Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2022

Kogo się boi Jan Maria Rokita?

 

      Praktycznie od początku wojny na Ukrainie staram się, co wydaje się dość oczywiste, śledzić sposób w jaki przebieg zdarzeń oraz roztaczające się perspektywy komentują tzw. eksperci, w tym ci związanie ze służbami wywiadowczymi to tu to tam. Jednocześnie jednak, co też jak sądzę jest zrozumiałe, w stosunku do tych doniesień pozostaję z każdym dniem coraz bardziej zdystansowany. Czemu tak? Otóż odnoszę wrażenie, że mimo iż, owszem, z owych analiz można się czegoś dowiedzieć, to one często są tak niekonsekwentne i wzajemnie sprzeczne, że nie ma większego sensu wyciągać z nich poważniejszych wniosków. Oto dowiaduję się że służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych poinformowały, że Rosja rzuciła na front ostatnie już swoje siły i prawdopodobnie w ciągu najbliższych tygodni nastąpi ukraińska kontrofensywa, która bieg wojny kompletnie odmieni. Chwilę później okazuje się, że brytyjskie służby poinformowały, że Władimir Putin jest umierający w szpitalu i prawdopodobnie w najbliższym czasie na Kremlu nastąpi kluczowa dla przyszłości Europy zmiana. W następnej już chwili jednak okazuje się, że wedle analiz niemieckiego wywiadu, wojna może potrwać jeszcze wiele lat i będzie to wojna na wyniszczenie. I oto nagle inny ośrodek informuje, że Rosja jest gotowa przeprowadzić atak nuklearny na kraje wschodniej Europy i w tej sytuacji może dojść do III Wojny Światowej. A za wszystkimi tymi informacjami niezmiennie stoją jak najbardziej poważne wywiady jak najbardziej poważnych państw.  

      Jak mówię więc, od dawna już z docierających do mnie tego typu informacji staram się nie wyciągać radykalnych wniosków i jeśli mam być szczery, to równie dużym, czy może bardziej małym, zaufaniem darzę komentarze zwykłych telewizyjnych ekspertów w osobie takich czy innych choćby i  generałów, tu w Polsce, czy tam w stacji BBC, czy CNN – zwłaszcza gdy nie wiem, w jakim stopniu oni wszyscy mówią to co im leży na sercu, a w jakim to, co uzyskali mniej lub bardziej bezpośrednio od służb kremlowskich. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym całym informacyjnym chaosie odezwał się nie kto inny jak Jan Maria Rokita, czołowy polityczny komentator tygodnika „Sieci”. Pisałem niedawno o Rokicie w tonie jednoznacznie szyderczym, a to po tym jak ten, w odstępie zaledwie trzech tygodni, przedstawił zupełnie na poważnie dwie całkowicie sprzeczne ze sobą analizy, dotyczące perspektyw jakie w obliczu rosyjskiej agresji stoją przed Ukrainą. Tuż po wizycie prezydenta Bidena w Polsce, w dramatycznie pesymistycznym tonie, przedstawił Rokita opinię, że Ukraina przez Amerykę i Zachód została pozostawiona sama sobie, a wszystko co ewentualnie możemy obserwować to działania czysto pozorowane, o czym zresztą najlepiej świadczyła ponura mina prezydenta Dudy w wywiadzie dla TVN24, już po odjeździe Bidena. Nie minął miesiąc, jak Rokita zmienił swoje oceny o 180 stopni, z najwyższym entuzjazmem ogłaszając, że oto Ameryka nie dość że zaangażowała się po stronie Ukrainy, to jeszcze owo zaangażowanie robi wrażenie długofalowej strategii, której celem jest doprowadzenie do zniszczenia Rosji jaką znamy i przedefiniowanie układu sił w Europie i na świecie. Wyszydziłem więc odpowiednio Rokitę i jego analityczne talenty i tak naprawdę jedyne pytanie jakie mi na koniec zostało, to to, ile Karnowscy mu za idiotyzmy które on wypisuje płacą.

     I oto dziś, jak wspomniałem, Rokita zabrał głos ponownie, a ja już mam pytanie dodatkowe: czy to faktycznie ci dwaj mu płacą, czy może ktoś inny? W czym rzecz? Otóż stało się tak, że w najnowszym numerze tygodnika „Sieci” Rokita przedstawił trzystronicowy tekst zatytułowany „Na co liczy Zełenski?”, w którym jednoznacznie zasugerował, że do końca tego nie wiadomo, pomijając jedną rzecz oczywistą: na pewno nie na zwycięstwo Ukrainy, która w sposób oczywisty skazana jest na porażkę. Skąd Rokita ma tę informację? Czyżby tak mu wyszło z jego pracowitych przemyśleń? Ależ skąd. Przeczytał mianowicie Rokita w angielskim „The Independent” rzekomy raport brytyjskiego wywiadu i ruszył w te słowa:

Jeśli kto jeszcze żywił jakieś złudzenia, to po wyciekłym (raczej celowo) raporcie brytyjskiego wywiadu powinien je porzucić. [...] Jego sens można streścić w pięciu punktach. Po pierwsze – od jakiegoś czasu na Ukrainie mamy do czynienia z ‘absolutną nierównowagą na polu bitwy i całkowitą dominacją wrogich samolotów w powietrzu’.  Po drugie – armii ukraińskiej skończyły się własne ciężkie pociski artyleryjskie, więc siła rażenia jej artylerii sięga 25 km, rosyjskiej zaś – 300 km. Ta przewaga rodzi skutki ‘katastrofalne’, wedle słów jednego z dowódców ukraińskich w Donbasie. Po trzecie – żołnierzy ukraińskich w niewoli rosyjskiej jest ok. 5,6 tys., a Moskali [to jest jedyna nomenklatura, jakiej Rokita, prawdopodobnie dla swoistego uwiarygodnienia się używa w stosunku do Rosjan] w niewoli ukraińskiej – 550. Jeśli się to wie, to się też łatwo rozumie, dlaczego praktycznie ustała wymiana jeńców w proporcjach 1:1, na co chętnie godzi się Moskwa, ale nie Kijów. Po czwarte – ‘poważnie demoralizujący wpływ’ na kondycję armii ukraińskiej wywiera rosnąca fala dezercji. Ten fakt z kolei współgra ze świeżo podanymi danymi polskiej Straży Granicznej, wedle których w Polsce schroniło się pół miliona Ukraińców w wieku poborowym. Wreszcie po piąte, jak formułuje to wywiad brytyjski – ‘oczywiste jest, że dotychczasowa wojna konwencjonalna nie może być przez Ukrainę wygrana’”.

       I to jest niemal wszystko z czym do nas dziś przyszedł Rokita. Cała reszta, a więc, jak mówię, bite trzy strony, to powtarzanie tego co powyżej własnymi słowami, ze szczególnym uwzględnieniem informacji podstawowej, że dalsza obrona Ukrainy nie ma najmniejszego sensu. Dwie jednak kwestie Rokita dodaje od siebie, a chodzi tu o dwa pytania, na które sam sobie zresztą udziela odpowiedzi. Pierwsze z nich, to to, czemu, skoro wojna już dziś jest przegrana, świat nadal wspiera Ukrainę i odpowiedź, że on to robi dlatego, by wojna trwała jak najdłużej, przez co być może uda się gospodarczo, politycznie i militarnie osłabić Rosję. Drugie pytanie, zawarte w tytule tego czegoś, czyli na co liczy Zełenski, broniąc przegranej sprawy. I tu proszę się łapać powietrza – otóż Zełeński, nawet gdyby chciał oddać Rosji to czego ona sobie życzy i ogłosić porażkę, to nie może, i tu cytat:

Mimo to jest całkiem prawdopodobne, iż Zełenski, sam z siebie może być skłonny do porozumienia się z Rosją, jest jednak zakładnikiem  głębokiego narodowego patriotyzmu Ukraińców i naturalnej nienawiści do Moskali, która musiały obudzić znane rosyjskie okrucieństwa. Jeśli tak jest, to Zełenski faktycznie nie podpisze żadnej zgody na częściowy rozbiór Ukrainy, świadom że w takiej sytuacji zostanie odrzucony przez naród albo i zabity przez jakiegoś fundamentalistę narodowca”.

     A już tylko jestem ciekawy czy Państwo widzą to co widzę ja. Czy widzą Państwo, że to co nam dziś chce powiedzieć Jan Maria Rokita w tygodniku „Sieci” to przekaz nawet jeśli nie bezpośrednio inspirowany przez Kreml, to jest w nim zdecydowanie to wszystko, co dociera do nas z Kremla od początku wojny. Pisze Rokita, że on się opiera wyłącznie na tym co znalazła w „poważnej gazecie The Independent, pozbawionej skłonności do tabloidalnych sensacji”, niestety nie ma tam równie mocnego zapewnienia, że pozbawionej też skłonności do wsłuchiwania się w głos rosyjskiej agentury, która, o czym wie już dziś każde dziecko, jest wszędzie. No i nie ma tam jeszcze czegoś, co dla nas dziś może się okazać kwestią najważniejszą, a mianowicie odpowiedzi na pytanie, na co liczy Jan Maria Rokita, lub bardziej precyzyjnie, kim on tak naprawdę jest.



piątek, 30 lipca 2021

Czy europosłowie Koalicji Obywatelskiej zrzucą się na trumnę dla pułkownika Mazguły?

       Prawdopodobnie wszyscy pamiętamy scenę z któregoś z wielu antyrządowych protestów ostatnich lat, kiedy to były oficer służb peerelowskich, Adam Mazguła, wszedł na mównicę i stojąc obok prominentnych bojowników o wyzwolenie Polski z rąk pisowskich siepaczy, skarżył się jak to on dziś nie jest w stanie wyżyć za głupie 2 tysiące złotych. Pamiętamy też pewnie poparcie jakiego udzieliła Mazgule cała zjednoczona antypisowska opozycja, załamując ręcę nad losem człowieka, który poświęcił życie służbie Polsce, a dziś jest zmuszony żyć na ulicy. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że to jest zwykłe zawracanie głowy, bo kto jak kto, ale taki Mazguła krzywdy sobie zrobić nie da. Z drugiej jednak strony liczyliśmy na to, że w ten czy inny sposób dokonała się jakaś tam sprawiedliwość i owa myśl pozwalała nam mieć tę swoją małą satysfakcję. I tu okazuje się nagle, że ona jest tylko w minimalnym – choć symbolicznie znaczącym – stopniu usprawiedliwiona.

       Oto, jak to zdarza się niekiedy, a ja tu, owszem, nie omieszkam o tym wspomnieć, udałem się tydzień temu na krótki wypoczynek do moich ogrodów dzieciństwa, czyli do Sławatycz nad Bugiem, i właśnie stamtąd wróciłem. Nie wiem jak to się dzieje, ale praktycznie zawsze, ile razy stamtąd wracam, przywożę ze sobą wiadomosci pierwszej absolutnie klasy. I oto,  proszę sobie wyobrazić, nie inaczej jest i dziś. Otóż spotkałem tam w tych moich Sławatyczach człowieka, który zatrudniony jest w MSWiA i tam odpowiedzialny jest za administrowanie mieszkaniami, które przez cały okres powojennej Polski były przydzielane pracownikom służb wojskowych oraz milicyjnych. W ramach swoich obowiązków, musi mój znajomy nawiedzać te mieszkania, tak samo dokładnie jak nasze mieszkania odwiedzają pracownicy administracji, czy innych urzędów, ile razy zachodzi konieczność tej czy innej interwencji. I oto co się okazuje? Otóż, jak relacjonuje mój znajomy – przypominam, urzędnik MSWiA – niemal wszystkie z tych mieszkań są wynajmnowane, a ponieważ nasza historia dotyczy Warszawy, wynajmowane za ciężkie pieniądze, podczas gdy ich faktyczni najemcy pomieszkują w możliwie najbardziej wypasionych willach, których formalnymi właścicielami oczywiście są ich żony, dzieci, wnukowie, bracia, siostry, czy diabli wiedzą kto jeszcze, bo oni sami naturalnie muszę się gnieździć w służbowych klitkach. Znajomy mój się oczywiście z nimi od czasu do czasu spotyka i oni na te spotkania przyjeżdżają samochodami równie wypasionymi jak wspomniane wille, a każdy z nich po około 300 tys. zł.

        I teraz najciekawsze. Otóż w prywatnych pogawędkach każdy z nich się niezmiennie żali, jak to jego życie straciło dotychczasową radość, gdy okazało się że zamiast 11 tys. emerytury oni muszą żyć za owe dwa tysiące. I teraz dochodzimy do punktu gdzie trzeba nam się zastanowić, jak to jest z tymi dwoma tysiącami. Otóż podczas gdy wychodziłoby na to, że owe dwa tysiące nie zmieniają sytuacji ani na jotę, to, jak się okazuje, nie jest tak dobrze, bo dzięki temu że im zabrakło na tak zwane waciki, zmuszeni są oni sięgać do oszczędności, a, jak wiemy, życie z samych oszczędności nie jest do końca przyjemne. I to oni włąśnie, jak twierdzi mój znajomy, dostają największej cholery, gdy widzą jak ich miejsce na nadmorskich wybiegach zajmują beneficjenci programu 500 + i wielu innych wprowadzanych systematycznie przez rząd Prawa i SPrawiedliwości, żrąc te dorsze z frytkami i srając na wydmach. I to te właśnie służby, które tworzą tak naprawdę legiony, przede wszystkim stoją za tą kampanią, którą możemy obserwować w relacjach takiego choćby „Newseeka”, czy Onetu.

       I to jest oczywiście wiadomość dobra, nieco rónoważąca wcześniejszą, że im się akurat wielka krzywda nie stała. Ale jest jeszcze coś, co wyszło zupełnie niespodziewanie z rozmowy jaką prowadziłem na nasz dzisiejszy temat z innym znajomym. Otóż jego zdaniem, większość osób pokrzywdzonych w aferze Amber Gold, czy, w tej najnowszej, Getbacku, to są głównie oni. W końcu zastanówmy się, kim może być ów człowiek, który przed kamerami telewizji skarży się, że przez działanie tych oszustów stracił  500, 800, czy 950 tys. zł. No kim? My wiemy, że gdy chodzi o słynne SKOK-i, tam swoje oszczędności kierowali ludzie pobożni i pełni miłości do Ojczyny. Przepraszam bardzo, ale kto był taki cwany, by  zaufać akurat tym dwóm dobrodziejom z Wrocławia czy z Trójmiasta?

       W sumie, jeśli się zastanowić, a przy tym wrócić do pułkownika Mazguły, to jest dobrze. On wprawdzie póki co ma z czego żyć i gdzie mieszkać, ale jest całkiem spora szansa, że i tak prędzej czy później na trumnę będzie się musiała złożyć rodzina, albo co gorsza, kumple z Europarlamentu.




piątek, 25 listopada 2016

Czy Leszek Miller ma jeszcze szansę dostać robotę w Kancelarii Prezydenta?

  Dziwnie się czuję zabierając się do tej notki, a to z tego mianowicie powodu, że niemal wszystko, o czym tu mam zamiar pisać, jest oparte z jednej strony na zasłyszanych plotkach, a z drugiej, na mojej intuicji. Zostaliśmy jednak w tych dniach postawieni w takiej sytuacji, że nie widzę innej możliwości, jak tylko zdać się na to, co albo podejrzewam, albo ktoś, komu wierzę, mi opowiedział.
Otóż jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z pewnym niższej rangi działaczem Prawa i Sprawiedliwości, który dostąpił tego zaszczytu, że od czasu do czasu ma okazję przebywać w najbliższym towarzystwie Prezesa. Przy którejś z okazji zapytałem mojego znajomego, czy Prezes go na co dzień rozpoznaje, na co „mój” działacz opowiedział mi, że co do tego on nie ma pewności, ale faktycznie raz się zdarzyło, że ten w przelocie wykonał w stosunku do niego gest, świadczący o tym, że może jednak tak. Przy okazji, znajomy mój opowiedział mi, jak to zdarzyło mu się brać udział w tak zwanym „grillu z prezesem Kaczyńskim” zorganizowanym przez Kluby „Gazety Polskiej” i układ był taki, że przy samym grillu siedział Prezes z Tomaszem Sakiewiczem i z paroma najważniejszymi członkami Redakcji, natomiast wokół organizowały się odpowiednio większe lub mniejsze kręgi złożone z tych, co mieli nadzieję na to, że przyjdzie taki moment, że uda się do prezesa podejść i zagadać. Najczęściej bez rezultatu.
Zapytałem więc znajomego, czy to znaczy, że Sakiewicz należy do najbardziej zaufanych znajomych Prezesa i na to usłyszałem odpowiedź, której się w sumie spodziewałem, a mianowicie, że Prezes nie ufa nikomu. Nikomu. Jest dla wszystkich uprzejmy, z każdym jest gotów pogadać, a nawet współpracować, natomiast nikt nie może liczyć na to, że potrafi go sobie na zawsze zdobyć. Włącznie z Sakiewiczem, który, jeśli nawet przeżywa aktualnie swój dobry okres, to wcale nie ze względu na swoje osobiste walory, lecz na polityczny interes, który Jarosław Kaczyński zawsze znakomicie rozpoznaje.
Ponieważ znam jeszcze parę osób, które są zdecydowanie lepiej poinformowane od każdego z nas, przy innej okazji dowiedziałem się, że Jarosław Kaczyński jest odgrodzony od świata przy pomocy pewnej pani, która jeszcze w głębokim PRL-u była sekretarką u samego Przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego, a dziś pozostaje w stosunku do Prezesa osobą bezgranicznie oddaną i lojalną. Jeśli ktokolwiek z nas zapragnie kontaktu z Prezesem, nie może nie przejść wcześniej przez barierę w osobie tej kobiety. To ona bowiem i nikt inny decyduje o tym, kto dostanie upragniony karnet. Ona, podobnie jak Prezes, jest osobą niezwykle uprzejmą, kontaktową, inteligentną, jednak przez to, że ten ją obdarzył pełnymi kompetencjami odnośnie organizacji jego spotkań, dzierżącą władzę całkowitą.
      Słuchałem owej historii i jednocześnie myślałem sobie, że przede mną wiadomość wręcz fantastyczna. Oto, z jednej strony, Jarosław Kaczyński, a więc człowiek, który w swoim ręku trzyma wszystkie klucze do przyszłości Polski, na osobę sobie najbliższą wybrał nie któregoś z bohaterów tak zwanej „rewolucji Solidarności”, a więc z towarzystwa wręcz przesiąkniętego różnorakimi zobowiązaniami, a tym samym niemal z automatu agenturą, lecz kogoś, kto poza lojalnością wobec swojego szefa nie ma nic, a na tym, jak działa System zna się, jak nikt inny. I to jest coś niezwykle pięknego. Z drugiej natomiast strony, owa historia potwierdziła moje podejrzenia i nadzieje, że nawet jeśli System przejrzy na wylot wszystkie nasze przedsięwzięcia, to do Jarosława Kaczyńskiego nie zbliży się nawet na centymetr. Z tego powodu, że on, jak już wspomnieliśmy, nie jest niczyim przyjacielem, a w ten sposób całą odpowiedzialność za wynik swojej misji bierze na siebie i tylko na siebie. A to, jak oni szydzą choćby z jego kota, słuszność mojej tezy jedynie potwierdza.
      Skoro już plotkujemy, to chciałbym wspomnieć rozmowę z człowiekiem, który od wielu lat mieszka poza Polską, ale swego czasu miał okazję znać wszystkich bardziej wyróżniających się członków trójmiejskiej socjety i wedle jego relacji śp. Lech Kaczyński od pierwszego dnia, jak stał się postacią wystarczająco publiczną, by budzić zainteresowanie Systemu, został objęty pełną inwigilacją w postaci całej sieci towarzyskich relacji, z których przyjaźń ze znanym nam aż nazbyt dobrze Januszem Kaczmarkiem była zaledwie drobnym elementem. Z opowieści, jaką usłyszałem od mojego znajomego, wynika, że ponieważ Lech Kaczyński, w odróżnieniu od swego brata, był osobą bardzo towarzyską, miał do ludzi większe zaufanie, znacznie łatwiej przechodził z ludźmi na ty, no i oczywiście miał też znacznie więcej przyjaciół, System nie miał najmniejszego problemu, by zbliżyć się do niego na wyciągnięcie choćby i noża. To wszystko są oczywiście niepotwierdzone plotki, ale ja osobiście jestem bardzo chętny, by je traktować poważnie, pamiętając choćby czas, kiedy to w różnych latach jednymi z najważniejszych ludzi przy Lechu Kaczyńskim były tak fantastyczne osoby, jak Michał Kamiński, Elżbieta Jakubiak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Piotr Kownacki, czy Ewa Ziomecka.
      Dziś Lech Kaczyński, przygnieciony smoleńską mgłą, oczywiście już nie żyje, natomiast my znów mamy swojego prezydenta, cudownego wręcz Andrzeja Dudę i, jak niestety wiele na to wskazuje, stoimy wobec dokładnie tego samego problemu, co przed laty. A ja go mogę opisać tylko w jeden sposób. Otóż od paru dni mam bardzo silne wrażenie, że pierwszy błąd, jaki Prezydent popełnił kompletując swój gabinet, był taki, że, skoro już tak trudno było mu zawieść przyjaciół i musiał im dać im po stanowisku, osobą sobie najbliższą nie uczynił Leszka Millera. Jestem pewien, że Miller, jako aktualnie na bezrobociu, byłby po pierwsze lojalny, po drugie wybitnie kompetentny, no a przede wszystkim zadbałby o to, by do jego szefa nie miała dostępu post-solidarnościowa agentura. I jeśli ktoś myśli, że to żart, niech się puknie w czoło.


Jutro jadę do Warszawy, gdzie od wczoraj trwają targi książki Historycznej. Od godziny 10 rano będę obecny na stoisku nr 11, podpisując książki i służąc rozmową na każdy temat, może z wyjątkiem ponadczasowych wartości współczesnej polskiej powieści. Jeśli ktoś nie jest w stanie przjść, zapraszam na mój blog www.toyah.pl, gdzie znajdują się linki do moich wszystkich książek. Dziękuję.

środa, 28 stycznia 2015

O prostowaniu księdza - od nowa

I znów, podobnie jak zaledwie przedwczoraj, plany blogowe miałem inne, jednak w swoim dzisiejszym tekście Gabriel napisał zdanie, które mnie zainspirowało do tego stopnia, że wszystko wzięło w łeb i przesunęło o przynajmniej jeden kolejny dzień. Otóż w pewnym momencie, wspominając kaźń, jaką z rąk naszych współczesnych uczonych w Piśmie musiał przeżyć arcybiskup Wielgus, i odnosząc się bezpośrednio do takich mędrców naszego Kościoła jak Tomasz Terlikowski, pisze Gabriel co następuje:
„Początkowo żaden z głosów krytycznych wobec ich postawy nie przedostawał się do obiegu publicznego, bo (o ile pamiętam) nie było jeszcze blogów”.
A ja zmuszony jestem tę informację uzupełnić o coś, co moim zdaniem powinno być powiedziane. Otóż, owszem, żaden z głosów krytycznych wobec owej czarnej postawy nie przedostał się do obiegu publicznego, tyle że powody tego były takie jak zawsze, a nie to, że blogów jeszcze nie było. Były jak najbardziej. Między innymi i ten. I to na nim dnia 6 kwietnia 2008 roku ukazał się poniższy tekst. W moim najgłębszym przekonaniu dziś nie mniej aktualny, niż wówczas. Nawet tytuł pozostaje adekwatny. Serdecznie zachęcam:

Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić moje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy zaproponowano mi współpracę.
Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i won! Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej mojej przygodzie. Przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli, że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego, że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza - kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.

Powyższy tekst, podobnie jak wiele innych, równie poważnych, można przeczytać w mojej książce „O siedmiokilogramowym liściu”, do nabycia na stronie coryllus.pl, a jak komuś szkoda czasu na szukanie wystarczy kliknąć w okładkę tu obok. Szczerze zachęcam. 15 złotych plus przesyłka i naprawdę ostatnie już egzemplarze.

czwartek, 27 marca 2014

Dla Ginewry - with love and squalor

Jest w blogowaniu coś, o czym chyba wcześniej nie wspominałem, a co uważam za zjawisko niezwykle ciekawe. Otóż przez to, że teksty te – jeśli tylko to zajęcie traktujemy poważnie – pojawiają się z pewną, niekiedy dość intensywną, regularnością, przychodzi taki moment, kiedy człowiek myśli sobie, że to już chyba będzie owego pisania koniec. Przy tej ilości tekstów i tak przecież ograniczonej liczbie tematów, musi się w pewnym momencie dojść do przekonania, że nie ma takiej możliwości, by nie chcąc się powtarzać, znane nam źródła inspiracji dało się wciąż traktować jako niewyczerpalne. A mimo to lata mijają, a każdy dzień przynosi kolejną refleksję – refleksję naprawdę świeżą i niekiedy nawet całkiem głęboką.
Jak to się dzieje? Otóż, pomijając źródła oczywiste, a więc życie i wszystko to co je otacza, bywa tak, że zainspirować potrafi nawet kolejna notka, czy kolejny stanowiący na nią reakcję komentarz. Dokładnie to przydarzyło mi się wczoraj i dziś. Napisałem tekst o tym, jak to moim zdaniem Michał Kamiński nie był nigdy, a tym bardziej nie jest dziś, jakimkolwiek zdrajcą, ale, wręcz odwrotnie, człowiekiem od początku do końca wiernym swoim przekonaniom i tym, którym owe przekonania mają służyć. Ciekawe w tym było dla mnie to, że mnie by jeszcze dzień wcześniej nawet nie przyszło do głowy, że będę miał ochotę na komentowanie tak zwanego „przypadku Kamińskiego”, a tu nagle wziąłem do ręki najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, przeczytałem zamieszczony w nim tekst Stanisława Janeckiego… i hop! Wszystko nagle nabrało nowych barw.
Mało tego. Napisałem tamten tekst, i kiedy wydawało mi się, że sprawa jest ostatecznie zamknięta, moja koleżanka Ginewra napisała komentarz, w którym zwróciła uwagę, że z tymi narodowymi katolikami musi być coś nie tak, skoro praktycznie każdy z nich, wcześniej czy później okazał się albo agentem, albo idiotą. Powtarzam – każdy. No i w ten oto sposób wiedziałem już, co zresztą natychmiast Ginewrze zapowiedziałem, że zaczynam pisać tekst kolejny. Ten oto, który w tej chwili jest przed nami.
Otóż nie wiem, ilu z nas wie, kim jest Jan Bodakowski, ale ponieważ domyślam się, że takich jest bardzo niewielu, powiem może, że Bodakowski to niezależny publicysta narodowo-katolicki, który sam o sobie na swoim blogu pisze w następujący sposób: „Katolik. Polak. Publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym. Brzydki. Biedny. Niedoceniony. Nielubiany”. I powiem uczciwie, że ja się tu zgadzam niemal z całością tego wyznania, z wyjątkiem może dwóch punktów: otóż ja miałem okazję z Bodakowskim zamienić dwa słowa i uważam, że po pierwsze on wcale nie jest brzydki, ale wręcz przeciwnie, no i nie wyobrażam sobie, by go ktokolwiek nie lubił, bo z tego co zdążyłem zauważyć, to jest bardzo miły człowiek, a miłych ludzi wszyscy z reguły – no może z wyjątkiem ludzi niemiłych, ale my tu takimi gardzimy – lubią.
Natomiast jest coś, co z całą pewnością Bodakowskiemu podczas tej prezentacji umknęło. On zdecydowanie powinien był do tej listy dodać przymiotnik „głupi”. Normalnie, powinien był choćby zastąpić owo w oczywisty sposób kokieteryjnie nieprawdziwe „brzydki” słowem „głupi”.
Czemu uważam, że Bodakowski to dureń? Otóż dziś właśnie przeczytałem w Salonie24 rozmowę, jaką przeprowadził on z kobietą nazwiskiem Anna Raźny, profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, kierownikiem Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych tamże, kiedyś związaną z Radiem Maryja, Ligą Polskich Rodzin i Marszem Niepodległości, a dziś chyba już tylko z ambasadą Federacji Rosyjskiej w Warszawie. Przeprowadził Bodakowski ową rozmowę, fragmenty jej najpierw opublikował – jak najbardziej! – w „Najwyższym Czasie”, a całość już na blogu w Salonie24, a my z niej dowiadujemy się, że pozwolę sobie dokonać odpowiedniego skrótu, że Prawo i Sprawiedliwość to partia zdrady, z Jarosława Kaczyńskiego i jego kumpli katolicy, jak z koziej dupy trąba, na to że w Smoleńsku był zamach nie ma żadnych dowodów, a PiS (niemal cały wywiad jest poświęcony PiS-owi) zamiast poświęcić się krzewieniu przyjaźni między Polską a Rosja, tylko judzi i dzieli oba oddane Bogu i swoim przywódcom społeczeństwa.
Ktoś powie, że ta Raźny to może faktycznie jest jakimś ruskim szpiegiem, a może i nawet osobą psychicznie niezrównoważoną, tyle że co ma do tego biedny Bodakowski, który, jak sam zresztą o sobie napisał, zaledwie „publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym”? Spotkał Bodakowski na swej publicystycznej drodze kogoś, kto mu się wydał ruskim agentem, a że jest autorem świadomym swoich obowiązków, skorzystał z okazji i dokonał wspomnianej popularyzacji wiedzy o świecie współczesnym. Otóż nic z tego. Z rozmowy, jaka została przez Bodakowskiego opublikowana w Salonie24 wynika, że między nim a Raźny panuje pełna zgodność poglądów. Powiem nawet, że gdyby Bodakowski zapomniał swoją kwestię wytłuścić, można by było sądzić, że to nie jest żaden wywiad, tylko zwykły artykuł na temat odwiecznego braterstwa kościołów rzymskiego i wschodniego, które jest brutalnie niszczone przez cynicznych szatanów z Prawa i Sprawiedliwości.
Pyta Bodakowski: „Czy PiS jest partią reprezentującą elektorat katolicki, czy jest partią cynicznie pasożytującą na elektoracie katolickim?” Pasożytującą, odpowiada Raźny.
Bodakowski: „Na ile zaślepienie wyborców PIS jest to wynik technik manipulacyjnych PiS, a na ile przejaw demoralizacji katolików którzy zadowalają się tylko frazesami?” Problemem jest tak zwana szara manipulacja, w której stosowaniu PiS jest mistrzem, wyjaśnia Raźny.
Czy działania PiS są nie tylko formą manipulowania wyborcami w celu osiągnięcia sukcesu politycznego, ale co gorsze, są kreacją fałszywej świadomości katolików, wyuczaniem katolików do akceptowania stanu w którym deklaracje maja się nijak do realnych działań?”, chce wiedzieć Bodakowski. „To partia, która manipuluje nie tylko wartościami chrześcijańskimi, ale również narodowymi, patriotycznymi”, kontynuuje rozpoczętą przez Bodakowskiego myśl Raźny.
Czy dokonywana przez PiS demoralizacja katolików, sprawia, że dla katolików normalnym staje się stan gdy katolik postępuje niezgodnie z nauczaniem kościoła”, podpowiada temat Bodakowski. „Każda demoralizacja jest naganna, nade wszystko ta, która ma szeroki zasięg – w tym wypadku społeczny i polityczny”, ciągnie przy pomocy swego profesorskiego autorytetu Raźny.
Czy demoralizowani przez PIS katolicy, ze złamanymi przez PiS kręgosłupami moralnymi, są pootwierani na przyjęcie nowych destruktywnych ideologii takich jak gender? […] Czy Kaczyńskiemu udało się to co nie udało się ani PZPR ani Gazecie Wyborczej?” chce wiedzieć Bodakowski. Ależ oczywiście. „Od kiedy istnieje ludzkość, przykład idzie z góry”.
Czy rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński, który zakładał budowę Unii na fundamencie odrzucenia chrześcijańskiego dziedzictwa i uprzywilejowaniu mniejszości kosztem chrześcijan?” Od samego początku! Mało tego. To tak naprawdę PiS stoi za promocją tego całego dżender i innego pedalstwa i eutanazji.
Mam nadzieję, że wszyscy mniej więcej wiemy, do czego zmierzam. Mamy tu mianowicie tę całą Raźny z Uniwersytetu Jagielońskiego oraz biednego Janka Bodakowskiego i cóż oni nam takiego przynoszą, czego dotychczas nie przyniósł ani Michnik, ani Tusk, ani Leszek Miller, ani nawet Palikot? Otóż każde jedno słowo, każda jedna myśl wypowiedziana przez Bodakowskiego i odpowiednio rozwinięta przez Raźny stanowi w stosunku do wszelkich znanych nam wcześniej ekscesów jakość zupełnie unikalną. Ani Palikot, ani Miller, ani nawet, podejrzewam, Anna Grodzka, nie byliby w stanie osiągnąć tego poziomu upodlenia. Nawet przy całkowitej utracie zmysłów. A pamiętajmy, że tamci nie dość, że nie są nawet w jednym procencie tak pobożni jak Bodakowski i Raźny, to w ogóle nawet nie wierzą w Pana Boga. Żeby zobaczyć ten rodzaj upadku – wszystko mi na to wskazuje – trzeba było nam dopiero sprowadzić prawdziwych Polaków i katolików. I to jest coś, co mnie wręcz przyprawia o dreszcze.
I nie oszukujmy się. Tu przecież tak naprawdę nawet nie chodzi o tę Raźny, która, jak już wspomniałem, najpewniej jest ruskim agentem, ani o Bodakowskiego, który – bardzo na to liczę – uwzględni i doceni fakt, że jego akurat za agenta nie uważam, ale zaledwie za durnia, ale mam tu na uwadze całą tę formację byłych czy obecnych narodowych katolików, których polityczną reprezentację określają takie postacie, jak Niesiołowski, Goryszewski, Giertych, Zawisza, Piłka, Jurek, obaj Libiccy, Łopuszański, czy dziś też Kamiński… i pewnie mógłbym wymieniać kolejnych, gdyby tylko mi się chciało grzebać w pamięci. Otóż wiele wskazuje na to, że Ginewra, zwracając uwagę na tę czarną prawidłowość, ma jak najbardziej rację. To jest wszystko albo od początku do końca agenturą, albo dowodem na to, że diabłu najwygodniej jest działać w okolicach ołtarza. Albo i jedno i drugie.
Szalenie to wszystko jest moim zdaniem ciekawe, i odpowiednio inspirujące, by zacząć na ten temat poważniejsze rozmowy, a ja już chyba te refleksje zakończę taką w sumie pozytywną refleksją. Bardzo mianowicie dobrze, że my Polacy, choć oczywiście pobożni i jak należy przywiązani do Kościoła, tak bardzo się znowu tym wszystkim nie przejmujemy. Tyle tylko żeby za dużo nie nagrzeszyć i od czasu do czasu się z tego cośmy nabroili wyspowiadać. W przeciwnym wypadku mogłoby się to wszystko skończyć tak, że przy tej pieprzonej demokracji Raźny by została prezydentem, a Bodakowski premierem i wtedy dopiero byśmy dostali do wiwatu.

Proszę bardzo o wsparcie dla tego bloga. Jest wyjątkowo źle i bez Waszej pomocy nie damy rady. Dziękuję.

sobota, 1 czerwca 2013

A więc nas zdziarali

Najnowsza, dziś już prowadzona właściwie bez zbędnego udawania i chowania się po kątach, działalność skupionej wokół Tomasza Sakiewicza grupy prawicowych publicystów, a kto wie, czy już niedługo również nie polityków, doczekała się dość dużej liczby bardzo krytycznych recenzji, co z mojego punktu widzenia, a więc kogoś, kto alarmował w tej sprawie niemal od samego początku, nie wymaga dodatkowych komentarzy. Zabierałem głos ja, przemawiał w tej sprawie nasz kolega Coryllus, i wielu bliskich kolegów i przyjaciół, kilka razy powiedział, co należało powiedzieć, sam ojciec Tadeusz Rydzyk, no a przede wszystkim sam Sakiewicz i jego towarzystwo niemal każdego dnia dają świadectwo zarówno swoim intencjom, jak i swojemu stosunkowi do tego, co my im mamy do powiedzenia, a więc wydaje się, że to, co jest, wystarczy. Stało się jednak coś, co nie pozwala mi sprawy zamknąć ostatecznie. Otóż po tym, jak do grupy zwiastunów nowego zwycięstwa dołączył człowiek nazwiskiem Śmiłowicz, i to on od dziś, obok Piotra Semki, Bronisława Wildsteina, Rafała Ziemkiewicza, Joanny Lichockiej, Anity Gargas, Tomasza Terlikowskiego, no i wreszcie samego Tomasza Sakiewicza z jego Klubami, pomaga nam budować owe mityczne Archipelagi Polskości, nie można moim zdaniem milczeć. I to może już nie tyle po to, by przestrzegać, bo tych, którzy są zaślepieni kłamstwem, w którym tkwią już dziś tylko z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, przestrzegać nie ma co. Oni są głusi, ślepi i pozbawieni podstawowego czucia. Chodzi już tylko o to, by dawać świadectwo i pokazywać palcem zło. Naznaczać tych, których naznaczyć trzeba, by kiedy przyjdzie czas rozliczeń, można ich było łatwo dojrzeć. I żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nic nie wiedział.
Otóż ja Śmiłowicza pamiętam jeszcze sprzed lat, kiedy to on zamieścił na swoim blogu w Salonie24 tekst, w którym to proponował, by każdy wierzący Polak, któremu zależy na tym, by swoją wiarę manifestować, manifestował ją sobie w formie krzyżyka zawieszonego na szyi i ukrytego pod koszulą, ewentualnie zawieszonego na ścianie w mieszkaniu, a ci o ambicjach wykraczających poza to, co ukryte przed wrażliwym okiem świata zewnętrznego, wytatuowali sobie ów krzyż na czole. Właśnie tak. Słowo w słowo. Śmiłowicz, w ostatnim zdaniu swojego felietonu, w którym użalał się nad agresją osób wierzących, zalecił tatuowanie krzyży „na czołach”.
W odpowiedzi na ów niezwykły tekst, napisałem swój, zatytułowany „Będą dziarać”, w którym wyraziłem obawę, że przy tego typu poziomie agresywnych emocji, jakie prezentuje Śmiłowicz, a przecież nie tylko on, na tatuowaniu się nie skończy. Musi bowiem już chwilę potem dojść do kolejnego etapu, w którym Śmiłowicz wszystkich tych z tatuażami będzie wyłapywał i kierował do chirurgów plastycznych, by te dziary usuwać. W ramach dbałości o czystość neutralnego światopoglądowo krajobrazu. Śmiłowicz mi odpowiedział, że jemu nie chodziło o zwykłych, pobożnych ludzi, ale o polityków, ja go pogoniłem, minęły lata, a dziś okazuje się, że on już jest nasz. No może jeszcze nie całkiem nasz, ale w każdym razie należy przypuszczać, że gdziekolwiek pojawi się jego nazwisko, obok będziemy mieli już nie tylko tytuł „Newsweeka”, ale również Telewizji Republika. Właśnie tak. Piotr Śmiłowicz – dziennikarz „Newsweeka” i „Telewizji Republika”. Przyspieszyło wszystko bardzo, czyż nie?
Mimo różnych mniej lub bardziej dających się rozczytać zawirowań, wygląda na to, że zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, i to zwycięstwo znaczące, jest już nie do zatrzymania. Wszystkim tym z nas, którzy tak bardzo na nie czekali, a często tak bardzo już w nie wątpili, dziś jest niezwykle trudno przyznać, że to co przed nami, to najprawdopodobniej żadne zwycięstwo, ale jedynie planowana zmiana dekoracji, i że wszyscy nowi bohaterowie tej zmiany są już po odpowiednich kursach i z dokładnymi instrukcjami dotyczącymi zachowań na najbliższe lata. Wśród nich mamy nie tylko tych, których znamy i lubimy, ale również i Śmiłowicza. Ale nie tylko.
Wczoraj, podczas dyskusji na blogu Coryllusa, wyraziłem obawę, że jeśli tak dalej pójdzie, niewykluczone, że po Śmiłowiczu do nas niedługo dołączy i sam Jerzy Urban. Na to ktoś przesłał link do czegoś, co można oglądać na youtubie, a co pokazuje spotkanie warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”, gdzie na publiczności widzimy właśnie Jerzego Urbana, który na prośbę prowadzącej spotkanie, lekką ręką podpisuje listę wzywającą do usunięcia z Warszawy pomnika sowieckich okupantów, czyli tak zwanych „czterech śpiących”. Nie będę tego tu pokazywał, bo nie mam sumienia, ale opowiem. Jest scena, na ścianie logo „Gazety Polskiej”, na scenie Bronisław Wildstein i prof. Andrzej Nowak, a prowadząca spotkanie, nie mam pewności, ale chyba Joanna Lichocka, wita siedzącego na publiczności, wraz z jakimiś podobnymi do niego bykami, Jerzego Urbana i wyraża nadzieję, że on też podpisze tę petycję. Większość publiczności klaszcze, część niezadowolona mruczy, Lichocka prosi o spokój, Urban podpisuje, a my siedzimy ogłuszeni, jakby nas kibol Staruch walnął bejsbolem w łeb. I, moim zdaniem, jak najbardziej słusznie. Bo na nic lepszego nie zasłużyliśmy.
I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Na nic lepszego. To jest to, co się nam po ludzku dziś należy. I co, mam głęboką nadzieję, jeszcze nas może uratować. Strzał bejsbolem w łeb. Od kibola Starucha.

Dawny tekst o Śmiłowiczu i jego salonie tatuażu przedstawiam na blogu w S24. Jak ktoś ma ochotę, serdecznie zapraszam. Tu już tylko jeszcze raz proszę o wybaczenie słabszej ostatnio niż zwykle aktywności i o finansowe wspieranie tego miejsca pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 29 listopada 2012

O ludziach z misją - taką i owaką

Mój od niedawna kolega Marcin Kacprzak zamieścił w Salonie24 tekst, w którym wyraził radość z faktu, że Grzegorz Hajdarowicz postanowił się ostatecznie wziąć za tygodnik „Uważam Rze” i zrobić tam odpowiedni porządek. Ponieważ z Kacprzakiem ostatnio zgadzamy się niemal w każdym punkcie, okazało się i tym razem, że radość związana z przesunięciami po stronie tak zwanych mediów prawicowych, zapanowała w obu naszych sercach. Co ciekawe jednak, w odróżnieniu – jak się domyślam – od redaktora Sakiewicza i jego załogi, nasza radość ma źródła szczególne. A więc, nam wcale nie chodzi o to, że dobrze tym zbójom. Po co się tak rozpylali i odbierali porządnym ludziom robotę? Nasza radość związana jest że zwykłym umiłowaniem porządku.
Muszę to jednak od razu zrobić pewne zastrzeżenie. Choć, jak mówię, Kacprzak to dziś mój kumpel, to ja wcale nie mam tak do końca pewności, czy nasza radość ma rzeczywiście to samo podłoże. Może się okazać, że jeśli on przeczyta ten tekst, uzna za stosowne założyć jakiś protest. W końcu, co by o nim nie mówić, to wciąż człowiek, który uważa że płyta „Świnie” Hołdysa to arcydzieło. No ale już może zacznę.
Otóż, jak wiemy, kiedy Hajdarowicz wywalił z „Uważam Rze” najpierw Karnowskiego, a potem Lisickiego, przez co sprawił, że ów tygodnik z dnia na dzień trafił jasny szlag, na nowego redaktora naczelnego nie powołał ani Bartosza Węglarczyk, ani Magdaleny Środy, ale nie mniej ni więcej jak tylko człowieka nazwiskiem Piński.
Kim jest ów Piński? Mówiąc bardzo krótko – a dłuższe gadanie jest tu nam niepotrzebne – jest to polski patriota w wydaniu, które już jakiś czas temu zostało autoryzowane przez z jednej strony ruch polityczny o nazwie Libertas, a z drugiej internetowy portal „Nowy Ekran”. Jak idzie o to ostatnie, Piński jest tam nawet którymś z naczelnych. Czemu ja twierdzę, że dobrze się bardzo stało, że Hajdarowicz przekazał „Uważam Rze” akurat temu Pińskiemu? Dlatego mianowicie, że w ten sposób stał się już chyba najbardziej czytelnym fakt, że wspomniana wyżej część polskiej prawicy – a nie oszukujmy się – to jest bardzo poważna siła – pełni tylko jedną funkcję: ostatniego odwodu Systemu do wykorzystania przeciwko Polsce w sytuacjach gdy sam System z jakiegoś powodu już nie daje rady.
Każdy z nas, kto miał okazję obserwować nieco uważniej rozwój wydarzeń na polskiej scenie politycznej przez minione dwadzieścia lat, miał też z pewnością okazję parokrotnie obserwować, jak to działa. Widzieliśmy to podczas pierwszych prawdziwie demokratycznych wyborów do Sejmu, kiedy to nagle pojawiły się dziesiątki jakichś mikroskopijnych organizacji patriotyczno-narodowych; podczas kolejnych wyborów prezydenckich, kiedy to z zagranicy przyjeżdżali jacyś starzy patrioci z ciężkimi pieniędzmi i oferowali swe serca Matce Ojczyźnie; już w czasach Prawa i Sprawiedliwości, kiedy jacyś Jurek z Pałką i Zawiszą powoływali do życia kolejne patriotyczne inicjatywy; kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłaszało bojkot telewizji TVN i oni wszyscy jak na gwizdek zastępowali polityków PiS-u w tefauenowskich programach; kiedy upadał rząd Jarosława Kaczyńskiego, i nagle się tak bardzo zaktywizował LPR i wszyscy jego najwybitniejsi działacze o jak najbardziej biało-czerwonych czołach; czy wreszcie w postaci tego…. jak mu cholera jasna było? Mówię o człowieku, który w pewnym momencie przejął telewizję publiczną. Już wiem – Farfał.
No i oczywiście mówię o Nowym Ekranie, który nagle, tuż przed ostatnimi wyborami pojawił się z hukiem na scenie, by pokazać, że jest jednak alternatywa dla tego starego pierdoły – Kaczyńskiego. I tam też już czekał na odpowiedni znak Jan Piński – polski konserwatysta i patriota.
No i proszę! Wszystko zagrało idealnie. Tygodnik „Uważam Rze” wreszcie nie będzie mącił ludziom w głowach. Nie będzie dobrym, niewinnym i naiwnym ludziom wmawiał, że wszystko jest na swoim miejscu – że tu jest zła lewica, a tu dobra prawica, i że jeśli tylko pozwolimy by się za nas wzięli porządni i sprawdzeni coachowie z odpowiednimi papierami, to ostatecznie wygramy. Byleśmy się tylko głupio nie opierali. Ale też nie będzie na „Uważam Rze” wmawiało, że jest tak do dupy tylko dlatego, że jego redaktorem naczelnym nie jest ktoś „nasz”, ale ktoś „ich”. Jestem przekonany, że – choć przyznaję, że na przykład cała moja rodzina jest dziś w swego rodzaju żałobie – końcowy efekt tego co się wydarzyło na boisku zajmowanym przez tak zwanych przez siebie samych „autorów niepokornych” trenowanych przez Grzegorza Hajdarowicza, będzie dla nas wszystkich bardzo dobry. Mam nadzieję, że ostatecznie wszyscy zobaczą najwyraźniej jak tylko można, że jeśli na pierwszym miejscu nie stoi Jarosław Kaczyński z błogosławieństwem ojca Rydzyka i pod czujnym okiem Antoniego Macierewicza, nie ma co myśleć o żadnej prawicy, o żadnym interesie narodowym i o żadnej Polsce. A już na pewno nie wtedy, gdy ktoś bardzo desperacko próbuje tworzyć kolejną alternatywę.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie książki o liściu. Jak ktoś mieszka w Warszawie, może się wybrać na targi ksiązki historycznej. Przy stoisku nr 101 siedzi Coryllus i ma wszystko w odpowiednich ilościach. No i bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.


czwartek, 21 czerwca 2012

Biedny Polak patrzy na rynek idei

Ostatni numer tygodnika „Uważam Rze” – ten sam, w którym redaktorzy niepokorni deklarują, że histeria, którą System nadmuchał wokół mistrzostw w piłce nożnej jest naszą osobistą histerią i władzy nic do tego – jest wypełniony tak nieprawdopodobnie wielką liczbą, równie jak ich autorzy niepokornych tekstów, że jeszcze dziesięć lat temu, do obrobienia tego wszystkiego trzeba by pewnie z dziesięć numerów magazynu „Ozon”, nie mówiąc już o wcześniejszych „Spotkaniach” czy „Nowym Państwie”. A zatem jest „okładkowa” historia o tym, że histerii nie oddamy, jest Feusette o Korze i jej zaćpanej suczce, jest Lisicki bezlitośnie gnojący samego Wojciecha Maziarskiego, jest Ziemkiewicz rozprawiający się bezlitośnie z Platforma Obywatelską i Karnowscy wypuszczający Naimskiego na opowieści o tym jak to Polska od 20 lat znajduje się we władaniu obcych służb, mamy też Cenckiewicza o komunistycznej bezpiece, Warzechę w jego stałym kabarecie o głupim Tusku, i jak najbardziej, Łysiaka, jak zawsze o sobie, i wiele wiele innych.
I wśród tych wielu wielu innych, jest też tekst o niejakim Marianie Pękalskim. Przyznaję bez bicia, że nazwisko to – podobnie jak towarzyszące mu drugie, o czym za chwilę – słyszę po raz pierwszy w życiu. Oczywiście może być tak, że z jakiegoś powodu coś przegapiłem i pozostaje to wyłącznie winą moją i mojego braku uwagi, jednak sądzę, że nie. Że ja jednak wszystko to co można było zauważyć, a co zauważyć wypadało, zauważyłem. I że zawsze byłem odpowiednio czujny. A zatem, nazwisko Pękalski – podobnie jak to drugie – w świadomości publicznej ani nigdy nie zaistniało, ani nie istnieje. I, należy się obawiać, że istnieć nigdy nie będzie.
Historia tego Pękalskiego jest tak wstrząsająca w swej intensywności, że nie mam żadnego sposobu, by ją opisać w tekście siłą rzeczy tak zwięzłym. A więc najbardziej krótko opowiem, o co chodzi. Otóż Pękalski od roku 1974 był funkcjonariuszem peerelowskiej bezpieki, a jego talenty i rosnąca z każdym rokiem pozycja w esbeckiej hierarchii sprawiła, że w pierwszych miesiącach stanu wojennego otrzymał on nową tożsamość, i już pod nazwiskiem Kotarski wszedł w struktury podziemnej „Solidarności”, gdzie ostatecznie stał się postacią bardzo ważną. Jego podstawowa działalność sprowadzała się do kierowania tak zwana Oficyną Wydawniczą „Rytm”, która miała za cel obsługiwanie druku prasy podziemnej, w tym, między innymi „Tygodnika Mazowsze”.
Wraz z końcem PRL-u, Pękalski, wciąż używając nazwiska nadanego mu przez Służby, jako Kotarski zalegalizował „Rytm” i został wydawnictwa tego już faktycznym, choć nieformalnym właścicielem. Nieformalnym, ponieważ wedle oficjalnych zapisów, właścicielem całości akcji firmy jest żona Pękalskiego, natomiast jego córka pełni tam funkcję sekretarki dyrektora, obie występujące pod nazwiskiem Pękalska. „Rytm”, wedle tego co piszą niepokorni autorzy „Uważam Rze”, jest wydawnictwem jak najbardziej „naszym”. Wydaje wyłącznie literaturę o tematyce historycznej, o bardzo patriotycznym nastawieniu, i w środowisku polskich patriotów uchodzi za bardzo cenne dzidzictwo naszej walki o wolność.
Kotarski, już jako Pękalski, zameldowany jest dziś na jednym z resortowych osiedli w Warszawie, i, również jako Marian Pękalski, major SB w stanie spoczynku, otrzymuje comiesięczną resortową emeryturę.
Co skłoniło redakcję „Uważam Rze” do zajęcia się sprawą Mariana Koterskiego- Pękalskiego, nie dowiemy się pewnie nigdy. Natomiast przynajmniej pozorną przyczyną, dla której oni wzięli te sprawę na warsztat, jest niedawno odbyta w Warszawie impreza zorganizowana na rzecz promocji wydanej przez „Rytm” książki Krystyny i Grzegorza Łubczyków „Pamięć II. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1945”. Żeby nie uronić nic z nastroju, pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment wspomnianego artykułu:
Wśród kilkuset uczestników promocji znaleźli się m.in. kardynał Kazimierz Nycz, posłowie i senatorowie RP, dyplomaci, kombatanci II Wojny Światowej. Wybitny aktor Olgierd Łukaszewicz odczytał list gratulacyjny od Bronisława Komorowskiego, adresowany do wydawcy. Oficynę Wydawniczą Rytm reprezentował jej dyrektor Marian Kotarski, który był bohaterem dnia i odbierał liczne gratulacje. Od 1990 r. wydał setki książek historycznych i był laureatem wielu ważnych nagród, m.in. w 2001 r. z rąk ówczesnego ministra obrony narodowej Bronisława Komorowskiego otrzymał medal ‘Za zasługi dla Obronności kraju’, a w tym samym roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi republiki Węgierskiej. Nosi honorowy tytuł Rycerza Klio. Rytm jest dotowany przez szereg instytucji państwowych III RP. Zyskał prestiż, a jego historyczny związek z podziemną ‘Solidarnością’ podkreśla logo firmy pisane charakterystyczną solidarycą”.
Z mojego punktu widzenia, cała sytuacja jest jasna jak słońce, i właściwie ten moment jest chwilą idealną, by już nie powiedzieć ani jednego słowa więcej. Jednak znam życie i wiem, że na pewno znajdą się wśród nas tacy którzy mnie spytają, o co mi do jasnej cholery znowu chodzi? „Uważam Rze” ujawnia wielką aferę, w dodatku aferę, która – co sam przyznaję – dotychczas pozostawała głęboko ukryta, a ja, zamiast im przyklasnąć, bez sensu się pienię. A zatem, zamiast schować się najgłębszym kącie i już tylko płakać z rozpaczy nad tą naszą Polską, muszę tłumaczyć. Proszę więc bardzo. Otóż uzwzgledniając skalę tej afery, jej wielowarstwowość i wieloznaczność, czy wreszcie jej wartość symboliczną – a jak wiemy, nie ma nic ponad znaki – nasi Rycerze Niepokornego Słowa nie ujawniają nic. Oni wyłącznie starają się wypełnić kolejny numer swojego tygodnika. Oni, postępując jak postępują, doskonale wpisują się w najbardziej nowoczesne metody uprawiania propagandy, które sprowadzają się do realizacji jednego prostego zalecenia: Zarzućmy ich taką ilością informacji, żeby to wszystko ich zwyczajnie zadusiło. Spójrzmy bowiem na ten numer „Uważam Rze”. Tu mamy Feusette nabijającego się z Kory, tam Warzechę z Tuska, tu Ziemkiewicza z Platformy, tam Lisickiego z Maziarskiego, i gdzieś między tym wszystkim jakiś smutny tekst o jakimś nikomu nieznanym… nawet niewiadomo kim, Kotarskim, czy Koterskim. A może Pękalskim. Diabli go tam wiedzą. Jakiś ubek podobno. I czarno-białe zdjęcie jakiegoś starego peerelowskiego dyplomu.
Proszę łaskawie zechcieć to zrozumieć. Oto w jednej maleńkiej pigułce mamy całą polską historię minionych trzydziestu lat, historię, która w żaden sposób się jeszcze nie zakończyła, ale rozwija się z coraz większym hałasem. A jednocześnie mamy większość odpowiedzi na wszystkie te pytania, które nas od tylu lat tak okrutnie dręczą. A my to traktujemy jak część codziennej publicystyki, o której już w najbliższy poniedziałek, jeden ślad nie pozostanie. Dlaczego? Dlatego mianowicie, ze ci, których obowiązkiem jest nas wszystkich jakoś przez tę straszną informację przenieść sami nie uważają jej za jakoś szczególnie istotną. Tego jestem pewien w stu procentach. Zarówno dla Ziemkiewicza, jak i Lisickiego, jak i dla obu Karnowskich, to jest tylko dobry temat, i nic ponad to. Jestem przekonany, że gdybym ja jakimś cudem spotkał Cezarego Gmyza, który jest współautorem tego opracowania, i powiedział mu, że jestem wstrząśnięty, że to jest coś absolutnie strasznego, że trzeba coś zrobić, on by spojrzał na mnie uprzejmie i powiedział, że przeprasza, ale się spieszy na spotkanie. I tyle.
No i teraz mogę się spodziewać kolejnego pytania, mianowicie czego ja oczekuję po nich, po tych naszych niepokornych autorach? Cóż oni mogą? Otóż oni mogą wszystko. Oni mają, wbrew pozorom, tak potężną zawodową i środowiskowa pozycję, że mogą wszystko. Oni mogą to wszystko roznieść w drobny pył. Ale oni tego nie zrobią, z tego prostego powodu, że to by stanowiło dla nich zbyt duże ryzyko, w dodatku okupione zbyt poważną stratą czasu na rzeczy, które ich zajmują w stopniu naprawdę minimalnym.
Uważam że bardzo znacząca jest sama końcówka omawianego tekstu. Otóż autorzy piszą, że próbowali się skontaktować z tym Pękalskim-Kotarskim, ale on im powiedział, że nie bardzo ma ochotę na rozmowę z nimi i zanim podejmie decyzję, musi się poważnie zastanowić. Jak na to reagują ci niepokorni państwo? Czy obiecują, że jeśli on się nie zgłosi w ciągu tygodnia, to oni go zniszczą? Że oni w tej sytuacji użyją wszystkich swoich wpływów, by go zrujnować? Jego i tych wszystkich, którzy go karmią. Ależ skąd! Oni robią to co potrafią. Bardzo stanowczo zapowiadają, że oni jeszcze wrócą do tematu. Pod warnikiem oczywiście, że Kotarski-Pękalski się odezwie. Bo jeśli nie – to nie. Po co? Otóż to – po co? Znajdźmy jeden dobry powód. Po co?

Wszystkich, którym ten tekst w jakikolwiek sposób zaimponował, proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przy okazji informuję, że w najbliższy wtorek, w Poznaniu u Karmelitów na ulicy Działowej odbędzie się spotkanie z Coryllusem i ze mną – autorami Zeszytów Karmelitańskich. Spotkanie będzie połączone ze sprzedażą naszych książek. Zapraszam serdecznie.

sobota, 28 maja 2011

Ziemkiewicz dopilnowuje Kaczyńskiego

Gdy ostatni raz pisałem tu – nie wspominałem, ale pisałem – o Rafale Ziemkiewiczu, nie czyniłem sobie żadnych postanowień. A więc ani nie obiecywałem, że „z tym panem” już nie mam ochoty mieć nic wspólnego, ani też nie zapowiadałem, że przy najbliższej okazji znów sobie pogadamy. Mój ostatni kontakt z Ziemkiewiczem w żaden sposób nie przypominał tego, co czułem, gdy pisałem o Marku Migalskim czy Ludwiku Dornie, a mianowicie owej determinacji, by już nigdy więcej nie wchodzić na ich tereny. Ziemkiewicz mi tu już bardziej przypomina Adama Michnika, któremu też kiedyś poświęciłem kilka tekstów i jakoś bez szczególnych emocji pisać przestałem. I, jak widać, dość dobrze sobie bez jego towarzystwa radzę.
Nie sądziłem przy tym jednak, że do Ziemkiewicza jeszcze wrócę. W końcu, cokolwiek by o nim mówić, on nie jest osobistością na tyle skomplikowaną, żeby wywoływać akurat we mnie regularne refleksje, choćby nawet i raz na rok. A tymczasem, proszę. Oto się okazuje, że wprawdzie on sam nie jest nikim szczególnie inspirującym, natomiast przez to, że reprezentuje niezwykle inspirujące środowisko, od czasu do czasu udaje mu się wskoczyć na podium. Właśnie wskoczył.
W dzisiejszej Rzeczpospolitej – a gdzieżby indziej, nieprawdaż? – Rafał Ziemkiewicz opublikował średnio długi tekst, już na pierwszej stronie dziennika anonsowany tytułem: „Patrioci niezadowoleni z Kaczyńskiego”, a w rzeczywistości, jak się okazuje po bliższym przyjrzeniu, zatytułowany „Patrioci dopilnują Kaczyńskiego”. Jeśli ktoś myśli, że teraz nastąpi seria cytatów i polemik, myli się głęboko. Nie będzie ani cytatów ani polemik. Ziemkiewicz, tak jak to już miało tu miejsce kilka razy, dostanie w nos, a reszta, to będą refleksje co do kwestii o wiele wyżej od Ziemkiewicza postawionych. Dla porządku jednak trzeba będzie przynajmniej streścić główną myśl wspomnianego tekstu. Otóż twierdzi ów mędrzec, że w odruchu ogólnonarodowego żalu po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, środowisko prawicowe w Polsce bardzo się zaktywizowało, i dzięki autentyczności i emocjonalnej intensywności stworzonego przez siebie ruchu, mogło się włączyć z sukcesem w budowę wolnej Polski, tyle że politycy Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed utratą monopolu na bycie antyreżimową opozycją w Kraju, każdy najmniejszy odruch oddolnego patriotyzmu niszczą przy użyciu najbardziej brutalnych środków. Czy jest tam coś jeszcze? No, trochę jest. I są to właściwie rzeczy, za które Ziemkiewiczowi można by było nawrzucać nie raz i nie trzy, ale – jak już powiedziałem – pozostaniemy przy tym co jest, a więc przy głównej mysli owego tekstu.
Czy Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście, jak twierdzi Ziemkiewicz, trzyma swoją ciężką łapę na rozwoju niezależnej obywatelskiej aktywności, czy jest na nią otwarte, czy może zachowuje w stosunku do niego pozycję obojętną – nie wiem. Mam co do tego pewne podejrzenia, ale powiedzmy, że jednak nie wiem. To co natomiast wiem, i to wiem zbyt dobrze, by zachować tu umiar, wdzięk i typową dla siebie elegancję, to to, że Rafał Ziemkiewicz, załamując ręce nad monopolizacją sceny politycznej w Polsce, a zwłaszcza nad monopilzacją prawej jest strony, przekracza wszelkie faktyczne i potencjalne granice bezczelności. To co on tu wyprawia jest tak bezczelne, że domaga się już nie słów, lecz czynów. Rafał Ziemkiewicz, w swoim tekście w Rzeczpospolitej przedstawia analizę polskiej sceny politycznej, polskiego systemu partyjnego i wewnętrznej organizacji polskich struktur partyjnych, porównując je do systemu PRL-owskiego, i wylewa z siebie słowa rozpaczy, jak to ów system niszczy polskie szanse, a ja się zastanawiam, czy on naprawdę ma nadzieję, że nikt, choćby średnio zorientowany obserwator polskiej sceny publicznej, nie wie, jak wygląda struktura organizacji medialnej, której Ziemkiewicz jest prominentnym przedstawicielem? Czy to możliwe, żeby Rafał Ziemkiewicz aż tak moralnie i intelektualnie się stoczył, żeby robić to co robi, i nie wiedzieć, co to jest za dzieło?
Środowisko dziennikarskie reprezentowane przez Rafała Ziemkiewicza stworzyło system tak zwanego „wolnego obiegu myśli obywatelskiej”, w którym całość sceny została podzielona na dwie części – z jednej strony wolny głos dla chamów, a więc Gazetę Polską, a z drugiej wolny głos dla inteligencji, czyli Rzeczpospolitą. To co Polak pragnący silnej, wolnej i uczciwej Polski, w ramach swojego prawa do informowania i bycia informowanym, dostał to tylko te dwie grupy i jeśli jeszcze ma nadzieję na to, że ktoś mu da coś jeszcze, musi być kompletnie nieprzytomny. Polska opinia publiczna, reprezentowana przez media, została podzielona i rozparcelowana w taki sposób, że gdyby na podobnej zasadzie miał działać polski system partyjny, organizacje międzynarodowe musiałyby uznać to za zwykły faszyzm.
Wszyscy pamiętamy, jak na początku lat 90. środowisko późniejszej Unii Wolności planowało polską scenę polityczną zorganizować w taki sposób, że po jednej stronie będą zreformowani komuniści, a po drugiej koncesjonowani demokraci. Zreformowani komuniści będą stanowili wieczną – oczywiście jak najbardziej konstruktywną – opozycję, natomiast koncesjonowani demokraci będą rządzili jako tzw. Solidarność. Wstęp oczywiście do jednej i drugiej grupy będzie jak najbardziej wolny, tyle że odbywać się będzie na zasadzie kooptacji. A więc, każdy będzie miał prawo zostać członkiem, pod warunkiem że zostanie zaproszony. Podobnie, tyle że – czasy są gorsze, więc i ich dzieci są gorsze – znacznie brzydziej, sprawa ma się z tą częścią naszego życia publicznego, które dziś jest reprezentowane między innymi przez Rafała Ziemkiewicza. Ta sfera jest sferą całkowicie zamkniętą, zaspawaną. i na dodatek opieczętowaną. Mamy dwie redakcje i grupę dziennikarzy, którzy prędzej zgodzą się dobrowolnie oszaleć, niż dopuszczą do tego, by którykolwiek z nich musiał oddać choćby centymetr terenu komuś spoza środowiska. Mamy sytuację, gdzie całość popularnej demokratycznej opinii reprezentowana jest przez może dziesięciu dziennikarzy i prędzej Jarosław Kaczyński i Donald Tusk podzielą się władzą z jakimś lokalnym członkiem partyjnej młodzieżówki, niż Tomasz Sakiewicz, czy Paweł Lisicki zgodzą się zamieścić w swoich gazetach tekst kogoś spoza towarzystwa. Rafał Ziemkiewicz, współtwórca i beneficjent tego układu, przychodzi na to wszystko i zaczyna coś gadać o braku demokracji w partiach.
Mają więc oni – nasi prawicowi, niezależni i wolni publicyści – swoje forum i swoje interesy, ale nawet wtedy, zamiast przynajmniej zająć się sobą i nie wtrącać się do czegoś, co do nich już na pewno nie należy, oczywiście są niezwykle czujni i równie niezwykle wrażliwi na każdy nieprzyjazny gest skierowany w ich stronę. Przecież już nawet na tym blogu, mieliśmy okazję czytać komentarze nadesłane przez niektórych z nich, w których mieli oni czelność pokazywać nam, gdzie jest nasze miejsce i co mamy z tym miejscem robić. To przecież tu, miało miejsce kultowe już wystąpienie jednego z tych mędrków, Łukasza Warzechy, w którym poinformował on autora tego blogu o tym, kto jest aż pilotem boeinga, a kto zaledwie kierowcą traktora. To przecież nie gdzie indziej, jak na blogu FYM-a, uznał za stosowne powymądrzać się sam Rafał Ziemkiewicz, mniej więcej w tej samej sprawie. I teraz on właśnie daje sobie prawo, żeby ponarzekać na traktowanie polskich patriotów przez partyjnych baronów. Co za świństwo!
Tyle dobrego, że załatwiając sobie swoje codzienne interesy, Rafał Ziemkiewicz wskazał na bardzo ważny problem. Oczywiście nie on pierwszy i tym bardziej nie on jedyny. Wbrew temu co jemu i jego kolegom się wydaje, w dzisiejszej sytuacji, kiedy polska opinia publiczna rozwija się, a wręcz kwitnie, wbrew wysiłkom bandy drżących o swoją pozycje uzurpatorów, wszystko – dosłownie wszystko – co każdy z nich mógłby kiedykolwiek wymyślić, czy powiedzieć, zostało wymyślone i powiedziane dużo wcześniej. Ale problem jest. Mam tu na myśli najprawdopodobniej agenturalne działania na rzecz rozbicia tego ruchu, który powstał po kwietniu 2010 roku. Wydawałaby się, że nikt dziś nie ma wątpliwości, że smoleńska katastrofa nie tylko uaktywniła znaczną część polskiego społeczeństwa, ale również wszystkie możliwe siły antypolskiej agentury. Jest to coś tak oczywistego, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś w miarę rozsądny nie wiedział, jak w takich sytuacjach System działa. Przecież to są normy nawet na poziomie najbardziej podstawowym. Jeśli jest gdzieś pożar, to natychmiast, obok strażaków z wiadrami i sikawkami, pojawiają się złodzieje, kombinujący, jak by tu tych strażaków, i przy okazji kogoś jeszcze, okraść. Tu musiało się wszystko odbyć dokładnie w taki sam sposób. W następstwie katastrofy w Smoleńsku i gwałtownego wzrostu społecznej świadomości, uaktywniły się też wszystkie te siły, które na takie sytuacje znają tylko jeden sposób – wbić się w tłum i wszystko rozpieprzyć. Powstanie tak zwanego PJN jest tu tylko, fakt, że atrakcyjnym, ale tylko tych działań przykładem. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość i jego władze zdają sobie z tego sprawę, to chwała im za to. Podobnie jak nikt by im tego nie wybaczył, gdyby dla jakichś durnych wyobrażeń o demokracji i wolnej politycznej działalności wolnego obywatela, oni dopuścili do tego, by w ciągu kolejnych miesięcy powstało kilkanaście super-patriotycznych ugrupowań, a każde z nich z Lechem Kaczyńskim i Prawem i Sprawiedliwością i Solidarnością w nazwie, podpierających się pamięcią o świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego, i uzyskując odpowiednią pozycję, wystawiło swoje kandydatury do w wyborach Parlamentu.
Ziemkiewicz główną tezę swojego artykułu opiera na niedawnym wydarzeniu z Wrocławia, gdzie jakiś czas temu rozpoczęła działalność grupa pod nazwą „Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego”, a więc pod dokładnie tą samą nazwą, jakie wcześniej, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej w roku 2010 posiadały społeczne komitety poparcia na rzecz prezydentury właśnie Jarosława Kaczyńskiego. Z powodów mi nie do końca znanych, ale chyba dość oczywistych, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zwrócili się do aktywistów owego projektu, by sobie jeśli chcą działali, lecz by nie używali w tej działalności nazwy Komitetu. Ziemkiewicz oczywiście strasznie się pieni, że oto mamy do czynienia z polactwem w najgorszym już wydaniu, a więc wydaniu pisowskim, gdzie dla partyjnych celów niszczy się marzenia o Polsce. A ja się zastanawiam, czy on wie, jak jest, czy nie wie? Jeśli nie wie, to jest zwyczajnym durniem. Bo durniem zwyczajnym trzeba być, żeby przy tych wszystkich doświadczeniach, jakich byliśmy niemymi świadkami przez tyle ostatnich lat, nie wiedzieć, jak działa System, zwłaszcza w miesiącach przedwyborczych. Trzeba być durniem, żeby myśleć, że widząc jak społeczeństwo zaczyna się organizować wokół prawdy, prawa i sprawiedliwości, System położy uszy po sobie i pójdzie na piwo.
Ja jednak uważam, że Ziemkiewicz wie. On jest zbyt doświadczoną figurą na tej scenie, by nie wiedzieć. A w tej sytuacji, pozostaje już tylko jedna zagadka. Czy on się zachowuje jak się zachowuje, ponieważ wie, że jest zwykłym nieudacznikiem, a w polityce mu się nic nie udało i – dopóki przywódcą i symbolem niepodległej Polski będzie Jarosław Kaczyński, którego Ziemkiewicz tępi od zawsze – już prawdopodobnie nic mu się nigdy nie uda, i to jest już pewnie ostatni moment, żeby się czegoś uczepić, czy może chodzi o to, że on działa z jeszcze większym wyrachowaniem. Na zimno i bez emocji. Bez większych ambicji i bez większych idei. I tu z kolei, mam podejrzenia, że to drugie rozwiązanie może być prawdziwe. Jak mówię, od czasu gdy Ziemkiewicz przestał być rzecznikiem prasowym UPR-u i poszedł na tak zwane swoje, w polityce nie odniósł jakiegokolwiek sukcesu. Wszystko co udało mu się tam osiągnąć, to popyskować od czasu do czasu, to tu to tam. Natomiast, nie da się ukryć, że odniósł bardzo duży sukces osobisty i finansowy. Ziemkiewicz jest dziś prawdopodobnie najbardziej poczytnym autorem obok Łysiaka – też, tak się dziwnie składa, jak najbardziej, naszego człowieka na tym wilkowisku – tyle że o ile Łysiak, jak mi mówią, jest pisarzem wybitnym, Ziemkiewicz pisze jak ostatnia szmata. Powieści Ziemkiewicza – mówię o powieściach, jego publicystyka, to zwyczajne standardowe dziennikarstwo – to syf najgorszy. Jak to się stało, że ktoś tak beznadziejny odniósł taki sukces? Nie jestem tego w stanie zrozumieć. Kuczok, Pilch, Hutnik, Kuryluk – cała ta banda pluszowych misiów reżimu – sprawa jest dla mnie jasna. Tam droga jest prosta. Ale Ziemkiewicz? Ten wojownik i zimny kontestator? Taki sukces? On akurat, przy takim sukcesie, musi być zwyczajnie dobry. Problem w tym, że nie jest.

Jak większość z nas wie, piszę bo muszę, a muszę też trochę dlatego, że w ten sposób utrzymuję rodzinę przy życiu. W związku z tym, ponownie proszę wszystkich, którzy akurat mają jakiś luźny grosz, o wsparcie. Dziękuję.

sobota, 14 maja 2011

Coryllus: Mistrz i jego uczniowie

Być może, części stałych czytelników tego bloga, wyda się to niepotrzebne, lub wręcz podejrzane, jednak dziś będziemy tu czytać kolejny tekst Coryllusa. Oryginalnie miał być tekst tylko jeden, dzisiejszy, tyle że przez jakieś – przynajmniej przypominające cenzurę – działania administracji Nowego Ekranu, musiałem się wykazać obywatelską czujnością i stąd tekst poprzedni. A więc, ten dziwny układ zamykający miniony tydzień jest w dużym stopniu kwestią przypadku i wyjątku. Zapewniam że już jutro wrócimy na utartą ścieżkę.
A poniższy tekst znaleźć się tu musi. Dlaczego? Otóż, kilka ostatnich, zamieszczonych na tym blogu notek, poświęconych było – bardzo ogólnie rzecz ujmując – sytuacji na naszej scenie politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem czterech partii, które obecnie tworzą polski parlament, a więc PO, PiS, SLD i PSL. Ale także prognozom, jakie mogą chodzić po głowie, w związku z nadchodzącymi wyborami. W ostatnich dniach, przy okazji przejścia Bartosza Arłukowicza do Platformy Obywatelskiej, a także w związku z jednoznacznymi już deklaracjami polityków PO i samego Donalda Tuska, wskazującymi na to, że ci szczególnie państwo postanowili pod swoje skrzydła przygarnąć wszystkich, którzy się zgłoszą, niezależnie od politycznych barw i wyznawanych światopoglądów, wydaje się, że wreszcie i ostatecznie rozpoczęto oficjalne domykanie czegoś co się powszechnie nazywa Antykaczystowskim Blokiem Porozumienia Dla Polski. W rezultacie tego wydarzenia, jest już niemal pewne, że będziemy mieli scenę podzieloną na dwa ugrupowania, a mianowicie PiS i Blok.W tej sytuacji, ktoś może postawić pytanie, co z ewentualnym blokiem po naszej stronie? Co z tymi wszystkimi zainteresowanymi, którzy sami jakoś się nie potrafili w tej kotłowaninie odnaleźć, a może bardzo by chcieli też coś w tę walkę wnieść Też pokazać, że Polskę kochają, o Polskę dbają i Polsce chcą służyć. Czy – biorąc pod uwagę, że przed nami jeszcze parę miesięcy – oni mogą liczyć, że wzorem premiera Tuska i Jaroslaw Kaczyński otworzy swe, jak wiemy, wielkie serce na ich wołania? Powiem szczerze, że nie wiem, jak to z nimi będzie. Wiem tylko, że wielu z nich bardzo by chciało. Ale czy Prezes też zechce utworzyć nasz, prawicowy i patriotyczny blok, czy uzna, że to co obecnie funkcjonuje pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość, nam wystarczy? Czy może w dniu wyborów zmierzą się dwa bloki – Blok dla Polski i Blok dla Rosji? Otóż, jak o to idzie, nie mam bladego pojęcia. Natomiast mam nadzieję, że nie. Że wszyscy ci, co dotychczas się tylko kręcili po okolicy i najwyżej od czasu do czasu coś tam sobie popyskowali, albo na Tuska, albo na Napieralskiego, albo oczywiście na Kaczyńskiego, zostaną tam gdzie byli. Ewentualnie przejdą do bloku ruskiego. Tam ich z całą pewnością chętnie przyjmą. A my zostaniemy też tu, gdzie jesteśmy.Dla szerszego naświetlenia teoretycznych podstaw wyżej przedstawionej refleksji, pozwolę sobie, jak już zaznaczyłem we wstępie, skorzystać z tekstu naszego kolegi Coryllusa. Zapewniam jednak, że każde słowo, które on tam przekazuje, mogłoby być słowem wyjętym z moich też ust. Gdybym tylko tak potrafił.
Mając w pamięci kilka niewesołych doświadczeń własnych nieufnie bardzo podchodzę do relacji mistrz – uczeń. Bywa ona przedstawiana jako najdoskonalszy sposób przekazywania wiedzy i doświadczenia, jako creme de la creme pedagogiki, dostępny zresztą nielicznym tylko. Tym mianowicie, którzy dzięki swym zdolnościom w otocznie mistrza zostali dopuszczeni. Mistrzowie mają zwykle kilku uczniów i im przekazują swą wiedzę w czasie spotkań tajemnych, odbywanych w ustronnych miejscach, tak by nie dosięgły ich oczy profanów.
Konstrukcja ta jest jednym z największych i najpoważniejszych zakłamań funkcjonujących w naszej świadomości, jest to wręcz paraliżująca trucizna, która wcale niczego nie ułatwia, nie poprawia i nie przekonuje do niczego. Relacja – mistrz uczeń lub mistrz uczniowie to kłamstwo. Człowiek bowiem jest wobec otaczających go problemów i spraw samotny i tylko przez tą samotność może się czegoś naprawdę dowiedzieć. Jakieś podejrzane relacje z mistrzami czy nie daj Panie Boże z uczniami, to tylko jedno z doświadczeń, które czasem coś przybliży, ale częściej zafałszuje i zniszczy. Być może napiszę kiedyś o tym osobny tekst, ale dziś nie, dziś będzie o czym innym.
Niniejszy tekst będzie poniekąd kontynuacją wpisu wczorajszego, w którym padło nazwisko Tomasza Wołka. Nicpotem w jednym z komentarzy przywołał nazwisko jednego z najważniejszych w powojennej Polsce mentorów, wychowujących młode pokolenie intelektualistów – Henryka Krzeczkowskiego. Jeśli ktoś będzie chciał sięgnąć do komentarzy Nicpotem pod wczorajszym wpisem zachęcam. Ja nie będę ich cytował, bo chciałbym żeby pomiędzy nimi a tym co tu napiszę powstał pewien szczególny rodzaj napięcia. Zobaczymy czy to się uda.
Miałem kiedyś w ręku książkę z tekstami Henryka Krzeczkowskiego pod tytułem „Proste prawdy”, niestety kiedy przycisnęła mnie bieda musiałem ją sprzedać. Książka ta była gruba i zawierała felietony oraz różne inne opera minora pana Krzeczkowskiego. Zapamiętałem z niej tylko tyle, że często jeździł do Krakowa, żeby spotykać się ze środowiskiem literacko artystycznym, miał też podobno w Krakowie jakąś przyjaciółkę. Według pomieszczonych w tej księdze słów Tomasza Wołka był Krzeczkowski kimś w rodzaju Platona doby PRL-u, który próbował ocalić dla potomności to co najważniejsze, przekazując to, owe proste prawdy, swoim uczniom. Wśród nich zaś znajdowali się ludzie o nazwiskach bardzo znanych w latach dziewięćdziesiątych, a i dziś łatwych do przypomnienia. Byli tam więc: Tomasz Wołek, Kazimierz Michał Ujazdowski, Aleksander Hall, Wiesław Walendziak, Jacek Bartyzel i ponoć także Marek Jurek.
Żeby dowiedzieć się czegoś bliższego o Krzeczkowskim wpisałem jego nazwisko w Wikipedię. Cóż się okazało; oto Henryk Krzeczkowski urodził się w Stanisławowie, po zajęciu Polski przez Niemców i Rosjan został wywieziony na wschód, potem wstąpił do armii Berlinga. Znalazł się od razu w wywiadzie, albowiem znał biegle kilka języków. Wrócił do Polski i służył wojskowo do roku 1950. W roku tym – dostrzegając – jak podaje Wikipedia – postępującą sowietyzację Polski – sprowokował własne usunięcie z wojska i zajął się jedynie pracą literacką i tłumaczeniami.
Tutaj chciałbym się zatrzymać na chwilę – jakiż odważny musiał być Henryk Krzeczkowski, że widząc tę sowietyzację zrobił coś – nie wiemy co – przez co wyrzucili go z wojska. Rozumiem, że bez prawa do emerytury i różnych uposażeń, rozumiem że mieszkanie wojskowe w Warszawie także musiał oddać... To akurat chyba nie bo w latach dziewięćdziesiątych nakręcono o nim film pod tytułem „Wróżbita z ulicy Czackiego”. Mieszkanie więc zachował i to w nie byle jakim miejscu, przy Łazienkach. No, ale wojskowa emerytura i przywileje. To musiało być trudne dla człowieka, który przywykł do pewnej swobody. A tutaj – po rzuceniu wojska – trzeba było się utrzymywać z tłumaczeń, z książek wydawanych w „Znaku” i artykułów w „Tygodniku Powszechnym”. No i jeszcze ci uczniowie, przychodzili do domu, zapewne nie mieli ze sobą termosów z herbatą, trzeba było ich częstować. Młodzi ludzie już tacy są, że nie pamiętają o ważnych drobiazgach.
W kilku miejscach nazwany jest Krzeczkowski „wychowawcą polskiej prawicy” człowiekiem, który myśl narodową wprowadził znów do debaty i uczynił z niej przedmiot sporów i poważnych refleksji. Napisał Henryk Krzeczkowski trzy książki – musiały mieć, kurcze, wielkie nakłady, jeśli się z tego pisania rzeczywiście utrzymywał – tylko trzy. Oto ich tytuły: „Po namyśle”, „O miejsce dla roztropności”, „Polskie zmartwienia”. Tę ostatnią wydał pod pseudonimem Mikołaj Sawulak, a przedostatnią pod pseudonimem XYZ. Wszystko to można znaleźć w Wikipedii, nic nie zmyślam. Tak tam jest napisane.
Ach! Byłbym zapomniał, siedem lat po odejściu z armii zajmował się wraz z innymi wybitnymi intelektualistami pracą nad miesięcznikiem „Europa”. Nagrodzono go nagrodą polskiego PEN Clubu za wybitne przekłady.
Reżyserem filmu o Henryku Krzeczkowskim jest Mateusz Dzieduszycki, a recenzję książki „Proste prawdy” do której dotarłem napisał Artur Wołek. Nie wiem czy prócz pana Artura jacyś inni synowie uczniów Henryka Krzeczkowskiego przywracają pamięć o tym niezwykłym człowieku, ale możliwe, że tak.
Henryk Krzeczkowski zmarł w 1985, pochowano go w Tyńcu. Właściwie to dziwne, że w Tyńcu, a nie na Skałce. No, ale może takie było życzenie zmarłego.
Kiedy przeczytałem powyższe informacje w Wikipedii, i w ogóle kiedy czytam o takich, jakże poważnych przecież sprawach. Przypomina mi się mój tata. Przeszedł on drogę dokładnie odwrotną niż pan Krzeczkowski, a i intelektem oraz wyrobieniem towarzyskim nie dorównywał panu Henrykowi. Zdarzyło się kiedyś, że stojąc na podwórku przed domem w roku pańskim 1946, kiedy Henryk Krzeczkowski służył w wywiadzie armii, zauważył tata mój biegnącego w jego stronę człowieka. Był to niejaki Kajtek, jego kolega z oddziału. Kajtek był ranny a za nim biegli żołnierze pokrzykując coś i strzelając, już to w Kajtka, już to w powietrze. Tata mój miał wtedy osiemnaście lat. Porwał tego Kajtka na plecy i biegnąc przez opłotki próbował dostać się do miejscowości Patok, położonej kilka kilometrów dalej. Żołnierze ci, których tata zawsze nazywał resortem, biegli za nimi i cały czas strzelali. Pisałem już o tym, ale to ważne by ten tekst był spointowany właśnie w ten sposób, wybaczcie, że się powtarzam. Dopiero gdzieś przy patockim lesie, kiedy ojciec był już cały mokry od potu i krwi omdlałego Kajtka odezwały się rkm-y. Resort przywarł do ziemi i już się z niej nie podniósł. Później, w czasie jakiejś wiejskiej biesiady, kiedy mężczyźni wymyślają przyśpiewki na znane melodie, żeby dodać sobie animuszu i przypomnieć różne ciekawe epizody z przeszłości, ktoś wstał od stołu i na melodię znanej kolędy „Pasterze mili” zaśpiewał: pasterze mili, coście widzieli? Widzieliśmy mundroloka, jak uciekoł do Patoka z Kajtkiem pod rękę.
Tym „mundrolokiem” był mój tata, tak go przezywali, lubił bowiem dominować i narzucać otoczeniu swoją wolę. Nie był łatwym człowiekiem. Nie znał języków. Z trudem skończył technikum dla pracujących. Nie bardzo mu to jednak pomogło, pracował jako robotnik kolejowy i zarabiał bardzo mało, żebypodnieśli mu uposażenie musiał się w końcu zapisać do partii. Było to w roku 1967, miał wówczas troje dzieci na utrzymaniu i był już wdowcem. Właśnie, przeszukując domowe papiery, znalazłem jego czerwoną legitymację. W tym samym roku Henryk Krzeczkowski przetłumaczył 14 tom dzieł Marksa i Engelsa, nie pracował już w wojsku od dawna, nie wydawał także miesięcznika Europa. Żył tylko z tych tłumaczeń. Informacje o tym możemy znaleźć w Wikipedii.

piątek, 18 lutego 2011

Już nie lezą. Teraz pełzną.

Muszę się przyznać do pewnego grzechu. Otóż jeszcze na samym początku roku, po obejrzeniu pierwszych dwóch wydań nowego programu Tomasza Sekielskiego pod tytułem ‘Czarno na białym’, doszedłem do przekonania, że właściciele ITI postanowili wieczorną ofertę stacji przestawić, nawet jeśli tylko pozornie, bardziej w kierunku modelu demaskatorskiego. Oczywiście wiedziałem przy tym świetnie, że za tym gestem w żadnym wypadku nie stoją szczere intencje, lecz wyłącznie jakieś ciemne kalkulacje, polegające na przykład na tym, by Tuska zastąpić przez Schetynę, lub może zmusić do odejścia Monikę Olejnik, a na jej miejsce z powrotem przyjąć Lisa, czy diabli wiedzą co jeszcze. Niestety już po paru następnych wydaniach audycji, okazało się, że ów ruch programowy miał cel wręcz odwrotny i oznaczał wyłącznie powrót do najbardziej modelowego dziennikarstwa peerelowskiego. A więc – dla mnie wstyd.
Ja wiem, że w ostatnich dniach zdecydowanie zbyt często poświęcam nasz wspólny czas na śledzenie tego, co wyprawia Tomasz Sekielski, i zdaję sobie naturalnie też przy tym sprawę z tego, że ten typ uwagi może irytować jeszcze bardziej, niż przyglądanie się obsmarkanemu rękawowi prezydenta Komorowskiego. Jest też jednak faktem, że ostatnie dni przynoszą nam tak strasznie dużo ruchów po tamtej stronie, świadczących o tym, że niechybnie szykują się nam jakieś zmiany, że trudno je lekceważyć. Ktoś powie, że czemu nie? Ileż to roboty, machnąć na ten cały syf ręką i zająć się czymś bardziej normalnym? Może i jest w tym jakaś myśl, tyle że ja jednak wciąż wierzę, że lepiej mieć na nich oko. Lepiej tego co oni wyprawiają nie przegapić. Bo kto wie, ile to jeszcze potrwa? A zatem, skoro już przyszło nam się na nich gapić i komentować te podrygi, to nie ma sposobu, by się przy tym nie upaprać.
A więc wczoraj znów rzuciłem na ten koszmar okiem i pomyślałem sobie, że nie ma sposobu, by nad tym co ujrzałem przejść do porządku dziennego. Tym razem Sekielski i jego banda wzięli się za tak zwaną Komisję Majątkową. Dla porządku, przypomnę tylko, że poszło o to, że wybrani przedstawicie polskiego Kościoła, w porozumieniu z jakąś post-peerelowska hołotą, przez minione 20 lat łupili polskie państwo na ciężkie pieniądze, no i wreszcie ten przekręt stał się tak bezczelny – albo może, przy okazji tych wałków, o kimś nagle zapomniano – że jakaś państwowa agentura położyła na wszystkim łapę i interes został zamknięty.
Ja oczywiście, jako dumny członek Kościoła, a przy okazji ktoś, kto mniej więcej się orientuje na co stać przeciętnego księdza, czy biskupa, jeśli tylko jest on odpowiednio głupi, lub chciwy, czuję z powodu tego, co się stało ciężki ból i wstyd. Tym bardziej cierpię, kiedy widzę w telewizji przemykających po jakichś korytarzach biskupów, jedną ręką ściskających wiszący na szyi krzyż, a drugą odganiających się od – swoją drogą, ani trochę od nich nie lepszych – wywiadowców. I od razu wszystkich informuję, ze nie mam zamiaru żadnego z nich usprawiedliwiać, czy tłumaczyć, natomiast nie zgodzę się na to, żeby na czele owego ruchu moralnego potępienia stali ci, którzy dotychczas zrobili wszystko, by nie dość żeby tę chorą sytuację wykreować, to jeszcze ją skutecznie zakonserwować.
Jeszcze przed laty, na tym blogu postanowiłem – narażając się oczywiście na ciężkie oskarżenia o moralną dupowatość – wystąpić przeciwko całej bandzie zakłamanych łobuzów, kiedy ci rozpętali kampanię na rzecz samooczyszczenia się Kościoła z zarzutów o współpracę z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Argumentowałem, że – jakkolwiek paskudne były zachowania poszczególnych księży i biskupów wobec peerelowskiego ucisku, i jakkolwiek nędzne ich postępki dziś, już wobec stawianych im zarzutów – to nie Kościół stworzył System i to nie Kościół go zdeprawował, lecz przeciwnie, to ci, którzy dziś najwięcej krzyczą przeciwko księżom, najpierw ów System stworzyli, następnie go umocnili, i to oni ostatecznie zdeprawowali społeczeństwo, a wraz z nim – Kościół. Pisałem też, ze jest czymś absolutnie porażającym, że w sytuacji kiedy nie można zmusić do, nawet nie samooczyszczenia, ale zwykłego przyznania się do winy, ani autorów tej antynarodowej podłości, ani jej beneficjentów, wielu postanowiło – prawdopodobnie licząc na to, że Kościół będzie, jak to Kościół, głupi i naiwny – zwrócić się do biskupów, żeby to oni dali ludowi satysfakcję.
Dziś po latach ta bezczelność jest jeszcze większa i jeszcze bardziej uderzająca, niż kiedykolwiek wcześniej. Tym razem jednak nie chodzi już o PRL, lecz o III RP, i w moim odczuciu jest to skandal to dziesiątej potęgi. Od dwudziestu lat, a więc od pierwszego dnia, kiedy to post-komunistyczne elity, przy pomocy nowo-dokooptowanych zdrajców, przejęły nasz biedny kraj na wyłączną własność, i rozpoczęły nigdy wcześniej nieobserwowany proces grabienia wszystkiego, co się zgrabić uda, przerażony naród otrzymywał jedną i tę samą informację: że ma siedzieć cicho i pozwolić działać mądrzejszym od siebie. Cały podły mechanizm tego szalbierstwa oparty był na jednej zasadzie: należy brać wszystko co się nawinie pod rękę, a każdemu kto będzie w jakikolwiek sposób wobec tej sytuacji marudził, zamknąć usta przy pomocy mediów, kultury pop, a jak trzeba będzie, to i przy pomocy środków bardziej bezpośrednich. Żeby ten proces mógł się toczyć bez przeszkód, System najpierw dał ludziom coś do zabawy, następnie stworzył pod-system tak zwanych autorytetów, by wreszcie skorumpować media, politykę, kulturę, sztukę, a na końcu nawet naukę i poczuć ów piękny swąd bezkarności.
I naturalnie nie było przy tym takiej możliwości, żeby z tego planu został wyłączony Kościół. Wykorzystując bezwzględnie stare, jeszcze peerelowskie uwikłania księży i biskupów, ale też naturalną ludzką skłonność do dbania o to, by człowieka lubiano i szanowano, skorumpowano również polski Kościół. Nie trzeba być ani szczególnie czujnym ani pamiętliwym, żeby w jednej chwili przypomnieć sobie nazwiska całych dziesiątków nazwisk tak zwanych autorytetów Kościoła – bardzo często jednocześnie dawnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa – którzy byli zawsze gotowi, by bronić parszywego Systemu przed tymi, którzy zaledwie ostrzegali i prosili o opamiętanie. I tu muszę znów zaznaczyć bardzo mocno: to nie ksiądz Tischner, nie ksiądz Sowa, nie biskup Pieronek, nie arcybiskup Życiński, nawet nie tzw. ludzie Kościoła w osobie Szymona Hołowni, stworzyli System. To System stworzył ich. Przy aplauzie mediów, kultury pop i części społeczeństwa. To wreszcie nie oni – i tu przechodzę do spraw jak najbardziej bieżących – zwrócili się do Systemu, żeby im pozwolił się utuczyć na zagrabionym Kościołowi majątku. To System przyszedł do nich i pokazał, jakie ich czekają przyjemności, jeśli nie zgodzą się uznać przywódczej roli różnych generałów i mecenasów.
Siedzę sobie wczoraj przed telewizorem i patrzę cały osłupiały, jak telewizja TVN24 rozprawia się z Kościołem za jego chciwość i zdradę ideałów. A to co mnie poraża najbardziej, to ten nieszczęsny Sekielski, który – zupełnie jakby zwariował – mówiąc o tym jakimś mecenasie Piotrze Cośtam, w jakimś beznadziejnym zaplątaniu, wciąż powtarza: „były esbek, były esbek, były esbek, były esbek…”. Co to – przepraszam – do kurwy nędzy ma znaczyć???? A od kiedy to TVN-owi przeszkadzają byli esbecy???? Każdy średnio inteligentny człowiek wie, że z każdej złotówki jaką Walter z rodziną i z kumplami zarobili przez minione dwadzieścia lat, muszą się oni wszyscy rozliczyć wobec byłych esbeków i obecnych generałów i lejtnantów, a tu nagle się okazuje, że oni nie potrafią zmieść myśli, że jeden z ich kolesi to były esbek. I pokładają się ze śmiechu, że biedni księża, na których oni tego mądralę wypuścili, dali się mu uwieść. I aż się turlają po tym zagnojonym studio, nie mogąc się nadziwić, jak to się stało, że tylu niby porządnych ludzi, połasiło się na ich pieniądze.
Siedzę sobie wczoraj przed telewizorem i patrzę osłupiały jak jakaś walterowska lala ściga po jakiś korytarzach jakiegoś generała, którego odpowiednio wcześniej jej szefowie odziali, nakarmili i dali mu zajęcie, i woła za nim: „Panie generale, panie generale, a czemu pan coś tam coś tam?” I oczywiście wszyscy – włącznie z zaczajonym w studio Sekielskim – świetnie wiedzą, że wszystko jest odpowiednio zabezpieczone, bo przecież on jej nie powie, żeby po odpowiedź zgłosiła się do swojego szefa. Bo każdy chce żyć. Zwłaszcza gdy to życie jest takie fajne. A na tle tej żenady cały czas widzimy jakieś biednego księdza Nowoka i nieco dalej biskupa Liberę – zaszczutych kompletnie, i zero z tego wszystkiego rozumiejących – których jedyną winą było to, że głupio uwierzyli, że nowe czasy wymagają nowego podejścia, a których TVN pokazuje nam, jako tych, w których możemy sobie bezkarnie i do woli porzucać kamieniami.
Jest jednak coś jeszcze, co uważam, że jest nie dość że znacznie ważniejsze od tego cyrku to znacznie bardziej interesujące. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od pewnego czasu zapanował w publicznej domenie zwyczaj przeprowadzania rozmów z ludźmi, którzy mają jakieś ciekawe informacje, ale w taki sposób, że albo nie widać ich twarzy, albo ich głosy są zniekształcone, albo ewentualnie sama rozmowa jest przeprowadzana w jakimś zakazanym miejscu, gdzie nikt nigdy nie zagląda. A wszystko to dla tak zwanego bezpieczeństwa świadków. Słuchamy więc tych ludzi z komputerowo zmienionym głosem, lub z zamazaną twarzą i aż drżymy z emocji, że oto pojawił się ktoś, kto „zgodził się mówić”, tyle że musi uważać, żeby ktoś go zwyczajnie za to co on gada nie zabił. Podobnie też było wczoraj u Sekielskiego. Żeby pogadać na temat tych księży, biskupów i ich procederu, z człowiekiem, który przez całe lata w owym biznesie siedział po uszy, Sekielski udał się do jakieś starej kotłowni, czyli elektrowni, i tam dopiero – z zachowaniem wszelkich środków ostrożności – z tym człowiekiem pogadał.
A ja bym bardzo chciał, żeby swój następny program, gdzie oczywiście nikt nie udaje, że białe jest czarne, a czarne jest białe, nadawany przez stację, gdzie cała prawdą jest nadawana przez całą dobę, redaktor Sekielski poświecił wyjaśnieniu takiej oto kwestii: jak to jest, że ci ludzie się boją? Czego oni się mianowicie boją? A cóż to takiego niebezpiecznego się na nich czai w kraju, jak wszyscy wiemy, praworządnym i demokratycznym? Co się do cholery dzieje? To polskie państwo nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa ludziom, kotrzy byli świadkami przestępstwa? Czyżby było tak, że wszyscy żyjemy w jakiejś mafijnej atmosferze, gdzie w każdej chwili można oberwać nożem pod żebro, dostać kule w łeb, zostać powieszonym w celi… albo wbić się samolotem w jakieś drzewo? Niech no mi to prezes Walter wyjaśni, czego to ja się mam tu bać? I niech mi tylko nie mówi, że najbardziej powinienem uważać na biskupa Liberę. Bo wówczas pomyślę sobie, że to jednak on osobiście się na mnie czai.

piątek, 3 kwietnia 2009

O szpiclach w Kościele, ludziach w kościele i końcu miłości

Myślałem, żeby już nie pisać o Kościele, a tym bardziej usprawiedliwiać Kościół z niechęci do uczestniczenia w organizowanej przez zepsute Państwo lustracji. Uznałem, że powiedziałem wszystko, co miałem na ten temat do powiedzenia, a ponieważ większość osób czytających mój blog, zna doskonale moje poglądy i wie pewnie nawet, co jadam na śniadanie i co piję na kolację, przynajmniej nikt mi nie zarzuci braku rozumu, a tym bardziej dobrej woli. Niestety, jak to często w życiu bywa, okazuje się, że tłumaczenia nigdy za wiele i nigdy też nie za wiele podejrzeń.
Polskę kocham równie szczerze i z równym zapałem, jak nasi najbardziej patriotyczni młodzi patrioci. Ale wystarczy mi wyrazić opinię, że chyba stać nas na to, by poprzeć prezydenta Kaczyńskiego w jego polityce wobec Ukrainy, a mam niemal obiecane, że część moich serdecznych przyjaciół mi powie, że najpewniej oszalałem. Nienawidzę „szpicli, katów i tchórzy” bardziej serdecznie i świadomie, niż wielu tu obecnych komentatorów, a wystarczy, żebym w sprawie agresji lustracyjnej wziął w obronę moich biskupów, natychmiast wielu zaczyna sobie rwać włosy z głowy, żem zdrajca, albo – w najlepszym wypadku – wariat. Każdy chyba też tu wie, jak bardzo gardzę wszystkim co się rusza i jest czerwone i jak wiele jestem w stanie poświęcić, żeby do Polski nie zawitała ponownie lewacka zaraza. Przyjdzie jednak taki moment, że wezmę w obronę słabych, biednych i pokrzywdzonych – czy to przez los, czy przez własną niezdarność – i spojrzę nieuprzejmym okiem na ludzi, którzy uważają, że do pełni szczęścia potrzebne im są wielomilionowe zarobki, a z miejsca dostanę w pysk informacją, że jestem komunistą i wiernym uczniem Trockiego.
Ten ostatni epitet akurat jest dość marnego gatunku, choćby z tego powodu, że – wedle moich najszczerszych podejrzeń – ci, którzy go wobec mnie używają, sami są czerwoni jak sowiecki sztandar. A nawet jak nie są, to dopiero od czasu, jak Platforma Obywatelska wygrała wybory i okazało się, że to jednak nie lewica jest en vogue, lecz prawica. Szczególna. Taka trochę na poziomie premiera Belki i ministra Kołodko, ale – oczywiście – prawica, jak jasna cholera. Reszta to komuniści.
No ale miało być o Kościele. Myślę, że było tego dużo więcej, ale dziś przypominam sobie dwie sytuacje, kiedy czułem szczególną Jego bliskość. Raz, było to jeszcze w czasach komuny, kiedy trzeba było się chować, więc schowaliśmy się w kościele i właśnie wtedy poczułem, jak tam jest bezpiecznie. Drugi raz, już za nowej władzy, kiedy przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Była sobota. Siedzieliśmy w tym zupełnie obcym miejscu, za oknem mieliśmy kompletnie obcy widok, w samym mieszkaniu było zimno i pusto, na środku stała kupa pudeł z rzeczami i szykowaliśmy się do spania. Przyszła niedziela i, zupełnie automatycznie, poszliśmy do naszego starego kościoła na poranną Mszę. I ja wtedy naprawdę, po raz pierwszy tak mocno, zrozumiałem, że gdziekolwiek w naszym życiu się znajdziemy, zawsze mamy ten kościół, gdzie możemy się poczuć jak w domu. Czy będziemy na wakacjach nad morzem, czy w górach, czy w naszym Przemyślu, czy u mnie na wsi, czy gdziekolwiek na świecie, w każdym kościele znajdziemy ten azyl i to niezwykłe – pewnie z niczym nie porównywalne – poczucie przynależności. I nie ma znaczenia, czy ludzi będzie tłum, czy zaledwie parę osób, czy to będzie jakaś koncelebrowana uroczystość, czy mszę będzie odprawiał jeden ksiądz, czy ten ksiądz będzie młody i głupi, czy stary i bardzo mądry – to poczucie domu będzie z nami do końca. Ale powiem coś jeszcze. Czy ten ksiądz będzie bohaterskim i niezłomnym duchownym, czy tchórzliwym i zakłamanym szpiclem, prawdopodobnie ze wszystkich tam obecnych osób, będzie informacją ciekawą wyłącznie dla mnie. Cała reszta bowiem będzie wyłącznie patrzeć na to, czy kazanie jest ciekawe i czy ksiądz ładnie, pobożnie i głośno tę mszę odprawia.
I wcale nie chcę przez to powiedziec, że ludzie z którymi spotykamy się codziennie w kościele to bezmyślna zbieranina, która przyjmie wszystko, byleby było ładnie opakowane i pięknie podane. W życiu. Tu chodzi o cos kompletnie innego. Chcę po prostu powiedziec, że ludzie potrzebują Kościoła dla zupełnie innego typu satysfakcji, niż ta, którą można uzyskać z zakupów, czytania gazet, czy studiowania mądrych książek. To jest wymiar tak kompletnie różny od wszystkiego co nas spotyka na co dzień, że jeśli ktoś chce w Kościele uzyskać inny rodzaj doznań od tych, które ten Kościół zwykle daje, to niech lepiej jednak włączy sobie telewizor albo kupi sobie coś fajnego.
Oczywiście, w tamtych starych czasach, których już nigdy – miejmy nadzieję – w ich pełnej krasie nie będziemy musieli oglądać, Kościół zgodził się nam służyć znacznie rozszerzoną ofertą. Ale też nie należy zapominać, że wtedy też mogliśmy tam spotkać nie tylko siebie nawzajem, ale również takich wybitnych Kościoła tego przyjaciół, jak Adam Michnik, Andrzej Celiński, czy Jacek Fedorowicz. Właśnie dlatego, że to były zupełnie inne czasy i tu też, chciałbym mieć nadzieję, że one już nie wrócą.
Po co to wszystko piszę? Przecież nie po to, żeby do znudzenia powtarzać to wszystko, co i tak już wielokrotnie powiedziałem. Jak się okazuje, ten zestaw argumentów na niektórych nie działa i ja to świetnie już dziś rozumiem. Dziś chcę powiedzieć coś, co mi przyszło do głowy dopiero teraz, po przeczytaniu komentarzy pod moim wczorajszym tekstem. Otóż ja mam wrażenie, że wielu z moich przyjaciół, kiedy tak strasznie użalają się nad tym Kościołem – Kościołem, zgadzam się, w zdecydowanie zbyt dużej części ludzi marnych i podłych – wychodzą z bardzo fałszywego założenia, że to co dla nich jest w nim najbardziej marne i podłe, jest również najbardziej marne i podłe dla wszystkich pozostałych. Mam wrażenie, że bardzo wiele osób, które wyrażają tu swoją szczerą troskę odnośnie kondycji i przyszłości Kościoła w Polsce, zachowuje się trochę tak, jakby oferta tego dzisiejszego Kościoła i powszechne oczekiwania wobec Niego, miały być prostą wypadkową naszych doświadczeń sprzed dwudziestu lat.
Ile razy prasa napisze, że kolejny biskup, czy inny duchowny, ma na koncie współpracę z dawnymi służbami, a Episkopat na to wszystko wzruszy swoimi purpurowymi ramionami, podnosi się ogólna histeria, że to już prawdziwy koniec Kościoła, że teraz to już Kościołowi pozostaje tylko powolny i ostateczny upadek i że jeśli nie zrobi się czegoś radykalnego już teraz, my ludzie prawdziwie pobożni, możemy się zacząć pakować. I wciąż wraca to jedno słowo: ludzie, ludzie, ludzie. A ja chciałbym wiedzieć, o jakich ludziach my mówimy? Czy może chodzi o tych wszystkich wiernych, którzy każdej niedzieli wypełniają kościoły w całej Polsce, od najmniejszych wsi do największych miast? Czy może tylko o nas samych – ambitnych, cholernie nakręconych emocjami, rozpolitykowanych bojowników o ostateczne wyplenienie z naszego Kraju resztek komunistycznej zarazy? A może nam się wydaje, że my to oni, a oni to my? W zeszłym tygodniu, w naszym kościele była msza, gdzie zaproszony ksiądz – rekolekcjonista wygłosił kazanie, które trwało niemal 40 minut i było tak nieprawdopodobnie nudne i głupie, że ja osobiście myślałem, że wstanie i wyjdę. Na dodatek, ksiądz miał tak irytujący sposób podawania tego swojego tekstu, że nie było sposobu, żeby się móc skupić choć na krótki moment. I muszę tu przyznać, że ile razy mam okazję słuchać czegoś podobnego, martwię się bardzo o tych, którzy przychodzą do kościoła już tylko raz na jakiś czas, a jeszcze bardziej o tych, którzy przyszli ten jeden jedyny raz, po długiej przerwie, tylko po to, żeby sprawdzić, czy coś się w tym „beznadziejnym miejscu” zmieniło. Martwię się, bo jestem pewien, że to własnie przez takich księży, ludziom do kościoła chce się przychodzić coraz rzadziej. Ale nie tylko takich. Kościoły, jeśli rzeczywiście pustoszeją, to pustoszeją również przez księży, którzy są leniwi, niestaranni, nadęci, niesympatyczni. Przez księży, którzy są zarozumiali, którzy nie potrafią sformułować prostego zdania, które każdy normalny człowiek zrozumie, a jak wygłaszają kazanie, to albo czytają jakiś beznadziejny tekst, który ściągnęli z Internetu, albo dzielą się swoimi spostrzeżeniami, które są tak fatalnie przeintelektualizowane, że nikt już nie ma ochoty ich słuchać. Czy ktoś może sądzi, że jak ludzie widzą, że kazanie będzie głosił arcybiskup Życiński to pędzą do najbliższego innego kościoła, albo do domu na telewizję, bo Życiński to komunistyczny kapuś, czy może dlatego, że boją się, że następne półtorej godziny spędzą na wysłuchiwaniu tekstów albo kompletnie nieciekawych, albo niezrozumiałych, albo i takich i takich?
Kościół Powszechny ma już dwa tysiące lat i te lata widziały wszystko. Widziały ten Kościół w chwilach tryumfu i w chwilach upadku. Te dwa tysiące lat widziały księży bohaterów i księży zdrajców. Księży kompletnie biednych i księży obleczonych w złoto i diamenty. Księży którzy czynili cuda i księży, którzy w cuda nawet nie wierzyli. Te lata widziały księży, ale i papieży. Papieży wielkich, ale i papieży kompletnie nędznych. Papieżyce i anty-papieży! Papieży – morderców. Papieży świętych! I co się stało? Czy Kościół upadł, czy może przetrwał i jest wciąż wielki? A Wy mi dziś przychodzicie i załamujecie ręce nad paroma agentami. Że jakież to okropne, bo przez jednego Hejno, jednego Czajkowskiego, jednego Życińskiego, jednego Wielgusa i jeszcze kilkunastu innych, mniej znanych agentów, ludzie przestaną chodzić do kościoła. Bo nie będą mieli co z sobą w najbliższą niedzielę zrobić. Dajcie spokój! To jest jakiś obłęd!
Parę dni temu, ktoś – nie mam pojęcia, kto tak naprawdę – zorganizował wiec poparcia dla Lecha Wałęsy. Impreza, której fragmenty miałem okazję obejrzeć w telewizji była spektaklem na miarę czegoś, co jeszcze kiedyś urządzano, gdy trzeba było kogoś potępić, albo komuś oddać hołd. Tyle że, wtedy, aby efekt był odpowiednio mocny, do tej roboty trzeba było wynająć odpowiednią liczbę tzw. zwykłych ludzi, a dziś wystarczy banda tzw. autorytetów, jeden przestraszony biskup i banda studentów. Patrzyłem na beczącego, jak zawsze gdy mu się słodzi, Wałęsę, stojących i robiących mu aplauz zwiezionych gości, te odpowiednio postawione twarze, oczy, usta i autentycznie się bałem. A później, zobaczyłem Aleksandra Kwaśniewskiego, jak głosi potrzebę zniszczenia IPN-u, a za nim stoi ojciec Maciej Zięba. I współbuduje to nieprawdopodobne zło. Dziś, w ramach dalszej akcji niszczenia Polski i wszystkiego, co jest tej Polski osiągnięciem i sukcesem, Platforma Obywatelska ogłasza, że rząd wysyła na Uniwersytet Jagielloński specjalną komisję kontrolną, która sprawdzi pracę Uniwersytetu pod względem politycznej poprawności. Dziennikarz pyta rektora krakowskiego uniwersytetu, co o tym sądzi, a ten ogłasza, że jest bardzo zadowolony z decyzji rządu i czeka na tę komisje z utęsknieniem i radością. A ja oczywiście sobie natychmiast przypominam, że to ten sam rektor, który – jak słyszałem – jesienią 2007 roku obiecał swoim studentom, ze poniedziałek powyborczy będzie dniem rektorskim, ale w niedziele wszyscy maja iść głosować.
I za chwilę, inny dziennikarz zwraca się do Donalda Tuska z pytaniem, dlaczego rząd ingeruje w autonomię badań naukowych, na co Premier wygłasza bardzo emocjonalne oświadczenie, w którym zapewnia, że dopóki on jest premierem, badania naukowe będą się w Polsce cieszyły największą wolnością. I on to gwarantuje osobiście swoją miłością i o to osobiście zadba. Natomiast przypadek pana Zyzaka jest absolutnie wyjątkowy, bo to co on napisał to nie praca magisterska, lecz najzwyklejszy paszkwil. A on – Donald Tusk – i jego rząd, nie dopuszczą do jakichkolwiek ataków na Lecha Wałęsę i naszą narodową pamięć! On każdą próbę zakwestionowania dorobku III RP rozdepcze w zarodku! On wszelkie przejawy nienawiści do Lecha Wałęsa będzie traktować nie jak błąd, ale jak grzech!!!
Ja wiem doskonale, co by się działo, gdyby za niedawnych jeszcze rządów PiS-u okazało się, że ktoś gdzieś napisał pracę magisterską, która byłaby paszkwilem na Lecha i Jarosława Kaczyńskich, albo na Annę Walentynowicz, albo na Antoniego Macierewicza i rząd skierowałby na jeden z uniwersytetów specjalną rządową komisję w celu zbadania sytuacji. Ja już sobie wyobrażam te falę strajków studenckich przeciwko zamachowi kaczyzmu na wolność i demokrację. Ja sobie wyobrażam, co by się dziś działo we wszystkich możliwych telewizjach i jak by wyglądały dzisiejsze gazety. Tymczasem – cisza. Nie dzieje się nic. Spokój. A rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego z uśmiechem ogłasza, ze on już się nie może tej kontroli doczekać. A Stefan Niesiołowski ponownie publicznie wzywa do wyrzucenia prof. Nowaka z pracy. Oto Polskie Państwo! Oto do czego doszliśmy po kilkunastu miesiącach rządów Platformy Obywatelskiej. Rozpoczyna się błyskawiczne, najbardziej bezczelne dławienie demokracji, a my praktycznie słyszymy tylko ciszę.
Oto Polskie Państwo w całej swej okazałości. I oto, kiedy ja piszę cały długi tekst właśnie o tym. O karykaturalnie bezwstydnych politykach, o nieuchronnie zbliżającym się upadku tej i tak bardzo karłowatej wolności i o księżach, którzy uczestniczą w niszczeniu tego, co jeszcze jako tako mamy dla siebie, nie jako pomocnicy w tym procederze, ale jego faktyczni organizatorzy, okazuje się, że tak naprawdę nikogo to nie interesuje. Bo nagle okazuje się, ze osoba biskupa Gocłowskiego i ojca Zięby jest tu ciekawa jedynie w kontekście tego, co w swoim życiu złego zrobił biskup Wielgus. I jak tyle razy wcześniej, część komentujących wyzywa mnie od socjalistów, a druga część od obrońców agentów. I oczywiście niemal nikogo nie interesuje to, o czym napisałem, lecz wyłącznie problem, kiedy to Kościół się wreszcie zlustruje, bo bez tej lustracji będzie w Polsce bardzo źle. I oto nagle okazuje się, że to nie Wałęsa, Kwaśniewski, Olechowski, Zięba, Niesiołowski, Tusk, Palikot i ta cholerna najbardziej czarna masoneria budzą największe, ale księża – agenci. No a przede wszystkim Episkopat, który nie chce wziąć udziału w odbudowie polskiego honoru. Jakież to okropne! Czemu jest tak, że tylu prawdziwie patriotycznie zorientowanych i wiernych Kościołowi osób wykazuje tak nieprawdopodobną naiwność. Tyle lat przetrwaliśmy z tym Kościołem. Tyle lat stali przy nim nasi ojcowie i nasi dziadkowie. Wbrew najróżniejszym kryzysom i wbrew wszelkim zawirowaniom. I ten Kościół zawsze zwyciężał. Mocą naszej wiary, mądrością swoich pasterzy i opieką Ducha Świętego. I teraz nagle, tylko dlatego, że nasze pragnienie sprawiedliwości zostało tak bardzo obrażone, a nasza zwykła ludzka wrażliwość wystawiona na taką próbę, tak wielu z nas tak lekko wzięło na siebie obowiązek pouczania Episkopatu, jak biskupi mają postępować, żeby nieopatrznie nie doprowadzić Kościoła do ruiny. Jeszcze chwila, a już nie tylko w Austrii, ale również i u nas powstanie coś, co się będzie nazywało My Jesteśmy Kościołem. I będzie super! Jestem pewien, ze wówczas może i nawet Magdalena Środa zechce od czasu do czasu wpaść do nas na Mszę Świętą.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...