Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Sieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Sieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

Czy wolne media zniszczą Dobrą Zmianę?

            Byłem przekonany, że po pokazaniu jej palcem, oraz odpowiednim skomentowaniu systemowej wręcz solidarności propagandowych metod stosowanych przez tak pozornie różne pisma, jak „Newsweek” i „W Sieci”, sprawę możemy uznać za zamkniętą, a na odpowiedź odnośnie celów, jakie sobie wyznacza dziś redakcja „W Sieci”, przyjdzie nam jeszcze parę tygodni poczekać. Tymczasem niedługo po tym, jak przeczytałem – podkreślam to raz jeszcze – wyjątkowo stonowaną, gdy chodzi o osobę Prezydenta, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, zajrzałem do zamieszczonego tuż pod wspomnianym wywiadem tekstu Jacka Karnowskiego pod tytułem „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’” i wygląda na to, że jeszcze parę słów się nam jednak należy.
      Przypominam, mówimy o wydaniu tygodnika „W Sieci”, które trafiło do kiosków w poniedziałek rano, jeszcze zanim Andrzej Duda ogłosił projekty swoich ustaw, oraz o tekście, który z pewnością został przez Karnowskiego napisany jeszcze kilka dni wcześniej, prawdopodobnie jeszcze przed piątkowym spotkaniem Prezydenta z prezesem Prawa i Sprawiedliwosci, o którym obaj politycy wypowiedzieli się w bardzo pojednawczych słowach. Tymczasem w ów poniedziałek ukazuje się nowy numer tygodnika „W Sieci” z tekstem Jacka Karnowskiego, który nawet nie czekając na to, co powie Prezydent, w sposób całkowicie jednoznaczny i wyjątkowo brutalny  wypowiada mu wojnę, całą argumentację opierając na dziennikarskich plotkach. Tekst Karnowskiego jest bardzo długi, zajmuje ponad trzy strony druku i niemal w całości składa się z informacji uzyskanych, kolejno od „najważniejszych polityków partii rządzącej”, „bardzo ważnego polityka PiS”, „mojego rozmówcy”, „mojego rozmówcy ze ścisłego kierownictwa PiS”, „kolejnego rozmówcy z PiS”, „kolejnego bardzo ważnego polityka PiS”, „moich rozmówców”, „moich informatorów”, „liderów PiS”, „kierownictwa obozu”, no i na koniec jeszcze raz „bardzo ważnego polityka PiS”. Nie muszę oczywiście dodawać, że poza Andrzejem Dudą i Jarosławem Kaczyńskim, żadne konkretne nazwisko nie pada. Tam każdy jest dyskretny jak jasna cholera. Oczywiście też, przez cały czas, od początku do samego końca, pojawiają się informacje, a to że Prezydent „miał” coś powiedzieć, a to że Prezes podobno był „poirytowany”, a to, że wedle zapewnień informatorów Karnowskiego, rzecznik Prezydenta PiS-u „wręcz nienawidzi”. A całość zbudowana jest tak, że nie pozostaje nam nic innego jak uznać prezydenta Dudę za idiotę i zdrajcę, którego jedyną zaletą jest to, że nie jest Komorowskim.
     Czytam tekst Karnowskiego i przypominam sobie, jak przed wielu, wielu laty w gazecie o nazwie „Dziennik” ukazała się seria reportaży z Pałacu Prezydenckiego napisanych przez niejakich Majewskiego i Reszkę, gdzie to przez kolejne dni owaj dzielni redaktorzy, opierając się oczywiście na informacjach uzyskanych od „najbliższych współpracowników” prezydenta Kaczyńskiego, opowiadali nam najbardziej sensacyjne historie na temat owej „żenady”, w jakiej jest pogrążony Prezydent z rodziną i współpracownikami. Pamiętam tamten tekst i słowo daję, że kiedy dziś czytam to co się ukazało w tygodniku „W Sieci” widzę, że to jest dokładnie ten sam rodzaj dziennikarstwa co wtedy, oparty na anonimowych oszczerstwach i zabezpieczony gwarancją pełnej bezkarności.  Ale pamiętam też, jak się wówczas zastanawiałem, kogo Reszce i Majewskiemu udało się wyciągnąć z najbliższego otoczenia prezydenta Kaczyńskiego, kto był im gotowy opowiadać o tym, co  się dzieje za drzwiami pałacu na Krakowskim Przedmieściu, włącznie z rzekomymi, najbardziej intymnymi, awanturami między Prezydentem, a jego żoną. Dziś myślę sobie, że to musiał być Michał Kamiński, no a jednocześnie jestem pewien, że przyjdzie w końcu czas, kiedy się dowiemy również i tego, kogo ma na myśli Jacek Karnowski, kiedy mówi o swoim informatorze, „bardzo ważnym polityku PiS”.
       Jesteśmy w trakcie niezwykle ważnego procesu postawania ustaw, które, w co wszyscy wierzymy, zmienią system sądowniczy w Polsce tak, że będziemy mogli powiedzieć, że Polska odniosła upragnione zwycięstwo. Między wszystkimi zaangażowanymi w tę reformę ośrodkami toczy się niezwykle delikatna polityczna gra, której natury ani poznać nie jestesmy w stanie, ani też pewnie poznać nie chcemy, bo wiemy, że jeśli my ja poznamy, to pozna ją też przeciwnik. I na to wszystko przychodzą tak zwane „wolne media” i rozpoczynają swoją własną grę, grę wedle wszelkich danych brudną, jak najbardziej czarna ziemia.
      Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, słucham sobie muzyki, a na ściszonym telewziorze widzę jedną z licznych ostatnio, kompletnie bezsensownych politycznych debat i naszego dzisiejszego bohatera, czyli Jacka Karnowskiego, który coś krzyczy, wymachuje ręką, grozi palcem, raz wpada w zadumę, innym razem robi groźną minę, od czasu do czasu uśmiecha się szyderczo. Nie wiem, co on mówi, nie wiem nawet czego dotyczy ta debata, ale biorę pod uwagę, że on może telewidzom opowiadać o tym, co Jarosław Kaczyński sądzi o prezydencie Dudzie, i o tym, jak to Prezesowi akurat pewnych rzeczy nie wypada oficjalnie mówić, no ale od czego ma zaprzyjaźnionych dziennikarzy? No, od czego? Oni zadbają o to, by lud pisowski się dowiedział, jak się sprawy mają, no a przy okazji niech też się wreszcie sam Prezydent dowie, za jakiego durnia uważa się go w partii, która wystrugała go z kawałka lipy.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Serdecznie polecam. 

niedziela, 1 października 2017

O Tomku i Jacku, kolegach z boiska

           Nie wiem, czy ktoś z nas tu wie, a ja mam szczerą nadzieję, że nikt, ale od pewnego czasu cena tygodnika „W Sieci” wzrosła i dziś każdy, kto ma ochotę się dowiedzieć, co ma nam do powiedzenia prawicowy mainstream, musi za tę wiedzę zapłacić tygodniowo siedem złotych bez 10 groszy. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która przez wzgląd na te siedem złotych przestała kupować wspomniane pismo, natomiast mam pewność, że dokładnie z tych samych przyczyn, dla których wciąż ukazuje się „Tygodnik Powszechny”, redaktorzy „W Sieci” mogą spać spokojnie. Są bowiem projekty, oraz reprezentowane przez nie interesy, którym upaść pozwolić nie można, a skoro nie można, to znaczy że nawet jeśli większość nakładu wspomnianych pism będzie musiała zostać przeznaczona na zmielenie, one będą się nadal bezpiecznie ukazywały, a ich cena będzie rosła wraz z apetytami coraz bardziej rozpaskudzonych redaktorów.
      Dlaczego postanowiłem się znów zająć, jak najbardziej „naszym”, tygodnikiem „W Sieci”? Otóż dowiedziawszy się, że wypowiedzi na bieżące tematy udzielił im sam prezes Kaczyński, postanowiłem po dłuzszej przerwie sobie pofolgować i przyznaję, że te siedem złotych im jednak dałem. Dzis już wiem, że, tak jak się należało spodziewać, oni dziś są jeszcze gorsi, niż byli wcześniej, jednak nie to jest pierwszym powodem, dla którego przyszło nam się dziś zajmować tym właśnie tematem. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałbym przypomnieć temat, jaki zdominował wszystkie media od lewej do prawej w zeszłą sobotę i niedzielę. Otóż zbliżał się poniedziałek, kiedy to prezydent Andrzej Duda miał ogłosić swoje projekty ustaw o sądach, i oto pojawiła się informacja główna, że Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu tygodnikowi „W Sieci”, w którym oświadczył, że „musimy wiedzieć, czy Prezydent jest z nami”, oraz informacja dodatkowa, że wedle posiadanych przez Redakcję informacji, Prezydent jednak już najprawdopodobniej z nami nie jest. W tym momencie rozpętało się medialne piekło – piekło naturalnie na miarę czasów, gdzie nawet śmierć tysiecy ludzi zabsorbuje publiczną uwagę zaledwie przez parę dni – i każdy z nas zamarł w oczekiwaniu na mordobicie jakie już za chwilę się zacznie. Chyba nawet któryś z Czytelników w pewnym momencie spytał mnie, co sądzę o wypowiedzi Kaczyńskiego, na co ja odpowiedziałem, że aby tę wypowiedź skomentować, muszę się z nią zapoznać osobiście, bo do wszelkiego typu medialnych doniesień mam zaufanie szczątkowe, i choć przyznaję, że spodziewałem się jakiejś lekkiej manipulacji w postaci wyrwanego z kontekstu zdania, lub lekkiego przesunięcia akcentów, to w życiu bym się nie spodziewał, że dziś się takimi drobiazgami nikt już nie przejmuje.
      A zatem, wracając do poprzedniej kwestii, chciałem poinformowac, że, owszem, kupiłem to akurat wydanie „W Sieci”, z tym właśnie wywiadem z Jarosławem Kaczyńskim i faktycznie już na okładce przywitał mnie najjaśniejszy profil Jarosława Kaczyńskiego, oraz wielki tytuł: „CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”, a dalej sam wywiad i równie wielki tytuł: „MUSIMY WIEDZIEĆ, CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”. I proszę sobie wyobrazić, że dałem się zaskoczyć. Otóż, dalej nie ma ani śladu manipulacji. Żadnych kontekstów, żadnych niedopowiedzeń, żadnych wręcz tak charakterystycznych dla Prezesa niezręczności. Tam wszystko jest podane czysto i jasno, a kwestia, czy Prezydent jest z nami… w ogóle nie jest poruszona.
      Właśnie tak. Przez cały ten wywiad Jarosław Kaczyński jednym słowem nie porusza kwestii, czy Prezydent jest z nami. Owszem, tam pojawia się temat prezydenckich ustaw, jednak Prezes na ten temat wypowiada się z maksymalnym umiarem. Dylemat, czy Prezydent jest z nami, czy nie, w ogóle się nie pojawia, on okazuje się być w całości wymyślony przez redakcję tygodnika „W Sieci”. Pierwsza puszczona plotka, podobnie jak tytuł na okładce tygodnika i wreszcie tytuł samego wywiadu to nawet nie manipulacja, ale zwykłe, brutalne kłamstwo.
      Pozostaje teraz się już tylko zastanowić, dlaczego oni to robią, jakie oni stawiają sobie cele. Otóż oczywiście pierwszym z nich jest sprzedaż i to im z całą pewnością udało, przynajmniej gdy chodzi o moje siedem złotych, gdy jednak sięgniemy głębiej, to tam jest już bagno, w które lepiej nam nie wchodzić, bo ono nas zwyczajnie zadusi. Jest jednak coś, co wiemy już na pewno – prawicowe media to dokładnie ten sam mainstream, jaki znamy od lat. Mainstream żywiący się intrygą, kłamstwem i zwykłą podłością.
     Dokładnie w tym samym tygodniu, gdy bliźniacy Karnowscy odpalili aferę z prezydentem Dudą (w omawianym numerze tygodnika jest nawet tekst Jacka Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”), który rzekomo ostatecznie zdradził Dobrą Zmianę, ich kumpel z branży, Tomasz Lis, na portalu newsweek.pl opublikował tekst zatytułowany „Piwo dopiero po 23. Tak rząd chce walczyć ze spożyciem alkoholu”, z równie jednoznacznym podtytułem: „Rząd idzie na wojnę z piwem. I być może właśnie wypuścił dżina z butelki”, sprawiając, że pod ową informacją eksplodował bezprzykładny hejt w takiej oto kwestii, jak to „dobra zmiana” chce nas pozbawić konstytucyjnego prawa do spożywania piwa. Gdyby jednak komuś się chciało zajrzeć glębiej, doczytałby, że chodzi o to, by reklama piwa w telewizji była emitowana, nie tak jak dziś od godziny 20, a od godziny 23.20. Swój tekst Tomasz Lis kończy refleksją: „Efekt? Być może siłą zdolną obalić obecny rząd okażą się miłośnicy picia piwa pod chmurką”. Jacek Karnowski jest równie konkretny: „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”
     A więc mamy to co mamy, i po raz kolejny jedyne co nam pozostaje, to mieć uszy czujnie nastawione na każdy syk, który do nas dochodzi. Z którejkolwiek strony.
     Zrobiło się jakoś smutno, a więc na koniec kilka słów ze wspomnianego wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, których oni akurat przezornie nie uznali za przekaz dnia, a które nam akurat dają nadzieję, że jest ktoś, kto nad tym wszystkim jednak panuje: „Są w naszej partii ludzie, którzy uważają, że jest dobrze i będzie już zawsze dobrze. To niebezpieczne myślenie”.
       Niech Bóg da mu zdrowie i długie życie.



Oczywiście, gdy chodzi o książki nic się nie zmieniło. Większość wciąż liczy na to, że „Znak” zacznie znów publikować coś, co się da czytać, a ci co wiedzą, jask jest, kupują na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Wiem, że to nie jest łatwe, ale mimo to zachęcam. Gdy chodzi o książki, to jest ostatnia stacja.

czwartek, 22 czerwca 2017

Z wizytą w jaskini profesjonalistów

       Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi prowadzenie w tygodniku „Polska Niepodległa” rubryki pod tytułem „Wezwani do tablicy”, postawił sprawę jasno. Chodzi o to, by przedstawić format już wielokrotnie sprawdzony, a więc serię krótkich, często zabawnych komentarzy na tematy bieżące, takie jakie znamy, z jednej strony, z tygodnika „W Sieci”, czy „Do Rzeczy”, a z drugiej, choćby z „Polityki”, tyle żeby to było znacznie, znacznie lepsze. Jak wiemy, podjąłem się tego zadania i jakoś tam udaje mi się je realizować, jednak od samego początku do wczoraj jeszcze miałem obawę, że jakkolwiek bym się starał, nie będzie mi łatwo przebić dotychczasowych mistrzów, czyli choćby „wsieciowych” Mazurka i Zalewskiego.
       I oto proszę sobie wyobrazić, że po dość długiej przerwie kupiłem kolejny numer wspomnianego tygodnika i jak za dobrych dawnych czasów, w pierwszej kolejności zajrzałem do kultowej wręcz na prawicowej scenie rubryki „Z życia koalicji i opozycji”… i okazało się, że jest dobrze. Upadek, jaki zarejestrowali obaj redaktorzy otwiera przed nami pole do działania wręcz nieograniczone. Oto pierwsza część owej rubryki, czyli „Z życia koalicji” i pierwsy news. Okazuje się, że w Kacelarii Prezydenta doszło do wymiany Małgorzaty Sadurskiej na niejaką Halinę Szymańską i nasi redaktorzy zastanawiają się, kto zacz. Odpowiedź jest jedna: nie wiadomo, ale jest „cwana”. Koniec.
     Druga notka dotyczy tej samej Szymańskiej, tyle że tym razem już dowiadujemy się, że ją do Pałacu Prezydenckiego skierował Joachim Brudziński wbrew Prezesowi.
     Kiedy wydaje się, że coś wiemy, pojawia się kolejny „króciak”, a wraz z nim informacja, że podobno to nie Brudziński, lecz Artur Balazs, co może świadczyć, że Szymańska, podobnie jak inni jego znajomi, jest osobą bardzo zamożną, co oczywiście nas pozostawia w sytuacji, w jakiej byliśmy na początku, a jednocześnie dowodzi, że trzech pierwszych kawałków owej parki wybitnych redaktorów mogłoby równie dobrze nie być.
      I tu jest wreszcie pora na żart w postaci informacji, że mimo iż Sadurska już nie pracuje dla prezydenta, jej zdjęcie wciąż widniej w tak zwanym „entranecie”, co oznacza, że – tu cytat – „biedny Duda nie może się jej pozbyć”. Oto żart i jego koniec.
      W kolejnym „króciaku” w dalszym ciągu pozostajemy w temacie Sadurskiej i dowiadujemy się, że wszelkie pretensje o to, że ona otrzymała intratne stanowisko w zarządzie PZU są pełne fałszu, bo oto były wiceminister Platformy Obywatelskiej Michał Chyczewski dostał fuchę w Alior Banku, a media o tym awansie solidarnie milczą. Koniec.
      Następna notka podtrzymuje temat Chyczewskiego, a pointa jest taka, że to wstyd, że PiS nie ma własnych kadr i musi sięgać po zasoby Platformy Obywatelskiej. I to tyle. Naprawdę. Tam nie ma nic więcej.
       Pora na informację kolejną. Oto jesteśmy świadkami „kryzysu przywództwa” Beaty Szydło, niemniej pozycja pani premier jest wciąż dość pewna, a to wszystko zasługa jej krytyków z Parlamentu Europejskiego. Gdyby nie oni, już by było po Szydło. I to jest drugi żart. Rozumiemy, prawda? Szydło swoja pozycję zawdzięcza Tuskowi i temu drugiemu.
       Fakt jednak jest faktem, że pozycja Szydło drży w posadach, bo Prezes stracił do niej zaufanie, ale ponieważ jemu się ciągle zmienia, może się zdarzyć, że i tym razem wszystko będzie inaczej, niż się wydaje i to wcale nie dlatego, że redaktorzy tygodnika „W Sieci” dotrą do kolejnych plotek. I tu też nie ma nic więcej. Oto początek i koniec owej refleksji: Szydło jest na odstawce, ale Kaczyńskiemu jak zawsze może się odmienić.
      Na sam koniec pojawia się Jacek Sariusz-Wolski oraz pretensje, że ten się podlizuje PiS-owi w sposób nadmiernie bezczelny i powinien przestać. Koniec. Tyle.
      Ktoś powie, że to jest żywa demonstracja problemu, przed jakim stoją tacy redaktorzy jak Mazurek z Zalewskim, którzy od początku założyli sobie, że będą siedzieć w rozkroku na owym przysłowiowym płocie i, nasi, czy nie nasi, ciąć po równo, gdy tymczasem pojawia się kwestia, z czego można szydzić, jeśli idzie o tak zwany „rząd dobrej zmiany”, który czego się tknie, zmienia w złoto? Zobaczmy więc, jak się prezentuje profesjonalny humor Mazurka z Zalewskim, gdy chodzi o opozycję. Może tam udało im się wygrzebać coś naprawdę ciekawego? I proszę sobie wyobrazić, że tu jest znacznie, znacznie gorzej, a żeby zaprezentować ów upadek, proponuję rzucić okiem na wybraną całość:
      „Ostatnio przy całkiem akademickiej okoliczności (przechodziliśmy obok z tragarzami i nas wpuszczono) spotkaliśmy Zbyńka Siemiątkowskiego, dawnego rzecznika SLD. Ale czasy się zmieniają, to już nie ten umiarkowanie rozgarnięty Zbyniek, który uważał, że tamerlan był władcą starożytnym, a kóremu Izabella Sierakowska obiecywała, cytujemy ‘obciąć jaja’”. Teraz to poważny profesor UW, dr hab. Zbigniew Siemiątkowski. Zbyniek był jednak przez profesurę traktowany tak obcesowo, że zrobiło nam się przykro. Nikt, poza jubilatem, nie chciał z nim gadać”.
      I jeśli ktoś myśli, że ja złośliwie wybrałem coś najmniej udanego, jest w dużym w błędzie. Jest wręcz odwrotnie. To jest coś z tego całego zestawu zdecydowanie najlepszego. Owszem, kompletnie bełkotliwego, ale przynajmniej robiącego wrażenie czegoś przynajmniej przemyślanego. Reszta, to jakieś kompletne bzdury na temat Kukiza i Liroya. Bez sensu, celu, a przede wszystkim humoru.
      W ten zatem sposób dochodzimy do sedna rzeczy, czyli konkluzji. Oto mamy dwóch wybitnych prawicowych dziennikarzy III RP, którzy odstawiają coś na poziomie, którego normalny czytelnik tolerować nie ma sposobu. To jest najbardziej pusta pustka i praktyczny koniec czegoś, co przywykliśmy nazywać profesjonalnym dziennikarstwem. Pozostaje pytanie, dlaczego do tego doszło. Jak to się stało, że owi dwaj, jak by nie było, profesjonaliści, mogli osiągnąć poziom tak niski? Otóż sądzę, że na to pytanie znam odpowiedź. Rzecz w tym przede wszystkim, że tak naprawdę, poza dostępem do zawodowych plotek, które kiedyś sięgały poziomu Rywina, a dziś nie wychodzą poza rappera Liroya, oraz poczuciem humoru, które się ogranicza do kpienia z imion, oni nigdy nie mieli nic. Do tego jednak doszło jeszcze owo zepsucie, a wraz z nim przekonanie, że oni praktycznie nie muszą się już starać – ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaoferuje, nawet jeśli nie będzie miał pojęcia, co w tym worku jest. Niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, jak opisałem swoje spotkanie z jednym ze wspomnianych profesjonalistów, kiedy to spytałem go, czemu wspomniana rubryka jest tak słaba – a wówczas jeszcze, jak się okazuje, była całkiem na poziomie – i czemu on to robi. Odpowiedź była: „Karnowscy dobrze płacą”. Wygląda na to, że Karnowscy nie dość, że dobrze płacą, to w dodatku gwarantują długowieczność. A skoro tak, to wspomniany „ciemny lud” wystarczy, by się utrzymać na powierzchni do emerytury.
      Ale tak naprawdę chodzi o coś znacznie więcej, niż dwóch zepsutych prawicowych dzienikarzy. W końcu, nie oni jedni. Kiedy Piotr Bachurski prosił mnie, bym zaczął raz na tydzień pisać te kawałki, wiedziałem, że mnie absolutnie nie stać na to, by zejść poniżej pewnego poziomu. Z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie mogę zawieść czytelników, a po drugie, jeśli tylko obniżę poziom, to Bachurski mi powie, że albo się wezmę w garść, albo on mi podziękuje i poszuka kogoś lepszego. Czy on by tak zrobił faktycznie, co do tego pewności nie mam, ale wolę dmuchać na zimne i staram się jak jasna cholera, żeby każdy kolejny tekst był lepszy od poprzedniego. No i mamy, co mamy.
      Tymczaem, z drugiej strony, jest tak zwane zawodowe dziennikarstwo, które na całego korzysta z owej patologii i jeszcze ma czelność coś tam nam opowiadać na temat różnicy między amatorami i zawodowcami. Przepraszam bardzo, ale do nich mam tylko jednen apel: proszę się łaskawie zamknąć. Co do nas natomiast, zachęcam do czytania „Polski Niepodległej”. W każdą środę nowy numer, a w nim wszystko co najważniejsze.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl mamy nasze książki, a jest ich bez liku. Polecam każdą i wszystkie.
.
       

    

czwartek, 12 stycznia 2017

Cośmy im zrobili, że traktują nas jak ciemny lud?

        Ja wiem, że już za chwilę ktoś mi zwróci uwagę, że ja na punkcie tygodnika „W Sieci” mam niezrozumiałą obsesję, ja jednak przeciwko tego typu oskarżeniom gotów jestem się bronić jak lew. Zgadzam się oczywiście, że przynajmniej od czasu jak Jarosław Kaczyński zgodził się swoim autorytetem wspierać medialną działalność braci Karnowskich, ja nie mam zamiaru udawać, że tego, co wyprawia prowadzony przez nich tygodnik, nie zauważam. Choć przyznaję, że ostatnio coraz rzadziej, to oczywiście staram się mieć na nich oko. Jednak, w rzeczywistości, moim zmartwieniem nie jest poziom prezentowany przez zatrudnianych przez nich redaktorów, i w ogóle poziom tej jednej gazety, lecz poziom do jakiego oni wszyscy spychają to, co ja osobiście mam ochotę określać, jako rynek prawicowej treści i opinii. Ale nie tylko to. Rzecz bowiem w tym, że to, jak ów rynek się prezentuje, równie mocno świadczy o nim, jak i o nas. A to mnie już dotyka jak najbardziej osobiście.
      Ponieważ, jak już wspomniałem, ostatnio tygodnik „W Sieci” coraz rzadziej wpada mi w rękę, nie zauważyłem, że do grona jego autorów dołączył sam Wojciech Reszczyński. Czemu ten fakt mnie aż tak poruszył? Otóż rzecz w tym, że Reszczyński to nie jest ani Feusette, ani Fijołek, ani Adamski, ani Nykiel, ani Korsun, ani nawet Wolski z Pietrzakiem, a to w tym mianowicie sensie, że za nim stoi autentyczna historia. Ja mam świadomość, że zarówno Pietrzak jak i Wolski to również „dzieci PRL-u”, jednak w ich wypadku mamy do czynienia zaledwie z kabaretem, podczas gdy Reszczyński to jednak poważna marka, a więc najpierw „Sygnały Dnia”, potem „Trójka” i w końcu żadne byle co, ale sam „Teleexpress”, by już nie wspominać o „Wiadomościach”  w niezapomnianych latach 1989-1991.  A zatem, jeśli nagle w pierwszym prawicowym tygodniku, jak mówię, autoryzowanym przez samego Jarosława Kaczyńskiego, pojawia się ktoś taki, jak Reszczyński, to możemy się spodziewać, że za tym pójdzie coś, co będziemy mogli uznać za odpowiadający naszym aspiracjom poziom. 
      Tymczasem jednak, proszę sobie wyobrazić, Reszczyński w owym „niepokornym” środowisku zachowuje się tak, jakby uznał, że po jednej i drugiej stronie ma do czynienia wyłącznie z bandą głupków, którzy, jeśli zasługują na uwagę, to wyłącznie przez to, że dobrze płacą, no a swoje przekonanie demonstruje tak jak tylko on potrafi. Przed nami zatem tekst pod tytułem, który sam w sobie robi odpowiednio duże wrażenie: „Paroksyzmy III RP”, jednak to co pojawia się dalej, to już prawdziwy hit. Oto Wojciech Reszczyński i jego publicystyka w postaci zaledwie jednego, ale za to głównego akapitu wspomnianego felietonu:
     
      „O ile jednak wykreowane przez Platformę Obywatelską nihilistyczne, wręcz bolszewickie, jej skrzydło do walki z narodem, czyli Ruch Palikota, występowało przeciwko ówczesnej opozycji, to dziś jest to walka z legalnie demokratycznie wybraną władzą i konstytucyjnym porządkiem prawnym. Ludzie z myślowego kręgu Palikota, wszyscy wyznawcy jego destrukcyjnej mentalności, mogą liczyć na Platformę, Nowoczesną i Bronisława Komorowskiego, przyjaciela Palikota. Ci którzy opluwali modlących się przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu, nienawidzą polskości, Kościoła katolickiego, wszystkiego, co kojarzy im się z polską prawicą konserwatywną i narodową. Wychowani na ‘Gazecie Wyborczej’, pogardzie dla narodu, przekonani od lat, jak ich polityczny guru, że ‘Polska to nienormalność’, chcą ją uczynić podobną do siebie. Temu też służą liczne organizacje pozarządowe, różne ‘krytyki polityczne’ i antify wyrosłe w III RP jak grzyby po deszczu. Wiele z nich finansuje George Soros, giełdowy spekulant, zwolennik zniszczenia wszystkiego, co w wolnym demokratycznym państwie jest narodowe, katolickie, tradycyjne”.
      Ktoś pewnie zapyta, o czym jest felieton Reszczyńskiego? Jakiż to fantastyczny temat zapragnął objąć swoją refleksją ów wybitny publicysta? Cóż takiego on chciał nam powiedzieć, czegośmy sobie dotychczas nie uświadamiali, a co wiedzieć bezwzględnie powinniśmy? Otóż odpowiedź jest prosta. Ów felieton jest właśnie o tym. O tym, co zacytowałem powyżej. Tam nie ma nic więcej. To jest wszystko, co Reszczyński uznał, że powinien nam za te kilka kawałków zakomunikować. A przy okazji poinformować nas, że osobiście uważa nas za idiotów, którym tak naprawdę do szczęścia wystarczy parę gładkich komunałów, wypowiedzianych przez kogoś, kogo oni uważają za autorytet.
      Czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, co ja sądzę o takich redaktorach tygodnika „W Sieci”, jak wspomniani Feusette, Adamski, czy Nykiel. Co by jednak o nich nie powiedzieć, oni się mniej lub bardziej w ten cały bałagan autentycznie angażują. Cwaniacy tacy jak Wolski, Pietrzak, czy teraz właśnie Reszczyński, to jest jednak chamstwo, jakie ja osobiście, gdybym tylko mógł, wypalałbym rozżarzonym żelazem. Bo nie mogę przestać myśleć, że gdyby jakimś cudem to nie oni zostali tymi autorami niepokornymi, lecz jakiś Ernest Skalski, czy Stefan Bratkowski, że już nie wspomnę o jakimś Passencie, to jeden i drugi działaliby dokładnie według tego samego schematu, który nam właśnie zaprezentował Wojciech Reszczyński. I kiedy czytam wspomniany tekst, nie mam pretensji o to, że on mnie uważa za głupka, któremu wystarczy parę gładkich patriotycznych bon motów. Mnie akurat Reszczyński dotknąć nie jest w stanie. To co natomiast boli, to sposób, w jaki oni nas traktują, no i fakt, że tygodnik, który nam poleca sam Jarosław Kaczyński, jest z nimi w zmowie i porozumieniu, i że owa sytuacja nie pozostawia nam wiele miejsca na złudzenia. Bo na tośmy sobie jednak nie zasłużyli.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Naprawdę warto.

wtorek, 3 stycznia 2017

Pan i pani Zybertowicz, czyli TKO?

          Zanim przedstawię główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst, chciałbym wspomnieć coś, co usłyszałem od jednego z dziennikarzy tygodnika „W Sieci”, którą odbyliśmy jakiś czas temu na którychś z targów książki. Zeszło nam się tam w pewnym momencie, zaczęliśmy gadać, no i go w końcu zapytałem, czy ma świadomość poziomu prezentowanego przez tygodnik, dla którego przyszło mu pracować. No i proszę sobie wyobrazić, że on bez mrugnięcia okiem, bardzo spokojnie, odpowiedział, że owszem, on sobie z tego, czym jest tygodnik „W Sieci”, zdaje sprawę, natomiast czynnikiem decydującym o wszystkim jest w jego sytuacji to, że oni „bardzo dobrze płacą”.  
     Przyznaję, że nie do końca mam świadomość tego, co się kryje za określeniem „bardzo dobrze”, natomiast, jako że sam w znacznym stopniu utrzymuję się z publikowania tekstów w paru miejscach pewne pojęcie na ten temat mogę mieć. Poza tym, ja naprawdę bardzo dobrze widzę sposób, w jaki na poziomie organizacyjnym działa akurat tygodnik „W Sieci” i nie mogę nie widzieć, jak bardzo oni się koncentrują na tym, by tam nikomu nie stała się krzywda pod względem finansowym właśnie. Zdecydowana większość zawartości każdego numeru podzielona została na zarządzane jednoosobowo kolumny i nie ma sposobu, by którakolwiek z nich choćby na jeden tydzień została odstąpiona komukolwiek spoza „bandy”, nawet jeśli to musi być coś tak drobnego i pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia, jak felieton niejakiej Marty Lewandowskiej, czy wywiad z celebrytą jakiejś Jolanty Gajdy-Zadwornej. Zrobiłem ten wysiłek i policzyłem, ile w jednym wydaniu tygodnika „W Sieci” znajduje się kolumn ściśle autorskich i proszę sobie wyobrazić, że jest ich aż 47, przy czym znaczna część autorów ma ich więcej niż jedną: czasem dwie, a niekiedy nawet i trzy. Nawet ostatnio, po tym, jak z tego towarzystwa za krytykę władzy wywalono Warzechę, na jego miejscu nie pojawił się nikt nowy, natomiast, owszem, kolejny felieton przyznano Makowieckiemu. Reszta numeru jest również zresztą podzielona między te same nazwiska, tyle że tu teksty są znacznie dłuższe, a więc, jak rozumiem również znacznie lepiej honorowane.
     Ktoś mi powie, że ja się czepiam, a w dodatku zapewne kieruje mną zwykła zawiść o to, że i ja nie mogę być częścią tej niezwykłej paczki. W końcu to jest sposób, w jaki jest organizowana większość redakcji. Tu mamy dziennikarzy „Newsweeka”, tu ludzi „Rzeczpospolitej”, tam są dziennikarze „Wprostu”, gdzieś jeszcze „Gościa Niedzielnego”, a tu akurat znajomi Karnowskiego i Zaremby. No i dobrze. Ja to rozumiem, jednak nie podoba mi się to i uważam, że gdyby media – wszystkie media – bardziej się otworzyły, wszyscy byśmy na tym zyskali. Jednak nawet i tu uważam, że to co się dzieje w przypadku „W Sieci” stanowi autentyczną patologię. Ja nie umiem wskazać przypadku, gdzie owa prywata byłaby realizowana w aż tak bezczelnie otwarty sposób. A jeśli się dziś tym zajmuję, to proszę sobie wyobrazić, że wyłącznie przez to, że we wspomnianym numerze znalazł się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, gdzie ten, komentując fakt przyznania mu przez Karnowskich nagrody „Człowieka Wolności”, oświadczył ni mniej ni więcej, jak tylko: „Czytam i cenię tygodnik ‘W Sieci’”. No bo przepraszam, co tam tak chętnie czyta i tak bardzo ceni Jarosław Kaczyński, poza naturalnie cotygodniowym felietonem swojej bratanicy? Felietony Pawła Korsuna, żarty Jana Pietrzaka, czy winne refleksje Roberta Mazurka? A może polityczne analizy Jana Marii Rokity? Czy ja mam z tego rozumieć, że po skończonym dniu Jarosław Kaczyński sięga po ostatni numer „W Sieci” i krztusi się ze śmiechu przy lekturze dowcipów Krzysztofa Fesusette?
      A może żaden z nich? Może Jarosław Kaczyński „czyta i ceni” tygodnik „W Sieci” wyłącznie ze względu na zamykający każdy numer pisma felieton Katarzyny i Andrzeja Zybertowiczów? Może to poszło o nich. Bo oto jest dokładnie tak jak napisałem. Na ostatniej stronie tygodnika „W Sieci” znajduje się felieton pisany przez prof. Zybertowicza i jego żonę. Pamiętam, że ostatni raz, jak tam zaglądałem, mieliśmy samego Zybertowicza, jednak dziś wygląda na to, że pozycja Profesora zaczęła na tyle zwyżkować, że on zwyczajnie wymusił na Karnowskich, by zatrudnili tam jeszcze panią Zybertowiczową. No i w tym momencie, kiedy na kolegium ogłoszono, że Świetlik i Gadowski będą się musieli nieco posunąć, by zrobić miejsce małżonce Pana Profesora, ci podnieśli taki rwetes, że zapadła decyzja, by te teksty, tak jak dotychczas, pisał Zybertowicz, tyle że honorarium będzie podwójne.
      Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja naprawdę za nic w świecie nie zgodziłbym się pracować dla Karnowskich, i kto mnie zna, wie, że jestem szczery, więc tu nie chodzi o jakieś skrywane frustracje. Rzecz jest w tym, że ja naprawdę chciałbym wiedzieć, jak tym ludziom nie jest wstyd popaść w coś tak zawstydzającego. Proszę mi powiedzieć, co by o mnie pomyśleli czytelnicy, gdybym ja któregoś dnia się dogadał z Piotrem Bachurskim, że mój cotygodniowy felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie podpisywany przeze mnie i przez moją żonę, natomiast on mi będzie płacił podwójnie. A to przecież jesteśmy tylko my. Andrzej Zybertowicz natomiast to były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego i obecny prezydenta Andrzeja Dudy, gwiazda TVP, publicysta „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, i teraz się okazuje, że on na dodatek musi jeszcze żebrać o te parę kawałków dla swojej żony?
     A może oni faktycznie piszą te teksty razem? On wymyśla temat, ona pisze, lub ewentualnie na odwrót? A może jest tak, że on już nie ma siły, by co tydzień dostarczać im tekst, a ponieważ żal mu było odstępować to miejsce, no i te pieniądze, jakiemuś Gadowskiemu, czy, nie daj Boże, Grzybowskiej, to zdecydowano, że kiedy jemu się nie będzie chciało, za niego będzie pisała ona, a honorarium zostaje bez zmian? Swoją drogą wspomniany tekst o kościelnych dzwonach doskonale by o tym właśnie świadczył, biorąc pod uwagę, że coś takiego mogło napisać każde z moich dzieci.
      Jakkolwiek by nie było, mam właśnie przed sobą numer tygodnika „W Sieci” z wywiadem, jakiego udzielił im Prezes i na pięknie upozowanym zdjęciu widzę Zybertowicza i jego żonę, jak patrzą na nas wzrokiem zdobywców. I czekam już tylko, jak cała reszta owych niepokornych redaktorów poczuje się takimi zwycięzcami, że do nich zaczną dołączać ich małżonkowie, a więc pani Wildsteinowa, pani Skwiecińska, pani Pawlicka, no i oczywiście pani Łosiewicz, przez co obok kabaretu Mazurek & Zalewski powstanie kolejny – Łosiewicz & Łosiewicz. I w ten sposób Prawo i Sprawiedliwość będzie mogło zacząć myśleć już o trzeciej kadencji.


Z zapowiedzi czynionych przez państwa Janke rozumiem, że ten tekst wraz z komentarzami tu na Salonie będziemy czytać do godz. 18, a potem Bóg jedyny wie, co się stanie. Jakby co, to proszę pamiętać, że góra stoi pod adresem www.toyah.pl i tam też są odpowiednie linki do księgarni Coryllusa i do moich książek. Zapraszam.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Kaczyński przewraca płot

Zabrało mi to całe trzy dni, ale w końcu zdecydowałem się kupić tygodnik „W Sieci” i przeczytać słynny już dziś bardzo wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. I tak jak się to już okazało wielokrotnie, to co mówi Kaczyński, a sposób, w jaki jego słowa są relacjonowane przez opozycję, oraz przez komentatorów, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony politycznej sceny, to dwie kompletnie różne rzeczy. Z tego co słyszymy, pierwsza i faktycznie jedyna informacja, jaka dochodzi do nas po wypowiedzi Kaczyńskiego, to ta, że między nim a Andrzejem Dudą panuje ciężki chłód, dalszy los Beaty Szydło robi wrażenie wybitnie ponure, no a sam Prezes nie jest w stanie dłużej znieść braku uwagi, z jakim spotyka się z każdej strony.
A wystarczyłoby choćby rzucić okiem na tytuł, jakim ozdobione jest okładkowe zdjęcie Kaczyńskiego: „Musimy jeszcze mocniej ruszyć do przodu”, by się zastanowić, czy tam przypadkiem nie chodzi o coś zupełnie innego. Nie o czyjeś osobiste pretensje, czy kompleksy, nie o próby poprawiania pozycji, lecz o coś, czego, jak się zdaje, dotychczas w Polsce nikt się nie zdecydował tak konsekwentnie realizować, a więc zwycięstwo totalne. I, jak sądzę, większość przeciwników obecnej władzy doskonale to rozumie i stąd owa desperacja, z jaką oni dziś plują, kłamią i manipulują.
W głosach komentujących wypowiedź Kaczyńskiego pojawiają się dwie kwestie. Pierwsza to wyraźnie podkreślenie, że według niego, sposób, w jaki funkcjonuje dziś władza, to wynik eksperymentu i eksperyment sam w sobie. Druga z kolei to ta, że Kaczyński rzekomo skarżył się na Prezydenta i jego otoczenie, że oni za bardzo dbają o opinię im wrogich. I to tyle na temat owej rozmowy. Czy naprawdę nic już więcej. Z tego co udało mi się usłyszeć, nic. Również, mimo że nie wszystko pewnie widziałem i słyszałem, nigdzie nie znalazłem następującego fragmentu z rozmowy z Prezesem, fragmentu moim zdaniem absolutnie kluczowego i wyjaśniającego wszelkie ewentualne wątpliwości co do tego, o co tu się toczy gra:
„Są sukcesy, ale nic gorszego niż samozadowolenie nie może nas spotkać. Mówię jasno i wyraźnie: musimy iść do przodu, jeszcze przyśpieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty, musimy ruszyć jeszcze bardziej do przodu. Rząd musi być zwarty, musi myśleć wspólnymi celami. Te resortowe kłopoty, które – uczciwie mówiąc – są w rządzie, muszą zostać twardą ręką przełamane. […] Kiedyś Aleksander Kwaśniewski powiedział mojemu śp. Bratu, że u nas, gdy ktoś ma najmniejszy ogródek, to natychmiast zaczyna go grodzić, by inni nawet nie przeszli. I tak samo bywa w rządzie, co trzeba przełamywać”.
I jeszcze coś: „Nigdy nie miałem przesadnie idealistycznej wizji również własnego obozu, zwłaszcza po tym, jak się okazało, że nie da się zbudować wąskiej, w pełni sprawdzonej, partii kadrowej. Musieliśmy się otworzyć i wiemy, że zło może dotknąć także z nas. Ale tym się różnimy od poprzedników, że będziemy je zdecydowanie zwalczali. I mówię jasno, że tego oczekuję od rządu i pani premier. […] Nikt nie może się czuć bezpiecznie. Każdy na każdym stanowisku musi się starać, każdy musi wiedzieć, że zostanie oceniony”.
No i na koniec: „Bo nie ma nic gorszego niż samozadowolenie, nie ma nic gorszego niż przekonanie, że wszystko idzie świetnie. Powiem tak: jako naród mamy potężne zasoby. Mądre, dobre rządy mogą rozwiązać duża część problemów Polaków”.
Czy to wszystko się uda? Sam Jarosław Kaczyński podkreśla, że tego nie wie, bo jesteśmy od początku w stanie wyjątkowego eksperymentu, ale też zapewnia, że póki ma wpływ na to co się dzieje, nie spocznie, by tym razem to co rozpoczął przed laty, dokończyć.
I to jest przesłanie płynące z tej rozmowy: że on zrobi wszystko, by tym razem tego nie spieprzyć, bo i stawka jest najwyższa, i okazja być może jedyna.
I powtórzę: oni to wiedzą z całą pewnością. Doskonale wiedzą, że tym razem on nie popuści. Tym razem nikomu na tak zwany „krzywy ryj” nie uwierzy. I interesu pod nazwą Polska dopilnuje. Tym razem dopilnuje. I to musiało dotrzeć do tych, do których dotrzeć miało. Wspierajmy Jarosława Kaczyńskiego.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam gorąco.

wtorek, 16 lutego 2016

Może przewodnik po Armagedonie dla Szanownych Państwa?

Najpierw proszę mi pozwolić na dłuższy cytat:
„NADCHODZI KRES. MISTYCZNE WIZJE KOŃCA ŚWIATA, PRAKTYCZNE PORADY, JAK PRZETRWAĆ W CZASACH OSTATECZNYCH. CZY ZALEW MROŻĄCYCH KREW W ŻYŁACH INFORMACJI TO EFEKT NASZEGO DOSTĘPU DO INTERNETU? WIELKIE WULKANY BUDZĄ SIĘ NA NOWO, TRZĘSIENIA ZIEMI NISZCĄ CAŁE MIASTA. SZALEJĄ TORNADA I TSUNAMI, ZMIENIA SIĘ KLIMAT, ZACZYNAJĄ SIĘ WĘDRÓWKI LUDÓÓW, NIENORMALNOŚĆ STAJE SIĘ NORMĄ. FANTAYZM I TERRORYZM PUKAJĄ DO NASZYCH DRZWI. POLITYKA STAJE SIĘ DOMENĄ SZALEŃCÓW, EKONOMIA RUJNUJE CAŁE NARODY.
Apokaliptyczne przestrogi. Kiedy pojawiły się w historii? Czy pierwszy raz w dziejach mamy do czynienia z ich lawiną? Czy mówią o naszych czasach? Czy wiemy, kiedy i gdzie zacznie się Armagedon?
I najważniejsze pytanie: czy można odwlec wyrok albo go złagodzić? A gdy nadejdzie kres, co zrobić, by przetrwać? Czy Bóg przygotował „miasta ucieczki”?
Jak zachować się w dniach ostatecznych, jak się do nich praktycznie przygotować? Niebo daje odpowiedź. Przeczytaj za nim będzie za późno”.
I teraz już bez zbędnej zwłoki, zanim ktoś mi zasugeruję, że ja, podczas spaceru ze swoim psem, postanowiłem się zaprzyjaźnić ze spotkaną po drodze parą Świadków Jehowy, którzy mi dali parę swoich gazetek, i że ja od dziś będę systematycznie odkrywane tam treści, spieszę wyjaśnić, w czym rzecz. Otóż powyższy cytat nie jest wyjęty z rozprowadzanej przez Światków Jehowy literatury, lecz pochodzi z „z największego konserwatywnego tygodnika opinii” dostępnego powszechnie pod nazwą „W Sieci”, a stanowi reklamę wydanej przez „Frondę” książki niejakiego Wincentego Łaszewskiego zatytułowanej „Nadchodzi kres”. Jakby tego było mało, no i na wypadek gdyby ktoś zaczął argumentować, że tygodnik „W Sieci” to nie Kościół, podobnie jak nie jest Kościołem Grzegorz Górny, który, jak pamiętamy, niedawno całkiem miał tam serię pogadanek na temat prowadzonych przez siebie poszukiwań Świętego Grala, i nie jest nawet Kościołem „Fronda” wraz z całą tą prawicową hipsterką, która niedawno owo „pismo poświęcone” skutecznie przejęła, pod zamieszczonym przez Karnowskich tekstem ukazuje się jednoznaczna informacja, że książka jest „rekomendowana” przez coś, co nosi nazwę Światowego Apostolatu Fatimskiego, a patronat medialny nad nią sprawują, po kolei, Telewizja Polska, Gość Niedzielny, Krajowa Agencja Informacyjna i Radio Warszawa. A więc, jak widzimy, ten Łaszyński i jego poradnik, jak i gdzie się ukryć, kiedy nadejdzie koniec świata, to nie jest ani pojedynczy wybryk jakiejś sekty, ani prowokacja KRRiT, ale jak najbardziej projekt autoryzowany przez agendy ściśle kościelne.
Kiedy wpatrywałem się jak zaczarowany najpierw w tekst, od którego zaczęliśmy te refleksje, a następnie w ów tak bardzo niezwykły patronat, pomyślałem sobie, że, z ciężkim wprawdzie sercem, ale sprawdzę, co to takiego ten Światowy Apostolat Fatimski, którego, jak się dowiaduję, członkiem jest Wincenty Łaszyński. No i okazuje się, że jest to, działająca jak najbardziej z błogosławieństwem Watykanu, powstała w Stanach Zjednoczonych organizacja świeckich katolików, kiedyś nosząc nazwę Niebieskiej Armii Matki Bożej z Fatimy, jednak zgodnie życzeniem Jana Pawła II zmieniając ją na ów Apostolat.
A więc, jak widzimy, znaleźliśmy się w punkcie, gdzie „Fronda” wydaje książkę, która, jak głosi zapowiedź na froncie, „zawiera praktyczne porady, jak przetrwać w czasach ostatecznych”, tygodnik „W Sieci” ją reklamuje, ostrzegając nas, że jeśli jej nie przeczytamy, nie będziemy wiedzieć, gdzie się schować, kiedy nadejdzie Armagedon, a nad tym wszystkim roztaczają swój patronat „Gość Niedzielny”, KAI, oraz Niebieska Armia Matki Bożej z Fatimy.
Oczywiście, mógłbym teraz temat nieco rozwinąć i zapytać tego z nich, który to czyta, a czuje się tu jakoś odpowiedzialny, jak to się dzieje, że „największy konserwatywny tygodnik opinii w Polsce” handluje przewodnikami po „miastach ucieczki” na wypadek Armagedonu, zamiast zwrócić uwagę choćby na to, że oto właśnie Coryllus wydał pięknie oprawione, tak niezwykle poruszające wspomnienia księdza Mariana Tokarzewskiego, ale dam już chyba spokój. Natomiast, choć nie wiem, czy mi pasuje wpadać w ten ton, chciałem na koniec wyznać, że mam wrażenie, iż Duch Święty zesłał nam papieża Franciszka w samą porę. Ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebujemy, to ktoś, na kogo czekają Tomasz Terlikowski z rodziną i inni tak zwani „prawdziwi katolicy”.

Wspomniana książka księdza Tokarzewskiego jest do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam. Oczywiście polecam też najróżniejsze moje pozycje.

poniedziałek, 19 października 2015

Czy Piłsudski z Michnikiem są w stanie zatrzymac Prawo i Sprawiedliwość?

Ostatni przed wyborami numer tygodnika „W Sieci” przedstawia przebranego za Piłsudskiego i wznoszącego zaciśniętą pięść Jerzego Zelnika, oraz dla tych, którzy potrafią czytać, następujący tekst: „Bić k…y i złodziei. Program Józefa Piłsudskiego nadal aktualny”, a ja się już po raz nie pamiętam który zastanawiam, czy oni faktycznie uważają nas za durniów, czy może w tym co robią są szczerzy. Czy kierujący tym projektem, od lat obserwując nas, konserwatywnie i patriotycznie zorientowanych Polaków, doszli do wniosku, że my w tym naszym nieszczęsnym zaplątaniu doszliśmy już do takiego poziomu zidiocenia, że nam wystarczy już tylko porzucony gdzieś drzewiec od biało-czerwonej flagi, którym oni nas będą lali po łbach, a my będziemy im tańczyć, jak nam zagrają? A może to bliźniacy Karnowscy do spółki z Pietrzakiem, Warzechą i Janeckim, przez te kilka lat, od czasu gdy postanowili się wbić w tak zwaną „opozycję”, osiągnęli stan umysłów, przy którym liczą się już tylko duże kolorowe obrazki podpisane prostymi i krótkimi hasłami? Może to jest tak, że to nie my, ale oni są tymi, o których Roald Dahl złośliwie pisał, że „nie ma nic głupszego, jak Torys w bryczesach”? Może to faktycznie jest tak, że oni w całym swoim zidioceniu uznali, że dopiero jak my zobaczymy tę okładkę i weźmiemy sobie do serca to wezwanie do gonienia kurew i złodziei, wtedy tak naprawdę w najbliższych wyborach ruszymy do urn i zapewnimy Prawu i Sprawiedliwości rządową większość?
Ale może też jest tak, że oni tę okładkę dali po to, by PiS w tych wyborach poległ. Nie całkiem oczywiście, ale tak trochę… no na tyle, żeby i z jednej i z drugiej strony nie dało się stworzyć rządu, żeby z tego wybuchła potężna awantura i żeby wtedy oni mogli sobie jeszcze przez jakiś czas poużywać na naszych emocjach.
Otóż myślę, że tak to wygląda. Taki jest plan. Dla wielu z nich bezwzględna wygrana PiS-u i utworzenie rządu, który zostanie wystawiony na atak tak straszny, że jedyną obronę przed nim zapewnić będzie mogło wyłącznie dobre, skuteczne rządzenie, ciężka i uczciwa praca nas wszystkich, no a przede wszystkim przestrzeganie najwyższych standardów w każdym możliwym wymiarze, jest czymś, co ich zwyczajnie przeraża i do czego oni postanowili albo nie dopuścić, albo skutecznie ten straszny moment odwlekać.
Zbliżają się więc te wybory i wygląda na to, że, z jednej strony, Jarosław Kaczyński zupełnie poważnie planuje przejąć władzę, z drugiej Platforma Obywatelska robi wszystko, by ją stracić, a obie strony robią wrażenie bardzo w tych swoich wysiłkach zdeterminowanych. I tak samo jak przed nieuniknionym zwycięstwem pragnie Prawo i Sprawiedliwość powstrzymać jego medialne zaplecze, tak samo zaplecze medialne Platformy wręcz staje na głowie, by – nawet za cenę osobistej kompromitacji – równie nieunikniony upadek choćby minimalnie złagodzić. Jeszcze zanim Agora, przy pomocy dwóch swoich cyngli Lizuta i Wojewódzkiego, postanowiła skompromitować Jerzego Zelnika, wzięli oni przykład z Karnowskich i stawiając na bałwaństwo czytelników, na internetowym portalu Wyborczej zamieścili quiz, po rozwiązaniu którego każdy z nas ma wiedzieć, na którą partię ma głosować. Otóż jak słyszę, ów quiz jest tak ułożony, by nikomu pod żadnym pozorem nie wyszło, że jego partią jest PiS. Dostajemy szereg bardzo merytorycznych pytań odnośnie spraw dla nas ważnych, wybieramy odpowiedzi, które uznajemy za właściwe, i okazuje się, że powinniśmy głosować albo na postkomunistyczną lewicę, albo na Petru, albo na Korwina, na PSL, czy na Kukiza, na Platformę wreszcie – tylko nie na Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście sprawdziłem ten kant na sobie i jak najbardziej dowiedziałem się, że z moimi poglądami powinienem głosować albo na Palikota z Millerem, albo na lewe skrzydło Platformy Obywatelskiej, ewentualnie na Partię Razem. Proszę sobie zresztą obejrzeć to samodzielnie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/13,129662,5823,do-ktorej-partii-jest-ci-najblizej-sprawdz-sie-w-naszym.html
Otóż mam do Agory apel: dajcie sobie spokój i pozwólcie im działać. I tak lepsi od nas nie będziecie, bo my naprawdę jesteśmy świetni. Jeśli ktoś tu osiągnie jakiś wynik, to tylko tygodnik „W Sieci” z przyległościami. A i to przecież nie jest pewne. Kiedy wszyscy rzygają, nawet już Piłsudski nie pomoże.

Już w czwartek rozpoczynają się targi w Krakowie, na które wchodzimy z premierą mojej nowej książki o wyprawach na dziewiąty krąg. Zapraszam. Jeśli ktoś ma daleko, proszę zajrzeć do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

sobota, 3 października 2015

Demony Wrony, czyli nasi poszerzają target

Przyznać muszę, że bardzo niechętnie siadam do pisania tych refleksji z dwóch względów. Przede wszystkim uważam za rzecz wybitnie upokarzającą zajmowanie się dziennikarstwem Łukasza Adamskiego, zwłaszcza gdy on już wcześniej odebrał ode mnie swoją porcję komplementów, ale również chodzi mi o to, że jakoś głupio jest pisać o śmierci człowieka, który w pewnym momencie swojego życia postanowił się powiesić i dziś cały świat zachodzi w głowę, dlaczego? Komu bowiem potrzeby jest jeszcze mój głos?
Z drugiej strony, niedługo minie osiem lat, jak siedzę tu na tym blogu i wyrzucam z siebie wszystko, co mi leży na sercu, a więc trudno sobie wyobrazić, bym tylko dlatego, że nie wypada wsadzać nosa w obce dramaty, zlekceważył aż taki kataklizm; a nie oszukujmy się, mamy, jak się zdaje, do czynienia z autentycznym kataklizmem, i to naprawdę niezależnie od tego, jakie były jego faktyczne powody.
Myślę, że większość z nas wie już, o co chodzi. Oto nocą 19 września, w swoim pokoju hotelowym, popełnił samobójstwo polski reżyser filmowy nazwiskiem Marcin Wrona i z tego czego się dowiadujemy wynika, że nie ma takiej ludzkiej siły, która byłaby w stanie wytłumaczyć ten gest. Wrona akurat nakręcił nowy film, stanowiący ostatnią część bardzo dobrze przyjmowanej przez środowisko satanistycznej trylogii, i bardzo adekwatnie zatytułowany – „Demon”, i w momencie, gdy z każdej strony nadchodziły kolejne komplementy i pochwały, wszystko wskazywało na to, że drzwi do międzynarodowej wręcz kariery stoją otworem, a sam Wrona, wraz ze świeżo poślubioną sobie kobietą, przeżywał, jak wspominają jego znajomi, najpiękniejszy czas swojego krótkiego życia, on się wziął i powiesił.
Owemu nieszczęściu w tygodniku „W Sieci” poświęcił cały tekst wybitny krytyk literacki i filmowy, Łukasz Adamski. Wylewa Adamski łzy za Wroną, jako wielkim reżyserem, którego cała twórczość była wręcz naznaczona pierwiastkiem religijnym i pisze w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu:
„Woda oczyszcza. U Wrony jest zaś wykorzystywana do czynienia zła. Lejący w ‘Demonie’ deszcz nie tyle zmywa grzech z weselnych gości, ile pomaga wydostać się spod ziemi osobowemu złu. O ile pokazująca dojrzałość, przeszywająca otwarta końcówka filmu pozwala spojrzeć na niego w sposób nie tylko metafizyczny, o tyle [wcześniejszy] ‘Chrzest’, to film na wskroś religijny, mówiący o ofierze, jako jedynej wartości”.
A gdyby czytelnik, podobnie jak ja, owego bełkotu nie potrafił przełożyć na ludzki język, Adamski powołuje się na głos jakiegoś filmoznawcy z UJ, Kletowskiego, który, jak można sądzić, nieco rozjaśnia ścieżki, po których błądzi umysł Adamskiego:
„[Filmy Wrony] to filmy na swój sposób religijne, ale nie w rozumieniu potocznym, to raczej filmy, w których duchowość przejawiająca się w religijnych rytuałach objawia swą niespodziewaną moc, wpisując życie ludzkie w rytualność wyższego rzędu, kosmiczny, nieogarniony przez ludzkie zmysły porządek”.
I teraz, kiedy już wszystko mamy jak na dłoni, a więc tego powieszonego Wronę, tę wyższego rzędu rytualność i zachwyty Adamskiego nad przypominającą Scorsesego „drapieżnością, wrażliwością i magnetyzmem” owych filmów, powtórzmy sobie to jeszcze raz: znajdujemy się na łamach tygodnika „W Sieci” – „największego konserwatywnego tygodnika opinii w Polsce”… To tak na wszelki wypadek, gdyby zdarzyło się nam zapomnieć skąd do nas przyszły te słowa.
A ja tu stoję oniemiały i myślę już tylko sobie, że może to jednak nie był Szatan. W pewnym momencie swojego tekstu Adamski pisze, że powieszonego Wronę znalazła w pokoju hotelowym o 5 rano jego żona. A ja, wiejski nieboraczek, zastanawiam się, czy nie było może tak, że oni się poprzedniego wieczora zwyczajnie pokłócili, on sam wrócił do hotelu i z tego smutku się napił, i wziął i się powiesił. A więc że poszło o zwykły miłosny zawód. Daję słowo, że tak by było dla nas wszystkich lepiej. No i oczywiście też byśmy łatwiej potrafili znieść owo fantastyczne wręcz poczucie humoru redakcji „w Sieci”, która uznała za stosowne zatytułować tekst Adamskiego: „Demony Marcina Wrony”.

Dziś Coryllus jest z naszymi książkami w Łodzi, ale jeśli ktoś ma zbyt daleko, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem www.coryllus.pl i częstowania się do woli.

wtorek, 25 sierpnia 2015

O strażnikach teraźniejszości i czarusiach z trotylem

Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że gdy chodzi o Facebooka i Twittera, na mnie liczyć nie można. Oczywiście nie będę się wdzięczył zapewniając, że ja w ogóle nie mam pojęcia, o co chodzi, niemniej fakt jest faktem, że o tym, co się dzieje na jednym, czy drugim, dowiaduję się niemal wyłącznie od moich dzieci. Tak też, nie skądinąd, jak od mojego syna, słyszę o aktywności, jaką na Twitterze prowadzi wybitny prawicowy dziennikarz Cezary „Trotyl” Gmyz, a skoro on, to i inni. Z tego co słyszę, oni wszyscy tam siedzą od rana do wieczora i w praktyce ograniczają się do wzajemnych szyderstw i obrażania się. Z tego, co mi niemal codziennie opowiada mój syn, wynika, że tam jest nieustanny ruch, który do niczego nie prowadzi, z którego dokładnie nic nie wynika i którego jedyny sens sprowadza się do tego, by pod pozorem organizowania prawicowej burzy mózgów, tworzyć zgiełk nie do wytrzymania i nic więcej.
Ktoś mi powie, że to nic takiego, bo tak właśnie wygląda Internet, a to w Internecie właśnie wykuwa się dzisiejsza polityczna rzeczywistość. To w końcu dzięki Internetowi Andrzej Duda został prezydentem i to dzięki Internetowi cała Polska już wie, że osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej były naszym wspólnym nieszczęściem i wstydem. To wreszcie tam są dziś „drukowane” wyniki październikowych wyborów, a wraz z nimi nadzieja na lepszą przyszłość.
W tej sytuacji zajrzyjmy do mediów głównego nurtu, czyli po naszej stronie do tygodnika „W Sieci”. Również od mojego syna dowiedziałem się przed momentem, że ktoś starannie wyliczył, że z piętnastu ostatnich okładek tygodnika, jedenaście z nich przedstawia Andrzeja Dudę, a pozostałe karykaturalne fotomontaże wybranych polityków Platformy. I to, jak rozumiem, jest wspomniana burza mózgów, tyle że na poziomie dla bardziej intelektualnie zaawansowanej części elektoratu.
I znów ktoś mi powie, że nic nie szkodzi, bo przede wszystkim wiele wskazuje na to, że to jest kierunek, który niesie zwycięstwo, no a poza tym oni też mają i Lisa i Wołka i Żakowskiego, a jak tych zabraknie – zawsze się znajdzie jakiś Kuczyński, przy którym nawet nasz „Trotyl” traci swój naturalny urok. I to jest oczywiście argument dość mocny, tyle że obciążony jednym bardzo poważnym, a dla nas niestety, decydującym błędem. Otóż na tym poziomie walka faktycznie jest już dawno rozstrzygnięta i efektem owego rozstrzygnięcia jest to, że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje władzę. Rzecz jednak w tym, co będzie po, a tu straszna – prawdziwie wstrząsająca – wiadomość jest taka, że my tu nie mamy dosłownie nic. Cała propaganda – czy, jak pewnie my byśmy woleli to określać – społeczna edukacja znajduje się w rękach trzech ośrodków: Agory, Onetu i Grupy ITI. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że my przez te wszystkie lata próbowaliśmy tworzyć jakieś think tanki, jakieś ośrodki myśli republikańskiej, jakieś archipelagi wolności, efekt tego niestety jest taki, że na końcu zostają Agora, Onet i ITI.
W swoim wczorajszym tekście Coryllus przypomniał dwie anegdoty. Pierwsza z nich opowiada o polskim dziedzicu, panu Stempowskim, który do prowadzenia swoich interesów z zasady zatrudnia Żydów. Zwyczaj przy tym ma taki, że kiedy któregoś dnia któremuś z nich zdarzyło się popełnić jakieś ciężkie błędy w zapisach księgowych, pan Stempowski wzywa go do siebie i rozmowę rozpoczyna od słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, stawiając biednego Żyda w sytuacji bez wyjścia.
Druga z kolei mówi o pewnym żydowskim kupcu, który (i tu już zmuszony jestem uciec do cytatu) „każdą transakcję z gojami wyznania katolickiego zaczynał od słów – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, a jeśli nie był pewien żarliwości ich wiary, chwalił piękno polskiej flagi i ronił łzy nad losem udręczonej Ojczyzny. Potem, zmiękczywszy w ten prosty sposób serca klientów, przechodził do rzeczy”.
Coryllus ma tu swoje refleksje, natomiast ja swoje – może i nie tak głębokie i uniwersalne, ale moim zdaniem warte uwagi. Otóż proszę sobie wyobrazić, że przy okazji uroczystego ogłoszenia nowej ramówki na kolejny sezon, telewizja ITI opublikowała niezwykły wręcz spot – spot o kręceniu spotu na temat nowej oferty telewizji. Ja wiem, że wielu z nas nie ma ochoty otwierać zamieszczanych tu linków, tym razem jednak bez tego nie damy rady. To trzeba zobaczyć. Żeby zrozumieć, jak się tworzy przyszłość, to trzeba zobaczyć. No i proponuję zwrócić uwagę na pewien ciekawy szczegół. Czy ktoś tu może widzi choćby ślad polityki?

http://www.tvn24.pl/wideo/z-anteny/za-darmowe-wyzywienie-zrobimy-wszystko-tak-powstawal-spot-tvn,1451554.html?playlist_id=12799

Przepraszam wszystkich bardzo, ale ponieważ przez najbliższe dni będę się musiał skupić na nowej książce, którą musimy przygotować do druku, jest bardzo możliwe, że nie dam rady pisać codziennie. Zachęcam do odwiedzania strony www.toyah.pl i do kupowania dotychczas wydanych książek. Stamtąd droga jest prościusieńka.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Życzysz mi śmierci, a sam jesteś rudy i masz POpaprane dzieci

Zwrócono mi uwagę na tekst Daniela Passenta, w którym ten, reagując na skierowany pod adresem „Gazety Wyborczej” apel prezydenta Dudy o niepodgrzewanie i tak już bardzo wrogiej atmosfery politycznej w Polsce, zaapelował z kolei do Prezydenta, a przy okazji i do nas wszystkich, którzy na niego głosowali, byśmy walkę z nienawiścią zaczęli od siebie. Jako argument za tym, że to raczej my powinniśmy się rozliczyć ze swoich grzechów, przedstawił Passent wybór cytatów z jednego tylko numeru tygodnika „W Sieci”, w których reprezentowana przez Passenta strona politycznej walki jest traktowana nieładnie, by nie powiedzieć chamsko.
Cytatów jest zbyt dużo, bym je miał tu za Passentem wszystkie powtarzać, więc może pozostanę przy kilku, mam nadzieję, że zdaniem Passenta, najbardziej parszywych, a moim, jedynie żałośnie głupich:
„Bredzisław. PO już zdecydowała, iż robi z niego wioskowego głupka. Wreszcie znaleźli dla Bredzisława idealną rolę”.
„Tusk zaszkodził Polsce dużo bardziej niż drobny złodziej i moim zdaniem jego miejsce jest więzieniu”.
„[Kopacz] udaje Miss Polonia jeżdżącą po kraju w poszukiwaniu osób łykających jej czerwone jak PRL-owskie agitki spoty”.
Naturalnie biorę pod uwagę możliwość, że wrażliwość Passenta gorzej znosi inne wypowiedzi niepokornych redaktorów, jak na przykład te, w których ci szydzą z nazwiska Tomasza Wołka, czy o Giertychu mówią „pan Gie”, jednak, jak mówię, nie chce mi się tu cytować całego doniesienia Passenta i przedstawiam to, co moim zdaniem jest tam najmocniejsze. Ale też nie chce się zbyt długo skupiać na tekście Passenta, ponieważ ja sam na tym blogu, bez jego łaskawego udziału, już od wielu miesięcy zwracam uwagę na fakt, że tygodnik „W Sieci” przez ten swój głupi i żałośnie tandetny kabaret kompromituje nas wszystkich. Ale nie tylko to. Ja już bowiem od kilku dobrych miesięcy przedstawiam pogląd, że owo prymitywne chamstwo – z jednej i z drugiej strony zresztą – ma swoje jedyne źródło w przekonaniu polityków i mediów, że czytelnicy i telewidzowie to banda durniów, do których nie dotrze żadna propaganda, o ile nie będzie ona przekazywana na odpowiednio niskim poziomie. A zatem, my problem owej tak zwanej „nienawiści” mamy tu załatwiony dość skutecznie.
Natomiast jest też jednocześnie tak, że my wciąż nie mamy rozstrzygniętego problemu nienawiści prawdziwej, takiej gdzie wszystko się zaczyna tam, gdzie kabaret już dawno się skończył. I z tego też względu ja zachęcam Daniela Passenta, a przy okazji wszystkich tych, których jego tekst napełnił pewną satysfakcją, żeby oni akurat się modlili, by ci durnie z tygodnika „W Sieci” nie przestali chichotać, bo te ich wygłupy, jeśli komukolwiek zaszkodzą, to tylko nam, których oni szczerze nienawidzą. Właśnie nienawidzą. Nie uważają nas za wiejskich głupków, nie obrzucają nas tanimi szyderstwami, nie wyśmiewają nas z powodu naszych nazwisk, ale życzą nam już tylko śmierci.
Pamiętam bardzo dobrze, jak jeszcze zanim umarł – swoją drogą, przypominam Danielowi Passentowi, że on w rzeczy samej od pięciu lat nie żyje – prezydent Kaczyński udał się z wizytą do Bielska-Białej i z tej okazji lokalna „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, a pod owym tekstem na portalu gazeta.pl głosy czytelników. Proszę uprzejmie:
„Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie”;
„Nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu – niepotrzebnie się tu pcha – bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki – no i bardzo dobrze – spieprzaj, dziadu, do mamusi”;
„Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala – stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje – większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!”;
„Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi. Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli”;
„Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do ‘czachojebów’. Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla”;
„Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!”.
I mam oczywiście nadzieję, że Daniel Passent nie powie mi tutaj, że podczas gdy on cytuje poważnych przedstawicieli prawicowych mediów, ja się znęcam nad jakimiś internautami, bo wówczas przede wszystkim będzie on mi musiał wytłumaczyć, kto tam u nich na kogo wpływa bardziej, czytelnicy na nich, czy oni na czytelników, ale też zawsze będę mógł przypomnieć zdarzenie sprzed lat, kiedy to w wypadku samochodowym zginął prawicowy austriacki polityk Jörg Haider, a kumpel Passenta Piotr Najsztub skomentował to zdarzenie refleksją, że czemu to u nas w Polsce nie dochodzi do takich przypadków.
A więc choć wiem, że tamtych komentarzy nie pisał ani Passent ani nawet Najsztub, ale też ani nie mam oczywiście pojęcia, ani też nawet nie umiem sobie wyobrazić, co za typ człowieka mógł za nimi stać, to, gdy chodzi akurat o ostatni z nich, to, owszem, mogę spekulować. Oto ledwo wczoraj rozmawiałem z bliskim kolegą, który mi opowiedział o całkowicie przypadkowym spotkaniu z pewnym miłym, starszym panem, tu w Katowicach. Proszę sobie wyobrazić, że ów pan z kolei opowiedział mu o tym, jak jeszcze pięć lat temu, po ciężkim wypadku, trafił nieprzytomny do szpitala na odział intensywnej terapii i kiedy odzyskał świadomość, pierwsze co się dowiedział, to to, że w Smoleńsku rozbił się samolot i prezydent Kaczyński nie żyje. I wówczas pan ów, wedle swojej własnej relacji, na ową wiadomość zareagował taką radością, że niemal w jednej chwili poczuł, że ozdrowiał. Kolega mój, zanim jeszcze zdążył się porządnie oburzyć, zapytał, za co ów pan tak bardzo nie lubił prezydenta Kaczyńskiego, że wiadomość, iż ten nie żyje, aż tak go uradowała, na co ten odpowiedział, że za to, że on kiedyś do pewnego człowieka zawołał „Spieprzaj dziadu!”.
Koniec. To wszystko. A my się tylko możemy domyślić, że to pewnie wtedy rozległo się to strasznie zabawne „bęc!”.
I to już faktycznie wszystko. Prawie. Na koniec mam bowiem jeszcze serdeczną prośbę do tych wszystkich z nas, którzy wciąż jeszcze przedstawiają się jako niepokorni, za to już niedługo będą nazywani dziennikarzami reżimowymi. Błagam, opamiętajcie się. Zrozumcie wreszcie, że z prawdziwą nienawiścią nie wygracie. Nawet jeśli okaże się, że mieliście rację uważając nas za idiotów, to zanim my zaczniemy na dobre rżeć, oni wyjdą na ulice i zaczną strzelać. A jak przyjdzie na nas wszystkich czas, spłoniecie razem z nimi.

Nakład książki „o liściu”, w której opisałem tamte czasy, został już sprzedany, natomiast kilka egzemplarzy mam jeszcze u siebie w domu. Jeśli ktoś miałby ochotę na egzemplarz autorski z osobistą dedykacją, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


czwartek, 6 sierpnia 2015

Na jednej nodze, gotowi do skoku, czyli skąd ten rechot?

Już dziś prezydent Duda obejmuje urząd i pewnie nie tylko u nas w domu atmosfera jest przepełniona wszelkiego rodzaju refleksjami. W dodatku, jak pewnie większość z nas zauważyła, ostatnie dni pomieszkiwania Anny i Bronisława Komorowskiego w Belwederze zostały przyozdobione trzema, moim zdaniem, niezwykle znaczącymi wydarzeniami. Pierwsze z nich, to oczywiście odpowiedź, jakiej Jarosław Kurski udzielił prezydentowi-elektowi na jego aż nazbyt uprzejmy bardzo list do czytelników „Gazety Wyborczej”, natomiast dwa pozostałe, to oba telewizyjne wystąpienia odchodzącego prezydenta i jedno, wciąż jeszcze urzędującej, premier Kopacz. Wszystko to musi świadczyć, że przed nami wojna, którą jeśli przegramy, będziemy mogli ogłosić prawdziwy koniec naszej wiary, nadziei, a ktoś słusznie powie, że i naiwności.
Pisałem tu parę dni temu o człowieku nazwiskiem Kędryna, o awansach, jakie on wydaje się czynić wobec prezydenta Dudy i o naszych związanych z tym czymś obawach. Jutro ostatecznie wszystko się wyjaśni, a ja pozostaję w nadziei, że moja wiara w to, że jednak są granice hucpy, miała swoje podstawy. Wbrew temu jednak, co możemy sobie radośnie wyobrażać, ów Kędryna, nawet jeśli robi bardzo szczególne wrażenie, wcale nie jest naszym jedynym zmartwieniem, i nawet jeśli w końcu się okaże, że on był tu zaledwie nędznym uzurpatorem, bagaż, z którym zostajemy jest wystarczająco ciężki.
Dziś urząd Prezydenta RP obejmuje Andrzej Duda, a jego służby prasowe – co z tego, że społeczne – nawet jeśli już bez łaskawej obecności Marcina Kędryny, prezentują poziom, który syn mój właśnie określił komentarzem: „To prawdziwy cud, że myśmy wygrali mimo to!”.
Przede mną trzy ostatnie wydania tygodnika „W Sieci”. Oto tekst z numeru z 13 lipca i cotygodniowy satyryczny felieton Łukasza Warzechy:
„- … no wiesz, Asiu, wtedy tak stajesz, bokiem… Nie, czekaj, drugim bokiem, bo to stamtąd jadą, potem trzeba podnieś lewą nogę…
- Ewcia, rękę chyba.
- Tak, tak, rękę, oczywiście, o, takim ruchem delikatnym, jak Majkel Dżekson, i wtedy samochody mogą jechać. Takich mnie rzeczy nauczyli w Legionowie. Proszę bardzo”.
Najnowszy numer tygodnika i felieton Pawła Korsuna:
„Raczej to Lis, Żakowski i Wołek mają słaby koniec , w którego zaliczaniu ten ostatni może świecić przykładem, nawet w nocy. Właściwie wszystko, czego się imał – czy to była gazeta, czy telewizja – szybko kończyło swoje ‘Życie’. Kolegów z POiska nie martwią te ‘przewołki’ tak długo jak na syrenę stawia się gotowy do straszenia Kaczyńskim i kpienia ze Smoleńska. Od lat TFałszN i inne platformy Platformy mogą liczyć na bajkoPiSarski opad jadu Wołka.”
A gdyby ktoś myślał, że ja się tu znęcam nad jakąś drobnicą i uciekam w kabaret, zobaczmy, co słychać na najwyższych piętrach politycznej analizy. Oto Mazurek z Zalewskim i ich tak zwany „Przegląd Tygodnia” z 27 lipca:
„Radzio Sikorski nie będzie kandydował do Sejmu i w ogóle wycofa się z polityki. Przynajmniej na jakiś czas. W sumie niewiele się zmieni – Radzio jak był nikim, tak będzie nim dalej”.
I to jest ten poziom, i to jest to, jak oni nas traktują – jak bandę idiotów, którzy złapią się na każdą przynętę. A pamiętajmy, że Warzecha, Mazurek i Korsun to nie są dobroduszni blogerzy, którzy się zaangażowali w walkę o Polskę, najczęściej za jeden życzliwy komentarz. To są poważni prawicowi dziennikarze, którzy będą tworzyć medialne wsparcie nowej polskiej polityki i którzy z tej pracy będą żyć.
Stoją więc przed nami, wciskają nam te swoje analizy, patrzą na nas z pogardą, a następnie udają się do kasy. Bardzo bym chciał, byśmy ich nigdy nie stracili z oka. Szczególnie wtedy, gdy zarówno prezydent Duda, jak i rząd Beaty Szydło zaczną odnosić same sukcesy.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu już się wyczerpał, natomiast wszystkie pozostałe moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.


piątek, 24 lipca 2015

O dobrym doktorze Bartoszu i jego nieroztropnych kolegach

Mamy piątek, a więc kolejny numer „Warszawskiej Gazety”. Szczerze zachęcam, nie tylko ze względu na mój felieton.

Mamy czas wakacji, upał nie opuszcza, zmiana lokatora na Krakowskim Przedmieściu jeszcze nieco przed nami, można więc chyba zająć się sprawami mniej poważnymi.
Jestem pewien, że część z nas pamięta jeszcze medialne doniesienia o tym, jak to były już minister zdrowia Bartosz Arłukowicz udawał się gdzieś samolotem i podczas lotu uratował życie jednemu z pasażerów, który z jakiegoś powodu zasłabł. Ton informacji był taki, że pasażer ów stracił przytomność i kiedy wydawało się, że sytuacja robi się bardzo niebezpieczna, akurat w pobliżu znalazł się dzielny pan minister, podjął akcję ratowniczą, zastosował wszelkie niezbędne czynności i szczęśliwie swojego współpasażera uratował. Komentujący sprawę dziennikarze jeszcze przez parę dni rozpisywali się z jednej strony o bohaterstwie Arłukowicza, z drugiej o jego wyjątkowo zimnej krwi, ale przede wszystkim o jego niezwykłym kunszcie zawodowym. W pewnym momencie, doszło do tego, że któraś z gazet zwróciła się do innego lekarza o ocenę umiejętności zawodowych ministra zdrowia i lekarz ów mógł tylko potwierdzić, że z opisu zdarzeń wynika, że wszystko co Arłukowicz zrobił – zrobił bez zarzutu.
Dni mijały, news o dzielnym ministrze został wyparty przez nowe doniesienia na temat przygód pani premier Kopacz w wagonach restauracyjnych na trasach Pendolino, i oto czytam dziś w jednym z zaprzyjaźnionych tygodników, że ów dramatyczny incydent w powietrzu, choć oczywiście jak najbardziej poruszający, zasługiwał na zdecydowanie więcej naszej uwagi, niż pierwsza z brzegu wakacyjna plotka. Oto, jak się dowiadujmy, uratowany przez Bartosza Arłukowicza pasażer, to nie zwykły obywatel, lecz sam senator Platformy Obywatelskiej Sławomir Preiss, który w towarzystwie partyjnych kumpli, z ministrem Arłukowiczem na czele, udawał się samolotem z Warszawy do Szczecina. I stało się tak, że ów Preiss w pewnym momencie się tak, że tak powiem, „nawalił”, że zaczął kolegom schodzić. No i to wtedy właśnie doktor Arłukowicz wkroczył do akcji i wyrwał Preissa z objęć śmierci.
Dokładnych szczegółów tygodnik nie podaje, a zatem nie wiadomo, czy oni wszyscy tam byli po wypiciu, tyle że Preiss gorzej zniósł pobyt w powietrzu, czy może ten Preiss już tak ma, że nigdzie się nie rusza bez flaszki, a reszta, włącznie z Arłukowiczem, leciała na trzeźwo. Nie wiemy też, co tak naprawdę Pressowi się stało, a więc, czy jemu trzeba było robić aż sztuczne oddychanie, czy tylko wystarczyło go przewrócić na brzuch, żeby się nie udławił. To jednak jest nie tak już ważne. Wbrew temu, co się nam może wydawać, nie jest nawet ważne, że oni tam najwyraźniej są już w takim stanie, że grzeją ostro i na okrągło. To co naprawdę zadziwia, to fakt, że reżimowe media wciąż potrafią człowieka zaskoczyć. Kiedy wydawało się, że oni nam już pokazali wszystko, numer z bohaterskim doktorem Arłukowiczem przebija wszystko. I dowodzi, że tak naprawdę wiele jeszcze przed nami.

Przypominam, że mam tu u siebie jeszcze kilka ostatnich egzemplarzy pierwszego zbioru felietonów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Osobista dedykacja w cenie. Gorąco namawiam do zgłaszania się pod adresem toyah@toyah.pl.

środa, 8 lipca 2015

Polska 2025, czyli o tym jak nasi szykują nam Gotham City w wersji turbo

Myślę, że większości z nas w jakiś kompletnie perwersyjny sposób udało się zapamiętać tamten dzień bardzo dobrze, a zapamiętując, oznaczyło go sobie, jako jeszcze jeden przykład emocjonalnego i intelektualnego upadku Platformy Obywatelskiej i ludzi zajmujących w niej pierwszorzędne miejsca, dla porządku jednak przypomnę. Oto w pewnym momencie, poseł Adam Szejnfeld na swoim profilu na Twitterze wkleił znalezione w Sieci zdjęcie z Kuwejtu, czy może Kataru, lub jakiegoś innego arabskiego państewka i dopisał do niego prognozę, że tak właśnie będzie wyglądała Polska po kolejnych czterech, czy ośmiu latach rządów Platformy. Wokół tej wypowiedzi rozległ się oczywiście najpierw szyderczy śmiech, a po nim przyszły już bardziej poważne analizy, sugerujące, że z tym Szejnfeldem faktycznie jest coś nie tak, i to bardzo mocno i raczej ostatecznie. No bo, powiedzmy sobie otwarcie, znaleźć gdzieś w czeluściach Internetu współczesną parodię Gotham City i uznać, że to jest ten nasz z dawna wymodlony „polisz drim”, to jest wydarzenie nie byle jakie.
A więc, zostaliśmy z tym Szejnfeldem i naszym czarnymi tu bardzo na jego temat myślami, miesiące mijały, i proszę sobie wyobrazić, że oto przedwczoraj właśnie bohaterowie naszej walki, bracia Karnowscy, wypuścili kolejny numer swojego tygodnika z fantastycznym wręcz okładkowym zdjęciem, na którym widzimy jeszcze bardziej niż dzisiaj posiwiałego Jarosława Kaczyńskiego, siwą Beatę Szydło, siwego Andrzeja Dudę i jak najbardziej siwego Andrzeja Dudę, a pod nim bardzo rozbudowany tytuł: „Ciekawe i zaskakujące prognozy naszych publicystów. Polska 2025. Kto będzie wielki, kto spadnie na dno. Piszą: Pawlicki, Zaremba, Janecki, Fausette, Górny, Skwieciński, Kostrzewa-Zorbas”.
Proszę więc, spójrzmy, jakież to zaskakujące prognozy proponują nam owi mistrzowie prawicowej publicystyki na najbliższe 10 lat. Po kolei:
Maciej Pawlicki – „Postawa prezydenta Dudy obudziła drzemiące dotąd instytucje państwa, które wreszcie stanęły w obronie okradanych przez banki obywateli RP. Najpierw więc szefowie i akcjonariusze korporacji bankowych, potem korporacji handlowych, chemicznych, energetycznych, medialnych i innych – zrozumieli, że wraz z rozpoczęciem tej prezydentury w Polsce skończyło się eldorado, że już nie będzie można strzyc Polaków jak bezwolne barany, jak bydło ubojne prowadzić na bankową rzeź.[…] Po dwóch prezydenckich kadencjach Andrzej Duda ma dopiero 52 lata. To dla polityka najlepszy wiek, Andrzej Duda obejmie więc funkcję szefa Unii Europy Środkowej, której był jednym z głównych rozgrywających przez ostatnie lata”.
Ktoś powie, że Pawlicki to bezczelny idiota, a więc nie ma o czym mówić. W takim razie prosimy następnego. Piotr Zaremba, „komentator i publicysta”, o Jarosławie Kaczyńskim – „Ale w roku 2023 poprowadził raz jeszcze zjednoczoną prawicę do zwycięstwa. I raz jeszcze nie został premierem, oddając pałeczkę tym razem Jarosławowi Gowinowi. Teraz zaś, po serii zdumiewających sondaży, miał szansę zostać wybrany na prezydenta po dwóch kadencjach Andrzeja Dudy. W wieku 75 lat!”
Ten też kretyn? Dobrze. Prośmy więc Stanisława Janeckiego – „W 2025 roku Donald Tusk ma dużo pieniędzy, ale nie ma spokoju. Dlatego większość czasu spędza za granicą. Spokoju nie ma dlatego, że śledztwo smoleńskie nie zostało zakopane i na jaw wyszły różne przewinienia oraz zaniechania, które kwalifikują się nie tylko na postawienie przed Trybunałem Stanu”.
Janecki się nie liczy? Bierzmy następnego, Krzysztofa Fausette… no, tu niestety jest taki bełkot, że nie ma sposobu na jakikolwiek cytat.
Grzegorz Górny – „Dziesięć minut później stałem pod sceną, gdzie występowały zespoły muzyczne. Jeden grał heavy metal, kolejny punk rocka, następny reggae. Podszedłem do chłopaka i dziewczyny ubranych w stylu grunge. Ona miała na ręce tatuaż z wielkim krzyżem, a on z twarzą Jezusa”.
Robi się niebezpiecznie? Nic nie szkodzi. Jest jeszcze Piotr Skwieciński i jego prognozy – No, niestety, to jest jeszcze gorzej niż u Feusette. Chyba jednak wóda.
Na koniec Grzegorz Kostrzewa Zorbas, a więc człowiek poważny – „Dżihadyści zdobędą broń masowego rażenia”.
Myślę, że nadeszła pora na podsumowanie. Otóż wszystko, co starałem się tu pokazać, stanowi wybór z tak zwanego „dodatku specjalnego” do najnowszego wydania tygodnika „W Sieci”, pod tytułem „Polska 2025”, a ów dodatek zilustrowany jest kompilacją zdjęć z szejnfeldowego twittera, tworzącego jakiegoś urbanistycznego potwora, na widok którego on sam, miłośnik przecież, jak już wiemy, bardzo szczególnego typu estetyki by się ze strachu zwyczajnie wyrzygał. To co widzimy bowiem na tym rysunku, to przykryty tymi wieżowcami Pałac Kultury, co tworzy najbardziej koszmarny koszmar, z jego maleńkim, samotnym fragmentem z napisem – jak na ironię, przekopiowanym w lustrze – Muzeum Techniki. No i wielki tytuł: „Polska 20125”.
Bogu niech będą dzięki!
Oto zatem Polska w wyobraźni czołowych prawicowych publicystów, skupionych w redakcji tygodnika „W Sieci”. A ja już właściwie nie mam nic do powiedzenia poza informacją, że jeśli zdarzy mi się gdzieś na któregoś z nich wpaść, to dojdzie do pokazu przemocy, jakiego świat nie widział. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Mamy oto do czynienia z agresorem, przy którym wszystko to, co widzieliśmy dotychczas robi wrażenie nieszkodliwego zupełnie żartu, a ja naprawdę mam swoje emocje i nie zamierzam ich elegancko ukrywać tylko dlatego, że wiem, że świat się oficjalnie w ogóle się bardzo skiepścił.

Bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Czy Bracia się biorą za Smoleńsk?


Ponieważ ostatnio liczba tematów bieżących mocno nas przytłacza, felieton z ostatniego wydania „Warszawskiej Gazety” musiał poczekać aż do dziś. Tym bardziej szczerze zachęcam.

W najświeższym numerze „W Sieci” mamy rozmowę z, jak go redakcja przedstawia na samej okładce, „wysokim rangą oficerem wywiadu”, której cały sens i wartość sprowadza się do tezy, że Smoleńsk był zbrodnią zaplanowaną. To jest okładka. Dalej natomiast jest duże, kolorowe zdjęcie owego oficera, jego nazwisko, no i długi na siedem bitych stron wywiad. I jeśli ktoś myśli, że ja mam zamiar szydzić z Redakcji i tego Wrońskiego, bo takie nazwisko nosi dziś już emerytowany agent, jest w dużym błędzie. Wprawdzie całej tej rozmowy nie przeczytałem, bo jak mówię, ona jest dla mnie dużo za długa, ale przyznaję, że przynajmniej to, co się znalazło na jej samym początku, robi na mnie ogromne wrażenie. Na tyle duże, że nie mam nawet pewności, czy faktycznie potrzebuję wiedzieć więcej.
Otóż ów Wroński, wspominając sobotnie przedpołudnie 10 kwietnia 2010 roku, mówi tak: „Usłyszałem, że doszło do katastrofy. Natychmiast przykleiłem się do telewizora. Po kilku chwilach okazało się, że najprawdopodobniej wszyscy zginęli. […] Chwyciłem za telefon. Byłem przekonany, że za moment pojadę do pracy.[…] Ale nikt ze znajomych nie odbierał. Pojechałem do Agencji. Okazało się, że nikogo tam nie ma. Po paru godzinach wreszcie ktoś do mnie zadzwonił […] ‘O co ci chodzi, po co się dobijasz?[…] Masz wolny dzień, ładna pogoda, idź na spacer’. […] Zadzwonił do mnie kolega z ABW zdziwiony, że u nich właściwie nic się nie dzieje. Później usłyszałem […], że jedyną grupą postawioną na nogi w ABW była grupa realizacyjna, która spieszyła zabezpieczać BBN. […] W poniedziałek z kolegą, z którym razem jeździliśmy do pracy, włożyliśmy czarne krawaty. Ktoś powiedział mi na korytarzu, żebym się nie wygłupiał i nie robił demonstracji politycznych, bo przecież to nie mój prezydent zginął”.
Dalej, jak mówię, czytać nie miałem ochoty, a poza tym, z tego co udało mi się zauważyć, rozumiem, że tam nie ma nic, czego bym albo nie wiedział, albo się nie domyślał. Owo świadectwo, którego najistotniejsze fragmenty przytoczyłem – zakładając oczywiście, że to wszystko jest prawda – uzupełnia moją wiedzę na temat Smoleńska w sposób absolutnie rozstrzygający, w dodatku, temu, co się wówczas stało, nadając wymiar wręcz apokaliptyczny. Obraz pogrożonych w weekendowej gnuśności służb, z jednym jedynym wyjątkiem tych, których zadaniem jest przejęcie Kancelarii Prezydenta, oraz zabezpieczenie dokumentów w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, ściska za gardło i obezwładnia.
Powtarzam. Jeśli prawdą jest co ów Wroński opowiada, mamy sytuację zupełnie nową, a przy tym zupełnie nową perspektywę. Bo nie jest tak, że jakiś ważny oficer wywiadu pięć lat temu był świadkiem zbrodni, a dziś wyłącznie z dobrego serca przychodzi do red. Pyzy z tygodnika „W Sieci” i zaczyna mu się zwierzać. O nie! Jestem pewien, że tacy naiwni, by w to uwierzyć, to my tu nie jesteśmy.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wszystkie, to znaczy, bez „Siedmiokilogramowego liścia”, który się akurat sprzedał. Mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie, więc, jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl.

wtorek, 2 czerwca 2015

Czy wiersze Ryszarda Makowskiego staną się szkolną lekturą?

Mieliśmy wczoraj na tapecie okładkę najnowszego wydania tygodnika „W Sieci” i powiedzieliśmy sobie na jej i jej pomysłodawców temat chyba wszystko, ale wciąż przed nami piętrzą się problemy, z jakimi będziemy musieli sobie radzić nie tylko dzisiaj, ale, obawiam się, przez najbliższe lata. W komentarzu pod wczorajszą notką Coryllus, odnosząc się do publicystycznej metody autorów „W Sieci”, napisał coś takiego:
„Ale ja nie żartuję, jak oni się zorientują, że można coś ugrać na wyszydzaniu tych durni, to zrobią identyczną jak W sieci gazetę z jajcarskimi tekstami o Kaczorze i pozamiatane. Ja bym tak zrobił”.
O jakiego rodzaju teksty chodzi? O takie mianowicie:
„Daliście dupy, Stefan. Wiesz o tym i wy wszyscy wiecie. A wiesz, dlaczego? Powiem ci, jakbyś tu był: bo jesteście ćwokami. Tępymi jak kij do miotły ćwokami, które bez Donalda nie potrafią nawet nie przerżnąć wygranych wyborów” (ironiczny telefon Krzysztofa Feusette do Stefana Niesiołowskiego);
„Po pięcioletnim blokowaniu etatu pałac opuszcza prezydent, jako rezydent. Nadszedł czas pożegnań z ‘bulem’, szogunem, gajowym i całą dworska świtą, która musi zmienić pracę” (felieton Jana Pietrzaka);
„Na Mazury macać kury/Bronek jedź/Na Mazury macać kury/I niech ucho ci pokaże jakiś śledź” (z piosenki Ryszarda Makowskiego);
„W powyborczy poniedziałek/płacze aktor Poniedziałek./Lis, któremu zrzedła mina,/zmokłą kurę przypomina./Pszoniak smarka w szal jedwabny,/Swoją drogą – bardzo ładny./Stypa trwa nie byle jaka/w garderobie Karolaka” (poemat Wojciecha Wencla);
„Ja bym tu sobie w jednym pokoiku został, przecież wiesz, że ja hałasu nie robię. Nie przeszkadzałbym nikomu, bokami byśmy się jakoś z Anią przepychali. Jakby ten… no wiesz… wyjeżdżał, to mógłbym mu tu dobytku pilnować” (z żartobliwego felietonu Łukasza Warzechy);
„Po czym poznać, że Komorowski przegrał wybory prezydenckie? Po tym, że w ogrodach pałacu przybywa zwierzyny, z salonów znikają sofy do dziennych drzemek, no i po tym, że media próbują skłócić PiS. Zamiast się cieszyć, że w Polsce tryumfują demokracja i wizja zmian, Lisy już cynicznie sugerują, iż Jarosław Kaczyński zazdrości i nie cieszy się ze zwycięstwa własnego kandydata” (z felietonu Pawła Korsuna)
A gdyby ktoś mi chciał zarzucić, że ja manipuluję konwencjami, znęcając się nad zwykłym kabaretem, mamy też poważne refleksje:
„Jako jeden z pierwszych gratulacje dla nowego prezydenta Andrzeja Dudy przysłał Władimir Putin. W języku dyplomacji oznacza to mniej więcej tyle: tego twojego podgłupiastego poprzednika miałem już serdecznie dość, a jak miałem pogadać z Tuskiem, to wolałem z Merkel, no ale ty, jak chcesz, to przyjedź i pogadamy” (polityczna analiza Witolda Gadowskiego);
„Po Internecie krąży żart poniżej pasa dosłownie i w przenośni: obrazek prezydentowej zdejmującej ze sznura wielkie majty przed wyprowadzką z pałacu. Jak ktoś słusznie skomentował, nie kopie się leżącego, że o złamaniu zasada bon ton wobec tej kobiety nie wspomnę” (felieton Piotra Cywińskiego, zatytułowany „Majty first lady”);
„W minioną niedzielę większość Polaków powiedziała, że w spsieniu i platformersko-michnikowo-tevauenowskim matriksie tkwić już nie chce” (z powyborczej analizy Macieja Pawlickiego);
„Doświadczenie politycy oraz młodzi entuzjaści. To oni pokonali emerytów ze stowarzyszenia strażników żyrandola Bronisława Komorowskiego” (z powyborczej analizy Stanisława Janeckiego);
„Nie do końca było jasne, czy stare metody oddziaływania na wyborców zachowują jeszcze swoją moc. Być może, gdy stał za nimi teflonowy magik Donald Tusk ze swoim osobistym urokiem złodzieja dżentelmena, miały jeszcze jakąś siłę oddziaływania” (za powyborczej analizy Łukasza Warzechy).

***

Mamy wśród naszych znajomych pewnego starszego już pana, lwowiaka z tradycjami, człowieka bardzo porządnego, bardzo konserwatywnie zorientowanego, religijnego, tyle że wręcz histerycznie nienawidzącego wszystkiego co się wiąże z Prawem i Sprawiedliwością. Ponieważ ma już niemal 80 lat, cierpi na ciężkie schorzenie stawów biodrowych, wymagających operacji. I oto opowiedział nam nas znajomy wczoraj, że był z tym swoim biodrem u lekarza, od którego usłyszał, że na operację będzie musiał czekać siedem lat, ale jeśli skądś wygrzebie 20 tysięcy złotych, to ów lekarz wszystko załatwi w swojej prywatnej klinice w ciągu jednego miesiąca. Poradziliśmy naszemu znajomemu, żeby może zaproponował temu lekarzowi łapówkę, w wysokości powiedzmy 5 tysięcy, czy nawet 10 tysięcy, jednak ów starszy pan tę możliwość odrzucił natychmiast, twierdząc, że Ziobro wprowadził taki terror, że dziś żaden lekarz nie odważy się przyjąć nawet grosza, o ile on nie jest legalny. Co więc zrobi nasz znajomy? Otóż on bardzo liczy na to, że w najbliższym czasie dostanie zwrot pieniędzy za pozostawiony majątek we Lwowie, i wtedy będzie miał na operację. Boi się tylko bardzo, że teraz, kiedy wygrał Duda, a na dodatek do objęcia władzy szykuje się PiS, on tych pieniędzy może już nigdy nie zobaczyć. Czy ma on więc jakiś problem z owymi siedmioma latami? Ależ skąd! Skoro trzeba czekać, to trudno. Prawdziwy kłopot natomiast, to wciąż żywy terror Ziobry, który uniemożliwia przyspieszenie spraw, no i obawa przed tym, że nowa władza skonfiskuje mu ową lwowską rekompensatę i on nie będzie miał na leczenie.
Wrócę może na chwilę do tekstu Macieja Pawlickiego ze specjalnego, powyborczego wydania tygodnika „W Sieci”:
„W minioną niedzielę większość Polaków powiedziała, że w spsieniu i platformersko-michnikowo-tevauenowskim matriksie tkwić już nie chce”.
No i może jeszcze jeden kawałek z piosenki Makowskiego:
„Pakuj się Bronek/Wszystko skończone/Lud w Belwederze już nie chce cię/Pakuj się Bronek/Wiesz w którą stronę/Dziś trzeba jechać; Bronek adieu”
Niech Pan Bóg broni prezydenta Dudę przed tym towarzystwem, bo jak oni się wezmą za jego sukces, możemy nie dotrwać do jesieni.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki. Szczerze jak zwykle polecam.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Duda zameldował wykonanie zadania, czyli kto stoi za braćmi Karnowskimi?

Miałem już dzisiaj nic nie pisać, licząc na to, że może jeszcze komuś przydadzą się moje uwagi na temat szans Pawła Kukiza w jesiennych wyborach do parlamentu, gdy dotarły do mnie dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że Kukiz, przynajmniej dziś rano, nie planuje budować struktur, a więc też, co za tym idzie, startować w owych wyborach. On się będzie wyłącznie skupiał na tworzeniu komitetów referendalnych, zbierać podpisy, a następnie, kiedy te JOW-y już będą, nie schodzeniu ze sceny i już tylko śpiewaniu, śpiewaniu i śpiewaniu. Ledwo doszedłem do siebie po zapewnieniu, że Paweł Kukiz jednak wciąż żyje w przekonaniu, że jest przede wszystkim artystą, kupiłem sobie najnowszy numer tygodnika „W Sieci” i zobaczyłem coś, co mną najzwyczajniej w świecie wstrząsnęło.
Ja znam tygodnik „W Sieci” i całe towarzystwo z nim związane, jak przysłowiowy zły szeląg, i daję słowo, że od nich nie oczekuję już niczego, poza tym, że znikną ze sceny tak szybko, jak się pojawili, zabierając oczywiście ze sobą portal wpolityce.pl. Widziałem więc też aż nazbyt wyraźnie, jak oni się zachowywali podczas kampanii Andrzeja Dudy, od pierwszego dnia, kiedy Jarosław Kaczyński zaproponował jego kandydaturę, aż do dziś, kiedy świętują to zwycięstwo specjalnym wydaniem tygodnika. Otóż kiedy owa kandydatura się pojawiła, oni pozostawali w najlepszym wypadku życzliwie obojętni; kiedy okazało się, że Duda radzi sobie nadspodziewanie dobrze, dziennikarze „W Sieci” pisali, że owszem, ten Duda jest faktycznie niezły, ale powinien koniecznie zmienić kampanię, bo to co dotychczas pokazał, na dłuższą metę nie wystarczy; kiedy sukces Dudy był już tak wielki, że jego zwycięstwo stało się realne, oni dalej powtarzali, że tak, wszystko idzie znakomicie, Duda to kandydat pierwszej klasy, jednak tym razem nad nim już tylko szklany sufit i teraz na pewno czas na wrzucenie dodatkowego biegu. A zatem, niemal do samego końca dziennikarze tacy jak Zaremba, Skwieciński, Mazurek, czy Warzecha, że nie wspomnę o tych mniejszych, byli co najmniej sceptyczni.
I oto dziś tygodnik „W Sieci” wypuszcza wydanie specjalne z okładką, na której widzimy Andrzeja Dudę na tle ogromnego Lecha Kaczyńskiego i tytuł: „Zadanie wykonane”. Otóż, jak wiemy, cała kampania Dudy, a przez to też jego zwycięstwo, oparte było na bardzo jednoznacznym podkreślaniu tego, że Duda to nie jest człowiek Kaczyńskiego. Reżimowe media wciąż namawiały Dudę, by się zdeklarował, że za nim stoi Prezes, pytali, czy jeśli wygra, podziękuje Prezesowi, czy zamelduje „wykonanie zadania”, na co Duda niezwykle sprytnie powtarzał w kółko te same słowa: mandat prezydenta pochodzi od narodu, prezydent służy narodowi i odpowiada przed narodem. Kiedy wygrał, ani szczególnie nie dziękował Prezesowi, ani nie deklarował wykonania zadania, tylko wciąż podkreślał, że dziś jest tylko on i naród. Wszyscyśmy to widzieli i wszyscyśmy tej postawie przyklaskiwali. I oto przychodzą Karnowscy z tą swoją niewyobrażalną tępotą i publikują okładkę, na której widzimy Dudę na tle ogromnego Kaczyńskiego („diabli, panie, wiedzą, który to; tacy oni przecież podobni”) i owego tytułu: „Zadanie wykonane!”
Przepraszam, bardzo, ale jakim idiotą trzeba być, żeby dziś, kiedy wszystko wydawało się tak pięknie i sensownie poukładane, jednym kopniakiem to próbować rozpieprzyć?
Jestem pewien, że Andrzej Duda sobie poradzi, nawet nie dlatego, że jest naprawdę sprytny i przebiegły jak lis, ale dlatego, że kiedy mówi, że za nim stoi wyłącznie prawda, nie kłamie. Jestem pewien, że ci durnie ze swoim bałwaństwem zostaną i się w końcu nim uduszą. Jestem pewien, że żadne wysiłki „naszych” nie zniszczą tego sukcesu. Zastanawiam się natomiast, czy oni faktycznie nie wiedzą co robią, czy rzeczywiście są tak durni, czy może to za nimi, a nie za Dudą, ktoś stoi.
I przypominam sobie dzień, kiedy moja córka zadzwoniła do sztabu Komorowskiego z owym niezwykłym pytaniem: „Co to znaczy wydudać?” To było coś tak fantastycznego, że w jednej chwili informacja o tym telefonie pojawiła się w niezależnej.pl, w Telewizji Republika, a nawet w internetowym wydaniu dziennika „Fakt” pod tytułem „Wpadka sztabowców Komorowskiego”. Ów telefon, opublikowany przez moje dziecko na youtubie, w jednej chwili zarejestrował tysiące odsłon, a co najciekawsze, spowodował usunięcie oryginalnego klipu Komorowskiego z owym nieszczęsnym „wydudaniem”. A więc, mieliśmy do czynienia z czymś autentycznie niemałym.
I proszę sobie wyobrazić, że portal wpolityce.pl nawet się na ten temat nie zająknął. Informacja o tym telefonie krążyła po całej sieci; na portalu wpolityce.pl – ani słowa. Oni tam pisali nawet o każdym najmniej istotnym wydarzeniu związanym z kampanią. Każda najbardziej idiotyczna plotka, każde najmniej istotne słowo, byle tylko wymierzone w Komorowskiego, było tam relacjonowane. Na temat owej kompromitacji sztabu Komorowskiego – zero. Dlaczego? Otóż ja nie mam najmniejszej wątpliwości, dlaczego. Powód musiał być tylko jeden, mianowicie nazwisko autorki owej prowokacji. Oni wiedzieli, że jeśli o tym napiszą, wszyscy będą wiedzieli, że za tym stoi człowiek, który ich systematycznie i zdecydowanie tępi. A to, by sobie tu nie dać dmuchnąć w kaszę, było dla nich znacznie ważniejsze, niż zwycięstwo Andrzeja Dudy. A skoro tak, to ja naprawdę zastanawiam się, czy oni są faktycznie tacy nieprzytomni, czy to są jednak szczwane lisy. Bo jeśli tak, to ja się naprawdę nie dziwię, że oni dziś zdecydowali się na taką a nie inną okładkę.

Oczywiście wszystkie moje książki są dokładnie tam samo, gdzie wczoraj i przedwczoraj, czyli na stronie www.coryllus.pl. Polecam bardzo uczciwie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...