Skąd się nagle wzięła u nas dyskusja o karze śmierci poza tym, że – Bóg Jeden wie, czemu – ni stąd ni z owąd wyskoczył z nią Jaroslaw Kaczyński? Nie wiadomo. Można by było tu spuścić się na opinię tak zwanych poważnych komentatorów, którzy twierdzą, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego był to gest polityczny, mający na celu odebranie konkurentom na czas ich debiutu dobrego tematu, tyle tylko że owi komentatorzy są akurat tak samo poważni, jak poważne jest ich całe życie. No a poza tym, przepraszam bardzo, ale może i Jaroslaw Kaczyński ma dziś słabszy okres, jednak z całą pewnością nie aż tak słaby. A więc, skąd się nagle wzięła ta kara śmierci – nie wiemy. I, jak przypuszczam, wiedzieć już raczej nie będziemy. Pal ją sześć. Natomiast myślę sobie, że nie zaszkodzi przy tej okazji powiedzieć parę słów na temat owej kary w wymiarze jak najbardziej ogólnym.
Pamiętam świetnie czasy, gdy kara śmierci była czymś równie naturalnym, jak kara dożywocia, kara więzienia, czy kara klapsa. Oczywiście, biorę pod uwagę taką możliwość, że już wtedy były gdzieś pochowane grupy tak zwanych humanistów, którzy twierdzili, że kara śmierci jest barbarzyństwem, lub, nawet jeśli barbarzyństwem nie jest, to z całą pewnością jest karą nieskuteczną, i powinna zostać zniesiona. Jednak wiem też z całą pewnością, że tego typu głosy nie dochodziły do mnie ani ze strony oficjalnej propagandy, ani od strony Kościoła, ani też tego typu poglądów nie głosili ludzie mi bliscy. A więc, tak czy inaczej, opinia, że kara śmierci jest w ogóle jakimś problemem etycznym, prawnym, czy w ogóle ogólnoludzkim, była wystarczająco egzotyczna, by się nią nie przejmować, i traktować jak stały element naszego życia.
Dziś o karze śmierci, jeśli się w ogóle dyskutuje, to wyłącznie na poziomie ideologicznym, politycznym, lub – ostatnio zwłaszcza – religijnym. Ponieważ zdanie wszelkiego typu bolszewii, której poglądy są zbyt chaotyczne, bym je w ogóle był w stanie ogarnąć myślą, interesuje mnie w stopniu minimalnym, chciałbym się skoncentrować na głosie samego Kościoła i tych, którzy ów głos Kościoła chcą traktować jako swój, i przy okazji ustawiają się w roli tego Kościoła rzecznika. Dla porządku, żeby w ogóle sprawę zacząć, uważam za niezbędne zacytowanie zdania Kościoła w kwestii kary śmierci z dokumentu oficjalnego, i jak dotychczas jedynego aż tak oficjalnego, a mianowicie z Katechizmu. Oto w rozdziale ‘Uprawniona obrona”, czytamy co następuje: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi”. Zacytowałem całe zdanie. Ani wcześniej ani później, nie ma jednego słowa, które by znaczenie tego zdania w jakikolwiek uwarunkowywało. Można tu najwyżej zaznaczyć, że nieco niżej autorzy Katechizmu zastrzegają, że jeśli tylko znajdzie się inna możliwość ukarania ciężkiego przestępstwa, niż przy pomocy śmierci, należy z tej możliwości skorzystać. Ale podstawowy sens owej wskazówki zostaje zachowany. W przypadkach najwyższej wagi, Kościół dopuszcza stosowanie kary śmierci.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zarówno Ojciec Święty Jan Pawel II, jak i – jak się dowiaduję – również Benedykt XVI, wypowiadali się niejednokrotnie przeciwko stosowaniu głównej kary, natomiast wiem też na pewno, że słowa Jana Pawła II nie miały charakteru oficjalnego aneksu do słów Katechizmu, lecz były zaledwie Jego refleksją na temat dzisiejszego świata. Refleksją człowieka o dobroci niezmierzonej, ale też jedynie refleksją jedną z wielu. Nie ma bowiem takiej możliwości, by dokument tak poważny i dostojny był uzupełniany przy pomocy słów: „jak się zdaje”. Poza tym – choć oczywiście nie mogę mieć co do tego pewności – mam podejrzenie, że słowa Ojca Świętego były kierowane przede wszystkim do społeczeństw takich jak Chiny, Somalia, czy Sudan – gdzie się ludzi skazuje na karę śmierci tak jak się pluje – a nie akurat do Polski, czy Norwegii. No ale, jak mówię – tu mogę się mylić. Co i tak nie zmienia argumentu podstawowego. Katechizm nie został zaopatrzony w oficjalny aneks. Kościół Katolicki stosowanie kary śmierci dopuszcza, i nawet jeśli Benedykt XVI wejdzie na wyżyny swojej świętości i z niezgłębionej dobroci swojego serca przebaczy wszystkim złoczyńcom, nas, ludzi bez litości i wyobraźni, pozostawiając daleko z tyłu – nie zmieni to faktu, że nauka Kościoła pozostaje tu bez zmian.
Dlatego bardzo mi się nie podoba, kiedy wśród argumentów na rzecz zniesienia kary śmierci, czy braku potrzeby przywrócenia możliwości jej stosowania, pada argument w postaci” „A papież powiedział”. Jeśli papież zleci napisanie i wydanie nowego Katechizmu i fragment o dopuszczalności stosowania kary głównej zostanie zmieniony, chętnie – choć nie bez zastrzeżeń – się nawrócę. Póki co jednak, trzymam się zdania dotychczasowego. A – i to jest kolejna rzecz, którą moim zdaniem, rozważając kwestię kary śmierci należy wyjaśnić – trzeba wiedzieć, że ja nie jestem za tym, by karę śmierci stosować bezwzględnie i ściśle wedle odpowiedniej hierarchii. Uważam, że należy w Polsce przywrócić możliwość stosowania kary śmierci, nie po to, by ją stosować, ale po to, by się tej możliwości a priori nie wyzbywać. Uważam bowiem, że nie ma mowy ani o humanizmie, ani o litości, ani o dobrym sercu, ani o mądrej refleksji, w sytuacji, gdy kogoś kto popełnił okrutną zbrodnię, nie skazujemy na śmierć wyłącznie dlatego, że i tak takiej możliwości zwyczajnie nie mamy. Jesteśmy mądrzy, dobrzy, roztropni i pełni współczucia, jeśli gestem łaskawego zwycięzcy, zbrodniarzowi darujemy życie, a nie wtedy, gdy gestem idioty, zanim ów zbrodniarz dopuści się swojego zła, informujemy go, że może spać spokojnie. Bo za to co zrobił, na pewno nie zostanie zgładzony. Najwyżej pójdzie siedzieć. To nie jest litość. To nie jest cywilizacja. To jest gnuśność i dezercja.
Nie będę jednak udawał, że moje poglądy na karę śmierci wynikają z jakiegoś instynktu współczucia, i z troski o to, by wszyscy dla wszystkich byli dobrzy. W żadnym wypadku. Jestem zwolennikiem karania najcięższych zbrodniarzy śmiercią dlatego, że ja zwyczajnie chcę, żeby oni nie żyli. Żeby zostali usunięci z powierzchni Ziemi. Żeby zdechli najlepiej w jednej chwili. I jeśli za tym marzeniem stoi jakakolwiek myśl, o której możnaby powiedzieć, że wypływa z dobroci mojego serca, to tylko ta, że uważam, że taki okrutny morderca ma większe szanse nawrócenia, stojąc ten jeden raz nad grobem, a nie codziennie, trzy razy dziennie, nad miską z jakąś podłą zupą, do końca swoich nędznych dni.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie znaleźć jednego argumentu na rzecz tego, by najbardziej okrutnych i zdeprawowanych morderców trzymać w więzieniach, zapewniając im tam wikt, opierunek i bezpieczeństwo, a niekiedy nawet bardzo znaczącą pozycję w ramach owej szczególnej społeczności, jaką jest środowisko więzienne. Czytałem kiedyś relację z rozmowy, jaką pewien amerykański dziennikarz przeprowadził z jednym z najbardziej słynnych masowych morderców, Richardem Speckiem. Swego czasu Speck zasztyletował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej w Dallas, a zrobił to – tak jak to często w tych sytuacjach się dzieje – bez wyraźnego powodu. We wspomnianej rozmowie przyznaje on nawet, że gdyby mógł zmienić historię, to by tych dziewcząt nie mordował. Co ciekawe, ni z gruszki ni z pietruszki, informuje, że zamiast zabijać, to raczej by się gdzieś włamał i może coś ukradł. Natomiast zabijać? No, nie bardzo. Jednak historii odwrócić się nie da, więc ma ten swój wyrok, 1200 lat więzienia, no i siedzi. Dziś już nie. Dziś Speck już nie żyje. Umarł w więzieniu na zawał serca, czy diabli wiedzą, co. Natomiast, jak idzie o to, jak mu się żyło przez te wszystkie lata, od czasu, gdy został zamknięty, aż do wspomnianej śmierci, wygląda na to, że nie było najgorzej. Jestem wręcz pewien, że wokół nas jest mnóstwo porządnych ludzi, których życie jest znacznie bardziej smutne, niż życie tego Specka. Owszem, to o czym marzył najbardziej, a więc, żeby sobie pochodzić po mieście, w grę nie wchodziło, ale poza tym – nie sposób narzekać. W celi miał kolorowy telewizor, magnetofon i kupę taśm z jego ulubionym Chuck Berrym, paru kolegów, którzy go szanowali, no a poza tym się piło i żarło wszystko, co się dało do celi przemycić.
Speck miał karę. Za złe zachowanie trzymany był w osobnym budynku, skąd nie można było wychodzić ani do pracy, ani nawet na spacer, no, ale – jak już zostało powiedziane – żyć się dało. Opowiada dziennikarzowi Speck, o tym, jak on i koledzy dzień w dzień chleją, tak długo aż stracą przytomność. Pyta go więc dziennikarz, czy on się nie boi wspominać publicznie o kontrabandzie w celi, na co Speck odpowiada ze śmiechem: „A cóż oni mogą mi zrobić?” a to dziennikarz zauważa: „Jakiś pan wesoły”. A Speck na to: „A co mam robić? Płakać przez 1200 lat?”
A ja uważam, że to ostatnie pytanie jest w naszych rozważaniach kluczowe. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nie jest w stanie płakać przez 1200 lat. Człowiek jest tak skonstruowany, że płakać może przez pewien czas, ale po pewnym czasie zaczyna swój los akceptować, i stara się znaleźć jakiś sposób na to, by tę swoją niedolę jakoś wykorzystać dla siebie. A więc przyzwyczaja się. A skoro się przyzwyczaja, to, w sposób naturalny, kolejnym tego etapem jest uznanie, że w sumie nie jest aż tak źle. A dalej to już pozostaje tylko jedno – przekonanie o tym, że właściwie tak jak jest, jest najlepiej. Ktoś mi na to powie, że kara śmierci tym bardziej nie jest rozwiązaniem. Że jeśli się człowieka zabije, to albo – co i tak prędzej czy później nastapi – trafi ów nieszczęśnik do piekła, albo nie zostanie z niego nic – zależnie od tego, kto w co wierzy. A zatem nawet jeśli z tego ma być jakaś satysfakcja, to i tak zostanie ona odsunięta w czasie. Jednak ten element już był wyjaśniany. Przede wszystkim, ja wcale nie jestem pewien, czy akurat z punktu widzenia tego mordercy i Dzieła Stworzenia, jego śmierć nie jest akurat najlepszym rozwiązaniem, a poza tym mnie jego los akurat obchodzi najmniej. Ja po prostu nie chcę, by go święta ziemia dłużej nosiła. A jeśli w dodatku to noszenie ma się odbywać w tak komfortowych warunkach, które mu gwarantują to, że wprawdzie pochodzić po mieście i popatrzeć sobie na dziewczyny się nie da, ale w końcu nie można mieć wszystkiego, to ja zwyczajnie protestuję. Gdyby mi zależało na tym, by ten nikczemnik cierpiał i ponosił nieustanną i wieczną karę za swoje zło i z krzywdę, którą mi wyrządził – a trzeba wiedzieć, że za każdym takim przypadkiem stoi indywidualna krzywda – to bym postulował, by przywrócić nie karę śmierci, ale prawo tortur. Albo, jeśli już karę śmierci, to w tradycyjny angielski sposób, kiedy człowieka się najpierw wieszało, następnie rozciągało, w dalszej kolejności ćwiartowało, a po tym wszystkim te szczątki rozrzucało na wszystkie strony świata.
Jednak ja nie jestem człowiekiem okrutnym. Ja nie pragnę tego by ludzie cierpieli. Ja nie chcę, by kogokolwiek cokolwiek bolało. Ja sobie jedynie życzę, by za zło była kara. A za duże zło duża kara. I żeby te kary były wymierzane przez mądrych i wrażliwych ludzi. I żeby na tym marnym świecie, w miarę oczywiście jego ograniczonych możliwości, panowało prawo i sprawiedliwość. Sytuacja kiedy się z góry zakłada, że jedni mają przed sobą taki los, jaki im przypadnie w udziale, a inni los, który im zagwarantuje głupie państwo, jest dla mnie sytuacją nie do zaakceptowania. Dlatego, jak idzie o to czy kara śmierci ma być zapisana w kodeksie, czy nie, jestem za tym, by ją tam zapisać i nie ruszać, choćby się świat walił.
Póki co, przypominam o nadchodzących Świętach i obowiązku obdarowywania bliskich prezentami. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości, że książka, której okładka jest tu obok, i którą żeby kupić, wystarczy raz kliknąć i dalej już tylko korzystać z instrukcji, jest prezentem idealnym. Może nie dla idiotów, ale poza tym – jak najbardziej. Poza tym, nie ma co ukrywać, że mimo iż się staram i powoli zaczynam odbudowywać stan względnego bezpieczeństwa, wciąż jestem mocno pod kreską. A zatem, proszę o bezpośrednie wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.