Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogarda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogarda. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 czerwca 2017

Co Beata Kempa sprzedaje ciemnemu ludowi?

Dziś znów chciałbym przedstawić tekst, który musiał troszke poczekać na swoje miejsce na tym blogu, ale zapewniam, że naprawdę warto. Oto parę bardzo nieprzyjemnych uwag, wcześniej opublikowanych na portalu papug.pl na temat tego, jak jesteśmy traktowani przez tych, których lubimy uważać za „naszych”.


To że my, jako masa anonimowych ludków, potrzebnych tym, którzy rządzą, lub rządzącym ewentualnie towarzyszą w realizacji jakichś nieznanych nam interesów, wyłącznie do tego, by raz na jakiś czas posłużyć jako demokratyczne alibi, podejrzewaliśmy już od dawna. Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem gdy jak na dłoni widzimy ów kompletny, graniczący wręcz z pogardą, brak szacunku, czujemy się w większym lub mniejszym stopniu zaskoczeni. No bo to, co o nas myślą i jak nas widzą tamci, których właśnie szczęśliwie od władzy odsunęliśmy, jest dla nas jasne i nie wymagające nawet zadumy. Ta sprawa jest ostatecznie zamknięta. Wygląda jednak na to, że, przynajmniej gdy chodzi o relacje na linii elita - obywatel, między jednymi a drugimi nie ma najmniejszej różnicy. I ci i tamci uważają nas za nic więcej jak właśnie anonimowych ludków, którzy mogą jedynie służyć jako bardzo skuteczne usprawiedliwienie dla utrzymania przez nich władzy.
Mam wrażenie jednak, że owa bezczelna protekcjonalność, z jaką oni ostatnio się do nas zwracają, przekracza wszystko to, z czym mieliśmy wątpliwą przyjemność spotykać się wcześniej. Oto w tych dniach wywiadu telewizji TVP Info udzieliła szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Beata Kempa, i poproszona o komentarz w sprawie najnowszego sondażu, w którym Prawo i Sprawiedliwość wyprzedza znacznie Platformę Obywatelską, powiedziała co następuje (cytuję dosłownie):
Myślę że przede wszystkim warto spojrzeć na tendencję, a ta potwierdza, że preferencje Polaków, czy... bo to Polacy odpowiadają na pytania, które zadaje sondażownia, zadają ankieterzy, pokazują że potwierdzają ten projekt zmiany na dobrą zmianę, na jaką umówiliśmy się podczas naprzód kampanii wyborczej, ale i też program, na który umawialiśmy się konsekwentnie realizując go dzień po dniu już niemal przez 2 lata i to że ta realizacja tych konkretnych zmian, czyli tych zmian, o których mówiliśmy, czy 500 plus, program 500 plus, ale i też program zmian w polskiej gospodarce, program zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości tam bardzo ważny przywracający sprawiedliwość, rusza za chwilę komisja weryfikacyjna, czyli przywracająca ową sprawiedliwość chociażby tutaj w stolicy, ale za chwilę widzimy, że chyba i w innych miastach ten problem się potwierdza, ale i też kwestia mieszkanie plus, polityka w sprawie naszych seniorów i wiele wiele wiele jeszcze innych spraw, które nie zostały załatwione po 89 roku, bo to jest niezwykle ważne, że wiele spraw już dawno Polacy powinni odczuwać, że po 89 roku powinni czerpać z owoców transformacji a nie wciąż rozumieć, że mają zaciskać pasa, bo mamy transformację, czyli na czasach transformacji tak naprawdę uwłaszczyło się bardzo wąska grupa... korzystała z tych czasów bardzo wąska grupa, a cała rzesza, miliony właściwie, Polaków, a w szczególności tych, przed którymi dzisiaj chylimy czoła, czyli ci którzy wywalczyli wolność, którzy tą wolność, za tą wolność tak naprawdę bardzo cierpieli, oni, ich rodziny, ten dziesięcio-ponad-milionowy związek wielu ludzi, oni tak naprawdę czekali też na tą, na tą, na owoce tej transformacji”.
Ktoś złośliwy powie dowcipnie, że to jest naprawdę fascynujące jak ktoś tak intelektualnie skromny, jak Beata Kempa potrafi z 255 słów zbudować jedno zdanie. A nie zapominajmy, że gdyby nie to, że dziennikarka wręcz zmusiła Kempę, by ta się wreszcie zamknęła, to zdanie mogłoby mieć być może nawet tysiąc słów. Dotychczas chyba tylko Gabriel Garcia Marquez w swojej opowieści o statku-widmo potrafił osiągnąć coś podobnego. Niestety, tu akurat nie mamy najmniejszych powodów do żartów, bo mamy do czynienia z czymś naprawdę poważnym. Proszę rzućmy okiem na to, co się tak naprawdę dzieje. Beata Kempa otrzymuje pytanie na temat ostatniego sondażu i zamiast odpowiedzieć, że, owszem, wynik ją bardzo cieszy, ale nie wolno się skupiać na sondażach, bo pracy mnóstwo i takie tam, ona nagle – jak się domyślam, kompletnie instynktownie – zaczyna czuć, że ma przed sobą bandę idiotów, którym trzeba wbić do głowy parę rzeczy, których oni inaczej nie przyswoją, no i zaczyna swoją gadkę. Mało tego. Ona nawet nie uważa, że skoro już przyszło jej wygłaszać propagandową mowę, wypadałoby się może na tyle przynajmniej postarać, by owo wystąpienie było choćby w miarę merytorycznie i formalnie spójne. Mało i tego. Ona nie uznała nawet, że skoro przed sobą ma tych, których sam jej szef określił mianem „lepszego sortu”, wypadałoby może się nieco bardziej wysilić i powiedzieć coś bardziej sensownego.
Nic z tego. Kempa przyszła do telewizji z nastawieniem, że trzeba będzie wziąć udział w kolejnym odcinku serialu pod tytułem „Dobra Zmiana”, no i odwalić swoją rolę. Jestem jednak pewien, że ona by nie zrobiła z siebie nawet w połowie takiego bałwana, gdyby naprzeciwko niej posadzono jakiegoś Borysa Budkę, czy, nie daj Boże, samego przewodniczącego Schetynę. O nie! Wtedy, ona by się postarała, by wypaść jak najlepiej. Ona swoje intelektualne możliwości pokazuje choćby wtedy, gdy do swojego programu zaprosi ją Monika Olejnik, a ona wie bardzo dobrze, że tam tego typu paplanina nie przejdzie. Dlaczego? Z bardzo prostego i moim zdaniem bardzo oczywistego powodu. Otóż zarówno dla Kempy, jak i pozostałych jej kolegów kręcących się przy tak zwanej „władzy”, nie tylko red. Olejnik, ale również minister Budka, czy, nie daj Boże, sam przewodniczący Schetyna, to są dopiero poważni partnerzy. I nie łudźmy się, kiedy ona ich pogardliwie nazywa „wąska grupą”, która się na czymś tam „uwłaszczyła”, to ona wie, że oni wiedzą dokładnie tak samo jak ona, że to tylko taka retoryka, przeznaczona na użytek politycznej propagandy, a w gruncie rzeczy oni wszyscy są po tej samej stronie, tyle, że jedni dziś trochę wyżej i dalej niż ci drudzy. Prawdziwym wrogiem dla Kempy i całego tego towarzystwa od lewej do prawej jesteśmy bowiem właśnie my, a więc wyborcy, którym nie wiadomo, cholera, co strzeli do głowy, gdy przyjdzie czas, by nas poprosić o to, byśmy powiedzieli, co tak w ogóle sądzimy na temat polityki. A w związku z tym, należy na nas od czasu do czasu nas zauważyć i coś tam do nas zagadać.
Apeluję więc do nas wszystkich: miejmy na nich oko, bo większość z nich to węże, po których nie możemy się spodziewać niczego więcej jak tylko tego, że w pewnym momencie spróbują nas użyć do swoich brudnych spraw. Ja wiem, że to nie jest zadanie proste. Jednak jak wiemy, polityka to nie jest zabawa dla małych dziewczynek. Tu się kręcą osobnicy, przy których taki pedofil to przysłowiowy pikuś.

Już za parę dni w Bytomiu odbędą się nasze targi pod piekną nazwą Rozetta. Sobota i niedziela od rana do wieczora w tak zwanej Hali Na Skarpie na ulicy Frycza-Modrzewskiego 5. Zapraszam wszystkich chętnych, a tymczasem polecam jak zawsze naszą księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

czwartek, 15 grudnia 2016

O pogardzie i jej starszej siostrze, cierpliwej pobłażliwości

Powiem szczerze, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem pojęcie „przemysł pogardy” – o ile pamiętam, wymyślone przez naszego zmarłego kolegę – blogera Seawolfa, nie spodobało mi się ono bardzo, nie protestowałem jednak z kilku powodów. Przede wszystkim ono się niemal natychmiast znakomicie przyjęło i nie było sensu się tu szczególnie przepychać, po drugie miałem wówczas wiele innych rzeczy na głowie, niż kolejny bon mot pod adresem tych morderców, no i wreszcie, nawet gdybym zaczął tłumaczyć wszystkim dookoła  znaczenie słowa „pogarda”, nikt by mnie ani nie słuchał, ani tym bardziej nie zrozumiał. A więc, machnąłem ręką. Po pewnym czasie zresztą, owo określenie stało się czymś tak pospolitym i szarym, że wraz z sensem, którego i tak od początku nie miało, straciło jeszcze ewentualną moc i praktycznie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Na szczęście.
     Przypomniałem sobie o nim wczoraj, podczas dyskusji pod tekstem dotyczącym nienawiści, którą rzekomo podczas rocznicowych demonstracji dojrzał wśród zwolenników rządu Grzegorz Schetyna i która, według jego słów, wstrząsnęła nim tak, że aż nogi mu się pod plecami ugięły ze strachu, że co to będzie, jeśli ona się rozleje po całej Polsce. Napisałem ów tekst o nienawiści i nagle okazało się, że zdaniem części z komentatorów, my rzeczywiście, tak jak mówi Schetyna, jesteśmy zarażeni nienawiścią, jednak usprawiedliwia nas to, że na samym początku był ów przemysł pogardy i to on nas tak zdeterminował, że teraz już nie potrafimy inaczej, jak tylko nienawidzić. A zatem, oni przez wszystkie te lata nami tak pogardzali, że myśmy ich za to znienawidzili i teraz Schetyna może z nas szydzić.
      W tym momencie ja czuję, że muszę zabrać głos. W pewnym sensie, część tego, co należy powiedzieć, powiedziałem już wprawdzie w komentarzach pod wspomnianą notką, ale ponieważ sprawa powinna być uporządkowana i przedstawiona w formie swego rodzaju nauki, siedzę tu dziś i powtarzam raz jeszcze. Otóż jeśli przyjmiemy, że wraz z objęciem w roku 2005 władzy przez Prawo i Sprawiedliwość i dalej już, po jej utracie dwa lata później, środowiska związane z Platformą Obywatelską zaczęły patrzeć na nas z pogardą, a my na to zareagowaliśmy nienawiścią, to znaczy, że to oni mieli rację, a nie my. Jeśli przyjmiemy, że Platforma Obywatelska rządziła przez osiem lat podtrzymując w społeczeństwie w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego i jego projektu uczucie pogardy, a w odpowiedzi otrzymała wyłącznie nienawiść, to przepraszam bardzo, ale ja nie jestem w stanie pojąć, w jaki sposób oni ostatecznie dostali takie baty w roku 2015. Gdyby oni przez te wszystkie lata traktowali nas z pogardliwym wzruszeniem ramion, jak jakiś żałosną kupę kłamstwa, którą równie dobrze można zacząć powoli przestać zauważać, a w nas by już tylko buzowała zimna nienawiść, my byśmy nigdy nie wygrali. Dlaczego? Dlatego, że nienawiść nie jest w stanie pokonać pogardy. Dlaczego? Bo pogarda jest dobra, a nienawiść zła. Oto dlaczego.
       Pamiętamy fragment wiersza Zbigniewa Herberta: „Niech cię nie opuszcza twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy –  oni wygrają, pójdą na twój pogrzeb, z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys”. Czy nam naprawdę się wydaje, że gdyby Herbert, zamiast owej Pogardy, wielką literą zapisał tam „Nienawiść”, to ten wiersz miałby sens? Niech nas nie opuszcza nasza siostra Nienawiść… oni wygrają? Co za bezsens!
      Jest zatem tak, że myśmy przez te wszystkie lata nimi najzwyczajniej w świecie gardzili. Kiedy Tusk wygadywał swoje dyrdymały na temat „polityki miłości”, myśmy nim gardzili, kiedy oni z nas szydzili i nazywali głupimi burakami, kiedy wyrzucali nas z pracy, kiedy Niesiołowski nam wymyślał, kiedy Palikot pluł nam w twarz swoja nienawiścią, myśmy mieli ich wszystkich w pogardzie. Nawet wtedy – przypomnijmy to sobie – kiedy przy okazji jakiegoś politycznego spotkania wspomniany Palikot wyciągnął do Jarosława Kaczyńskiego rękę, by się z nim przywitać, ten nie odwrócił się do niego plecami z nienawiścią, ale z pogardą właśnie i w ten sposób, mimo że wówczas wydawało się, że wszystko jest przeciwko niemu, ostatecznie wygrał. I nie dajmy się zwieść. Ten gest nie wywołał u niego kolejnej fali pogardy do Jarosława Kaczyńskiego, ale nienawiści właśnie. Bo to myśmy stworzyli ów przemysł pogardy do szpiclów, katów i tchórzy, a oni się go zlękli tak, że nie zostało im nic innego, jak nas jeszcze bardziej nienawidzić. No i nienawidzą nas coraz bardziej, a nasza pogarda tymczasem powoli zaczyna przechodzić w cierpliwe znoszenie, by wreszcie przemienić się w zwykłą pobłażliwość.
       Oczywiście nie mam zamiaru sytuacji idealizować. Ja wiem, że wśród nas jest wielu takich, którzy kultywują w sobie, do owych herbertowskich „szpiclów, katów i tchórzy”, autentyczną nienawiść i nawet nie przyjdzie im do głowy, by widząc, jak oni zaciskają te swoje czerwone ze złości pięści, wzruszyć z pogardą ramionami. Ja ich spotykam niemal codziennie, choćby podczas rozmów, jakie zdarza mi się prowadzić na Twitterze. O tak! Tam niektórzy z nas naprawdę potrafią pokazać twarz, której nawet Stefan Niesiołowski by się nie powstydził, nawet Adam Michnik, nawet Tomasz Lis. Jestem jednak pewien, znając naprawdę wielu ludzi szlachetnych, porządnych i wiernych, że oni są w mniejszości. W znacznej mniejszości. I Bogu dzięki, bo inaczej, jeśli tylko zaczniemy się bać, już jest po nas.


Niezmiennie zapraszam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie od dziś można już kupować nowy, „holenderski” numer „Szkoły Nawigatorów” z moimi między innymi dwoma bardzo ciekawymi tekstami. Przy okazji, zachęcam do kupowania moich książek i zaoszczędzenia na przesyłce. 

piątek, 24 czerwca 2016

"Wyborcza" organizuje freak show

„Gazety Wyborczej” nie czytam z tego przede wszystkim powodu, że nie chcę i nie potrzebuję, ale również przez to – i kto wie, czy to akurat nie jest czynnik decydujący – że to co oni dają w Internecie, jest zastrzeżone wyłącznie dla owej grupki wariatów, która jest gotowa za to płacić. Efekt jest taki, że ja o tym, czym oni się aktualnie zajmują, wiem wyłącznie albo z plotek, albo z różnego rodzaju znalezionych w Sieci polemik. Czy jednak gdyby to, co oni mają do powiedzenia, było dostępne za darmo, ja bym teksty z „Wyborczej” czytał? Otóż obawiam się, że przynajmniej niektóre z nich tak, a upewniło mnie w tym dzisiejsze wydarzenie. Z samego rana przyszła do mnie moja młodsza córka i poinformowała, że w „Wyborczej” właśnie ukazał się reportaż o tym, jak to zapijaczona, głupia i zgnuśniała Polska od momentu jak po wprowadzeniu programu 500+ poszła na garnuszek pisowskiej władzy, stacza się do poziomu w historii minionego 25-lecia nieznanego. Jakby tego było mało – jako prezent na Dzień Ojca – ona w sobie tylko znany sposób odblokowała mi to gówno i wygląda na to, że teraz już do śmierci będę mógł czytać wszystko co ludzie „Wyborczej” zażyczą sobie napisać. Co chcę i kiedy chcę.
Zaczęło się więc dziś od tekstu niejakiej Ewy Kalety pod tytułem „Wieś wydaje 500+. Kobiety szczęśliwsze są”, a ja od razu wyjaśnię, o co chodzi z tą szczęśliwością. Otóż jak już ta głupia, śmierdząca, roztyta krowa dostanie te swoje 500 stów, to za dwa złote kupi sobie szminkę i dzięki temu mąż jej nie bije. No i w ten oto sposób ona jest szczęśliwsza. Jeśli ktoś mi nie wierzy, proszę uprzejmie. Mamy to za darmo:
Panie sobie wybrały bluzeczki, takie na co dzień, inne z koronką, falbanką, bardzo różne, nawet kamizelki na jesień już kupują. Dzieciom też: buty do latania po dworze, na obcasiku małym do komunii kupowali. Ruszyło się, ruszyło, nie powiem. Nawet kosmetyki kupią, cienie do powiek, kredkę do oczu czarną. Szminki mam różowe, dwa odcienie. I te panie sobie też kosmetyk jakiś wybiorą. A szminka u mnie kosztuje 2 zł, cienie do powiek trzy kolory za 3 zł, podkład do twarzy za 5 zł, a kredka do oczu za 1,50. Wcześniej nie brały, powiem szczerze, myślałam, że tych szminek nikt nie kupi, bo tu wszyscy zapracowani, gdzie tam o szminkach myśleć. Ale teraz one psychicznie odprężone są, to i szminkę sobie kupią, podmalują się. Szczęśliwsze kobiety są. Byleby tylko skurczybyk w domu nie pił, to tu się zrobi inaczej”.
I teraz muszę coś powiedzieć, co może niektórym z nas spuści trochę tego powietrza, które, przyznaję, sam tam wpuściłem. Otóż zarówno wbrew pozorom, jak i temu, co można wyczytać z pojawiających się to tu to tam komentarzach, to nie jest wcale tak, jak byśmy chcieli. „Wyborcza” aż tak się nie odsłoniła. Ten reportaż jest znacznie bardziej zakłamany niż mogłoby się wydawać. Popatrzmy choćby na samo zakończenie tego reportażu, czyli na coś, co zawsze najbardziej podsumowuje całość, również całość intencji:
Bez względu na to, czy rodzina dostała 500+, czy nie, ludzie szukają pracy. Na pewno są spokojniejsi, czują się bezpieczniej, ale to ich motywuje do pracy. Widzę, że są mniej depresyjni, mniej smutni. U nas trudno kobietom znaleźć pracę, więc jak tylko coś się trafia, to panie są szczęśliwe i od razu biorą. […] Od 15 lat chodzę po domach, wiem, jak ludzie na wsi żyją. Niektórzy biednie, dzieci chleb z cukrem jedzą, żeby coś słodkiego pociamkać. A u innych jedzenie się marnuje. Ale wniosek mam jeden: ojcom tych pieniędzy nie dawać. Bo przepiją. Czy biedni, czy nawet bogatsi, każdy przepije. Taka mentalność, nic nie poradzisz. Pieniądze dawać matkom. Pilnować, żeby kobiety te pieniądze wydały. Od tego zależy, co się z tymi pieniędzmi stanie”.
I tak się to coś kończy. Tymi ojcami, tym cukrem i tym ciamkaniem. A ja bym chciał zwrócić naszą uwagę na owo ciamkanie właśnie. Pochyla się Kaleta nad Polską, przygląda się jej zaciekawionym okiem i myśli sobie: „No, no! Patrzcie państwo jak one ciamkają ten cukier. Czyż to nie urocze?” I teraz chodzi o to, że cały ten tekst jest właśnie taki. Oni z jednej strony przedstawiają Polskę, jaką znamy i którą ja opisuję od czasu do czasu tu na tym blogu, Polskę biedną, opuszczoną, zapomnianą przez polskie państwo; Polskę o której można powiedzieć rzeczy najgorsze, natomiast jednego nie wolno: śmiać się z niej, szydzić i nią gardzić. A to jest to, co akurat towarzystwo spod znaku Agory zawsze robiło najlepiej. Traktowało tych ludzi jak freaki.
I w ten sposób wróciliśmy do kwestii, którą poruszyłem w jednym z poprzednich moich tekstów, związanej właśnie z tymi wszystkimi dziwolągami, które w czasach już dawno minionych pokazywano za pieniądze w cyrkach. Otóż organizator i właściciel jednego z największych tego typu instytucji na świecie, P.T. Barnum, powiedział kiedyś: „Dusza człowieka, stworzona przez Boga, za którą Chrystus oddał życie, nie jest czymś, co można lekceważyć. Może ona zamieszkiwać ciało Chińczyka, Turka, Araba, czy Hotentota – wciąż jednak pozostaje nieśmiertelnym duchem”.
Gdy myślę o tekście z „Wyborczej”, o jej autorce, o całym tym towarzystwie, no i wreszcie o tym, jak oni widzą świat, nie mogę nie dojść do wniosku, że tam pewien postęp jednak da się zaobserwować. Oni tej ciamkającej cukier pani by już nie poddawali eutanazji. Niewykluczone nawet, że część z nich bierze pod uwagę możliwość, że jakąś tam duszę to ona jednak ma i że to jest naprawdę warte zadumy.
Już na sam koniec, tak żebyśmy do samego końca mieli pojęcie, o jakim sposobie myślenia tu sobie rozmawiamy, spójrzmy na ostatni już fragment tego tak naprawdę bardzo długiego tekstu:
Jedna z klientek przyznała, że od miesięcy patrzy na zestaw garnków, ale przykro jej było, bo wiedziała, że ich nie kupi. 118 zł kosztują. Od największego do najmniejszego stoją jeden w drugim, emaliowane, w kwiaty polne. Dopiero jak te pieniądze dostała, powiedziała, że sobie je kupi, bo jej się tak podobają. Teraz to się nawet przyzna, jak ciężko było żyć bez tego 500. Z podniesioną głową chodzi kobiecina”.
Właśnie tak. No a ja bym proponował, żeby tę Wandę, czy Irenę zaprosić do telewizyjnego programu „Fakty po Faktach”, no i żeby koniecznie rozmowę z nią przeprowadził nie kto inny, jak Justyna Pochanke. Śmiechu będzie co niemiara.

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, na youtbubie pojawiają się systematycznie kolejne filmy z bytomskich targów książki. Proszę wpisywać w wyszukiwarce „bytom targi książki” i już. Polecam bardzo serdecznie. Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupować moje książki. Również zachęcam


czwartek, 6 sierpnia 2015

Na jednej nodze, gotowi do skoku, czyli skąd ten rechot?

Już dziś prezydent Duda obejmuje urząd i pewnie nie tylko u nas w domu atmosfera jest przepełniona wszelkiego rodzaju refleksjami. W dodatku, jak pewnie większość z nas zauważyła, ostatnie dni pomieszkiwania Anny i Bronisława Komorowskiego w Belwederze zostały przyozdobione trzema, moim zdaniem, niezwykle znaczącymi wydarzeniami. Pierwsze z nich, to oczywiście odpowiedź, jakiej Jarosław Kurski udzielił prezydentowi-elektowi na jego aż nazbyt uprzejmy bardzo list do czytelników „Gazety Wyborczej”, natomiast dwa pozostałe, to oba telewizyjne wystąpienia odchodzącego prezydenta i jedno, wciąż jeszcze urzędującej, premier Kopacz. Wszystko to musi świadczyć, że przed nami wojna, którą jeśli przegramy, będziemy mogli ogłosić prawdziwy koniec naszej wiary, nadziei, a ktoś słusznie powie, że i naiwności.
Pisałem tu parę dni temu o człowieku nazwiskiem Kędryna, o awansach, jakie on wydaje się czynić wobec prezydenta Dudy i o naszych związanych z tym czymś obawach. Jutro ostatecznie wszystko się wyjaśni, a ja pozostaję w nadziei, że moja wiara w to, że jednak są granice hucpy, miała swoje podstawy. Wbrew temu jednak, co możemy sobie radośnie wyobrażać, ów Kędryna, nawet jeśli robi bardzo szczególne wrażenie, wcale nie jest naszym jedynym zmartwieniem, i nawet jeśli w końcu się okaże, że on był tu zaledwie nędznym uzurpatorem, bagaż, z którym zostajemy jest wystarczająco ciężki.
Dziś urząd Prezydenta RP obejmuje Andrzej Duda, a jego służby prasowe – co z tego, że społeczne – nawet jeśli już bez łaskawej obecności Marcina Kędryny, prezentują poziom, który syn mój właśnie określił komentarzem: „To prawdziwy cud, że myśmy wygrali mimo to!”.
Przede mną trzy ostatnie wydania tygodnika „W Sieci”. Oto tekst z numeru z 13 lipca i cotygodniowy satyryczny felieton Łukasza Warzechy:
- … no wiesz, Asiu, wtedy tak stajesz, bokiem… Nie, czekaj, drugim bokiem, bo to stamtąd jadą, potem trzeba podnieś lewą nogę…
- Ewcia, rękę chyba.
- Tak, tak, rękę, oczywiście, o, takim ruchem delikatnym, jak Majkel Dżekson, i wtedy samochody mogą jechać. Takich mnie rzeczy nauczyli w Legionowie. Proszę bardzo”.
Najnowszy numer tygodnika i felieton Pawła Korsuna:
Raczej to Lis, Żakowski i Wołek mają słaby koniec , w którego zaliczaniu ten ostatni może świecić przykładem, nawet w nocy. Właściwie wszystko, czego się imał – czy to była gazeta, czy telewizja – szybko kończyło swoje ‘Życie’. Kolegów z POiska nie martwią te ‘przewołki’ tak długo jak na syrenę stawia się gotowy do straszenia Kaczyńskim i kpienia ze Smoleńska. Od lat TFałszN i inne platformy Platformy mogą liczyć na bajkoPiSarski opad jadu Wołka.
A gdyby ktoś myślał, że ja się tu znęcam nad jakąś drobnicą i uciekam w kabaret, zobaczmy, co słychać na najwyższych piętrach politycznej analizy. Oto Mazurek z Zalewskim i ich tak zwany „Przegląd Tygodnia” z 27 lipca:
Radzio Sikorski nie będzie kandydował do Sejmu i w ogóle wycofa się z polityki. Przynajmniej na jakiś czas. W sumie niewiele się zmieni – Radzio jak był nikim, tak będzie nim dalej”.
I to jest ten poziom, i to jest to, jak oni nas traktują – jak bandę idiotów, którzy złapią się na każdą przynętę. A pamiętajmy, że Warzecha, Mazurek i Korsun to nie są dobroduszni blogerzy, którzy się zaangażowali w walkę o Polskę, najczęściej za jeden życzliwy komentarz. To są poważni prawicowi dziennikarze, którzy będą tworzyć medialne wsparcie nowej polskiej polityki i którzy z tej pracy będą żyć.
Stoją więc przed nami, wciskają nam te swoje analizy, patrzą na nas z pogardą, a następnie udają się do kasy. Bardzo bym chciał, byśmy ich nigdy nie stracili z oka. Szczególnie wtedy, gdy zarówno prezydent Duda, jak i rząd Beaty Szydło zaczną odnosić same sukcesy.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu już się wyczerpał, natomiast wszystkie pozostałe moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.


wtorek, 23 grudnia 2014

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie.
O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do sprawy, o którą rzekomo walczą. I tego jestem pewien. Gdyby każdego z nich spróbować prywatnie zaczepić w którejkolwiek ze spraw, które dręczą na co dzień każdego z nas, oni by jedynie wzruszyli ramionami i powiedzieli nam, by im nie zawracać głowy. Po trzecie wreszcie zarówno sami autorzy dostarczanych prawicowej opinii publicznej tekstów, jak i ich dysponenci, są głęboko przekonani, że oni wszyscy uprawiając tę swoją działkę, mają do czynienia z takimi durniami, że choćby oni stoczyli się do poziomu najniższego, nikt z tych bałwanów tego nie zauważy. Ja mam pretensję do polskiego tak zwanego „dziennikarstwa niepokornego” o to, że oni, z jakiegoś kompletnie dla mnie niewyjaśnionego powodu, żyją w głębokim przekonaniu, że nie ma takiego idiotyzmu w ich wykonaniu, który ja na przykład byłbym w stanie dostrzec. No i sobie używają. I za to ich tu na tym blogu tępię bez żadnej litości. Tych bezczelnych idiotów, tę ich gnuśność i wręcz karykaturalną bezmyślność.
Ponieważ jednak ta walka trwa już tyle lat – przypominam, że mój pierwszy tekst, zamieszczony jeszcze w roku 2008 pod dawnym adresem toyah.salon24.pl, dotyczył osoby i publicystycznej działalności Rafała Ziemkiewicza – mam wrażenie, że pojawiająca się tu od czasu do czasu krytyka owej „niepokornej publicystyki”, przez niektórych z nas traktowana jest jako swego czasu rytuał. Chodzi mi o to, że uważam za bardzo prawdopodobne, że kiedy my tu zajmujemy się gnojeniem jakiegoś Skwiecińskiego, czy Zaremby, pewna część czytelników uważa, że to jest tylko taka zabawa; że wszystko się bierze stąd, że autor tego bloga ma taki a nie inny charakter, a ów charakter tworzy autpmatycznie charakter tych tekstów. Otóż możliwe, że tak się niekiedy dzieje, jednak nie w tym wypadku. Gdy chodzi o kwestie dziennikarstwa – w tym przed wszystkim (inne naszej tu uwagi raczej nie zajmuje) dziennikarstwa prawicowego – tu żartów nie ma. Tu wszystko się toczy na poziomie jak najbardziej poważnym.
Myślę, że nadszedł czas – a niech już będzie, że przy okazji zbliżających się Świąt – by pokazać, w czym rzecz, i to w taki sposób, by każdy z nas zrozumiał powagę sytuacji. Oto wczoraj, powiem szczerze, że nie bardzo nawet wiem dlaczego, zacząłem bardzo solidnie przeglądać kolejne wiadomości ukazujące się na portalu wpolityce.pl, który, o czym niektórzy z nas mogą nie wiedzieć, jest internetową ekspozyturą popularnego prawicowego tygodnika opinii „W Sieci”. I proszę sobie wyobrazić, że najpierw natknąłem się na tekst niejakiego (daje słowo, że ja tych redaktorów nie znam) Tomasza Domalewskiego, „wieloletniego redaktora krakowskiego ‘Dziennika Polskiego’”, który nas informuje, że premier Kopacz skompromitowała się udzielając wywiadu magazynowi „Viva” i dziś ma o tę kompromitację pretensję do „Vivy”, zamiast do siebie. „Zarówno sama Pani Premier, jak też cały fraucymer biegający za nią, zestaw doradców, opiekunów medialnych i tych od propagandy, został ośmieszony wyłącznie na własne życzenie, z powodu własnych niedostatków. Wiadomo jakich. I bicie przedświątecznej piany, próba zamiany próżności w obfitość ilorazu niczego nie zmieni. Lustereczko nie kłamie”, pisze Domalewski, a czytelnikowi pozostaje już tylko zachodzić w głowę, o co poszło. Czy Kopacz powiedziała coś głupiego, a ci zamiast ją ocenzurować, ową wpadkę puścili? Czy może „Viva” zamieściła jakieś kompromitujące ją zdjęcie? A może oni czegoś na czym Premier bardzo zależało, nie puścili? Oczywiście, zaciekawiony, o co mogło pójść, że to aż Kancelaria Premiera musiała interweniować, poszperałem w Sieci i odpowiedź znalazłem: chodziło o to, że „Viva” Kopaczowej założyła jakiś ciuch i obok właściwego tekstu zamieściła też reklamę sklepu, który owym ciuchem handluje. A więc reklama. Tyle że o tym już ani słowa. Dlaczego? To proste. Wówczas mogłoby się okazać, że my, a więc z punktu widzenia Domalewskiego i redaktorów portalu banda skończonych, nic nie wartych durniów, nie daj Boże, nie zrozumielibyśmy z tego nic, no i nie wiedzielibyśmy, że w najbliższych wyborach należy głosować na PiS, a nie na Platformę. A więc najlepiej jest po prostu obrzucić Kopacz szyderstwami i liczyć, że one nie okażą się zbyt wyszukane.
Po Domalewskim pojawia się tekst podpisany przez „Zespół wpolityce.pl” i zatytułowany „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyniku wyborów samorządowych”, i tu już nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z akcją opartą na zasadzie „ci durnie i tak nie wyjdą poza tytuł”. Bo co takiego się dzieje? Otóż z tekstu zamieszczonego na prawicowym portalu wpolityce.pl dowiadujemy się, że 68 procent osób które wzięły udział w wyborach wierzy w oficjalnie podane wyniki, natomiast z tych, którzy w wyborach udziału nie wzięły, w oficjalne dane wierzy zaledwie 48 procent. Jeśli się jednak tych ludzi spytać, co należy w tej sprawie zrobić, zaledwie 7 procent chce, by policzyć jeszcze raz wszystkie głosy. Oczywiście to nie przeszkadza „zespołowi w polityce.pl”, by tytułować swój tekst zdaniem: „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyników wyborów samorządowych”. Czemu tak? Sprawa jest jasna. Chodzi o to, byśmy my, banda idiotów, którzy ani nie umieją czytać, ani tym bardziej myśleć, wykonali robotę za panów dziennikarzy.
No i wreszcie mamy na koniec autentyczny rodzynek. Oto przed nami tekst człowieka nazwiskiem Tomasz Rakowski, który pod spodem przedstawia się jako: „Informatyk, przedsiębiorca, podwójny absolwent Politechniki Gdańskiej. Zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010. Publikował w pierwszym ‘Uważam Rze’. Współpracownik Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Katolik, konserwatysta, homosceptyk. Dumny z tego, że jest Polakiem. Interesuje się kinematografią” (daję słowo, nic nie zmyślam). I oto okazuje się, że ów Rakowski ma dla nas naukę, w jaki sposób powinniśmy zareagować na to, że sieć EMPiK uznała za stosowne do swojej akcji promocyjnej zaangażować muzyka Adama Darskiego i gwiazdę telewizji TVN24 Marię Czubaszek, nazywanych przez Rakowskiego „satanistą” i „aborcjonistką”. Otóż zdaniem Rakowskiego powinniśmy pójść do EMPiK-u, wrzucić do koszyka towar za ciężkie pieniądze, przyjść do kasy, a kiedy kasjerka to wszystko nabije do kasy, odwrócić się na pięcie i odejść z honorem. Taki to jest plan. Rakowski, abyśmy – banda tępych durni – wszystko do początku do końca zrozumieli, opisuje nam punkt po punkcie, jak to wszystko on sam dla nas zrobił. Otóż (daję ponowne słowo honoru, że nic nie zmyślam) zaszedł ów człek do EMPiK-u, nawrzucał do koszyka przeróżnego towaru i ustawił się w kolejce do kasy. Kiedy przyszła na niego kolej, okazało się, że trzeba będzie zapłacić aż 500 zł. Tu pozwolę sobie zacytować cały odpowiedni fragment tekstu na prawicowym portalu wpolityce.pl:
- A co ze zniżką?
- Nie mogę, niestety.
- To jak to? Dla całej rodziny, na pół tysiąca zakupy i żadnej zniżki?
- Niestety.
- No cóż – skapitulowałem sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem portfel. Brak gotówki.
- Można kartą? – zapytałem naiwnie.
- Można! – rozwiała moje obawy pani kierownik. Odgarnęła włosy. Jej wyciągnięta w moim kierunku ręka zawisła w powietrzu. Od mojej dłoni, w której trzymałem plastykowe pieniądze dzieliło ją kilka centymetrów.
I w tym momencie następuje atak:
- Jak się nazywa ta sieć księgarń, która reklamuje się przy pomocy satanisty? – Zmieszanie na jej twarzy było nie do ukrycia. Kobiecie odjęło mowę. Oczy zaczęły uciekać na boki, jakby w geście obrony jej ręka po raz kolejny wyciągnęła się w kierunku mojej karty. - Nie wiem – bąknęła. - No nie pamięta pani? – nie odpuszczałem - No ten satanista. Wie pani, nie chciałbym, żeby doszło do jakiejś pomyłki. On tam jeszcze występuje z jakąś starszawą panią, aborcjonistką.
I tak jeszcze przez chwilę nasz rycerz „zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010” pognębia funkcjonariusza Systemu i wreszcie triumfalnie ogłasza: „A to w takim razie będzie rezygnacja” i z tym obrazem zostawia nas, bezmyślne wyborcze mięso, które z całą pewnością się ucieszy, że nasze media, panie, napisały, że ten Nergal to satanista, ta Czubaszek morduje małe dzieci, a kasjerka z EMPiK-u to jakiś tępy leming. A jeśli się nie ucieszy, to wyłącznie dlatego, że sami jesteśmy lemingami.
I ten cały, tak bezczelny przekręt, firmują Jacek i Michał Karnowscy – nasi czołowi prawicowi publicyści.
Powtórzę jeszcze raz. Ten blog działa już od siedmiu lat i naprawdę można się było przyzwyczaić. Można było również sobie pomyśleć, że to wszystko jest zaledwie taką umową między nami a nimi, gdzie my tu będziemy się na nich złościć i im dokuczać, a oni będą dalej robić to co robią, dla naszego i wspólnego dobra. Otóż nie. To tak nie działa. Bo tu nie chodzi ani o nas, ani o nich. Tu chodzi o Polskę. A jeśli w tej walce o Polsce pojawiają się jacyś – powiedzmy to wreszcie otwarcie – ruscy cwaniacy, to dla nich nie będzie litości. Oni będą niszczeni jak najgorsze robactwo. Nawet – a może szczególnie – w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Przypominam że nasze książki, w tym moja najnowsza o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 23 lutego 2014

Gdy rzucają grudę i piszą życiorys

W czwartek pochowaliśmy Zbigniewa Romaszewskiego i z tej okazji w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety” zamieściłem felieton poświęcony właśnie Jemu i Polsce, która od minionego piątku weszła w ów szczególny okres: okres po Romaszewskim. Proszę się skupić:

Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, będziemy przeżywali pierwszy dzień nowej ery, ery wyznaczonej przez odejście Zbigniewa Romaszewskiego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że powodów, by zaczynać wszystko od nowa mieliśmy przez ostatnie lata znacznie więcej, i wystarczy tu choćby wspomnieć odejście prezydenta Kaczyńskiego, czy Anny Walentynowicz. Było jednak coś w Zbigniewie Romaszewskim, co go stawiało przed i nad wszystkimi innymi polskimi bohaterami, mianowicie to, że do nikogo tak jak do niego nie wydawało się pasować herbertowskie przykazanie: „A gniew twój bezsilny niech będzie jak morze, ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”. I nikt inny z taką mocą go nie wypełniał. A jest naprawdę wiele powodów, by to akurat traktować, jako coś decydującego.
A więc z jednej strony ten gniew, a z drugiej owa bezsilność – „jak morze”. No i ten głos „poniżonych i bitych”. Dziś, kiedy Romaszewskiego już nie ma, i tak powoli, tak słodko, i tak skutecznie zaczynamy zapominać tamten dzień, kiedy to w wyborach do Senatu Warszawa powiedziała Romaszewskiemu „nie”, i z tą swoją słynną wielkomiejską beztroską, postawiła go za kimś tak szczególnym, jak Marek Borowski, wraz z nim też zapominamy i tamten gniew i tamtą bezsilność. Dziś już wspominamy wyłącznie „Zbyszka”, człowieka dobrodusznego, łagodnego, pełnego serdecznej tolerancji. Doszło do tego, że sam Stefan Niesiołowski wydaje Romaszewskiemu certyfikat stwierdzający, że on akurat nie był „pisowskim aparatczykiem”.
Otóż za szczególnie ważne uważam właśnie dziś, kiedy przeżywamy pierwszy dzień owej nowej ery, by podkreślić najbardziej wyraźnie, że historycznej wielkości Zbigniewa Romaszewskiego, i tego niesłychanego wręcz, związanego z nią bólu po jego stracie, nie zawdzięczamy jego łagodności, ale wręcz przeciwnie – temu mianowicie, że nikt tak jak on nie potrafił pokazać, co miał na myśli Zbigniew Herbert, kiedy apelował, by nasz gniew był „bezsilny jak morze, ilekroć usłyszymy głos poniżonych i bitych”.
Świetnie pamiętam, jak Zbigniew Romaszewski zaangażował się w obronę Piotra Staruchowicza, zaatakowanego przez System stadionowego chuligana, i wszyscy ci, co dziś tak się wzruszają tą świeżo ubitą ziemią i tym krzyżem, pluli na niego i szydzili, że on – taki niby bojownik o Polskę – staje ramię w ramię z jakimś tępym kibolem. Tłumaczył Romaszewski, że on całe swoje życie spędził, stając ramię w ramię z takimi ludźmi właśnie, jak Staruchowicz, i że robił to zarówno w latach 70-tych, w 80-tych, no i jak najbardziej robi dziś. I ja pamiętam zarówno jego gniew, jak i jego bezsilność, a przede wszystkim może tę twarz, na której odbijało się jedno i drugie… i nic już więcej.
Zaczynamy nowy czas. Czas po Romaszewskim. I czytamy Herberta:

Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga czy to przez kupowanie książek, czy przez przekazywanie wpłat na podany obok numer konta. Tylko Wasza pomoc trzyma nas w pozycji wyprostowanej.

piątek, 20 grudnia 2013

gazeta.pl vs. wpolityce.pl - walkower 0:3

Spotkanie z czytelnikami w Panewnikach tydzień temu w pewnym momencie skręciło w taki sposób, że właściwie już tylko rozmawialiśmy o mediach. No i, oczywiście, ponieważ ani ja ani tym bardziej Gabriel, nie widzimy najmniejszego sensu, by zajmować się upadkiem takich ludzi, jak Tomasz Lis, Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Jarosław Kuźniar, skupiliśmy się na „naszych”. Swoją drogą, ja jestem wręcz pewien, że przyjdzie taki czas, że również owych „naszych” zaczniemy powszechnie traktować, jako temat do tego stopnia oklepany, że żaden szanujący się komentator nie będzie się zniżał do tego, by dorzucać tu swoje trzy grosze, póki co jednak wydaje się, że parę rzeczy powiedzieć należy.
Rozmawialiśmy więc o Ziemkiewiczu, Wildsteinie, Karnowskich, czy Warzesze, i powiem szczerze, że wśród zebranych zapanowała do tego stopnia atmosfera zrozumienia, że w pewnym momencie pomyślałem sobie, że może faktycznie nadchodzi już ów czas, kiedy to na dźwięk któregoś z tych nazwisk ludzie będą zwyczajnie rzygać.
No ale to są Panewniki i Śląsk, a więc też i ludzie, którzy, przynajmniej w pewnej swojej części – zdając sobie świetnie sprawę z tego, jak łatwo jest wygrywać różne ciemne interesy na budzeniu emocji – są na wszelkiego rodzaju bezczelności mocno wyczuleni, należy brać pod uwagę, że nieco już bardziej na wschód, zachód, czy północ, wciąż należy to zło, jak dziecku, pokazywać palcem. Przecież ledwo tydzień wcześniej w Częstochowie, co najmniej dwie osoby nie pozwoliły mi powiedzieć marnego słowa na Bronisława Wildsteina, tego samego Wildsteina, który jakiś czas temu dał się sfotografować, jak serdecznie pląsa z Moniką Olejnik na którymś z tych ich balów. Dlaczego? Bo przecież wszyscy wiemy, że Wildstein to bohater i człowiek nieugięty. Jeszcze od czasów naprawdę ciężkiego PRL-u.
Przyznam szczerze, że choć ta naiwność mnie poraża, sam niekiedy przyłapuję się na tym, że się dziwię. No bo to, że po tamtej stronie, gdzie już od dawna nikt w nic nie wierzy, żadne zasady nie obowiązują, rozumiem. Niedawno, na przykład, gdzieś przeczytałem, że Wojciech Maziarski wznowił swoją książkę o alkoholizmie i oświadczył, że dopiero teraz, pierwszy raz od lat, poczuł satysfakcję, że oto pojawił się ciekawy temat. Jasna sprawa. Ja sam, choć do Maziarskiego wciąż mi bardzo daleko, kiedy mnie spytano, co chcę pod choinkę, bez chwili zastanowienia odpowiedziałem, że flaszkę. Kiedy jednak czytam, słucham, czy choćby patrzę na takiego Krzysztofa Feusette, czy Roberta Mazurka, naprawdę trudno mi uwierzyć, że on też nas, swoich czytelników, postrzega jako wyłącznie tych, którzy mu albo postawią setkę w barze, albo nie.
Na spotkaniu w Panewnikach Gabriel powiedział jednak to bardzo wyraźnie, a potem parę razy mocno powtórzył: Oni wszyscy swoim czytelnikiem gardzą. Oni są najgłębiej przekonani, że ci, którzy kupują te tygodniki, a potem siedzą przy kuchennym stole i z wypiekami na twarzach chłoną opowieści o tym, jak to Tusk zamordował prezydenta Kaczyńskiego, to banda idiotów, którzy nie zasługują na nic lepszego. Oni w rzeczy samej szczerze wiedzą, że ani nie muszą się szczególnie starać, ani dbać o poziom, ani nawet zastanawiać, czy to co robią jest dobre, bo ich podstawowym założeniem jest to, że na przeciwko siebie mają jakąś ciemną masę, która kupi wszystko.
Wczoraj na tym blogu opisałem przypadek Agnieszki Romaszewskiej i jej kumpli z portalu wpolityce.pl właśnie w opisywanym wyżej wymiarze. Sama Romaszewska najwidoczniej prowadzi towarzyskie i intelektualne życie, w najmniejszym stopniu nie różniące się od życia prowadzonego przez jakiegoś Jacka Pałasińskiego, czy tę lalunię z Polsatu, natomiast jej koledzy dziennikarze uważają, że nawet jeśli się okaże, że ona od tamtych jest jeszcze gorsza, to nic nie szkodzi, bo „naszej” publiczności akurat można wszystko wmówić w jednej chwili. I to jest właśnie obraz tego środowiska. I tu już więcej dodawać nie trzeba. Stało się jednak tak, że kiedy przygotowywałem się do pisania tego tekstu, rzuciłem okiem na notatki, które regularnie sobie robię do ewentualnego wykorzystania w przyszłości i znalazłem coś, o czym kiedyś jakimś cudem zapomniałem, a co jest, moim zdaniem, naprawdę warte pokazania.
Proszę sobie wyobrazić, że wspomniany już tutaj portal Karnowskich wpolityce.pl opublikował ankietę – typową ankietę przeznaczoną dla lubiących się pobawić internautów – z bardzo podstawowym pytaniem: „Czy wstydzisz się za radnych Platformy z Bydgoszczy, którzy cofnęli swoją decyzję sprzed 43 miesięcy, i zmienili nazwę mostu im Śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - na Most Uniwersytecki?”.
I oto – wiem, że w to trudno uwierzyć, ale tym razem żartów nie ma – redakcja portalu swoim czytelnikom zaoferowała następujące opcje:

1. TAK, wstydzę się, zachowali się haniebnie
2. NIE, raczej mi ich żal; upadli tak nisko, że za jakiś czas nie będą mogli spojrzeć w lustro
3. MAM mieszane uczucia – wstydzę się za nich, a jednocześnie smuci mnie ich upadek


Mam nadzieję, że wszystko jest jasne i że nikt z nas, na przykład, nie przyjdzie tu, żeby mi wyjaśniać, że to przecież naprawdę tylko – no wręcz kabaret. Bo przecież nikt chyba nie sądzi, że za tym stać może jakakolwiek pogarda dla człowieka. Przecież nie z tej strony. Nie z tej.
No ale, ponieważ wiem, że ludzka naiwność nie zna granic, a już zwłaszcza wśród ludzi takich jak my, a więc myślących sercem i wypełnionych czystą, dziecięcą ufnością w to, że człowiek, jako stworzenie boże, jest w gruncie rzeczy dobry, proponuję pewien eksperyment. Zastanówmy się mianowicie, co byśmy powiedzieli, gdyby to na stronie internetowej „Gazety Wyborczej” ukazał się tego typu żart:

Czy jesteś dumny z radnych Platformy z Bydgoszczy, którzy cofnęli swoją decyzję sprzed 43 miesięcy, i zmienili nazwę mostu im. Lecha Kaczyńskiego - na Most Uniwersytecki?.
1. TAK, jestem dumny, zachowali się godnie
2. NIE, raczej mi ich żal; niepotrzebnie narazili swój autorytet na ataki ze strony chorych z nienawiści wyznawców smoleńskiej sekty
3. MAM mieszane uczucia – jestem z nich dumny, a jednocześnie smuci mnie trudna sytuacja, w jakiej się znaleźli służąc Ojczyźnie
”.

Co by na to napisał choćby portal wpolityce.pl? Jak by zareagowali nasi prawicowi redaktorzy, gdyby na portalu gazeta.pl ukazało się coś tak kuriozalnego? Otóż to – „kuriozalnego”. Nie bez przyczyny używam tego określenia. Gdyby bowiem na portalu gazeta.pl ukazała się tego typu ankieta, byłoby to takie kuriozum, że od tego prawdopodobnie cała Polska opinia publiczna zerwałaby się na równe nogi. Bo taki tekst na portalu Agory byłby czymś autentycznie kuriozalnym. Tu nie. Tu u nas nic się nie dzieje. Czemu? Otóż wydaje mi się, że znam odpowiedź. My okupujemy poziom, gdzie i jedni i drudzy uważają, że wolno wszystko. I jeśli ktoś się jeszcze dziwi, to tylko my sami. Jeszcze się trochę dziwimy, ale, jak już wspomniałem wyżej, to już chyba niedługo potrwa.


Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 21 kwietnia 2011

O zdrajcach o świcie

Zwrócono mi uwagę na portal o nazwie ‘Widelec’. O owym ‘Widelcu’ wcześniej nie słyszałem, natomiast dziś wiem tyle, ze jest to projekt prowadzony przez spółkę Agora, i jego celem jest rozbawianie agorowej klienteli. A zatem, taki Joe Monster, czy Kwejk, czy może – z drugiej strony – prowadzone przez Gazetę Polską ‘Pinezki’, tyle że dla dobrze wykształconych z dużych miast. Przyznam, że moja wiedza o ‘Widelcu’ jest w dalszym ciągu minimalna, i mam wszelkie powody, by przypuszczać, że nadal taka pozostanie, natomiast jeśli dziś się nim zajmuję, to wyłącznie ze względu na jeden, bardzo określony występ. Chodzi mianowicie o CV.
Otóż w najświeższym wydaniu tego kącika nowoczesnego humoru, opublikowano wyniki ogłoszonego przez wspomniany portal konkursu na ‘Najgorszą aplikację o pracę’ i oto już tylko możemy się wsłuchać uszami wyobraźni w tubalny rechot dochodzący z najczarniejszych kieszeni naszego kraju. Co tam jest takiego zabawnego? Standard. Agora przedstawia nam siedem aplikacji o pracę, napisanych przez ludzi, którzy przede wszystkim tej pracy desperacko szukają, a przy tym ludzi najprawdopodobniej dramatycznie ubogich i niewykształconych. Nie mam tu sposobu, żeby opisać przedmiot tych szyderstw, choćby dlatego, że wstrząsający autentyzm tego dramatu jest nie do opisania. Jeśli ktoś ma ochotę i odwagę, niech sobie na ten ‘Widelec’ zajrzy, i wtedy może będzie wiedział, o czym tu dziś rozmawiamy. Ponieważ ja, jak mówię, nie jestem w stanie, pozostaje to, lub już tylko osobista wrażliwość i wyobraźnia każdego zainteresowanego problemem. Nie samymi aplikacjami, lecz własnie problemem.
A problem jest taki oto, że nie trzeba się szczególnie intelektualnie wysilać, żeby wiedzieć, że każdy z nich, to tak czy inaczej nasz sąsiad; człowiek, którego mijamy codziennie, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy podczas spaceru z psem; ktoś z kim niekiedy zamieniamy słowo; ale jednocześnie ktoś, o kim gówno, za przeproszeniem, wiemy. Bo każdy z nich, staje na głowie, żeby nasza wiedza o jego, czy jej sytuacji była jak najbardziej niedostępna. Dlaczego? Bo każda z tych osob, nawet jeśli nie ma już prawie nic, to za to pozostał jej wstyd.
Skąd mi przyszło do głowy, że ludzie, z których dziś Agora w tak straszny sposób szydzi i jednocześnie robi wszystko, żeby to szyderstwo stało się maksymalnie powszechne, wiedzą czym jest wstyd? Otóż z bardzo prostego powodu. Nie mam bowiem wątpliwości, czytając te wstrząsające swoją bezradnością aplikacje, że za nimi stoją ludzie, którzy w normalnych warunkach – a więc choćby w intelektualnej i czysto ludzkiej sytuacji twórców portalu ‘Widelec’ – machnęliby ręką na te całą pracę i zaczęli się zwyczajnie kurwić, albo kraść. Gdyby którakolwiek z tych osób, a więc, czy to ten „Dawit” – pracownik piekarni i ochroniarz w hipermarkecie, czy może owa Edyta – marząca o podróżach fryzjerka z Kielc, czy wreszcie ta kobieta, która „od dziecka sprzedawała z ojcem warzywa na targu”, a dziś już tylko liczy na to, że ktoś jej pozwoli „kłaść zażądany kawałek ciasta na tackę” i ktoś jej za to zechce dać jakiś marny grosz, miała umysł, wrażliwość i poczucie człowieczeństwa na poziomie intelektualistów z Agory, dziś byśmy się z nich nie śmiali, lecz niewykluczone, że się ich bali.
Tymczasem, na całe nasze szczęście, każdy z nich stoi o niebo wyżej od tych, którzy z nich dziś kpią. I to jest fakt , którego dyskutować nie ma sposobu. Żeby to wiedzieć, wystarczy na spokojnie wejść w ten dramat i uruchomić choćby minimum wrażliwości. Wystarczy na ułamek choćby chwili oderwać się od naszych codziennych interesów i odrobinkę pomyśleć. Spróbować oczyma wyobraźni zobaczyć tego człowieka, jak siedzi w swoim domu i błaga o uczciwą pracę, pewnie choćby za każdy łaskawy grosz, której prawdopodobnie i tak wie, że nie dostanie. Bo on jest jaki jest, a zewnętrzny świat, też specjalnie dla niego się już nie zmieni. Wygląda jednak na to, że dla pewnego typu wrażliwości, nawet coś tak prostego, jest nieosiągalne.
Jakiś czas temu opowiadaliśmy tu sobie, jak to w jednym z prowincjonalnych sklepów pojawiło się dwoje dzieci, które przyszły kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków za 2,40 zł. Myślę sobie, własnie przy okazji tego ‘Widelca’, również o tych dzieciach, i nagle przychodzi mi do głowy, że pewnie ci kabareciarze o tamtych zakupach u nas jednak nie czytali, bo w przeciwnym wypadku, jestem pewien, że by na tym swoim fantastycznie wesołym portalu urządzili zawody na "najgorsze zakupy". I przychodzi mi też od razu do głowy, że po raz kolejny wychodzi na to, że mamy wyłącznie jeden problem. Problem nie polityczny, lecz kulturowy. Jeśli dzisiejsza Polska pogrążona jest w tak fatalnym konflikcie, to nie z powodu polityki, lecz ze względu na cywilizacyjną i kulturową zapaść. I to nie na poziomie najniższym, ale właśnie tym pozornie najwyższym. A jeśli ktoś tego nie chce zrozumieć, to ja nie mam już na to sposobu.
Zbliżają się Święta. Jestem już po spowiedzi, w czasie której mocno się zadręczałem tą swoją pogardą do zła, której nie jestem w stanie zwalczyć. Obiecałem poprawę, obiecałem, że będę się starał. I nie jestem w stanie. Nadchodzi Wielkanoc, a ja sobie myślę, że bardzo bym sobie życzył, żeby któryś z tych, co dziś się śmieją z ludzi z owymi rozpaczliwymi aplikacjami w kieszeniach, szedł sobie wieczorem ulicą i został skutecznie pobity i obrabowany przez tego jednego z nich. Tego który już nie wytrzymał i pomyślał sobie, że nie będzie pisał żadnych głupich CV, tylko inaczej zatroszczy się o swoją teraźniejszość. Lub, żeby, korzystając z nieobecności żony, sprowadził sobie do domu jedną z tych fryzjerek, czy sprzedawczyń warzyw, które wprawdzie nie miały ani wykształcenia, ani podstawowych społecznych umiejętności, ale uznały, że nie są najbrzydsze, i został przez nią najpierw okradziony, a następnie wystawiony na publiczne pośmiewisko. Chciałbym tego bardzo, bo każdy kolejny dzień spędzony na obserwowaniu ludzkiego upadku, przekonuje mnie coraz bardziej, że dla wielu z nas jedynym ratunkiem może być już tylko te 16 ton spadające na głowę.
Zbliżają się Święta, a ja z tej okazji chciałbym tę notkę zadedykować tym wszystkim, którzy zostali wyróżnieni w konkursie ‘Widelca’. Z miłością, podziwem i wstydem, że ja bym tak nie potrafił. To dla nich jest każde słowo tych dzisiejszych refleksji. I dalej już nic więcej, bo idę się pobeczeć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...