego. O to, jaki on jest i co sobą przedstawia. A niewykluczone, że może bardziej nawet o to, jak on się nosi i jak wygląda. Weźmy ten jego płaszcz. Pisałem już o nim parę razy, ale nigdy nie zaszkodzi przypomnieć. Czy zwrócili Państwo uwagę na to, że Sikorski, prawdopodobnie od czasu gdy wrócił z wygnania do Polski, ma wciąż jeden i ten sam płaszcz z takim fikuśnymi klapami? Mnie one oczywiście śmieszą, szczególnie w owym kontekście swojej wieczności, ale nie ulega wątpliwości, że za Sikorskim, kiedy tak stoi w tym płaszczu i się tak dumnie w nim pręży, ciągnie się taka aura niby-oxfordzkiej elegancji. A skoro jest już ta elegancja, to ona z kolei oczywiście ciągnie za sobą całą resztę, a więc i przekonanie o tym, że z tego Sikorskiego, to nie byle jaki Brytyjczyk, konserwatysta i diabli wiedzą, co jeszcze.
Spójrzmy choćby na takiego ministra Rostowskiego. On jest wprawdzie autentycznym Brytyjczykiem i niewykluczone, że nawet konserwatystą, angielski siłą rzeczy zna od Sikorskiego lepiej, myślę nawet, że jest od niego znacznie lepiej wykształcony, wychowany i inteligentny, natomiast przez to, że wygląda, jak pewien mój – przy całym szacunku – świętej pamięci znajomy ze wsi, to go nawet ten szalik nie ratuje. A więc automatycznie, wszystko co powie Rostowski, może powodować najwyżej wzruszenie ramion.
Pomyśleć, że tak niewiele trzeba. Jeden głupi stary płaszcz, i człowiek nagle staje się punktem publicznego odniesienia. A dla nas oczywistą zgryzotą. Dla mnie jednak istotne jest jeszcze coś. Od czasu jak najpierw zobaczyłem na zdjęciu tego Brejvika, który niedawno wymordował w Norwegii całą kupę tych biednych dzieci, a w chwilę potem wysłuchałem opinii Radka Sikorskiego, że oto w Polsce takich niebezpiecznych morderców, jak Brejvik jest znacznie więcej, niż nam się wydaje – z sugestią, że jeśli ich gdzieś szukać, to wśród tych starszych ludzi gromadzących się co niedziela w polskich kościołach – nie mogę przestać myśleć o tym, że ten Brejvik musiał, podobnie jak Sikorski – a może nawet bardziej, o czym za chwilę – ukończyć Oxford. Ale już w następnej kolejności, myślę też sobie, że gdyby u nas ministrem spraw zagranicznych, zamiast Sikorskiego, był ten właśnie Brejvik, i na swoim profilu na Twitterze nie pisał, co on sądzi o jakichś faszystowskich filozofiach, ale zwyczajnie, o tym, że babcie w moherach na głowach to potencjalni terroryści, a Powstanie Warszawskie to narodowa katastrofa, to też byśmy wszyscy się tymi słowami bardzo przejmowali. No bo jak to tak? Taki niby inteligentny, taki szykowny, a taki głupi.
I ja uważam, że ten sposób patrzenia na Radka Sikorskiego – jeden i drugi – jest dalece błędny. Radek Sokorski nie jest bowiem ani brytyjskim konserwatystą, ani polskim odpowiednikiem norweskiego szaleńca Brejvika, ani człowiekiem wykształconym, ani inteligentnym, ani eleganckim, ani w ogóle niczym, co by mogło pochodzić z tego cywilizacyjnego i kulturowego kierunku. Niedawno zwracałem tu uwagę na absolutnie porażający w swojej wyjątkowości, a przy tym jak najbardziej oficjalny, życiorys Radosława Sikorskiego, z którego, jeśli cokolwiek sensownego dla nas wynika, to tylko ta jednak rada, by akurat tę postać zawsze i wszędzie omijać jak najszerszym łukiem. A więc co tu mamy? Przepraszam bardzo, ale w najlepszym wypadku zwykłego współpracownika tego lub owego.
Może więc to ten jego angielski robi na wszystkich takie wrażenie? Jak zatem ten niedorobiony absolwent Oxfordu mówi po angielsku? Otóż o tym też już była mowa, a dziś mogę tylko powtórzyć, że tak sobie. Jego angielski jest mniej więcej na poziomie tego płaszcza. W tych dniach w Katowicach odbywał się tak zwany Off Festiwal i ja tam spędziłem weekend. I otóż co chwilę miałem tam okazję wpadać na jakieś polskie dzieci, które się właśnie zaprzyjaźniły z innymi dziećmi, które tu przyjechały z zagranicy, i one wszystkie po angielsku mówiły zdecydowanie nie gorzej od Sikorskiego. Wczoraj miałem szczęście być na koncercie Public Image Ltd. (gdyby ktoś nie wiedział, a był zainteresowany, John Lydon na starość ma o wiele potężniejszy głos niż kiedykolwiek), i obok mnie stało jakieś dziecko płci żeńskiej z Łotwy i ona też od Sikorskiego mówiła nie gorzej. Ale fakt pozostaje faktem – Sikorski językiem angielskim posługuje się lepiej niż niejaki Borat, a już na pewno lepiej niż Donald Tusk, czy Sławomir Nowak. A to już w tym towarzystwie się liczy bardzo. Na tyle bardzo, że w pojęciu tego towarzystwa, Sikorski mówi po angielsku „doskonale”.
No ale jest jeszcze coś, tym razem autentycznie dużego. Sikorski ma to coś, czego wiele osób z tak zwanego świecznika nie ma. Mam na myśli tę żonę o nazwisku Appelbaum i pieniądze. Jak to się stało? Bóg Jeden raczy wiedzieć, ale tu sprzeczki być nie może. Sikorski ma zarówno żonę, jak i pieniądze. Pieniądze wprawdzie mają też i Palikot i Schetyna i Drzewiecki, nie mówiąc już o wspomnianym Rostkowskim, czy tym platformowym pośle z Płocka od kurczaków. Jak słyszę dziś, pieniądze nawet w pewnym momencie miał Andrzej Lepper, no ale przede wszystkim w tym towarzystwie, jak wiemy, pieniędzmi się nie gardzi nigdy, no a poza tym tamci nie mają żony. A już na pewno żony o nazwisku Appelbaum. A zatem, biorąc to wszystko do kupy, państwo Sikorscy pewną pozycję mają i to być może właśnie ta pozycja może sprawiać, że na nich się patrzy jakoś inaczej, niż na zwykłą szarą plamę.
Czy jest jednak jeszcze coś, co Sikorski ma? Otóż wydaje się, że to już byłby chyba koniec tej wyliczanki. Poza tą legendą, tą żoną i tymi pieniędzmi, zostaje mu tylko ten płaszcz i mina. Niestety, przez te nieszczęsne, nasze post-komunistyczne kompleksy, wciąż nie umiemy popatrzeć na coś tak oczywistego i tak oczywiście nijakiego, jak Radek Sikorski, czystym spojrzeniem i powiedzieć sobie, że naprawdę pod tym płaszczem i ewentualnie pod tymi butami, nie ma dokładnie nic więcej, niż pod płaszczem i butami – ja wiem? – Waldemara Pawlaka, Marka Goliszewskiego, czy Aleksandra Kwaśniewskiego. Bo Radosław Sikorski jest dokładnie takim samym jak oni prowincjonalnym karierowiczem, z tą różnica, że oni osiągnęli ciut więcej, nawet jeśli to ciut więcej oznaczać miałoby to, że mają więcej szczerych przyjaciół.
Kiedy to wszystko wreszcie zrozumiemy, przestaniemy się też Sikorskiego bać, a jeśli mu kiedyś przyjdzie do głowy napisać na tym nieszczęsnym Twitterze, że Polska to na przykład bękart Europy, naszą jedyną reakcją będzie wzruszenie ramionami i ewentualnie słowa: „Sikorski? Ach on? No tak”. Bo on z całą pewnością nie jest taki straszny. A już na pewno nie tak, jak ów Norweg z wypranym mózgiem i paroma cytatami nabazgranymi na pomiętej kartce. Którego też zresztą nie mamy się co bać. Bo on już siedzi i nawet ci głupi Norwedzy nie wpadną na pomysł, żeby go w ciągu najbliższych lat na nas wypuścić.

Na koniec smutna informacja, nazwijmy ją techniczną. Otóż wydanie przez Coryllusa książki z tymi tekstami spowodowało pewną dość nieoczekiwaną i, niestety, bardzo niepożądaną reakcję. Otóż duża większość dotychczas wspierających ten blog przyjaciół, uznając najwyraźniej, że skoro jest książka, to automatycznie jest i sprzedaż, zawiesiło swoje finansowe dla tego bloga wsparcie. W sytuacji jednak, kiedy z jakiegoś powodu (może to kwestia wakacji) sprzedaż książki, poza paroma pierwszymi dniami, praktycznie stoi, wygląda na to, że wpadłem z deszczu pod rynnę. Oczywiście, wciąż namawiam do kupowania książki i wciąż proszę o możliwe wsparcie dla bloga. A powyższą informację proszę potraktować nie jako, broń Boże, pretensje, lecz wyłącznie jako informację o stanie rzeczy, która być może się wszystkim należy. Dziękuję i przepraszam.

czwartek, 28 lipca 2011

Kogo się boi Radek Sikorski?

Wypowiedź, jaką Anne Applebaum zamieściła na profilu swojego męża na Twitterze, wzbudziła we mnie uczucia dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim, oczywiście, mnie wzburzyła, tak jak wszystko co antypolskie i nacechowane, czy to złą wolą, czy intelektualną gnuśnością. To co chciałem na ten temat powiedziec, powiedziałem już zresztą w tym miejscu wczoraj. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, że w tych dwóch zdaniach, znajduje się bardzo pocieszający dowód na to, że nawet na poziomie najwyższego towarzyskiego lansu, istnieje coś takiego jak stałość uczuć i związków małżeńskich. Anne Applebaum i Radek Sikorski, nie dość, że wspólnie siedzą przy komputerze i wspólnie zdobią ten jego twitterowy profil, to w sposób zupełnie wyjątkowy demonstrują pełną zgodność poglądów i tych poglądów intelektualnej podstawy. Przepraszam bardzo, ale gdyby między mną, a panią Toyahową istniała jedność choćby w połowie tak silna, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
A należy pamiętać, że ja i ona nie jesteśmy celebrytami, zepsutymi przez sławę i pieniądze. Jesteśmy zwykłymi, biednymi ludźmi, z dorosłymi dziećmi i psem na głowie, mieszkającymi przy zwykłej, hałaśliwej ulicy, gdzie problemów jest tyle samo, co drobnych, codziennych radości. I ja nie skarżę się na to, że ona nie prowadzi razem ze mną tego bloga, ani choćby na to, że ona nie udziela mi jakichś politycznych wskazówek. Problem w tym, że ona, kiedy ja tu piszę, nawet nie zagląda mi przez ramię. Więcej. Ona nawet nie czyta tych tekstów. Siedzi najwyżej przy swoim laptopie i od czasu do czasu tylko rzuci mi z pretensją w głosie, że blogowicze coś mało wysyłają.
Nie wiem dlaczego, ale jak idzie o Radka Sikorskiego i jego żonę, zawsze sądziłem, że to jest układ w gruncie rzeczy fikcyjny. To znaczy, nie do końca, bo trochę wiem, dlaczego tak myślałem. Nie ma bowiem z pozoru wielkich szans na to, by ktoś taki jak Anne Applebaum, kiedy już pierwszy urok egzotycznością tej sytuacji minąć musiał, trzymała się całym sercem kogoś takiego jak Radek Sikorski. Zwłaszcza w czasach, gdy w sposób zupełnie oczywisty widać, że z nim jest coś zdecydowanie nie tak. Również, jak by nie patrzeć, wydawało się, że Applebaum i Sikorski to jednak od samego początku różne poziomy. Natomiast moje przekonanie, że oni nawet razem nie mieszkają, było tak silne, że nie usprawiedliwiało go ani owo poczucie poważnego mezaliansu, ani stan, w jakim Sikorski się dziś znalazł. Tymczasem, proszę bardzo! Oni nie dość, że mieszkają razem, to razem siedzą na Twitterze i jednym głosem zaklinają ten swój czarny świat.
No a i tak, to wciąż nie wszystko. Zwróciła na to zresztą wczoraj uwagę w swoim komentarzu Marylka, pisząc, że ona była naprawdę szczerze przekonana, że Anne Applebaum jest od Sikorskiego mądrzejsza, a tu się okazuje, że nic podobnego. Że oni się dobrali jak dwa ziarna w korcu maku. Oto związek. Oto miłość. Oto tradycyjne małżeństwo. Wbrew wichurom i niekiedy bardzo brzydkiej pogodzie. To jest naprawdę widok wzmacniający nasze morale. I jestem przekonany, że choćby dla tego co nazywamy obiektywizmem spojrzenia, należało to tu powiedzieć.
W międzyczasie jednak, okazało się, że Radosław Sikorski wystąpił na jakiejś konferencji prasowej w Londynie i uznał za stosowne podzielić się z całym światem refleksjami na temat niedawnej tragedii w Norwegii i sposobu w jaki polityczny i moralny wymiar owej tragedii angażuje w sprawę Polskę i Polaków. Sikorski mówił na ten temat dość dużo i, jak sądzę, większość czytelników tego bloga zna jego słowa już na pamięć, a zatem zwrócę uwagę tylko na jedną obecną w tej wypowiedzi myśl. Otóż Radosław Sikorski poinformował światową opinię publiczną, że „w Polsce nie brak ludzi myślących tak jak Anders Behring Breivik.” I to jest, moim zdaniem, całkowicie nowy wymiar funkcjonowania polskiego rządu i osobiście Radosława Sikorskiego w przestrzeni publicznej. Więcej, to jest, jak się zdaje, także całkowicie nowa jakość, jeśli idzie o funkcjonowanie Radosława Sikorskiego w przestrzeni czysto ludzkiej. Bo proszę zwrócić uwagę. Mamy świat, w którym oczywiście dzieją się rzeczy straszne. Mamy więc te wojny, te ataki terrorystyczne, te – to tu to tam – jakieś akty szaleństwa, kończące się śmiercią kilku osob, w tym samego napastnika. Generalnie jednak, można odnieść wrażenie, że świat – przynajmniej tu, w wymiarze europejskim – jest dość spokojny. A świadczyć o tym może choćby powszechny szok, z jakim spotykają się ataki takie jak ten w Norwegii.
Weźmy Polskę. Napięcie społeczne, z jakim mamy do czynienia od dobrych kilku już lat, jest całkowicie nowe. Wydaje się, że ten rodzaj ludzkiej wrogości, jaki zapanował już nie tylko wśród ludzi sobie obcych, ale też wśród przyjaciół, czy wręcz rodzin, nie jest w stanie się równać z tym, z czym mieliśmy do czynienia w czasach PRL-u. Poziom agresji, jaki możemy obserwować zarówno w mediach oficjalnych, jak i w Internecie, niekiedy nie ma sobie równych w całej naszej najnowszej historii. I zwróćmy uwagę, że z tego wszystkiego możemy się doliczyć właściwie tylko jednego przypadku, gdy jakiś opętaniec zamordował działacza Prawa i Sprawiedliwości, a grupa innych opętańców zamordowała Prezydenta RP i przy okazji 95 osob, mających tego pecha, że byli tam razem z nim. Ktoś powie, że to dużo. Pewnie że dużo. To tylko ów Brejvik, w swoim chorym umyśle, może twierdzić, że nigdy nie jest za dużo, lecz co najwyżej za mało. Jednak musimy uczciwie przyznać, że przy tak silnym napięciu, od tak wielu już lat, to prawdziwy cud, że mamy tylko te dwa morderstwa. O czym to może świadczyć? Wydaje mi się, że z całą pewnością o jednym: że w Polsce Brejvików na sto procent nie ma. Bo gdyby byli, to nasze ulice spływałyby krwią.
Radosław Sikorski ostatnio zaczął się bać Polaków. Uważam, że jest to informacja bardzo istotna i interesująca sama w sobie. Za chwilę zresztą, wypowiem się na ten temat trochę szerzej. Chciałbym jednak wrócić na chwilę do czasów jeszcze bardzo dawnych, kiedy to wszystko zaledwie się zaczynało. Otóż przypominam sobie – pisałem o tym zresztą tu na blogu – jak któregoś dnia dziś już nieżyjący Lech Kaczyński udał się z wizytą na Podbeskidzie, konkretnie do Bielska Białej. Z tej okazji, „Gazeta Wyborcza” w swoim lokalnym wydaniu, opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent w Beskidach. Ale o co chodzi?”, a w nim słowa niejakiej red. Ewy Furtak następującej treści:
„Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Ktoś powie, że to nic takiego. Może dziś, ten typ dziennikarskiego umiaru byłby uznany – w końcu Polska nie stoi w miejscu – za coś wyjątkowego, ale wtedy tak to własnie wyglądało. Po tym jednak sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, i tu już trzeba będzie odwołać się do głosu ludu. Ludu, o którym, jak się domyślam, wspominał podczas swojej konferencji prasowej w Londynie, Radosław Sikorski. Przypominam tylko, że mamy do czynienia z portalem wyborcza.pl. Proszę posłuchać. To jest fakt. Jedyne co poprawiłem, to naturalne dla tego typu przekazu błędy.

***

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.

***

Oj, ciupagi w Beskidach też są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupagą "zaprotestuje"....

***

Nie wiem, czego tutaj będzie szukał ten mamlaty, zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi.

***

Ten osobnik nie jest wolny. Najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie, albo mu jelito grube pierdolnie. Cieszmy się!

***

Zobaczcie.....kaczka leci. Oooo..... i bęc!

***

Na szacunek trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi. "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
Hahahahahahah! Żałosne działania.

***

Żałosne. Nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu. Brak słów...

***

Co by tu, kurwa, jeszcze spieprzyć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.

***

Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera. Nie lubię i nie poważam. Mam go aż nadto dość na co dzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd.

***

Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!! Dlaczego Naród Polski musi cierpieć przez tego pajaca??????????????

***

Nikt memłacza nie zaprasza, a on wpierdala się na krzywy ryj i wkurwia ludzi. Takim samym wpierdalaniem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.

***

Dureń z wigorem, wigoru to ma więcej od Tuska. Tak, ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem. Czemu on tak wkurwiająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie. Ma teraz nowego podpowiadacza, ofleja i brudasa w jednym. Jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka? Ten nieogolony facet ma to, co wszyscy menele wokół ust na zaroście. Nalot od dymu. Gdy się taki myje codzienne, to tego nie widać, a tu widać. Czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do Europy!

***

Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla.
Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodziło z tym „kiblem”, to przypomnę. W tamtych czasach, ogólnopolskie media doniosły, że prezydent Kaczyński cierpi na chorobę zwieraczy i musi często korzystać z toalety. Informacja ta, ponieważ była bardzo zabawna i podnosząca część społeczeństwa na duchu, została chętnie przyjęta przez kulturę popularną, i w niektórych środowiskach utrzymuje się do dziś, o czym może świadczyć choćby rysunek Andrzeja Mleczki, zamieszczony w jednym z jego ostatnich tomików.
I teraz jest tak. Wprawdzie, pomijając jeden, też nie do końca bezpośredni, apel internauty, opublikowany przez Agorę, o to, by Prezydent został zamordowany, powyższe wpisy zawierają wyłącznie obelgi i złośliwe żarty pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Nikt chyba jednak nie ma wątpliwości, że faktyczny przekaz tych wpisów jest jeden: „Śmierć!” Tu nie ma żadnych wątpliwości, że z tego, co mamy okazję przeczytać, wynika jedno przesłanie – nie będzie spokoju, dopóki on żyje. I przyznaję. Ów apel został przyjęty i Prezydent umarł. Czy nastał spokój? Oczywiście, że nie. Miał też umrzeć Jarosław Kaczyński, ale wyszło tak, że, zamiast niego, umarł jakiś drobny, lokalny działacz. Wprawdzie Stefan Niesiołowski bardzo chciał, żeby to on był tu celem, ale, jak się okazało – to jeszcze nie dziś. Wyszło na to, że efektem tej kampanii pogardy i agresji stało się jedno zabójstwo i jedna katastrofa lotnicza. I tyle. Jak już wspomniałem, to oczywiście o 97 śmierci za dużo, ale, przede wszystkim, czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić sytuację, że tych mordów jest dziesięć, czy sto razy więcej? Zwłaszcza, że – jeśli z jednej strony postawimy kogoś zwyczajnie szalonego, a z drugiej oficjalny przekaz, który owemu szaleńcowi tłumaczy, że jego reakcje są naturalne i zdrowe – kolejka chętnych powinna naprawdę być znacznie dłuższa.
Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jedną kwestię – i może tym samym przejdźmy powoli do tematu stojących za zachowaniem Radosława Sikorskiego emocji – a mianowicie takiej oto zagadki, dlaczego Radosław Sikorski nie rozpoczął swojej krucjaty przeciwko internetowej agresji już wtedy? Wtedy, gdy ona dopiero raczkowała, ale raczkowała – jak widzimy – mocno i z bardzo dobrymi perspektywami. Otóż wydaje mi się, że on wtedy nie reagował, bo czuł się zupełnie dobrze, wiedząc doskonale, że mu nic-a-nic nie grozi. On wówczas świetnie wiedział, że naprzeciw siebie nie ma dyszących pragnieniem śmierci wilków, lecz całkowicie otumanione, nicnierozumiejące, kompletnie bezradne stado owiec. Bo, jak idzie o wilki, to one są z nim. Wierne i posłuszne.
No i tym samym, pojawia się kolejna zagadka – czemu Sokorski zaczął się bać dziś? Bo to że się boi, wydaje się być faktem. Ktoś oczywiście powie, że on się nie boi niczego. Że to tylko taka gra. Że on chce sobie sprytnie przygotować miejsce do kolejnych lat dobrego i szczęśliwego życia. Myślę, że to nie jest prawda. On się naprawdę boi. Tyle że nie koniecznie tego, że ktoś przyjdzie do niego do domu i go zastrzeli. To akurat on wie świetnie, że jeśli ktoś do kogoś będzie strzelał, to tylko jakiś młodzieniec z Młodych Demokratów do Jarosława Kaczyńskiego. I że ten ktoś to zrobi, to w głębokim przekonaniu, że minister Sikorski taką akcję pochwala. Natomiast on boi się czegoś innego. On się boi nastrojów. Nastrojów, których jakimś tam symbolem stał się dla niego ów Anders Behring Breivik. Bo nawet on to wie – albo sam z siebie, albo z informacji, jakie uzyskał od swojej żony – że coś takiego, jak nastroje, potrafi być bardziej niebezpieczne od dziesięciu Brejvików z całą saletrą dostępną we wrocławskich sklepach. Mówię o nastrojach, które nie zabijają, bo to są nastroje dostępne wyłącznie ludziom dobrym i szanującym życie. Ale jednocześnie ludziom, którzy im bardziej są cierpliwi, tym bardziej są zdeterminowani, gdy ta ich cierpliwość się kończy. Mówię o ludziach, których taki Sikorski bardziej się boi od internetowych wariatów, czy to z Norwegi, czy z Polski.
A więc Radosław Sikorski śmierci się nie boi. On się boi czegoś znacznie gorszego, niż zamach, niż śmierć, niż wariat z bombą. On się zwyczajnie boi demokracji. I dlatego to, już ponad rok temu, zaczął się zachowywać tak dziwnie, i ten stan się u niego już tylko pogarsza. Cóż więc pozostaje nam? Myślę, że powinniśmy się Sikorskiemu przyglądać. Nie tylko jemu, ale jemu zwłaszcza, bo to jest człowiek, który traci naprawdę wiele i, jak widzimy, szczególnie źle świadomość tej utraty znosi.
Zachęcam do kupowania mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, i proszę o – w miarę możliwości – ciągłe wspieranie tego bloga. I tu i tam jest naprawdę bardzo dużo ważnych słów i obrazów. A jeśli uda się tę książkę sprzedać, to wydam kolejną, z tekstami już z okresu po Smoleńsku. I to dopiero będzie prawdziwy obraz tego, jak się zmieniały te nastroje, by osiągnąć stan, którego Radosław Sikorski tak się dziś przeraził.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...