środa, 31 marca 2021

Ósme: Nie wierz fałszywemu świadectwu

 

 Gdybym miał przedstawić listę tak zwanych „tagów”, którymi przez minione 13 już lat oznaczam te teksty, myślę, że na pierwszym miejscu bezdyskusyjnie znalazłoby się słowo „kłamstwo”. I jakoś mnie to nie dziwi. Wprawdzie można by sądzić, że tego dziś wylewa się z każdej dziury tyle, że wszystko co było wcześniej to żart, ale wydaje się, że jedyna różnica polega na tym, że ono stało się zaledwie bardziej bezczelne, na zasadzie: „No dobrze, kłamiemy, i co z tego?”, ale gdy chodzi o ilość, wszystko pozostaje na tym samym poziomie. Jeszcze w roku 2008 napisałem tekst o tym jak to źle jest wierzyć w kłamstwo i myślę, że właśnie dziś – tym bardziej wobec wspomnianej bezczelności – przyda nam się go przypomnieć. Bardzo proszę.

 

      Kiedy Bob Dylan - poeta, muzyk, kompozytor, pieśniarz - występował po raz pierwszy na słynnym festiwalu w Newport, miał zaledwie 22 lata. Był jedynym artystą tam występującym, który śpiewał wyłącznie swoje piosenki. Przyjechał tam, stanął wśród największych z wielkich, i najzwyczajniej w świecie ukradł im show. To tam, Johnny Cash zaprosił go do siebie i dał mu swoją gitarę. To tam, zaledwie dwa lata później, wiedząc, że ta jego wielkość rozwija się tak dramatycznie, że jeśli nie dokona jakiegoś spektakularnego zwrotu, za parę lat zostanie tylko wspomnieniem, legendą, jak Joan Baez, czy Pete Seeger, czy - jak się po latach okazało - wielu, wielu innych, machnął ręką na cały ten lokalny styl i zaczął grać Like A Rolling Stone na gitarze elektrycznej. Właśnie w roku 1965, podczas koncertu Dylana i jego zespołu w Manchesterze, w pewnym momencie, siedzący na sali niejaki John Cordwell wrzasnął do Dylana: „Judasz!!! Nigdy więcej nie będę cię słuchał!" Na nagraniach, które dokumentują ten koncert, słychać, jak Dylan odpowiada mu: „Nie wierzę ci. Jesteś kłamcą!" A po chwili do zespołu: „Grajcie, kurwa, głośno!"

      Zdarzenie to, sprzed ponad już 40 lat, wciąż zadziwia, wciąż jest wspominane, stało się już swego rodzaju legendą. A ja się wciąż zastanawiam, kto wtedy kłamał? Ten Cordwell, kiedy zarzucał Dylanowi, że zdradził, czy może Dylan, kiedy oskarżał Cordwella o kłamstwo. Oczywiście nie da się na to pytanie odpowiedzieć w sposób rozstrzygający, bo z punktu widzenia Cordwella, Dylan rzeczywiście zdradził. Zdradził nie tylko jego, ale wielu, wielu innych, dla których to, co Dylan zaproponował, to było zwykłe, czyste oszustwo. Z drugiej strony, kiedy Dylan krzyczał do Cordwella, że jest kłamcą, miał też bezwzględnie rację, choćby pod tym względem, że na sto procent, Cordwell nigdy nie przestał Dylana słuchać.

      Więc tu niestety, musimy pozostać w sytuacji nierozstrzygniętej. Możemy jednak pokusić się o pewną refleksję nieco obok tego zdarzenia. Otóż, nie ulega wątpliwości, że ten spór, jaki miał miejsce w roku 1965 w Manchester Free Trade Hall, jest już jednym z ostatnich czystych, prostych i zupełnie nie wyrafinowanych przypadków, kiedy kłamstwo operuje na poziomie relacji człowiek-człowiek. W roku 1965, już od wielu, wielu lat, był w najpełniejszym rozkwicie cały przemysł produkujący kłamstwo na skalę nieporównywalnie większą, niż to, do czego przyzwyczaiła nas tradycja. Minęły już dziesiątki lat od czasu, gdy sytuacja, w której sąsiad okłamuje sąsiada, a uczeń koleżankę, brat siostrę, a mąż żonę stała się tak trywialna, że wręcz nie warta uwagi. Bo cóż to są za kłamstwa o tak marnej skali? O tak niewielkim stopniu szkodliwości i tak nieistotnym poziomie zła?

      Minęły kolejne lata i otóż co mamy? Mamy stan, który niektórzy określają pojęciem ‘kłamstwa totalnego'. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli szukamy kłamstwa, to gdzie najprędzej je znajdziemy? Czy u nas w domu, czy w biurze, czy w szkole, czy na ulicy? Gdzie spotkamy prawdziwego kłamcę? Jeśli uczciwie się przyjrzeć, to wokół siebie, to może nam się uda znaleźć paru notorycznych kłamców, którzy kłamią ot tak, dla sportu. Ale nimi się i tak nikt nie przejmuje. Wszyscy traktują ich, jak wariatów i jeśli ktoś ich słucha, to głównie z braku lepszego zajęcia. Ktoś kogoś okłamie, bo chce ukryć jakiś drobny grzech, albo ponieważ jest mu z jakiegoś powodu wstyd, albo nie chce tego kogoś zranić, czy po prostu pragnie uniknąć kłótni. Owszem, zdarzy się, ze spotkamy na swojej drodze prawdziwego oszusta, który chce nam sprzedać coś bezwartościowego, albo pozbawić nas czegoś cennego. No ale to są peryferie. To jest zwykła patologia. Poza tym, żyjemy sobie obok siebie i jeśli czasem nam do głowy nie przyjdzie, że mamy kłopot z naszym bliźnim, to akurat nie z powodu tego, że jeden drugiego potrzebuje oszukać.

      A fakt pozostaje faktem - żyjemy w epoce kłamstwa totalnego, kłamstwa strasznego, kłamstwa które zabija. Od czasu kiedy wydano Dzieła Wybrane Lenina, Hitler napisał Mein Kampf, a Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w roku 1938 zredagował i zaaprobował swój słynny Krótki Kurs, świat poczynił wielkie postępy. Powstał prawdziwy rynek nie tylko ideologii. Wynaleziono najbardziej skuteczne sposoby zarabiania pieniędzy i ich efektywnego wydawania, wybudowano supermarkety, rozwinięto w sposób absolutnie mistrzowski system reklam, pokazano światu, co znaczy konsumpcja, i co znaczy prawdziwa oferta. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie współczesny świat w formie modelu, to z jednej strony zobaczymy tę właśnie ofertę, z drugiej już nie tyle człowieka, co konsumenta, a pomiędzy nimi pieniądz. A nad tym wszystkim, to, wspomniane już, totalne kłamstwo, które na wszystkich możliwych poziomach, absolutnie bezczelnie, z całkowicie odsłoniętą przyłbica, prowadzi swoją grę pod hasłem rozwoju i cywilizacji. Tam też - właśnie tam - stara się umieścić cała światowa polityka, ze swoimi obietnicami, swoimi planami, ze swoją ‘demokracją'.

      Byłoby mi jednak bardzo trudno zajmować się tu tym kłamstwem najwyższym, kłamstwem ledwo widocznym, kłamstwem-plazmą. Raz, że to jest faktycznie plazma, a dwa, że bardzo bym nie chciał uderzać w aż tak naciągniętą strunę. I tak obawiam się, że staję się tu zbyt patetyczny. Zajrzyjmy więc na ten poziom najniższy, bardzo przejrzysty, dostępny na wyciągniecie ręki. Spójrzmy na to kłamstwo, podane nam na tacy w swej pełnej okazałości, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie niedookreślone i nieopisane. W telewizji oglądam reklamę, w której komputerowo rozmazane dziecko chce iść na mecz, ale mama mu mówi, ze „wygląda niewyraźnie", więc powinno zażyć rutinoscorbin. Dziecko zjada tabletkę, jego wizerunek komputerowo zostaje oczyszczony i chłopczyk może iść bezpiecznie na mecz. Oczywiście, każdy, choćby minimalnie rozsądny człowiek, doskonale wie, że jedyną reakcją na tę reklamę, powinno być jedynie ściszenie telewizora. A mimo to, kupujemy ten rutinoscorbin, trzymamy go w domowych apteczkach, aż minie obiecany termin ważności, i ani nam do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy już tylko tak zwanym targetem.

      Filozof Kołakowski, w swoim mini-wykładzie o kłamstwie, o którym pisałem wczoraj , dzieli kłamstwo na dwa rodzaje: kłamstwo wprost i kłamstwo przez zatajenie. Ciekawy jestem, do jakiej kategorii zakwalifikowałby Kołakowski tę reklamę z rutinoscorbinem. Czy przemysł farmaceutyczny, kiedy wydaje ciężkie pieniądze na przekazanie nam informacji, że jeśli czujemy się ‘niewyraźnie', powinniśmy zażyć tabletkę rutinoscorbinu, i wtedy natychmiast poczujemy się ‘wyraźnie', robi to po to, żeby nas oszukać wprost, czy robiąc to, coś przed nami zataja?

      Czy jeśli onet.pl, pisząc o bramkarzu nazwiskiem Boruc, używa - ot tak, z rozpędu - stworzonego, między innymi, przez siebie, nazwiska-hasła Borubar, to z jakiego rodzaju kłamstwem mamy tu do czynienia? Czy to jest kłamstwo w dobrej sprawie, czy w sprawie złej? Czy to jest kłamstwo nałogowe, czy okazjonalne? Czy to jest kłamstwo wprost, czy kłamstwo przez zatajenie? I dalej - idąc tym samym tropem - jeśli założymy, że prezydent Kaczyński rzeczywiście się pomylił i faktycznie był przekonany, że Artur Boruc nazywa się Artur Borubar, to czy on kłamał? Czy tylko nie wiedział? Czy on chciał nas oszukać, czy tylko okazał się gapą, albo nawet i głupkiem?

      I odwrotnie, jeśli założymy, że Prezydent nie powiedział „Borubar", ale „Boruc bardzo", to czy onet.pl i ci wszyscy, wszyscy którzy od wielu długich miesięcy już ekscytują się tym Borubarem, kłamią wprost, czy coś ukrywają? I dlaczego to robią? Bo są ludźmi dobrymi, czy ludźmi złymi?

      W tym samym wczorajszym tekście wspomniałem o ministrze Sikorskim i jego zachowaniu na wspólnej konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem i Prezydentem. Zasugerowałem, że mój zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, wskazują jednoznacznie na to, że Sikorski, gadając podczas wypowiedzi Prezydenta, nie tylko robił to celowo, ale miał w tym momencie bardzo złe intencje. Pewien internauta napisał mi, że Sikorski, w sposób absolutnie naturalny, nie mógł znieść ględzenia Prezydenta i gadał z nudów. I że to jego zachowanie jest całkowicie zrozumiałe, bo każdy wie, że Kaczyński jest nieznośny.

       I teraz ja bym bardzo chciał poznać odpowiedź na parę kwestii. Mianowicie, czy opisana przeze mnie sytuacja to tryumf kłamstwa, czy prawdy? Jeśli to co się działo przy tym konferencyjnym stole, to była prawda w całej swojej krasie, to co będziemy musieli uznać za kłamstwo? To może, że kilka lat temu Lech Kaczyński powiedział do jakiegoś natrętnego pijaczka: „Spieprzał dziadu"? Czy musimy uznać, że Kaczyński wówczas skłamał, a dziś Sikorski świadczył prawdę? Czy ów internauta kłamie, czy to jego okłamali? I czy jego okłamali wprost, czy przez zatajenie?

     I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że - szczególnie ostatnio - moje problemy zaczynają się tam gdzie problemy wielu kończą. Ale co mam zrobić? Nagle wziąć jakieś tabletki na zgłupienie? Tego nawet współczesny przemysł farmaceutyczny nie zdążył na razie wymyślić. Ja mam już tak ustawioną wrażliwość, że absolutnie nie czuję niebezpieczeństwa związanego z kłamstwem powszednim. Mnie w ogóle nie martwi to, że okłamie mnie któryś z moich uczniów, czy któryś z moich kolegów, czy nawet któreś z moich dzieci. Ja wiem, że nawet jeśli oni mnie okłamią, to kłamstwo będzie tak niewinne i tak bez konsekwencji, że jedyny z nim kłopot będzie taki, że ktoś się będzie z niego musiał po prostu wyspowiadać. Ja nawet nie martwię się, ze przyjdzie do mnie jakiś oszust i mnie nabierze na parę złotych. No bo przede wszystkim pewnie nie przyjdzie, a nawet jeśli jakimś przypadkiem padnie na mnie, to co stracę? Dwadzieścia złotych na coś, czego nie zobaczę na oczy?

      Ja się boję kłamstwa totalnego, kłamstwa zorganizowanego, kłamstwa, które produkowane jest w zaciszu gabinetów. Ja się boję kłamstwa, o które prawdopodobnie nie do końca chodziło Panu Bogu, kiedy Mojżeszowi zsyłał tablice z przykazaniami. Którego, mam nieustanne wrażenie, Pan Bóg po prostu nie przewidział. Myślę tu na przykład o kłamstwie, z którym mamy do czynienia od paru tygodni. Kolejny już rok, rok po roku, kiedy w kościołach w całej Polsce trwa okres Adwentu, a świat organizuje tzw. okres przedświąteczny. Od końca listopada, ulice, place, supermarkety w całej Polsce zawalane są dekoracjami przedświątecznymi, tymi wszystkimi lampkami, Mikołajami, choinkami, tymi świątecznymi piosenkami, bałwankami, saniami, reniferami. A wszystko najwyraźniej po to, żeby - w ostatecznym efekcie - kiedy już przyjdzie ten dzień Bożego Narodzenia, nikt go nie zauważył. I żeby wreszcie przyszedł taki rok, kiedy Wigilia, Pasterka, kolędy, ten opłatek na stole, żeby to wszystko zostało skutecznie i ostatecznie przykryte przez to właśnie, opisywane przeze mnie, kłamstwo. Żeby jak najwięcej ludzi, najpierw kupiło sobie to co tam chcą, a później, jak już dostaną te kilka dni wolnego w pracy, pojechali za resztę pieniędzy gdzieś gdzie jest ciepło.

      Mam silne przekonanie, ze gdyby Pan Bóg dziś zszedł na Ziemię, w chmurze Swej Wielkości, żeby nam dać te dwie tablice, wszystko by zostało tak jak było wtedy, te wieki temu. Z jednym wyjątkiem. Ósmego przykazania w znanym nam brzmieniu by po prostu nie było, bo Dobry Bóg nawet by nie wiedział do kogo je adresować. Do smoka? Do plazmy? Do świata? Zamiast tych uwag o kłamaniu, pewnie znalazłby się nakaz skierowany prosto do nas: „Nie daj się oszukać fałszywemu świadectwu". A z dochowaniem tego przykazania - jestem pewien - mielibyśmy o wiele więcej kłopotu, niż z ósmym przykazaniem w aktualnym, tradycyjnym brzemieniu.

 



wtorek, 30 marca 2021

Ile ludzi potrafi zabić metr kwadratowy koronawirusa

      Przyznać muszę, że miałem parę razy w tych dniach napisać coś o pandemii, jednak albo wpadał mi do głowy jakiś inny nie cierpiący zwłoki temat, albo zwyczajnie, jak to czasem bywa, nie bardzo wiedziałem jak się za sprawę zabrać i ostatecznie czas minął. A główny powód owej mojej chętki był nie byle kto, bo sam poseł Dobromir Sośnierz, który występując w telewizji stwierdził ni mniej ni więcej jak to, żeby jeśli on i inni podobnie myślący nie chcą chodzić w maseczkach, pozwolić im na to, bo nawet jeśli oni się od tego zarażą i umrą, to pozostanie to wyłącznie ich i tylko ich problemem. Wypowiedź Sośnierza zrobiła na mnie wrażenie jednak nie tyle ani na zawarty w niej oczywisty idiotyzm, ani nawet ze względu na ową demonstrację tak charakterystycznego dla reprezentowanego przez niego intelektualnego środowiska egoizmu, co przez fakt, że wśród innych obecnych w studio nie znalazł się nikt, kto by Sośnierzowi na jedno czy drugie zwrócił uwagę. Proszę sobie wyobrazić, że tam odbyła się poważna awantura, jednak nikt nie zadał mu choćby pytania, czy kiedy on już będzie się dusił na śmierć, to będzie komuś bardziej potrzebującemu zajmował respirator, czy może będzie spokojnie pożerał kolejne dawki amantadyny. Pytań oczywiście mogło być więcej, no ale ja myślałem przede wszystkim o tym jednym. Niestety ono nie padło, a mnie po pewnym czasie i tak ochota by o tym pisać opuściła.

      I oto, proszę sobie wyobrazić, temat wrócił zupełnie niespodziewanie, kiedy Dobromir Sośnierz pojawił się ponownie, w tym samym zresztą programie i w towarzystwie tego samego tematu – swoją drogą, wygląda na to, że ktoś w telewizji uznał, że skoro sprawa jest aż tak poważna, bez paru błaznów się nie obejdzie – i tym razem całe swoje wystąpienie poświęcił wspomnianej  amantadynie, która jakże niesłusznie jest wypierana przez o wiele droższe i o wiele bardziej podejrzane szczepionki. A ja, rozumiejąc że mam już odpowiedź na swoje pytanie sprzed kilku dni, mogłem się skupić na występie innego uczestnika dyskusji, nieznanej mi pani z warkoczem reprezentującej Platformę Obywatelską. I oto, proszę sobie wyobrazić, że owa osoba z macicą, poinformowała że pandemiczna sytuacja w Polsce jest nadzwyczaj poważna, bo dotychczas zmarło już „100 tysięcy osób”, a po paru minutach ową liczbę powtórzyła i – tak, tak – ani za pierwszym razem, ani za drugim, ani już do końca programu, ani prowadzący rozmowę dziennikarz, ani biorący w niej udział politycy, ani nawet wydawałoby się najbardziej kompetentny w zaniżaniu wszelkich liczb poseł Sośnierz, nie zwrócił owej posłance uwagi na to, że dotychczas w Polsce w wyniku koronawirusa zmarło niewiele ponad 50 tysięcy osób. 100 tysięcy? 50 tysięcy? A co to za różnica? A jakie to w ogóle ma znaczenie? A niechby tam było nawet pół miliona zmarłych... albo 10 tysięcy – kogo to obchodzi?

       Przypomniało mi to nieco ów pamiętny występ głównego specjalisty telewizji TVP Info, nagrodzonego niedawno prestiżową nagrodą dziennikarską za zasługi dla walki z wirusem, Adama Gizy, kiedy to ów wybitny umysł – tu również dwukrotnie – poinformował, że wedle nowych zaleceń w kościołach będzie się mogło gromadzić „zaledwie 15 osób na metr kwadratowy”, to jednak co mnie ani nie rozbawiło, ani nawet nie zezłościło, lecz zwyczajnie pozbawiło wszelkich złudzeń co do sensu obserwowania tego wszystkiego, to właśnie fakt, że jak się właśnie okazuje, dla nich – a mówiąc „dla nich”, mam na myśli ich wszystkich – nie tylko nie ma znaczenia, czy w kościołach może się modlić jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, czy 15 osób na jednym metrze kwadratowym, ale nawet to, czy w wyniku epidemii zmarło w Polsce 100 tysięcy osób, czy może dwa razy więcej, czy ewentualnie dwa razy mniej.

      Na metr kwadratowy. Lub sześcienny.

 


 

 


sobota, 27 marca 2021

O żyrowaniu obłędu

 

     Jak pewnie część z nas zauważyła, niedawno Watykan opublikował oficjalny komunikat, w którym ostatecznie potwierdził fakt, że Kościół, nie to nawet że nie chce, ale wręcz nie jest w mocy błogosławić tak zwanym „związkom homoseksualnym”, w odpowiedzi na co, jak poinformowały media ze wszystkich stron każdej możliwej sceny, część niemieckich hierarchów, nie wspominając już o różnego rodzaju organizacjach świeckich, postawiła się okoniem i oświadczyła, że niech sobie Watykan nie myśli, że jest ważniejszy od Ludu Bożego. O owej kontrowersji, stając oczywiście w obronie autorytetu Stolicy Apostolskiej, poinformował szereg zarówno katolickich jak i patriotycznych mediów, jako naczelnego argumentu używając odwiecznej zasady „Roma locuta, causa finita”, a jeden z czołowych katolickich portali wręcz wyraził szczery żal, że oto jak widzimy nadeszły czasy, gdy słowa papieża dla wielu z nas nie mają znaczenia.

       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście podzielam ten smutek, i to już od bardzo długiego czasu. Dawałem temu zresztą wyraz niejednokrotnie na tym blogu, niestety bez skutku. Pamiętam bardzo dobrze na przykład jak kilka miesięcy temu grupa nadzwyczaj pobożnych ludzi związanych ze środowiskiem Polonii Christiana czy to bezpośrednio, czy przez swoje wyraźnie demonstrowane sympatie, wzywała publicznie papieża Franciszka do opamiętania, zapewniając ze swojej strony o stałej „modlitwie, różańcu, pokucie, oraz jałmużnie” za to, by stał się cud i Papież zszedł z drogi prowadzącej prosto do schizmy. I tu akurat nie pamiętam, by przy tej okazji którykolwiek z nich przypomniał ową zasadę, że słowo Rzymu kończy dyskusję. Czemu? Jak rozumiem, wtedy nie kończyło, bo swoje do powiedzenia miał jeszcze pobożny lud.

       Dziś oczywiście sytuacja jest inna, bo przede wszystkim Papież ma rację, no a po drugie przeciwko niemu występują zepsuci Niemcy, a nie rozmodleni polscy patrioci. No ale niech przy tej okazji nikomu nie przyjdzie do głowy myśleć, że oto nastał czas beztroski, zwłaszcza gdy, jak się nagle okazuje, owych zatroskanych jest znacznie więcej niż mogło się nam wydawać. Oto portal wpolityce.pl jako wiadomość dnia zdecydował się podać informację, że „grupa narodowych i konserwatywnych organizacji wystosowała list do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abpa Stanisława Gądeckiego”, a w liście tym wezwała polskich biskupów, by „stali się wiernymi spadkobiercami przywódców duchowych naszego narodu, stróżami swobód objawionej przez Pana Boga religii,  dumnymi krzewicielami chrześcijańskiej cywilizacji obrońcami krzywdzonych” i na dobry początek przestali jako Kościół „żyrować” antypandemiczne działanie polskiej władzy.

       Kiedy obserwuję zachowanie wielu z nas wobec zarówno samej pandemii, jak i tego wszystkiego co w obecnej sytuacji robi władza, powiem szczerze że nie dziwi mnie już nic. Biorę też więc pod uwagę, że przy obecnym poziomie napięcia niekiedy jest bardzo trudno zapanować nad emocjami, co niektórych prowadzi do autentycznego pomieszania zmysłów. Stąd też zapewne powstają inicjatywy polegające na pisaniu odezw takich jak powyższa, i to w tak rażąco szokującej formie. Nie zdziwi mnie też szczególnie sytuacja, gdy ktoś tam się odpowiednio zorganizuje i podobny apel skieruje do Rzymu. To natomiast, co w tym wypadku zrobiło na mnie wrażenie, to lista owych „narodowych i konserwatywnych organizacji”, których środowiskowa pozycja, jak rozumiem, jest na tyle znacząca, że – skoro już o „żyrowaniu” mowa – na żyrowanie ich obłędu zdecydował się portal, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jego działalność nie jest żyrowana przez polskie państwo i jego czołowych przedstawicieli. Ja wiem, że w to ciężko uwierzyć, ale bardzo proszę, po kolei:

Straż Narodowa, Rota Marszu Niepodległości, Męski Różaniec Warszawa, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, Bractwo Przedmurza, Różańcowy Marsz Życia, Fundacja Życia i Rodziny, TG Sokół-Radość, Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych Warszawy i Mazowsza, Fundacja Nowy Nazaret.

       Przepraszam bardzo, ale skoro już ustaliliśmy, że trzeba ratować Kościół w Polsce przed bezbożną władzą, to ja już mam do nich wszystkich tylko dwie uwagi. Pierwsza to ta, że moim zdaniem, jeśli Kościół najwyraźniej świetnie sobie radzi z biskupem Georgiem Bätzingiem, to, przy całym szacunku, na Towarzystwo Gimnastyczne Sokół-Radość nawet nie zwróci uwagi. Druga natomiast będzie w formie pytania:  Co Państwo osobiście sądzą na temat sensu noszenia maseczek?



 

piątek, 26 marca 2021

Czy Donald Tusk poprosi o azyl w Belgii?

      Przyznać muszę, że tak jak ostatnie lata nas nauczyły, bardzo trudno jest przyjmować kolejne informacje, choćby nie wiadomo jak sensacyjne, i traktować jak coś wartego uwagi. Jednym z powodów takiego nastawienia jest to że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy to czego się właśnie dowiedzieliśmy to prawda, częściowa prawda, czy może wierutne kłamstwo, a więc zawsze bezpieczniej jest na wszystko wzruszyć ramionami, a drugi to ten, że nawet jeśli ów news jest jak najbardziej prawdziwy i rzeczywiście sensacyjny, to możemy być pewni, że już po kilku dniach nie pozostanie po nim nawet wspomnienie i po raz kolejny się dowiemy, że nasze emocje nie mają żadnego znaczenia, podobnie jak my żadnego na nic wpływu.

      Jest jednak tak, że chyba po raz pierwszy od co najmniej dziesięciu lat mam ostatnio wrażenie, że coś się faktycznie dzieje, w tym sensie, że to czym się faktycznie ekscytujemy, jest zarówno czymś autentycznym, dzieje się na poważnie, no i chyba jednak jedynym tego celem nie jest pozawracanie nam na chwilę w głowach. A mam na myśli to, że ni stąd ni zowąd władza postanowiła wziąć się za Donalda Tuska i wyciągnąć mu taśmy sprzed lat, z których wynika najjaśniej jak to tylko możliwe, że on swoją gnuśność i moralne zepsucie przehandlował za Polskę. Oficjalna wiadomość jest oczywiście taka, że tu o władzy Prawa i Sprawiedliwości mowy być nie może, a owe taśmy są wynikiem pracy dziennikarzy śledczych, ale my wiemy doskonale, że w czasach gdy pojęcie „dziennikarstwa śledczego” jest czystą abstrakcją, tego typu rzeczy załatwia się na zupełnie innym poziomie. To więc jedna rzecz, druga natomiast jest taka, że wystarczyło śledzić internetową aktywność Donalda Tuska przez minione kilkanaście miesięcy, by zorientować się, że on jest w takim stanie psychicznego upadku, że albo został odcięty od wszelkich informacji, albo, wręcz odwrotnie, wie więcej niż ktokolwiek inny, i oczywiście znacznie więcej niż sam sobie tego życzył.

       Przyglądałem się więc ostatnio zachowaniom owego człowieka i nie mogłem przestać myśleć, że on się zwyczajnie boi. Nie że jest wściekły na to co się dzieje w Polsce, nie że  się nudzi na wygnaniu, nie że zwyczajnie chleje – choć oczywiście to też jest możliwe – ale że czuje, że ściany się na niego walą i nie ma się gdzie skryć. No i faktycznie, ukazują się te nagrania i proszę zwrócić uwagę, że nikt, ani politycy opozycji, ani media III RP, ani sam zainteresowany, nawet nie próbują niczego tłumaczyć. Wszyscy nabrali wody w usta i wciąż tylko o parówkach na stacjach Orlenu.

       No i jeszcze coś. Oto właśnie „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że prezydent Duda zasadził drzewo w nadleśnictwie, którego jeden z pracowników był oskarżony o kłusownictwo. Proszę więc mi nie mówić, że się nic nie dzieje.




czwartek, 25 marca 2021

Czy Marcin Patrzałek potrafi ruszać palcem 35 razy na sekundę?

 

     Myślę, że nie muszę tu nikogo przekonywać, że mimo oczywistego szacunku dla jego talentu, Elton John i jego artystyczna oferta nigdy mnie szczególnie nie porywały, natomiast, owszem, obejrzałem niedawno film „Rocketman” o początkach tej kariery i dzięki niemu usłyszałem o człowieku nazwiskiem John Reid. Otóż kiedy Elton John ledwie debiutował, został przez owego Reida uwiedziony, i najpierw jako jego kochanek, a następnie business partner, pozwolił mu się arystycznie prowadzić przez znaczną część swojej kariery, a ja na Reida zwróciłem szczególną uwagę z tego względu, że, przynajmniej wedle autorów filmu, była to postać do tego stopnia podła, że aż się prosiła by się nią głębiej zainteresować.  A zatem zainteresowałem się i dowiedziałem, że choć przede wszystkim to współpraca z Eltonem uczyniła go multimilionerem, był on jeszcze menadżerem pewnego irlandzkiego tancerza nazwiskiem Michael Flatley.

      Co to za jeden ów Flatley? Jak mówię, jest to tancerz, a jego pozycja jest wynikiem tego, że potrafi jako jedyny na świecie stuknąć obcasami 35 razy na sekundę, że jego stopy są ubezpieczone na niemal 60 mln. dolarów, dochód z jego występów przekroczył miliard, a on sam na nich zarobił niemal 400 mln. Ktoś zapyta, co Michael Flatley robi poza tańczeniem, że przyciąga aż takie pieniądze. Otóż nic. On tylko od czasu do czasu pojawia się na scenie, kręcąc przez chwilę te swoje irlandzkie kółka, a całą resztę za niego robią setki tancerzy, muzyków i piosenkarzy, którzy wśród wciąż zmieniających się dekoracji, świateł, ogni i dymu odstawiają widowisko tak strasznie w swojej pustce kiczowate, że kiedy się na to patrzy aż trudno uwierzyć że ktokolwiek jest w stanie to znieść choćby przez 10 minut, a co dopiero przez ponad dwie godziny, bo tyle trwają te spektakle.

       Czemu postanowiłem dziś pisać o tym całym Flatleyu? Otóż obejrzałem na Youtubie pewnego Marcina Patrzałka, dwudziestoletniego gitarzystę z Kielc, który dziś mieszka i studiuje w Stanach Zjednoczonych i tam stara się z pewnym bardzo wyraźnym sukcesem rozpoczynać wielką muzyczną karierę. Zanim popatrzmy może na niego i posłuchajmy.



        Jak mówię, Patrzałek robi dziś w Stanach karierę, zachwyca się nim coraz więcej osób, zarówno zwykłych fanów, jak i ludzi związanych z branżą zawodowo, a ja – podobnie jak oni pełen zachwytu – zastanawiam się, jak się owa kariera potoczy. Czy jest możliwe – a dziś wszystko wskazuje na to, że inaczej być nie może – że już niedługo Marcin Patrzałek zostanie międzynarodową gwiazdą pierwszej wielkości, a my będziemy mogli wreszcie z czystym sumieniem zakrzyknąć, że oto Polska i Polak?

        Co zatem potrafi Marcin Patrzałek? Jak sami mieliśmy przed chwilą okazję usłyszeć, on gra znakomicie na gitarze i z tego grania potrafi wycisnąć prawdziwą sztukę. Czy to wystarczy żeby stworzyć ofertę, która się sprzeda? Jak najbardziej. Jestem pewien, że płyta, którą on ma w planie niedługo wypuścić może się sprzedać znakomicie. Czy jednak owa oferta może wystarczyć na lata, w to wątpię. Moim zdaniem, jeśli on nie zacznie komponować i tu jako kompozytor wykaże się podobnym talentem jakim się wykazał jako gitarzysta, to wszystko zakończy się na tej jednej płycie. Ale i to mało. On nie zrobi światowej kariery nawet jeśli będzie z tym samym co dziś, albo nawet coraz bardziej rozwijającym się talentem grał fantastyczne piosenki na gitarze. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że nie jest Murzynem, transwestytą, Żydem, czy czyimś synem. Takich w branży były setki i nawet jeśli temu czy innemu udało się wzbudzić jakiś większy tumult, to tylko na chwilę. Nie jest też tak że on nie zrobi światowej kariery, bo nie jest ani wybitnym piosenkarzem, ani liderem jakiegoś szczególnie sensacyjnego projektu, choć przyznaję, że to by się zdecydowanie przydało. On nie zrobi kariery na którą zasługuje z tego prostego powodu, że dzisiejszy rynek nie potrzebuje wybitnych artystycznych osobowości. Krótko mówiąc, współczesny rynek nie potrzebuje ani nowego Boba Dylana, ani nowych Beatlesów, ani nawet nowego Kanye Westa.  Jeśli Marcin Patrzałek chce osiągnąć sukces na który zasługuje, będzie niestety musiał pójść śladem Michaela Flatleya, który potrafił stukać obcasami 35 razy na sekundę, ale w pewnym momencie zrozumiał, że to nie wystarczy i musiał wynająć specjalistę od budowania karier, który stworzył dla niego owo straszne widowisko.

        A więc wyobrażam sobie że Marcin Patrzałek zostanie wielką gwiazdą estrady jeżdżąc po całym świecie z widowiskiem pod tytułem „Fingers of Fire”, albo jakoś tak, z tancerzami, piosenkarzami disco polo, dymem i ogniem i setką gitarzystów i ze swoją gitarą w roli głównej, a wówczas któregoś dnia przyjedzie do Polski, wystąpi na Stadionie Narodowym, a Prezydent odznaczy go Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski za wybitne osiągnięcia estradowe.

       Ktoś się zapyta, po co ten ten tekst, a ja już chętnie odpowiadam. Otóż wpadłem na tego Patrzałka i zachwyciłem się nim tak jak nigdy chyba żadnym polskim artystą. I to pod każdym względem. Jego talentem, jego pomysłem estradowym, jego sukcesem w America's Got Talent, jego osobistym urokiem i inteligencją i pomyślałem, że on zasługuje na sukces. Jednak już w kolejnym chwili pomyślałem sobie, że jednak chyba lepiej będzie, żeby on sukcesu nie odniósł, bo jeśli jakimś cudem zostanie światową gwiazdą, to będzie tragedia. Lepiej niech on więc nagra tę jedną płytę, gdzie zagra w swoim fantastycznym stylu parę rockowych kawałków, a ja ją sobie kupię i będę z radością słuchał i myślał, że Polska ma talent. A co on będzie z tego miał? Już dziś, z tego co czytam, on parę milionów dolarów już zarobił. Niech się więc cieszy. I gra.

poniedziałek, 22 marca 2021

Czy Chiny rozpoczną produkcję gwizdków dla redaktorów wolnych mediów

 

       Wspominałem o tym zarówno ja sam tu na blogu i w paru innych miejscach, podobnie jak i paru innych komentatorów, że od dnia w którym portal OKO Press, a wraz z nim, niemal jak na gwizdek pozostałe redakcje III RP, poinformowały o aktualnych losach byłego księdza Tymoteusza Szydło, to co wiedzieliśmy o dziennikarstwie niemal zawsze, uderzyło z mocą Godzilli i dziś już nie ma praktycznie żadnego powodu, by o tej akurat grupie zawodowej mówić inaczej jak przy użyciu słów powszechnie używanych jako nieprzyzwoite. To natomiast co nam w tym zamieszaniu moim zdaniem umknęło, to to, że było wyłącznie dziełem przypadku, że na ową pierwszą linię frontu wysunęły się media takie jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, czy Onet, natomiast dziennikarze aktualnie związani z władzą mogli się przez pewien czas popisywać swoim moralnym wzmożeniem. A nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, że czy to mamy do czynienia z Bianką Mikołajewską, Bartoszem Węglarczykiem, Andrzejem Stankiewiczem, czy z wydawałoby się drugiej strony, Tomaszem Sakiewiczem lub Michałem Karnowskim, stoimy dokładnie wobec tego samego zepsucia, z jakim mamy do czynienia w przypadku wspominanej przy tej okazji kilkakrotnie prostytucji.

     W tych dniach znów wystąpił mocno przed szereg niemiecki „Fakt” publikując na pierwszej stronie historię rzekomej ofiary szczepień, która po przyjęciu szczepionki skamieniała i ledwo uszła z życiem. Artykuł został ozdobiony kolorowym zdjęciem opuchniętej twarzy i dużym mocnym tytułem, no i oczywiście wywołał natychmiastową reakcję przedstawicieli władzy, a za nimi zawsze gotowych do współpracy rządowych mediów. Nie będę tu przytaczał słów oburzenia kierowanych przez tak zwanych „dziennikarzy niepokornych” pod adresem „Faktu”, ani nawet nie mam zamiaru przypominać niedawnego występu Pawła Lisickiego, który na łamach swojego tygodnika opublikował tekst dowodzący tego, że masowe szczepienia doprowadzą do śmierci milionów, bo w głowie mam to do czego doszło w tygodniku "Sieci" jeszcze za czasów ministra Szumowskiego. Otóż pamiętam bardzo dobrze, jak w kioskach ukazał się kolejny numer owego tygodnika z tekstem niesławnego Macieja Pawlickiego, zapowiadanym na okładce w następujący sposób: „Czy to fałszywa pandemia? Czy koronawirus to rzeczywiście śmiertelne zagrożenie dla ludzkości, czy też wielka manipulacja za pomocą której potężne siły chcą osiągnąć ukryte cele?” Reklamując ów numer tygodnika na Youtubie, Michał Karnowski zasugerował, że coś musi być na rzeczy, skoro nawet sam Jarosław Kaczyński był widziany, jak czyta wydaną przez Grzegorza Brauna książkę o fałszywej pandemii, a w artykule od redakcji czytamy:

W artykule „Druga fala histerii” Maciej Pawlicki opisuje panikę związaną z drugą falą zakażeń. Pokazuje wykresy które obrazują liczbę zgonów na koronawirusa w minionych miesiącach (do 2 sierpnia) w największych europejskich krajach. I co widać? Że nadeszła druga fala pandemii? Mam wrażenie, że nie nadeszła, a nawet wręcz przeciwnie. Jedyne, co nadchodzi, to druga fala histerii, którą część mediów, niektórzy politycy i liczni lobbyści koncernów farmaceutycznych znowu usiłują rozpętać”.

      Ponieważ, jak by nie patrzeć, tygodnik „Sieci” jakiś wpływ na opinię publiczną ma, a przy swojej reputacji medium rządowego, można by sądzić, że i pewną odpowiedzialność, na ten wybryk zareagował sam Minister Zdrowia, choć dyplomatycznie nie krytykując ani Karnowskich, ani nawet Pawlickiego, ale wyłącznie samą książkę o „fałszywej pandemii”:

Mam trochę wrażenie, że ktoś pisze książkę z gatunku fantastyki, bo w tym ‘spisku’ uczestniczyłoby ok. 500 tys. medyków, do tego politycy. Jest to trochę obrażające, choćby pamięć tych 1800 osób, które zmarły. W sezonie grypowym grypa nie jest tak brutalna, nie zabiera tylu osób z tego świata. Powiem szczerze: jak ktoś widzi takie spiski to jest to sygnał, żeby może zastanowić się trochę nad swoim zdrowiem psychicznym”.

      Mniej dyplomatyczny był Michał Karnowski, występując z ognistą obroną wolnych mediów:

Zaskoczyła nas bardzo osobista i emocjonalna reakcja ministra zdrowia pana profesora Łukasza Szumowskiego. Minister wziął najwyraźniej artykuł do siebie - zupełnie niepotrzebnie, bo to nie o nim. [...] Nie potwierdziły się czarne scenariusze o wielkiej śmiertelności wywoływanej zakażeniem koronawirusem, nastąpiło też przesunięcie celu, jaki stawia się przed społeczeństwami. Już nie ‘spłaszczenie krzywej’, przygotowanie szpitali, zapewnienie chorym odpowiedniej terapii, odizolowanie najbardziej zagrożonych, ale wyeliminowanie wirusa z przestrzeni jest. Może się minister Szumowski obruszać, może i na nas fuknąć (taką ma robotę), ale rząd musi przemyśleć podejście do epidemii”.

      Pisałem już o tym niedawno. Za wzrost zakażeń, za gwałtowny wzrost liczby osób nie wierzących ani w epidemię, ani w szczepionki, za cały ten społeczny chaos związany z walką z koronawirusem w sensie podstawowym odpowiadają media. To zatrudnieni tam dziennikarze, sami często stanowiący część owego ruchu antycovidowego, nie są w stanie ani na chwilę zapomnieć o swoich obsesjach i robią wszystko, by je na co dzień popularyzować. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to tupnąć nogą i jednego czy drugiego, niezależnie od tego, jaką agendę akurat reprezentuje, postraszyć odcięciem od comiesięcznej gotówki. I nie oszukujmy się. Każdy z nich będzie zawsze robił to co mu się każe, a jeśli tylko zobaczy okazję jakiegoś, choćby chwilowego usamodzielnienia się, to pójdzie tam, gdzie mu zaproponują coś więcej, czy to w „Newsweeku”, czy w „Gazecie Polskiej”, czy w portalu OKO Press. I ile razy poczuje, że należy nastawić ucha, będzie słuchał dźwięku gwizdka nawet w czasie snu.



niedziela, 21 marca 2021

Czy Janusz Palikot zostanie ministrem propagandy w nowym Gabinecie Cieni

 

Dziś, mój najnowszy tekst przedstawiony w „Warszawskiej Gazecie”, który, jak sądzę, znakomicie uzupełnia to czym się tu w tych dniach zajmujemy. Zapraszam więc.

 

 

      Nie wiem jak czytelnicy „Warszawskiej Gazety”, ale gdy chodzi o mnie, to ostatnio odnoszę wrażenie, że cały atak opozycji koncentruje się już nie, jak dotychczas, na przedstawianiu kolejnych dowodów na to, że Prawo i Sprawiedliwość prowadzi Polskę do gospodarczego, kulturowego i cywilizacyjnego upadku, z którego nie będziemy już mieli możliwości się wydobyć, ale kolportowaniu drobnych, pozornie nieistotnych kłamstw, których liczba w pewnym momencie osiągnie taki poziom, że wyborcy prawicy zaczną wreszcie się zastanawiać, czy przypadkiem, nie popełnili oni w pewnym momencie jakiegoś błędu. Odnoszę wrażenie, że ktoś po tamtej stronie nagle uznał, że merytoryczna krytyka kolejnych działań rządu nie ma najmniejszego sensu, bo ona już dawno przestała na ludziach robić wrażenie, jako zbyt skomplikowana publicystycznie i tym samym zwyczajnie nieciekawa, i czymś znacznie skuteczniejszym będzie zarzucenie mediów serią dowolnie fałszywych informacji, które nawet jeśli zostaną natychmiast zweryfikowane, zaczną żyć własnym życiem, w głowach części obywateli się zalęgną i takie już tam zostaną.

     Stąd, mam wrażenie, zalew najpierw głównie internetowych plotek, powtarzanych, również w Internecie, przez aktywnych polityków opozycji, a następnie przenoszonych na oficjalne wystąpienia, gdzie jakiś Budka, czy Nitras zażądają zwołania specjalnego posiedzenia Sejmu. O jakich plotkach mówię? Otóż najróżniejszych: a to że ktoś na ręku Daniela Obajtka zauważył zegarek za pół miliona złotych, albo że właśnie się okazało, że Mateusz Morawiecki posiada kilka pałaców, których istnienie dotychczas utrzymywał w głębokiej tajemnicy, czy też że najnowsza kampania billboardowa na rzecz ochrony życia poczętego jest finansowana z budżetu państwa. To są jednak hity. Oni w zanadrzu mają też sprawy drobniejsze. Oto niedawno na swoim profilu na Twitterze senator Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza zamieścił następującą informację:

W ostatnim czasie na terenie Warszawy DZIEŃ W DZIEŃ kradzionych jest 20-30 samochodów (głównie marki japońskie). To największy wzrost kradzieży aut od wielu lat. Stołeczna policja zupełnie nie radzi sobie z tym problemem. No ale priorytetem-Żoliborz i pacyfikacja kobiet”.

Kłamstwo to niemal w jednej chwili zostało ujawnione przez dane Policji, która poinformowała, że wedle danych z tego roku, liczba kradzieży samochodów w Warszawie nigdy nie była tak niska, a dziś wynosi średnio 7 aut dziennie, co oczywiście nie zmienia faktu, że ów Brejza informacji tej ani nie usunął, ani nie sprostował i dziś ona żyje sobie własnych życiem ku uciesze przeciwników władzy.

A ja się wciąż zastanawiam, skąd ta nowa strategia i kto jest jej autorem. I oto, proszę sobie wyobrazić, właśnie usłyszałem, że owym pomysłodawcą jest dawno tu nie oglądany Janusz Palikot. To on przedstawił ów plan oparty na założeniu, że nic nie zadziała jak duże kolorowe zdjęcie i krótkie celne kłamstwo. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli oni osiągnęli ten poziom desperacji, że do propagandowej roboty postanowili wynająć Palikota, to możemy naprawdę patrzeć w przyszłość z nadzieją.




sobota, 20 marca 2021

O państwie nie z dykty

 

       Pewnie już o tym tu na blogu wspominałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż dzięki zarówno swoim własnym obserwacjom, ale również informacjom otrzymanym od osób z jednej strony zaprzyjaźnionych, a z drugiej nadzwyczaj dobrze poinformowanych, od kilku już dobrych lat wiedziałem, że kwestia tak zwanego „wyjaśnienia przyczyn Katastrofy Smoleńskiej”, to marzenia ściętej głowy, a ostatnim organem, który nam owo wyjaśnienie jest w stanie przedstawić, to zespół Antoniego Macierewicza. Mało tego. W ostatnich miesiącach dotarły do mnie słuchy, że jeśli tylko sprawa prac owego zespołu stanie się kwestią publiczną – tak jak na przykład kwestią publiczną stały się „przekręty” Daniela Obajtka, czy folie syna premier Szydło – zarówno sam Antoni Macierewicz, jak i osoby bezpośrednio z nim współpracujące, staną wobec groźby zarzutów kryminalnych, w tym sensie, że staną przed sądem i zostaną oskarżeni choćby o zwykły finansowy przekręt.

      I powiem szczerze, że pewnie to, że kwestia wspomnianej komisji i jej prac pozostaje w sferze, do której nie życzą mieć dostępu nawet najbardziej politycznie zaangażowani opozycyjni politycy i dziennikarze, stanowiłoby dla mnie ciężką zagadkę, gdyby nie fakt, że ja akurat znam całe mnóstwo różnego rodzaju sytuacji, który wydawałoby się, że tylko czekają, by rozwalić polityczną scenę na strzępy, a tymczasem zwyczajnie śpią sobie gdzieś po kątach, nie niepokojone przez nikogo. Czemu? Diabeł jeden wie.

      A zatem to, że mija ponad dziesięć lat jak Antoni Macierewicz, wraz z zespołem swoich międzynarodowych ekspertów, za ciężkie pieniądze bada przyczyny Smoleńskiej Katastrofy, a my przez cały ten czas wiemy tylko tyle, że był wybuch i ów wybuch sprokurowali Ruscy, doprowadziło mnie wreszcie do jednego i tylko jednego pytania: Czemu mimo wydawałoby się sytuacji aż błagającej o to, by wszystkie siły antypisowskiej opozycji się zjednoczyły i zażądały od czy to Jarosława Kaczyńskiego, czy bezpośrednio od Antoniego Macierewicza, jakiejś w miarę choćby sensownej odpowiedzi, siedzą cicho jak mysz pod miotłą i zajmują się rozwiązywaniem zagadki, kto ostatecznie zostanie nowym Rzecznikiem Praw Obywatelskich?

        Przyglądałem się ostatnio nieco sytuacji w kraju i przypomniałem sobie wypowiedź sprzed wielu już dziś lat Margaret Thatcher, która komentując swoje pierwsze miesiące u władzy, gdy mając przeciwko sobie całą możliwą systemową opozycję, próbowała przeprowadzić wszystkie zaplanowane przez siebie reformy i wiedziała że każdy dzień może przynieść ostateczną porażkę oraz dymisję rządu, powiedziała, że to co pozwalało jej zachować siłę i determinację i w ostateczności władzę, to świadomość społecznego poparcia. Przypomniałem sobie tamtą wypowiedź, gdy uświadomiłem sobie, że jeśli władza państwowa ma odpowiednie społeczne poparcie, to nie ma ludzkiej i nieludzkiej siły, która by ją była w stanie pokonać. W jaki sposób? A to w taki mianowicie, że nie ma realnej siły, która by była w stanie postawić wyzwanie państwu i jego potędze. I dziś, gdy patrzę na to co robi Prawo i Sprawiedliwość, wiem że za nimi stoi zwyczajnie owa moc. Jeśli rząd, zachowując odpowiednią przewagę społecznego poparcia, zachowuje kontrolę nad państwem jako takim, to opozycji faktycznie pozostaje już tylko walczyć o to, by Jan Filip Libicki nie poparł jednak kandydata Prawa i Sprawiedliwości na Rzecznika Praw Obywatelskich.

       A skoro tak, to nie ma się naprawdę czemu dziwić, że w momencie gdy tylko to tu to tam pojawiły się głosy żądające od władzy wyjaśnienia tego, co Antoni Macierewicz i jego komisja zrobiły przez dziesięć lat, wysysając z budżetu kolejne miliony złotych nie wiadomo po cholerę i dla kogo, w jednej chwili zawsze gotowa Anita Gargas przedstawiła swój śledczy materiał specjalny, z którego wynika jednoznacznie, że jedyną osobą odpowiedzialną za to, z czym mamy do czynienia nie jest żaden Macierewicz, ale oczywiście Donald Tusk. I co ciekawe, to nie jest tak, że biednemu byłemu premierowi nagle ni stąd ni z owąd spadły na głowę jakieś nieuzasadnione oskarżenia, wyciągnięte przez nie wiadomo kogo nie wiadomo skąd. Nic podobnego. Oto nagle się dowiadujemy, że jedenaście lat temu ów Tusk najzwyczajniej w świecie sprzedał Polskę za swoją gnuśność i tępotę. Nagle po dziesięciu latach otrzymujemy ledwo co odnalezione dowody, że gdy wszystko się rozstrzygało, nie kto inny jak Donald Tusk zachował się nie jak premier rządu, ale jak zwykły cieć, który uznał, że jego jedynym obowiązkiem wobec polskiego państwa jest pilnowanie, by nikt się nie kręcił przy furtce.

      Zbliża się jedenasta rocznica Smoleńskiej Katastrofy i proszę zwrócić uwagę, z czym mamy dziś do czynienia. Ze Sławomirem Neumannem wrzucającym swoje nieszczęsne tweety o tym, że Obajtek to złodziej, z portalem OKO Press ujawniającym nowe ścieżki syna Beaty Szydło i Janem Hartmanem dorzucającym do tego jego nowe nazwisko, z Rafałem Trzaskowskim wreszcie, próbującym jak rozumiem złapać oddech w tymczasowym szpitalu na Stadionie Narodowym, no i... właściwie nie wiem, co jeszcze dodać. W sumie chętnie bym wspomniał wielkanocny występ Andrea Bocelliego dla TVP, no ale skoro już pojawił się nam Donald Tusk, niech i będzie on. Donald Tusk w rozmowie z Edmundem Klichem.        



piątek, 19 marca 2021

Bronisław Komorowski, czyli to żyje!

 

Czas jaki minął od poprzedniego odcinka „Wezwanych do tablicy”, czyli serii krótkich komentarzy na tematy w miarę bieżące, jakie każdego miesiąca przedstawiam czytelnikom „Polski Niepodległej”, spędziłem w znacznej części na chorowaniu, ale ponieważ powoli się już zbieram, myślę że mamy dobry czas, bym mógł Państwu przedstawić to co się powinno już niedługo ukazać w kolejnym wydaniu wspomnianego miesięcznika. Dziś właściwie wyłącznie o dwóch tak zwanych „prezydentach”. Polecam.

 

 

Zmarł Jan Lityński, z tej okazji w jednym z warszawskich kościołów odbyła się Msza Święta, a skoro Msza Święta, to ze swoich norek wygrzebali się tak zasłużeni ludzie Kościoła jak Adam Michnik, Rafał Trzaskowski, czy Bronisław Komorowski. Ten ostatni, skorzystał z okazji, by po latach dać o sobie publicznie przypomnieć, dał się zawieźć do telewizji TVN24 i tam wyrzucił z siebie wszystko co mu w ostatnich miesiącach leżało na sercu, a nikt go za bardzo nie chciał słuchać. Z tego co do nas dotarło, warto zwrócić uwagę na trzy kwestie. Przede wszystkim, zabrał ów wesoły człowiek głos na temat tabliczek, jakie w kilku miejscach kraju z porozwieszał pewien homoseksualny prowokator, w ten sposób uruchomiając falę hejtu pod adresem Polski i ogłosił co następuje:
To jest więcej niż wstyd. To jest gigantyczna strata wizerunkowa dla Polski. Tutaj dostarcza to obecna ekipa władzy, bo przecież to z jej podpuszczenia były te decyzje gminne. Dzisiaj każdy będzie raczej pamiętał Polsce tego rodzaju ekscesy, jak te decyzje gminne w Polsce. To się nie mieści w kategoriach współczesnej cywilizacji”.

       A ja właściwie jestem w stanie ze szczęśliwie nam minionym prezydentem częściowo się zgodzić. W końcu te tabliczki faktycznie narobiły Polsce wstydu – w końcu taki był ich cel – tyle że nie bardzo wierzę w to, żeby ów wstyd to coś co przyprawia kogokolwiek z tej bandy zdrajców, a już zwłaszcza kogoś takiego jak Bronisław Komorowski, o ból serca. Wszyscy pamiętamy cztery lata tamtej prezydentury i  gdy chodzi o wstyd, to trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek był w stanie skompromitować Polskę bardziej niż on wtedy. I to bez jednego słowa, bez jednego gestu, bez jednego oddechu. Jemu akurat wystarczyło być.

 

***

 

I pewnie jakoś byśmy to wystąpienie Komorowskiego przeżyli, gdyby on nie wychodził poza te tabliczki, no ale niestety na tym seria wystąpień się nie zakończyła. Otóż, kiedy już ów dzielny mąż wypowiedział się na temat wstydu, postanowił się wziąć za konkretne osoby i tak jak to on, wybigosował Daniela Obajtka. Posłuchajmy:

To jest jednak sygnał świadczący o tym, że jeśli tacy ludzie, jak pan Obajtek, robią kariery, z takimi wątpliwościami co do ich uczciwości. Każda przyzwoita partia powinna się zastanowić, czy to nie jest sygnał ostrzegawczy, że w naszych własnych szeregach do głosu dochodzą cwaniacy, kombinatorzy, złodzieje, łobuzy i różnego rodzaju męty polityczne. Według mnie PiS stoi już w obliczu zorganizowanego procederu łupienia na różny sposób Polski przez ich działaczy na szczeblu centralnym, powiatowym, gminnym. To jest sygnał dla przyzwoitych ludzi, także w ich partii”.

Oto dwie wypowiedzi, które w normalnych czasach pewnie zrobiłyby jakieś tam publiczne wrażenie, ponieważ jednak nie żyjemy w czasach normalnych, granice naszej tolerancji zostały przez minione lata znacznie przesunięte. Co więcej, wydaje się że nie ma takich słów, których nie można by potraktować jako elementu języka polityki, gdzie cel jednak uświęca środki, a skoro tak, to o jednej z najważniejszych publicznych postaci można zupełnie bezkarnie powiedzieć, że to „cwaniak, kombinator, złodziej, łobuz i różnego rodzaju męt polityczny”. W końcu nie da się ukryć, że jest wiele osób, którym wypowiedź Komorowskiego przypadnie do gustu, a przecież o to tu tylko chodziło.

 

***

 

Jest jednak trzeci fragment wystąpienia Bronisława Komorowskiego, bezpośrednio już nawiązujący do pierwszego powodu, dla którego uznano za stosowne go w ogóle przypomnieć, czyli do śmierci Jana Lityńskiego. Otóż, jak wiemy, do kościoła, w którym miała miejsce Msza za duszę Zmarłego nie została wpuszczona Zofia Romaszewska, która została tam wydelegowana z wieńcem od Prezydenta RP. I tu już naprawdę Komorowski miał wszelkie powody, by się nie odzywać, a jeśli już, to żeby rzucić tam jakiś bon mot w swoim stylu i w ten sposób pokazać, to co o nim i tak już wszyscy wiemy, czyli że to bałwan. Tymczasem najwidoczniej uznał on, że nadszedł czas na to, by zilustrować swoim własnym przykładem to co miał na myśli, wspominając o „cwaniakach, kombinatorach, łobuzach i różnego rodzaju mętach politycznych” i w ten oto sposób przedstawił swoje zdanie na temat tego co się stało:

Na szczęście nie popsuła ona atmosfery pogrzebu i w kościele Mszy żałobnej za duszę Janka Lityńskiego i uroczystości pogrzebowych. Myślę, że pani Zofia Romaszewska jednak odczuła również absolutny brak akceptacji dla jej zachowań, jej słów, ze strony opinii publicznej. W internecie to było widać – została bardzo ostro postawiona do pionu. I słusznie, bo w moim przekonaniu złamała dobry zwyczaj cywilizacji zachodniej, a także wynikające z kultury polskiej – nie sposób w dniu pogrzebu zgłaszać pretensji do rodziny zmarłego o to, że jest za mało miejsc w kościele.

O co tu się obrażać? I jeszcze robić przykrość rodzinie z tego tytułu. Co, mieć pretensje, że w ogóle pogrzeb organizuje? Zamiast grzecznie postać sobie albo zgłosić się odpowiednio wcześnie, żeby być zapisaną na listę. Przychodzi pani Zofia Romaszewska za 5 minut przed rozpoczęciem Mszy i dziwi się, że jej nie traktują w sposób ekstra nadzwyczajny. To jest jakiś przerost egotyczny absolutnie”.

I tu faktycznie pojawia się pytanie, czemu on zdecydował się powiedzieć to co powiedział? Tu z całą pewnością nie mogło chodzić ani o politykę, a więc przekonanie, że jeśli on w ten sposób zareaguje, to pewien rodzaj umysłów te słowa przyjmie z uznaniem. Oczywiście, wiemy  że po stronie opozycji są ludzie, którzy zaakceptowaliby gdyby nawet Komorowski powiedział o Romaszewskiej, że ma „wypierdalać”, no ale to jednak nie to. A więc może on tak z tej swojej głupoty uznał, że  w ten sposób filozoficznie rozwinie chamstwo do jakiego doszło? Otóż moim zdaniem też nie. Taka głupota w naturze nie istnieje. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że Bronisław Komorowski postąpił tu w sposób całkowicie dla siebie naturalny, łamiąc wszelkie bariery już nie intelektualne, ale cywilizacyjne. On, zachęcając Zofię Romaszewską, by zamiast marudzić, „grzecznie” postała przed kościołem, a potem poszła w cholerę, zachował się jak ten pies, który, gdy mu się chce siknąć, to sika. Ani rozum, ani polityka, ani nawet cywilizacja nie mają tu nic do rzeczy. Pozostaje, jak już wspomniałem, czysta natura.

 

***

 

Aby jakoś zakończyć te dzisiejsze refleksje, pomyślałem że wspomnę o nikim innym jak Lechu Wałęsie, który ostatnio się czymś zdenerwował i na swoim profilu na Facebooku wrzuca po kilka razy dziennie kilkunastominutowe wykłady na temat tego, jak to on nigdy nie był Bolkiem, a wszystkie dotyczące jego kłamstwa wymyśliła żona Kiszczaka i prof. Cenckiewicz. Siedzi Lech Wałęsa przed kamerą na tle białej firanki, odczytuje kolejne oświadczenia i tak, jak mówię, po kilka razy dziennie. Na mnie zrobiło największe wrażenie to, jak on przy którejś z okazji przyznał, że on wprawdzie każdy z tych tekstów napisał sam osobiście, natomiast, owszem, jak już napisał, to poprosił swojego sekretarza, by ten mu poprawił błędy ortograficzne, które Lechu niestety robi. A zatem, jeśli ktoś się dziwi, że te jego przemówienia są pozbawione błędów ortograficznych, to tylko dzięki korekcie przeprowadzonej przez pana sekretarza. A ja już się tylko zastanawiam, jak to było z Bronisławem Komorowskim. Kiedy on mówił, że Zofia Komorowska miała stać pod kościołem „grzecznie”, to skąd wiedział, że „grzecznie”, a nie „gżecznie”?

 



czwartek, 18 marca 2021

Czego Borys Budka uczy swoją małą córeczkę?

 

      Szczerze powiedziawszy, nie bardzo paliłem się do tego, by to akurat redaktor Michał Rachoń pomagał mi w opisywaniu różnego rodzaju politycznych zjawisk, no ale ponieważ nie umiałem znaleźć odpowiedniej nazwy, która by łączyła media takie jak TVN24, „Gazeta Wyborcza”, czy „Onet”, uznałem, że zaproponowane przez niego określenie „Zjednoczona Korporacja Mediów Trzeciej RP”, choć nieco może za długie, może ostatecznie być, zwłaszcza jest tu parę słów do powiedzenia. Otóż, jak pewnie większość z Państwa wie, wczoraj najpierw agorowy portal OKO Press, a następnie wszystkie inne zaprzyjaźnione media podały informację, że syn premier Szydło, kiedyś bardzo młody, praktycznie niedoszły ksiądz, oraz człowiek przy pomocy strasznego kłamstwa i wyprodukowanej w redakcjach plotki doprowadzony do praktycznego nerwowego załamania, po latach pracuje w jednej z prywatnych firm pod nowym nazwiskiem, jako tak zwany przedstawiciel handlowy. Jak znamy możliwości wspomnianych redaktorów, właściwie sama ta informacja wystarczyłaby do tego, by uruchomić przeciwko byłemu księdzu kolejną falę hejtu, no ale tu jeszcze wisienką na torcie okazało się to, że udziały we wspomnianej firmie ma nadzwyczaj ostatnio popularny Daniel Obajtek, a robotę swojemu synowi najprawdopodobniej załatwiła mama.

       Nowego nazwiska syna pani premier wprawdzie nie ujawniono, wyjaśniając, że zainteresowane osoby prosiły by tego nie robić i zastępując je skróconą formą Tymoteusz X, natomiast oczywiście gdzie się tylko dało poinformowano, że jeśli komuś na tym zależy, to bez problemu znajdzie odpowiednie informacje w Internecie, szukając informacji pod charakterystycznym imieniem.

        Czy były ksiądz Szydło, pracując na swoim nowym stanowisku, coś ukradł, ewentualnie kogoś oszukał? Oczywiście danych na ten temat póki co nie ma. Czy może on tę pracę otrzymał w sposób nielegalny? Tego też akurat nikt nie sugeruje. A może jego tam nikt nie lubi? A może pojawiły się nowe-stare informacje odnośnie jego kochanki i nieślubnego dziecka? Tu też akurat nic się nie nie dzieje. Chodzi tylko o to, że pracuje, ma inne nazwisko, że jak kto chce, może je ustalić, no i że pracę mu prawdopodobnie załatwiła mama. No i o to, że wiadomość jest i jeśli popatrzy się na reakcje w Internecie i poza nim, można już wiedzieć, że jest bardzo dużo osób, których najnowsze losy księdza Tymoteusza zainteresowały na tyle mocno, że część z nich życzy mu nawet śmierci, a sam Borys Budka w Sejmie zasugerował, że „syn byłej premier Szydło specjalnie zmienił nazwisko, by móc w tajemnicy okradać polskie państwo”.

       I tak to się kręci, a jeśli my się wciąż jeszcze czemuś dziwimy, to to już naprawdę jest tylko nasza wina. W końcu mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by na tego typu zachowanie nawet nie specjalnie marszczyć brew. A jeśli ja dziś o tym piszę, to wyłącznie dlatego, że jak ktoś bardzo inteligentnie zauważył, wprawdzie autorstwo owego „dziennikarskiego śledztwa” zostało przypisane portalowi OKO Press oraz osobiście redaktor Biance Mikołajewskiej, jak się okazuje, byłej żonie niesławnego agenta Niemczyka, ale za to sama informacja ukazała się w Internecie niemal dokładnie w tej samej minucie, podana przez wszystkie główne redakcje tworzące wspomniane na początku Zjednoczoną Korporację Mediów Trzeciej RP. I to nie podana tak, jak to się zwykle w Internecie czyni, że ktoś wrzuca wiadomość, a inni podają ją dalej. Redaktorzy „Gazety Wyborczej”, „Onetu”, „Newsweeka”, „Polityki” i wszelkich innych możliwych tytułów podali wiadomość o synu Beaty Szydło jako swoją własną, w wersji jednobrzmiącej, z tą samą sensacyjną nutą. Dokładnie o tej samej co do minuty porze.

       No i jeszcze raz chciałbym wspomnieć Borysa Budkę, który jako pierwszy na tym poziomie skomentował tę wiadomość: Syn Beaty Szydło zmienił nazwisko, by bezkarnie okradać polskie państwo. Mnie osobiście nie potrzeba już nic więcej.




środa, 17 marca 2021

Andrea Bocelli vs. Korab-Karpowicz - nokaut w trzeciej

 

      Będąc od dłuższego już czasu niejako rozdwojony pomiędzy światem Facebooka i Twittera, a tym, co dzieje się wokół mnie, w tym również tu na naszym blogu, nie bardzo potrafię ocenić do jakiego stopnia to czym żyje Internet się ma do jak by nie było życia realnego. Nie wiem też oczywiście, jakie nastroje panują wśród czytelników tego bloga – a więc ludzi, których nigdy nie traktowałem jako klasycznych internautów – gdy chodzi o stan nastrojów w czasie pandemii, czy – w konsekwencji – emocji ściśle politycznych. Jeśli popatrzeć na politykę z dala od wszelkich medialnych komentarzy, to sytuacja wydaje się dość przejrzysta. Cała seria kolejnych sondaży poparcia zarówno dla partii politycznych, jak i pojedynczych polityków, wskazuje, że po sześciu już latach od objęcia w Polsce władzy, Prawo i Sprawiedliwość zachowuje pozycję zupełnie wyjątkowo mocną, gdzie nawet takie czy inne spadki, nie zmieniają faktu, że nawet na dalszym horyzoncie nie widać zagrożenia. Doszło do tego że wedle dawno nie widzianego CBOS-u, poparcie dla Platformy Obywatelskiej spadło już niemal do 10 procent, a wiele wskazuje na to, że ów wynik jest jak najbardziej realny.

      I tak by to wyglądało z perspektywy, z której przyszło obserwować Polskę nam, ludziom nie specjalnie zaangażowanych w śledzenie tego, co się dzieje w owym medialnym kotle, do którego dorzucać nigdy się nie przestaje. Co więc słychać po tamtej stronie? Otóż proszę sobie wyobrazić, że zaobserwowałem pewne zjawisko, które jest dla mnie dość nowe i nawet jeśli w moim przekonaniu nie ma większego znaczenia, to pewne wrażenie jednak robi. Oto pojawiła się stosunkowo duża grupa internautów właśnie, bardzo aktywnych głównie na Twitterze, i dotychczas identyfikujących się jako  wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, którzy ni stąd ni z owąd PiS-u szczerze nienawidzą. Od pewnego czasu można odnieść wrażenie, że jeśli pragniemy doświadczyć autentycznego antypisowskiego hejtu, to nie powinniśmy go wypatrywać u młodych i starych socjalistów, ani u działaczek Strajku Kobiet, u polityków Lewicy, ani nawet u osób sercem związanych z Konfederacją – tam akurat atak sunie głównie na Kościół, ochronę życia i w ogóle na to wszystko czym jest dla nas chrześcijaństwo. Natomiast to właśnie u części dotychczasowych wyborców Prawa i Sprawiedliwości można zaobserwować autentyczną nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Andrzeja Dudy, ministrów Dworczyka i Niedzielskiego, prezesa Obajtka.... można wymieniać. To oni stanowią dla części z nas sufit, którego już nie przebije nikt, ani poseł Szczerba, ani Donald Tusk, ani Dariusz Joński, ani nawet Marta Lempart. O co chodzi? Oczywiście o COVID. Zdaniem coraz większej grupy osób, prawo i Sprawiedliwość to banda morderców, która z jednej strony wprowadziła w społeczeństwie terror pandemii, a z drugiej doprowadziła do śmierci tysięcy niewinnych ludzi, którzy przy innej polityce żyli by i to żyli szczęśliwie i zdrowo. Naprawdę. Ja nie żartuje. Gdy się czyta wybrane komentarze w Internecie, taki jest podstawowy przekaz ze strony byłych wyborców PiS.

       Zastanawiałem się, skąd to się bierze i nagle trafiłem na tygodnik „Do Rzeczy”, obok „Sieci” i „Gazety Polskiej”, jeden z trzech głównych magazynów prawicowej opinii w Polsce, a w nim najpierw duży tytuł „Ekspert ostrzega. Masowe szczepienia na koronawirusa mogą zakończyć się dla nas tragicznie”, a pod spodem nazwisko autora: Prof. W. Julian Korab-Karpowicz.

        Ja o owym Korabie już nie tak dawno tem pisałem i wystarczy powiedzieć, że ów „ekspert” red. Lisickiego to przede wszystkim żaden profesor, ale zwykły inżynier po Politechnice Gliwickiej, oraz ciułacz różnego rodzaju doktoratów tu i ówdzie, a obecnie pracownik naukowy na Uniwesrytecie Opolskim i – uwaga, uwaga – samozwańczy król Polski, który przy ostatnio dość dużej nadprodukcji owych królów, zwraca na siebie uwagę głównie wysyłaniem pism do polskich władz, w których informuje że nie ma żadnej pandemii i jedyne co polskie państwo może zrobić to machnąć na to wszystko ręką, no a przede wszystkim nie szczepić, bo szczepionki to śmierć. No i okazuje się, że dziś jest on poważnym ekspertem polskiej prawicy od szczepień. Jesteśmy w tygodniku „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego Proszę posłuchać:

Ponieważ na skutek szczepień nasz naturalny układ odpornościowy słabnie, a nowe mutacje stają coraz silniejsze, stajemy w obliczu ludzkiej tragedii w skali globalnej. Grozi nam katastrofa zdrowotna, w której szczepionki okażą się nie tylko bezużyteczne, ale wręcz szkodliwe, a ponadto coraz trudniej będzie uzyskać naturalną zbiorową odporność, która okazuje się jedynym mądrym rozwiązaniem”.

        Normalnie nie czytam ani „Sieci”, ani „Do Rzeczy”, ani „Gazety Polskiej”, ani nawet „Naszego Dziennika”, gdzie jak słyszę, również odbywają się jakieś tego typu ruchy. Nie czytam też internetowych portali w rodzaju „Frondy”, czy „Polonia Christiana”. Nie oglądam programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, gdzie obawiam się, że mogę trafić na Tomasza Terlikowskiego, Grzegorza Górnego, czy nie daj Boże świeżo wysłanego na wcześniejszą emeryturę księża Kneblewskiego. Powiem szczerze, że gdy chodzi o mądrości pojawiających się tam redaktorów, wiem tylko to, co oni muszą mówić w TVP Info, wiedząc, że jeśli zaczną podskakiwać, to zostaną już na zawsze skierowani do Internetu, a odpowiednią robotę za nich wykonają Magda Ogórek z Tomaszem Sakiewiczem. A zatem mogę się tylko domyśleć, że tam gdzie moje oko nie sięga, toczy się wielka akcja propagandowa przeciwko polskiemu rządowi i to tam tworzy się ów hejt. 

       I już miałem się zacząć martwić, kiedy prezes Jacek Kurski poinformował, że to co się w Sylwestra nie udało Polsatowi, Telewizja Polski da nam bez najmniejszego problemu i na Święta Wielkanocne zawita do nas sam Andrea Bocelli. Coś mi się zdaje, że nawet zdrada Jana Filipa Libickiego gdy chodzi o nowego Rzecznika Praw Obywatelskich tego numeru nie przebije.



 

poniedziałek, 15 marca 2021

Po ile kilogram zajoba?

 

       Kiedy po raz pierwszy poczułem, że coś się dzieje, zadzwoniłem do lekarza, zostałem skierowany na test i okazało się, że i na mnie przyszła kryska, zanim jeszcze miałem siłę, by się zastanawiać na czymkolwiek, próbowaliśmy tu wspólnie dojść do jakiejś wspólnej i w miarę sensownej odpowiedzi, skąd ta cholera dotarła aż tu. No bo sprawa byłaby z pewnością znacznie bardziej jasna, gdybym ja albo lekceważąco podchodził do narzuconych nam zasad na czas pandemii, a więc prowadzał się bez maseczki, ewentualnie pchał się w miejsca, gdzie  zbierają się tłumy, czy utrzymywał jakiekolwiek kontakty z ludźmi, którzy nie uważają się za stosowne epidemicznie ograniczać. Tymczasem nic z tego, a mimo to, jak wiemy, pewnego dnia okazało się, że jakimś dziwnym sposobem wirus ten na mnie usiadł i już tak został.

       Rozmawialiśmy więc o tym trochę, zanim rozmawiać mi się w ogóle na dobre odechciało i uznałem, że za zakażeniem stał ktoś na kogo niechcąco i niezauważenie się natknąłem, a kto albo sam nie nosił maseczki, albo jeśli ją nosił, to tak, by wszyscy wyraźnie widzieli jego nos, albo wręcz w taki sposób, by nikt nie pomyślał, że on ją nosi z innego powodu niż ten, by jakiś zbłąkany policjant nie miał odpowiedniego argumentu, by mu wlepić mandat. Tak to musiało być i innego powodu nie widzę: Ktoś z fantazyjnie założoną maseczką mnie zwyczajnie zaraził, albo kichając, albo kaszląc, albo po prostu dmuchając w moją stronę i stąd musiałem się się przez tę parę tygodni pomęczyć. Inaczej być nie mogło.

      I oto od przedwczoraj wychodzę trochę na zewnątrz i to co robi na mnie wrażenie to to, że od tych paru tygodniu zmieniło się wszystko o tyle, że zdecydowana większość osób, które spotykam, nie nosi maseczek w ogóle. Gdy wydawało się, że gwałtowny wzrost zachorowań spowoduje, że nawet ci co dotychczas niezbyt poważnie podchodzili do kwestii pandemii, przynajmniej na pewien czas spróbują na siebie uważać, wychodzi na to, że efekt jest odwrotny: tępa zawziętość i poczucie lepszości. A to co mnie w tym najbardziej zadziwia to to, że te demonstracje mają miejsce na tle nieustannego powtarzania w kółko jakichś bzdur na temat rzekomego „zajoba”. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o owego „zajoba”, to jedyny jego przykład jaki mi ktoś podesłał, to zdjęcie kobiety w autobusie gdzieś w Rosji, czy może w Niemczech, z założoną na łeb ogromną butelką po wodzie mineralnej. Gdyby nie to, to ja owego „zajoba” widzę wyłącznie albo w ludziach w maseczkach, albo – jak mówię, ostatnio zdecydowanie częściej niż kiedykolwiek – w tych co chodzą kompletnie bez jakichkolwiek osłony, ewentualnie czytam w informacjach, że gdzieś w Warszawie odbyła się piwna antycovidowa impreza na sto osób, gdzie wszyscy się tarzali we własnej masie, pokazując światu jak im to piwo zrobiło dobrze na nastrój, albo że w tej samej Warszawie grupa młodzieży urządziła sobie domówkę, podczas której, jak rozumiem, bez butelki po wodzie mineralnej na łbie, jeden z nich wypadł z czwartego piętra i się zabił.

        Próbuję trochę się ruszać i przyznaję, że nie jest łatwo. Ten cały koronawirus to okropna choroba. Ja wprawdzie miałem o tyle szczęście, że wszystko skończyło się na kilku dniach ograniczonej przytomności i owym osłabieniu, które, jak słyszę, będzie mi jeszcze przez jakiś czas towarzyszyło. Wiemy jednak, że bywa różnie. Zaszedłem dziś do kościoła na Mszę i podczas ogłoszeń ksiądz proboszcz odczytał komunikat, że ksiądz Adam, nasz wikary, przyjaciel i dobry człowiek, jest bardzo chory, w związku z czym „w sposób szczególny prosimy Wspólnotę Parafialną o dar modlitwy w intencji ks. Adama, którego stan zdrowia w ostatnich dniach się pogorszył. Niech Matka Boża uzdrowicielka chorych i św. Józef mają go w swojej opiece”.

      A ja już mam tylko prośbę do wszystkich, którzy pragnęliby mi opowiedzieć coś o wspominanym wcześniej „zajobie”, żeby może, kiedy się już pomodlą o wyzdrowienie dla tego człowieka, jednak nie szukali tego, czego nie zgubili, tylko wzięli się za siebie i zaczęli, skoro już nie myśleć, to przynajmniej czuć.


     


      

czwartek, 11 marca 2021

O czarnej fasadzie i dobrej materii

 

Trafiłem wczoraj telewizji na zdjęcia trzech nieznanych mi mężczyzn ubranych w dziwne czerwone kombinezony oraz znane nam skądinąd maski Guya Fawkesa, jak pod Pomnikiem Smoleńskim usiłują złożyć wieniec dedykowany „95 ofiarom Kaczyńskich”. Oczywiście sam pomnik otoczony był przez wojsko i policję, a więc zanim się skończyła, trochę ta demonstracja trwała, aż w końcu służby wieniec krasnoludkom skasowały i wśród okrzyków „Złodzieje, złodzieje”, odeszły w siną dal, by po chwili wszystko na placu wróciło do stanu sprzed awantury. A ja sobie pomyślałem, że od Katastrofy w Smoleńsku minęło już ponad 10 lat i wciąż są rzeczy, które nawet jeśli zostały już kiedyś powiedziane, to nic nie zaszkodzi je przypominać. Przedstawiam więc pewien tekst, jeszcze z roku 2010, który napisaliśmy wspólnie z księdzem Rafałem Krakowiakiem i który w tamtym czasie zrobił pewne wrażenie. Cześć Czytelników go oczywiście pamięta, ale myślę, że nawet oni wrócą do niego z przyjemnością. Bardzo proszę.

 

 

      Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.

       Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.

      Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.

      Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja , w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.

      Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy.      Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.

      Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.

      Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować. Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.

      Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?

      Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.

      Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.

      Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.

      Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.

      W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.

      Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii - mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.

      Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą:    Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.