Wypowiedź, jaką Anne Applebaum zamieściła na profilu swojego męża na Twitterze, wzbudziła we mnie uczucia dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim, oczywiście, mnie wzburzyła, tak jak wszystko co antypolskie i nacechowane, czy to złą wolą, czy intelektualną gnuśnością. To co chciałem na ten temat powiedziec, powiedziałem już zresztą w tym miejscu wczoraj. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, że w tych dwóch zdaniach, znajduje się bardzo pocieszający dowód na to, że nawet na poziomie najwyższego towarzyskiego lansu, istnieje coś takiego jak stałość uczuć i związków małżeńskich. Anne Applebaum i Radek Sikorski, nie dość, że wspólnie siedzą przy komputerze i wspólnie zdobią ten jego twitterowy profil, to w sposób zupełnie wyjątkowy demonstrują pełną zgodność poglądów i tych poglądów intelektualnej podstawy. Przepraszam bardzo, ale gdyby między mną, a panią Toyahową istniała jedność choćby w połowie tak silna, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
A należy pamiętać, że ja i ona nie jesteśmy celebrytami, zepsutymi przez sławę i pieniądze. Jesteśmy zwykłymi, biednymi ludźmi, z dorosłymi dziećmi i psem na głowie, mieszkającymi przy zwykłej, hałaśliwej ulicy, gdzie problemów jest tyle samo, co drobnych, codziennych radości. I ja nie skarżę się na to, że ona nie prowadzi razem ze mną tego bloga, ani choćby na to, że ona nie udziela mi jakichś politycznych wskazówek. Problem w tym, że ona, kiedy ja tu piszę, nawet nie zagląda mi przez ramię. Więcej. Ona nawet nie czyta tych tekstów. Siedzi najwyżej przy swoim laptopie i od czasu do czasu tylko rzuci mi z pretensją w głosie, że blogowicze coś mało wysyłają.
Nie wiem dlaczego, ale jak idzie o Radka Sikorskiego i jego żonę, zawsze sądziłem, że to jest układ w gruncie rzeczy fikcyjny. To znaczy, nie do końca, bo trochę wiem, dlaczego tak myślałem. Nie ma bowiem z pozoru wielkich szans na to, by ktoś taki jak Anne Applebaum, kiedy już pierwszy urok egzotycznością tej sytuacji minąć musiał, trzymała się całym sercem kogoś takiego jak Radek Sikorski. Zwłaszcza w czasach, gdy w sposób zupełnie oczywisty widać, że z nim jest coś zdecydowanie nie tak. Również, jak by nie patrzeć, wydawało się, że Applebaum i Sikorski to jednak od samego początku różne poziomy. Natomiast moje przekonanie, że oni nawet razem nie mieszkają, było tak silne, że nie usprawiedliwiało go ani owo poczucie poważnego mezaliansu, ani stan, w jakim Sikorski się dziś znalazł. Tymczasem, proszę bardzo! Oni nie dość, że mieszkają razem, to razem siedzą na Twitterze i jednym głosem zaklinają ten swój czarny świat.
No a i tak, to wciąż nie wszystko. Zwróciła na to zresztą wczoraj uwagę w swoim komentarzu Marylka, pisząc, że ona była naprawdę szczerze przekonana, że Anne Applebaum jest od Sikorskiego mądrzejsza, a tu się okazuje, że nic podobnego. Że oni się dobrali jak dwa ziarna w korcu maku. Oto związek. Oto miłość. Oto tradycyjne małżeństwo. Wbrew wichurom i niekiedy bardzo brzydkiej pogodzie. To jest naprawdę widok wzmacniający nasze morale. I jestem przekonany, że choćby dla tego co nazywamy obiektywizmem spojrzenia, należało to tu powiedzieć.
W międzyczasie jednak, okazało się, że Radosław Sikorski wystąpił na jakiejś konferencji prasowej w Londynie i uznał za stosowne podzielić się z całym światem refleksjami na temat niedawnej tragedii w Norwegii i sposobu w jaki polityczny i moralny wymiar owej tragedii angażuje w sprawę Polskę i Polaków. Sikorski mówił na ten temat dość dużo i, jak sądzę, większość czytelników tego bloga zna jego słowa już na pamięć, a zatem zwrócę uwagę tylko na jedną obecną w tej wypowiedzi myśl. Otóż Radosław Sikorski poinformował światową opinię publiczną, że „w Polsce nie brak ludzi myślących tak jak Anders Behring Breivik.” I to jest, moim zdaniem, całkowicie nowy wymiar funkcjonowania polskiego rządu i osobiście Radosława Sikorskiego w przestrzeni publicznej. Więcej, to jest, jak się zdaje, także całkowicie nowa jakość, jeśli idzie o funkcjonowanie Radosława Sikorskiego w przestrzeni czysto ludzkiej. Bo proszę zwrócić uwagę. Mamy świat, w którym oczywiście dzieją się rzeczy straszne. Mamy więc te wojny, te ataki terrorystyczne, te – to tu to tam – jakieś akty szaleństwa, kończące się śmiercią kilku osob, w tym samego napastnika. Generalnie jednak, można odnieść wrażenie, że świat – przynajmniej tu, w wymiarze europejskim – jest dość spokojny. A świadczyć o tym może choćby powszechny szok, z jakim spotykają się ataki takie jak ten w Norwegii.
Weźmy Polskę. Napięcie społeczne, z jakim mamy do czynienia od dobrych kilku już lat, jest całkowicie nowe. Wydaje się, że ten rodzaj ludzkiej wrogości, jaki zapanował już nie tylko wśród ludzi sobie obcych, ale też wśród przyjaciół, czy wręcz rodzin, nie jest w stanie się równać z tym, z czym mieliśmy do czynienia w czasach PRL-u. Poziom agresji, jaki możemy obserwować zarówno w mediach oficjalnych, jak i w Internecie, niekiedy nie ma sobie równych w całej naszej najnowszej historii. I zwróćmy uwagę, że z tego wszystkiego możemy się doliczyć właściwie tylko jednego przypadku, gdy jakiś opętaniec zamordował działacza Prawa i Sprawiedliwości, a grupa innych opętańców zamordowała Prezydenta RP i przy okazji 95 osob, mających tego pecha, że byli tam razem z nim. Ktoś powie, że to dużo. Pewnie że dużo. To tylko ów Brejvik, w swoim chorym umyśle, może twierdzić, że nigdy nie jest za dużo, lecz co najwyżej za mało. Jednak musimy uczciwie przyznać, że przy tak silnym napięciu, od tak wielu już lat, to prawdziwy cud, że mamy tylko te dwa morderstwa. O czym to może świadczyć? Wydaje mi się, że z całą pewnością o jednym: że w Polsce Brejvików na sto procent nie ma. Bo gdyby byli, to nasze ulice spływałyby krwią.
Radosław Sikorski ostatnio zaczął się bać Polaków. Uważam, że jest to informacja bardzo istotna i interesująca sama w sobie. Za chwilę zresztą, wypowiem się na ten temat trochę szerzej. Chciałbym jednak wrócić na chwilę do czasów jeszcze bardzo dawnych, kiedy to wszystko zaledwie się zaczynało. Otóż przypominam sobie – pisałem o tym zresztą tu na blogu – jak któregoś dnia dziś już nieżyjący Lech Kaczyński udał się z wizytą na Podbeskidzie, konkretnie do Bielska Białej. Z tej okazji, „Gazeta Wyborcza” w swoim lokalnym wydaniu, opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent w Beskidach. Ale o co chodzi?”,
a w nim słowa niejakiej red. Ewy Furtak następującej treści:
„Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Ktoś powie, że to nic takiego. Może dziś, ten typ dziennikarskiego umiaru byłby uznany – w końcu Polska nie stoi w miejscu – za coś wyjątkowego, ale wtedy tak to własnie wyglądało. Po tym jednak sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, i tu już trzeba będzie odwołać się do głosu ludu. Ludu, o którym, jak się domyślam, wspominał podczas swojej konferencji prasowej w Londynie, Radosław Sikorski. Przypominam tylko, że mamy do czynienia z portalem wyborcza.pl. Proszę posłuchać. To jest fakt. Jedyne co poprawiłem, to naturalne dla tego typu przekazu błędy.
***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
Oj, ciupagi w Beskidach też są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupagą "zaprotestuje"....
***
Nie wiem, czego tutaj będzie szukał ten mamlaty, zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi.
***
Ten osobnik nie jest wolny. Najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie, albo mu jelito grube pierdolnie. Cieszmy się!
***
Zobaczcie.....kaczka leci. Oooo..... i bęc!
***
Na szacunek trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi. "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
Hahahahahahah! Żałosne działania.
***
Żałosne. Nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu. Brak słów...
***
Co by tu, kurwa, jeszcze spieprzyć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera. Nie lubię i nie poważam. Mam go aż nadto dość na co dzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd.
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!! Dlaczego Naród Polski musi cierpieć przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza, a on wpierdala się na krzywy ryj i wkurwia ludzi. Takim samym wpierdalaniem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem, wigoru to ma więcej od Tuska. Tak, ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem. Czemu on tak wkurwiająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie. Ma teraz nowego podpowiadacza, ofleja i brudasa w jednym. Jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka? Ten nieogolony facet ma to, co wszyscy menele wokół ust na zaroście. Nalot od dymu. Gdy się taki myje codzienne, to tego nie widać, a tu widać. Czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do Europy!
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla.
Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodziło z tym „kiblem”, to przypomnę. W tamtych czasach, ogólnopolskie media doniosły, że prezydent Kaczyński cierpi na chorobę zwieraczy i musi często korzystać z toalety. Informacja ta, ponieważ była bardzo zabawna i podnosząca część społeczeństwa na duchu, została chętnie przyjęta przez kulturę popularną, i w niektórych środowiskach utrzymuje się do dziś, o czym może świadczyć choćby rysunek Andrzeja Mleczki, zamieszczony w jednym z jego ostatnich tomików.
I teraz jest tak. Wprawdzie, pomijając jeden, też nie do końca bezpośredni, apel internauty, opublikowany przez Agorę, o to, by Prezydent został zamordowany, powyższe wpisy zawierają wyłącznie obelgi i złośliwe żarty pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Nikt chyba jednak nie ma wątpliwości, że faktyczny przekaz tych wpisów jest jeden: „Śmierć!” Tu nie ma żadnych wątpliwości, że z tego, co mamy okazję przeczytać, wynika jedno przesłanie – nie będzie spokoju, dopóki on żyje. I przyznaję. Ów apel został przyjęty i Prezydent umarł. Czy nastał spokój? Oczywiście, że nie. Miał też umrzeć Jarosław Kaczyński, ale wyszło tak, że, zamiast niego, umarł jakiś drobny, lokalny działacz. Wprawdzie Stefan Niesiołowski bardzo chciał, żeby to on był tu celem, ale, jak się okazało – to jeszcze nie dziś. Wyszło na to, że efektem tej kampanii pogardy i agresji stało się jedno zabójstwo i jedna katastrofa lotnicza. I tyle. Jak już wspomniałem, to oczywiście o 97 śmierci za dużo, ale, przede wszystkim, czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić sytuację, że tych mordów jest dziesięć, czy sto razy więcej? Zwłaszcza, że – jeśli z jednej strony postawimy kogoś zwyczajnie szalonego, a z drugiej oficjalny przekaz, który owemu szaleńcowi tłumaczy, że jego reakcje są naturalne i zdrowe – kolejka chętnych powinna naprawdę być znacznie dłuższa.
Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jedną kwestię – i może tym samym przejdźmy powoli do tematu stojących za zachowaniem Radosława Sikorskiego emocji – a mianowicie takiej oto zagadki, dlaczego Radosław Sikorski nie rozpoczął swojej krucjaty przeciwko internetowej agresji już wtedy? Wtedy, gdy ona dopiero raczkowała, ale raczkowała – jak widzimy – mocno i z bardzo dobrymi perspektywami. Otóż wydaje mi się, że on wtedy nie reagował, bo czuł się zupełnie dobrze, wiedząc doskonale, że mu nic-a-nic nie grozi. On wówczas świetnie wiedział, że naprzeciw siebie nie ma dyszących pragnieniem śmierci wilków, lecz całkowicie otumanione, nicnierozumiejące, kompletnie bezradne stado owiec. Bo, jak idzie o wilki, to one są z nim. Wierne i posłuszne.
No i tym samym, pojawia się kolejna zagadka – czemu Sokorski zaczął się bać dziś? Bo to że się boi, wydaje się być faktem. Ktoś oczywiście powie, że on się nie boi niczego. Że to tylko taka gra. Że on chce sobie sprytnie przygotować miejsce do kolejnych lat dobrego i szczęśliwego życia. Myślę, że to nie jest prawda. On się naprawdę boi. Tyle że nie koniecznie tego, że ktoś przyjdzie do niego do domu i go zastrzeli. To akurat on wie świetnie, że jeśli ktoś do kogoś będzie strzelał, to tylko jakiś młodzieniec z Młodych Demokratów do Jarosława Kaczyńskiego. I że ten ktoś to zrobi, to w głębokim przekonaniu, że minister Sikorski taką akcję pochwala. Natomiast on boi się czegoś innego. On się boi nastrojów. Nastrojów, których jakimś tam symbolem stał się dla niego ów Anders Behring Breivik. Bo nawet on to wie – albo sam z siebie, albo z informacji, jakie uzyskał od swojej żony – że coś takiego, jak nastroje, potrafi być bardziej niebezpieczne od dziesięciu Brejvików z całą saletrą dostępną we wrocławskich sklepach. Mówię o nastrojach, które nie zabijają, bo to są nastroje dostępne wyłącznie ludziom dobrym i szanującym życie. Ale jednocześnie ludziom, którzy im bardziej są cierpliwi, tym bardziej są zdeterminowani, gdy ta ich cierpliwość się kończy. Mówię o ludziach, których taki Sikorski bardziej się boi od internetowych wariatów, czy to z Norwegi, czy z Polski.
A więc Radosław Sikorski śmierci się nie boi. On się boi czegoś znacznie gorszego, niż zamach, niż śmierć, niż wariat z bombą. On się zwyczajnie boi demokracji. I dlatego to, już ponad rok temu, zaczął się zachowywać tak dziwnie, i ten stan się u niego już tylko pogarsza. Cóż więc pozostaje nam? Myślę, że powinniśmy się Sikorskiemu przyglądać. Nie tylko jemu, ale jemu zwłaszcza, bo to jest człowiek, który traci naprawdę wiele i, jak widzimy, szczególnie źle świadomość tej utraty znosi.
Zachęcam do kupowania mojej książki o siedmiokilogramowym liściu, i proszę o – w miarę możliwości – ciągłe wspieranie tego bloga. I tu i tam jest naprawdę bardzo dużo ważnych słów i obrazów. A jeśli uda się tę książkę sprzedać, to wydam kolejną, z tekstami już z okresu po Smoleńsku. I to dopiero będzie prawdziwy obraz tego, jak się zmieniały te nastroje, by osiągnąć stan, którego Radosław Sikorski tak się dziś przeraził.