Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Hall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Hall. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2011

O jeszcze jednej cegle i o dzieciach głupich jak but

Jak nam donoszą już nawet nie media, ale bezwzględne liczby, wyniki tegorocznych matur osiągnęły poziom najniższy w historii, i wszystko wskazuje na to, że przyszły rok będzie jeszcze gorszy. Po przejrzeniu i ocenieniu wszystkich prac, wyszło na to, że jeden na czterech maturzystów nie przekroczył trzydziestoprocentowego minimum z przynajmniej jednego maturalnego przedmiotu, a ja już sam, bez pomocy statystki, wiem, że jeśli mamy przed sobą kogoś, kto nie umiał z siebie wydusić tych 30 procent z jednego przedmiotu, to prawdopodobnie z pozostałych dwóch, czy trzech, tez ich nie wydusił, lub wydusił z wielkim trudem. Ale wiem coś jeszcze. Że jeśli tegorocznej matury nie zdało 25 procent uczniów, to, z całą pewnością, kolejne 25 procent zdało ją ledwo-ledwo. No i jeszcze coś. Jeśli – gdyby się miało okazać, że moje podejrzenia są słuszne – 50 procent tegorocznych maturzystów to dzieci, krótko mówiąc, kiepskie w nauce, to wielu z tych, którzy osiągnęli wyniki najlepsze, najprawdopodobniej zostało – na zasadzie porównania – ocenionych znacznie wyżej, niż im się należało.
Skąd ja to wszystko wiem? Otóż, jak już tu wspominałem, od wielu lat zajmuję się ocenianiem pisemnych prac maturalnych z języka angielskiego. I od owych wielu już lat, nie mogę nie zauważyć, że jakieś 90 procent, a może więcej prac, to poziom najniższy. Pisząc „najniższy” nie mam oczywiście na myśli tego, że uczniowie nie potrafią posługiwać się językiem angielskim na poziomie podstawowej komunikacji, ale tylko to, że to jest właśnie ten poziom, jaki udało im się osiągnąć. Jeśli oni na przykład mają napisać notkę o tym, że zgubili torbę, opisać tę torbę, napisać co w niej było i podać numer telefonu, to większość z nich napisze mniej więcej coś takiego: „I lost my beg im Supermarket in monday. Beg ist brown and big. In beg ist double CD, book Harry Potter, computer game and mp3 player Apple. Telefon 2345678 Wojtek”, i za to wypracowanie dostaną pełne pięć punktów, bo przekazali wszystkie informacje i zrobili mniej niż 25 procent błędów. A więc to wypracowanie jest, wedle obecnie obowiązujących kryteriów, bardzo dobre. Są też jednak gorsze, a ich problem polega na tym, że ktoś, zamiast „bag” napisze „T-shirt”, albo „money”, ewentualnie, jeśli już napisze „bag”, to zapomni podać numer telefonu na koniec, lub nie napisze co w niej było. I to już są tak zwane bałwany. I ich jest też dużo.
Oczywiście, o tym, jak wygląda wiedza tych samych dzieci, jak idzie o matematykę, język polski, historię, czy chemię, nie mam pojęcia, natomiast nie potrafię sobie też wyobrazić, żeby ich los tak akurat pokarał, że kiedy już się okazało, że wszystkich przedmiotów uczą ich wybitni nauczyciele i pedagodzy, to coś się takiego stało, że do tej ich szkoły, w celu nauczania języka angielskiego skierowano jakoś durnia, który jest od swoich uczniów zaledwie minimalnie lepszy. Mogę się bardzo łatwo domyślić, że jeśli nauczyciele języka angielskiego są tak słabi – a to, jacy oni potrafią być słabi, wiem równie dobrze jak to, jak słabi są ich uczniowie – że przez te trzy lata, a czasem i znacznie więcej, nie potrafią dziecka nauczyć wykonania tak prostego polecenia, jak to, które podałem wyżej, przynajmniej bez prowokowania złośliwego śmiechu, to nauczyciele innych przedmiotów, pracujący w Polskich szkołach nie mogą być od nich o wiele lepsi. Bo niby dlaczego? I jakim cudem?
Jest taka tendencja, szczególnie wśród osób niechętnych obecnej władzy, by za katastrofalny wynik tegorocznych matur obwiniać rząd, a szczególnie minister Katarzynę Hall. I ja oczywiście skłonny jestem zrozumieć to napięcie. Jak idzie akurat o tę dziwną kobietę, to nie potrzebujemy ani wyników matur, ani dokładnej relacji z tego co ona robi i czego nie robi, ani nawet nagrań z jej różnego rodzaju wypowiedziami, żeby ocenić ją pod każdym możliwym względem. W jej akurat wypadku, wystarczy zdjęcie, lub, powiedzmy, dziesięciosekundowy film, żeby mieć pewność, że jej, nie dość, że nie wolno powierzać czegoś tak poważnego jak szkoła i spędzające w niej czas dzieci, to lepiej trzymać ją z dala nawet od siatki z zakupami. Ja jednak uważam, że nawet gdyby zamiast Hallowej, na czele Ministerstwa postawić kogoś absolutnie wybitnego, to efekt maturalny i tak nie byłby o wiele lepszy, z tej prostej przyczyny, że wszystko zaczyna się już na wyższych uczelniach, które wypuszczają nauczycieli.
Ktoś powie, że ci studenci, którzy później zostają nauczycielami, też się nie wzięli z błękitnego nieba, ale przyszli ze szkół. I to przyszli, jako prawdopodobnie ci lepsi. Jako ci, którzy najpierw zdali maturę na wystarczająco wysokim poziomie, żeby się dostać na studia, a więc, przyszli z gwarancjami udzielonymi przez nikogo innego, jak przez ministra edukacji narodowej. A te studia też ukończyli z na tyle dobrym wynikiem, żeby znaleźć pracę w szkole, co – zapewniam autorytatywnie – wcale dziś nie jest takie łatwe. A zatem, mamy do czynienia z zamkniętym obiegiem. Durnie wypuszczają durniów, którzy następnie kształcą nowych durniów. I tak to się kręci. Tyle że, tak czy inaczej, fakt pozostaje ten sam. Ten śmiertelny korkociąg, w jakim znalazła się polska szkoła nie zaczął się za rządów Platformy Obywatelskiej i Katarzyny Hall, lecz znacznie wcześniej. A jeśli możemy mieć do Platformy Obywatelskiej – bo przecież nie do tej kobiety – pretensje, to najwyżej o to, że nie zrobiła nic, by ten upadek choć spróbować zatrzymać, ale – przeciwnie –tylko go przyspieszyła.
I tu, powiem zupełnie szczerze, jestem w prawdziwej kropce, bo jak bym nie liczył, to wychodzi mi wciąż jedno i to samo – że, gdybym miał wyznaczyć jakiś punkt przełomowy, to wszystko się zaczęło w roku 1990. A to już jest konstatacja tak straszna, i wiążąca się z tak skomplikowaną materią sprawa, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ją tu zaznaczyć, a ewentualną analizę zostawić już być może na osobny wpis.
Oczywiście jest mi bardzo przykro, że – zwłaszcza być może ostatnio – te teksty nie udzielają za cholerę odpowiedzi, lecz wyłącznie stawiają pytania. Szczególnie gdy za chwilę pojawią się już tylko pytania kolejne. Ale, proszę się starać. Ja się staram, więc nie ma powodu, byśmy się nie spróbowali napiąć wszyscy. Opowiem mianowicie tu pewną historię, która czekała na swoją kolej dłuższy już czas, no ale w końcu, jak widzimy, się doczekała. Jeszcze jesienią zeszłego roku ze swoim koncertem do Katowic przyjechał Leonard Cohen. Jak niektórzy wiedzą, podczas ostatniej światowej trasy koncertowej Cohena, towarzyszył mu chórek dziewcząt złożony z pewnej czarnej piosenkarki i dwóch białych dziewcząt z Londynu – Charley i Hattie Webb. Z powodów nie mających tu żadnego znaczenia, zdarzyło się tak, że poszedłem na kolację z tymi siostrami Webb i z ich rodzicami, w tym z ich ojcem, Grahamem Webbem, no i się z tym Webłem trochę zapoznałem. No, na tyle, że jeśli do niego wyślę maila, to on wie, kto ja jestem.
Otóż Graham Webb, jako nastolatek, stanowił idealny przykład kogoś, kto w najlepszym wypadku skończy marnie. Nie dość, że cierpiał na tzw. rozszczep kręgosłupa, co sprawiało, że musiał nieustannie nosić pieluchę, to w powszechnej opinii był kimś po prostu głupim i leniwym. Kiedy w wieku 15 lat, za złe prowadzenie się i tak zwaną „niewyuczalność”, został wyrzucony ze szkoły, to rodzice, pragnąc znaleźć mu coś, czego by mógł się czepić, wysłali go na naukę do fryzjera. Jak się wszystko dalej potoczyło, każdy, kto zna język, może sobie przeczytać w wydanej przez niego, absolutnie fascynującej autobiografii, zatytułowanej „Out of the Bottle”. Ja tylko tu powiem, że, kiedy pracował u tego fryzjera, najpierw wymyślił jakąś fryzurę rock’n’rollową, która zdobyła wielką popularność, następnie otworzył własny punkt, następnie całą sieć tych punktów w całej Wielkiej Brytanii, następnie wymyślił szampon do włosów, który zarejestrował pod prostą nazwą GW, by wreszcie uruchomić wielką globalną firmę o wielomilionowej wartości o nazwie Graham Webb International, którą najpierw kupiła Wella, a następnie – już całość – Procter and Gamble.
Za zasługi dla Wielkiej Brytanii, Graham Webb został uhonorowany wieloma wyróżnieniami, w tym, najwyższym, wręczonym mu przez księcia Karola orderem MBE. Obecnie, jako niezwykle zamożny i znany w kraju człowiek, mieszka na wsi pod Londynem, piastując funkcję tak zwanego Ambasadora Hrabstwa Kent. I teraz chciałbym zwrócić uwagę na coś, być może z tego wszystkiego, najciekawszego. Otóż na tytułowej stronie swojej książki, Graham Webb zamieszcza dwie opinie, wydane na swój temat, w dwóch kompletnie innych czasach, choć w tym samym miejscu i przez tę samą instytucję – Northbrook School, której swego czasu był uczniem, i z której został ostatecznie wyrzucony. Pierwsza, wystawiona w roku 1961, stwierdza co następuje: „Nie wykazuje najmniejszego zaangażowania. Jest gnuśny, głupi, przeraźliwie leniwy, najwyraźniej bardzo z tego stanu zadowolony i zdecydowany w nim pozostać”. Druga, wydana przy okazji wręczania mu dyplomu honorowego w roku 2000, przez tę samą szkolę, głosi: „Grahamowi N. Webb, za wybitne życiowe osiągnięcia, w uznaniu dla jego służby na rzecz brytyjskiego rynku, handlu i edukacji”.
Co chcę przez tę historię powiedzieć? Ktoś powie, że zapewne to, że to jak się ktoś prowadzi jako dziecko, nie ma najmniejszego znaczenia dla jego przyszłości, i że zapewne sama szkoła nie ma ani pojęcia, ani wpływu na to, co z jej uczniów kiedyś wyrośnie. Otóż nie do końca. Jestem bowiem przekonany, że to iż Graham Webb został przez swoich nauczycieli kompletnie nierozpoznany, wcale nie oznacza, że też nikt inny nie został nierozpoznany, i że na przykład ci z jego kolegów, którzy się do nauki przykładali i na koniec szkoły osiągnęli wybitne wyniki, znaleźli się ostatecznie dużo niżej od niego. Wcale też nie sądzę, by inne dzieci w tamtej szkole, które, podobnie jak Webb, zbijały bąki i zamiast się pilnie uczyć, robiły z siebie osłów, zostały milionerami i ojcami jeszcze wybitniejszych od siebie dzieci. Natomiast uważam, ze szkoła – i to nie tylko szkoła w Polsce, ale szkoła na całym świecie – to miejsce niezwykle skomplikowane, i przy tym szalenie narażone na demoralizację i zepsucie. No i najważniejsze, nie ma takiej możliwości, by szkoła, jako taka, z samej swojej natury, była w stanie tworzyć geniuszy i idiotów. Natomiast z całą pewnością, potrafi się starać jednym i drugim przeszkadzać swoje cele osiągać. Dobrze by było, gdyby się w tej pracy jednak skoncentrowała bardziej na idiotach, a geniuszom dała spokój.
Na koniec wypadałoby wrócić do Polski, do minister Kudryckiej, do minister Hall, do tych nauczycieli, studentów i do tych maturzystów. Co z nimi? Obawiam się, że akurat jak idzie o dzisiejszy stan edukacji w Polsce, równie dobrze można by było cały ten interes zamknąć, a nauczycieli i uczniów rozgonić. Przynajmniej do czasu, jak zmieni się w Polsce władza i na jej miejsce przyjdzie ktoś, kto przynajmniej zauważy skalę problemu.
Jak wszyscy już pewnie wiedzą, książka o siedmiokilogramowym liściu jest już w sprzedaży. Niestety, Coryllus w poniedziałek wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje, więc przed wyjazdem wyśle jeszcze tylko to, co zostanie zapłacone przed tym dniem, a reszta będzie wysyłana dopiero po jego powrocie. A więc mam gorąca prośbę do wszystkich zainteresowanych – proszę kupować książkę jeszcze dziś i jutro, a potem ze świadomością, że otrzymacie ją dopiero za dwa tygodnie. W międzyczasie jednak, z powodów o których tu wspominam do znudzenia, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga i przesyłanie wszelkiej możliwej pomocy na podany obok numer konta. Dziękuję. A dla wszystkich, piosenka w temacie powyższego wpisu:

niedziela, 24 kwietnia 2011

O przyjemności brania w pysk

Najpierw obiecałem, a później starałem się owej obietnicy dotrzymać, że przez przynajmniej te dwa dni świąteczne, ten blog pozwoli nam odetchnąć od codziennych złorzeczeń. Wygląda jednak na to, że – podobnie zresztą, jak w ogóle idzie o nasz stosunek do tak zwanej tradycji i najprostszego obyczaju – czymś takim jak Święta Wielkanocne przejmujemy się już tylko my. Wczoraj, jakaś paniusia w programie Drugie Śniadanie Mistrzów zakomunikowała, że ją z Polski nie wypędził stan wojenny, więc i nie wypędzi Jarosław Kaczyński, a chwilę później prowadzący program Marcin Meller zareklamował nam specjalny program internetowy, który pozwala blokować wszelkie nazwy zawierające słowa ‘Smoleńsk’, ‘katastrofa’ i ‘prawda’, i ta informacja bardzo wszystkich zgromadzonych rozbawiła. Dziś z kolei, wystarczy choćby zajrzeć na dwa główne portale internetowe, a więc Wirtualną Polskę i Onet, by zobaczyć, że tematem tego świętego dnia stało się to, co o Jarosławie Kaczyńskim powiedział pisarz Stasiuk (nie żartuję – chodzi o opinię pisarza Stasiuka), a co ochoczo zrelacjonował tygodnik ‘Wprost’. A zatem, jak widzimy, po raz kolejny potwierdziła się zapowiedź naszych biskupów co do końca żałoby. A skoro tak, cóż nam pozostaje? Walczymy. Choćby i w cieniu. Proszę posłuchać.

Po trzech latach funkcjonowania w polskim zyciu publicznym projektu o nazwie Platforma Obywatelska, wydaje się, że już nie ma ludzi, którzy nie wiedzieliby, że to co się dzieje stanowi najbardziej wyrazisty i jednoznaczny przykład porażki, w dodatku porażki na najwyższym poziomie kompromitacji. Wydaje się, że nawet jeśli weźmiemy do swoich badań grupę wyborców, których jedynym źródłem informacji jest telewizja TVN24 i Gazeta Wyborcza – efekt będzie identyczny, a mianowicie deklarowana świadomość, że to z czym mamy do czynienia od trzech i pół roku, to czysta porażka. Oczywiście, musimy przy tym brać pod uwagę, że ta reguła ma – jak niemal każda – swoje wyjątki, a więc, że gdzieś, w najbardziej egzotycznych kieszeniach współczesnej Polski są ludzie, którzy zarówno premiera Donalda Tuska, jak i reprezentowaną przez niego partię uparcie uwielbiają. Sam na przykład znam pewna młodą osobę, która twierdzi – i chyba robi to bez żadnej ironii – że kiedy widzi, lub choćby tylko słyszy Donalda Tuska, to ogarnia ją wręcz boski spokój. No ale, zgódźmy się, że to jest przypadek ekstremalny.
Problem się zaczyna dopiero wówczas, gdy okaże się, że znaczna część z osob bardzo niezadowolonych z polityki naszego rządu, z pracy jego ministrów i ze skutków, jakie ta praca przynosi, są jednocześnie głęboko przekonani, że to wszystko jest wyłączna winą Prawa i Sprawiedliwości i osobiście Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego. Problem się pojawia, gdy się okazuje, że znaczna część z tych osob uważa, że dziś władzę w Polsce sprawuje właśnie PiS z Kaczyńskim, natomiast Tusk i jego ludzie, to zaledwie stłamszona grupa opozycjonistów. Ktoś powie, że ja sobie tu urządzam kpiny. Wcale nie. Jestem przekonany, ze gdyby największe ośrodki badania opinii publicznej zechciały przeprowadzić badanie na temat świadomości Polaków odnośnie tego, kto dziś w Kraju trzyma władzę, bardzo znaczny procent – nie wiem, czy 20, czy może nawet 30 – odpowiedziałoby, że PiS. Powiem więcej. Z moich – dość pobieżnych, przyznaję – obserwacji wynika, że są w Polsce ludzie, którzy uważają, że Jarosław Kaczyński jest dziś i premierem i prezydentem.
Z czego to szaleństwo wynika? Otóż niewątpliwie, jest ono skutkiem celowo prowadzonej polityki informacyjnej, której celem jest nie informowanie, lecz doprowadzenie jak największej grupy społecznej do stanu kompletnego zidiocenia i utrzymanie ich w tym stanie przez możliwie długi czas. Jakiś czas temu wspominałem na swoim blogu sytuację z pociągu, którą opowiedziały mi moje dzieci. Otóż jechały sobie one w przedziale z dwiema paniami, bardzo zaangażowanymi w komentowanie naszej ‘posmoleńskiej’ sytuacji. I w pewnym momencie jedna z nich zaczęła bardzo się oburzać na „tego Arabskiego”, który podobno „przygotował całą tę wizytę i w ten sposób doprowadził do katastrofy”. I na to druga pani powiedziała coś mniej więcej takiego: „Ale czego się pani dziwi? Takich to miał współpracowników ten Kaczor”.
Ja tu opowiadam o zwykłych ludziach. Weźmy jednak niedawny program Tomasza Sekielskiego „Czarno na białym”, czy jakoś tak. Sekielski poświecił go w całości omówieniu kilku głośnych przypadków, kiedy to polskie państwo zrujnowało interesy najbardziej energicznych i biznesowo utalentowanych ludzi. Każdy z tych przypadków stanowił wręcz modelowy przykład choroby, która toczy od dziesięcioleci nasze państwo i z którą to chorobą dotychczas chęć skutecznej walki ogłosił Jarosław Kaczyński. Mówimy tu o chorobie nie ograniczającej się do paru niekompetentnych urzędników, nie do kilku niefortunnych decyzji i nieszczęśliwych pomyłek, ale o prawdziwej zarazie, która opanowała same szczyty władzy. Tymczasem sposób w jaki telewizja TVN24 przedstawiła problem, w efekcie umożliwił jeden przekaz: wszystkiemu winni są urzędnicy, których za tymi ich biurkami posadził PiS, a Platforma Obywatelska, razem z serdecznie zaangażowanym w sprawę Januszem Palikotem, niestety, mimo naprawdę dobrych chęci, nie dała rady ich usunąć.
Oczywiście, wszyscy ci, którzy potrafią słuchać przekazywanych im informacji ze zrozumieniem, a obraz który do nich dochodzi rozpoznawać bez większych uprzedzeń, doskonale mogli się zorientować, choćby z nie tak przecież głęboko ukrytych znaków, kto tu jest naprawdę zły. Ale bądźmy uczciwi. Telewizja to nie jest wynalazek dla ludzi myślących. A zatem, musimy przyjąć niemal jako pewnik, że ze wspomnianej audycji Tomasza Sekielskiego, znaczna część widzów zrozumiała znów tylko jedno: Jaka to szkoda, że wciąż rządzi ten PiS. Nie ma co gadać. Dopóki Kaczyński będzie premierem, z tego kraju nic nie będzie. Czy to jest ich wina. Oczywiście, trochę tak, ale nie przede wszystkim. Po drugiej stronie tego planu stoją bowiem prawdziwi zawodowcy.
Co się stało, że ogarnęły mnie dziś tego rodzaju refleksje? Otóż właśnie odebrałem dwie kolejne, ściśle ze sobą powiązane, informacje. Pierwsza z nich to taka, że jakiś warszawski sąd wydał wyrok, zgodnie z którym niejaki Alan Szwejkowski ma otrzymać od władz miasta 15,5 tys. złotych w ramach odszkodowania za poniesione krzywdy. O jakie krzywdy chodzi? Otóż krótko mówiąc, ów Alan kilka lat temu był uczniem jednego z warszawskich liceów i decyzją nauczycielki otrzymał obniżoną ocenę z przedmiotu. Ponieważ Alan uznał, że on akurat zasłużył na ocenę wyższą, zorganizował szkolny bunt przeciwko nauczycielowi. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób ten protest przebiegał, jednak efekt jego był taki, że nauczycielka postanowiła odejść ze szkoły. W reakcji na ten przerzucony protest, większość zbuntowanej młodzieży zreflektowała się, nauczycielkę przeprosiła, z pretensji się wycofała i na placu boju pozostał sam Alan, który – jak sam później twierdził – został następnie ze strony poddany takiej presji, że nie mogąc się już spokojnie uczyć, musiał zmienić szkołę. No i wtedy ktoś mu doradził, żeby podał swoją byłą szkolę do sądu, co on uczynił, i jak się dziś okazuje – w pełni skutecznie. Władze miasta – jako tzw. organ prowadzący – mają mu za jego bolesne krzywdy zalecić te 15 kawałków.
I to jest news pierwszy. Drugi natomiast jest taki, że Katarzyna Hall, minister edukacji w rządzie Donalda Tuska, poproszona przez Monikę Olejnik o komentarz w tej sprawie, powiedziała najpierw co następuje: „Tryumf edukacji obywatelskiej, uważam”, a następnie, dociskana przez rozdziawioną i porażoną tym przypadkiem opętania dziennikarkę, wyjaśniła już bardziej dokładnie swoją pozycję: „To jest porażka szkoły, jeżeli nie umiano normalnie w szkole tego rozwiązać. […] Jeżeli nauczycielka mu coś głupio wyjaśniała, to jest jej problem”.
Czemu ja się tym tak przejmuję? Otóż, jak niektórzy wiedzą, sam jestem nauczycielem, i robotę tę znam dość dobrze. Wiem więc też, że szkoła to jest takie miejsce, gdzie konflikt między nauczycielem i uczniem jest wręcz naturalny. Na ogół sytuacja jest do opanowania, a więc uczniowie mają się uczyć i w ogóle starać, nauczyciele mają tę naukę i starania oceniać, a uczniowie – mimo że są często z tych ocen niezadowoleni – jakoś je przyjmują, i złorzecząc pod nosem brną dalej. Zdarza się też niestety tak – szczególnie w ostatnich latach – że pewien typ ucznia, jak to określa minister Hall, „obywatelsko wyedukowanego” postanawia szkole pokazać, że dotychczasowy system jest niesprawiedliwy i że ten stan można próbować zmienić. Najczęściej jego postawa sprowadza się do tego, ze on się z nauczycielem kłóci, nasyła na nauczyciela swoich – równie jak on – świadomych swoich praw rodziców, a niekiedy ze swoimi pretensjami udaje się do Dyrekcji, czy niekiedy nawet do Kuratorium. O co najczęściej chodzi? Zawsze o to samo. A więc o ocenę z przedmiotu, lub ze sprawowania. Czasem o jakąś karę dyscyplinującą. Tak czy inaczej, chodzi niezmiennie o to, że szkoła dla dziecka okazała się niedobra i niesprawiedliwa. Że kogoś kto jest mądry, grzeczny i zdolny nie doceniła.
Jak na ten typ postępowania reaguje szkoła? Najczęściej niestety wpada w panikę. I to od poziomu samego nauczyciela a kończąc na Dyrekcji. Dlaczego tak się dzieje? Z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że naprzeciwko siebie ma osobnika, czy grupę osob absolutnie wyjątkowo zdeterminowanych – a więc już na samym początku znacznie od szkoły silniejszych – a poza tym z tej przyczyny, że szkoła zawsze nastawiona jest przede wszystkim na jedno, czyli na tak zwany święty spokój. Kto na tej sytuacji cierpi najbardziej? Oczywiście nauczyciel, który nagle znajduje się w kleszczach między obrażonym uczniem, jego wściekłym ojcem, a dyrektorem, który wciąż powtarza tylko jedno: „A nie można mu było jednak dać tej piątki?” I dobrze jest, gdy na tym się wszystko kończy. Zawsze można w końcu wymusić tę zmianę oceny i wszystko załagodzić. Gorzej, jeśli konflikt już osiąga poziom taki, że po jednej stronie jest szkoła, a po drugiej Kuratorium, czy wręcz sąd. Dlaczego gorzej? Otóż powód jest prosty. Dlatego, że szkoła wtedy już nie ma żadnych szans. Bo na swoją obronę ma tylko coś, co się nazywa Tradycją, Obyczajem, czy Prawem, a z drugiej strony poddana jest atakowi ze strony ludzi – właśnie tak, ludzi – dla których szkoła jako taka zawsze była wrogiem i utrapieniem, a sam nauczyciel wyłącznie durniem, którego należy tępić. Kogo mam na mysli, mrowiąc o ludziach? Wszystkich, a więc urzędników, sędziów, dziennikarzy, polityków i tak zwaną opinię publiczną.
I oto w tej sytuacji, kiedy można by się było spodziewać, że ktoś, kto reprezentuje właśnie szkołę, a więc i jej dyrekcję i nauczycieli, ale przecież też i uczniów, którzy jednak na coś z jej strony liczyli i nadal liczą, a więc minister edukacji, w sytuacji tak ciężkiego konfliktu, stanie po stronie tej właśnie szkoły, okazuje się, że ten właśnie minister nagle przyłącza się do tego chóru zakompleksionych baranów, i cieszy się, że oto państwo pokazało swojej szkole, że jest zbędna i nic nie warta i niech spieprza.
A to akurat już jest problem. Bo oto, mimo że myśmy od dawna wiedzieli, że polskie państwo, pod władzą Platformy Obywatelskiej powoli staje się żałosna fikcją, i że każde pojedyncze działanie tego rządu zmierza do jednego – żeby to państwo sprowadzić do pozycji nikomu niepotrzebnego śmiecia, dzieje się jakoś tak, że kiedy minister rządu, i to w dodatku – wszystko, proszę zwrócić uwagę, piszemy z dużej litery – Minister Edukacji Narodowej zupełnie oficjalnie oświadcza, że nauczyciele to durnie, a więc uczniowie mogą sobie z nimi robić co im się podoba, to sytuacja robi się niezwykle szczególna. Edukacja, a więc w pewnym sensie podstawa wszystkiego co stanowi o naszej przyszłości, w oczach naszego państwa zostaje przez to państwo wykpiona i wdeptana w ziemię. Nie wiem. Może przemawia przeze mnie i całe moje nauczycielskie doświadczenie, wszystkie te lata, z jednej strony przemęczone, choć z drugiej tak bardzo szczęśliwe, może w tym co piszę dźwięczy jakiś paskudny kompleks, ale kiedy Minister Edukacji Narodowej, w konflikcie między nauczycielem, który, jak wszystko wskazuje, nie miał na sercu nic nagannego, a uczniem, który zwyczajnie – jeszcze jeden z tysiąca uczniów każdego dnia, który był niezadowolony z oceny, ale za to miał poczucie, że żyje w nowych czasach, gdzie wszyscy mają równe prawa – się obraził na nauczyciela, staje po stronie ucznia, a przeciwko zaszczutemu w gruncie rzeczy nauczycielowi, to ja mam poczucie, że upadku państwa nie można było wyrazić lepiej.
I wreszcie coś, z pewnego punktu widzenia, najważniejszego, a więc to, co zostaje na drugim końcu tego nieszczęścia. Społeczeństwo. Jest bowiem tak, że rząd Platformy Obywatelskiej, w sposób jednoznaczny i jak najbardziej bezczelnie oczywisty, w każdym swoim działaniu występuje przeciwko obywatelowi. Nie ma gestu, nie ma słowa, nie ma nawet najdrobniejszego projektu, który w ten czy inny sposobu nie byłby skierowany przeciwko obywatelowi. Dosłownie wszystko, co oni robią jest robione przeciwko nam. I oto, mamy biednych nauczycieli. Oszalałych z tej bezsensownej pracy, a jednocześnie jakimś niezrozumiałym zupełnie odruchem trzymającym się tego poczucia, że chyba tu jednak chodzi o coś więcej, niż codzienne przyjście do pracy i odbębnienie kolejnego dnia w szkole. Nauczycieli durnych pewnie niejednokrotnie bardziej niż ci, których oni uczą, ale starających się za ten psi grosz robić, co do nich należy. Nauczycieli zaczynających i kończących dzień, z jednej strony w nadziei, że może tym razem coś się z tego gówna uda wykroić, a z drugiej w obawie, że i dziś nie dadzą rady. Nauczycieli wreszcie, wciąż próbujących znaleźć drogę wyjścia z tego splątania, a jednocześnie skonfrontowanych z tak zwanym nowym pokoleniem, świadomym swoich praw i nie znającym sprzeciwu. I na to wszystko przychodzi nasza władza i mówi nauczycielom, żeby się zamknęli, bo ich czas już dawno minął. I kiedy to wszystko jest tak bardzo oczywiste i tak bardzo jednoznaczne i tak bardzo wręcz krzyczy prosząc o uwagę, nie ma takiej siły, która by kazała tym własnie biednym nauczycielom zrozumieć, że to nie Kaczyński za tym wszystkim stoi. Chce się wyć.
Patrzę dziś na tą przedziwną – naprawdę nie umiem znaleźć innego słowa, by ją określić – kobietę i tracę dech w piersiach. Katarzyna Hall. Kobieta, która najdoskonalej jak tylko było można stała się symbolem tego raka, który od trzech już ponad lat niszczy naszą Polskę. I myślę sobie, że za wiele trzeba będzie odpowiedzieć. Oczywiście, przede wszystkim za smoleńską zbrodnię. To po pierwsze. Ale za to, co oni zrobili z polską szkołą, za to, jak oni okazali dla tej szkoły swój szacunek i zrozumienie, za to, jak oni zrobili wszystko, żeby tę szkołę ośmieszyć i zdeptać, niech zdychają dokładnie tak samo, jak tamci. I niech tu nie będzie przebaczenia.

Tekst jednocześnie do czytania w Warszawskiej Gazecie. Polecam.

środa, 2 marca 2011

El Dorado, czyli co Donald przywiózł z kultowej już dziś wycieczki do Peru?

Najpierw Dziennik, a po nim wszelkie możliwe portale internetowe, w tym – jak najbardziej – onet.pl, poinformowali, że nasza władza wreszcie (wreszcie!) zrobi porządek z nauczycielami. Ja oczywiście świetnie rozumiem to podniecenie. W końcu, jak już tu parę razy pisałem, kompleks szkolny człowieka nie opuszcza do końca życia, a biorąc pod uwagę, że relacja między życiem szkolnym przeciętnego obywatela, a jego dorosłą karierą jest wprost proporcjonalna – a więc, im człowiek był większym idiotą w szkole, tym bardziej jego przyszłe życie determinowane jest przez nienawiść do nauczycieli jako ludzi i jako grupy zawodowej – nie ma się co dziwić, że statystycznie, bardzo duża część obywateli, jak tylko słyszy słowo ‘nauczyciel’, zaczyna pogardliwie rechotać.
Mówiąc „idioci”, wbrew pozorom nie mam na myśli uczniów złych, krnąbrnych i migających się od nauki. Każdy nauczyciel, który jeszcze nie zwariował od tego wysiłku, i w miarę możliwości kontroluje sytuację, doskonale wie, że prawdziwych szkolnych idiotów o z większym skutkiem znajduje się po przeciwnej stronie tej barykady. Sami uczniowie zresztą też doskonale się orientują, jak to się te relacje w każdej klasie układają. A zatem, i w miarę przytomni już uczniowie i wciąż jeszcze przytomni nauczyciele wiedzą też dobrze, że nie ma nic bardziej niszczącego dla przeciętnego szkolnego idioty, jak jego przyszła kariera. A niestety, tak to się często dzieje, że to właśnie ci najgłupsi jakimś cudem – możliwe, że przez tę szkolna traumę – wybijają się i zostają ministrami, premierami, ważnymi dziennikarzami i Bóg wie, kim jeszcze. I wtedy dopiero się odgrywają.
Skąd się ten kompleks bierze, nie wiem. Mogę się tego zaledwie domyślać i coś tam sobie spekulować, ale ponieważ nie mam żadnych mocnych teorii, nie będę się tu mądrzył. Fakt jednak jest taki, że przez znaczną część społeczeństwa, w tym może najbardziej aktywni są tu ci, którzy w ogóle mają najwięcej do powiedzenia, nauczyciele są nieustannie poddawani tak mocnej moralnej presji, że w pewnym momencie jedynym dla nich rozwiązaniem jest zmienić nazwisko, miejsce zamieszkania i wreszcie zawód. Jak wygląda ta presja? Przede wszystkim polega ona na tym, że powtarza się wciąż nauczycielom, że nic nie robią i za to nicnierobienie dostają kupę pieniędzy i że gdyby nie te pieniądze wydawane przez biedne państwo na utrzymanie tych nierobów, Polska by była bogatsza, a innym – o wiele bardziej zasłużonym – grupom zawodowym żyłoby się dostatniej. Niestety, nauczyciele są bardzo agresywni, świetnie zorganizowani, i w dodatku wciąż straszą porządnych ludzi, że jak nie da im się więcej pieniędzy, to przestaną przychodzić do pracy, a tego przecież polskie państwo by nie zniosło. No i jest jak jest. Nędza, przestępczość i ogólny syf.
Informacja na temat porządków, jakie rząd zamierza wprowadzić w polskich szkołach została przekazana przy pomocy jednego i wszędzie tego samego tytułu: „Koniec nauczycielskiego eldorado”. Odpowiednia atmosfera była oczywiście już nadmuchiwana znacznie wcześnie, choćby przez ciągłe powtarzanie, że oto właśnie nauczyciele otrzymali kolejną podwyżkę, i w tej chwili najgłupszy z nich, za te nędzne 9 miesięcy pracy w roku, po 18 godzin tygodniowo, spędzanych głównie na plotkach w pokoju nauczycielskim, dostaje już niemal 4,5 tys. złotych polskich miesięcznie, a ponieważ rząd znajduje się pod nieustanną presją, niedługo będzie trzeba dać jeszcze więcej. No i dziś, kiedy wszędzie pojawia się ta zapowiedź o „końcu eldorado”, wielu już się tylko ustawia w kolejce, żeby być jak najbliżej tego widowiska, które już niedługo się rozpocznie. To dopiero będzie frajda patrzeć, jak ta banda leni zacznie się przesiadać z tych swoich wypasionych samochodzików do autobusów i tramwajów. To się pośmiejemy, widząc, jak zaczną sprzedawać te swoje wypasione wille i wynajmować tanie klitki, najlepiej po awansujących za swą ciężką pracę dziennikarzach. I zasmakują trochę życia bez corocznych wakacji na Karaibach. No a przede wszystkim, to dopiero poczujemy dreszcz sprawiedliwości, jak oni wreszcie zaczną normalnie pracować. Osiem godzin dziennie przy tablicy, panie! Z odliczeniem przerw co 45 minut, jasna cholera!!! 11 miesięcy w roku. Eldorado im się zachciało. A uczniom też się to przyda. Niech zapieprzają w wakacje. Myśmy w końcu też nie mieli łatwo.
Z zawodu jestem nauczycielem, ale z powodów, w które nie chcę tu po raz kolejny wchodzić, rodzinę utrzymuję głównie z tego pisania. Pracowałem jednak w szkole i to raz nawet – prawdopodobnie z naruszeniem prawa – 35 godzin w tygodniu z wychowawstwem da dokładkę. Również moja żona jest nauczycielką, a zatem w tej całej branży orientuje się świetnie, jak to jest pracować w szkole i jak to jest pracować ciężko. I powiem od razu, że z mojego punktu widzenia jest to najlepsza z możliwych praca. Wbrew jednak temu co się wydaje wspomnianym na początku idiotom, wcale nie ze względu na to, że tam świetnie płacą za żadną pracę, i że człowiek ma dla siebie całe wakacje. Nawet nie dlatego, że to jest idealne miejsce, żeby zostać gwiazdą świecącą nad bandą zastraszonych dzieci. Nie jest też szkoła wspaniałym miejscem pracy, bo się ma za kolegów innych nauczycieli, kotrzy – jak wiemy – są wspaniałymi ludźmi. Jest to miejsce dla mnie wymarzone, bo nie wyobrażam sobie, gdzie jeszcze można czuć sens tego co się robi w równie jednoznaczny i bezpośredni sposób.
Jednak, przy tym wszystkim, świetnie wiem, że trudno znaleźć inne miejsce poza szkołą, która angażuje człowieka psychicznie w tak strasznie dewastujący sposób. Nie wiem, jak jest z tymi, którzy ten mój dzisiejszy tekst czytają, ale ja znam co najmniej kilku nauczycieli, którzy na stare lata zwyczajnie zwariowali. Znam takich nauczycieli, którzy – moim zdaniem przez to właśnie, że całe swoje życie byli nauczycielami – dziś są obłąkani do tego stopnia, że kiedy idą ulicą, to to ich szaleństwo po nich widać. Nie wiem, jak to jest z lekarzami, czy policjantami. Nie wiem, czy praca w biurze też tak okropnie potrafi człowieka zniszczyć. Natomiast to jedno wiem na pewno. Że odsetek nauczycieli przechodzących na emeryturę z poważnym psychicznym defektem jest na tyle duży, że warto by było się choć czasem nad tym zadumać. I w tej zadumie starać się nie kombinować w tę stronę, że oni zwariowali z braku zajęcia i z finansowego rozpaskudzenia.
Oczywiście, umiem patrzeć też poza swoje podwórko i wiem, że nie trzeba być nauczycielem, żeby świadomość tego, czym się jest i co się robi, do tego stopnia determinowała ludzkie życie, że człowiek przestaje być człowiekiem, a staje się już tylko lekarzem, sędzią, policjantem, czy księgowym. Wiem też, że z jakiegoś powodu wielu dziennikarzy czy lekarzy na przykład kończy jako zapici na śmierć menele, ale też wiem, że chyba w żadnym innym zawodzie, tak jak wśród nauczycieli, człowiek nie żyje pracą 24 godziny bez przerwy na okrągło. I nawet kiedy śpi, śni mu się klasa, kreda, gąbka, a kiedy się budzi, to często dlatego, że go budzi przenikliwy dźwięk dzwonka. I zapewniam wszystkich ewentualnych mądrali, że tak mają również ci, którzy pracują w szkole choćby na 2/3 etatu, byle tę fuchę mieli przez nieco dłuższy czas, niż rok czy dwa. Powiedzmy, trzy lata wystarczą. To jest czas jak najbardziej odpowiedni. I z jakiegoś powodu wiem na pewno, że to ostatnie zdanie kieruję przede wszystkim nie do tych, którzy w szkole zbijali bąki i chuliganili, ale do prymusów i laureatów olimpiad. Bo tamci wiedzą to i bez moich mądrości.
Tymczasem w sytuacji kiedy mamy przed sobą kogoś, komu na najważniejsze 10, czy czasem nawet więcej lat naszego życia powierzamy do niemal wyłącznej dyspozycji nasze dzieci, i chcielibyśmy, żeby ten ktoś miał zapewnione wszystko co mu jest potrzebne, żeby tych naszych dzieci nie zniszczyć, lecz pomóc nam wyprowadzić je na ludzi, pojawia się pomysł, by nauczyciela traktować jak piąte koło u wozu – parszywego głupca i lenia – który dopiero zrozumie, co do niego należy, jak się mu każe pracować nie 18 godzin na tydzień, ale 118. Z zaleceniem takim oto, że jak nie będzie dawał rady, to niech po prostu krócej śpi. A jak będzie miał jakieś wypracowania do sprawdzenia, niech sprawdza w czasie przerw i okienek. I z taką oto obietnicą, że jak się będzie dobrze i wytrwale starał, to mu samorząd ewentualnie podwyższy pensję. Po co to wszystko? Oczywiście pierwszy powód jest zawsze ten sam – chodzi o zawiść i głupotę. Natomiast w tym akurat wypadku, mamy jeszcze do czynienia z tak zwanym rządzeniem. To jest właśnie to coś co się nazywa Hall i Platforma Obywatelska. Ponieważ w kasie zabrakło gotówki, trzeba brać gdzie się da. Byle nie od urzędników. Bo jak tych się ruszy, to trzeba będzie iść za ciosem. Więc kuratoria, jakiejś WOM-y, jakieś wydziały edukacji zostaną. Poleci pierwsza linia.
Oczywiście, jestem pewien, że oni mają tam te swoje intencje i pewnie nawet coś za tymi intencjami stoi. Że oni na przykład sobie wyobrażają, że tu się pozamyka szkoły, tu się powyrzuca nauczycieli, tu pozostałym każe się pracować dwa razy dłużej i wtedy starczy pieniędzy na to, żeby już nie trzeba było kłamać na temat tych zarobków, tylko by one faktycznie wzrosły. Tyle że efekt będzie taki jak zawsze. To co się da zrobić, to się zrobi, natomiast zaoszczędzone pieniądze, jak zwykle, się przepieprzy lub ukradnie. A co zostanie, to się oczywiście da na podwyżki do kuratoriów. I wszystko będzie jak dotąd, tyle że gorzej.
Powtarzam raz jeszcze. Z mojego punktu widzenia, bycie nauczycielem, to równie fajna robota, jak bycie dziennikarzem, lekarzem, czy taksówkarzem. Nie mówiąc już nawet o tym, że o wiele fajniejsza, niż sprzątanie miejskich parków, czy kopanie rowów. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, by umrzeć przy tablicy z kredą w ręku. Natomiast zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć owych, moim zdaniem, nie dość że kompletnie obłąkanych, to w sposób oczywisty samobójczych planów, by doprowadzić polskie szkoły do całkowitej ruiny przez wcześniejsze, metodyczne i bezwzględne pozbawienie tych szkół porządnej i świadomej kadry nauczycielskiej. A nie mam najmniejszych wątpliwości, że przede wszystkim, to nieustanne gadanie o tym, że nauczyciele to banda głupich nierobów, zarabiających dwa razy więcej, niż się to dzieje w rzeczywistości, z dalszymi planami zmuszenia ich do jeszcze cięższej i jeszcze dłuższej pracy, doprowadzi wyłącznie do tego, że nauczycielami będą zostawać już tylko, ci którzy wcześniej już w szkole pracowali, później przeszli na emeryturę, a teraz są już tak pieprznięci, że jest im już i tak wszystko jedno. Więc jak się okaże, że gdzieś się pokazały nowe wolne etaty, to oni je będą brali nawet za te głupie 2 patyki.
Stoimy więc wobec końca jakiegoś El Dorado. Jak twierdzą eksperci, owego El Dorado nigdy tak naprawdę nie było. Jeden z owych specjalistów, dr Roman Warszewski twierdzi wręcz, że cale to El Dorado, to był wymysł plemion zamieszkujących amazońską dżunglę, które od zawsze lubiły w siebie wlewać coś co się nazywało ‘ayahuaska’ i stanowiło psychodeliczny wyciąg z jakichś ichniejszych roślin. Otóż podczas picia tej ‘ayahuaski’, pojawiają się podobno bardzo sugestywne wizje złotych miast, lśniących budowli oplecionych iskrzącymi się, złotymi girlandami, i Bóg wie czym jeszcze. No i działo się tak, że kiedy oni się tym czymś zaprawiali, wymyślili sobie to El Dorado. Czy tak było, czy nie – nie wiem. Warszewski twierdzi, ze tak. Że to wszystko stąd. A ja nie mam powodu, żeby mówić, że on kłamie.
Ta teoria wydaje mi się dziś tym bardziej przekonująca, gdy słyszę, jak nasi dziennikarze, politycy i cała ta ekipa doszli do przekonania, że nasze polskie El Dorado znajduje się w polskich szkołach, i że w celu wyrównania szans i sprawiedliwego rozdziału narodowego majątku, trzeba dopieprzyć nauczycielom? Oni musieli się zaćpać. Czym, jak i kiedy – tego nie wiem i mało mnie to interesuje. Może i tą ‘ayahuaską’. Może, jak Tusk trzy lata temu był w Peru, to im przywiózł, i przynajmniej dla jego kumpli starczyło do dziś. Ale myślę, że to się stało właśnie tak. Zaćpali się i zobaczyli te bryki, te wille, te palmy. Mam słodką nadzieję, że któregoś dnia od tego zdechną.

wtorek, 10 marca 2009

Meeeeee argumenty, czyli dla wszystkich lepiej!

Katarzyna Hall, minister, wczoraj w ciągu dnia, oświadczyła, że ona wierzy w mądrość Prezydenta i „w me argumenty”. Poszło o to, że pani minister wpadła na pomysł, żeby nasze szkoły i nasi nauczyciele zajęły się dziećmi jeszcze mniejszymi, niż te dotychczas najmniejsze i uznała, że ten jej pomysł jest świetny. Na podparcie tezy o tej wybitności, przygotowała kilka argumentów i z tymi argumentami udała się do Prezydenta. Następnie uznała, że sytuacja jest taka, że jeśli Prezydent będzie mądry to przyjmie mądrą propozycję MEN, a jeśli będzie głupi, to tę mądrą propozycję odrzuci.
Wprawdzie, jak już dziś wiemy, Prezydent argumentów Katarzyny Hal nie przyjął, ale ja i tak chciałbym się zatrzymać przy zagadnieniu tej wczorajszej wiary pani minister i – jak się już dziś okazuje – spalonej mądrości prezydenta Kaczyńskiego. Sprawa mnie nurtuje, ponieważ bardzo mi zależy, żeby nasz prezydent był mądry. I teraz, skoro test przygotowany przez Katarzynę Hall nie wypalił, to ja jestem zwyczajnie niepocieszony. A z drugiej strony problem jest. No bo tak: Gdyby Prezydent był mądry, to jemu żadne argumenty nie byłyby potrzebne. MEN przedstawia mądrą propozycję, mądry prezydent zapoznaje się z założeniami, rusza mądrą głową i mądrze wszystko podpisuje. A zatem, na co była ta wiara pani minister Hall? I po co ona – i tak już na pewno zmęczona codzienną pracą – ślęczała jeszcze nad tymi argumentami?
Odpowiedź mam jedną. Ona wiedziała, że Prezydent mądry nie jest, ale właśnie dlatego chciała go zachęcić do ekstra wysiłku i zapewniła, że on zawsze ma szanse na to, żeby go pani minister z rządu Donalda Tuska pogłaskała. I tu z kolei pojawia się kwestia mądrości pani minister. Dlaczego, skoro ona jest taka mądra, nie potrafiła wymyślić argumentów, które by Lecha Kaczyńskiego zmobilizowały do większego intelektualnego wysiłku? Czy – idąc tym tropem – przypadkiem nie okazało się, że wprawdzie prezydent Kaczyński jest uczniem głupim jak but, ale pani minister też jako nauczycielka się nie popisała?
Sam, będąc nauczycielem, zdaję sobie sprawę, że są tzw. uczniowie ‘niewyuczalni’. Biorę więc pod uwagę, że w swojej karierze nauczycielskiej, pani magister Hall trafiła na tego typu przypadek i poniosła pedagogiczną klęskę. Można oczywiście starać się panią minister tłumaczyć, że w przypadku ucznia ‘niewyuczalnego’ nawet wielcy nauczyciele potrafią okazać się bezradni. Tylko że pani Hall doznała porażki na jeszcze jednym polu. Ona źle oceniła sytuację. Skonfrontowana z uczniem, według wszelkich oznak, ‘niewyuczalnym’, ta dzielna kobieta miała wiarę, że uczeń ów, nie dość, że przyjmie jej naukę, to że w ogóle będzie chciał jej słuchać, a co więcej – okaże się „mądry”. Czy zatem nie musimy dojść do wniosku, że pani minister Hall okazała się tu bardzo niemądra, czy może tylko naiwna?
A może trzeba wziąć pod uwagę taką ewentualność, że podstawowym błędem, jaki pani minister uczyniła, to ten, że ona zaszantażowała kogoś o kim wiedziała, że jest głupi, mówiąc mu, że ona wierzy, że on głupi nie jest. Może pan prezydent, słysząc te słowa, pomyślał; „Niech się odpieprzy. Sama jest durna” i ustawy nie przyjął? Może trzeba było spróbować inaczej i zaczepić Prezydenta następującymi słowami; „Szkoda, że ten prezydent jest taki głupi. Gdyby był mądry, to by na pewno tę naszą ustawę przyjął”. I wówczas, prezydent Kaczyński, który jak wiemy jest głupi, uniósłby się honorem i powiedział: „Ja głupi? Zdaje ci się, głupia babo. Ja jestem bardzo mądry” i hop! – tylko po to, żeby Hallowej zrobić na złość – ustawę by podpisał i wszystkie polskie sześciolatki mogłyby pani minister odśpiewać piosenkę „Pust wsiegda budiet sołnce”, czy jakoś tak.
Trudno. Stało się inaczej i teraz już tylko cała nadzieja w tym, że panowie Olejniczak i Napieralski napiją się wspólnie z buteleczki, uradzą wspólne stanowisko i, razem z PSL-em., odrzucą weto pana prezydenta. Szkoda tylko zmarnowanego czasu i niepotrzebnych nerwów. Gdyby minister Hall wykazała się większą skutecznością jako pedagog, wszyscy już mielibyśmy spokój, a pan premier Tusk ze swoimi kolegami mógłby spokojnie znaleźć jakiś bezpieczny czas na piłeczkę.
No własnie – piłeczka. Wczorajszy dzień upłynął w dużej części na łagodzeniu ewentualnej siły rażenia, jaką mógłby wywołać wieczorny program Morozowskiego i Sekielskiego w sprawie nieposkromionych słabości Donalda Tuska. Cały więc dzień, z drobnymi przerwami na przypominanie ogłupiałym widzom, że zmarły Zbigniew Religa nie został usunięty ze swojego stanowiska przez wściekliznę antykaczystowskiej koalicji, lecz przez chorobę, na którą mu się zechciało zachorować, poświęcony był na roztrząsanie tej piłeczki i tłumaczenie Donalda Tuska, że w końcu nic takiego się nie stało. W efekcie, kiedy pod wieczór Sekielski z Morozowskim wyszli przed kamery i pokazali Premiera jak biega za Schetyną, który z kolei biega za piłką, nikogo ta sprawa już nie obeszła, zwłaszcza że każdy już i tak tylko czekał na pojawienie się Palikota i sprawy jego rzekomego pedalstwa. Oczywiście żadnego pedalstwa nie było, pozostał tylko Palikot. Tryumfujący i dowodzący czyściutko, że jeszcze parę miesięcy i Donald Tusk już naprawdę będzie mógł się zająć tylko tą swoją piłką. A kandydatem PO na prezydenta, rozrywanym przez tłumy i wynoszonym pod niebiosa przez zachwycone media, będzie już tylko sam Janusz Palikot.
Dlaczego tak myślę? Trochę przez to, że faktycznie Palikot udowodnił po raz kolejny, że obecnie jest absolutnie najwybitniejszym politykiem Platformy Obywatelskiej, ale też z jeszcze jednego, prostego powodu. Wczoraj, kiedy w wieczornym programie TVN24, zapytano posła Nitrasa o Tuska i piłkę, ten – jak małe dziecko – odpowiedział, że lepiej przecież, żeby Premier grał w piłkę, niż chuliganił i chlał z kolegami gdzieś po knajpach. Ja oczywiście wiem, że poseł Nitras nie jest osobą szczególnie błyskotliwą i jego słowa mają zwykle znaczenie jeszcze mniejsze niż słowa posła Gowina choćby. Jednak wydaje mi się, że skoro Nitras powiedział coś tak głupiego, to jemu się to nie wzięło samo z siebie. Tam musi być taka już atmosfera, że oni wszyscy patrzą na Tuska i myślą – Zostawmy człowieka w spokoju. Niech już lepiej gra w tę piłkę, zamiast się szlajać gdzieś po nocach. Jeszcze sobie coś zrobi.
Też wczoraj jeszcze, zajrzałem na blog Krzysztofa Leskiego i przeczytałem, że jemu propozycja MEN się też nie podoba. Najpierw zacząłem się zastanawiać, czy on jest głupi tak jak Prezydent, czy może tylko nie poznał jeszcze mocnych argumentów pani minister, czy może sprawy się mają jakoś inaczej, ale w końcu machnąłem ręką i pomyślałem, że przestanę się zajmować sprawami nie do rozwiązania i poruszę temat bardziej realny. Napisałem więc komentarz, w którym się pochwaliłem, że moja żona, która jest nauczycielem dyplomowanym i zarabia niecałe 1900 zł, właśnie dostała sześćdziesięciozłotową podwyżkę i tym samym będzie zarabiała miesięcznie ponad 1900 zł.
Niestety, ta informacja nie zrobiła na red. Leskim żadnego wrażenia, bo – jak zaznaczył – on zarabia od Toyahowej „nieskończenie mniej”. Ponieważ doskonale zrozumiałem, o czym on pisze, zaproponowałem takie wyjaśnienie sytuacji: Kiedy Platforma Obywatelska przejmowała władzę, wciąż jeszcze brzmiała w powietrzu następująca obietnica: „Będzie się żyło lepiej. Wszystkim.” I się sprawdziło. Rzeczywiście, żyje się lepiej wszystkim. W tym sensie mianowicie, że wszyscy żyją lepiej od innych. Toyahowa żyje lepiej od Leskiego, ja żyję lepiej od Toyahowej, a z kolei Leski na pewno żyje lepiej od młodego Toyaha, który ma w tym roku maturę, musi się uczyć, a ponieważ uczyć mu się nie chce – to strasznie cierpi. A i młody Toyah tez żyje lepiej od Leskiego, bo Toyahowa da mu czasem dam parę złotych, to sobie coś kupi. Zdaję sobie naturalnie sprawę, że pan Krzysztof Leski może się ze mną nie zgodzić, bo sam pamiętam czasy, kiedy cały mój majątek, to były dwa stare bilety tramwajowe. Ale, jak wiemy, wszystko i tak jest kwestią optyki.
Na pocieszenie, mogę redaktorowi Leskiemu obiecać, że skoro już pierwsza część projektu Partii Miłości pod nazwą „Lepiej. Dla wszystkich” została zrealizowana, to po nieuniknionej wymianie Donalda Tuska na Janusza Palikota, Platforma Obywatelska będzie mogła przyspieszyć i ogłosić nowy program, pod nazwą „Lepiej dla tych którym i tak już jest lepiej”. A przy okazji może red. Leski – niezmiennie dziennikarz dla mnie kultowy – znajdzie jakąś fajną, dobrze płatną pracę, czego mu z całego serca życzę.

sobota, 14 lutego 2009

Walentynki 2009, czyli zapraszamy do Tanzanii

Kiedy pisałem swoje wczorajsze refleksje na temat gwałtownego przyspieszenia, jakiemu w ostatnich tygodniach został poddany rząd, nie wiedziałem, że sytuacja jest jeszcze poważniejsza. Z opóźnieniem, zajrzałem dziś do wczorajszego Dziennika, a tam czytam rozmowę ze Sławomirem Nowakiem na temat spotkania Premiera z Jarosławem Kaczyńskim. http://www.dziennik.pl/polityka/article318444/Kaczynski_Tusk_Kto_byl_bardziej_spiety_.html. Minister Nowak jest postacią znaną nam wszystkim wystarczająco dobrze, by potrafił nas jeszcze byle czym zaskoczyć. Szczególnie, kiedy jego wypowiedzi zwykle docierają do nas w pełnej wersji, w postaci dźwięku i obrazu, można przypuszczać, że tej pełni szaleństwa nie ma sposobu przeskoczyć. I wczoraj Sławomir Nowak przeskoczył sam siebie. Bezgłośny, niewidzialny – po prostu nas zabił.
Opisując spotkanie Donalda Tuska z prezesem PiS-u, Nowak mówi co następuje: „…pan premier był bardzo spokojny i powściągliwy. Ponieważ to szef PiS na początku rozmowy był lekko spięty, pan premier starał się tę atmosferę rozluźnić. Czasami musiał bardzo wolno i obrazowo tłumaczyć rzeczy, których pan prezes Kaczyński nie rozumiał, a które leżą u podstawy postępowania rządu. Robił to z pełną cierpliwością, wykazując się przy tym nawet empatią.”
Więc ja sobie wyobrażam tę sytuację tak. Do eleganckiej sali w Urzędzie Rady Ministrów wchodzi Jarosław Kaczyński i widząc te piękne meble, dywany, obrazy na ścianach, fotele, a w fotelach ministrów i samego Premiera, dostaje paraliżu. W tym momencie, Premier, który jest osobą miłą i współczującą, stara się prezesa Kaczynskiego uspokoić, więc opowiada mu parę prostych, niemieckich dowcipów, dzięki czemu przynajmniej da się rozmawiać. Oczywiście sama rozmowa też nie może być utrzymana w zwykłym standardzie, do którego członkowie Ekipy są przyzwyczajeni, bo Jarosław Kaczyński jest zbyt głupi, a ta tępota w połączeniu ze stresem, wymaga działań specjalnych. Zatem Premier mówi „baaaahdzo wooooolno”. A ponieważ to nie wystarcza, wszystko co mówi, pokazuje Prezesowi na obrazkach i przyniesionych rekwizytach. Mówi więc Donald Tusk: „Paaaanie Phezeesssie! Syytuaaaacja khaaaaju jest thuuuudna…” I z jednej kieszeni wyciąga pięć złotych, z drugiej jedno euro, a z kieszonki na piersi laser i puszcza na ścianę ‘zajączka’, żeby wybić Prezesa ze stuporu. I tak mija powoli to spotkanie człowieka „wykazującego się nawet empatią” z przedstawicielem durnej opozycji.
I proszę sobie nie myśleć, że Sławomir Nowak narzeka. Ależ w życiu! „Spotkania szefa rządu z liderami opozycji na temat spraw ważnych dla państwa są czymś normalnym. Ja rozumiem, że ten obyczaj jest obcy PiS, ale naszą misją jest także cywilizowanie Prawa i Sprawiedliwości i uspokajanie nastrojów.” Skoro misja, to nie ma co marudzić. Na dodatek to nie jest zwykła misja. To misja na poziomie cywilizacyjnym. Niemal jak nawracanie niewiernych dzikusów w okresie przedkolonialnym.
Ja tu sobie żartuję, a pytanie zostało postawione i trzeba na nie odpowiedzieć. Co się mianowicie dzieje na poziomie Kancelarii Premiera, URM-u i okolic? Wczoraj jeszcze myślałem, że jest źle i że Premierowi pozostało już tylko z łezką w oku patrzeć na tę mapkę z wyraźnie narysowanym miastem na północy Polski o pięknej nazwie Gdańsk/Sopot. Tymczasem, wygląda na to, ze jest jeszcze gorzej. Wszyscy wiemy, że Jarosław Kaczyński, nawet jeśli bydło, to bydło bez serca i uczuć. Przecież na Kaczyńskiego wystarczy tylko popatrzeć, żeby wiedzieć, że on się nie boi. Jeśli idzie o rys ideologiczny natomiast, nawet jeśli rację ma Stefan Niesiołowski, że Kaczyński to nieodrodne dziecię Gomułki, to – bez przesady – jemu nie trzeba rysować tego co się do niego mówi.
A więc czemu Sławomir Nowak, człowiek w końcu jakoś tam inteligentny i chyba przynajmniej w podstawowym stopniu samodzielny, robi z siebie idiotę? Przecież on – skoro już mu tak bardzo zależało, żeby zapewnić Naród, ze Donald Tusk wciąż się twardo trzyma na powierzchni – mógł powiedzieć, że Premier przedstawił, że Premier wyjaśnił, że Premier zapewnił i że on ma nadzieję, że Kaczyński, jako człowiek odpowiedzialny i rozumny, weźmie sobie mądre uwagi Premiera do serca. Dla dobra Ojczyzny i Społeczeństwa. I wszystko byłoby git. A tak, pozostało tylko przekonanie, że oni już z tej rozpaczy tracą rozum. I zaczynają się zachowywać, jak – nie przymierzając – Jan Maria Rokita w samolocie Lufthansy. Więc co będzie dalej? Jak się potoczy ten lot w dół? Jak długo jeszcze będziemy czekać aż zobaczymy ten ostateczny błysk? I jakie będziemy mogli przy tej okazji oglądać fajerwerki? Sam chciałbym wiedzieć. Ale już się nie mogę doczekać. Na razie mamy tylko zwiastuny. O Nowaku napisałem niemal cały tekst. Wczoraj w telewizji wystąpił marszałek Niesiołowski i, wrzeszcząc bez ładu i składu na Bogu ducha winną dziennikarkę TVN24, oświadczył, że „z Czumy bije blask prawdy”. Była to deklaracja tak osobliwa, że przez następne kilkanaście minut ten tekst wyświetlany był na pasku w dole ekranu. Dziś czytam, że Palikot coś bełkocze o tym, że „matka bliźniaków ma zostać królową Polski”. A więc to tak się ratuje ten wielki projekt cywilizacyjno-kulturowo-polityczny? Ale co będzie dalej?
No i pytanie może ważniejsze – dlaczego ci ludzie tak fatalnie upadli? Wydawało się kiedyś, że oni przynajmniej widzą, słyszą i zapamiętują. I teraz, ni stąd ni z owąd, wychodzi na to, ze nic po oczach i po uszach i po rozumie, jeśli to wszystko zostanie zasypane przez podły charakter. Dziś, po raz pierwszy zwróciłem uwagę na nowy program w TVN-ie pod nazwą Śniadanie Mistrzów, gdzie o sprawach bieżących dyskutuje trzech aktorów, jedna pisarka i jeden pracownik branży pornograficznej. Akurat trafiłem na fragment, gdzie omawiano szaleństwo Jana Rokity. W pewnym momencie Wojciech Pszoniak – aktor, powiedział, że jest pewien rodzaj ludzi, którzy gdziekolwiek się znajdą, muszą zwrócić wszystkim uwagę na swoją wyjątkową pozycję, a robią to w ten sposób, że się po prostu o byle co awanturują. Że to jest pewien rodzaj charakteru i na nich nie ma rady. Oni po prostu tacy są i tacy pozostaną. I ma rację Wojciech Pszoniak. Ja osobiście znam paru, a spotkałem wielu, tego typu ludzi. Ale ja też wiem – i wiem to ze stuprocentową pewnością – że każda z tych gwiazd, które siedziały w studio, szydziły z Rokity i z poważną miną przytakiwały Pszoniakowi, na codzień zachowują się dokładnie w ten opisany przez Pszoniaka sposób. Włącznie z nim samym. Bo na charakter nie ma rady. Jedyny sposób, żeby jakoś wyjść z tego z twarzą jest się zamknąć.
Ale oni się nigdy nie zamkną. Bo to jest też częścią tego ich charakteru. Mieliśmy już z tym do czynienia kilka lat temu, w postaci projektu o nazwie Unia Demokratyczna, wcześniej ROAD, a później Unia Wolności. Gdybyśmy nie żyli w systemie, jakby nie spojrzeć, jednak demokratycznym, pewnie do dziś byśmy musieli oglądać te zakłamane twarze i wysłuchiwać tych pokręconych języków. A tak, oni w sposób zupełnie naturalny, sami w końcu odeszli. I ja wiem, że Nowak i Niesiołowski i Tusk i młody Meller, też w końcu odejdą. Najpierw do jakichś stworzonych przez siebie biznesów, a później, jeśli tylko zauważymy, ze coś kombinują, to pogonimy ich też stamtąd. Bo na tym też właśnie polega demokracja. Na wspólnej odpowiedzialności za wspólne dobro.
A jak nie będą mieli co z sobą począć, to wyślemy ich do Tanzanii. Właśnie przeczytałem w Rzepie, że w Tanzanii właśnie „19 nauczycieli zostało wychłostanych przez policję, po tym jak uczniowie trzech szkół osiągnęli wyjątkowo słabe wyniki w nauce.” Rzepa pisze, że miejscowy związek nauczycieli jest oburzony, bo „ukarani zostali pedagodzy, podczas gdy zawiódł system edukacyjny”. Ja proponuję, żeby naprawą systemu zajęła się pani minister Katarzyna Hall, a poszczególni liderzy Platformy będą podejmować skuteczne działania na rzecz albo uczniów, albo nauczycieli, albo ewentualnie policji. Zależnie od otrzymanych zadań.
I proszę potraktowac tę moją propozycję, jako słowa miłości dla partii miłości w dniu imienin Walentyny Tiereszkowej.

poniedziałek, 8 września 2008

O tym, jak MEN postanowiło poszczuć nauczycieli

Niniejszy tekst może komuś się wydać objawem wyjątkowej prywaty, oraz egoizmu środowiskowego, i pewnie coś w tych ewentualnych podejrzeniach jest.
Jestem z zawodu nauczycielem i chociaż od pewnego czasu w szkole nie pracuję, nauczycielką na MEN-owskim etacie jest moja żona, mam kolegów-nauczycieli, a i bez tego, jak sądzę, problemy nauczycieli i tak byłyby mi bardzo bliskie.
O co dziś chodzi? W dzisiejszej Rzeczpospolitej, znalazłem informację, że urzędnicy z Ministerstwa Edukacji postanowili, że nauczyciele będą prowadzili dwa dzienniki. Jeden to będzie ten, co dotychczas, czyli obecności, frekwencja, najróżniejszego rodzaju statystyki, oceny, uwagi, wycieczki, spotkania z rodzicami, uroczystości szkolne, a drugi, to będzie dziennik, w którym każdy nauczyciel będzie dokumentował swoją aktywność w domu, w drodze do szkoły i w drodze ze szkoły do domu. Ten drugi, to będzie dziennik, w którym nauczyciel będzie mógł napisać ”od 18.35 do 23.16 sprawdzałem zadania domowe dla 32 uczniów”. I wówczas MEN zapłaci mu więcej, niż temu nauczycielowi, który w tym samym czasie, zamiast pracować, zbijał bąki, czyli na przykłada oglądał telewizję TVN24. I o tym, właśnie chciałem dziś pisać, tyle że nie o dziennikach, lecz o tych pieniądzach.
Artykuł w Rzeczpospolitej jest zatytułowany „Nauczycielu, rozlicz się” i sens tego tytułu jest właśnie taki, że dość już tego pasożytowania na zdrowej siatce płac, hojnie nauczycielom ufundowanej przez urzędników z ministerstwa. Ze nadszedł czas pracy. Artykuł w Rzeczpospolitej, ponieważ dotyczy dobrej pracy za dobrą płacę i sprawiedliwej nagrody dla sprawiedliwych nauczycieli, ilustrowany jest odpowiednią tabelką. Żeby nie było wątpliwości, tabelka nie została narysowana w redakcji Rzeczpospolitej, ale przez redakcję Rzeczpospolitej zdobyta w samym Ministerstwie Edukacji Narodowej i – jak się domyślam – wiernie przedrukowana. Co nam mówi ta szczególna tabelka? Otóż ona informuje zaciekawionych obywateli, ileż to pieniędzy zarabiał jeszcze rok temu, ile zarabia w tym roku, a ile to będzie zarabiał w roku przyszłym nauczyciel na państwowym etacie.
Okazuje się mianowicie, że nauczyciel dyplomowany, czyli według strategii naszych władz oświatowych, nauczyciel najbardziej długoletni i najbardziej doświadczony, w zeszłym roku zarabiał 3479 zł, w tym roku zarabia już 3827 zł, natomiast w roku przyszłym, czyli wtedy, gdy rząd Donalda Tuska wreszcie ostatecznie zrealizuje wszystkie swoje obietnice wyborcze, będzie zarabiał 4075 zł. brutto. I to właściwie by się zgadzało. Prawie. Pani minister Katarzyna Hall już w zeszłym roku, w wywiadzie w Dzienniku, informowała, że dobry nauczyciel zarabia 3500 zł na rękę. Z tabelki wynika, że wprawdzie nie na rękę, ale brutto, no ale powiedzmy, że gdzieś do przepracowanego umysłu pani minister wkradł się chochlik, który jej poprzestawiał cyferki. Fakt pozostaje faktem – w zeszłym roku było to 3500. Ja, jak już wspomniałem, w szkole już nie pracuję. Natomiast mam żonę, która jest nauczycielem dyplomowanym i pracuje na pełnym etacie w państwowym liceum ogólnokształcącym. Przez cały bieżący rok, otrzymuje pensję tak między 1700, a 1800 zł. Za ten miesiąc, Katarzyna Hall zapłaciła mojej żonie dokładnie 1790,38 zł.
Siedzimy więc sobie dziś nad tabelką w Rzeczpospolitej, kontemplujemy wielki tytuł: „Nauczycielu, rozlicz się” i zastanawiamy się, co kombinuje Katarzyna Hall i jej urzędnicy, kiedy wmawiają społeczeństwu, że nauczyciel dyplomowany w Polsce zarabia 3827 zł. brutto. Jest kilka opcji.
Pierwsza, to ta, że 3827 zł. brutto, to 1790,38 netto, tylko, że my o tym nie wiemy.
Druga jest taka, że 3827 zarabia w tym roku każdy dobry nauczyciel, a źli - tacy jak moja żona - nauczyciele, dostają najwyżej 1800.
No i jest jeszcze trzecia możliwość, taka mianowicie, że pani minister Katarzyna Hall najbezczelniej na świecie kłamie.
Dwie pierwsze możliwości odrzucam. Nawet jeśli różnica między sumą brutto, a sumą netto, zawiera jakieś niezwykłe, dotychczas mi nieznane zagadki, to nie może być tak, że ta różnica wynosi ponad 100%. Oczywiście, rządy Platformy Obywatelskiej niekiedy osiągają poziom absurdu zupełnie dotychczas nieznany, i może się okazać, że w tych nowych rejonach brutto oznacza na przykład sumę obiecaną, a netto – to suma chwilowo faktyczna. Powiedzmy jednak, że tak jest tylko w złośliwych żartach.
Druga opcja też nie wchodzi w grę, bo póki co, jak się zdaje, ministerstwo nie ustaliło obiektywnych kryteriów finansowej oceny nauczyciela, a drugi dziennik z wielkim tytułem na okładce: „Nauczycielu, rozlicz się”, też należy do sfery planów. Więc trudno się spodziewać, że gmina uznała, że pani Toyahowa nie zasługuje na więcej i nadwyżkę przeznaczyła dla jakiegoś innego nauczyciela, bardziej wybitnego. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że pani minister myśli, że jej tabelka nie kłamie, bo ktoś zaufany jej tak powiedział, a ona, jako osoba szczera i pełna ufności, w to uwierzyła i tak ją dalej ta wiara trzyma. Wielkodusznie jednak myślę, że minister Hall aż tak głupia nie jest. Wielkodusznie zakładam, że ona łże, jak pies. Nie wiem tylko, jak ona sobie to swoje łgarstwo wykalkulowała. Czyżby uznała, że nauczyciele są na tyle zajęci sobą i swoimi problemami, że ani nie czytają gazet, ani nie oglądają telewizji, ani w ogóle za bardzo nie myślą, więc pewnie nawet nie wiedzą, że w powszechnej opinii zarabiają dużo więcej, niż w rzeczywistości? Czyżby sobie pani Kasia obliczyła, że doraźne korzyści dla rządu, który reprezentuje, będą wystarczająco duże, że nawet jeśli jacyś nauczyciele natkną się na informacje o tych niezwykłych zarobkach, to na ogół będą siedzieć cicho, bo są już tak ogłupiali, że się im nic nie chce, a jak ktoś postanowi popyskować, to trochę popyskuje, a i tak nic z tego nie wyniknie? Poza tym, do następnych wyborów trochę czasu pozostało, no a jeszcze poza tym, który nauczyciel będzie głosował na PiS? A może minister Katarzyna Hall dobrze wie, że Sławomir Broniarz to swój człowiek, który może i ma tam jakieś swoje interesy, ale na pewno nie są to interesy nakładające się w jakikolwiek sposób na zakres zainteresowań rządu. Nie wiem, powiem szczerze. Sprawa jednak jest poważna.
Od dawna już, jeszcze pewnie od czasów starej komuny, od okazji do okazji, władza potrzebowała pokazywać społeczeństwu, że ci nauczyciele to pasożyty, które zamiast się wziąć do roboty, tylko marudzą. Co chwilę mają wakacje, pracują 18 godzin w tygodniu, jak już pracują, to też nic nie robią. Tylko stękają, stękają i stękają. Nie chce mi się, powiem szczerze, wnikać w dokładną strategię tego propagandowego przedsięwzięcia. Obchodzi mnie dziś tylko to, że minister Katarzyna Hall, kontynuując tę tradycję, wspólnie z usłużnymi mediami, rozgrywa jakąś paskudną grę. Grę nawet nie swoją. Ale grę szczególną. Grę przeciwko nauczycielom. Zdaje się, że to ją czyni w pewnym sensie pionierem. No i wygląda na to, że chyba jej nie najgorzej idzie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...