Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donald tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą donald tusk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Czy premier Magyar wie jak upiec w mikrofalówce psa?

 

Wczorajsze zwycięstwo Brukseli na Węgrzech, choć w żaden sposób nie zaskakujące, stanowi oczywiście wiadomość ponurą i pewnie ja sam uległbym temu niemiłemu nastrojowi, gdyby nie parę refleksji, które stawiają moim zdaniem to co się stało w szczególnym świetle i dają nadzieję na to, że prędzej czy później, nawet jeśli premier Orban się nie ogarnie, to ogarną się Węgrzy i po raz kolejny głupców z siebie zrobić nie dadzą.

Przede wszystkim, gdy chodzi o same wybory i przegraną Orbana, chciałbym zauważyć, że to że przez te w sumie już dwadzieścia lat jak on stoi na czele Fideszu, nie potrafił, lub nie chciał znaleźć choćby jednego polityka, który poza nim mógłby reprezentować partię jako premier, świadczy o nim jak najgorzej. Dziś dużo się mówi o tym, że głosując na Magyara, Węgrzy nie odebrali nauki, jaką przez ostatnie prawie trzy lata tak dobitnie przekazywała im Polska, natomiast dla mnie ciekawsze jest co innego. Dla zdecydowanej większości osób, czy to w Polsce czy na Węgrzech, to co się dzieje w Europie, a często nawet we własnym kraju, jest kompletnie nieinteresujące, a przez to zwyczajnie obce. Trudno więc się po większości wyborców spodziewać jakichkolwiek politycznych refleksji. Natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego Orbanowi nie przyszło do głowy, by wziąć przykład ze swojego jak by nie było dobrego znajomego, Jarosława Kaczyńskiego i w pewnym momencie zająć się kierowaniem partią, a do rządzenia przygotować inne, nowe twarze. Czy on naprawdę wierzył, że po tych szesnastu latach ludzie mogą nie mieć już go zwyczajnie dość? On naprawdę nie zauważył, że jeśli się chce przez dwadzieścia lat utrzymywać osobistą władzę w kraju otoczonym przez bezwzględnych wrogów i poddanym równie bezwzględnej propagandzie, to trzeba tę władzę sobie zagwarantować przy pomocy co najmniej tak samo bezwzględnych środków, czyli stworzyć autentyczną dyktaturę. A jeśli tak się nie da, to jedyne co pozostaje, to stworzyć sobie silne kadrowe zaplecze. Tak jak to zrobił Kaczyński właśnie. Aż boję się myśleć, że Orban w pewnym momencie zwariował i uznał, że będzie żył wiecznie.

No ale kto wie? Może i tak było. Może jemu się przytrafiło to samo co Donaldowi Tuskowi, który jak mu przyszło któregoś dnia wyjechać z Polski do Brukseli, jedyne kogo znalazł na swoje miejsce to tę nieszczęsną kobietę z ruskiego prosektorium? No ale stało się jak się stało i mamy co mamy, więc dobrze jest się zastanowić co dalej. Jak się wczytać w komentarze w internecie, to można odnieść wrażenie, że nastał czas wiecznej szczęśliwości i Donald Tusk z Magyarem utworzą wkrótce tandem, który zrobi nie tylko ostateczny porządek w Polsce i na Węgrzech, ale wręcz swoimi wpływami sięgnie do Waszyngtonu. I ja się nie dziwię, że owa euforia ogarnęła niedzielnych komentatorów: jak już wspomniałem wcześniej większość ludzi, na całym świecie zresztą, jest zwyczajnie głupia. Ale tego, że w reakcji na porażkę Orbana bezmyślne szaleństwo ogarnęło tzw. profesjonalistów, nie rozumiem. Co oni sobie wyobrażają? Że Magyar postawi się Putinowi i przestanie sprowadzać od niego ropę, że zgodzi się na brukselskie sankcje wobec Rosji, że podpisze z Zeleńskim traktat o wiecznej przyjaźni? Naprawdę? No ale kto wie? Może rzeczywiście ci mądrale reprezentują gmin w znacznie większym stopniu niż nam się wydaje.

Ale jest jeszcze coś, co w pewnym sensie stanowi pierwszą przyczynę, dla której ten tekst dziś powstaje. Otóż może niektórzy z nas zauważyli, że w Sieci pojawiło się całe mnóstwo komentarzy, gdzie zarzuca się Magyarowi, alkoholizm, ćpanie i zwykłe kurewstwo, a wszystko to podparte rzekomą książką jaką napisała jego była żona Judit Varga i opisała wszystkie jego bezeceństwa, włącznie z tym, jak to on podobno ugotował pieska w mikrofalówce. Wszystkie te doniesienia są systematycznie kwestionowane przy pomocy argumentu ostatecznego, że Varga nigdy nie napisała żadnej książki, a tym bardziej o relacjach ze swoim mężem, z przywołaniem oświadczenia samej kobiety, że historia z książką to fejk, który ukazał się na oficjalnej stronie jakiegoś węgierskiego portalu, a który najwyraźniej powstał tylko po to, by podać tę bzdurę. Tyle że bzdurę o książce, nie o ćpunie, pijaku i kurwiarzu. A tego akurat, z tego co nam wiadomo, ona nigdy nie zdementowała. Bo gdyby to zrobiła, to musiałaby zarzucić też kłamstwo znanemu nam skądinąd prof. Grzegorzowi Górskiemu, który w tych dniach na Facebooku dokładnie opisał swoje dwa osobiste spotkania z ową kobietą, w czasie których ona mu wszystko opowiedziała.

A ja zdążam już do końca i chcę tylko zwrócić uwagę na to, że ze swojego wystarczająco głębokiego doświadczenia mogę podejrzewać, że wspomnianej strony z fejkiem o książce nie założyła kampania Orbana, ale Magyara właśnie, żeby skierować atak w bok, i to skierować jak widzimy bardzo skutecznie. No i konsekwentnie, skoro tak, to wiele wskazuje, i tu nie tylko świadectwo Górskiego, że przynajmniej część informacji, jakie na temat Magyara funkcjonują w publicznej przestrzeni, to prawda. Może on faktycznie w stanie ciężkiego zaćpania pieska nie ugotował, ale to że jest pijakiem, ćpunem i kurwiarzem jest bardziej niż prawdopodobne. A skoro tak, to jest też bardzo duża szansa na to, że on, podobnie zresztą jak Tusk, kolejnych wyborów nie doczeka i nie znajdzie się nikt kto mógłby go zastąpić. Bo jeśli to on jest ten najlepszy, to dalej jest przepasć. Co daj nam Bóg.





niedziela, 16 lutego 2025

"Módl się za nami grzesznymi"

 

     Jak być może część z nas już wie, wczoraj przy sobocie, Donald Tusk zamieścił na swoim facebookowym profilu zdjęcie, na którym obiera kartofle, podpisując je filuternym komentarzem: „Jak widać, nie zawsze i nie wszędzie mogę zgrywać ważniaka”. Nie byłoby to może bardziej ciekawe i zawstydzające, gdyby nie fakt, że do wykonania owej prezentacji pan premier przeniósł się z kuchni do salonu, na eleganckim dywanie ustawił kubeł na śmieci, garnek i worek ze wspomnianymi kartoflami, a sam usiadł sobie na fotelu, do jednej ręki wziął częściowo obrany kartofel, do drugiej nożyk i cyknął sobie odpowiednią fotkę. Co może już nie najważniejsze, ale, owszem, interesujące, uważni internetowi komentarzyści zwrócili jeszcze uwagę na fakt, że na grzbiet Donald Tusk zarzucił firmowe hoodie za 1300 zł.

    Jak się możemy domyślać, Tusk z kartoflem wśród bardziej przytomnej części wywołał szyderczy śmiech, co oczywiste, również jednak, co wcale już nie wygląda na tak oczywiste i przed wszystkim sensowne, głębokie przekonanie, że oto ten rudy dureń wbił sobie właśnie kolejny gwóźdż do swojej niemieckiej trumny. Czemu zatem piszę, że kwestia owego gwoździa nie jest wcale aż tak oczywista. Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, wystarczy, moim zdaniem, wyobrazić sobie, w jakich dekoracjach doszło do powstania tej kartoflanej prowokacji. Otóż ja osobiście myśę sobie, że zaczęło się to wszystko tak, że otaczający Donalda Tuska specjaliści od naganiania mu kolejnych fanów przyszli do niego i odbyła się następująca rozmowa:

- Panie Premierze, dobrze by było, gdyby wrzucił pan na swój profil zdjęcie jak obiera kartofle.

- Co za bzdura! Przecież ja nawet nie wiem, jak to się robi.

- Nie szkodzi. Damy panu do ręki częściowo obrany kartofel i nóż i sprawa załatwiona.

- No dobra, ale ja nie lubię chodzić do kuchni, bo tam jest syf i śmierdzi.

- Tym lepiej. Zapozuje pan na fotelu w salonie, pisowcy dostaną napędu i rozpropagują to zdjęcie.

- No ale co powiedzą nasi? Przecież to trochę cringe.

- Spokojna głowa. Przecież wszyscy wiemy, że to jest banda durniów. Oni uznają, że jest pan równy gość, który nawet potrafi obrać ziemniaka tak jak i oni. Więc i jest taki jak oni. Zwykły człowiek.

- No nie, bez przesady.

- Luzik, premierze. Zobaczy pan. Lecimy z tym.

      Czy tak było, tego oczywiście nie wiemy, to co natomiast wiemy, to reakcja osób obserwujących konto Donalda Tuska na Facebooku. Nie wiem, co to za ludzie, domyśam się, że część z nich to działacze Platformy Obywatelskiej, jakaś część to starsze stuknięte panie, jeszcze jakaś grupa to wdzięczni funkcjonariusze komunistycznych służb, ale ponieważ jedną z tych osób znam osobiście i uważam ją za zwykłą, porządną, inteligentną panią, obawiam się, że takich jak ona jest znacznie więcej. Proszę popatrzeć:

„Normalny Premier = normalna Polska!”

„Za tę autentyczność Pana szanujemy!”

„Super, jakie to odprężające, że są normalni politycy na świecie. Uwielbiam pana pracowitość i poczucie humoru”

„Wreszcie normalny człowiek.”

„Przede wszystkim prawidłowa segregacja odpadów Bio. Brawo Panie Premierze”

„Faceci z jajami, sprawdzają się w każdej sytuacji”

„Właśnie to jest wymiar ‘wielkości’ i ‘ważności’. Nie tylko mąż, ale i Mąż Stanu”

„Podoba mi się taki Premier”

„I ja też teraz obierałam ziemniaki! Tośmy się zgrali w czasie”

„Życie rodzinne. Dobra odskocznia od polityki”

„Ot normalny, zwyczajny mąż, ojciec, dziadek sweet”

„Mąż, dziadek, Premier doskonały w każdej z tych ról. Brawo Panie Premierze”

„Nie tylko wysokiej klasy polityk ale przede wszystkim zwyczajny gość”

„Normalny Premier, wreszcie normalny Kraj”

„Brawo Panie Premierze. Bardzo dobra robota. Prawdziwy Mąż Stanu. Wszystko potrafi”

„Super prawdziwy facet”

„Normalny facet, zna życie”

„Pan premier wszędzie się sprawdza żadna praca nie hańbi”

„Super !!! Takiego męża, Doceniam”

„Normalny facet. Dziadek i mąż. I do tego nasz premier”

„Tusk to nie tylko wielki polityk i mąż stanu ale normalny człowiek , wspaniały mąż , ojciec i dziadek”

„Pozdrawiam Panie premierze! Pożyteczny dla Polski i pożyteczny w swoim domu!”

„Po prostu Człowiek, który umie cieszyć się z bycia mężem, ojcem, dziadkiem. Proste”

      I tak dalej, i tak dalej. W tym dokładnie nastroju. Ja tu nawet nie musiałem szczególnie przebierać. Niemal wszystko co się tam pojawiło jest właśnie takie. I wiedzą Państwo ile tego jest? Ponad 25 tysięcy. I nie oszukujmy się. To jest legion.

      Myślę, że możemy się zacząć martwić. I prosić: Módl się za nami grzesznymi.



 

piątek, 31 stycznia 2025

O nienawiści z biało-czerwonym serduszkiem

 

      Zdarzyło się to już wiele lat temu, jeszcze zanim na murach Krakowa pojawiły się hasła „Zimny Lech” i „Krwawa Mary”, choć już po tym, jak „Gazeta Wyborcza” przypomniała niegdysiejszy wiersz Wisławy Szymborskiej zatytułowany „Nienawiść”, a nawet po tym, kiedy w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje słynne trzygodzinne expose, w którym, według starannych wyliczeń, słowa „miłość” użył paręset razy. Gdzieś w tamtym oto właśnie czasie, podczas rozmowy ze znajomym, zapytałem go, kto mu się w polskiej polityce tak naprawdę podoba, a on mi odpowiedział, że jemu, od czasu gdy zeszli ze sceny Władek Frasyniuk, Jerzy Turowicz, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, jest doprawdy wszystko jedno, byle by mógł dożyć dnia, w którym zobaczy Jarosława Kaczyńskiego na taborecie ze sznurem na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć w ten taboret.

     Od tamtego dnia przeminęło całe pokolenie, a z nim nie tylko pamięć o wyżej wymienionych politykach, ale nawet tamto słynne przemówienie Donalda Tuska o empatii, szacunku do drugiego człowieka i miłości, by nie mówić o ogromnym, postawionym przez Jana Kulczyka na przeciwko Wawelu i reklamującym zimnego Lecha, bilbordzie. Wiele innych rzeczy odeszło w przeszłość, natomiast z całą pewnością pozostała miłość i marzenie o wspomnianym taborecie. No i oczywiście Donald Tusk, który, gdyby nie wrócił do Polski z Brukseli, przepadłby kompletnie, podobnie jak cała reszta, w odmętach zapomnienia. 

      Jest więc zatem miłość, marzenie o taborecie i nad tym wszystkim Donald Tusk i owo niedawne zdjęcie, na którym jego ukochana wnuczka przylepia mu do piersi serduszko WOŚP-u, i odautorski komentarz: „Miłość zawsze będzie silniejsza od nienawiści. Prawda, kochani?”


 

 

       Gapię się w to zdjęcie i myślę sobie o tej miłości i nienawiści. I od razu przypomina mi się ów czas, tuż po smoleńskim zamachu, kiedy to nagle, jakby na rzucone przez kogoś hasło, publiczne media zostały zdominowane przez całą długą serię dotychczas głęboko ukrywanych zdjęć Lecha Kaczyńskiego z żoną, wnuczkami, jeszcze bardzo młodą córką, bratem, na które wielu z nas patrzyło z rozdzawioną twarzą i wołało: „No patrzcie tylko państwo, jaki to był miły człowiek, jacy mili ludzie!” Bardzo dobrze to wciąż pamiętam, jak to ten, dotychczas tak głupi, wiecznie pijany, z chroniczną sraczką, „mamlas” nagle stał się prawdziwie ludzki, wręcz dobroduszny i sympatyczny. Oczywiście, wystarczyło parę dni, kiedy to kard. Dziwisz ogłosił, że zmarły prezydent zostanie pochowany na Wawelu, by pełna dobroci i serdeczności twarz zmieniła się ponownie w obraz nienawiści, a słynna tuskowa empatia w skrzywione w szyderczym uśmiechu dziąsła.

      Kiedy, zakładając swój dobroczynnościowy biznes, Jerzy Owsiak wpadł na pomysł, by jego symbolem uczynić czerwone serce, mieliśmy do czynienia z zagraniem jak najbardziej perfidnym, niemniej nietrudnym do zaakceptowania. W końcu, czymże jest czysta filantropia jak nie odruchem serca? Kiedy po pewnym czasie zaczął Owsiak, przy okazji tych serc, coś bredzić o miłości i rock and rollu – nie w sensie publicznych kopulacji podczas rock’n’rollowych koncertów - całe to przedsięwzięcie zaczęło zwyczajnie cuchnąć, tak że dziś, tak jak oczywiste stało się całe to zepsucie, tak samo oczywistym stała się absurdalność owego obklejania świata czerwonymi sercami, by w ten sposób autoryzować czarną podłość i zło, jako czystą miłość. A dziś, gdy do tego dochodzą znane nam już aż za dobrze biało-czerwone serca Koalicji Obywatelskiej i nieznośna gadka Donalda Tuska, o miłości, która zwycięża nienawiść, to nie sposób dojść do wniosku, że to ich zagranie było najwyższej klasy, na które nie mamy sposobu by skutecznie zareagować, nawet jeśli prezes Kaczyński od dziś zacznie się zwracać do nas nie jak dotąd per „proszę państwa”, ale zwyczajnie, od serca, „kochani”. Choćby i przy tej okazji pokazał to swoje serce na palcach. Ów teren jest już odpowiednio zaznaczony.




sobota, 26 października 2024

Bumerang, czyli blessing in disguise


 

Zanim przejdę do rzeczy, muszę przekazać kilka informacji na temat naszej córki Zosi, która pod koniec maja została zdiagnozowana z bardzo złośliwym glejakiem, a co nasze życie tego lata zdeterminowało nasz cały czas spędzony na tym świecie. Otóż córka nasza jest po usunięciu guza. Szczęśliwie, wedle relacji lekarzy, to gówno zostało usunięte w całości, bez jakichkolwiek szkód. 14 listopada rozpocznie się radio i chemioterapia i wszyscy się modlimy o łaskę wyzdrowienia. Bogu dzięki, ona czuje się bardzo dobrze, w radości spędza pierwsze dni swojego małżeństwa, i podobnie jak my, prosi Pana Boga o łaskę wyzdrowienia.

 

       A teraz do rzeczy, bo, co, mam nadzieję, zrozumiałe, nie odzywałem się bardzo długo. Otóż, jak już wszyscy wiemy, sąd postanowił wypuścić księdza Olszewskiego i dwie urzędniczki Ministerstwa Sprawiedliwości z aresztu i lawina ruszyła. A ja wczoraj oglądałem w telewizji Republika rozmowy z obiema paniami i od razu przypomniał mi się grudzień ubiegłego roku, kiedy to Donald Tusk postanowił zlikwidować TVP Info i w następnej kolejności zaprowadzić swoje porządki w mediach. Podobnie jak wielu z nas, byłem najpierw zaskoczony bezczelnością i okrucieństwem tego ataku, by już po chwili poczuć zwykły strach, a na końcu uznać, że jest już po nas. To był z mojego punktu widzenia czas okropny, no ale od grudnia upłynął już niemal rok i oto co widzimy? Przede wszystkim, w tempie niemal tak samo szybkim jak odbyło się przejęcie władzy przez Koalicję Obywatelską z przyległościami, nowy reżim doprowadził Polskę do stanu niemal kompletnej ruiny, ale stało się coś jeszcze: otóż, dotychczas bardzo niszowa i w gruncie rzeczy kompletnie nieistotna stacja, przejęła niemal pełne zasoby dotychczasowej TVP Info i tym samym uzyskała pozycję, której nawet duchy Jacka Kuronia i Bronisława Geremka nie są w stanie zakwestionować.

        Ja do telewizji Republika, podobnie jak do całego tego towarzystwa, które ją stworzyło, mam stosunek absolutnie negatywny. To znaczy, owszem, korzystam, ale wyłącznie z tego względu, że nie mam nic innego do wyboru. Pod wieloma względami, uważam, że Sakiewicz i jego ferajna są jeszcze gorsi – a nie było wcale tak łatwo – niż TVP Info. Kiedy widzę, jak red. Holecka przeprowadza swoje rozmowy z kimkolwiek, a ostatno ze wspomnianymi wcześniej paniami, myślę, że od niej gorsza jest już tylko Katarzyna Kolenda-Zaleska, a i to nie koniecznie. Natomiast nie mogę nie przyznać, że sukces, jaki osiągnąl Tomasz Sakiewicz, z jednej strony bezczelnie żebrząc te pieniądze, a z drugiej naprawdę skutecznie rozwijając swój biznes – a to przecież nie koniec – jestem pełen podziwu.

         I to mnie prowadzi do dnia wczorajszego, kiedy to nikt inny jak telewizja Republika przeprowadziła rozmowy z dwiema urzędniczkami, i w świat poszła informacja o torturach, jakich obie panie doznały z rąk Donalda Tuska. Słuchałem wypowiedzi pań, patrzyłem im w oczy, i będąc coraz bardziej wstrząśnięty, pomyślałem sobie, że ci durnie – a mam tu oczywiście Donalda Tuska i to wszystko co on wokół siebie zgromadził – już na samym początku popełnili pierwszy ciężki błąd, likwidując TVP Info i tym samym otwierając drogę do tego czym jest dziś Tomasz Sakiewicz i jego biznesy. Drugi błąd, pozornie nie związany zupełnie z pierwszym, to aresztowanie księdza Olszewskiego, a przede wszystkim tych pań. Patrzę dziś na jedną i drugą, słucham ich opowieści, i myślę sobie, że Donald Tusk musiał przeprowadzić odpowiedni rekonesans, znalazł te dwie „myszki” i pomyślał: Te będą sypać. A tu tymczasem okazało się, że swoimi prognozami walnął w mur, którego, ani on, ani nikt inny na tym świecie nie jest w stanie przebić, a mianowicie moc Chrystusa Zmartwychwstałego.

          Ktoś mi powie, że niepotrzebnie uderzam w takie tony, ale spójrzmy proszę, co się wydarzyło. Te dwie biedne, udręczone, poniżone, stłamszone do samego końca kobiety, oddały się w opiekę Osoby, do której ani Donald Tusk, ani minister Bodnar, ani więzienni strażnicy, nie mają jakiegokolwiek dostępu. I wygrały. A oni przegrali. I to przegrali tak, że moim zdaniem znaleźli się dziś na początku swojego końca.

        I teraz znów: po ciężką cholerę ich było zamykać? Do jakiego czorta, i po co, mogło im przyjść do głowy, że jeśli oni wsadzą za kraty księdza Olszewskiego i te dwie panie, a potem, korzystając ze swoich wpływów w ogólnopolskich mediach, oraz zatrudniając swoich najlepszych propagandzistów, wzbudzą wokół nich taką nienawiść, że cała trójka nie wytrzyma tej udręki i zacznie pleść co bądź, byle tylko im dano spokój, to w ten sposób uzyskają nieśmiertelność? Co za głupcy!

        Telewizja Republika, na okrągło, od rana do nocy, wrzuca w eter te dwie rozmowy, oczywiście reżimowe media udają, że nic się nie stało, moim zdaniem natomiast moc tego przekazu jest tak wielka, że tego już się nie da zatrzymać. Nie wiem, ile słów mogą oni jeszcze z siebie wypluć, że jedna i druga z tych pań kłamią jak bure suki,  że nikt im tam w więzieniu nie zrobił najmniejszej krzywdy, że to one i ten ich „ksiądz-salceson” to bezwzględni przestępcy. Wiem natomiast, że im dłużej telewizja Republika, a za jakiś czas może i inne media, będą pokazywały światu ich twarze, ich oczy i ich pełne radosnego uniesienia usta, tym bardziej ów świat będzie nabierał coraz większego przekonania, że to zło trzeba zniszczyć. Raz na zawsze.

           

    

       

środa, 11 września 2024

Für Deutschland, czyli gdy prawda jest brzydka jak diabeł

 

     Jak pewnie większość z nas pamięta, epitet „Rudy Niemiec” zaczął funkcjonować w polskim społeczeństwie już wiele dobrych lat temu, a mianowicie wtedy gdy Jacek Kurski wspomniał coś o „Dziadku z Wehrmachtu” i sprawa zaczęła żyć własnym życiem, niemal tak samo jak nie mniej słynny „Kaczy Fuhrer”, z tą różnicą, że w ujęciu zdecydowanie bardziej merytorycznym. Nazywamy więc Donalda Tuska „Niemcem”, ewentualnie Niemcem rudym, on i jego polityczne wsparcie co raz zaprzeczają owym insynuacjom, twierdząc, że Donald, podobnie jak jego mama, tata, ciocie, wujkowie, babcie i dziadkowie to szczerzy polscy patrioci, a jeśli nawet którykolwiek z nich miał z niemiectwem coś wspólnego, to wyłącznie z niemiectwem porządnym i kulturalnym. I tak się ta zabawa toczy, a my już tak naprawdę powoli zapominamy, jak to naprawdę było i coraz częściej określenia „Rudy Niemiec” używamy jako czystą złośliwość... taką jak wspomniena wcześniej „Kaczy Fuhrer”.

        I oto, proszę sobie wyobrazić ledwie co wczoraj trafiłem na iksie u Elona Muska na wpis człowieka podpisującego się jako John Bingham, który wspomniał o wydanej w roku 2003 roku książce zatytułowanej „Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku” i zacytował z nich kilka fragmentów. Pozwolę sobie je tutaj zamieścić, bez słowa komentarza. Bardzo proszę:

„Oma Anna to był fenomen. Nigdy nie ruszyła się poza Gdańsk. Dla niej wszystko się wokół Gdańska kręciło. To był jej die ganze Welt. Do końca życia, a dożyła ponad 90 lat, mówiła wyłącznie po niemiecku, w gdańskim żargonie. Mimo że zmarła dopiero 3 lata temu, polskiego nie nauczyła się nigdy".

„Donald rozmawiał z nią po niemiecku, albo pytał po polsku (rozumiała świetnie), a ona odpowiadała po niemiecku. Trochę tak jakby bojkotowała otaczającą rzeczywistość. Zakupy robiła używając łamanej polszczyzny”.

„Bowke, obiad! - wołała mama wychyliwszy się ze strychowego okna. Bowke, kolacja! - nawoływał ojciec donośnym głosem. Przez całe dzieciństwo, kiedy biegałem po podwórku, byłem chłopakiem bowke. A kiedy narozrabiałem, byłem Pomuchelkopf (dosłownie głowa dorsza)”.

„A jak w odwiedziny przychodziła babcia Anna, z niemiecka nazywała mnie zdrobniale Krümel - kruszynka. Tak, jakby nic się nie zmieniło i 3 Maja nadal była Nordpromenade”.

„Mamę brało wówczas na wspomnienia. Opowiadała o Sopocie swojego dzieciństwa - o sklepach i restauracjach na Seestraße, o Blumenkorso - kwietnej defiladzie, w której uczestniczyła”.

„Jak sięgnąć pamięcią, w rodzinie zdarzały się imiona ze smaczkiem przedwojennego Gdańska: Beatrix, Sigrid, Jürgen, Raimund. Język niemiecki znam z domu na tyle, że wychwytuję twardy dialekt gdański”.

„Podczas rodzinnych spotkań u Tusków wśród starych i młodych panowała pełna swoboda przechodzenia z polskiego na 'gdański'”.

„Pamiętam, że kiedy Omie Annie powiedziałem, że cała nasza rodzina to Kaszubi, znowuż obraziła się na mnie na śmierć i życie. Kaszubskość to było jak szpecące znamię”.

„Babcia Dawidowska miała silniejsze poczucie niemieckości niż polskości. Kiedy co jakiś czas pojawiała się szansa dostania paszportu i możliwość wyjazdu na tak zwane niemieckie papiery - Oma Anna pakowała walizki”.

„Podczas II wojny światowej zginął Artur (brat babci Anny), który był w Wehrmachcie. Babcia Anna przechowywała kondolencyjne listy wysłane przez dowódców w imieniu Kaisera i Führera po śmierci ojca i brata”.

„[Stryj] Buni urodził się w 1935 roku przy Ludolf Königsweg (obecnie Legnicka). Jako chłopiec miał kłopoty z językiem polskim, bo przez całą wojnę, dzięki jakimś koneksjom rodzinnym, wychowywał się w Berlinie”.

          I to tyle, co nam przekazał nieoceniony John Bingham, a za co ja mu serdecznie dziękuję. A jeśli tu postanowiłem się nim aż w taki sposób wspomóc, to tylko po to, by prawda – a, jak wiemy, zawsze chodziło nam o prawdę, prawdę i tylko prawdę – dotarła do jak najszerszego grona. I tak, jak wcześniej wspomniałem, żadnego komentarza już nie będzie.



 

 

 

czwartek, 23 maja 2024

Gdy Szatan opuścił wioskę Michałów

 

       Nie wiem, czy mają Państwo jakiekolwiek wspomnienia związane z wioską o nazwie Michałów, ale podejrzewam, że nie. Obawiam się, choć tu moje wątpliwości są znacznie mniejsze, że również wielu z nas nie kojarzy nawet wydarzenia opisywanego niegdyś w mediach pod hasłem „Dzieci z Michałowa”. Dla przypomnienia więc wspomnę dziś, że ów Michałów zasłynął swego czasu z tego, że wedle doniesień liberalnych mediów, znajdujący się nad granicą polsko-białoruską ośrodek dla szturmujących naszą granicę nielegalnych imigrantów przyjął do siebie grupę kobiet i dzieci z Afryki, tylko po to by ich następnie, wywieźć  z powrotem do lasu na teren Białorusi i tam ich pozostawić, by zdechli. Sprawa „dzieci z Michałowa” – o kobietach jakoś szczególnie nie wspominano – była grzana przez długie tygodnie w oparach zarzutów pod adresem faszystowskiego polskiego rządu i bandy nazistów w mundurach polskich żołnierzy. Hasło „Gdzie są dzieci z Michałowa” oblepiało cały kraj, poczynając od ulic miast i miasteczek, a kończąc na Sejmie, a wszystko to codziennie było starannie relacjonowane przez polskojęzyczne media, i tak przez całe nieznośne tygodnie, by wreszcie umrzeć śmiercią naturalną.

       I oto dziś, proszę sobie wyobrazić, sprawa Michałowa i jego rzekomo zamęczonych przez reżim Kaczyńskiego dzieci wróciła – co ciekawe i przy okazji bardzo znamienne, przy powszechnym milczeniu mediów – ze spektakularnym przytupem. Jak się mianowicie dowiadujemy, po trzech latach od pamiętnej afery, władze zarządzanego przez polityków Platformy Obywatelskiej Michałowa postawiły poświęcony tamtym dzieciom pomnik, na którym obok dzieci mamy przedstawiony drut kolczasty i okrutnego funkcjonariusza straży granicznej, pomnik następnie przykryły odpowiednią płachtą i ogłosiły jego uroczyste odsłonięcie z udziałem okolicznych działaczy, z honorowym gościem w osobie prezydenta Białegostoku Tadeusza Truskolaskiego. I proszę sobie wyobrazić, kiedy już wszystko zmierzało do pięknego końca, który miał nam wszystkich przypomnieć zły czas pisowskiego nazizmu, nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Otóż mianowicie sam Donald Tusk, w związku ze zbliżającymi się brukselskimi wyborami, udał się nad polsko-białoruską granicę, spotkał się ze służącymi tam bohatersko żołnierzami i ogłosił, że on i jego rząd, twardo i niezmiennie, wspierają polskie działania mające na celu obronę Polski i Europy przed napływem organizowanej przez Moskwę afrykańskiej dziczy. Śladem owego wystąpienia poszły lewicowo-liberalne media, za nimi popędziła ochoczo dotychczas plująca na polski mundur publiczna opinia, wiadomość o tym co się dzieje dotarła do Michałowa... i cała uroczystość została odwołana. Mało tego. Jak czytam, doszło wręcz do tego, że również przedstawiciele Michałowa udali się na granicę, by złozyć wyrazy szacunku obecnym na granicy żołnierzom i przeprosić ich za wciąż przykryty tą jakąś szmatą pomnik.

      Myślę o tym, co się wydarzyło, już nie tylko nawet w samym Michałowie i jego mackami sięgającymi aż do Białegostoku, ale w naszej Polsce, i nagle przypomina mi się niegdysiejsza odpowiedź, jakiej mi udzieliła niezapomniana śp. Zyta Gilowska, gdy ją zapytałem, czy jej zdaniem to co przed nami to zło, czy zwykła głupota. Oto, co mi ona odpowiedziała:

„Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę – to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem”.

        „Chyba  że jest lewakiem, czy postępowcem”. Wszystko to wciąż jest jak najbardziej aktualne. Może z jednym wyjątkiem: lewakiem, postępowcem i kimś kto już się tak przeraził ową bezkarnością, że stracił wszelką nadzieję. A zatem, nie traćmy jej. To zło zdechnie prędzej czy później, tak jak ten idiotyczny kawał kamienia postawiony przez bandę głupców gdzieś w maleńkim Michałowie.

  


środa, 27 grudnia 2023

Gdy zło popadło w obłęd

 

          Proszę mi pozwolić dzisiejszy felieton zacząć od dowcipu; w końcu raz na 15 lat chyba mogę sobie na ów wybryk pozwolić. Otóż przychodzi rabin do księdza i pyta: „Panie ksiądz, czy to prawda, że ten wasz Święty Józef był Żydem? „Prawda” – odpowiada ksiądz. „A czy prawdą jest, że i Matka Boska była Żydówką?” – chce wiedzieć rabin. „No tak, to prawda” – mówi ksiądz. „No to z tego wynika” – mówi na to rabin – „że i Jezus był Żydem. Patrz pan cholera, jakiśmy to interes z rąk wypuścili”.

          Przypomniał mi się ten stary już jak świat żart, kiedy poszedłem sobie dziś do EMPiK-u muzycznie zrealizować swoją świąteczną kartę podarunkową i przechodząc przez dworzec zobaczyłem w kiosku okładkę specjalnego wydania „Tygodnika Powszechnego”. Okładka, jak to ona, kolorowa, błyszcząca, na okładce, jak przystało na specjalne świąteczne wydanie czasopisma przedstawiającego się jako katolickie,  postać Jezusa, przez środek wielki napis „KIM JEST JEZUS”, a na samej górze wyjaśnienie „ŻYD UZDROWICIEL SYN BOGA MESJASZ”. Jeśli ktoś nie wierzy, bardzo proszę:

 


         Pierwsze co mnie tu uderzyło to oczywiście ów Żyd, nie dość że w ogóle, to jeszcze na pierwszym miejscu. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z instrukcją dla osób faktycznie potrzebujących się dowiedzieć, co to za jeden ten Jezus. No Żyd. Przede wszystkim Żyd, no ale też uzdrowiciel, nauczyciel, Syn Boży, no i ten no... Mesjasz. Też Żyd. Nie Polak, nie Włoch, nie Hiszpan, nie Grek, ale Żyd. Bóg zszedł na Ziemię i stał się Żydem.

         Niesamowite. Popatrzcie państwo tylko, jaki to interes oni z rąk wypuścili.

         Zwróciłem więc uwagę przede wszystkim na ów zestaw przymiotów Jezusa, ale też oczywiście na samo pytanie: „Kim jest Jezus”. Rzecz w tym, że fakt iż za wyjaśnianie nam tej kwestii zabiera się akurat „Tygodnik Powszechny” stanowi ciekawy paradoks. Akurat ja po księdzu Bonieckim i jego owieczkach spodziewałbym się, skoro już się mamy trzymać kwestii teologicznych, odpowiedzi na pytanie, kim jest Szatan, a najlepiej już czegoś spoza tej sceny, czyli na przykład coś na temat życia i twórczości Michała Bajora, czy Jerzego Stuhra, czy nawet niejakiego  Adama Darskiego. Tymczasem, jak widzimy, on nas potrzebuje uświadamiać religijnie i to na poziomie najgłębszym: „Jezus jest Żydem”.

          Z „Tygodnikiem Powszechnym” miałem do czynienia w tym roku dwukrotnie. Pierwszy raz, czytając artykuł nieznanego mi redaktora o tym, że w polskich kościołach rozpanoszyła się ostatnio moda na modlitwę do Michała Archanioła, w której głupi polaczkowie proszą go o to, by „Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą mocą Bożą strącił do piekła amen”. Sam autor tekstu, ale również naczelny Boniecki w swoim wstępniaku, wyjaśniają, że włączanie owej modlitwy do Mszy Świętej jest pozbawione sensu, niepotrzebne, a co gorsza nielegalne, bo liturgia to liturgia i jeśli ktoś tam chce przy niej grzebać, to ewentualnie Szymon Hołownia a nie księża bez odpowiednich koncesji. Drugi raz gdy wziąłem do ręki to coś, to aby przeczytać rozmowę, jaką Redakcja przeprowadziła z, kiedyś jeszcze księdzem, Tomaszem Węcławskim, który któregoś dnia poszedł w tak zwaną „długą”, zmienił nazwisko na Tomasz Polak, ożenił się i obecnie, jako stuprocentowy ateista prowadzi na UAM-ie w Poznaniu coś co się nazywa Pracownią Pytań Granicznych. W swojej, anonsowanej już na tytułowej stronie „Tygodnika” jego zdjęciem – dokładnie tak jak dziś twarzą Jezusa – obszernej wypowiedzi, prof. Polak informuje, że problemem Kościoła nie jest powszechne zepsucie kleru i watykańskiej hierarchii, ale to, że zarówno Jezus jak i całe chrześcijaństwo z samego założenia jest oszustwem. Zdaniem Profesora, chrześcijaństwo – nie jakie znamy, ale w ogóle chrześcijaństwo – skazane jest na ostateczną anihilację, po której nastąpi nowy okres w dziejach świata, okres rozumu, prawdy i powszechnej szczęśliwości. Taka to oto wypowiedź została nam przekazana przez księdza Adama Bonieckiego i jego wierną gromadkę zaledwie parę miesięcy temu.

        Ktoś mnie spyta, po jasną cholerę ja w ogóle aż dwa razy zdecydowałem się wziąć do ręki to dziwne pismo. Otóż w przypadku tekstu o egzorcyzmie Michała Archanioła ograniczyłem się tylko do omówienia tygodnikowych refleksji w Internecie, natomiast gdy chodzi o opętanego księdza, trzeba nam wiedzieć, że mam znajomego, radykalnego wroga Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego co jest z partią tą związane, który wszelką wiedzę na tematy bieżące czerpie z „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i z „Tygodnika Powszechnego” właśnie. Podczas ostatniej tam wizyty znajomy mój wspomniał mi o tekście Polaka, tekście niezwykle interesującym, w którym ów rozprawia się ze współczesnym Kościołem i jego kapłanami. Na moją uwagę, że były ksiądz Węcławski jest dziś ateistą i jego krytyka hierarchii jest słabo wiarygodna, znajomy mój zapewnił mnie, że w polecanym wywiadzie nie ma śladu ateizmu, ale wyłącznie bardzo spokojna krytyka pogubionego kleru. Przeczytałem więc podsunięty mi tekst, a tam, jak już wspomniałem, nic poza tym, że Jezus to kłamstwo, a Jego religia musi zdechnąć i to już niedługo. Powiedziałem o tym znajomemu, ale on się tylko nieznacznie zafrasował i powiedział, że nic sobie takiego nie przypomina, więc będzie musiał ów wywiad przeczytać jeszcze raz.

        I to mnie prowadzi do refleksji, do której się przygotowuję już od dłuższego czasu i myślę, że nic nie zaszkodzi, jeśli ją przypnę do dzisiejszego tekstu. Otóż wielu z nas, jak sądzę, obserwując naszą sytuację społeczna i polityczną, stawia sobie dwa podstawowe pytania. Pierwsze z nich to: „Czemu oni to robią?”, a drugie: „Co oni mają w głowach?” W którejś z rozmów z moją córką wyraziłem przekonanie, że dopóki Tusk nie zostanie przyłapany na tym, że gwałci małe dzieci, dla pewnych środowisk pozostanie wiecznym bohaterem. Na to jednak moje dziecko powiedziało, żebym się nie łudził, bo nawet jeśli dojdzie to czegoś aż tak drastycznego, ludzie którzy nienawidzą PiS-u, i tak uznają, że owa informacja nie dotyczyła Tuska, tylko Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie – tu cytat – „tej wiejskiej kurwy” Szydło.

        I z bólem serca muszę swojej córce przyznać rację. Gdy chodzi o tych ludzi, tam już nie ma nic poza czystym obłędem. Obłędem, który przy niesławnym lapsusie Prezesa o tym, że białe jest czarne, a czarne jest białe, brzmi jak najprawdziwsza prawda.  

piątek, 22 grudnia 2023

O Wojnie Ośmiu Serc

 

        Jak część z nas wie, zmarł nam niedawno pies. I choć wszyscy jako tako sobie z jego odejściem poradziliśmy, to wczoraj stało się coś niezwykłego. Siedziałem tu sobie w fotelu, gdy nagle w przedpokoju pojawiła się moja żona, zatrzymała się i zaczęła jakoś tak dziwnie wpatrywać się w punkt za rogiem, a ja sobie od razu pomyślałem, że ona patrzy na psa, zatroskana czy on się aby nie czuje żle. Oto siła przyzwyczajenia. 13 lat nie w kij dmuchał, prawda?

     Z kolei ja od paru dni, gdy siedzę niekiedy bawiąc się telefonem, całkiem odruchowo stukam w ikonkę telewizji TVP Info, tylko po to, by zobaczyć informację, że strona się nie wyświetla. Niekiedy też, podobnie w jakimś zamyśleniu, wybieram na pilocie kanał 15 w telewizorze, i w lekkim zdziwieniu stwierdzam, że przede sobą widzę nie swoją tradycyjną stację, ale coś o nazwie TVP Polonia i wtedy sobie przypominam, że wszystko jest jednak na swoim miejscu, przynajmniej przez kilka ostatnich dni i zapewne przez wiele następnych, diabeł jeden wie, jak długich. I znów czuję ową siłę przyzwyczajenia.

    Sytuacja ta jest oczywiście dość ponura, a skoro tak to stąd do paniki jest już bardzo blisko. Moje dzieci na przykład zastanawiają się ostatnio jak to zrobić, by od tego nieszczęścia nie oszaleć i nie skończyć jak ci wszyscy wariaci, którzy przez ostatnie osiem lat biegali po mieście drąc mordy wrzaskiem „Wypierdalać!”, a jeśli spotykaliśmy ich w sytuacjach codziennych, to od razu mogliśmy się zorientować z kim mamy do czynienia, doświadczając ich nieustannej agresji, wściekłości i chamstwa. I ja oczywiście również staram się znaleźć jakiś bezpieczny azyl od tego co nam zgotował Donald Tusk i jego drużyna i nagle przypominam sobie Polskę sprzed niemal już dwóch lat, kiedy to Rosja zaatakowała Ukrainę, rozpoczął się ów niezwykły exodus, katowicki dworzec zaroił się od tych biednych kobiet i dzieci, a my wszyscy i tu i tam i w całej Polsce i na świecie, ruszyliśmy solidarnie z pomocą. Przypominam sobie tamte miesiące, jak z jednej strony wszyscy gotowi byliśmy przytulić każdą tę kobietę i każde to dziecko do serca, a z drugiej coraz bardziej oczywiste stawało się, że nie ma dziś w świecie większego zła niż putinowska Rosja. Z jednej strony patrzyliśmy z podziwem na ukraińskiego prezydenta, a z drugiej wiedzieliśmy, że cokolwiek się stanie to zarówno sam Putin, jak i cała reszta tej bolszewickiej szajki już do końca swoich dni będą powszechnie traktowani jak przestępcy; że jakkolwiek to nieszczęście się rozwinie, to wszystkie możliwe trybunały już ich ze swoich rąk nie wypuszczą. Że już zawsze cały świat, choćby i zachowując jakieś tam pozory akceptacji, będzie wiedział, że Rosja to zło.

      Dziś, jak wiemy, po naszych marzeniach o wolnej i cywilizowanej Ukrainie niewiele zostało, nawet nasza Iga Świątek zdecydowała się odpiąć od swojej czapeczki niebiesko-żółtą tasiemkę, militarna pomoc ze strony wspierającego Ukrainę świata staje się stopniowo coraz słabsza, a ja sobie myślę, że cokolwiek z tego zostatnie, to najpewniej owa świadomość, że Rosja to zło, Rosjanie to banda zaczadzonych durniów i przestępców, a cała ich historia, cywilizacja i kultura to wyłącznie przemoc i kłamstwo.

        Odruchowo próbuję sobie włączyć w telewizorze moją ulubioną stację TVP Info, w telefonie klikam w ikonkę tvp.info, a tam nic. Zaglądam więc do Polsatu, czy telewizji Republica, dotychczas w moim życiu kompletnie nieobecnych, w internecie wchodzę na stronę i.pl i widzę coś co w podobnej skali mogłem przeżywać chyba tylko w grudniu 1981, te policyjne radiowozy, te barierki, te obstawiające siedziby państwowych mediów kordony, no i wystąpienia triumfującej nowej władzy w Sejmie i w nowych mediach. No i oczywiście nie mogę nie pomyśleć, że mamy drugi stan wojenny, wprawdzie bez czołgów na ulicach, bez godziny policyjnej, bez internowania kolejnych polityków, bez powszechnego strachu że na ulicy podejdzie do nas policjant i da nam po pysku, ale oczywiście jak najbardziej stan wojenny z tym co było w nim być może najgorsze, czyli terrorem emocjonalnym i psychicznym, z ową świadomością, że, jak to pięknie określił jeszcze w roku 1992 niegdysiejszy Jan Maria Rokita, państwo jest w mocy użyć całej swojej siły by wyplenić z politycznego i społecznego życia wszelkie zło i doprowadzić do tego, że w Polsce zapanuje prawdziwy ład i demokracja.

       Mamy więc, i w to nie wątpią ci wszyscy nawet, którzy dziś triumfują i tak bardzo się radują, faktyczną, realną dyktaturę, bezczelne bezprawie i brutalną przemoc. I tego już nic nie zmieni. Już zawsze, jeśli będziemy rozmawiać o rządach Donalda Tuska i jego koalicjantach, o czasach rządów tzw. Koalicji Obywatelskiej z lewackimi przyległościami, owa świadomość pozostanie na zawsze z nami. Tu już nie będzie żadnej dyskusji, żadnej debaty, żadnych odcieni. A jeśli przed naszymi oczami pojawi się sam Donald Tusk, to będziemy w nim widzieć wyłącznie nowego Wojciecha Jaruzelskiego z całym bagażem, który zabrał ze sobą do grobu. I taka będzie powszechna świadomość. I jeszcze jedno, być może najważniejsze, w odróżnieniu od tego co nas tak dręczyło przez wiele wiele lat, nie będziemy mieli najmniejszego powodu, by nie dzielić się tym swoim przekonaniem publicznie.

       I w tym, moim zdaniem, jest moc nie do pogardzenia.



    

środa, 6 września 2023

Plazma napada - część druga i ostatnia

 

Jak nam powszechnie wiadomo, wybory – jak to potwierdzają obie strony politycznej sceny – najważniejsze od roku 1989, już za niespełna dwa miesiące, i przy tej okazji każdy z nas szuka sposobu by znaleźć to coś, co będzie można przekuć w zwycięstwo, albo przynajmniej dodać to jedno słowo, które to zwycięstwo przybliży. A ja, krążąc w ten czy inny sposób wokół dzisiejszego tematu, przypomniałem sobie parokrotnie tu wspominany fragment wypowiedzi dziś już zmarłego prof. Pawła Śpiewaka, w którym ten przedstawił porażającą wręcz prognozę rządów Platformy Obywatelskiej po ewentualnie wygranych wyborach jesienią 2011 roku. A owe słowa brzmiały tak:

„[Jeśli PO wygra jesienne wybory], ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą. Ja się [tego] nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

[...]

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami”.

       Przypominałem ową wypowiedź człowieka przez całe nasze współczesne czasy związanego zarówno emocjonalnie jak i politycznie z obozem dziś podpisującym się ośmioma gwiazdkami, natomiast przyznaję, że całości owej wypowiedzi – z dzisiejszego punktu widzenia nie do przecenienia – nie pamiętałem i przypominac sobie szczególnej ochoty nie miałem. Dziś jednak, zupełnym przypadkiem temat tamtej diagnozy wrócił, a ja odnalazłem w Sieci treść całej wypowiedzi ś.p. Profesora i uznałem, że ona jest warta przypomnienia i ze względu na jej niebywały wręcz cynizm, ale też na diagnozę właśnie. Diagnozę, która dziś, w ocenie aktualnej sytuacji politycznej Kraju, może być dla nas wręcz kluczowa.

       Oto przed nami cała rozmowa, jaką 8 stycznia 2011, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, dla dziennika „Rzeczpospolita” przeprowadził z prof. Śpiewakiem red. Robert Mazurek. Gorąco zapraszam do uważnej lektury i zachęcam serdecznie wszystkich, którzy mają swój rozum, by go użyli, bo on się nam dziś przyda jak rzadko kiedy.

       Przy okazji, obiecuję, że o ile nie nastąpią jakieś szczególne i nieoczekiwane zdarzenia, dzisiejszy tekst zostanie tu już aż do po wyborach.

 

 

Rz: W co, po dziesięciu latach istnienia Platformy Obywatelskiej, wierzy Donald Tusk?

Paweł Śpiewak: Tusk jest konsekwentny, głosząc, że Platforma nie może trzymać się żadnej stałej idei, programu. I ta zasada jest realizowana. Platforma Obywatelska to wielki wehikuł władzy i do tego jest Tuskowi potrzebna.

Niewiele jak na wyznanie wiary. Myślałem, że powie pan o liberalizmie, modernizacji… Tusk nie wierzy w nic z tego, co mówi?

Myśli, że PiS to zagrożenie dla Polski, ta jej gorsza część, której się boi. Ta nienawiść wobec Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd wzajemna, jest autentyczna, głęboka i co ważniejsze, uzasadniona. Nie ufa im i już nigdy nie zaufa.

W Platformie nie ma żadnej autentycznej idei?

Platforma Obywatelska jest zawsze po tej części Polski, która jest względnie optymistyczna, zadowolona i widzi zmiany na lepsze. Tyle tylko, że to nie zakłada istnienia żadnej stałej ideologii, to raczej nadążanie za dominującymi stylami myślenia. Jeśli istotnie są dwie Polski, to PO jest właśnie jedną z nich.

Jaka to Polska, poza tym, że zwycięska, bo jej się udało?

To Polska indywidualistyczna, czyli zgodna z mentalnością większości Polaków. To Polska, która wierzy w rynek, a jej podstawowym kryterium etycznym jest sukces rodziny. Każdy z nas nauczył się, że w sytuacjach trudnych nie ufamy instytucjom państwa, bo te nie działają, ale szukamy dojść, załatwiamy to na własną rękę.

Rządy PO nie przeorają więc świadomości Polaków, jak rządy Thatcher przeorały mentalność Brytyjczyków?

Zdecydowanie nie. One wręcz są skonstruowane na tej zasadzie, by wzmocnić w Polakach to, co w nich już jest, czyli tę skłonność do indywidualizmu, rodzinności, obchodzenia świata i instytucji, popierają etos dawania sobie rady, pewnej specyficznej przedsiębiorczości gdzieś między kompetencją a cwaniactwem. Polityka Donalda Tuska sankcjonuje i afirmuje taką postawę.

Nie wymagamy od Polaków, tylko ich chwalimy?

Dowartościowuje ich, mówiąc, że przy wszystkich naszych wadach w gruncie rzeczy jesteśmy OK, jesteśmy fajni. I na tym polega sukces Tuska. To polityka nie tyle wymagań, ile akceptacji.

I sekret jego popularności? Bo kto nie lubi słuchać miłych rzeczy…

Nawet jego unikanie niepopularnych reform w tym się mieści. Tusk wybrał taki model uprawiania polityki i odnosi w nim sukcesy. Doceniam podwyżki dla lekarzy i nauczycieli, ale czy stworzył coś innego? Nic mi o tym nie wiadomo…

Niczego nie dokonał?

Z pewnością nie zbudował nowych instytucji państwa. Bo jeśli sukcesy odnosi Urząd Komunikacji Elektronicznej, to dzięki sile jego szefowej Anny Streżyńskiej, która jest silna siłą poprzedniej epoki. W końcu była mianowana za PiS. To dobry przykład, bo widać, że potęga tej instytucji nie płynie z decyzji Tuska, z jego chęci autonomizacji poszczególnych sfer życia, ale jest spadkiem po Kaczyńskim.

Skąd ta programowa mimikra PO?

Tusk doskonale odczytuje stan napięć społecznych i doskonale pamięta, że na hasłach ideologicznych zawsze przegrywał: tak było w 1993 roku i tak było później. I dlatego sądzi, że ten typ myślenia jest nikomu niepotrzebny i niczemu nie służy.

W USA regularnie wygrywa prezydent z silnym przekazem: tacy byli Reagan, Clinton, nawet młody Bush czy Obama. A my jesteśmy inni niż reszta świata, nie chcemy żadnej idei?

W Polsce jest partia bardzo silnego przekazu – to Prawo i Sprawiedliwość. Nawet jeśli teraz trudno ten przekaz zdefiniować, to w takiej aurze psychologicznej jest coś takiego, co każe patrzeć na PiS jak na ugrupowanie ideowe.

Przecież ten brak programu nie jest od zawsze.

Pamiętam, jak w 2005 roku Rokita obraził się na Tuska, że nie ma żadnych dokumentów programowych, że są puste szuflady. Ja uważałem, że to katastrofa, a Tusk w ogóle się tym nie przejął, bo uznał, że to w ogóle nie jest ważne.

A co było ważne?

Zdobycie władzy. Formułował zasadę, że partia nie może być ideologiczna, nie może wykluczać ludzi.

Do tego stopnia, że dziś w PO mieszczą się i Marian Krzaklewski, i Danuta Huebner.

Tam może się znaleźć każdy. Ikoną PO jest dziś Ewa Kopacz, która z równym powodzeniem mogłaby być w Samoobronie. Pani Gronkiewicz-Waltz raz była z Wałęsą, potem przeciw niemu i właściwie mogłaby być w każdej partii, ale wszyscy ci ludzie spotkali się właśnie w PO.

Więc liczy się tylko władza? Tak oskarżać można wszystkich.

Nie oskarżam, wszak celem polityka jest zdobycie władzy. Sam premier nie jest przejęty hasłami programowymi i od lat mówił: „Po co programy, skoro wyborcy i tak tego nie czytają”. Przekonywał, że ludziom wystarczają hasła, obrazy, przywódcy, a posiadanie programu to ozdobnik życia politycznego. I w 2007 roku Platforma, dochodząc do władzy, nie miała, realnie rzecz biorąc, żadnego programu.

Tusk miał rację. Ludzie nie czytają programów wyborczych.

I z nich nie rozliczają. Minister wojny ogłasza, że będzie dowodził połową Afganistanu, a po dwóch latach okazuje się, że nie dowodzi nawet własnym obozem wojskowym. I nic. PO mówiła, że należy ułatwić życie przedsiębiorcom. Po trzech latach okazuje się, że nic w tej dziedzinie nie zrobiono i nikt nie ma pretensji.

To akurat wynik słabości mediów, środowisk opiniotwórczych i opozycji, które nie potrafią rozliczyć rządzących.

Po części tak, nikt tego nie robi. Po trzech miesiącach rządzenia Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że jesteśmy gotowi na reformę służby zdrowia. Mijają trzy lata, a w ministerstwie wciąż trwają prace nad tą reformą. Tak samo jest z koncepcją budowy dróg i tak naprawdę z każdą inną sprawą. Ta partia nie ma pomysłów.

Mało to optymistyczne.

Sądzę, że ta bezprogramowość jest założona. To część koncepcji oportunizmu wyborczego głoszącej, że najważniejsze jest, byśmy wygrali wybory, a dokonamy tego, pokazując się jako ludzie przyjaźni, życzliwi. I do oczekiwań wyborczych dobieramy przywódców, hasła i pomysły, a robimy tylko to, czego ludzie chcą.

Skąd wiemy, czego chcą?

Tu kłania się nadmierna wiara w socjologię zakładająca, że jeśli zbadamy oczekiwania społeczne, to będziemy wiedzieć, co wyborcom mówić. I jeśli z badań wynika, że ludzie lubią sytuacje konfliktu, to konstruujemy im świat z konfliktem. Boją się PiS? To w roli głównego oponenta obsadzamy PiS, czyniąc go alibi dla nas. W tej koncepcji kandydaci do parlamentu mają się podobać i nie mogą być trudni, konfliktowi.

Co obiecywała Polakom Platforma, kiedy powstawała?

Przede wszystkim zmianę jakości polityki – miało nie być partyjniactwa, dominacji partyjnego języka. Kandydaci mieli pochodzić z terenu, a nie z nominacji szefów w Warszawie, stąd pomysł na prawybory. Pojawiały się też hasła wrogie politykom, słynne słowa Tuska o „walce z klasą próżniaczą”… Chcieli nie być klasyczną partią, a bardziej ruchem społecznym spoza Warszawy, i to się jakoś udało. Ale, paradoksalnie, przy tak często głoszonej niechęci do partii, PO stała się jedną z najlepiej zorganizowanych i najbardziej scentralizowanych maszyn do rządzenia państwem. Jej statut jest tak skonstruowany, że trzy, cztery osoby mają pełnię władzy, a główne skrzypce gra jeden. Jest on nie tylko liderem partii, ale jej twarzą i zwierciadłem. To w nim mamy się przejrzeć, by wiedzieć, jaki jest choćby Waldy Dzikowski czy ktokolwiek inny.

Tak jest wszędzie. PiS też ma twarz Kaczyńskiego.

Owszem, ale jeżeli można powiedzieć, że coś jest wszędzie, to w Platformie jest to bardziej. Kiedy PO startowała w wyborach 2001 roku, i tak wszyscy wiedzieli, że wygra SLD.

A jednak politycy PO mieli poczucie silnej przegranej. Sondaże były lepsze i liczono na dużo więcej niż to 12 procent.

Może, ale wtedy od PO nie wymagano fajerwerków programowych. W 2005 roku PO program już miała i był to program jawnie liberalny z podatkiem liniowym. Szczerze mówiąc, ja tego liberalizmu tam nie dostrzegałem. Trzy razy piętnaście, czyli cały podatek liniowy, to była koncepcja Zyty Gilowskiej i ona przetrwała w partii siłą bezwładu. Już nikt podatku liniowego nie traktował w PO serio, ale jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, że to już nieaktualne.

Może jak na pana oczekiwania to za mało, ale w 2005 roku PO określała się jako partia liberalna, tyle że niektórzy do słowa liberalizm dodawali konserwatyzm.

Byłem wtedy wewnątrz Platformy Obywatelskiej i naprawdę nie przypominam sobie żadnego konsekwentnego myślenia liberalnego. Mało tego, Tusk, a zwłaszcza Rokita, powtarzali, że my nie jesteśmy partią liberalną. Za wszelką cenę starali się odkleić od tradycji KL-D, które im ciążyło.

Panu, zadeklarowanemu liberałowi, nie żal, że PO od tego odeszło?

To naturalne, że czuję się politycznie osierocony, ale też w Polsce nie ma miejsca na poważną, silną partię, która byłaby jednocześnie liberalna światopoglądowo i gospodarczo. Doszło do rozszczepienia i jeden liberalizm, ten światopoglądowy, poszedł w stronę lewicy, a drugi – gospodarczy – do konserwatystów. I tego już się nie da zszyć. Może sobie istnieć taka partia ostentacyjnie liberalna, ostatnio próbował tworzyć ją Palikot, ale nie ma na nią zapotrzebowania społecznego.

Liberalizmu nie ma i nie będzie. A co z modernizacją, o której PO ciągle mówiła?

Platforma od początku była usytuowana w nurcie modernizacyjnym, ale też trochę na kontrze wobec elit, z nutą antyestablishmentową. Bo w 2005 roku była antykorporacyjna, a establishment zżymał się na hasła w rodzaju „Nicea albo śmierć”. Dodajmy do tego bardzo silny język antykomunistyczny i będziemy mieli oblicze tej partii sprzed kilku lat. A dziś? Nawet program modernizacyjny dałoby się przedstawić jako ideę. Tusk mógłby powiedzieć: „Chcę być Kazimierzem Wielkim, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił z szerokopasmowym Internetem pod każdą strzechą”. Ale nawet tego nie ma. Jednocześnie udało mu się ten program, a raczej język, zawłaszczyć. Każda następna partia, która przyjdzie i powie: „modernizacja”, nie zostanie wysłuchana. Przecież jeśli ktoś ogłosi, że chce budować żłobki, to ludzie odpowiedzą, że przecież Tusk też chce żłobków, mówił o tym. „Wy chcecie modernizacji nauki, a my to robimy” – zawsze może w podobny sposób odpowiadać.

Porozmawiajmy o samym Tusku. Ma szansę dwukrotnie wygrać wybory, przejść do historii. Jak chciałby się w niej zapisać?

To bardzo dobre pytanie, które też mnie nurtuje. Być może on to sobie tłumaczy w ten sposób, że pierwsza dekada naszej niepodległości to był czas rewolucji, wyzwalania i odbudowania państwa, dekada druga to okres tworzenia instytucji, umocowania Polski w Unii Europejskiej, w NATO, a teraz przyszedł czas na wyzwania modernizacyjne.

Ale nie zostawia pan na nim suchej nitki.

Tusk dziś jest człowiekiem potwornie zmęczonym i wypalonym rządzeniem, stąd jego nieustanne poirytowanie. Niech pan sobie wyobrazi takie życie: przez dwa tygodnie przed wyjazdem do Kopenhagi na szczyt w sprawie redukcji CO2 człowiek uczy się o ochronie środowiska, wraca zmęczony, a tu jakiś pożar, bo mu policja staje, bo trzeba łatać deficyt budżetowy. Może i on osobiście ma jakieś pomysły, ale zarazem czuje czy wie, że obecne państwo jest bezsilne wobec wyzwań najbliższego dziesięciolecia.

To po co mu to wszystko? Gdybym nie miał poczucia żadnej misji, to rzuciłbym to wszystko w cholerę.

Sam zadaję dziś pytanie: jaki był sens tego platformerskiego udziału we władzy przez ostatnie cztery lata, poza osiągnięciem sytuacji, że Donald Tusk, jako szef tego ogromnego aparatu partii, jest jego niewolnikiem i musi spełniać jego postulaty? Nie może zrezygnować, bo ten aparat go potrzebuje, bez niego wszystko by stracił.

Ale jakie on osobiście cele sobie stawia?

Może i za tymi ustawami o szkolnictwie wyższym czy systemie zdrowotnym ma jakąś wizję, ale chyba nauczył się, że państwo jest bardzo trudno zmienić. Rząd ma w gruncie rzeczy niewielki wpływ na zachowania ludzkie, ich decyzje.

I stąd ten minimalizm Tuska? Nie robię, bo i tak niewiele mogę?

Pragmatyzm jest silniejszy niż wszystko inne. Każdy rząd po Buzku w gruncie rzeczy niewiele robił.

Nie, żeby wszystko robił dobrze, ale rząd Kaczyńskiego…

Ale co on takiego zrobił poza ustanowieniem nowej instytucji kontrolnej czy porządkami w służbach specjalnych? Owszem, zmienił naszą wrażliwość na przykład na korupcję, ale instytucje pozostały niezmienione. I w tym sensie wciąż aktualne pozostaje to wezwanie z lat 2004 – 2005, że to państwo potrzebuje radykalnej zmiany. Potrzebujemy IV Rzeczypospolitej tak samo jak wtedy.

Dawno nikt nie wzywał do budowy IV Rzeczypospolitej.

Nie skupiajmy się na haśle, ale na projekcie zmiany państwa, który ono firmowało. Dziś widać jeszcze wyraźniej, jak bardzo jest potrzebne to potrząśnięcie i zbudowanie nowej struktury życia społecznego. I to w każdym wymiarze. Ta wizja sześć lat temu była prosta i nawet miała prawo do pewnej nieodpowiedzialności politycznej, dlatego że wtedy była potrzeba idei. Dziś trzeba by to dokładniej dopracować.

Nie ma potrzeby, bo nikt już nie chce budować IV RP. Co dziś buduje Platforma?

Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że Polską nie wszędzie rządzą ludzie Platformy Obywatelskiej.

A kto?

Sporo mają do powiedzenia ekonomiści i eksperci skupieni wokół Jana Krzysztofa Bieleckiego, a tam platformersów nie ma. Tak samo nie ma ich wielu w otoczeniu Tuska w Kancelarii Premiera. Trzecią grupą, która, realnie rzecz biorąc, rządzi Polską, są wiceministrowie, i dopiero tam znajdzie się kilku polityków PO, jak i ludzi PSL, ale jest też wielu pozapartyjnych fachowców.

Trudno sobie wyobrazić PO bez Tuska. Co jeśli rzeczywiście spełni swoje zapowiedzi i odejdzie w 2015 roku?

Dziś jedyną osobą, która mogłaby przejąć po nim Platformę Obywatelską, jest Grzegorz Schetyna, ale czy człowiek, który w polityce jest od 20 lat, może wnieść jakąś nową jakość? Nie wiem.

To może ktoś inny, młodszy?

W całej Platformie nie widzę ani jednej osoby, która reprezentowałaby jakiegoś nowego ducha, dyskusję, która się tam toczy. Ta partia nie ma dziś żadnej takiej potencji. To już nawet PZPR wytwarzał jakieś antyciała, kontrelity, budował skrzydła, a Platforma jest monolitem bez wyrazu.

W 2007 roku żaden program nie był PO potrzebny, bo wyzwalała kraj spod pisowskiej okupacji.

Teraz też się użyje PiS, do czegoś się przyda.

A co będzie, jak wygrają?

Gdyby Tuskowi zadać pytanie: co dalej, to pewnie mówiłby o trudach rządzenia, a nie o tym, co trzeba zrobić. W ciągu trzech lat rządów nie wygłosił żadnego samodzielnego przemówienia. Oczywiście miał długie exposé, które było nudnym referatem, zlepkiem pobożnych życzeń.

Jeśli PO wygra jesienne wybory…

To ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą.

Obawia się pan tego?

Ja się nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

Jak miałby funkcjonować?

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami.

 


 

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

O grzechu wołającym o pomstę do nieba

      Gdy nasza starsza córka zdała maturę, był rok 2006, a ponieważ ona od dziecka interesowała się wszystkim co jest w jakikolwiek sposób związane z Życiem w najszerszym tego słowa rozumieniu, i przy okazji tak się złożyło, że w tym akurat roku na Uniwersytecie Śląskim otwarto kierunek o nazwie biotechnologia, ona w sposób całkowicie naturalny zdecydowała się ową biotechnologię studiować. Ponieważ to zawsze było bardzo poważne, solidne i pracowite dziecko, studia córka nasza ukończyła w terminie, z wynikiem bardzo dobrym, i oto, kiedy wszyscy byliśmy przekonani, że przed nią – a w przyszłości, kiedy już będziemy niedołężnymi starcami, również i przed nami – przyszłość jasna i piękna, okazało się, że dla niej nie ma absolutnie żadnej pracy. A kiedy mówię, że żadnej, to nie mam na myśli tego, że przez nią wymarzonej, czy choćby tak zwanej „dobrej”, ale w ogóle żadnej. Zero. Pomijając rozdawanie ulotek na ulicy 3 Maja – żadnej.

      Szukała więc moja córka jakiejkolwiek pracy, w międzyczasie zatrudniając się tu i ówdzie jako opiekunka do dzieci, i któregoś dnia, a był to rok 2012, trafiła na informację że w Krakowie działa prywatna firma biotechnologiczna, o jak najbardziej odpowiedniej nazwie BioTe21, zajmująca się na zlecenie różnego rodzaju państwowych jednostek, od sądów przez prokuraturę po policję, badaniem wszystkiego tego, o badaniu czego ona zawsze marzyła. No i się zgłosiła. Została przyjęta na miesięczną darmową praktykę, z obietnicą, że po przejściu okresu próbnego, zostanie odpowiednio oceniona i ewentualnie zatrudniona w owej firmie na pełen etat.

      Mieszkamy w Katowicach i dziś do Krakowa pociągiem jedzie się nieco ponad godzinę. Wówczas były to niemal dwie godziny, i przez kolejny miesiąc moja córka wstawała dzień w dzień wcześnie rano, wsiadała w pociąg, jechała do Krakowa, cały dzień badała te wszystkie próbki, sporządzała raporty a następnie wracała do domu, by następnego dnia, licząc, że to tylko miesiąc, znów wstać rano i iść na pociąg. To co ją jednak niemal od pierwszego dnia uderzyło, to to, że wśród osób, z którymi pracowała – głównie to były, tak jak ona, młode dziewczyny po biotechnologii – wszyscy pracowali za darmo, a jedyną osobą zatrudnioną na zwykły etat była księgowa. No ale czas mijał, córka moja jeździła do Krakowa i z powrotem, i mimo że jej entuzjazm powoli się wypalał, doznała szoku, kiedy minął miesiąc, pies z kulawą nogą się do niej nie zwrócił o rozmowę i ona, nie otrzymawszy nawet zaświadczenia o tym, że tam pracowała, jedyne co mogła zrobić to wstać od biurka i wrocić do domu. Później jeszcze wysyłała tam jakieś maile, ale ponieważ nikt nigdy jej nie odpowiedział, dała wreszcie spokój.

      Mijały kolejne lata, w końcu – niezbadanym wyrokiem Bożym – córka moja znalazła pracę, najpierw jako asystentka pewnego profesora, a potem jako tzw Pani Dziekan na Uniwersytecie Medycznym w Katowicach, a kiedy człowiek który ją promował odszedł, to i ona odeszła i dziś, zapomniawszy o swoich tak dużych niegdyś zawodowych umiejętnościach, jako szczęśliwa żona i mama dwóch wspaniałych córeczek, zajmuje się domem i rodziną. I pewnie nie miałaby powodu, żeby tamte czasy wspominać, gdyby wciąż w głowie nie miała tamtej upiornej nazwy BioTe21. I ja również nie miałbym najmniejszego powodu, żeby pisać ten tekst, gdyby nie ów temat bezrobocia, który ni stąd ni zowąd wypełnił naszą przestrzeń publiczną.

      Szukam dziś w Sieci tamtej nazwy BioTech21 i faktycznie coś tam wyskakuje, i owszem w Krakowie, nawet pokazuje się nazwisko właściciela, niejakiego Adama Mastera, ale o ile się orientuję, to są jakieś dawne adresy, dziś już zupełnie nieaktualne, jak ruiny po rządach koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u.

       Kiedy wspominam dziś czas, kiedy to córka moja przez miesiąc pracowała dla któregoś z nich, nie otrzymując ani zapłaty, ani podziękowania, ani choćby standardowego „skontaktujemy się z panią”, myślę oczywiście przede wszystkim o moim znajomym Józku, który, zanim odszedł z tego świata, pracował za darmo na budowie nie przez miesiąc, ale pełne trzy, i jego los jest bez porównania straszniejszy i nie do opisania niż tylko ta w gruncie rzeczy chwila, która i tak skończyła się bardzo szczęśliwie. Ale myślę też o tych wszystkich ludziach, którzy dali jakoś radę i dziś są tu z nami, zastanawiając się jak to będzie z naszą Polską. Ale też nie mogę przestać myśleć o tych, którzy swego czasu zgotowali Polsce tamten los, a dziś jak gdyby nigdy nic przychodzą do nas i z bezczelną miną oferują swoje usługi.

       Niech ich piekło pochłonie.  

   


 


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...