Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara śmierci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara śmierci. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2021

O życiu które się nie liczy

 

      Wśród kilku nowych informacji na temat sytuacji w Stanach Zjednoczonych, na jakie udało mi się zwrócić uwagę, były dwie, które mnie zaciekawiły szczególnie. Oto w stanie Indiana odbyła się egzekucja pewnej Lisy Montgomery, która w grudniu 2004 roku udusiła ciężarną 23-latkę w ósmym miesiącu ciąży, następnie wycięła nożem kuchennym z jej brzucha dziecko. Egzekucja, podobnie jak wcześniejsze, została przeprowadzona wśród szeregu protestów organizowanych przez różnego rodzaju postępowe organizacje, tym razem, jak widzimy, nieskutecznych.

      Druga to ta, podana przez portal tvn24.pl, że w ataku na Kapitol zginęło pięć osób, a nie cztery. Dokładnie przekaz brzmiał tak, że zginął policjant i czworo demonstrantów. Informacja jest o tyle nowa, że dotychczas wszyscy wiedzieliśmy, że jakiś „trigger happy fool” zastrzelił kobietę nazwiskiem Ashli Babbitt, a trzy inne osoby zginęły jak gdyby na marginesie zdarzeń, bez wchodzenia w szczegóły. Teraz nagle się okazuje, że jest remis. Jeden policjant, jeden protestujący. Czy policjant był biały, czy czarny, tego nie wiemy, ale możemy się domyśleć, że skoro nie doszło jeszcze do rozruchów na skalę ogólną, to pewnie jednak biały.

       Szukam informacji na temat zamordowanego przez dziki tłum białych nazistów policjanta i okazuje się, że wcześniej o jego przypadku nie słyszeliśmy, bo on zmarł już po wydarzeniach. Z tego co czytam, najpierw zrobił co miał zrobić, następnie wrócił do pracy, a potem do domu i zmarł. W wyniku obrażeń odniesionych podczas ataku.

       Zaglądam na Twittera i widzę najpierw nakręcony przez kogoś filmik z zastrzelenia Ashli Babbitt. Najpierw widzimy grupę nacierających na szklane drzwi osób, za nimi uzbrojonych policjantów, z drugiej strony rękę z wyciągniętym pistoletem; Ashli Babbitt, przechodzi na drugą stronę drzwi, pistolet strzela, a ona pada pod stopy zabezpieczających od tyłu atak policjantów. Pod tym filmem komentarz któregoś z naszych komentatorów, że Babbitt, włażąc tam gdzie nie wolno, robiła to na własne ryzyko, a więc dostała to co chciała. W innym miejscu, na tym samym Twitterze, widzę zdjęcie przedstawiające członków antify w pełnym rynsztunku z dużym transparentem głoszącym coś więcej: otóż Babbit nie dostała tego co chciała, ale to na co zasłużyła.

       A ja sobie myślę, że wystarczył jeden czarny przestępca, zabity przez policję podczas próby obezwładnienia, by do dziś przed każdym meczem angielskiej piłki nożnej zawodnicy plus cały sztab trenerski oraz sędziowie byli zmuszani do klęczenia w geście symbolicznego zadośćuczynienia dla tych, których „życie się liczy”. Ashli Babbitt została zastrzelona jak wściekły pies, a ci którzy to zrobili nie dość że nie uważają za stosowne przyklęknąć, nie dość że nadzwyczaj niechętnie w ogóle wymieniają jej nazwisko, to twierdzą, że ona sobie na tę śmierć zasłużyła, a opinia publiczna im przyklaskuje.

      Czy to możliwe, że od dziś nielegalne wkroczenie do rządowych budynków będzie zagrożone karą śmierci? Czy to możliwe, że już niedługo tego typu egzekucja będzie jedyną, którą Nowy Wspaniały Świat zgodzi się tolerować?



sobota, 4 sierpnia 2018

O godności ze sznurem na szyi i bez


        Papież Franciszek, mocą daną mu przez Kościół, zdecydował o wprowadzeniu do Katechizmu poprawki zarządzającej bezwzględny zakaz egzekwowania kary śmierci, i tak jak się należało spodziewać, wsród tak zwanych „prawdziwych katolików” podniósł się kolejny już w czasie tego pontyfikatu rwetes. Gdyby ktoś nie wiedział w czym rzecz, chodzi o to, że dotychczasowe zalecenia Kościoła, choć zdecydowanie zachęcały do stopniowej rezygnacji ze stosowania kary głównej, pozostawiały pewną furtkę w postaci tak zwanej „obrony koniecznej”, której społeczeństwa nie mogą zostać pozbawione. I to jest to, czego ci z nas, którzy czują się szczerze związani z nauką Kościoła, a jednocześnie pozostający zwolennikami kary śmierci, trzymali się zdecydowanie i stanowczo. I tak też, nawet kiedy święty papież Jan Paweł II ogłosił oficjalnie, że w jego opinii kara śmierci w obecnych warunkach nie ma racji bytu i powinna zostać usunięta ze wszystkich kodeksów świata, zwolennicy utrzymania tej jedynej gwarancji pełnej ziemskiej sprawiedliwości niezmiennie głosili, że choć Papież faktycznie coś tam powiedział, Katechizm pozostaje pierwszym i jedynym autorytetem, a więc jest po co żyć… i po co, nomen omen, umierać.
         Przyznaję, że i ja jestem w grupie tych, którzy uważali – i w pewnym sensie uważają do dziś – że są sytuacje, kiedy od kary śmierci każde rozwiązanie jest gorsze. Ja wciąż mam szczere poczucie, że jest pewien rodzaj zła, oraz pewien poziom zwykłej ludzkiej krzywdy, której zadośćuczynić może już tylko symboliczny stryczek. No i w tym momencie papież Franciszek, jak mówię, mocą swojego, nadanego mu przez Jezusa autorytetu, postanowił ostatecznie tę sprawę załatwić i zmienił ów fragment Katechizmu w taki sposób, by nikt z nas nie mógł się już dalej tłumaczyć, mówiąc, że papież Wojtyła na starość zwyczajnie zbzikował.
          A zatem, powtarzam, ja wciąż uważam, że są sytuacje gdzie poza świadomością, że oto stoimy wobec zła, które nie zasługuje na nic więcej jak śmierć, nie ma już miejsca ni nic więcej, a mimo to przyjmuję do wiadomości to, że mój Kościół uważa inaczej i każe mi od dziś bardzo się starać, by to właśnie stanowisko zrozumieć i zaakaceptować. Zwłaszcza że jest ono podzielane przez trzech ostatnich papieży, w tym – o grozo! – również Benedykta XVI, który jak najbardziej powiedział, że „kara śmierci to nie tylko zamach na życie, ale również obraza godności człowieka”.
           Jak już zaznaczyłem na początku, decyzja Papieża spotkała się z protestami ze strony najbardziej radykalnych obrońców Doktryny, którzy jako osoby nadzwyczaj dobrze wykształcone i oczytane, zauważyli, że pojęcie godności stanowi jeden ze współczesnych mitów i w tradycyjnej nauce Kościoła wcześniej nie występowało. Ja z kolei, jako klasyczny dyletant, a miejscami nawet i wiejski głupek, przyjmuję tę informacje do wiadomości i zaczynam dumać nad ową godnością. A w tym momencie  przypominam sobie swój stary dość tekst, w którym opisałem być może najbardziej pilnie strzeżone więzienie na świecie pod nazwą ADX Florence. Proszę mi pozwolić przytoczyć dziś ten fragment:
           Gdyby jednak komuś było tego mało i wciąż twierdził, że bez kary śmierci sprawiedliwości nie ma, może zawsze sobie pomyśleć o owym absolutnie niezwykłym amerykańskim więzieniu znanym pod nazwą ADX Florence, w którym dziś przebywają tak zasłużeni dla Świata Ciemności postacie, jak Larry Hoover z Gangster Disciples, Barry Mills i Tyler Bingham z Aryan Brotherhood, Zacarias Moussaoui, jedyny skazany przed sądem cywilnym organizator ataków z 11 września, Faisal Shahzad, autor próby zamachu na Times Square w roku 2010, Ramzi Yousef, główny animator ataku na World Trade Center w roku 1993, ale również tak znani osobnicy jak Ted Kaczyński, czyli słynny Unabomber, Dzokhar Tsarnaev, autor niesławnego ataku na uczestników maratonu w Bostonie, szef mafijnej rodziny Bonanno, Vincent Basciano, ale też Terry Nichols, odsiadujący 161 wyroków dożywocia współorganizator ataku w Oklahoma City z roku 1995. Sam Timothy McVeigh, główny sprawca ataku, też by tam dziś przebywał, gdyby nie fakt, że w międzyczasie został skazany na karę śmierci i w związku z tym został przeniesiony w miejsce, gdzie czekały na niego już inne przykrości. Ale znajdziemy w ADX również osoby tak szczególne, jak Richard McNair, który wprawdzie zamordował zaledwie dwie osoby, ale pewnie skończyłby w miejscu znacznie mniej spektakularnym niż ADX, gdyby nie fakt, że wcześniej udało mu się aż trzykrotnie uciec z różnych, wcale nie lekkich, ośrodków odosobnienia, czy Robert Hanssen, były agent FBI, który za wydanie Rosjanom kilku amerykańskich szpiegów, otrzymał 15 kolejnych wyroków dożywocia.
         Cóż jest takiego szczególnego w owym więzieniu, poza tym, że jest to miejsce o maksymalnie zaostrzonym rygorze? Otóż, wbrew mylnym, choć zrozumiałym pogłoskom, jakoby oni wszyscy byli tam trzymani pod ziemią, więzienie w znacznej swojej części znajduje się ponad powierzchnią ziemi, natomiast niżej, owszem, znajduje się korytarz łączący budynki z głównym wejściem do więzienia. 23 godziny na dobę więźniowie spędzają samotnie w celi i jedynie przez pięć godzin w tygodniu, w towarzystwie minimum trzech strażników, mogą pozwolić sobie na chwilę relaksu. W każdej sali znajdują się wykonane niemal wyłącznie z betonu biurko, stołek oraz łóżko, jak również unieruchamiana w przypadku zatkania toaleta, automatycznie kontrolowany na wypadek zalania prysznic, oraz umywalka bez stanowiącego potencjalne zagrożenie kurka. W niektórych celach mogą znajdować się wykonane z wypolerowanej stali, wtopione w ścianę, lustra. Elektryczne światło włączane i wyłączane jest z zewnątrz. Radio, oraz, w wyjątkowych sytuacjach, czarno-biały telewizor nadają wyłącznie programy o charakterze relaksacyjnym, edukacyjnym i religijnym. Wszystkie cele, dla uniemożliwienia więźniom kontaktu za pomocą alfabetu Morse’a, są idealnie dźwiękoszczelne. Okna o rozmiarach 10 x 120 cm zaprojektowane są w taki sposób, by więźniowie nie byli w stanie określić swojego położenia, a więc jedyny widok, jaki z nich można uzyskać, to niebo, ewentualnie sąsiedni dach. Gimnastykę więźniowie mogą uprawiać w betonowym basenie, również zaprojektowanym tak, by uniemożliwić im rozpoznanie miejsca, w którym się znajdują. Znajdujący się w basenie więzień może zrobić maksymalnie dziesięć kroków w linii prostej i trzydzieści kroków po kwadracie. Więźniowie pozbawieni są kontaktu ze światem zewnętrznym, a jedzenie dostarczane jest im osobiście przez strażnika. Oczywiście, całe więzienie wyposażone jest w system setek kamer i detektorów ruchu, oraz 1400 zdalnie sterowanych stalowych drzwi. Każdy ruch więźnia monitorowany jest 24 godziny na dobę, całość otoczona jest czterometrowym, zakończonym drutem kolczastym murem, oraz patrolowana przez uzbrojonych strażników z psami. W wyjątkowych przypadkach złamania regulaminu, więzień kierowany zostaje do tak zwanego „Punktu Z”, gdzie w całkowicie pozbawionych światła i dźwiękoszczelnych betonowych celach może się zmieścić do 148 więźniów. Obecnie w ADX Florence przebywa 410 osób”.
         I w tym momencie – z oczywistym zastrzeżeniem, że ja naprawdę bardzo się staram – mam do swojego Kościoła jedno pytanie: Jak to jest z tą godnością w przypadku ADX Florence, gdzie umiłowany bezgranicznie przez Pana Boga człowiek, choćby nawet zaczął się najszczerzej na świecie modlił się o to by muu to dozywocie zamieniono na karę śmierci, nie ma na to szans i jedyne co mu zpozostaje to w owej modlitwie pokutować za swoje grzechy? No i jeszcze coś: Czy jemu łatwiej jest odnaleźć Boga tu, czy może w tej ostatniej chwili, gdy poczuje ów sznur na swojej szyi, lub chłód strzykawki na skórze?

Przypominam uprzejmie, że moje książki, w tym trzy ostatnie egzemplarze „TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” są dostepne pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.



wtorek, 10 lipca 2018

O tych co zamienili oko i ząb na kijek


Najpierw dwie wiadomości, obie złe. Pierwsza jest taka, że oto skończył się nakład książki „Palimy Licho, czyi o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” i z tego co mi obiecuje Gabriel, dodruku nie będzie. Druga to ta, że nawet nie został mi egzemparz autorski, więc będę sobie musiał go gdzieś kupić, co, sami przyznacie, wygląda dość głupio. A teraz dwie kolejne wiadomości, z których tylko jedna na szczęście jest zła. Skończył się kolejny dodruk „Listonosza” i tu również, przynajmniej narazie, dodruk nie jest planowany, co oczywiście dla niektórych może być wiadomością przykrą, natomiast dobra jest taka, że mam u siebie jeszcze sześć egzemplarzy, więc zachęcam do pośpiechu. Kontakt jest znany: k.osiejuk@gmail.com.
Bardzo chciałem dziś napisać tekst o niedźwiadku Paddingtonie, jednak już wtorek, a tekst z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” wciąż czeka, a zatem Paddington będzie, mam nadzieję, jutro, a dziś o apokalipsie, na szczęście nie naszej.     

      Oto zupełnie niespodziewanie, w sezonie, gdzie można się co najwyżej spodziewać albo słońca, albo deszczu, gruchnęła wiadomość, że w ciągu najbliższych paru lat na wolność wyjdą gangsterzy lat 90. i w związku z tym Polska wróci do czasów gdzie porwania, wymuszenia i zabójstwa stały na porządku dziennym. Jak najbardziej postępowy portal tvn24.pl oddaje głos jednemu z pozostających na wolności i czekającemu na powrót zarówno swoich kolegów, jak i ludzi, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by go zastrzelić, lub przynajmniej obciąć mu wszystkie palce, nos i uszy, a ten oznajmia co następuje:
      Myślę, że do trzech lat to wyjdą wszyscy. Będzie duża konkurencja, uprowadzenia ludzi z innych grup. Będą mieli po prostu o co walczyć”.
      Po gangsterze zabiera głos były policjant i tylko potwierdza diagnozę swojego kumpla z placu broni:
     Dawni członkowie gangu mokotowskiego czy pruszkowskiego nie potrafią robić nic innego poza tym, co już robili. Oni zatrzymali się mentalnie na 2000 roku. Wyjdą i znów to będą robić”.
     I to jest, moim zdaniem, wiadomość naprawdę poważna. Mieliśmy niedawno, przy okazji 25 rocznicy odzyskania niepodległości, ale także wstąpienia do tak zwanej Europy, falę spekulacji, co to będzie gdy z więzień zaczną wychodzić nie gangsterzy, którzy nas akurat mają w nosie, ale autentyczni psychopaci, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez tego, by nie zgwałcić a następnie nie zamordować jakiegoś dziecka. No i chwilę potem dowiedzieliśmy się, że polskie państwo zadbało o nasze bezpieczeństwo i przy pomocy ustawy o tak zwanych bestiach, zagwarantowało nam, że ci najbardziej niebezpieczni z nich nie wyjdą na wolność do końca świata, a więc nie będziemy się musieli niczym, poza zwykłym być może poczuciem braku sprawiedliwości, martwić. Doszło i do tego, że nawet kiedy media poinformowały, że niesławny wampir z Bytowa poznał miłość swojego życia i wziął ślub w swoim nowym mieszkanku, też wiedziliśmy, że poza bezsilnym zaciskaniem pięści, nie mamy powodu do jakichś szczególnych wzruszeń.
     Tu tymczasem wygląda na to, że bestia bestii nierówna, a zatem musi nadejść czas, gdy ani my, ani przede wszystkim nasze zawsze pozostające w pełnej gotowości media, nie będziemy mieli powodu do narzekań, że jest jakoś nudno.
     No i w ten sposób dochodzimy do punktu, gdzie nie pozostaje nam nic innego jak po raz kolejny zadumać się nad niewyjaśnioną od początku świata zagadką, czym jest sprawiedliwość. I jakkolwiek byśmy nie liczyli, znów wychodzi na to, że owa twarda jak skała zasada „oko za oko, ząb za ząb”, nawet jeśli w relacjach międzyludzkich kompletnie bezużyteczna, a kto wie, czy nie grzeszna, gdy chodzi o tak zwany ład społeczny, nie ma nad sobą nic równie słusznego, prawdziwego i gwarantującego, że ten nasz świat w pewnym momencie nie popadnie w kompletny chaos.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl ewentualnie tu do mnie, jak już zaznaczyłem wcześniej. A jeśli kto mieszka w Warszawie, to do sklepu Foto-Mag, w Alei KEN, podobno tuż obok stacji metra. Nie znam się.
      
    

wtorek, 28 lutego 2017

Trynkiewicz się ożenił, czyli 25 lat wolności

       Po dwudziestu pięciu latach, jakie upłynęły od czasu, gdy objęcie władzy w Polsce przez koalicję Frontu Jedności Narodu z Solidarnością zostało najpierw uczczone powszechną amnestią, w ramach której wszystkim skazanym na karę śmierci zabójcom zamieniono wyroki na 25 lat więzienia, a następnie świadomość obywatelska osiągnęła poziom rozwoju, na którym nie dość że przestała być w ogóle wymierzana kara śmierci, to jeszcze za barbarzyństwo uznano wyrok dożywotniego więzienia, a my znaleźliśmy się jako społeczeństwo w punkcie dość szczególnym. Oto bowiem okazuje się nagle, że owi najbardziej brutalni mordercy, którzy w normalnych warunkach gryźliby już ziemię, zaczynają powoli wychodzić na wolność, a zarówno państwo, jak i społeczeństwo są kompletnie nieprzygotowane do tego, by się skutecznie bronić przed całą kupą nie dość że całkowicie nieobliczalnych psychopatów, to jeszcze psychopatów najprawdopodobniej dodatkowo zdewastowanych przez lata życia w odosobnieniu.
       Pamiętamy zamieszanie, jakiego dzięki uprzejmości mediów mogliśmy być niemymi świadkami parę lat temu, kiedy to nagle się okazało, że już wkrótce na wolność wychodzi niejaki Trynkiewicz, człowiek, który w roku 1988 brutalnie zgwałcił, a następnie zamordował czwórkę małych chłopców i wedle wszelkich danych, nie ma sposobu, by go, jako człowieka w pełni już wolnego, powstrzymać przed dalszym zabijaniem. Postanowiono więc Trynkiewicza skierować na przymusowe leczenie, gdzie plan był taki, że się go uzna za osobę wciąż niebezpieczną i dzięki temu będzie go można izolować tak długo aż zdechnie. Niefortunnie jednak lekarze-terapeuci ogłosili sukces i kazali Trynkiewicza wypuścić, w związku z czym natychmiast odkryto w jego celi rzekomo pedofilskie materiały plus ludzkie szczątki i kazano mu siedzieć dalej. Wkrótce okazało się, że z tymi szczątkami to była głupia nadgorliwość, Trynkiewicza trzeba było wypuścić, niemal natychmiast jednak, zanim ten zdążył zrobić komukolwiek krzywdę, Sejm błyskawicznie przegłosował tak zwaną „ustawę o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób” i w roku 2014 Trynkiewicza zamknięto w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, a rok później dla pewności znaleziono, jak się zdaje, solidniejsze już materiały pedofilskie, co mu decyzją sądu zagwarantowało bezpieczne pięć i pół roku za kratami. Co będzie dalej, tego oczywiście nie wiemy, ale jestem pewien, że polskie państwo coś tu wymyśli. W końcu czas leci, a bronić się trzeba. Jedyny problem jest taki, że ponieważ Trynkiewicz właśnie się ożenił z kobietą, która ręczy za to, że jest on człowiekiem z natury dobrym i wrażliwym, a ona osobiście nie spotkała w życiu nikogo, kto by miał w sobie tyle ciepła, miejscowi psychologowie mogą mu skrócić ten smutny czas i będziemy jeszcze mieli okazję obejrzeć prawdziwy spektakl.
      Ja tu oczywiście trochę ironizuję, ale nie oszukujmy się – Trynkiewicz to jest zaledwie pierwszy z wielu, co sprawia, że problem mamy bardzo poważny. Oto na przykład właśnie pojawiła się informacja, że już za chwilę będzie trzeba nam tu wpuścić kolejnego beneficjenta pamiętnego święta odzyskania wolności z roku 1989, człowieka nazwiskiem Pękalski, podejrzewanego o zamordowanie w latach 80. i 90. ponad 90 kobiet, a skazanego w roku 1996 na 25 lat więzienia za jedną jedyną 17-letnią Sylwię, biedną wiejską dziewczynę ze wsi Darskowo. Pękalski pojawi się więc wśród nas, jako wolny człowiek, a my, jako społeczeństwo znów będziemy zachodzić w głowę, co zrobić, żeby, skoro się już go nie da normalnie powiesić, to przynajmniej go odizolować w taki sposób, by europejskie instytucje nie miały do nas pretensji. Na szczęście mamy ów fantastyczny ośrodek w Gostyninie i ową jeszcze fajniejszą ustawę o tak zwanych bestiach, co możemy chyba z czystym sumieniem traktować, jako jedyny faktyczny sukces rządów Platformy Obywatelskiej i prezydenta Komorowskiego, a co nam być może umożliwi odizolowanie Pękalskiego na zawsze.
       Przed nami oczywiście kolejne nazwiska, kolejne „bestie” i kolejne kłopoty, a ja już tylko chciałbym zapytać, co komu przeszkadzała owa stara dobra szubienica. Że dr Moczydłowski czułby dyskomfort? Przepraszam bardzo, ale w obliczu dzisiejszych dylematów, w jaki sposób to ma być nasze zmartwienie?


Jak zawsze zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia jego, moje, a także wiele innych znakomitych książek. Koniecznie.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czy stan Texas karze śmiercią za zbyt niskie IQ?

       Mam oczywiście świadomość, że ze względu na podstawową naturę tego bloga, wypadałoby mi w końcu jakoś skomentować stan spraw między panią poseł Joanną Lichocką, a prezesem Jackiem Kurskim, czy może jeszcze bardziej między rządem Beaty Szydło, a sędzią Rzeplińskim, ale tak się niefortunnie składa, że albo gdzieś ktoś kogoś zastrzeli, albo ktoś inny podniesienie dwustukilogramową sztangę i ja już nie potrafię się skupić ani na Rzeplińskim, ani na Kurskim, by już nie wspomnieć o Lichockiej i jej samochodach. Oto przeczytałem na przykład wczoraj na portalu tvn24.pl wiadomość, że już za parę dni w Teksasie zostanie wykonany wyrok śmierci na człowieku nazwiskiem Jeffrey Lee Wood. Wydawałoby się, że my akurat nie mamy jakiegokolwiek powodu, by się zajmować tym, że stan Teksas dokona egzekucji na kolejnym mordercy, jednak szefowie TVN24 uznali, że warto nam trochę głowę pozawracać, a zrobili to tak sprawnie, że nie dali nam innego wyjścia, jak się sprawą zainteresować. Mamy więc przed sobą ogromne studio, w tle dwie wielkie flagi Stanów Zjednoczonych, między flagi wkomponowane zdjęcie owego Wooda podpisane bardzo zabawnie „Jeffery Lee Wood”, a na tle owej dekoracji niejaki Michał Sznajder, opowiadający nam w owym komicznym stylu Maxa Kolonki, historię owego nieszczęśnika.
       Czego zatem się dowiadujemy? Przede wszystkim już sam tytuł artykułu robi wrażenie: „Nie zabił, został skazany na karę śmierci. Matka: to dziecko w ciele dorosłego”.
      Reszty dowiadujemy się już od samego Sznajdera słowo w słowo:
      „Jeffrey [przepraszam – Jeffery] Lee Wood zostanie stracony, mimo że sam nikogo nie zabił, nie ma nikogo na sumieniu”.
      „Doszło do śmierci sprzedawcy w sklepie, ale to nie Jeffrey [przepraszam – Jeffery] Lee Wood pociągnął za spust. Nie. To jego znajomy, albo, mówiąc dokładnie, współlokator. Oni razem mieszkali i nawet umówili się, że dokonają napadu, ale Wood się rozmyślił i nawet nie znajdował się w tym samym budynku, gdzie doszło do zbrodni”.
      „Niestety amerykańskie prawo stosując zasadę pod nazwą ‘law of parties’ zakłada, że prokuratura nie musi udowodnić, że oskarżony miał jakikolwiek udział w popełnieniu przestępstwa lub że miał zamiar je popełnić. Przysięgli muszą tylko uznać, że miał miejsce plan by popełnić przestępstwo i że oskarżony powinien był przewidzieć, że przestępstwo nastąpi. Jeffrey [przepraszam – Jeffery] został skazany na karę śmierci, bo ewidentnie nie przewidział. Ale powstaje pytanie, jak on w ogóle mógł przewidzieć? W takiej sytuacji, powiedzmy zwyczajniej, trudno się było tego spodziewać. Dodatkowo, Jeffrey [przepraszam – Jeffery] był w sytuacji o tyle trudnej, że stan jego intelektu jest taki jaki jest: IQ – 80, na pograniczu niesprawności intelektualnej, a teraz zostanie stracony, mimo że do cudzej śmierci się nie przyczynił”.
     No, no! Ciekawe rzeczy dzieją się w tej Ameryce. Policjanci mordują Bogu ducha winnych Murzynów, prawo skazuje na karę śmierci osoby niewinne, w dodatku o współczynniku inteligencji na poziomie 80 punktów, no i jeszcze ten Trump, cholera jasna. Sprawdziłem więc tego Jeffreya i co się okazuje? Otóż z powszechnie dostępnych informacji wynika, że oni dwaj, Jeffrey i jego dziś już słusznie nieżyjący kumpel Daniel Earl Reneau, zanim dokonali swojego ostatniego w życiu skoku, byli zwykłymi bandytami. W mieszkaniu, w który wspólnie mieszkali, przechowywali całą kupę różnego rodzaju broni, zarówno pochodzącej z kolejnych napadów, jak i do owych napadów wykorzystywanej. A sprawa, która nas dziś zajmuje wyglądała tak, że dnia 2 stycznia 1996 podjechali obaj na stację benzynową Texaco, Wood został w samochodzie, podczas gdy Reneau wszedł do środka i zażądał od sprzedawcy, 31-letniego  Krisa Lee Keerana pieniędzy. Kiedy Keeran się na moment zawahał, Reneau strzelił mu prosto między oczy, zabijając go na miejscu. Wtedy do środka wszedł Wood, obaj zabrali kasetkę z pieniędzmi plus kamerę wideo i odjechali. Obaj zostali aresztowani następnego dnia, postawieni przed sądem, skazani solidarnie na karę śmierci, a Renaau pewnego letniego poranka roku 2002 został stracony.
       Taka jest ta historia, jak się zdaje, nie kwestionowana nawet przez samego Wooda, jego mamę i całą rodzinę. Wygląda na to, że dziś już tylko TVN24 i red. Michał Sznader utrzymują, że biedny „Jeffery” ze swoim 80-punktowym IQ nie mógł ani niczego przewidzieć, ani się spodziewać. Oczywiście, ponieważ termin egzekucji Wooda zbliża się wielkimi krokami, i wszystko wskazuje na to, że on jednak po tych dwudziestu latach wreszcie za to co zrobił odpowie, cały tak zwany „cywilizowany” świat wstrzymał oddech i próbuje moment egzekucji po raz nie wiadomo który odwlec. I ja to oczywiście rozumiem. Rozumiem ludzi, którzy poświęcili całe swoje życie na walkę o delegalizację kary śmierci. Ja nawet staram się zrozumieć te ich pokręcone ścieżki moralne, które każą im chronić ludzkie życie, pod warunkiem, że jest to życie człowieka, któremu da się zmierzyć poziom IQ. Nie jestem natomiast w stanie w ogóle zrozumieć kogoś, kto słysząc, że jakichś dwóch zbirów bez kropli litości zamordowało biednego pracownika stacji benzynowej, w pierwszym odruchu zaczyna coś ględzić o 80-punktowym IQ, które rzekomo jednemu z nich uniemożliwiło zrozumienie, że pistolety strzelają, a jeśli strzelają do kogoś, to się tego kogoś zabija.
      W tej sytuacji, ja bardzo potrzebuje podzielić się pewną refleksją. Otóż niedawno rozmawialiśmy sobie z Coryllusem na temat wszelkiego rodzaju testów sprawdzających różnego rodzaju umiejętności i Coryllus przyznał, że on jakiś czas temu dostał do rozwiązania test określający jego poziom inteligencji i uzyskał 90 punktów. Ośmielony tym wyznaniem, ja Coryllusa przebiłem i przyznałem, że ja też kiedyś próbowałem rozwiązać ów tekst i zdobyłem zaledwie 70 punktów. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że przede wszystkim, ja w większości wypadków nie rozumiałem poleceń, a poza tym testu nie ukończyłem skutkiem zmęczenia, niemniej fakt jest faktem. Mój iloraz inteligencji wynosi 70 punktów.
      Gdyby ktoś w tym momencie zaczął się obawiać, że ja się w związku z tym zamierzam na kogoś zasadzić i tworzę sobie alibi, już teraz proszę o najwyższy wymiar kary.

Przypominam, że na youtubie można oglądać wypowiedź, jakiej udzieliłem organizatorom Bytomskich Targów Książki. A jeśli ktoś będzie zainteresowany to zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

      

     

sobota, 25 sierpnia 2012

Na co światu Norwegia?

Ja oczywiście mam świadomość, jak bardzo metoda rozpoczynania tego typu tekstu od słów: „przypadkiem ostatnio usłyszałem” jest zużyta i skompromitowana, niemniej tu akurat jestem szczery jak jasna cholera. Ja rzeczywiście telewizji, że tak powiem, informacyjnej, nie oglądam od paru miesięcy, a dziś tak się stało, że włączyłem telewizor na ułamek chwili, i w tym momencie pojawiła się informacja o tym, że Norwegia posadziła tego swojego Breivika na 20 lat do paki, a on – uzyskawszy szansę wygłoszenia ostatniego oświadczenia – przeprosił wszystkich norweskich nacjonalistów za to, że zamordował tak mało osób. Ogłaszająca wyrok sędzia, wobec tego typu szaleństwa, zażądała wyłączenia Breivikowi mikrofonu, a ja w tym momencie wyłączyłem telewizor, i pomyślałem sobie, ze ci Norwegowie to faktycznie jest nie byle co. Najpierw obdarowali świat tym swoim nowoczesnym pogaństwem, a teraz jeszcze to.
Zaglądam na Onet.pl, a więc tam gdzie można zobaczyć ciemność w wydaniu wręcz doskonałym, i dowiaduję się, że cała sytuacja, a więc zarówno ów ciekawy wyrok, jak i zapowiadana możliwość zarówno skrócenia, jak i przedłużenia kary, no i to niezwykłe oświadczenie Breivika – wszystko to powoduje najróżniejsze, najczęściej bardzo mądre, komentarze. A więc część ekspertów twierdzi, że ten Breivik chyba jednak jest chory. Inni mówią, że nie ma się co oburzać, bo takie to jest to norweskie prawo, a on więcej przecież dostać już nie mógł, jeszcze inni z kolei przychodzą i tłumaczą, że z tego Breivika już nic nie będzie.
Czytam właśnie gdzieś w Sieci, że Breivik będzie miał w swojej celi bardzo skromne warunki. A więc mniej więcej takie jak zwykły człowiek w zwykłym mieszkaniu, tyle że jego komputer będzie w ten sposób zaprogramowany, żeby on ewentualnie nie mógł wygłaszać w przestrzeni publicznej swoich bardziej szokujących komentarzy. Generalnie jednak, ton komentarzy jest taki, że sytuacja w której ktoś zabija kilkadziesiąt niewinnych ludzi i w związku z tym czynem jedyne co możemy zrobić to powiedzieć, że oto mamy do czynienia z bardzo poważnym problemem, jest sytuacją niepokojącą. Oczywiście, Breivik jest dziwny, a z naszego punktu widzenia dziwny wręcz kosmicznie, a w związku z tym istnieje całe mnóstwo możliwości, by dyskusję na jego temat prowadzić bardzo długo i w wielu najróżniejszych kierunkach, niemniej, jak mówię, ogólny ton jest jeden. Czegoś tu brakuje.
Jak większość czytelników tego bloga wie, ja akurat jestem kimś kto uważa, że jedynym słusznym, i publicznie zrozumiałym postępowaniem w tej sytuacji byłoby obcięcie temu Breivikowi łba. Tym razem jednak ja mam jeszcze inne, dodatkowe pomysły. Otóż wydaje mi się, że najlepszym – powiedziałbym najczystszym – rozwiązaniem, byłoby niespodziewane ogłoszenie przez norweski sąd, że choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że prawo jest takie jakie jest i możliwości są ściśle ograniczone, tym razem sytuacja jest szczególna i Brejvik, przepraszamy najmocniej, już następnego dnia zostanie stracony. Dziękujemy państwu bardzo. Rozprawa jest zakończona. Ja bym naprawdę dał wiele, by w tym momencie ujrzeć minę tego Breivika. Chciałbym bardzo posłuchać, co by ten dziwny człowiek miał do powiedzenia, gdyby zamiast dowiedzieć się o tym, że wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, dowiedział się, że jednak nie – plany się nieoczekiwanie zmieniły. On jutro umrze. Na pewno. Umrze na pewno. Bardzo jestem ciekawy, czy w tej sytuacji on by zdołał z siebie wydusić owe słowa żalu, że okazał się tak ślamazarny. Czy może zacząłby wrzeszczeć. Dokładnie w ten sam sposób jak wrzeszczeli ci wszyscy ludzie, których on kiedyś po kolei i metodycznie mordował.
Tu akurat ryzyko jest nieduże, niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które mi powiedzą, że przeze mnie przemawia nieokrzesana rządza zemsty. Że widok wrzeszczącego ze strachu Breivika jest przede wszystkim moralnie pusty, a poza tym praktycznie nieskuteczny. Z niego nie ma żadnego pożytku. Co nam to da, że my go najpierw w tak podstępny sposób podejdziemy, wywołamy w nim ów piekielny strach, a następnie go zgładzimy? Jakie z tego powstanie dobro? Otóż dobro jest jedno i ono ogranicza się tylko właśnie do tego pierwszego momentu. Owego strachu i pewności, że Breivik, zamiast coś pleść na temat tego, jak to spaprał robotę, zacząłby zwyczajnie wrzeszczeć. O nic więcej. Jest wręcz przeciwnie. Nie ma najmniejszego dobra w tym, że oto Breivik właśnie rozpoczyna kolejne 20 lat swojego nędznego życia, a cały świat będzie dzień po dniu wypatrywał wiadomości, czy on już się nawrócił, czy może jeszcze trzeba mu dać trochę czasu. Bo z tego że on się nawróci, świat nie odczuje żadnego dobra. Jego nawrócenie nie będzie miało jakiejkolwiek wartości. To nie będzie żadne nawrócenie. To będzie kolejny etap tego samego opętania.
Oczywiście mogę tu akurat się mylić. Może się okazać, ze jego akurat nawrócenie będzie tak spektakularne, ze zatrzęsie się niebo. Może. Jednak uważam, że szkody, które już zostały poczynione przez to, ze cały tak zwany cywilizowany świat pochylił sie nad tym, żeby dać mu tę jedną, ostatnia szansę, pozostaną nienaprawione. To zgorszenie już woła o pomstę do nieba. Powtórzę. Rzecz w tym, że nawrócenie Brejvika żadną wartością być nie może. Świat nie potrzebuje tego, by Breivik się nawrócił. Jego nawrócenie nie jest w stanie stworzyć dla świata najmniejszego dobra. Jego nawrócenie może być jedynie z korzyścią dla niego samego. Jednak w moim odczuciu, na to, byśmy mieli się zajmować dbaniem o korzyści Breivika nas zwyczajnie nie stać.
Jeszcze raz. Breivik nie jest jakakolwiek wartością. Światu Breivik nie jest do niczego niepotrzebny. Nawrócony, czy nie. To on sam może być ewentualnie zainteresowany w tym, by oprzytomnieć. To jest jego biznes. Tyle że do tego nie jest potrzebne trzymanie go przez dwadzieścia lat w norweskim więzieniu. Żeby Breivik oprzytomniał, wystarczy go poinformować, że oto jego życie dobiegło końca. Nawet jeśli to spowoduję maleńką chwilę refleksji – to wystarczy. Będzie oczyszczony. Oczywiście z zastrzeżeniem, że komukolwiek z nas na tym zależy.

Dziękuję wszystkim za stałą obecność, solidarność i zrozumienie. Ten okres w moim życiu zostanie - jesli oczywiście zdążę - opisany. Wciąż jednak mamy ten dramatycznie nieruchomy sierpień, więc proszę w miarę możliwości nie odchodzić.

piątek, 20 stycznia 2012

Dołączmy do nich na Facebooku. W barze "Mazur"

To się zdarzyło dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a świat składał się wyłącznie z szarych ulic, odrapanych domów – ubarwianych jedynie raz do roku, w dzień święta 1 maja – no i z czarnobiałego telewizora w domu, na którym można było obejrzeć absolutnie przebojowy serial produkcji amerykańskiej, zatytułowany „Koń który mówi”. I od razu nie potrafię uniknąć pewnej dygresji. Mniej więcej też w tamtym czasie na ekrany naszych kin wszedł film „The Beatles”, oryginalnie znany jako „A Hard Day’s Night” i, jak idzie o Katowice, wyświetlany był on w kinie „Światowid”, które wówczas nadawało non-stop. Tak się zresztą to kino nazywało – „Światowid” – kino non-stop. Poszedłem na tych Beatlesów z moim starszym bratem, a ponieważ, przez to właśnie, że „Światowid” puszczał ten sam film na okrągło, nie istniały godziny rozpoczęcia i zakończenia spektaklu, zaczęliśmy ów film oglądać dopiero od którejś tam minuty.
Pamiętam tamten dzień z dwóch względów. Pierwszy to taki, że to jednak byli Beatlesi, a więc coś co dla nas, tamtych dzieci, mogło przypominać – i to też zaledwie pozornie – jedynie wąchanie kolorowych bibułek, w które zwykle były zawijane pomarańcze, a drugi już związany z Edem, a więc gadającym koniem. No więc, w odpowiednim momencie ten film się skończył i projekcja ruszyła po raz kolejny. Oczywiście, zostaliśmy na swoich miejscach, bo chcieliśmy zobaczyć to, co nam umknęło wcześniej. I oto, kiedy zaczęły się pojawiać obrazy i piosenki, które znaliśmy z poprzedniego seansu, ja nagle sobie uświadomiłem, że za chwilę w telewizji będzie „Koń który mówi”, i zacząłem nalegać – niestety skutecznie – by wracać do domu. Wstyd mi za tę moją durnotę do dziś, a brat mój nie zapomni mi tego, co mu wtedy uczyniłem, do śmierci.
A zatem, działo się to wszystko już bardzo dawno temu. I oto pewnego dnia gruchnęła wieść, że w naszej dzielnicy odkryto mieszkanie, w którym niejaki Arnold – to było nazwisko tego człowieka – w bardzo okrutny sposób mordował kobiety, kroił je na kawałki, a szczątki te trzymał tam do czasu aż całe mieszkanie już zaczynało cuchnąć, i jeszcze długo potem. Ponieważ ów adres został podany do publicznej wiadomości, pamiętam, jak poszedłem z moją mamą, żeby rzucić okiem na tę kamienicę, na to okno, i poczuć ten dreszcz. Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Oczywiście Arnold został schwytany, osądzony, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Po pewnym czasie o Arnoldzie zapomniałem.
Po raz kolejny usłyszałem o nim już w tak zwanej nowej Polsce, nie wiem, może dwa, a może pięć lat temu. Nie wiem, co to była za okazja, ale dowiedziałem się wtedy, że egzekucja Arnolda miała miejsce pewnego zimowego popołudnia – ciekawe, że popularny przesąd mówi, że ta sprawiedliwość przychodzi na nich zawsze nad ranem – w milicyjnych garażach na ulicy PCK w Katowicach. I powiem szczerze, że ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie największe. Otóż ja świetnie znam te garaże. One w tamtych latach stanowiły nieodłączną część mojego dzieciństwa, a to przez to, że znajdowały się dokładnie pod podwórkiem, na którym spędzałem większość mojego pozaszkolnego życia. Myśmy się tam bawili, a pod nami łazili ci milicjanci i jeździły te ich samochody z nieodłącznymi literkami M i O. Było nawet tak, że mogliśmy tam do tych korytarzy z góry zaglądać przez specjalne świetliki, które milicjantom trochę oświetlały te ich ciemne korytarze, a dla nas stanowiły okazję do tego, by ukradkiem zanurzyć się w ten egzotyczny podziemny świat Milicji Obywatelskiej.
Dowiedziałem się więc nagle, że prawdopodobnie w momencie, kiedy myśmy się tam na górze bawili, lepiliśmy kulki, ślizgali – na dole przewieźli tego Arnolda i go przykładnie powiesili. Niemal na naszych oczach. Rzecz w tym, że myśmy tam wciąż zaglądali. Raz, pamiętam, mieliśmy nawet z tego dużą frajdę, bo tuż pod nami jeden z milicjantów sikał – zwyczajnie, na podłogę tego garażu. Stał tam i sikał. A myśmy patrzyli, jak on leje, i mieli z tego przednią zabawę. No a tu nagle pojawił się ten Arnold. Oczywiście, jest bardziej niż prawdopodobne, że on nie został zabrany z tego świata w tym samym miejscu, gdzie w innych zupełnie okolicznościach, milicjant oddawał mocz. Najpewniej, ówczesny wymiar sprawiedliwości przygotował mu na śmierć specjalne miejsce, w jakimś kącie, a może w jakimś osobnym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, czy tam w ogóle jakieś osobne pomieszczenia były, czy może on tak zawisnął między tymi milicyjnymi autami, wprost pod naszymi szczenięcymi bucikami.
A ja się dziś zastanawiam, jak my wszyscy byśmy wtedy zareagowali, gdyby ktoś nam nagle powiedział: „Słuchajcie! W garażach właśnie wieszają Arnolda”? Czy byśmy się natychmiast rzucili do tych mikroskopijnych świetlików i usiłowali coś zobaczyć? Czy może odwrotnie – zamilklibyśmy przerażeni myślą o śmierci, która właśnie przechodziła obok nas tak bardzo blisko? A może byśmy zaczęli klaskać z radości w dłonie, że wreszcie tego bydlaka między nami nie będzie? A może któryś z nas by nagle poczuł żal, że, cholera, biedny wariat, właśnie umiera, i już nie ma dla niego ratunku? Tego się już nigdy nie dowiemy. Natomiast ja sam dziś, jak najbardziej realnie, widzę to podwórko i ten ciemny korytarz i wspominam tamten świat. Świat straszliwie surrealistyczny.
Skąd mi nagle przyszedł do głowy ten Arnold i jego nędzna śmierć? Otóż pewnego dnia przyszedł do mnie mój syn i poinformował mnie, że Onet, kiedy już nadejdzie noc i zaczną wychodzić ze swoich nor te wszystkie złe duchy, zmienia się w portal pornograficzny. Oczywiście, znając moje dzieci, na tę pornografię musiałem wziąć pewną poprawkę, natomiast, ponieważ wiedziałem też, że coś na rzeczy musi być, sprawdziłem, o co chodzi, i rzeczywiście okazało się, że w godzinach nocnych tam króluje wyłącznie najbardziej tandetna erotyka. A więc przede wszystkim zdjęcia jakichś roznegliżowanych ciź, a do tego bardzo poważne analizy na temat dobrych i złych stron seksu pod prysznicem, korzyści z prostytucji, czy wad i zalet posiadania małego i dużego biustu. A zatem, okazało się, że tak naprawdę to, do czego Onet służy nam – zwykłym pasjonatom polityki, a więc do zdobywania codziennych informacji, i ewentualnie do tego, by się z kimś jak należy pokłócić, to zaledwie pretekst i wymówka, by dalej już zupełnie bezkarnie zaspokajać zwykłą klientelę handlowych galerii i telewizyjnych seriali. Że za tą dumną nazwą stoi wyłącznie to co zawsze i wszędzie. A więc kolorowe zdjęcie gołej pupy i pozory debaty.
Ale oprócz tych dup, trafiłem na coś jeszcze. Moim oczom, mianowicie, najpierw ukazał się duży tytuł „Bestia z Katowic. Horror na poddaszu”, a następnie bardzo pojemny tekst właśnie o Bogdanie Arnoldzie, niegdysiejszym mordercy kobiet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że stało się coś przełomowego. Że może ten Arnold był niewinny, natomiast dziś się okazało, że tamte kobiety dręczył jakiś dziś już emerytowany oficer UB? Lub że może właśnie po latach wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej, lub że wnuk tego Arnolda jest dziś przewodniczącym młodzieżówki PiS-u gdzieś na Śląsku. A może mamy jakąś okrągłą rocznicę tamtej egzekucji pod moim podwórkiem? Nic z tego. Żadnych rewelacji. Onet zwyczajnie, ot tak, bo akurat nie było lepszego materiału, postanowił zwrócić się do jednej ze swoich dziennikarek, by się zajęła tamtą sprawą. No i powstał tekst szczególny. Już wspomniany tytuł mówi o nim wystarczająco dużo, ale jednak wciąż nie wszystko. Bo oto tam mamy jeszcze wiele prawdziwej poezji. Oto same tylko podtytuły. Proszę posłuchać: „Sadystyczne orgie”, „Horror na strychu”, „Perwersje samotnego mężczyzny”, „Nie chciał płacić za seks”. To dla chamów. Jednak są też zagadnienia dla lepszych klientów: „Dlaczego to zrobił?” No i już dla osób staranniej wykształconych – może nawet nauczycieli języka polskiego renomowanych warszawskich liceach – tych którzy również potrafią czytać teksty bardziej skomplikowane leksykalnie: „Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności”.
A w środku? W środku też jest jak należy. Oto pierwszy z brzegu fragment onetowej relacji:
Pięć miesięcy później, 12 marca 1967 roku w barze "Mazur", Bogdan Arnold poznał kolejną ofiarę – około 40-letnią kobietę, której tożsamości nigdy nie udało się ustalić. Pili razem wódkę, a potem kobieta zgodziła się spędzić z nim noc. W mieszkaniu Arnold znęcał się nad nią, bił batem i pięściami, torturował. Oprócz tego zmuszał ją do uprawiania perwersyjnego seksu. Kiedy kobieta chciała wezwać pomoc, nacisnął ręką na jej krtań, powodując zgon. Następnie zwłoki pokroił, wnętrzności wrzucił do rury kanalizacyjnej, korpus umieścił w wannie, a głowę w garnku z gorącą wodą”.
To oczywiście już wystarczy, ale nie mielibyśmy pełnego obrazu tego, co się porobiło w Polsce od czasu, gdy w tamto zaśnieżone pewnie popołudnie, w ciemnych korytarzach milicyjnych garaży na ulicy PCK w Katowicach, Bogdan Arnold zakończył swoje smutne życie. Oto w pewnym momencie, między tymi podtytułami i wśród tych pokrojonych, cuchnących ciał, pojawia się podświetlony tekst: „Dołącz do nas na Facebooku”. I to, jak sądzę, stanowi doskonałą puentę tej dzisiejszej notki. Ten Onet, ten Facebook i ten piękny świat dookoła. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. I jak gdyby już nigdy nic się stać nie miało.
Mój syn po raz kolejny powiedział mi: „Ależ ty miałeś młodość! Jak ja ci zazdroszczę”. Czy ja wiem, czy jest tu czego zazdrościć? Tego podwórka? Tych brudnych śmierdzących krwią kamienic? Czy ja wiem? Ja bym tam na jego miejscu nie zazdrościł. Inna sprawa, że zamienić to wszystko na tego Facebooka też jakoś głupio. Zwłaszcza że, jak doskonale widać na przedstawionym powyżej przykładzie, ani Facebook, ani tym bardziej Onet, nie wiedzieliby, co ze sobą począć, nawet jak zaczerpnąć powietrza, gdyby nie tamta krew.


Jeśli na kimś powyższy tekst zrobił wrażenie i dzięki niemu poczuł się – tak jak ja – inny, bardzo proszę wrzucić mi za niego coś do puszki. Namiary obok. No i nieustannie zachęcam do kupowania książki o liściu. Tam jest niemal tak samo, jak wyżej. Tyle że razy sto. A jak ktoś mieszka w Katowicach, ma o tyle lepiej, że kupi ją o dziesięć złotych taniej w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-maja. Dziękuję.

wtorek, 29 listopada 2011

O starej dobrej czapie na poważnie

Skąd się nagle wzięła u nas dyskusja o karze śmierci poza tym, że – Bóg Jeden wie, czemu – ni stąd ni z owąd wyskoczył z nią Jaroslaw Kaczyński? Nie wiadomo. Można by było tu spuścić się na opinię tak zwanych poważnych komentatorów, którzy twierdzą, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego był to gest polityczny, mający na celu odebranie konkurentom na czas ich debiutu dobrego tematu, tyle tylko że owi komentatorzy są akurat tak samo poważni, jak poważne jest ich całe życie. No a poza tym, przepraszam bardzo, ale może i Jaroslaw Kaczyński ma dziś słabszy okres, jednak z całą pewnością nie aż tak słaby. A więc, skąd się nagle wzięła ta kara śmierci – nie wiemy. I, jak przypuszczam, wiedzieć już raczej nie będziemy. Pal ją sześć. Natomiast myślę sobie, że nie zaszkodzi przy tej okazji powiedzieć parę słów na temat owej kary w wymiarze jak najbardziej ogólnym.
Pamiętam świetnie czasy, gdy kara śmierci była czymś równie naturalnym, jak kara dożywocia, kara więzienia, czy kara klapsa. Oczywiście, biorę pod uwagę taką możliwość, że już wtedy były gdzieś pochowane grupy tak zwanych humanistów, którzy twierdzili, że kara śmierci jest barbarzyństwem, lub, nawet jeśli barbarzyństwem nie jest, to z całą pewnością jest karą nieskuteczną, i powinna zostać zniesiona. Jednak wiem też z całą pewnością, że tego typu głosy nie dochodziły do mnie ani ze strony oficjalnej propagandy, ani od strony Kościoła, ani też tego typu poglądów nie głosili ludzie mi bliscy. A więc, tak czy inaczej, opinia, że kara śmierci jest w ogóle jakimś problemem etycznym, prawnym, czy w ogóle ogólnoludzkim, była wystarczająco egzotyczna, by się nią nie przejmować, i traktować jak stały element naszego życia.
Dziś o karze śmierci, jeśli się w ogóle dyskutuje, to wyłącznie na poziomie ideologicznym, politycznym, lub – ostatnio zwłaszcza – religijnym. Ponieważ zdanie wszelkiego typu bolszewii, której poglądy są zbyt chaotyczne, bym je w ogóle był w stanie ogarnąć myślą, interesuje mnie w stopniu minimalnym, chciałbym się skoncentrować na głosie samego Kościoła i tych, którzy ów głos Kościoła chcą traktować jako swój, i przy okazji ustawiają się w roli tego Kościoła rzecznika. Dla porządku, żeby w ogóle sprawę zacząć, uważam za niezbędne zacytowanie zdania Kościoła w kwestii kary śmierci z dokumentu oficjalnego, i jak dotychczas jedynego aż tak oficjalnego, a mianowicie z Katechizmu. Oto w rozdziale ‘Uprawniona obrona”, czytamy co następuje: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi”. Zacytowałem całe zdanie. Ani wcześniej ani później, nie ma jednego słowa, które by znaczenie tego zdania w jakikolwiek uwarunkowywało. Można tu najwyżej zaznaczyć, że nieco niżej autorzy Katechizmu zastrzegają, że jeśli tylko znajdzie się inna możliwość ukarania ciężkiego przestępstwa, niż przy pomocy śmierci, należy z tej możliwości skorzystać. Ale podstawowy sens owej wskazówki zostaje zachowany. W przypadkach najwyższej wagi, Kościół dopuszcza stosowanie kary śmierci.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zarówno Ojciec Święty Jan Pawel II, jak i – jak się dowiaduję – również Benedykt XVI, wypowiadali się niejednokrotnie przeciwko stosowaniu głównej kary, natomiast wiem też na pewno, że słowa Jana Pawła II nie miały charakteru oficjalnego aneksu do słów Katechizmu, lecz były zaledwie Jego refleksją na temat dzisiejszego świata. Refleksją człowieka o dobroci niezmierzonej, ale też jedynie refleksją jedną z wielu. Nie ma bowiem takiej możliwości, by dokument tak poważny i dostojny był uzupełniany przy pomocy słów: „jak się zdaje”. Poza tym – choć oczywiście nie mogę mieć co do tego pewności – mam podejrzenie, że słowa Ojca Świętego były kierowane przede wszystkim do społeczeństw takich jak Chiny, Somalia, czy Sudan – gdzie się ludzi skazuje na karę śmierci tak jak się pluje – a nie akurat do Polski, czy Norwegii. No ale, jak mówię – tu mogę się mylić. Co i tak nie zmienia argumentu podstawowego. Katechizm nie został zaopatrzony w oficjalny aneks. Kościół Katolicki stosowanie kary śmierci dopuszcza, i nawet jeśli Benedykt XVI wejdzie na wyżyny swojej świętości i z niezgłębionej dobroci swojego serca przebaczy wszystkim złoczyńcom, nas, ludzi bez litości i wyobraźni, pozostawiając daleko z tyłu – nie zmieni to faktu, że nauka Kościoła pozostaje tu bez zmian.
Dlatego bardzo mi się nie podoba, kiedy wśród argumentów na rzecz zniesienia kary śmierci, czy braku potrzeby przywrócenia możliwości jej stosowania, pada argument w postaci” „A papież powiedział”. Jeśli papież zleci napisanie i wydanie nowego Katechizmu i fragment o dopuszczalności stosowania kary głównej zostanie zmieniony, chętnie – choć nie bez zastrzeżeń – się nawrócę. Póki co jednak, trzymam się zdania dotychczasowego. A – i to jest kolejna rzecz, którą moim zdaniem, rozważając kwestię kary śmierci należy wyjaśnić – trzeba wiedzieć, że ja nie jestem za tym, by karę śmierci stosować bezwzględnie i ściśle wedle odpowiedniej hierarchii. Uważam, że należy w Polsce przywrócić możliwość stosowania kary śmierci, nie po to, by ją stosować, ale po to, by się tej możliwości a priori nie wyzbywać. Uważam bowiem, że nie ma mowy ani o humanizmie, ani o litości, ani o dobrym sercu, ani o mądrej refleksji, w sytuacji, gdy kogoś kto popełnił okrutną zbrodnię, nie skazujemy na śmierć wyłącznie dlatego, że i tak takiej możliwości zwyczajnie nie mamy. Jesteśmy mądrzy, dobrzy, roztropni i pełni współczucia, jeśli gestem łaskawego zwycięzcy, zbrodniarzowi darujemy życie, a nie wtedy, gdy gestem idioty, zanim ów zbrodniarz dopuści się swojego zła, informujemy go, że może spać spokojnie. Bo za to co zrobił, na pewno nie zostanie zgładzony. Najwyżej pójdzie siedzieć. To nie jest litość. To nie jest cywilizacja. To jest gnuśność i dezercja.
Nie będę jednak udawał, że moje poglądy na karę śmierci wynikają z jakiegoś instynktu współczucia, i z troski o to, by wszyscy dla wszystkich byli dobrzy. W żadnym wypadku. Jestem zwolennikiem karania najcięższych zbrodniarzy śmiercią dlatego, że ja zwyczajnie chcę, żeby oni nie żyli. Żeby zostali usunięci z powierzchni Ziemi. Żeby zdechli najlepiej w jednej chwili. I jeśli za tym marzeniem stoi jakakolwiek myśl, o której możnaby powiedzieć, że wypływa z dobroci mojego serca, to tylko ta, że uważam, że taki okrutny morderca ma większe szanse nawrócenia, stojąc ten jeden raz nad grobem, a nie codziennie, trzy razy dziennie, nad miską z jakąś podłą zupą, do końca swoich nędznych dni.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie znaleźć jednego argumentu na rzecz tego, by najbardziej okrutnych i zdeprawowanych morderców trzymać w więzieniach, zapewniając im tam wikt, opierunek i bezpieczeństwo, a niekiedy nawet bardzo znaczącą pozycję w ramach owej szczególnej społeczności, jaką jest środowisko więzienne. Czytałem kiedyś relację z rozmowy, jaką pewien amerykański dziennikarz przeprowadził z jednym z najbardziej słynnych masowych morderców, Richardem Speckiem. Swego czasu Speck zasztyletował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej w Dallas, a zrobił to – tak jak to często w tych sytuacjach się dzieje – bez wyraźnego powodu. We wspomnianej rozmowie przyznaje on nawet, że gdyby mógł zmienić historię, to by tych dziewcząt nie mordował. Co ciekawe, ni z gruszki ni z pietruszki, informuje, że zamiast zabijać, to raczej by się gdzieś włamał i może coś ukradł. Natomiast zabijać? No, nie bardzo. Jednak historii odwrócić się nie da, więc ma ten swój wyrok, 1200 lat więzienia, no i siedzi. Dziś już nie. Dziś Speck już nie żyje. Umarł w więzieniu na zawał serca, czy diabli wiedzą, co. Natomiast, jak idzie o to, jak mu się żyło przez te wszystkie lata, od czasu, gdy został zamknięty, aż do wspomnianej śmierci, wygląda na to, że nie było najgorzej. Jestem wręcz pewien, że wokół nas jest mnóstwo porządnych ludzi, których życie jest znacznie bardziej smutne, niż życie tego Specka. Owszem, to o czym marzył najbardziej, a więc, żeby sobie pochodzić po mieście, w grę nie wchodziło, ale poza tym – nie sposób narzekać. W celi miał kolorowy telewizor, magnetofon i kupę taśm z jego ulubionym Chuck Berrym, paru kolegów, którzy go szanowali, no a poza tym się piło i żarło wszystko, co się dało do celi przemycić.
Speck miał karę. Za złe zachowanie trzymany był w osobnym budynku, skąd nie można było wychodzić ani do pracy, ani nawet na spacer, no, ale – jak już zostało powiedziane – żyć się dało. Opowiada dziennikarzowi Speck, o tym, jak on i koledzy dzień w dzień chleją, tak długo aż stracą przytomność. Pyta go więc dziennikarz, czy on się nie boi wspominać publicznie o kontrabandzie w celi, na co Speck odpowiada ze śmiechem: „A cóż oni mogą mi zrobić?” a to dziennikarz zauważa: „Jakiś pan wesoły”. A Speck na to: „A co mam robić? Płakać przez 1200 lat?”
A ja uważam, że to ostatnie pytanie jest w naszych rozważaniach kluczowe. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nie jest w stanie płakać przez 1200 lat. Człowiek jest tak skonstruowany, że płakać może przez pewien czas, ale po pewnym czasie zaczyna swój los akceptować, i stara się znaleźć jakiś sposób na to, by tę swoją niedolę jakoś wykorzystać dla siebie. A więc przyzwyczaja się. A skoro się przyzwyczaja, to, w sposób naturalny, kolejnym tego etapem jest uznanie, że w sumie nie jest aż tak źle. A dalej to już pozostaje tylko jedno – przekonanie o tym, że właściwie tak jak jest, jest najlepiej. Ktoś mi na to powie, że kara śmierci tym bardziej nie jest rozwiązaniem. Że jeśli się człowieka zabije, to albo – co i tak prędzej czy później nastapi – trafi ów nieszczęśnik do piekła, albo nie zostanie z niego nic – zależnie od tego, kto w co wierzy. A zatem nawet jeśli z tego ma być jakaś satysfakcja, to i tak zostanie ona odsunięta w czasie. Jednak ten element już był wyjaśniany. Przede wszystkim, ja wcale nie jestem pewien, czy akurat z punktu widzenia tego mordercy i Dzieła Stworzenia, jego śmierć nie jest akurat najlepszym rozwiązaniem, a poza tym mnie jego los akurat obchodzi najmniej. Ja po prostu nie chcę, by go święta ziemia dłużej nosiła. A jeśli w dodatku to noszenie ma się odbywać w tak komfortowych warunkach, które mu gwarantują to, że wprawdzie pochodzić po mieście i popatrzeć sobie na dziewczyny się nie da, ale w końcu nie można mieć wszystkiego, to ja zwyczajnie protestuję. Gdyby mi zależało na tym, by ten nikczemnik cierpiał i ponosił nieustanną i wieczną karę za swoje zło i z krzywdę, którą mi wyrządził – a trzeba wiedzieć, że za każdym takim przypadkiem stoi indywidualna krzywda – to bym postulował, by przywrócić nie karę śmierci, ale prawo tortur. Albo, jeśli już karę śmierci, to w tradycyjny angielski sposób, kiedy człowieka się najpierw wieszało, następnie rozciągało, w dalszej kolejności ćwiartowało, a po tym wszystkim te szczątki rozrzucało na wszystkie strony świata.
Jednak ja nie jestem człowiekiem okrutnym. Ja nie pragnę tego by ludzie cierpieli. Ja nie chcę, by kogokolwiek cokolwiek bolało. Ja sobie jedynie życzę, by za zło była kara. A za duże zło duża kara. I żeby te kary były wymierzane przez mądrych i wrażliwych ludzi. I żeby na tym marnym świecie, w miarę oczywiście jego ograniczonych możliwości, panowało prawo i sprawiedliwość. Sytuacja kiedy się z góry zakłada, że jedni mają przed sobą taki los, jaki im przypadnie w udziale, a inni los, który im zagwarantuje głupie państwo, jest dla mnie sytuacją nie do zaakceptowania. Dlatego, jak idzie o to czy kara śmierci ma być zapisana w kodeksie, czy nie, jestem za tym, by ją tam zapisać i nie ruszać, choćby się świat walił.

Póki co, przypominam o nadchodzących Świętach i obowiązku obdarowywania bliskich prezentami. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości, że książka, której okładka jest tu obok, i którą żeby kupić, wystarczy raz kliknąć i dalej już tylko korzystać z instrukcji, jest prezentem idealnym. Może nie dla idiotów, ale poza tym – jak najbardziej. Poza tym, nie ma co ukrywać, że mimo iż się staram i powoli zaczynam odbudowywać stan względnego bezpieczeństwa, wciąż jestem mocno pod kreską. A zatem, proszę o bezpośrednie wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...